Jakby mnie nie było - Aneta Borewicz - ebook

Jakby mnie nie było ebook

Aneta Borewicz

0,0

Opis

Opresyjna rodzina, dramat dziecka i trauma przeniesiona w dorosłe życie. Przejmujący obraz dziecka malującego czekoladą na lustrze marzenie o byciu ładną dziewczynką zostaje w pamięci. Powieść o dwóch pokoleniach, napisana z ogromną wrażliwością na drugiego człowieka. Opowiada o młodych ludziach, ich radościach, problemach i miłosnych dylematach. A wszystko to z tajemnicą rodzinną w tle.
Polecam - Maria Żywicka-Luckner

Aneta Borewicz z zawodu jest plastykiem. Zadebiutowała w „Literackim Głosie Nauczycielskim”. Autorka utworów poetyckich, powieści, opowiadań i reportaży o warszawskiej Pradze. Jej „Studnia” i „Dom nad przepaścią” zostały nagrodzone i opublikowane w zbiorze science fiction „Pigmalion fantastyki”. Laureatka wielu konkursów literackich. Członek ZAiKS-u.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 325

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Podziękowania

Składam serdeczne podziękowania Wydawnictwu Poligraf za przyznanie mi nagrody w konkursie na powieść oraz niezwykłą cierpliwość i czas, który otrzymałam na dopracowanie tekstu i projektu okładki.

Szczególne słowa wdzięczności kieruję do mojej przyjaciółki, Elżbiety Zawadzkiej, za ogromną pomoc i trud włożony w przygotowanie tej książki do druku.

Dziękuję za wyrozumiałość mojej rodzinie – mężowi i córce.

Dziękuję wspaniałym pisarzom: Andrzejowi Zaniewskiemu, Irenie i Wojciechowi Baturom, Janowi Zdzisławowi Brudnickiemu, Marii Żywickiej-Luckner, Markowi Wawrzkiewiczowi, Wojciechowi Parzyńskiemu, Zofii Mikule oraz Zofii Piłasiewicz. Wasze ciepłe słowa o mojej twórczości są dla mnie – przy całej mojej próżności – niczym miód na serce.

Dziękuję Joannie Vorbrodt i Marii Żywickiej-Luckner, za wyrażenie zgody na umieszczenie ich nazwisk na kartach tej powieści.

Przepraszam wszystkich przyjaciół, których tutaj nie wymieniłam. Dziękuję za Wasze wsparcie – jesteście dla mnie bardzo ważni.

Aneta Borewicz

CZĘŚĆ IOGRÓD DROZDA

Prolog

Promień słońca łaskotał mnie w nos, a ja oganiałam się jak od natrętnej muchy. W końcu otworzyłam oczy i spojrzałam w okno.

To będzie bardzo dobry dzień – pomyślałam. – Mama wraca z sanatorium, powitam ją bukietem białych bzów, a ona będzie mnie przytulać i powie, jak bardzo za mną tęskniła. Wyobraziłam sobie, jak pędzę w jej rozpostarte ramiona…

Zerwałam się i pobiegłam do kuchni.

– Zośka raczyła wstać – powiedziała babcia i zaczęła karmić owsianką mojego młodszego brata, Maćka.

Maciuś miał cztery lata i przez wszystkich w rodzinie traktowany był jak ktoś najważniejszy na świecie.

A ja? Ja go nienawidziłam całym swoim dziecięcym sercem. Byłam zazdrosna i w myślach życzyłam mu śmierci, a potem płakałam nad tym, jaki mam paskudny charakter i obwiniałam brata, że jeszcze trochę, a pójdę przez niego do piekła.

Kiedy urodził się Maciek, stałam się dla rodziny zupełnie nieważna. Nawet obcy zachwycali się tylko nim: „Och, jaki to uroczy chłopczyk” – słyszałam na każdym kroku.

W moim kierunku nawet nikt nie spojrzał, chociaż uśmiechałam się i grzecznie mówiłam: „dzień dobry”.

– Nalej sobie i jedz, a nie gapisz się jak sroka w gnat – przerwała moje rozmyślania babcia i sama nalała mi burą bryję. Owsianka to była jeszcze jedna rzecz, której nie znosiłam, chyba nawet bardziej niż mojego brata. Ale babcia twierdziła, że to samo zdrowie i jak nie zjem, to do obiadu będę chodziła głodna.

– Spójrz, jak Maciuś pięknie je. – Pogłaskała chłopca po głowie, a on wypluł trzymaną w buzi papkę wprost do mojej zupy. – No i widzisz, co narobiłaś! – zdenerwowała się babcia. – Zjadaj. Nie musisz się brzydzić brata. Zjadaj, mówię!

Odepchnęłam talerz.

– Nie będę jadła czyichś plujek! – krzyknęłam, a Maciek roześmiał się, złapał łyżkę i wychlapał na mnie resztę swojej owsianki. – Co robisz, przygłupie? Dlaczego on jest taki nienormalny?

Babcia złapała ścierkę i uderzyła mnie w twarz.

– Natychmiast przeproś brata!

– Nie! Bo jesteś niesprawiedliwa, zła Baba Jaga, a Maciek jest głupim przygłupem.

– Wyjdź, bo nie ręczę za siebie! Dobrze, że wasza matka wraca, bo ja już nie mam do ciebie zdrowia. Jak jej opowiem o twoim zachowaniu, zobaczysz, jaki dostaniesz szlaban na dobranocki.

Postawiła talerz z moim śniadaniem na podłodze. Natychmiast pojawiły się dwa tłuste koty i zaczęły głośno chłeptać.

Nikt już nie zwracał na mnie uwagi, więc wróciłam do sypialni i weszłam pod łóżko, żeby się wypłakać. A tu czekała na mnie niespodzianka. Była to tabliczka nadgryzionej czekolady.

Mój brat chował słodycze w różnych dziwnych miejscach, kiedy nie chciał się ze mną dzielić. Zapomniałam, że się nim brzydzę, i szybko pochłonęłam przysmak, trochę słony od moich łez. Już w innym nastroju wyszłam z kryjówki i usiadłam na parapecie. Słonko grzało, a ja miałam w ustach smak malinowego nadzienia.

Ja jednak mam szczęście – pomyślałam. – A jak moja kochana mama przyjedzie, to na pewno wszystko będzie inaczej.

Do pokoju weszła babcia, podeszła do szafy i wyjęła sweterek Maćka.

– Babciu, przepraszam. Ja nie chciałam. – Ale nawet na mnie nie spojrzała.

– Przepraszam! – krzyknęłam najgłośniej, jak mogłam. Żadnej reakcji. Może tylko trzaśnięcie drzwiami…

Nie rozumiałam, dlaczego babcia mnie odrzuca. Tak bardzo chciałam, żeby mnie kochała, żeby mnie widziała…

Zeskoczyłam z okna i podeszłam do lustra, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie mam na głowie „czapki niewidki”. Nie miałam.

Z lustra patrzyła na mnie drobniutka dziewczynka w za dużej, brązowej, poplamionej piżamie. Miała smutne, zapuchnięte od płaczu oczy, krótko ostrzyżone, sterczące na wszystkie strony brązowe włosy, a na rękach i buzi rozmazaną czekoladę.

To dziecko jest całe takie „brzydkobrązowe” – pomyślałam i zaczęłam na lustrzanym odbiciu malować czekoladowe loki. Do tej pory byłam dumna ze swojej nowej fryzury.

Mama jeszcze przed wyjazdem obcięła mi grube, długie warkocze, w których, jak powiedziała, przyniosłam do domu wszy. Warkoczy i tak nie lubiłam, bo nie miał mi ich kto czesać i zaplatać. A kiedy już babcia, narzekając, brała grzebień, wiedziałam, że to będzie tortura.

Zerknęłam w lustro. W tych namalowanych lokach znów wyglądam jak dziewczynka. A bez nich? Przesunęłam głowę. Jak jakiś chłopak, łobuziak.

– Dziewczynka, chłopak, dziewczynka, chłopak… – powtarzałam, robiąc „wygibasy”.

Mama najpierw obcięła mi włosy i wrzuciła do kominka. Potem siedziała nade mną prawie godzinę i gęstym grzebieniem, na który nakładała watę zamoczoną w occie, ściągała z włosów gnidy. Obie kichałyśmy od tego zapachu i śmiałyśmy się jak przy dobrej zabawie. A potem mama przyjrzała mi się i powiedziała do babci: – Chyba strasznie Zośkę oszpeciłam. Nie uważasz?

– A jakie to ma znaczenie? Włosy i tak odrosną.

Przytuliłam się do mamy i podziękowałam. Tylko nie wiem, czy zrozumiała, że dziękuję za czas, który mi poświęciła, a nie za fryzurę. „Jakie to ma znaczenie. Włosy i tak odrosną” – pomyślałam słowami babci.

– Zośka, ubieraj się! Mama zaraz przyjedzie, a ty co? Chcesz przywitać ją w piżamie? – Babcia położyła na oparciu fotela moją ulubioną sukienkę w tulipany. – I zrób coś z tymi włosami! Ale najpierw umyj buzię. Co ty na niej masz? – Podeszła do mnie i poślinionym palcem dotknęła moich ust. – Skąd wzięłaś czekoladę? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, wyszła, oblizując palec.

– Muszę się pośpieszyć. Pierwsza muszę wybiec na spotkanie mamy. – Wyjęłam gałąź bzu i zanurzyłam w wazonie ręce. Mokrymi rękawami mocno tarłam buzię, aż się zaczerwieniła i zaczęła szczypać. Pozostałą wodą zmoczyłam włosy i przyklepałam do głowy. Zrzuciłam piżamę i wciągnęłam sukienkę. Spojrzałam w lustro i ustawiłam się tak, żeby twarz okalały czekoladowe loki. – Fajnie. – Podobałam się sobie. Trochę mnie tylko drażnił jeden czekoladowy kosmyk, więc go wytarłam.

– Kim jest ta śliczna dziewczynka? – zapyta mama.

– To ja, mamusiu. Nie poznajesz mnie? To naprawdę ja.

– Uderzyłam się palcem w pierś, pozostawiając na sukience czekoladową plamę. – No i co narobiłaś, ty głupia dziewucho! – krzyknęłam do lustrzanego odbicia. – Jak teraz wyglądasz, brudasie? Już zapomniałaś, co mówi babcia? Zapomniałaś, że brudny, to kłamie, a jak kłamie, to i kradnie? Bzdura. – Skrzywiłam się i spróbowałam wyssać plamę, ale tylko się powiększyła. – Dobra. Dodam jeszcze jednego tulipana i nikt się nie pozna.

Ściągnęłam sukienkę i akwarelkami namalowałam czerwono-żółty kwiatek. Wyszedł naprawdę pięknie. Kochałam tulipany za ich aksamitne płatki, kolory i śmieszną nazwę. Ale najbardziej dlatego, że w Dzień Kobiet już kwitły i mogłam je kupić mamusi na jej święto, tylko że w tym roku babcia kazała mi zwrócić tulipany do kwiaciarni i za te pieniądze kupić rajstopy. Nie myślałam, że to mamę ucieszy. A jednak… Nie rozumiem, jak można woleć jakiś ciuch bardziej niż kwiaty. Tulipany, kiedy o nie dbałam, to stały i stały, a w rajstopach szybko poszły oczka. Babcine koty miały w tym swój udział, oczywiście.

Przed domem zatrzymała się taksówka i wysiadła mama. Złapałam gałązkę bzu i wybiegłam. Byłam pierwsza. To ja pierwsza przywitam mamę. Czułam taką miłość, czułość i radość… Radość to mało powiedziane. Serce wyrwało mi się z piersi i biegło przede mną na spotkanie mamy. Ale kiedy już byłam przy niej, zobaczyłam, że patrzy ponad moją głową. Rusza szybkim krokiem, rozpościera ramiona i ze słowami: „syneczek mój ukochany” podnosi Maćka, a potem, tuląc go, wchodzi do domu. Wpatrywałam się w jej plecy ze łzami w oczach. Może się odwróci? Zobaczy moją rozpacz? Może się zlituje? Mama wciąż mnie odrzucała, a ja tak bardzo pragnęłam jej miłości, że mogłabym umrzeć za jedno jej spojrzenie… Dałabym wszystko, żeby mnie kochała. Chyba nawet zaczęłam się modlić: „Panie Boże, oddaj mi mamę, a weź za to tyle lat mojego życia, ile zechcesz. Nawet nie będę się z Tobą targować, jak babcia na bazarze, która kłóci się z każdym o swoją prawdę”. I przez moment myślałam, że Bóg mnie wysłuchał, bo w drzwiach mama się odwróciła, a ja pomyślałam, że sobie o mnie przypomniała. Ale mama tylko poprosiła taksówkarza o wniesienie walizki. A ja? Ja tak stałam na chodniku jak jakaś niewidzialna przez Boga i ludzi, nikomu niepotrzebna sierota.

To chyba wtedy coś się we mnie popsuło. Nie mogłam już zrozumieć tego, że moja mama nie widzi, jak bardzo ją kocham…

Tylko że to na pewno moja wina. Jestem taka brzydka, głupia i nic dziwnego, że nikt mnie nie kocha. Osuszyłam łzy. Nie będę płakać.

Usiadłam na krawężniku.

W rynsztoku po nocnej burzy stała woda. Zdjęłam sandały i palcami miesiłam błoto.

– To nawet było przyjemne… Na pewno przyjemniejsze niż siedzenie w taką pogodę w domu – powiedziałam głośno.

Bez zaczął więdnąć, więc położyłam go w wodzie, a on przestał być biały. Moje sukienkowe tulipany też zaczęły wyglądać, jakby wyrastały z ziemi.

– Ciekawe, jakby to było, gdyby mnie wcale nie było? Ale tak zupełnie… Nie tak, jak teraz, kiedy ktoś sobie czasem o mnie przypomni – zaczęłam się zastanawiać. – Czy to byłoby tak, jak z taką dziką gęsią?

W zeszłym roku we wrześniu tata, który był „myśliwym z upodobania”, jak mówiła o nim babcia, zabrał mnie na polowanie na dzikie gęsi. Wieczorem w domu koła łowieckiego kręciłam się pośród starszych panów, którzy popijali i rechotali nie wiadomo z czego. Tata bawił się równie dobrze i zupełnie o mnie zapomniał. Poszłam do naszego pokoju i usnęłam bez kolacji. Obudził mnie głód. Tata chrapał. Wstałam i na palcach ruszyłam do drzwi. Koniecznie musiałam zrobić siku i znaleźć coś do jedzenia. Ale w tym momencie zadzwonił budzik. Tata, jak zwykle po obudzeniu, zawył: „Oho, ho. Oho, ho, ho”, zerwał się, zapalił światło i spojrzał na mnie ze zdziwieniem. – A ty skąd się tu wzięłaś?

– Z domu mnie wziąłeś, nie pamiętasz? – Uśmiechnęłam się do tego mojego zapominalskiego taty, ale nie byłam zdziwiona. Przyzwyczaiłam się, że tata, to mnie prawie nie widzi. Nawet „szlabanu na dobranocki” nigdy od niego nie dostałam. Podskoczyłam i wysłałam mu całusa.

– A teraz idę do klopa i coś zjeść.

– Lepiej się ubierz. Chyba że nie chcesz ze mną jechać.

– Chcę.

– Więc się streszczaj. Spotkamy się na dole.

Wciągnęłam dres, włożyłam kalosze, kurtkę i zbiegłam na dół. Po drodze, w jadalni, chwyciłam ze stołu pajdę chleba i palcem nałożyłam na nią smalec. Ależ to było pyszne. Jeszcze się tylko czegoś napiję, wysikam i „Zosia rusza na polowanie”. Rozejrzałam się. Obok w szklance stało coś, co wyglądało, jak woda. Pociągnęłam duży łyk. Zapiekło w gardle, więc szybko zagryzłam chlebem i już świadomie wypiłam resztę. Zupełnie niezłe i fajnie grzało w brzuchu.

Wstawał świt. Przed domem nie było jeszcze nikogo. Wsiadłam do naszego samochodu i wyciągnęłam się na tylnym siedzeniu. Obudziły mnie strzały. Byłam sama. W głowie mi przyjemnie szumiało i wcale się nie bałam. Ruszyłam w kierunku jeziora i chyba tylko przez przypadek trafiłam na stanowisko taty. Spojrzał na mnie i szeptem, już dzisiaj po raz drugi, zapytał, skąd się tu wzięłam.

– Przyszłam – odpowiedziałam również szeptem. – Ten mój tata. Czy on kiedyś zapamięta, że ma jakieś dzieci? Mnie się wydaje, że jedyną osobą, którą kocha, jest nasza mama. Zawsze do niej mówi: „królowo” i tak ją traktuje, chociaż ona nie jest dla niego dobra. Ale widocznie tak musi być – westchnęłam głośno.

– Siadaj i bądź cicho.

Usiadłam wygodnie i patrzyłam na ptaki, które trafione w locie spadały ciężko jak mokre szmaty.

– Tato, skąd wiesz, w którego wycelować?

– Nie wiem, ja tylko strzelam. Ale już nie ja wyjmuję z klucza – zażartował.

Na niebie odbywał się ptasi dramat. A może to tylko ja tak odbierałam? Może śmierć kilku gęsi jest dla stada bez znaczenia?

Teraz, siedząc na krawężniku, myślałam. Jakie dziwne jest życie każdego, kto znalazł się na tym świecie. I po co to wszystko?

Z domu wyszedł taksówkarz. Klnąc, wsiadł do samochodu i gwałtownie ruszył. Spod kół chlusnęła na mnie fontanna brudnej wody.

Spojrzałam na swoją ulubioną sukienkę.

– To i tak nie ma znaczenia. – Przymknęłam oczy. Poczekam, aż wyschnę – pomyślałam. Potem podniosłam się, strzepnęłam błoto i powoli, ciągnąc za sobą gałązkę bzu, ruszyłam w kierunku domu z nadzieją, że mama już nacieszyła się Maćkiem i zatęskniła za mną. Pomyślałam o pisklaku wyrzuconym z gniazda, który próbuje machać skrzydełkami.

Rozdział 1(czternaście lat później)

– Ale załapałaś akcję. – Maciek z dezaprobatą przyglądał się siostrze, która próbowała przebrać chorą na Alzheimera babkę. Staruszka piszczała, wymachiwała rękami, drapała i kopała. Jak na swoje prawie dziewięćdziesiąt lat, była wyjątkowo silna i energiczna. Zosia próbowała unikać ciosów, ale kiedy babka złapała ją za włosy, wyrywając pełnymi garściami, rozpłakała się.

– Mógłbyś mi pomóc. Widzisz, że nie daję rady.

– Daj jej na uspokojenie i jak chce leżeć w gównie, to niech leży.

– Wiesz co? Jesteś świnia. W ogóle nie masz serca? Przecież to babcia ciebie wychowywała. To ty byłeś jej ukochanym wnukiem. Ja dla niej nie istniałam. To ty powinieneś się teraz nią zajmować, a nie ja! – krzyczała.

– Nie ma takiej opcji, siostrzyczko. Lecę. Nara.

Chciała go zatrzymać, ale machnęła tylko ręką. Zrobiło jej się go żal. Ona już wiedziała. A on... Jeszcze zdąży mu powiedzieć.

– Jak ja sobie z tym wszystkim poradzę? – Od wczoraj powtarzała to pytanie.

Babcia już spokojnie przysłuchiwała się tej wymianie zdań, a kiedy Maciek trzasnął drzwiami, zapytała:

– Powiedz mi kobieto, czym tak zdenerwowałaś mojego męża? Wy, służące, nie macie żadnego szacunku dla swoich państwa. Zwalniam cię. – Spojrzała na nią z pogardą. – I poproś Zosię, żeby tu do mnie przyszła. Czas na coś przyjemnego. – Odwróciła się do niej plecami i powiedziała do swojego odbicia w lustrze: – Mówię ci, moja kochana, ta dzisiejsza służba wręcz pławi się we własnej arogancji. No idź już, idź. Nie chcę cię więcej widzieć. Co tu tak śmierdzi? Dobrze, że zwolniłam tego brudasa. – Usiadła przy oknie i zaczęła śpiewać: „Przybyli ułani pod okienko…”

Zosia nalała lekarstwo do kieliszka.

– Twoja ulubiona naleweczka, babciu.

Babka spojrzała na nią zupełnie przytomnie.

– O jesteś, Zosiu. Chętnie się napiję. Musisz przyznać, że mój ojciec jedyne, co robi dobrze, to nalewki. – Piła malutkimi łyczkami. – Wspaniała, wspaniała – powtarzała. – Zosiu? Widzisz tego, co na przedzie, co na białym koniu jedzie? To mój narzeczony, znaczy twój dziadek. Zaraz tu będzie, więc bądź tak dobra, ubierz mnie i uczesz. Ten oficer poprosi mnie dzisiaj o rękę. Wyjmij tę białą, koronkową bluzeczkę. Dobrze?

Babcia pozwoliła się umyć, przebrać i spokojnie położyła do łóżka, gdzie natychmiast usnęła.

Zapanowała cisza. Zwykle był to czas, kiedy Zosia mogła zająć się obowiązkami domowymi i wziąć do nauki. Za dwa dni miała kolokwium z anatomii, ale w tej sytuacji...

Włożyła brudne rzeczy do torby foliowej i ciężko usiadła na krzesełku przy toaletce. Na blacie stało okrągłe, powiększające lusterko oraz mnóstwo ozdobnych puzderek i flakoników z różnymi pachnidłami. Dawniej babcia powtarzała, że wystarczy, kiedy człowiek dba o czystość, bo kiedy jest czysty, to jest piękny. Teraz choroba wyzwoliła w niej próżność. Staruszka malowała się i poprawiała makijaż kilka razy dziennie. Kazała sobie robić wymyślne fryzury i patrząc w lustro, zachwycała się swoim odbiciem. Kiedy nie leżała w łóżku, przesiadywała tu i prowadziła ze sobą dyskusje. Wracała do swojej młodości, chodziła na randki z dziadkiem, bywała na balach… Jej wspomnienia dotyczyły tylko miłych, wydarzeń. Wtedy śmiała się tak, jakby łaskotała własnym śmiechem, co znów pobudzało ją do chichotu. Widać było, że jest szczęśliwa. Zosia słuchała i poznawała swoją babcię. Dzięki tym opowieściom łatwiej jej było znosić babcine napady złości. Jej babcia zawsze w stosunku do niej taka złośliwa i wymagająca… Pamięta, jak była mała, krzyki babci były dla niej straszliwymi dźwiękami, z których nawet nie potrafiła wyłowić atakujących ją słów. Z dwojga złego wolała już klapsy. Tych babcia też nie szczędziła. Zawsze twierdziła, że łatwiej bachorowi przyłożyć, niż strzępić sobie język po próżnicy. Z czasem Zosia przyzwyczaiła się i do klapsów, i do gadania. Przestała reagować, co jeszcze bardziej denerwowało babkę.

– Było, minęło… – Teraz, kiedy patrzyła na tę biedną, zniszczoną przez chorobę kobietę, potrafiła wybaczyć i zajmować się nią, wkładając w to serce i dużo wysiłku. Była potwornie zmęczona. Odkąd rodzice wyjechali do Zakopanego, żeby sprzedać ich „Górski dom”, a przy okazji skorzystać z krótkiego urlopu, musiała przejąć wszystkie obowiązki. Ale najtrudniejsza, wymagająca dwudziestoczterogodzinnej uwagi, była opieka nad babcią. Ten ciągły stan napięcia i czas mierzony tabletkami, spowodował, że Zosia straciła apetyt i zaczęła cierpieć na bezsenność. Sama nie wierzyła, że się jeszcze jakoś trzyma. – A teraz… Jeszcze ta wiadomość… Boże, a jeśli jest prawdziwa? Nie, to niemożliwe – pocieszyła się. Zatęskniła do dawnego życia. – Jakie ja miałam dotychczas problemy? – Spojrzała w lusterko. – Jakie? – zwróciła się do swojego odbicia. – Bo czy to problem, że będąc wśród ludzi, robiłam się coraz mniejsza i mniejsza, aż znikałam i stawałam się niewidzialna? Czasami tylko się bałam, żeby nikt mi w tramwaju nie usiadł na kolanach, bo nie dostrzegł mnie w porę – westchnęła. – Ale do tego już dawno przywykłam i właściwie nie potrafiłam o sobie inaczej myśleć, jak: „Niewidzialna”.

A w szkole? Chyba, też nie byłam zbyt popularna. Co prawda nigdy nie pchałam się przed szereg. W klasie zwykle siedziałam sama. Z ostatniej ławki obserwowałam, jak moi koledzy adorują koleżanki, jak pomiędzy ławkami krążą liściki, jak chichoczą przyjaciółki, powierzając sobie tajemnice. Miałam jedną koleżankę, której słaby wzrok i brzydkie okulary o grubych szkłach powodowały, że też nikt jej nie zauważał. To ona mówiła mi, że jestem ładna, że gdybym swoją urodę podkreśliła makijażem i modnym ubraniem, to mogłabym śmiało konkurować ze wszystkimi laskami w szkole. Nasze bliższe kontakty urwały się, kiedy mnie przyjęto na medycynę, a jej nie. To była jedyna osoba, której potrafiłam się zwierzyć i jedyna, której mogłabym się teraz wypłakać. Może do niej zadzwonić? A może zadzwonić do stryjka? Ale czy ten znany, zapracowany prawnik pamięta, że ma jakąś bratanicę? Chyba stryj z ojcem nie mieli najlepszych relacji.

Natłokiem myśli próbowała nie dopuścić do siebie tej jednej: – A jeśli to prawda, to jak ja sobie poradzę?

Z lustra patrzyły na nią podkrążone oczy, a bladą, drobniutką twarz otaczały potargane włosy.

– Jak ja sobie z tym wszystkim dam radę? Jak powiem Maćkowi o śmierci rodziców? To mnie przerasta. Przecież sama w to nie mogę uwierzyć. Ja mam dopiero dwadzieścia jeden lat – powiedziała do swojego odbicia, jakby oczekiwała, że jej wiek to usprawiedliwi.

O wypadku dowiedziała się wczoraj po południu.

Kiedy rozmawiała z dziewczyną z Ukrainy, zatrudnioną do sprzątania, ktoś zadzwonił do drzwi. Dzwonek zabrzmiał jakby niepewnie. Pomyślała, że to Maciek zapomniał kluczy i poszła otworzyć. W drzwiach stała młoda, dobrze zbudowana kobieta w mundurze.

– Komenda wojewódzka w Warszawie. Aspirant Barbara Płomyczek – przedstawiła się. – Pani Zofia Chmielewska? – zapytała.

– Tak, a o co chodzi? Mój brat coś zmalował?

– Mogę wejść?

– Proszę.

Z pokoju babci wyszła Roksana i zeszła na dół.

– To ja już pójdę, Zosiu. Dobrze? Jesteśmy umówione.

– Przepraszam – zwróciła się do niej policjantka. – Mogłabym prosić, żeby pani jeszcze chwilę została?

– Ale proszę pani, ja jestem tu legalnie. Mam pozwolenia, wszystkie… Mogę pokazać – zdenerwowała się Ukrainka.

– Ja w innej spra... Nie chodzi o pa…. Panią chciałabym prosić o pomoc. O wspar… – mówiła szybko, nie wymawiając wszystkich słów do końca. – Mam przykrą wiadomość. Pani rodzice mieli wypadek drogowy. Oboje nie żyją – odetchnęła głęboko, jakby poczuła ulgę, że udało jej się to z siebie wyrzucić.

– To niemożliwe – odpowiedziała spokojnie Zosia. – Rozmawiałam rano z mamą i wszystko było w porządku. Przepraszam, babcia mnie woła. Ona jest chora i nie można zostawiać jej samej, a Roksana już musi iść, bo inaczej spóźni się na pociąg.

– Proszę pani. – Kobieta wbiegła po schodach i weszła za nią do pokoju. – Czy może pani zadzwonić do kogoś z rodziny?

– Ja naprawdę muszę iść! – krzyknęła z dołu Roksana. – Moje dziecko jest chore. Ja naprawdę… – Wyszła szybko, jakby obawiając się, że nadal będą ją zatrzymywać.

Babcia na widok policjantki zaczęła krzyczeć:

– Wyrzuć tę sukę! Niech się wynosi. To śmierć, śmierć, śmierć – podnosiła coraz bardziej głos, wpadając w histerię.

– I co pani narobiła? – Zosia wypchnęła kobietę z pokoju. – Proszę wyjść i nie wracać. Nie chcę cię tu więcej widzieć, ty, ty kłamczucho.

Policjantka przytuliła ją, a ona się nie broniła. Szlochała, wtulona w jej duże piersi, jakby to było jedyne bezpieczne miejsce na świecie. Nie pamiętała, kiedy tak płakała. Nie myślała, że jeszcze potrafi. Dawno już nauczyła się płakać w środku i często nie był to tylko cichy płacz, lecz skowyt, który rozrywał ją na kawałki i pozostawiał blizny. A teraz coś w niej pękło.

Potem usłyszała głos babci. Wytarła nos i podziękowała. Boże. Za co ja jej dziękuję – pomyślała.

 

W kieszeni ciągle miała wizytówkę, którą dostała od policjantki. Wyjęła kartonik i przeczytała. Były tam dane komisariatu i numer telefonu, a pod spodem już odręczny dopisek: „Pani Zosiu, proszę o kontakt z Barbarą Płomyczek”.

Zosia oparła głowę o toaletkę i tępo wpatrywała w biały prostokącik leżący na kolanach. Powinna zadzwonić, dowiedzieć się, jak to się stało i co ma dalej robić?

 

– Hej, siostra. – Poczuła szarpnięcie za ramię. – Musisz być cholernie padnięta, jak usnęłaś w takiej pozycji. – A to co? – Podniósł z podłogi wizytówkę. – Policja? Przysięgam, że ja nic nie zrobiłem.

– Wiem, kochany, wiem. Ale muszę…

– Najpierw musisz mi powiedzieć, co zrobiłaś z babcią? Jak cię znam, to na pewno nie zakopałaś jej w ogródku.

Zosia zerwała się, pobiegła do łóżka, a potem rozejrzała po pokoju.

– Kurcze! Przecież przed chwilą tu była. Spała! Zobacz, czy nie poszła do łazienki. I sprawdź na dole! – krzyknęła za nim. Jeszcze raz rozejrzała się po pokoju, zajrzała do szafy i pod łóżko, ale staruszki nie było. Spojrzała na drzwi balkonowe. Były przymknięte, a przecież na pewno zamknęła je na klamkę tak, żeby przeciąg nie otworzył. Tak, na pewno.

Wyszła na balkon. Miała nadzieję, że zobaczy babcię siedzącą w słońcu na ulubionym fotelu. Ale fotel był pusty.

– Zośka! Zosiu. – Głos Maćka załamał się i z męskiego przeszedł w jakiś żałosny chłopięcy szloch.

Zbiegła na dół. Maciek stał nieruchomo w otwartych drzwiach i wskazywał na rosnące pod balkonem kwiaty. Odepchnęła go i spojrzała w tym kierunku. Babcia z rozpuszczonymi srebrnymi włosami, oparta o murek, zanurzona w kwitnących tulipanach i żonkilach, wyglądała jak jakaś baśniowa ilustracja. Zosia odwróciła się i szepnęła Maćkowi do ucha:

– Cichutko, Maciusiu, cichutko. Śpiącą Królewnę można obudzić tylko pocałunkiem. Wiesz o tym.

Maciek patrzył na nią, nic nie rozumiejąc.

– Co się tak gapisz? Rżniesz głupa? Tyle razy czytałam ci Perraulta. Tępak. Mój brat, to… – Nagle zrobiło jej się wesoło i zaczęła chichotać. Śmiała się coraz głośniej, łzy ciekły jej po policzkach, a ona nie mogła przestać. – To wszystko to jakiś surrealistyczny sen – powiedziała, walcząc z napadem czkawki. – Przecież to niemożliwe, żeby tak wszystko naraz… Maciek, nie wierz w to. To się w życiu nie zdarza. – Następny atak śmiechu o mało nie rozsadził jej płuc.

– Zośka, zwariowałaś? – Zdenerwowany Maciek potrząsnął nią, a ona osunęła się na ziemię jak miękka, szmaciana lalka.

 

Wszystko to, co zdarzyło się później, Zosia pamiętała jakby przez mgłę. Leżała w szpitalnym łóżku bez ruchu, z zamkniętymi oczami, podłączona do kroplówki, cewnikowana i monitorowana. Czuła się tak, jakby ktoś żył za nią. To było nawet przyjemne. Nareszcie nic nie musiała. Nie musiała nawet myśleć, a każdy napływający obraz jej mózg niezmiennie odrzucał: „Nic mnie to nie obchodzi”. Chciałaby w tym przyjemnym kokonie otępienia zostać na zawsze.

Słyszała, co mówią lekarze i pielęgniarki, ale nie rozumiała słów. To jakiś zagraniczny film pozbawiony napisów – myślała.

Wydawało jej się, że raz nawet usłyszała głos stryjka, rozmawiającego z Maćkiem. Obecność brata czuła prawie przez cały czas. Biedny, kochany braciak – pomyślała o nim ciepło. I zaraz ten drugi głos: – A co on cię obchodzi.

Znów zapadała w sen.

 

Do pokoju wszedł Maciek, a kiedy zobaczył, że Zosia leży z otwartymi oczami, podbiegł do łóżka.

– Obudziłaś się nareszcie – szepnął. – Siostra, ale ty mnie nie zostawisz? Prawda? – Rozpłakał się. – Zosiu, ja cię tak bardzo, tak bardzo przepraszam za wszystko… Jak się czujesz? Powiedzieli, że to było załamanie nerwowe i jakaś zapaść, coś z sercem czy co… Ale wyzdrowiejesz – mówił przez łzy.

Wzięła go za rękę.

– Nie martw się. Chyba tylko troszeczkę coś się we mnie zepsuło – powiedziała, tak jak mówili w dzieciństwie, kiedy któreś z nich chorowało.

– Ale baterie ci się zupełnie nie wyczerpały – uśmiechnął się, dając do zrozumienia, że pamięta.

Brat tak bardzo potrzebował jej wsparcia. Teraz miał tylko ją. Musiała wziąć się w garść.

– Maciek, jak sobie poradziłeś? – próbowała znaleźć odpowiednie słowa. – Z tym wszystkim – powiedziała w końcu.

– Zadzwoniłem do stryjka. Nie martw się. On się tym, „tym wszystkim” zajął. – Rozmawiali tak, jakby bali się użyć tych bolesnych słów: wypadek, śmierć, pogrzeb. Te słowa miały ciężar kamieni. Były nie do udźwignięcia. – Mnie kazał tylko doglądać ciebie. Wiesz, że on płakał?

– Kto?

– No stryj Edward... Ale dopiero wtedy, kiedy mu powiedziałem o tobie. Mówił, że sobie nie daruje, że przez ten konflikt z rodzicami nigdy nie był dla ciebie ojcem. Coś z tego rozumiesz? Wiesz, ja go prawie zupełnie nie znałem.

– Stryjek jest moim chrzestnym – wyjaśniła Zosia. – Ale słyszałam od babci, że wymusił to na naszych rodzicach.

– Nie wiem. On zachowywał się tak jakoś dziwnie… Zastanawiałaś się, co wydarzyło się między naszym ojcem a nim? Wydawało mi się, że mama to go nawet lubi… Lubiła – poprawił się i szybko odwrócił do okna. – Wiesz, Zosiu, jak zrobi się ciepło, kiedy stąd wyjdziesz, pójdziemy na lody. A może tu ci przyniosę?

Nie czekając na odpowiedź, wybiegł i Zosia usłyszała, jak zaraz za drzwiami wydmuchuje nos.

– Jak my sobie poradzimy? Mnie będzie łatwiej, ale Maciek? Maciek wciąż był tym rozpieszczonym dzieciakiem, który uważał, że wszystko mu się należy. – Tyle lat obserwowała błędy, jakie wobec niego popełniali rodzice, a babcia przede wszystkim.

W szpitalu zaproponowano jej pomoc psychologa. Miał to być rodzaj terapii. Początkowo odmówiła, ale teraz zaczęła się zastanawiać. Chyba jednak ze względu na Maćka powinnam się zgodzić – pomyślała. Sama była przeciwna takim „wywnętrzaniem” się przed obcą osobą. Nie podobało jej się to całe psychologiczne ględzenie. Przecież nie wszystko ktoś może za nią rozwiązać. Uważała, że w sytuacji w jakiej się znalazła, „sama powinna ułożyć w sobie” stratę bliskich. Tylko, czy ta cała układanka nie będzie za trudna i nie zabierze jej reszty życia, bo skoro tak łatwo wpadła w chorobę… Najgorszy szok miała za sobą, a teraz pomalutku, krok po kroku, powinna oswoić ból i nauczyć się życia bez swoich staruszków. Wiedziała, że musi uciszyć te straszne wspomnienia, bo inaczej „pęknie jej serce”. Musi iść do przodu, myśleć o tym, co będzie, a nie wracać do tego, co było. Tylko czy potrafi? Sama? Właściwie to, odkąd pamięta, zawsze była sama ze swoimi problemami, z podejmowaniem decyzji i ponoszeniem konsekwencji. Może się uda, może sobie poradzi. Wystarczy trochę determinacji… Ale nie bardzo wiedziała, jak ma dalej postępować z bratem. Maciek jutro kończy osiemnaście lat i chociaż według prawa będzie dorosły, to według niej jest nadal niedojrzałym emocjonalnie chłopcem. To o nim powinna porozmawiać z psychologiem. A może jego namówić na wizytę?

Tego dnia Maciek już nie wrócił do szpitala.

Po przeniesieniu z OIOM-u Zosia leżała w dwuosobowym pokoju. Drugie łóżko nie było zajęte, co jej odpowiadało. Nie zniosłaby teraz towarzystwa jakiejś paplającej o swojej chorobie pacjentki.

Ktoś zapukał i do pokoju weszła korpulentna, elegancka kobieta. Uśmiechnęła się i Zosia rozpoznała w niej żonę stryjka, „Misię”. Boże, jak ona się zmieniła, zestarzała i z cioci Misi, przynajmniej z wyglądu, stała się niedźwiedzicą przed zimą. Gdyby nie uśmiech… Ten uśmiech, który tak zachwycał małą Zosię i którym stryjna, potrafiła zaczarować każdego… Teraz jednak uśmiech był niepewny, jakby próbowała nim Zosię przeprosić i nie wiedziała, czy ta jej wybaczy.

– Witaj, kochanie. Mogę?

– Proszę. Stryj Edzio cię przysłał?

– Tak, też. Poprosił mnie o to. Ale ja… To ja przede wszystkim, chciałam cię zobaczyć. Odwiedzić swoją małą Zosię i sprawdzić, jak się czuje. – W jej słowach, tak jak i w uśmiechu, było coś podejrzanego. Ciotka czegoś od niej chciała.

– Już nie jestem małą dziewczynką. – Zosia uważnie przyjrzała się kobiecie. – Myślę, że gdyby nie lekarze – powiedziała – mogłabym już stąd wyjść. Wiem od Maćka, że zajęliście się pogrzebem. Nigdy sobie nie daruję, że nie byłam, że nie pożegnałam rodziców.

– Nie myśl o tym. Oni by ci wybaczyli.

Gdyby zauważyli, że mnie nie ma – pomyślała i poczuła napływające łzy.

– Zosiu – przestraszyła się ciotka. – Nie płacz, kochanie. – Usiadła bliżej i przytuliła dziewczynę. – Wiem, dziecino, wiem. – Misia tak bardzo jej współczuła, wiedziała, jak to jest, kiedy straci się kogoś bliskiego. To uczucie opuszczenia, pustki… – Z czasem pogodzisz się ze stratą i chociaż już nic nie będzie tak samo, to nauczysz się… Wszyscy się nauczymy „patrzeć do przodu”.

– Tak, ciociu, wiem, tylko dlaczego to tak wszystko naraz? Jakby śmierć szukała przyczyny… Czy kiedyś, z czasem, uda mi się zapomnieć?

– Zapomnieć nie. Widzisz, pamięć jest w pewnym sensie interpretacją wydarzeń, które po jakimś czasie zaczynają kreować wspomnienia walczące o prawdę. A później to, co nam życie przynosi, pozwala na chwile niepamięci. Przepraszam. Zaczęłam mówić jak wykładowca. Kiedy jako młoda kobieta straciłam kogoś bardzo mi bliskiego, natknęłam się na fragment powieści Sienkiewicza „Bez dogmatu”. Czytałaś?

– Tak. Ale nie wiem, o którym mówisz?

– Pamiętasz, jak Płoszowski po śmierci ojca był w gościnie u Davisów i myślał o tym, jak oddalenie przesłania mu obraz Anieli? Porównuje wtedy oddalenie do śmierci i pisze w swoim dzienniku, że jest to tak niezmierna mgła psychiczna, że nawet najdrożsi w niej pogrążeni tracą pomału swą rzeczywistość, jakby błękitnieją i z czasem stają się tylko ukochanymi cieniami.

– Masz rację, ciociu, ale to takie nierealne. Przynajmniej jeszcze teraz. Teraz to wydaje mi się, że wpadam w jakiś obłęd.

Ciotka tylko się uśmiechnęła.

– To nie człowiek wpada w obłęd – to obłęd dopada człowieka i wcale to nie jest takie proste. Człowiek to bardzo odporne stworzenie. Wiesz, że z czasem wszystko wraca do pewnej normalności. Życie nie jest w stanie tak szybko nas zniszczyć i naprawdę nie podejrzewaj, że ma dla nas tylko „efekty domina”.

– Chciałabym, żebyś miała rację. Maciek dzisiaj powiedział: „Będzie dobrze, siostra, i naiwnie zacytował, że „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Wiem, ciociu, że on stara się mnie pocieszyć, ale to ja boję się o niego i boję się odpowiedzialności, jaką będę musiała na siebie wziąć. On jutro kończy osiemnaście lat, ale tak naprawdę jest jeszcze taki niedojrzały – zastanawiała się przez chwilę. – Smutne to urodziny. Zwłaszcza w pustym domu. Moglibyście mu zaproponować, żeby spędził ten dzień z wami? I jeszcze miałabym taka prośbę. Chciałabym kupić mu prezent. Mogłabyś to zrobić w moim imieniu?

– Oczywiście. Powiedz mi tylko, co to ma być… Ale… Ale czy on ci mówił, że ostatnio często rozmawiamy? Twój brat jest, tak jak mówisz, zagubiony, ale tylko do pewnego stopnia. Widzisz, on jest z natury ekstrawertykiem. Ma dobre relacje z przyjaciółmi, ze swoją dziewczyną, a nastawiony na świat zewnętrzny łatwiej pogodzi się ze zmianami w swoim życiu niż ty.

– Tak, bo to ja jestem winna, że babcia nie żyje. To ja nie dopilnowałam. Chyba już do końca życia będę miała koszmary. Budzę się w nocy z przeświadczeniem, że już nigdy nie spotka mnie nic dobrego. Nic, co wyrwie mnie z tej czarnej dziury. Nic, co sprawi mi radość. Ciociu, ja jestem taka bezradna.

– Wszyscy jesteśmy bezradni wobec śmierci.

– Ale to moja wina, że…

Ciotka gwałtownie odsunęła ją od siebie i potrząsnęła.

– Nawet nie myśl, że to twoja wina.

– Ciociu, jak mogę tak nie myśleć?

– Nie możesz. Nie wolno ci się obwiniać. To był wypadek. Nieszczęśliwy wypadek. A dla babci… Przepraszam, że to powiem, ale dla babci to było wyzwolenie z tej strasznej choroby.

– Co ty mówisz! – oburzyła się Zosia. Jednak i ona, chociaż nigdy by się do tego głośno nie przyznała, wiedziała, że śmierć babci była wyzwoleniem nie tylko dla chorej, ale i dla nich wszystkich. Babcia dobrze się przygotowała do tej lekcji. Może człowiek od urodzenia powinien uczyć się umierania w sposób zależny od sytuacji. Tylko kto miał w tym interes, żeby to wszystko zesłać hurtem – pomyślała ze złością.

Zajrzała pielęgniarka i poprosiła, żeby nie męczyć tak długo rekonwalescentki, bo jeszcze jest słaba.

– Oj, przepraszam, jestem bezmyślna. Przepraszam cię, dziecko.

– Ciociu, cieszę się, że przyszłaś. Rozmowa z tobą bardzo mi pomogła. Myślę, że lepiej niż rozmowa z psychologiem, którego zaproponował mi szpital.

– Cieszę się. – Ciotka znów przygarnęła ją do siebie. – Zanim wyjdę, mam jeszcze jedną prośbę.

Zosia zesztywniała. Od początku wiedziała, czuła, że ciotka, miała jeszcze inny powód, żeby ją odwiedzić. Tak łatwo pozwoliła uśpić swoją czujność.

– Nie denerwuj się, Zosiu. Możesz się nie zgodzić, a my nie będziemy nalegać. Ale widzisz, my ze stryjkiem chcemy wam zaproponować, żebyście zamieszkali z nami. Dobrze, kochanie. Przemyśl to, porozmawiaj z Maćkiem i proszę, pozwólcie sobie pomóc. Przyniosłam ci trochę rzeczy. – Wyjęła książkę Haliny Popławskiej „Hiszpańska romanca”. – Maciek powiedział, że lubisz tę autorkę. Ja z resztą też. Według mnie książki pani Popławskiej to taki balsam na skołatane dusze – uśmiechnęła się. Wypakowała owoce, soki, gorzką czekoladę, dobre mydło i dezodorant. – Sprawdziłam. jakiego używasz. – Wstawiła kosmetyki do szafki.

Pożegnała się i jeszcze w drzwiach przypomniała, głośno i wyraźnie akcentując słowa, jakby mówiła do kogoś, kto nie dosłyszy.

– Przemyśl sobie naszą propozycję i porozmawiaj z Maćkiem. Dobrze?

Po wyjściu ciotki Zosia ułożyła się tak, żeby móc wyglądać przez okno. Zapadał ciepły zmierzch. Widziała przechodzących ludzi, słyszała ich rozmowy i śmiech. Dochodził szum jadących samochodów, pisk hamujących tramwajów. W oknach domu naprzeciwko zaczęły zapalać się światła. Minął jeszcze jeden dzień niezapisany w dzienniku. Od dziecka prowadziła dziennik, tak było łatwiej radzić sobie z emocjami. Dziennik to był taki prawdziwy przyjaciel, podobnie jak książki. Kochała książki, kiedy je otwierała, wydawało jej się, że same układają się w dłoni. A potem wyruszała w podróż drogą, którą prowadził ją autor. Sięgnęła po „Hiszpańską romancę”. Chyba nie znała tej powieści. Delikatnie gładziła okładkę. Ciotka wiedziała jaka książka może teraz dać jej ukojenie. Pomyślała o propozycji stryjów.

Już wiedziała, że nie zostanie sama. Tylko, tylko ja tak niewiele o stryjkach wiem – pomyślała.

Ostatni raz widziała stryja, kiedy jeszcze była mała, i nie było to miłe wspomnienie. Pamięta, jak babcia karmiła Maciusia, a ona też była głodna. Niechcący wytrąciła jej butelkę z zupką, a Maciek zaczął płakać. Wiedziała, czym to się skończy, i próbowała uciec z pokoju. Zdenerwowana babcia dogoniła ją, zaczęła szarpać i bić. W tym momencie wszedł stryjek:

– Zostaw dziecko! – krzyknął.

– Zupełnie ci odbiło? – Złapał ją za ręce i odepchnął. Babcia przewróciła się, uderzając głową o kaloryfer, a ona zobaczyła krew i zaczęła histerycznie krzyczeć. Wbiegli rodzice i kazali jej wyjść z pokoju. Potem przez jakiś czas babcia leżała w szpitalu, a stryjek już nigdy ich nie odwiedził.