Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie - Agnieszka Bukowczan-Rzeszut - ebook + książka

Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie ebook

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

0,0
39,99 zł

lub
Opis

Stephen Hawking uznawał podróże w czasie za niemożliwe – inaczej już najechałyby nas hordy turystów z przyszłości. A jednak wciąż podróżujemy w czasie dzięki książkom: pamiętnikom, kronikom, relacjom. Możemy zapuszczać się do zaginionych królestw i zapomnianych, na wpół legendarnych czasów, albo wybrać się gdzieś bliżej, ot – do zwykłego polskiego średniowiecznego miasta. Ale czy na pewno zwykłego?

Jeśli fascynują cię czasy, o których wciąż wiemy mniej, niż byśmy chcieli, i ludzie, którzy tworzyli atmosferę dawnego Krakowa – to lektura dla ciebie. Dowiesz się z niej, jak założyć rodzinę i dlaczego nie warto z tym zwlekać, jak długo wypadało karmić dzieci piersią i co robiono, gdy płakały w nocy. Poznasz średniowieczne menu i przekonasz się, że gospodę sąsiadującą z cmentarzem kościoła Mariackiego lepiej było obchodzić z daleka, choć i w innych przybytkach karczmarzom należało patrzeć na ręce. Zobaczysz, jak imprezowano w średniowieczu, co się działo w karnawale na krakowskich ulicach i z kim można było pójść w tany na własnym weselu. Odwiedzisz łaźnie miejskie, otwarte już od wschodu słońca, w których można było się ostrzyc i ogolić, a nawet postawić sobie bańki, i przekonasz się, że lepiej było chadzać do łaźni bez ubrań. Nikogo wówczas nie szokował ojciec biegnący zażyć kąpieli wraz z żoną i dziećmi, a wszyscy goli jak święty turecki. Dowiesz się, dlaczego Jan Kochanowski nie widział różnicy między łaźniami a zamtuzem, poznasz od kulis życie i pracę miejskich dziewek, które nie zawsze trudniły się najstarszą profesją z własnej woli i nierzadko miały za sobą tragiczne przeżycia. Zobaczysz, jak krakowski kat, który zamtuzem zarządzał, radził sobie z nielegalną konkurencją, prowadząc pokątne dziewki pod szubienicę, gdzie symbolicznie spalał wiązkę słomy i przestrzegał, że jeśli wrócą do miasta, skończą tak samo. Poznasz zwyczaje krakowskich duchownych, które mogą szokować współczesnych, ale nie średniowiecznych krakowian, z pobłażaniem przyjmujących wieść o archidiakonie, który w pogoni za panną zaplątał się w szatę, spadł z drabiny i skręcił sobie kark. Poznasz krakowskie święte księżne, których dziwaczne dla współczesnego człowieka zwyczaje inspirowały panny i mężatki – na szczęście nieliczne. Odwiedzisz krakowskie apteki, gdzie skosztujesz smakołyków, kupisz ludzkie łajno, wódkę, wosk do pieczęci, świeże zioła i zamorskie przyprawy. Dowiesz się, ile za wizytę domową policzyłby sobie lekarz i dlaczego krakowscy studenci medycyny oglądali dwa razy do roku świniobicie, nie przepuszczając żadnej publicznej egzekucji. Zobaczysz, co działo się w mieście w czasie epidemii dżumy i jak zachowywali się nasi przodkowie, gdy śmierć zaglądała im w oczy.

Zapraszam cię, drogi Czytelniku, w fascynującą podróż do średniowiecznego Krakowa, w którym krewni puszczą cię z torbami, karczmarz wyroluje, aptekarz upije, ksiądz porwie w tany, a lekarz wyprawi na tamten świat. Poznaj fascynujące życie krakowian sprzed wieków: pracowitych i rodzinnych, rozrywkowych i niepokornych na tyle, że nawet koronowane głowy szły im na ustępstwa. Zasiądź z nimi do stołu i przekonaj się, czy znajdziecie wspólne tematy do rozmowy, zajrzyj do miejskich kramów i warsztatów, a jeśli masz dość odwagi – także do karczmy, łaźni i burdelu. Wybierz się na krakowskie wesele i pogrzeb, poszukaj w mieście pracy, pobaw się na miejskiej imprezie. Przekonaj się, czy udałoby ci się przetrwać w średniowiecznym Krakowie choć jeden dzień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 394




© Copyright by Wydawnictwo Astra s.c., Kraków 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone. Poza uczciwym, osobistym korzystaniem w celu nauki, badań, analizy albo oceny, przewidzianym w Ustawie o Prawach Autorskich, Projektowych i Patentowych z 1988 r., żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w bazach danych ani transmitowana w żadnej postaci ani żadnymi środkami przekazu – elektronicznie, elektrycznie, chemicznie, mechanicznie, optycznie, przez fotokopie ani w żaden inny sposób – bez uprzedniej, pisemnej zgody właściciela praw autorskich.

Koncepcja: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut Jacek Małkowski Aleksandra Marczuk Marcin Kośka

Redakcja: Aleksandra Marczuk

Skład i przygotowanie do druku: Wydawnictwo Astra s.c.

Projekt okładki: Marcin Kośka

Ilustracja na okładce: Postacie prezentujące herb kaletników z Kodeksu Baltazara Behema, Panorama Krakowa z Liber chronicarum/ Agencja BE&W

Wydanie I Kraków 2018

ISBN 978-83-65280-95-4

Wydawnictwo Astra 31-026 Kraków ul. Radziwiłłowska 26/2 tel. 12 292 07 30

www.wydawnictwo-astra.plwww.facebook.com/[email protected]

Prowadzimy sprzedaż wysyłkowąwww.wydawnictwo-astra.pl

Książkę tę dedykuję mojej córce Kasyldzie, bez której pomocy powstałaby przynajmniej pół roku wcześniej, a także mężowi Michałowi, mamie Halinie i mamie Krystynie, bez których pomocy nie powstałaby w ogóle.

Garść dobrych rad

Kogo warto poznać(lub kogo unikać)

Średniowieczny Kraków zamieszkiwali ludzie różnego pochodzenia, wyznania i profesji. Byli wśród nich możni, duchowni, artyści czy przedsiębiorcy. Niektórych nie wypadało nie znać, z innymi znajomość mogła się skończyć rozstrojem żołądka – albo utratą głowy.

Wit Stwosz – urodzony ok. 1448 roku w Horb am Neckar koło Stuttgartu niemiecki rzeźbiarz, grafik i malarz, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli późnego gotyku w rzeźbie. W 1477 roku przybył do Krakowa, gdzie mieszkał przez niemal dwie dekady. W 1496 roku powrócił do Norymbergi i za fałszerstwo weksla ledwie uniknął kary śmierci – ograniczono się do napiętnowania go na twarzy. Skonfliktował się z radą miejską, nie chciał podporządkować się karze. To nie pierwszy raz, gdy był na bakier z prawem miejskim – w Krakowie, pracując nad słynnym ołtarzem, w pewnym momencie dwukrotnie przekroczył dozwoloną liczbę czeladników w warsztacie. Być może pozyskał ich pokątnie, a przepisy cechowe zakazywały podkupywania czeladników. Podkupienia służby domowej miała się także dopuścić jego żona. Zmarł w Norymberdze w 1533 roku.

Andrzej Wierzynek – rajca krakowski, oskarżony o defraudację funduszy miejskich, a następnie ścięty w 1406 roku. Jego przypadek odbił się szerokim echem nie tylko w Krakowie. W świetle akt sprawy Wierzynek miał wystąpić przeciwko miastu-instytucji, w której samorządzie posiadał władzę i która umożliwiała mu realizację jego własnych interesów. Rodzina Wierzynka, należąca do wpływowego patrycjatu, wniosła skargę do króla, który dla świętego spokoju pretensje finansowe uregulował z własnego skarbu. Tak czy inaczej skazaniec nie miał prawa do godnego pochówku i spoczął na cmentarzu skazańców poza miastem. Jego syn Mikołaj Wierzynek wzniósł w tym miejscu kościół św. Gertrudy.

Jan Turzon – urodził się 30 kwietnia 1437 roku w Lewoczy. Był kupcem i przedsiębiorcą wywodzącym się z węgierskiego rodu. Z polecenia ojca studiował w Wenecji i Padwie, przygotowując się do przejęcia rodowej potęgi hutniczej. Jan przyjął prawa miejskie Krakowa w 1464 roku, a już pięć lat później założył hutę miedzi i srebra w podkrakowskiej Mogile. W roku 1478 kupił kopalnię srebra w Rammelsbergu koło Goslaru w górach Harzu. Jako przybysz wiedział, że w Krakowie liczą się dobre układy, a te najlepiej zawiera się na ślubnym kobiercu. Żenił się dwukrotnie, w obu przypadkach z córkami wpływowych patrycjuszy krakowskich: z Urszulą, córką Jana Bema, oraz z Barbarą, córką Jana Becka. W roku 1477, mając lat 40, został burmistrzem Krakowa; od tego też roku aż do śmierci w 1508 pełnił funkcję rajcy miejskiego.

Mikołaj z Polski– urodził się w pierwszej połowie XIII wieku, prawdopodobnie na Śląsku, po czym wyjechał na nauki do Montpellier. Po powrocie osiadł na dworze Leszka Czarnego jako jego nadworny lekarz w 1278 roku, kiedy to przekonał nie tylko braci dominikanów, ale i parę książęcą do nowej, rewolucyjnej diety. Mikołaj „uczył ludzi na wszystkie choroby jeść węże, jaszczurki i żaby”, nawoływał do powrotu do medycyny naturalnej i porzucenia metod ówczesnych autorytetów. Zmarł w Krakowie ok. 1316 roku, niestety nie wiadomo, czy wskutek choroby, czy może podeszłego wieku.

Jan Boner – urodził się w 1462 roku w Alzacji. Obywatelstwo miejskie przyjął w 1483 roku. Był krakowskim patrycjuszem, potentatem finansowym oraz bankierem Jagiellonów. Za rządów Zygmunta Starego pełnił nieoficjalnie funkcję „ministra skarbu”, był także jednym z dwóch posłów, których Kraków wysłał na sejm elekcyjny do Piotrkowa w 1506 roku. Dorobił się ogromnego majątku na papierniach i dostawach srebra, piastował wpływowe stanowiska, wżenił się w inną patrycjuszowską rodzinę – Morsztynów. W mieście miał własny ogród za Bramą Mikołajską i liczne kamienice. W 1514 roku uzyskał polski indygenat i herb szlachecki Bonarowa. Zmarł w Krakowie 15 grudnia 1523 roku.

Stanisław ze Skarbimierza – urodził się ok. 1365 roku. Był pierwszym rektorem odnowionego w 1400 roku Uniwersytetu Krakowskiego, prawnikiem, kanonikiem kapituły katedralnej na Wawelu, pełnił także funkcję spowiednika królewskiego. Jest autorem setek płomiennych kazań i zaleceń o charakterze moralizatorskim. Potępiał między innymi seks z ciężarną żoną, „magiczne” praktyki kładzenia na ołtarzu ochrzczonych niemowląt, „pogańskie” pląsy z okazji Zielonych Świątek i zwyczaj proszenia umierających krewnych o odwiedziny i przekazanie informacji o miejscu pobytu po śmierci. Średniowieczni krakowianie zawdzięczają mu barwny opis mąk piekielnych. Zmarł 9 stycznia 1431 roku w Krakowie podczas celebrowania mszy na Wawelu.

Jan Długosz – urodził się 1 grudnia 1415 roku w Brzeźnicy. Był duchownym i historykiem, kronikarzem i dyplomatą, wychowawcą synów Kazimierza Jagiellończyka. Jako duchowny miał dość tradycyjne poglądy: kobiety powinny siedzieć w domu i zajmować się dziećmi (przy czym córek nie wolno było nazywać imieniem Matki Boskiej), młodzież trzeba trzymać z dala od pokus w rodzaju tańców i płochych rozrywek, a przyzwoici krakowianie powinni myśleć przede wszystkim o życiu przyszłym i zbawieniu. Wychwalał zalety piwa, pisząc, że „nic nadeń lepszego do pokrzepienia ciała”. Jego dom jako jeden z nielicznych ocalał podczas pożaru miasta w 1455 roku, o czym wspomniał w swoich Rocznikach. W 1472 roku przeszedł operację usunięcia kamienia z pęcherza, którą przeprowadził jego przyjaciel, Jan Stanko, profesor medycyny i medyk króla Kazimierza Jagiellończyka. Miał wówczas prawie 60 lat i przeżył jeszcze osiem. Zmarł 19 maja 1480 roku w Krakowie.

Gdzie warto się wybrać

Średniowieczny Kraków, podobnie jak współczesny, każdemu miał coś do zaoferowania. Można się tu było dobrze zabawić, zarobić przysłowiowego guza albo – kupić świetne książki! Sprawdź, gdzie warto się wybrać, a jakich miejsc unikać.

Miejsce gdzie był lupanar i pięć browarów.Tu w Wielkanoc 1421 roku spiła się i rozrabiała czeladź miejska.Krakowskie zagłębie nierządu.Lokalizacja Mynicy, gdzie można było się napić taniego wina.Dawna kaplica cmentarna przy kościele NMP.Brama Wiślna, krakowskie zagłębie łaziebne.Brama Rzeźnicza, przez którą cech w 1288 roku wpuścił do miasta Henryka Probusa.Tu w zakrystii zabito Tęczyńskiego.Dom Wita Stwosza na rogu obecnej Grodzkiej i Poselskiej.Cmentarz skazańców.Łaźnia królewska.Wydawnictwo Astra.

Opracowano na podstawie: J. Widawski, Miejskie mury obronne w państwie polskim do początku XV w., Warszawa 1973.

Co warto zjeść

Średniowieczni krakowianie nie zawsze jadali zdrowo, ale na pewno nie można powiedzieć, że kuchnia była monotonna czy niesmaczna. Wiele zapomnianych przepisów wraca do łask, odkrywamy na nowo rodzime „superfoods”, a proste, domowe dania naszych przodków mogą się stać świetnym pomysłem na „odświeżenie” współczesnego menu.

Łosoś w trzech sosach według teorii humoralnej (przepis za Stefanem Falimirzem)

Składniki:

filet z łososia;dwie duże cebule;mała główka czosnku;wiązka szczawiu;łyżka octu;przyprawy: koper, kmin, pieprz, szafran, anyż, goździki, gorczyca, piołun.

Rybę dobrze opłukać, osuszyć, skropić octem. Gotować z chrzanem, czosnkiem i gorczycą aż do miękkości. Cebule obrać i udusić, zalać wodą i ugotować sos. Czosnek obrać, skroić, ugotować z koprem i kminem lub (wersja dla zamożniejszych) anyżem i szafranem, odparować sos. Szczaw umyć, zblanszować, dodać kilka liści piołunu, doprawić pieprzem, koprem i octem, przyrządzić sos. Rybę serwować osobno, sosy jako dodatek, do wyboru. Do ryby podać pełnoziarnisty domowy chleb.

Wikimedia Commons/Rainer Zenz

Jak nie dać się oszukać

Słynny poeta, satyryk i moralista barokowy, Wacław Potocki, jako podczaszy krakowski raczej na brak funduszy nie narzekał. Mimo to opisał w jednej ze swych satyr, jak to Kraków „pieniądze łudzi” i że ze spaceru po krakowskim Rynku nie dało się wrócić bez stosu zbędnych rzeczy. Jak w ferworze zakupów patrzono kupcom i majstrom na ręce? Znajomość miar i wag była bardzo pomocna.

Wielka Waga oraz Targ Ołowny w XV wieku.Muzeum Historyczne Miasta Krakowa.

Jednostki długości

1 łokieć krakowski – 58,6 cm

1 dłoń – 9,76 cm

1 stopa krakowska – 29,3 cm

1 palec – 2,44 cm

1 sztych – 19,52 cm

1 linia – 0,2 cm

Jednostki wagi

1 cetnar krakowski – 63 kg

1 grzywna krakowska – 0,2 kg

1 łut krakowski – 0,012 kg

1 kamień – 12,6 kg

1 wiardunek – 0,049 kg

1 skojec – 0,008 kg

1 funt – 0,39 kg

1 uncja krakowska – 0,025 kg

1 gran – 0,002 kg

1 denar – 0,0008 kg

1 obol – 0,0004 kg

Mała Waga w XV wieku.Muzeum Historyczne Miasta Krakowa.

U kogo kupować

Rzemiosłem Kraków stoi – można było powiedzieć o średniowiecznym grodzie nad Wisłą. Fachów było tu co niemiara, a każdy szczycił się najwspanialszymi wyrobami. Niestety bez znajomości ich nazw można było się zagubić w gąszczu towarów, specjalizacji i... przepisów. Zobacz, co można było kupić u średniowiecznych krakowskich mistrzów.

Barchannik – tkacz barchanu, czyli tkaniny lniano-bawełnianej, włochatej używanej do wyrobu ciepłej bielizny i kurtek.

Białoskórnik – garbarz wyprawiający skóry za pomocą środków mineralnych w celu uzyskania skóry jasnej, delikatnej w dotyku, miękkiej, np. na kożuchy czy rękawiczki.

Bednarz – rzemieślnik wyrabiający naczynia klepkowe, obręczowe. Klepka jest to odpowiednio (często wygięta) wyrobiona deszczułka z twardego drewna.

Blacharz – rzemieślnik wyrabiający przedmioty z blachy, reperujący je, pokrywający dachy blachą.

Cieśla – rzemieślnik zajmujący się obróbką drzewa, budujący drewniane domy, wyrabiający z drzewa części budowli lub proste meble.

Czapnik – rzemieślnik wyrabiający czapki.

Dzwoniarz – rzemieślnik trudniący się wyrobem dzownów.

Garbarz – rzemieślnik zajmujący się wyprawianiem skór, czyli garbarstwem.

Grzebieniarz – rzemieślnik wyrabiający grzebienie.

Iglarz – rzemieślnik zajmujący się wyrobem igieł do szycia.

Kaletnik – rzemieślnik wyrabiający torby skórzane i kalety, czyli skórzane woreczki na pieniądze lub drobiazgi, noszone dawniej zwykle przy pasie.

Kamieniarz – rzemieślnik zajmujący się obróbką kamienia.

Kapelusznik – rzemieślnik zajmujący się wyrobem i przeróbką kapeluszy.

Kurdybanik – rzemieślnik wyrabiający kurdyban – skórę koźlą, rzadziej cielęcą lub jagnięcą, wytłaczaną we wzory, malowaną i złoconą.

Miechownik – rzemieślnik wyrabiający miechy, wory, torby itp.

Miecznik – rzemieślnik wyrabiający miecze i inną broń białą oraz części zbroi i rynsztunku.

Mielcarz (słodownik) – osoba wyrabiająca słód, czyli wysuszone, skiełkowane ziarna zboża, używane do produkcji spirytusu lub piwa.

Mosiężnik – wytwórca przedmiotów mosiężnych.

Mydlarz – robotnik zatrudniony przy wyrobie mydła.

Nożownik – rzemieślnik wyrabiający noże i inne narzędzia tnące.

Pasamonik – rzemieślnik trudniący się wyrobem pasów, galonów itp. przerabianych metalowymi nićmi;

Pierściennik – rzemieślink zajmujący się wytwarzaniem i sprzedażą pierścieni.

Prasoł (solarz) – kupiec handlujący solą.

Rękawicznik – rzemieślnik trudniący się wyrabianiem rękawiczek, m.in. ze skóry i z zamszu.

Rusznikarz – rzemieślnik wyrabiający rusznice, czyli ręczną broń palną używaną w XV–XVII w.

Rymarz – rzemieślnik zajmujący się wyrobem i reperacją przedmiotów ze skóry (z wyjątkiem butów), a zwłaszcza uprzęży końskiej, siodeł, pasów itp.

Siodlarz – rzemieślnik zajmujący się wyrobem siodeł i uprzęży.

Świecarz – pracownik kopalni oświetlający robotnikom miejsce pracy.

Złotnik – rzemieślnik wyrabiający przedmioty ze złota i srebra.

Jak się ubrać

Żyjesz w Krakowie na przełomie średniowiecza i renesansu i chcesz się modnie ubrać? Zainspiruj się autorką książki! Pamiętaj, aby ubierać się stosownie do swojego stanu – także cywilnego! Autorka jest mężatką, więc przed wyjściem z domu założy na głowę chustę. Wcześniej splecie włosy w warkocze, które upnie z tyłu głowy. Nie jest także szlachcianką, więc zgodnie z prawem nie nosi zbyt kosztownej biżuterii.

Suknia z wełnianego suknaLamowania z cienkiego aksamitu na rękawach i przy wycięciu stanikaDekolt wycięty w „V”Skrócony stanWąskie rękawySpódnica ułożona w fałdy i doszyta do stanika

Archiwum Wydawnictwa Astra.

Podziękowania

Chciałabym podziękować wspaniałym ludziom, bez których ta książka nie miałaby szans powstać. Panu Jackowi Małkowskiemu – za jego niezachwianą wiarę we mnie i wyrozumiałość, Pani Oli Marczuk – za jej redakcyjne i przyjacielskie wsparcie, mnóstwo miłych słów i pomocnych uwag, Panu Marcinowi Kośce – za dodatkowe materiały i ogrom pracy włożonej w graficzną stronę książki, Pani Monice Michalskiej – za jej pomoc merytoryczną. Chciałabym również podziękować moim najbliższym – ukochanemu mężowi Michałowi za nieocenione wsparcie i motywację, dwóm wspaniałym mamom: Halinie i Krystynie za pomoc, bez której nie miałabym szans ukończyć prac nad książką przed wynalezieniem sposobu na podróże w czasie, a także przyjaciołom za słowa otuchy i wsparcia, gdy najbardziej ich potrzebowałam.

Wydawnictwo Astra pragnie podziękować Muzeum Historycznemu Miasta Krakowa, szczególnie Panu dyrektorowi Michałowi Niezabitowskiemu, Pani Iwonie Nuckowskiej oraz Panu Piotrowi Opalińskiemu, za pomoc w pozyskaniu materiałów graficznych i okazaną serdeczność.

Wstęp

Był ciepły, letni poranek, pełnia lata. Kraków tętnił życiem, po Rynku przechadzali się turyści, dzieci karmiły gołębie, konie parskały, z wieży rozlegał się hejnał. Siedziałam na murku obok wieży ratuszowej i jadłam watę cukrową. Wciąż nie opuściło mnie uczucie rozczarowania po wycieczce do Smoczej Jamy, która okazała się pusta. Nie znalazłam w niej smoka, o którym tyle opowiadał mi tata. Przed wejściem do niej stał tylko jego pomnik z opalonym pyskiem, z którego co kilka minut buchały płomienie. Czy to miał być ten słynny smok wawelski, który siał postrach w średniowiecznym grodzie, dopóki – według legendy – nie rozprawiono się z nim podstępem? Już nie byłam skłonna w nią wierzyć. Uniosłam głowę i odwróciłam się w stronę dźwięku hejnału – w promieniach porannego słońca nie byłam w stanie dostrzec trębacza na wieży kościelnej. Czy wiele stuleci wcześniej naprawdę stał tam inny trębacz, któremu gardło przebiła tatarska strzała? Potarłam kolana zmęczone wycieczką po komnatach, kaplicach, dzwonnicach i kryptach Wawelu. Czy rzeczywiście żyli tam kiedyś królowie?

Miałam wtedy osiem lat, nie więcej. Kraków widziałam po raz pierwszy, odkąd wyjechałam z niego jeszcze w brzuchu mojej mamy. Znałam go tylko z rodzinnych opowieści, książkowych legend i lekcji historii. Wydawał mi się wielki, gwarny i… baśniowy. Czy podobał mi się? Oczywiście! Czy czułam się w nim jak w domu? W pewien sposób tak. Czy chciałabym tu zamieszkać? Niekoniecznie, bo trochę mnie przerażał. Los zdecydował jednak inaczej i dekadę później Kraków miał się stać moim domem na długie lata, miejscem studiów i ślubu, miejscem narodzin mojej córki, która w tym roku po raz pierwszy przeszła po krakowskim Rynku na własnych nogach. Jaki jest Kraków dla niej, jakim będzie za dziesięć, dwadzieścia lat? A jakim jest dziś dla mnie, po ponad dwudziestu pięciu latach od tamtej pamiętnej wycieczki, gdy piszę o nim tę książkę?

W nadanym miastu w 1485 roku przywileju Kazimierza Jagiellończyka Kraków został porównany do oświetlającej swym blaskiem inne miasta szlachetnej gwiazdy i określony mianem „pierwszej widowni Królestwa”. Kilka lat później pewien niemiecki poeta i humanista porównał siedzibę Jagiellonów do Galii przedalpejskiej z jej brudem, smrodem i gnijącymi błotnymi drogami, w których czterokonne powozy grzęzły aż po osie. Jaka była prawda? Czy średniowieczny Kraków rzeczywiście był leżącym na moczarach, brudnym, malarycznym miastem? A może raczej pełną majestatu siedzibą i nekropolią władców, perłą w Koronie Piastów i Jagiellonów, wspaniałym ośrodkiem handlu, nauki i sztuki, wreszcie miejscem rozgrywania się najważniejszych wydarzeń w historii kraju? Jaki obraz średniowiecznego Krakowa masz w swojej głowie ty, drogi Czytelniku, a jaki chciałbyś mieć po lekturze tej książki? Czy chcesz dzięki niej utrwalić wiedzę historyczną wyniesioną ze szkoły? A może masz już dość obrazu Krakowa jako miejsca koronacji i pogrzebów, hołdów i uczt, miejsca, przez które płyną polskie dzieje? Może wolałbyś dla odmiany poznać jego zwyczajnych mieszkańców, podejrzeć ich codzienne życie, spróbować ich zrozumieć, a może nawet polubić? Może masz ochotę przekonać się, czy przetrwałbyś jeden dzień w średniowiecznym Krakowie, nawet jeśli nie mieszkasz na co dzień w Krakowie współczesnym? Jeśli tak, zapraszam cię w podróż po średniowiecznym mieście, którego duch wciąż unosi się nad współczesnym Krakowem. Jesteś gotowy?

Zaczynajmy!

Klient miecznika i pacholik z Kodeksu Baltazara Behema, początek XVI wieku.Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa.

I

Kim jesteś, a kim warto być

Gdybyście, drodzy Czytelnicy, żyli we wczesnym średniowieczu, być może słyszelibyście o teorii przyrodzonego trójpodziału społeczeństwa, a wspólnotę wiernych dzielili na tych, którzy się modlą (kler), tych, którzy wojują (rycerstwo), i tych, którzy pracują (chłopi). Każda z tych grup miała mieć odrębne ziemskie zadania, a wszyscy powinni zgodnie współpracować, by przyczyniać się do ładu i harmonii, utrzymania Bożego porządku na ziemi. „Usługi jednej z nich zależą od działań dwu pozostałych; wzajemnie przyczyniają się do podtrzymania wspólnoty” – stwierdził w XI wieku francuski biskup i poeta związany z dworem Roberta Pobożnego, Adalberon. W jednej ze średniowiecznych legend można znaleźć porównanie ludu do konia, na którym siedzi rycerz i którego prowadzi wedle upodobania1. Dodajmy, że to samo porównanie można odnieść do średniowiecznego duchowieństwa, które również żyło z wyzysku chłopstwa. Ten idealny obraz Bożego porządku bardziej przystawał do obyczajowości zachodniej niż do polskiej i raczej nie wyciągano u nas z niego głębszych wniosków odnośnie do organizacji życia w średniowieczu2. A jednak i na Zachodzie, i nad Wisłą pojawienie się miast i ludności miejskiej z własnymi prawami i przywilejami zburzyło sielankę szlachty i duchowieństwa. Być może nie tylko zachodni pisarze kościelni, jak Guibert z Nogent czy Stefan z Tournai, utyskiwali na ową zuchwałość „poddanych, buntujących się przeciw przyrodzonym panom, na związki żądnych panowania chłopów (communia rusticorum dominantium), jak określano nowo organizowane samorządne władze miejskie”3. I podobnie jak wielu duchownych francuskich czy anglosaskich, na czele z Bernardem z Clairvaux, także u nas pojawiała się krytyka niezgodnych z duchem chrześcijaństwa zajęć, jakimi parała się nowo powstająca warstwa, mianowicie handlu i operacji kredytowych. Przez owe grzeszne zajęcia, jak wierzono, mieszczanie mogą jedynie marzyć o osiągnięciu zbawienia, a miasta – współczesne Babilony, Sodomy, Gomory i Niniwy – są ogniskami zgorszenia i zepsucia.

W Polsce jednak, w przeciwieństwie do realiów panujących na zachodzie Europy, gdzie stan mieszczański rodził się w bólach i rywalizacji z wyższymi warstwami społeczeństwa, rozwój miast przebiegał inaczej. Choć w późniejszych stuleciach krytykowani, traktowani z góry i z zawiścią przez możnych, mieszczanie zdobywali swoje miejsce w społeczeństwie średniowiecznym przy pomocy książąt i szlachty. Zachęceni dochodami, jakie ciągnęli władcy zachodni z handlu i produkcji miejskiej, polscy książęta i biskupi przyspieszali powstawanie miast4. Nadając im prawo niemieckie, stopniowo przekazując ich zarząd w ręce zamożnego, wywodzącego się z kupiectwa patrycjatu, przyznając hojnie przywileje i pomagając przy przebudowie urbanistycznej, książęta (biskupi już niestety rzadziej) dbali w ten sposób o dynamiczny rozwój gospodarczy kraju. Zapewne niejednego możnego świeckiego czy duchownego relacje z mieszkańcami najbliższego miasta miały wkrótce przyprawić o ból głowy. Niesnaski między mieszczanami, duchowieństwem i możnowładztwem, konflikty o władzę, strajki, bunty i miejskie rozruchy czy wreszcie nieustanne i nieuniknione tarcia między zamożnymi i wpływowymi „VIP-ami” a całą resztą mniej uprzywilejowanych stały się nieodłączną częścią barwnego życia w średniowiecznym Krakowie.

Średniowieczny podział na tych, którzy się modlą (kler), tych, którzy wojują (rycerstwo), i tych, którzy pracują (chłopi), XIII wiek.Wikimedia Commons/Leinad.

Powietrze miejskie czyni wolnym

Wspomniany już korporacyjny porządek, w którym każdy pełni określoną funkcję, tak charakterystyczny dla średniowiecznego społeczeństwa, szczególnie uwidaczniał się w życiu miast. Odrębność wyznaczana nie tylko murami i wałami, lecz także poczuciem wspólnoty wynikającym z posiadania wolności i praw miejskich definiowała status mieszczan. O, Krakowie sławny nasz! Zgodność ludu twego znasz… – pisał w latach 20. XV wieku biskup poznański i podkanclerzy Władysława Jagiełły, Stanisław Ciołek. Inny, tym razem nieznany już z imienia XV-wieczny kaznodzieja dodawał, że jeśli mieszczanie nie tworzą jedności, nie można ich zwać mieszczanami, lecz wieśniakami, i podkreślał, że Jezus Chrystus sam był mieszczaninem, a ową „zgodność” (łac. unitas)wysoko cenił. Cenili ją i średniowieczni mieszkańcy Krakowa, choć nie zawsze udawało się ją w praktyce utrzymać. Tutaj życie organizowane było w sposób kontrolowany, uporządkowany i przewidywalny, ale dawało przy tym wolność, poczucie bezpieczeństwa i zaspokojenie wszelkich potrzeb. „Powietrze miejskie czyni wolnym” – mawiano. Żadne miasto, czy to dawne, czy współczesne, nie jest jednak środowiskiem jednolitym i Kraków również nim nie był. Z racji swojego położenia, przebiegu procesu lokacyjnego i rozwoju, a także charakteru zajęć mieszkańców Kraków był podatny na obce wpływy. Wielu przybyszów gościło tutaj przejazdem w interesach lub towarzysko, inni zostawali, przyjmując prawa miejskie, jeszcze inni przyjeżdżali na studia czy na naukę rzemiosła. Zresztą, taki był zamysł podczas lokacji miast: książęta i panowie dążyli do tego, aby fakt powstania nowego skupiska ludności wolnej nie uszczuplał ich praw w stosunku do poddanych, toteż przy lokacji liczono głównie na napływ ludności obcej, w przypadku Krakowa niemieckiej, a nie „odpływ” własnej. Wójtowie lokowanego w 1257 roku Krakowa przyrzekli księciu, że nie pozwolą uczynić obywatelem „żadnego przypisańca naszego lub Kościoła, albo też czyjegokolwiek innego, lub również wolnego Polaka, który mieszkał dotychczas na wsi”5. Taka polityka, zresztą typowa nie tylko dla tego miasta, miała dalekosiężne skutki: z jednej strony w postaci słabego wzrostu ludności, z drugiej zaś utrzymania się przez wiele lat niemieckiego charakteru dużych miast polskich. Sprzyjało temu przekazanie władzy w mieście już rezydującym w nim kupcom pochodzenia niemieckiego, którzy dzięki relacjom z dawną ojczyzną mogli zachęcić kupców i rzemieślników do osiedlania się w Polsce. To zwykle z nich wywodził się wójt, który wybierał spośród swoich dawnych krajan ławników, tworzących wraz z nim pierwszą władzę miejską, czyli ławę6. Ludność niemiecka, napływająca szerokim strumieniem do dużych polskich miast w XIII wieku, odegrała ważną rolę nie tylko w ich organizacji, lecz także w walce o władzę. Odsunęła na dalszy plan polskich mieszkańców, często wypierając ich poza jego mury przy wytyczaniu miasta. Znaleźli się tam możnowładcy, dawniej rezydujący w posiadłościach miejskich i zaangażowani w miejski handel – stojąc przed wyborem, czy chcą przyjąć prawa miejskie i pozostać w mieście, tylko niektórzy, jak Spitmerowie, zdecydowali się na to. Zatrzymajmy się w tym miejscu na chwilę, bo jest to ważny moment. Jeślibyście, drodzy Czytelnicy, chcieli zostać mieszczanami, to rada miejska musiałaby wam nadać ius civile – prawo miejskie – i wpisać jako obywateli do ksiąg przyjęć. Jeśli pochodzilibyście spoza Krakowa – nieważne, czy z sąsiedniej miejscowości, czy innego miasta, czy z zagranicy – starając się o obywatelstwo, musielibyście wykazać się „listem dobrego urodzenia”, czyli świadectwem pochodzenia, albo przyprowadzić świadków, którzy by poręczyli, że pochodzicie z prawego małżeństwa i wyznajecie katolicyzm7. I tak za chłopskiego syna ręczyli inni kmiecie z jego wsi, za rzemieślnika – krakowscy rzemieślnicy. Z czasem potwierdzenie wyznania nie było już warunkiem niezbędnym, za to opłata za nadanie prawa miejskiego i złożenie przysięgi na Wizerunek Męki Pańskiej, wymalowany na pierwszej karcie pergaminowej zbioru wilkierzy miejskich i cechowych, zwanego Kodeksem Behema – już tak. Co ciekawe, opłaty były różne zależnie od profesji. I tak najdrożej musieli się opłacić kupcy i karczmarze, najmniej żądano od kramarzy i kaletników, natomiast od wytwórców broni żądano opłaty w naturze8. Wypowiadano przysięgę o następującym brzmieniu:

Ja... przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy ś. jedynemu, iż królowi Jmci polskiemu wiernym a Ich Miłościom Panom Radzcom krakowskim, którzy teraz na tym urzędzie są i którzy potem będą, posłusznym będę, tak jako na mnie wiernego i posłusznego mieszczanina przynależy. Tajemnic Rzeczypospolitej miasta tego żadnemu człowiekowi wyjawiać nie będę. A ktoby się sprzeciwiał Ich Miłościom Panom Radzcom krakowskim i pospolitemu dobru miasta tego, takiemu ja nie będę pomagać, ani tego taić, ale wszystko czynić będę, co należy ku pomnożeniu i pożytku miasta. A jeżeliby kto co mówił niesprawiedliwego i przeciwko honorowi o Ich Miłościach Panach Radzcach krakowskich, takiemu ja według możności mojej sprzeciwią się i to Ich Miłościom doniosę; ani też z takim spółków i handlów mieć nie będę, któryby, tak jako ja, mieszczaninem krakowskim przysięgłym nie był, przez coby cło Króla JMei ginąc miało także i miastu Krakowowi. Tak mi Panie Boże dopomóż w Trójcy świętej jedynej Amen9.

Przywilej lokacyjny Krakowa z 1257 roku; obecnie przechowywany w Archiwum Narodowym w Krakowie.Wikimedia Commons/Poeticbent.

Taką przysięgę składało wielu synów kmiecych, którzy wbrew woli możnych i prawu napływali do miast, szukając zarobku i zapisując się na naukę rzemiosła. Często zostawali, stąd normalnym było, że mieszczanin krakowski był „imigrantem świeżej daty, wczorajszym wieśniakiem”, który musiał zaadaptować się do życia miejskiego i odnaleźć się w miejskiej kulturze10. Więź chłopstwa z miastem była również silna dzięki targom, na które dowozili płody rolne, czy pracom sezonowym. Co więcej, miasta lokacyjne otrzymywały znaczne tereny uprawne i pastwiska, a czasem i całe wsie, stając się ich panem feudalnym ze wszystkimi tego pozytywnymi i negatywnymi skutkami. Wreszcie miasto było miejscem zamieszkania także dla innych stanów, jak szlachty czy duchowieństwa. Stany wchodziły ze sobą w nieustanne interakcje na tle biznesowym, sąsiedzkim, towarzyskim, kontakty z obcokrajowcami poszerzały horyzonty i rozbudzały ciekawość świata, a otwartość cechująca miejskie życie rodziła nowe pomysły, pobudzała kreatywność zawodową i wpływała na obyczaje.

Przedstawienie Męki Pańskiej z Kodeksu Baltazara Behema, początek XVI wieku.Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa.

Życie w mieście średniowiecznym odznaczało się odmiennością stylu pracy, obyczajów i stosunków między różnymi warstwami. Ówczesny, podobnie jak i współczesny, Kraków zamieszkiwali ludzie o różnym statusie społecznym i materialnym, trudniący się różnymi zawodami, mówiący różnymi językami, często różniący się od siebie obyczajami i religią. Funkcjonowali według reguł, jakich inne stany nie znały, i wyznawali wartości, które przez innych nie były tak cenione. Nie byli uzależnieni w codziennym życiu i pracy od rytmu przyrody, więc mogli swobodniej dysponować czasem, a łatwy kontakt z ludźmi sprawiał, że w Krakowie kwitło życie towarzyskie, duchowe, intelektualne. Spotykano się w karczmach, które służyły nie tylko piciu piwa i grze w kości, zresztą zakazanej i piętnowanej, o czym jeszcze będzie mowa, ale były także miejscem organizacji uroczystości rodzinnych, zawierania umów handlowych i małżeńskich czy po prostu spotkań towarzyskich, sąsiedzkich, podejmowania gości. Karczmy i gospody krakowskie przełamywały bariery stanowe. Funkcje kulturowe i integrujące pełniły także łaźnie, kościoły, a nawet cmentarze, stanowiące centrum życia towarzyskiego, o czym będzie mowa w rozdziale VII. W miastach jednostka była zawsze cząstką większej solidarnej grupy, na którą mogła liczyć w trudnych chwilach – nie tylko rodzinnej, ale i zawodowej lub sąsiedzkiej. Jako mieszkaniec średniowiecznego Krakowa, mógłbyś – drogi Czytelniku – szukać wsparcia i pomocy nie tylko u krewnych czy członków cechu, ale i u przedstawicieli władz miejskich stojących na straży twoich praw. To specyficznie pojmowane środowisko miejskie było dla średniowiecznych krakowian obiektem szacunku, przywiązania i wierności. Za wolność miasta warto było walczyć i umrzeć, herb był obiektem szacunku, a mury miejskie, ratusz i fara – przedmiotem dumy. Stąd też wszelkie miejskie wydatki umacniające pozycję, siłę i prestiż Krakowa nie bywały przez pospólstwo kwestionowane. Co do reszty mniej i bardziej uzasadnionych wydatków miejskich włodarzy – bywało podobnie jak dzisiaj.

Trudno wymienić typowe cechy, którymi można by scharakteryzować ogół mieszczan krakowskich z epoki średniowiecza. Na pewno należała do nich otwartość i ciekawość świata, wynikające z szerokich kontaktów z innymi miastami i krajami, skąd docierały nowinki, mody i obyczaje. Tu życie toczyło się szybciej, od XIV wieku wyznaczane tykaniem zegarów, tutaj spopularyzowało się pismo, a dzięki niemu pojawiła się możliwość bliższego obcowania z bardziej elitarną kulturą. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich warstw mieszkańców średniowiecznego Krakowa. Z możliwości, jakie dawało życie w średniowiecznym Krakowie, najwięcej czerpał uprzywilejowany społecznie i prawnie zamożny patrycjat, czerpało także sporo zróżnicowane pospólstwo posiadające prawa miejskie i cieszące się wieloma przywilejami. Niewiele na tym skorzystał plebs miejski pozbawiony praw politycznych, upośledzony pod względem prawnym. Podczas gdy klika patrycjuszy dzierży w mieście władzę i wpływy, monopolizuje decyzje administracyjno-polityczne, pospólstwo jest ich przez długi czas pozbawione, nie mając realnego wpływu na politykę i finanse miasta. Plebs, mimo że najliczniejszy, był ludnością najbiedniejszą, nie posiadającą ani własnych domów, ani warsztatów, pracującą często dorywczo, mobilną i płynną11. Wliczali się doń pracownicy sezonowi, służba, a nawet niewolnicy12, wreszcie ludzie luźni i margines, o których jeszcze będzie mowa. Sól ziemi Krakowa, jak można by rzec, stanowili ludzie z pospólstwa – parający się mniej lub bardziej dochodowym rzemiosłem, i to oni byli bodaj najciekawszą i najbarwniejszą warstwą mieszczaństwa krakowskiego wieków średnich.

Surowi mistrzowie, niepokorni czeladnicy i „pokornie cierpiący” uczniowie

„Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli?” (Mt 13, 54-55) – pytają mieszkańcy Betlejem Jezusa Chrystusa, słuchając Jego nauk. Możemy zapytać, czego właściwie spodziewali się po synu cieśli i jednocześnie odpowiedzieć sobie, że mądrych słów oczekiwano prawdopodobne raczej z ust syna kształconego w Piśmie rabina. Wygląda na to, że po Józefie, ubogim cieśli z Nazaretu, któremu Bóg powierzył pod opiekę Maryję i Syna, jego współcześni nie mieli najwyraźniej najlepszego zdania. Co innego dawni krakowianie. Być może niewielu współczesnych mieszkańców Krakowa o tym wie, ale św. Józef jest patronem ich miasta – i to już od ponad trzech stuleci13. W kościele karmelitów przy ulicy Rakowickiej znajduje się słynący łaskami obraz św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny, który przez ostatnie stulecia miał ocalić miasto przed zarazą i uzdrowić wielu mieszkańców. A dzieje rzemiosła są tu długie, barwne i… burzliwe.

W średniowiecznym Krakowie dobrze było należeć do jakiegoś cechu. Jeśli chciałeś być kimś, to albo byłeś kupcem, albo rzemieślnikiem, ewentualnie członkiem ich rodzin albo domownikiem14. Zapytajmy więc, kim są właściwie rzemieślnicy i skąd się wzięli? U początków średniowiecza, jeszcze przed powstaniem ośrodków miejskich, zajęciami rzemieślniczymi trudnili się w miarę potrzeby poddani panów feudalnych – czy to świeckich, czy to duchownych. W opactwach czy domenach królewskich istniały warsztaty rzemieślnicze liczące dziesiątki pracowników, podporządkowane potrzebom i organizacji miejsca, z którym były związane. I choć na początku trudno mówić o dziełach rzemiosła, gdy przedmioty wychodziły spod rąk ludzi nawykłych do pracy na roli, to z czasem zaczęły się pojawiać specjalizacje i talenty stanowiące przesłanki do wykształcenia się zawodowych rzemieślników. Początkowo więc rzemieślnicy byli jedynie poddanymi, używającymi narzędzi i surowców należących do pana feudalnego, jednak wraz z powstaniem miast wyłonili się jako osobna warstwa społeczna ludzi wolnych i trudniących się rzemiosłem jako źródłem utrzymania. Rzemiosłem – dodajmy – cenionym i niezbędnym dla funkcjonowania każdego średniowiecznego ośrodka miejskiego. Co więcej, różne miasta z biegiem czasu wykształcały „specjalizację” w swoich wyrobach, zyskując renomę na całym świecie, nawet jeśli leżały z dala od zachodniej cywilizacji. Perski podróżnik Nasir-i-Khusrau, który pod koniec XI wieku odwiedził między innymi Akkę, pisał o tym mieście, że posiada ono sprawnych szkutników, którzy „bardzo wielkie statki budują”, a sto lat później w opisie Damaszku autorstwa Al-Idrisiego (arabskiego geografa, kartografa i podróżnika) znajdujemy fragment, zgodnie z którym w mieście istniały „ulice rzemieślnicze”, mistrzowie tutejsi byli „wielce poważani”, a ich wyroby, głównie jedwabie i brokaty, „poszukiwane na rynkach na całym świecie”15. Z czego słynął średniowieczny Kraków i co można było na tutejszych rynkach kupić, dowiecie się w kolejnym rozdziale. Na razie zapytajmy, jak można było zdobyć w mieście fach!

Pracownia malarska na ilustracji z Kodeksu Baltazara Behema, początek XVI wieku.Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa.

Krakowski średniowieczny mistrz rzemiosła w teorii musiał być człowiekiem statecznym (czyli żonatym), dobrym w swoim fachu, szanować prawo i reguły cechowe, a swój status osiągnąć dzięki talentowi i ciężkiej pracy. „Pobożność i sumienne wykonywanie obowiązków religijnych, wzorowe życie domowe, pracowitość w miarę, a nie nad miarę, oszczędność połączona z dostatniem pożywieniem, wspólne zabawy w zamkniętem kole towarzyszów równego stanu […]”16 – oto co się składało na charakterystykę rzemieślnika w XV wieku. W praktyce, podobnie jak dziś, wystarczyło należeć do rodziny mistrza, by przejąć rodzinny warsztat i mieć otwartą drogę do kariery. Duma i poczucie godności stanu były w tutejszych mistrzach wysokie – zarówno w krakowskich, jak i kazimierskich czy kleparskich. Tkacze i barchannicy kleparscy zapisali w swoim statucie, że żaden z członków cechu nie będzie nosić roboty za klientkami. Miały odbierać zlecenia osobiście albo oddelegować do noszenia sługę. Gdyby mistrza przyłapano, jak niesie suknię za wygodną paniusią, wówczas płaciłby pół kamienia, a starszy cechowy – cały kamień wosku. Nie wolno było także robić za sługę żonie czy córce mistrza ani wdowie po nim. Co więcej, duma zawodowa mistrzów krakowskich często sięgała poza mury własnego miasta. Przypisywanie sobie prawa do oceny umiejętności i kwalifikacji rzemieślników z innych miast może nam się dziś wydawać dziwaczne, bo po cóż by krakowski bednarz miał kwestionować jakość wyrobów bednarza lubelskiego?17 A jednak takie wydarzenie miało miejsce w 1486 roku. Było to spotykaną praktyką, odpowiadającą udzielaniu przez Kraków pouczeń prawnych mniejszym miastom. Co wówczas robili krakowscy mistrzowie? Pozywali na przykład rzemieślników podejrzewanych o spartaczoną robotę przed własnych starszych, a nawet próbowali doprowadzić do zawieszenia ich w prawach do wykonywania rzemiosła, a to rodziło słuszne protesty i konflikty. Z kolei na początku XVI wieku złotnicy krakowscy skrytykowali robotę złotnika kazimierskiego, który – jak się skarżono Zygmuntowi I – „nie będąc mistrzem, śmie na Kazimierzu robić złotnictwo potajemnie i wyrabia srebro o kilka stopni niższo w wartości i łańcuszki oraz pierścienie z mosiądzu pozłaca i niemi ludzi oszukuje”18. Król uznał, że mistrzowie mają prawo ukrócić jego partactwo, nakazać mu przystąpienie do cechu i okazanie sztuki. Owi kazimierscy partacze, ścigani przez krakowski cech, bronili się skutecznie, powołując się na przywileje Zygmunta Starego, aż w końcu król musiał dekretem zarządzić, że dopiero gdy powstanie nowy cech kazimierski przy dostatecznej liczbie złotników, zwolni ich od zależności wobec cechu krakowskiego. Jak sami widzicie, jeśli ktoś chciał się trudnić w średniowiecznym Krakowie rzemiosłem, po prostu musiał się zapisać do cechu.

Dziś na krakowskim rynku pracy bardzo wysoko ceni się świetnie wykształconych i doświadczonych specjalistów z branż tzw. ścisłych, którzy często decydują się pracować na własny rachunek. Majster średniowieczny nie był wolnym strzelcem, bo będąc nim, prawdopodobnie poszedłby z torbami. Należał więc do cechu, który wspierał go i chronił jego prawa, skupiając w swoich szeregach wszystkich uprawnionych do zajmowania się określonym fachem. Zadaniem systemu cechowego (a jednocześnie podstawą jego istnienia) było zapewnienie monopolu na określone wyroby. Rada starszych stojąca na czele każdego cechu dbała, aby wielkość produkcji była dostateczna do uzyskania pożądanych zarobków (zbyt duża produkcja mogła skutkować spadkiem cen) oraz nie budziła wątpliwości względem jakości (zakładano, że wyroby cechowe miały wyższą jakość niż wyroby osób do cechu nienależących, czyli wspomnianych partaczy). Mistrz jako pełnoprawny członek cechu posiadał w swoim fachu najwyższe, potwierdzone umiejętności zawodowe, a warsztat był jego własnością. Nadzorował zakup surowców i pracę czeladników w warsztacie, prowadził handel swoimi wyrobami. Często w prowadzeniu warsztatu i sprzedaży wyrobów pomagała mu żona, o czym będziecie mogli przeczytać w rozdziale poświęconym rodzinie.

Jak można było zostać mistrzem w średniowiecznym Krakowie? Wcale nie było to proste. Najpierw zostawało się uczniem, który pod okiem dobrego mistrza uczył się fachu, pomagając mu w pracy, a pod okiem złego – służył wyłącznie za pospolite popychadło19. Nie każdy mógł zostać uczniem – warunki były dwa: świadectwo pochodzenia z prawego łoża i wolność osobista. W praktyce dobrze było mieć również pieniądze. Jeśli karierę w rzemiośle chciał zrobić syn chłopski, wówczas musiał mieć list uwalniający od dziedzica. W cechu złotniczym wyglądało to tak: kandydat przybywał do gospody cechowej z rodzicem i dwoma poręczycielami, którzy ręczyli za jego dobre prowadzenie się i chęć do nauki. Zawierano umowę między mistrzem a opiekunami chłopca, zapisaną w księdze cechowej. Omawiano czas nauki, który był zależny m.in. od opłaty składanej mistrzowi, a ona z kolei zależała od jego renomy, kosztów ubrania i wyżywienia chłopca, a także – jego pochodzenia. I tak złotnik Mikołaj Sachs, gdy oddał w 1488 roku swego syna na naukę czteroletnią do nadwornego złotnika królewskiego Marcina Marcinka, zobowiązał się zapłacić za to aż 20 florenów.

Ile to trwało? To zależało od cechu. Kandydat na rzeźnika, karczmarza czy piwowara uczył się przez rok, ale już przyszły kowal – dwa lata, cieśla czy tkacz – trzy, malarz, paśnik, siodlarz, rusznikarz i złotnik – cztery lata, pasamonik – pięć, a malarz aż sześć lat. Taki praktykant robił, mówiąc współczesnym językiem, za „przynieś, wynieś, pozamiataj” w domu i w warsztacie, będąc przy tym ofiarą psot i żartów ze strony starszych uczniów i towarzyszy, dopóki nie przybył nowy, młodszy. Było tak nawet wtedy, gdy wniósł pełną opłatę wpisową, co więcej – gdy już dotrwał do wyzwolin, to często pracował dla majstra jako tzw. robieniec, na prawach półtowarzysza. Nie wolno było mu porzucić warsztatu, bo wtedy czas praktyk kasowano i musiałby zacząć od nowa. Z kolei mistrzowi nie wolno było ucznia wypędzić, chyba że dopuścił się kradzieży lub źle się prowadził. Wskazówki dla uczniów obejmowały porady dotyczące wyglądu, zachowania, stosunku do pracy i rodziny mistrza:

Szaty z prochu i pierza ochędóż, a potem

Czyń rządnie sobie, abyś nie był za kłopotem.

W warsztacie miej ochędóstwo w pilności wielkiej,

O to cię pilnie proszę, bez wymówki wszelkiej.

Jeśli są ptacy w klatkach, miej też czas do tego,

By głodu i plugastwa nie miały żadnego.

Nie masz sromoty żadnej po wodę pobieżeć,

Drew urąbać, a chceszli rano dłużej leżeć,

Z wieczora sobie zgotuj.

Nim pójdziesz się położyć, trzewiki panowe

Z pantoflami, a zaraz i towarzyszowe

Wyohędóż z swoimi.

Wracaj się w skok, kiedy cię z domu poślą kędy,

A pomnij, coć rozkażą, a spraw dobrze wszędy.

Izba śmieciami, co czasem nanoszą,

Bywa naprószona. Więc niech cię nie proszą,

Raz i kilka nie wadzi zamieść i poprawić.

Miejże to naprzód, abyś wierny był we wszytkiem

Coć polecą, bowiem fałsz człeka czyni brzydkim.

Uczyń, co masz uczynić, bez upominania,

Bez bicia, bez kłopotu, także i łajania.

A jeśli jaki twój pan nieznośny był tobie,

Przecie skromnie cierp, a miej za pokutę sobie.

Nie wadzi to czasem skromnemu młodzieńcowi,

Iż pokornie cierpi, a posłuszny mistrzowi20.

Jeśli delikwent dotrwał do końca kilkuletniej praktyki, zostawał wyzwolony na czeladnika – wykwalifikowanego rzemieślnika. Wyzwoliny obchodzono uroczyście, w obecności mistrza i starszych cechu, a czasem nawet wszystkich jego członków. Jak wyglądały? Przyszły towarzysz miał zrobić przepisaną sztukę, którą starsi oceniali. Jeśli ocena wypadła dobrze, pytano zgromadzonych mistrzów, czy nie mają obiekcji wobec chłopaka. Jeśli żaden z cechowych nie podniósł zarzutu, wtedy pytano ucznia, czy nie ma ze swej strony jakiego zarzutu przeciwko swojemu majstrowi, mianowicie czy tenże ustaw swego rzemiosła nie przekraczał. Jeśli milczał, wtedy przykazywano, żeby i później milczał, a mistrza swego nie obgadywał. Następnie starszy cechu wyzwalał go w imię uczciwego rzemiosła i Świętej Trójcy21.

Uczeń dostawał potwierdzenie odbycia praktyk – „list wyuczenia”, zostawał wpisany do rejestru cechowego, składał przyrzeczenie i zostawał przyjęty do społeczności cechu. A potem dosłownie odsyłano go z kwitkiem – wspomnianym listem na tzw. wędrówkę czeladniczą, trwającą zwyczajowo rok i sześć niedziel. Często tacy „wyzwoleńcy” podróżowali do Niemiec, gdyż dokumenty wystawione były w języku niemieckim, a stosunki Krakowa z miastami niemieckimi ułatwiały rzemieślnikom wstęp, gwarantując nocleg i znalezienie pracy, a jeśliby się to nie udało – otrzymanie zasiłku na dalszą drogę. Z owej wędrówki należało gromadzić listy poświadczające praktykę i nienaganne prowadzenie się, a więc coś bardzo zbliżonego do współczesnych referencji i listów polecających. Wydaje się to świetną szansą na zdobycie doświadczenia zawodowego i życiowego, prawda? Nic bardziej mylnego. W rzeczywistości chodziło o wyeliminowanie potencjalnej konkurencji, gdyż część czeladników nie wracała do Krakowa, osiadając w innych miastach. Wracało ich jednak na tyle dużo, by już w XIV wieku majstrowie mieli twardy orzech do zgryzienia.

Po powrocie z takiej tułaczki mogłeś, drogi Czytelniku, pomyśleć o egzaminie mistrzowskim, o ile zdołałeś zdobyć odpowiednie doświadczenie i miałeś ku temu środki finansowe, bo opłaty egzaminacyjne były wysokie. Podobnie jak w każdym współczesnym zawodzie należącym do grona tzw. zamkniętych, gdzie „mistrzowie” tworzą zamknięte kasty, zazdrośnie strzegąc branżowych kontaktów i sekretów, czeladnik nie będący synem mistrza często miał zamkniętą drogę do awansu. Łatwiej mieli synowie mistrzów lub ich aktualni i przyszli zięciowie. Wspomniany chłopak ze wsi mógł odbić się od zaporowej opłaty, a nawet jeśli na nią uciułał, to cech mógł po prostu nie chcieć przyjmować do swego grona nowego mistrza, więc nie uznano mu „majstersztyku”. W późnym średniowieczu cechom walczącym z rozrastającą się konkurencją w postaci nowych warsztatów nie zależało na „rozdrabnianiu” produkcji, prowadzącej do spadku cen i straty zysków. W tym celu zaostrzano przepisy cechowe, a nowy mistrz musiał nie tylko złożyć bardzo trudny egzamin, ale i wkupić się niebagatelną sumą. Nie posiadający tzw. pleców byli skazani na wieczne bycie czeladnikiem – albo mogli czekać na zgon mistrza i poślubić jego żonę, przejmując interes. Już w XV wieku za najlepszy sposób na zdobycie w Krakowie własnego warsztatu uchodziło rozkochanie w sobie córki majstra, zwanej „masełkówną”, albo nawet wdowy po nim, która zgodnie z prawem cechowym mogła prowadzić warsztat po śmierci męża i wyzwalać czeladników, a jeśli wyszła za czeladnika, to nie musiał on już zdawać egzaminu mistrzowskiego22. Na podobne udogodnienie mógł liczyć syn mistrza, jeśli przejmował po nim rzemiosło, a zięć mistrza mógł mieć nadzieję na obniżkę wpisowego o połowę i redukcję majstersztyku w takim samym zakresie. Nic dziwnego, że wobec różnego rodzaju patologii i utrudnień czeladź zakładała własne stowarzyszenia i występowała przeciwko mistrzom o podwyżki płac i płacę za nadgodziny, a także skrócenie dniówki czy ukrócenie praktyki wysługiwania się przez majstrów uczniami w większej liczbie, niż pozwalało na to prawo cechowe. Władze cechowe często nie radziły sobie z tłumieniem takich buntów, więc wkroczyć musiały władze miejskie. Jeśli czeladnicy mieli podstawy prawne do swych żądań, dochodziło zazwyczaj do ugody, w przeciwnym razie ratusz nakładał na strajkujących kary. I tak w 1375 roku wobec jawnej niesprawiedliwości majstrów strajk urządziła czeladź piekarska, za co zakazano jej zrzeszania się poza cechem, w 1392 roku usunięto z Krakowa 15 rzemieślników, którzy nie chcieli się podporządkować zarządzeniom miejskim, a wkrótce potem 10 łaziebników migających się od pracy.

Byle do św. Michała

Życie i praca krakowskiego średniowiecznego rzemieślnika pod wieloma względami przypominały codzienny kierat współczesnego pracownika jednej z wielu działających w mieście korporacji. Wszystko regulowały rygorystyczne przepisy cechowe, obyczaje, nakazy i zakazy. Pracowało się niemalże przez cały dzień, przez 13–16 godzin, kończono robotę wcześniej tylko w wigilię świąt. W porze zimowej, czyli od dnia św. Michała do marca lub kwietnia można było trochę odetchnąć – robotę zaczynało się nieco później. W praktyce zimą kończono pracę około dzisiejszej czwartej po południu, zaczynając około czwartej nad ranem: „Jeszcze zimowa noc zalegała gęstą ciemnością miasto, kiedy w krakowskich warsztatach zaczynały stukać młotki, zgrzytać nożyce, sapać miechy”23. Pierwsi do roboty zrywali się powroźnicy i kotlarze, o 5 dołączali do nich stolarze, siodlarze, tokarze i kotlarze, o 6 stelmachy, kołodzieje, białoskórnicy. Do 7 mogli pospać rymarze, a miecznicy nawet o godzinę dłużej. Czasem zakończenie dniówki następowało wraz z zapaleniem świec, a czasem nie, ale pierwszy dzień, w którym było na tyle ciemno, że pracowano już przy świecach, obchodzono w krakowskich warsztatach uroczyście, a mistrz zwykle podawał na wieczerzę gęsinę (Lichtgans). Latem kończono pracę na godzinę lub dwie przed zachodem słońca, by można było pójść do łaźni. Przerwy na posiłki były przewidziane (pół godziny na śniadanie i podwieczorek, godzina na obiad – uczniowie jedli z jednej misy, a towarzysze z talerzy lub razem z mistrzem), jednak w przeciwieństwie do obyczajów panujących w wielu współczesnych korporacjach ploteczek i marnotrawienia czasu przy przysłowiowej kawce i drożdżówce nie uznawano. Gdy kończyła się dniówka, gaszono ogień w piecu, a czas wolny po tej godzinie zwano Feuerabend (skrócone na faierant, stąd dzisiejszy „fajrant”) – od tej chwili towarzysz był wolny, mógł iść na spacer lub do gospody, a sprzątaniem po robocie zajmowali się uczniowie.

Szewc i jego czeladnicy na ilustracji z Kodeksu Baltazara Behema, początek XVI wieku.Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa.

Jeśli dedlajn mocno cisnął, mistrz mógł zatrudnić czeladników po godzinach za dodatkową opłatą. Wynagrodzenie otrzymywano za czas pracy, a akord był w średniowiecznym Krakowie nie tylko niepopularny, ale także uznawany za niesłuszny, a w wielu przypadkach zabroniony. Na wynagrodzenie, zgodnie z tradycją także współczesnych praktyk i stażów w wielu krakowskich firmach, nie mogli liczyć uczniowie, ale przynajmniej otrzymywali za swoją pracę przysłowiowy wikt i opierunek. Mieli się w co ubrać i nie chodzili głodni. Czeladź otrzymywała poza wynagrodzeniem także tygodniówkę, za którą mogła kupić ubranie, a z tak zwanych fuch mogła sobie odłożyć. Podobnie jak współcześnie, w wielu zawodach otrzymywano także pewne benefity, np. rzeźnicy dostawali odpadki z mięsa.

Pracowano ciężko, ale z drugiej strony duża liczba świąt i dni wolnych od pracy pozwalała na odpowiedni wypoczynek, choć biła po kieszeni. W 1422 roku biskup poznański Andrzej Łaskarz ustanowił wykaz obowiązujących świąt kościelnych, który liczył 45–47 dni świątecznych wolnych od pracy. Jeżeli doliczymy do tego niedziele, daje nam to około 100 dni wolnych w roku. Zdarzało się, że w przypadku dwóch dni z rzędu wolnych od pracy czeladź otrzymywała zwykłą stawkę. Godzin pracy nie opuszczano i opuszczać nie pozwalano – zwolnienie uzyskiwano na czas choroby, za zgodą mistrza lub w przypadku uroczystości cechowej natury religijnej, np. na czas pogrzebu członka cechu.

Władza to odpowiedzialność – to sformułowanie oddaje stosunek mistrza do czeladzi i uczniów. W warsztatach krakowskich panowała dyscyplina, mistrz sprawował nad uczniami i czeladzią surową, ojcowską władzę (za plecami zwany był „starym”, podobnie jak „starą” zwano majstrową) – byli oni zobowiązani do posłuszeństwa i szacunku w miejscu nauki i pracy oraz poza nim. Nie mogli nocować poza domem mistrza czy też spóźniać się na posiłki. Trzy cnoty, których wymagano od czeladzi i uczniów, to wierność, uczciwość i posłuszeństwo, choć zważywszy na ilość wyroków za grę w kości, bójki, a nawet zabójstwa, zachowanie krakowskiej czeladzi pozostawiało wiele do życzenia. Na punkcie uczciwości rzemieślnicy byli ogromnie wyczuleni: wystarczyło „zadać komuś nieuczciwość”, aby w ruch poszły pięści czy noże. Statuty cechowe broniły moralności członków cechu: surowo karcono złe prowadzenie się i stosunki pozamałżeńskie. Każdy nowy mistrz był zobowiązany żenić się w ciągu roku, a jeśli nie dopełnił tego obowiązku, tytułem kary musiał zafundować cechowi beczułkę piwa. Jeśli czeladnik chciał nocować poza domem mistrza, musiał mieć na to jego zezwolenie, np. statut miechowników głosił, że

towarzysz, który u mistrza robi, nie ma się żadną miarą ważyć domu niespać, okrom jakiej słusznej a wielkiej przyczyny, którą by mógł prawdziwie na pytanie mistrzowskie pokazać, bo jeśli powie, żem w gospodzie spał, tedy to niedosyć i nie pójdzie mu to bez wielkiej przyczyny, bo gospoda towarzyszom jest tylko dla obyczajów rzemiosła, szynków etc., a nie dla sypiania24.

Po zachodzie słońca należało wracać najpóźniej po dwóch godzinach. Karczmy i gospody wcześnie zamykano, by ukrócić pijaństwo, rozpustę i gry, popularne wśród czeladzi krakowskiej. Zwłaszcza grę w kości, o której będzie jeszcze mowa w rozdziale o rozrywkach, uważano za poważne wykroczenie i surowo karano. W najlepszym przypadku płaciło się wysoką grzywnę, recydywistów karano wygnaniem z miasta, więzieniem, a nawet wyświeceniem. Gracze składali przysięgę, że jeśli wrócą do nałogu, przyjmą wyrok śmierci. Mistrzowi z czeladzią grać absolutnie nie było wolno, podobnie jak towarzyszom z uczniami.

Innym zwyczajem krakowskich czeladników, który przyprawiał mistrzów i władze cechowe o ból głowy, było tak zwane poniedziałkowanie – den guten Montag. Uważano go za przywilej i konieczność po niedzielnych hulankach, a surowe sankcje nie odstraszały. Zgodnie z miejskim statutem z 1390 roku groziła za to kara fertona na rzecz miasta oraz dwóch fertonów dla mistrza, który by krył takiego towarzysza. Zakazywali w swoich statutach poniedziałkowania i krawcy w 1392 roku, i nożownicy w 1408 roku, którzy dodatkowo nakazywali napiętnować po innych miastach czeladników zajmujących się

obmieszkaniem roboty, święceniem poniedziałku i rozmaitem szynkowaniem, gdy czeladnik nowy przywędruje, albo dalej wędruje, tedy cały dzień z nim pijąc strawią, a przedsię swoje myto i strawę zupełną chcą, albo biorą pieniądze na myto i przyrzekną to zasłużyć, a potem za małą przyczyną, porywają się od was, gdy ich najlepiej i najpilniej potrzebujecie do swojej roboty i wędruje jeden do drugiego, albo z miasta precz idzie25.

Garncarze z kolei uchwalili w swoim statucie z 1505 roku, że czeladnik, który nazajutrz po święcie do roboty się nie stawił, lecz dzień zmarnotrawił przy kielichu albo na grze, miał stracić tygodniówkę. Z pijaństwem też zresztą był spory problem. Wielkim skandalem i hańbą dla cechu było, gdy na Wielkanoc 1421 roku czeladź sukiennicza popiła się na umór i rozrabiała przy kościele na ulicy Szczepańskiej. Rada miejska dowiedziała się o tym od zszokowanego kapelana i wystosowała ostry list do cechu, karcąc mistrzów, by czeladź trzymali w ryzach. Mistrzowie otrzymali oficjalną naganę, a rajcy oznajmili, że winowajców wtrącą do więzienia lub wypędzą z miasta. W atmosferze skandalu czeladź tkacka z Krakowa, Kleparza i Kazimierza w dzień św. Magdaleny zaprosiła mistrzów na zebranie i zobowiązała się uchwałami do odpowiedniego prowadzenia pod surowymi karami.

Najwyraźniej czeladź z branży odzieżowej była wyjątkowo harda, skoro uchwała starszych cechu kapeluszników z piątku przed niedzielą palmową 1501 roku głosiła, że nie wolno im będzie mieć ani gospody, ani starszego ze względu na regularne burdy, jakie wszczynała krakowska czeladź z czeladzią niemiecką. Musiano założyć dwie osobne gospody, aby można było utrzymać porządek. Co ciekawe, zebrania w gospodach cechowych (tzw. schadzki) również były okazją do sprawdzenia, czy aby wszyscy się dobrze sprawują. Nie było miejsca na hulanki i picie, należało zachować skromność i powagę i nie wolno było się spóźnić. Stawiano w tym celu w oknie świecę – dopóki ogień płonął, można było wejść. Broń była zakazana, sporów nie wszczynano, przestrzegano kolejności zabierania głosu, która zależała od stażu mistrzowskiego. Choć w cechu obowiązywała zasada równości, to dotyczyła ona raczej równości wobec prawa cechowego i zasad życia cechowego niż pozycji czy prawa głosu. To starsi (seniores) tworzyli władze cechu, które głosowały, sądziły, egzaminowały czy reprezentowały cech, podczas gdy najmłodsi członkowie korporacji pełnili raczej funkcje pomocnicze, jak np. zapalanie świec podczas mszy cechowych czy noszenie baldachimu i chorągwi w trakcie procesji.

Przymiarka u krawca na ilustracji z Kodeksu Baltazara Behema, początek XVI wieku.Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa.

Jakich innych wykroczeń mógł dopuścić się rzemieślnik w średniowiecznym Krakowie? Ciężką i hańbiącą zbrodnią było zabicie psa lub kota. Miał do tego prawo tylko urzędowy oprawca miejski, a jeśli dopuścił się tego krakowski mistrz lub czeladnik, groziła mu za to grzywna, hańba w postaci całowania pod ogonem zabitego zwierzęcia, a nawet wydalenie z cechu. Co ciekawe, kuśnierzom zakazywano nawet trzymania w domu kotów, aby nie kusiło ich sprzedawanie ich skórek zamiast popielic. Karano także za wyciągnięcie noża na ulicy, nieprzystojne zachowanie się w kościele, pijaństwo i hazard w gospodach, złe prowadzenie się. Hardy i leniwy czeladnik mógł stanąć przed radą miejską, a jeśli obraził mistrza – bywało, że trafiał do wieży. Jeśli ktoś się niehonorowo sprawował w domu mistrza albo żył rozpustnie, wtedy ogłaszano go złym synem, a cech karał stosownie do miary wykroczenia. Zgodnie ze statutem chirurgów, jeśli mistrz trzymał zniesławionego towarzysza, niegodnego rzemiosła, to nie wolno było mu korzystać z przywileju wywieszania miednicy przed domem, dopóki go nie oddalił. Statut garncarzy zakazywał przyjmować towarzysza, o którym było wiadomo, „że się w innem mieście źle sprawował”, nożownicy zaś uchwalili w roku 1408

obesłać listy uczciwymi mistrzami i cechami nożowniczego rzemiosła, we Wrocławiu, albo gdzieindziej, w którem mieście są tego rzemiosła, do nich pisać, aby niestateczną i nierządną czeladź na swoich warstaciech nie chowali26.

Podobnie postąpili nożownicy, których mistrzowie, jak pisano w statucie, cierpieli „wielkie doległości [...] od nierządnej czeladzi”, stąd rada miejska zalecała listowne porozumienie z mistrzami z innych miast, by niepokornych towarzyszy nie przyjmować do warsztatu i nie udzielać im opieki w trakcie wędrówki27. Wygląda na to, że paskudna opinia potrafiła się za krakowskimi niesfornymi czeladnikami ciągnąć bardzo długo.

Rzemieślnik w koronkach, a rycerz pod krechą

Rzemieślnicy krakowscy może i bywali krewcy, ale mieli swoją dumę i świadomość tego, że są ważni dla swojego miasta. Lubili tę ważność podkreślać oznakami powodzenia, które w ich przypadku świadczyło o biegłości w wykonywanym fachu. Niestety nawet jeśli opływali w luksusy, to nie wolno im było tego manifestować, gdyż zbytek „stanowił wyłączny przywilej klasy feudalnej, zewnętrzny wyraz jej odrębności krwi i miejsca społecznego, uzasadnienie jej praw do władania”28. Prawo średniowiecznego Krakowa zakazywało noszenia szat z luksusowych tkanin zwykłym mieszkańcom, nie mogli oni stroić się w futra czy drogocenne kamienie. Nawet z ambony można było usłyszeć, żeby się nie nosić „ponad stan”, co zresztą pokutuje w powiedzeniu w czasach dzisiejszych. Na przykład Mikołaj z Błonia, kanonista, kaznodzieja, kapelan królewski w latach 1422–1427 w swoich kazaniach wielokrotnie utyskiwał na ową praktykę. Odwoływał się do ewangelicznego bogacza, którego zamiłowanie do przepychu zrodziło różne słabości i w efekcie doprowadziło do potępienia. Kaznodzieja wyciągał z przypowieści naukę i opisywał przymioty godziwego stroju dla chrześcijanina, wskazując, aby nosić szaty odpowiednie dla swojego stanu. Czy krakowianie się tym przejmowali? Co zamożniejsi mieszczanie lubili obchodzić te przepisy, upatrując możliwości potwierdzenia awansu materialnego awansem społecznym, więc kaznodzieje wytykali im, że nabywają bogate ubiory za pieniądze zdobyte lichwą i używaniem fałszywych miar i wag, podobnie jak wytykał rycerzom, że stroją się za pieniądze z łupiestwa. Najbardziej jednak dostało się płci pięknej za pachnidła, malowanie się i trefienie włosów, o czym jeszcze będzie mowa w rozdziałach poświęconym rodzinie oraz higienie i zdrowiu. Mimo głosów krytyki rzemieślnicy krakowscy, ich żony, córki, a nawet czeladź i tak nosiła jedwabie czy aksamity i obwieszała się kosztownościami, aż trzeba im było zakazać tego prawem. W 1468 roku ogłoszono ustawę przeciw zbytkom, w której zakazano mieszczanom, ich żonom i dzieciom noszenia srebrnych pasów o wartości większej niż 3 grzywny srebra pod karą kopy groszy, a także jedwabnych sukien i naszyjników z pereł pod karą konfiskaty. Tylko żonom rajców miejskich, ławników i znaczniejszych kupców pozwolono nosić naszyjniki z pereł, ale – uwaga – tylko na palec szerokie. Na to zamiłowanie do wystawnego życia, manifestowanego przez kosztowne potrawy i drogie trunki, a także umiłowanie pysznych strojów i drogiej biżuterii, jakie miało cechować „harde krakowianki”, utyskiwał Bielski w swojej satyrze Rozmowa dwu baranów:

Skacze panna w sobotę, skacze i w niedzielę,

Naskaczesz się panienko jako dzikie ciele,

Obciągnie się sznurkami, ledwo dychać może,

Łańcuchów pełno na niej, ledwo chodzić może29.