Ja + Ty = WNM - Ewa Maciejczuk,Magdalena Jachnik - ebook

Ja + Ty = WNM ebook

Ewa Maciejczuk, Magdalena Jachnik

0,0

Opis

Czy niewinny zakład młodych ludzi może odmienić całą szkolną rzeczywistość?

Dwoje nastolatków, z dwóch różnych światów. On bogaty, dusza towarzystwa, ona cicha, zamknięta w swojej bańce, woli fikcję literacką zamiast kontaktów towarzyskich. Zakład, w który Mason nigdy nie chciał się angażować, szybko przestaje być niewinną grą. Zwłaszcza gdy dziewczyna, będąca częścią planu, zaczyna dla niego znaczyć coś więcej. Jednak igranie z uczuciami to niebezpieczna gra. Czy to, co miało być tylko dobrą zabawą, ma szansę rozwinąć się w coś poważniejszego?

Nie wszystko da się zatrzymać w odpowiednim momencie, a prawda ma to do siebie, że zawsze wychodzi na jaw. Jak będzie tym razem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 235

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mag­da­le­na Jach­nik, Ewa Ma­ciej­czuk

Ja + Ty

WNM

Co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Jach­nik & Ewa Ma­ciej­czuk

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I 

Szcze­cin 2026

e-ISBN: 978-83-68498-44-8

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce

Fre­epik

Re­dak­cja

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska | sta­cja­pro­jekt.my.ca­nva.si­te

Ko­rek­ta

Mag­da­le­na Dzie­kan | www.mag­da­dzie­kan.com

Dag­ma­ra Jasz­czak-Bar­to­sik

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Roz­dział 1

Ma­son

Po­wrót do szko­ły po wa­ka­cjach to ist­ne sza­leń­stwo. Ni­ko­mu się nie chce znów sie­dzieć nad książ­ka­mi i go­dzi­na­mi słu­chać wy­kła­dów na­uczy­cie­li. Je­dy­nym plu­sem jest spo­tka­nie z przy­ja­ciół­mi, któ­rych przez wa­ka­cje nie uda­ło się zła­pać, bo każ­dy roz­je­chał się w in­ny, cie­pły za­ką­tek świa­ta.

Mo­ją pacz­kę two­rzy­ło aż pięć osób: Ki­ra, Li­sa, Ja­mes, Leo i ja. Każ­de z nas by­ło zu­peł­nie in­ne, ale w po­krę­co­ny spo­sób się uzu­peł­ni­li­śmy i ni­g­dy się nie nu­dzi­li­śmy we wła­snym to­wa­rzy­stwie. Zna­li­śmy się od dzie­cia­ka, tak jak na­si ro­dzi­ce. Od za­wsze trzy­ma­li­śmy się ra­zem. Z ca­łej na­szej gru­py ja mia­łem naj­bar­dziej prze­rą­ba­ne w szko­le i mu­sia­łem uwa­żać na każ­dym kro­ku. Nie ufa­łem ni­ko­mu, ko­go nie zna­łem do­brze.

Dziew­czy­ny chi­cho­ta­ły, gdy prze­cho­dzi­łem ko­ry­ta­rzem, chło­pa­ki się pod­li­zy­wa­li, aby wbić się do na­szej eki­py. Nie­raz cięż­ko by­ło wy­czuć, kto ma wo­bec mnie do­bre in­ten­cje, a kto jest pod­stęp­ną żmi­ją chcą­cą na­mie­szać w na­szej piąt­ce. Ta­ka by­ła ce­na po­pu­lar­no­ści.

Na­uczy­łem się od­dzie­lać ziar­no od plew, ale i tak wo­la­łem dla bez­pie­czeń­stwa za­da­wać się tyl­ko ze swo­imi zna­jo­my­mi. Wie­dzia­łem, że gdy­by ta­ka za­szła po­trze­ba, po­szli­by­śmy za sie­bie w ogień. Fak­tem jest, że by­li­śmy sza­le­ni i czę­sto któ­reś z nas wpa­da w kło­po­ty, ale czę­sto ka­sa ro­dzi­ców za­ła­twia­ła spra­wę i uda­wa­ło się nam wyjść z opa­łów. Na­sza piąt­ka po­cho­dzi z bo­ga­tych ro­dzin, lecz na­si ro­dzi­ce – tak­że ze so­bą się kum­plu­ją­cy – zgod­nie po­sta­no­wi­li, że ma­my iść do szko­ły pu­blicz­nej, po­nie­waż to bę­dzie dla nas cen­ne do­świad­cze­nie, któ­re­go by­śmy nie wy­nie­śli ze szko­ły pry­wat­nej. Oczy­wi­ście, każ­de z nas się bun­to­wa­ło, ale zda­nie ro­dzi­ców by­ło nie­pod­wa­żal­ne i nie ugię­li się pod na­ci­skiem na­szych próśb i gróźb. Nie mie­li­śmy wyj­ścia i tak od pierw­szej kla­sy cho­dzi­my do zwy­kłej szko­ły.

Wy­nie­śli­śmy do­świad­cze­nie, praw­da, ale na pew­no nie ta­kie, ja­kie chcie­li na­si ro­dzi­ce. Każ­de z nas od­gry­wa­ło in­ną ro­lę. Ja by­łem cru­shem dziew­czyn, więc dba­łem o to, aby ni­g­dy nie za­bra­kło la­sek na na­szych im­pre­zach. Ki­ra i Li­sa mia­ły zna­jo­mo­ści wśród di­dże­jów, więc za­wsze zba­je­ro­wa­ły ja­kie­goś go­ścia, za­pew­nia­ją­ce­go nam opra­wę mu­zycz­ną. Ja­mes, wy­glą­da­ją­cy na star­sze­go, ogar­niał pro­cen­ty, a Leo był na­szym ka­wa­la­rzem i du­szą to­wa­rzy­stwa. W ostat­nim ro­ku szkol­nym, po tym jak ko­leś nie­mal pod­pa­lił cha­tę Ja­me­sa, ogra­ni­czy­li­śmy się do im­prez we wła­snym gro­nie, bo żad­ne z nas nie chcia­ło znów stra­cić ka­sy od ro­dzi­ców i być pil­no­wa­nym na każ­dym kro­ku, mi­mo że je­ste­śmy już pra­wie do­ro­śli.

– Ma­son, bo się spóź­nisz do szko­ły! – Usły­sza­łem głos ma­my z do­łu, gdy wła­śnie zbie­ra­łem się do wyj­ścia ze swo­je­go po­ko­ju.

– Już idę! – od­krzyk­ną­łem, ła­piąc ple­cak, po czym zbie­głem na dół scho­da­mi, po­wstrzy­mu­jąc się w ostat­niej chwi­li przed zje­cha­niem po po­rę­czy. Czę­sto tak ro­bi­łem, ale nie wte­dy, gdy ro­dzi­ciel­ka mo­gła­by mnie na tym przy­ła­pać. Kie­dyś wi­dzia­ła, a póź­niej mia­łem pół­go­dzin­ny wy­kład: co by­ło­by, gdy­bym nie wy­lą­do­wał na no­gach. Mar­twi się o mnie, wiem, ale nie­raz aż za bar­dzo, za­po­mi­na­jąc, że już nie je­stem ma­łym bą­bel­kiem, za któ­rym trze­ba bie­gać ase­ku­ra­cyj­nie, że­by nie ude­rzył się w gło­wę.

– Dru­gie śnia­da­nie masz na bla­cie – od­par­ła, gdy spo­tka­li­śmy się na ko­ry­ta­rzu. – Mi­łe­go dnia skar­bie – do­da­ła jesz­cze, kie­dy pod­sze­dłem i nad­sta­wi­łem po­li­czek do po­ca­łun­ku.

– To­bie też ma­mo – po­wie­dzia­łem, gdy już wy­cho­dzi­ła do pra­cy. Wsze­dłem do kuch­ni i scho­wa­łem do ple­ca­ka pu­deł­ko śnia­da­nio­we oraz bu­tel­kę wo­dy.

Wło­ży­łem bu­ty mo­to­cy­klo­we i już mia­łem wy­cho­dzić, gdy w drzwiach po­ja­wi­ła się na­sza go­spo­sia Mar­ry, pra­cu­ją­ca od wie­lu lat dla ro­dzi­ców. Jej tak­że ży­czy­łem mi­łe­go dnia i wsia­dłem na mój zie­lo­no-czar­ny mo­to­cykl Ka­wa­sa­ki Nin­ja, po czym ru­szy­łem w stro­nę szko­ły. Uwiel­biam tę ma­szy­nę. Da­je mi po­czu­cie wol­no­ści i do­star­cza daw­kę ad­re­na­li­ny. Ro­dzi­ce nie od ra­zu się na nie­go zgo­dzi­li, ale w koń­cu ule­gli, gdy zmu­si­li mnie do obie­ca­nia kil­ku­na­stu spraw, mię­dzy in­ny­mi te­go, że bę­dę uwa­żał, nie bę­dę szyb­ko jeź­dził i tym po­dob­ne. Ro­dzi­ce za­bra­li­by mi mo­to­cykl, gdy­by się do­wie­dzie­li, że nie za­wsze do­trzy­mu­ję sło­wa, lecz cze­go oczy nie wi­dzą, te­go ser­cu nie żal.

Pierw­szy dzień po wa­ka­cjach za­wsze był sza­lo­ny i mi­jał bar­dzo szyb­ko. Ja­dąc z za­wrot­ną pręd­ko­ścią na mo­im jed­no­śla­dzie, gę­ba sa­ma mi się cie­szy­ła, bo za­raz zo­ba­czę mo­ją pacz­kę. Na głos te­go ni­g­dy nie przy­znam, ale stę­sk­ni­łem się za swo­ją eki­pą i pra­gną­łem się z ni­mi spo­tkać jak naj­szyb­ciej.

Ali­se

Ko­lej­ny rok szkol­ny. A wraz z nim no­we i waż­niej­sze ce­le. Po­sta­no­wi­łam, że bez wzglę­du na to, co się bę­dzie dzia­ło, zre­ali­zu­ję je. Na­le­ża­łam do osób, któ­re do­brze się uczy­ły i nie mia­ły cza­su na zbęd­ne włó­cze­nie się z przy­ja­ciół­mi. Każ­dą wol­ną chwi­lę po­świę­ca­łam na czy­ta­nie i zdo­by­wa­nie wie­dzy, przy­dat­nej w do­ro­słym ży­ciu. Moż­na by­ło mnie mia­no­wać na ku­jon­kę szko­ły, bo w tej ka­te­go­rii na pew­no nie mia­łam so­bie rów­nych. Pod­je­cha­łam na miej­sce, któ­re przez po­ło­wę dnia jest mo­im dru­gim do­mem. Czy cie­szy­łam się, że za chwi­lę znaj­dę się pod gma­chem szko­ły? Jak naj­bar­dziej.

Otwo­rzy­łam bocz­ne okno w sa­mo­cho­dzie i, wy­chy­la­jąc lek­ko gło­wę, roz­ko­szo­wa­łam się cie­płym po­wie­wem wia­tru, mu­ska­ją­cym mo­je moc­no zwią­za­ne w ku­cyk wło­sy. Tak jak gum­ka utrzy­my­wa­ła fry­zu­rę w ry­zach, tak sa­mo ja trzy­ma­łam się swo­ich za­sad. Nie w gło­wie mi im­pre­zy czy rand­ki. Od zbęd­ne­go wa­ga­ro­wa­nia też trzy­ma­łam się z da­le­ka. Uwa­ża­łam, że na to przyj­dzie czas, kie­dy tyl­ko zdo­bę­dę do­brze płat­ną pra­cę. Cho­ciaż nie po­win­nam się okła­my­wać, bo ma­rzy­ło mi się pło­mien­ne uczu­cie, ja­kie ogar­nia­ło bo­ha­ter­ki z mo­ich lek­tur. Tych, gdzie ksią­żę na bia­łym ru­ma­ku za­ko­chu­je się w zwy­kłej dziew­czy­nie, któ­rej nikt nie za­uwa­ża, a ona dla nie­go sta­je się ca­łym świa­tem.

– Zie­mia do Ali­se… – Z roz­my­ślań wy­rwał mnie głos bra­ta.

Spoj­rza­łam na nie­go. Je­go wy­gląd, jak zwy­kle, nie­na­gan­ny – bia­ła ko­szu­la za­pię­ta pod szy­ją, za­wsze sta­ran­nie do­bra­na do oka­zji. Tak się wła­śnie zło­ży­ło, że on był tym star­szym i za­ra­zem tym, któ­re­mu sta­ra­łam się do­rów­nać. Pan ad­wo­kat – a to już du­żo o nim mó­wi­ło. Wszyst­ko zdo­by­wał cięż­ko pra­cą, dla­te­go i ja rów­nież po­sta­no­wi­łam ni­g­dy nie spo­cząć na lau­rach. Na­si ro­dzi­ce bar­dzo sta­ra­li się, aby każ­de z nas do­sta­ło jak naj­wię­cej od ży­cia.

– Tak? – za­py­ta­łam się, nie bę­dąc do koń­ca pew­na, cze­go ode mnie chciał.

– Je­ste­śmy już na miej­scu. Nie stre­suj się tak, jak zwy­kle po­ra­dzisz so­bie. – Uści­snął mo­ją dłoń. – A te­raz leć. – Uśmiech­nął się naj­szcze­rzej, do­da­jąc mi wię­cej otu­chy.

– Dzię­ku­ję, Hen­ry. Do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem. – Przy­tu­li­łam się do nie­go.

– Przy­je­chać po cie­bie? – za­pro­po­no­wał, kie­dy otwie­ra­łam drzwi i za­mie­rza­łam wyjść z sa­mo­cho­du.

– Nie. Mam ocho­tę na spa­cer. Jest pięk­na po­go­da. – Te­atral­nym ru­chem rę­ki wska­za­łam na oto­cze­nie.

– Do­brze – wy­szep­tał zre­zy­gno­wa­ny, ale nie za­mie­rzał da­lej na­le­gać.

Wy­sko­czy­łam z sa­mo­cho­du i po­pra­wi­łam spód­ni­cę się­ga­ją­cą mi do ko­lan. Pod­su­nę­łam pal­cem wska­zu­ją­cym oku­la­ry, wpy­cha­jąc je głę­biej na nos i ru­szy­łam przed sie­bie. Pod gma­chem znaj­do­wa­ło się peł­no mło­dzie­ży. Nie lu­bi­łam rzu­cać się w oczy, więc za­zwy­czaj prze­cho­dzi­łam bez­sze­lest­nie i nie­zau­wa­żal­nie. Ką­tem oka spoj­rza­łam w le­wo, na grup­kę chło­pa­ków. Przy­stoj­ni, pew­ni sie­bie i tak bar­dzo wul­gar­ni. Nie­na­wi­dzi­łam ta­kich ty­pów, któ­rych ro­dzi­ce ma­ją pie­nią­dze, a oni twier­dzą, że mo­gą być lep­si od in­nych. Wśród nich oczy­wi­ście znaj­do­wa­ło się peł­no dziew­czyn, cze­ka­ją­cych na apro­ba­tę z ich stro­ny, czę­sto nie­świa­do­mych, że są wy­łącz­nie za­baw­ka­mi w ich rę­kach. I na mo­je nie­szczę­ście przez to wła­śnie za­ga­pie­nie się po­tknę­łam, ale oby­ło się bez upad­ku, więc nikt te­go nie za­uwa­żył.

Pierw­sze kro­ki skie­ro­wa­łam od ra­zu w stro­nę mo­je­go ulu­bio­ne­go miej­sca w ca­łej szko­le – do bi­blio­te­ki. Spę­dza­łam tam każ­dą wol­ną chwi­lę. I nie mo­gło być ina­czej, gdy­bym po tak dłu­giej prze­rwie nie spo­tka­ła się z pa­nią Lu­iz. Pra­co­wa­ła tu po­nad dwa­dzie­ścia lat. Trak­to­wa­łam ją nie­mal­że jak bab­cię. To sta­ro­win­ka o si­wych już wło­sach, ale za to z wiel­kim uśmie­chem, za­wsze gosz­czą­cym na jej twa­rzy.

– Dzień do­bry! – wy­krzy­cza­łam, prze­kra­cza­jąc le­d­wie próg, kie­dy za­uwa­ży­łam ko­bie­tę zni­ka­ją­cą za re­ga­łem.

– Dzień do­bry, Ali­se. Dla­cze­go nie je­steś na ape­lu? – Pod­nio­sła gło­wę znad ster­ty do­ku­men­tów. Si­we wło­sy opa­dły jej na oczy, przez co wy­glą­da­ła dość ko­micz­nie.

– Przy­szłam się przy­wi­tać – od­par­łam. – I za­raz zni­kam.

– A już my­śla­łam, że chcesz wy­po­ży­czyć ja­kąś książ­kę.

– Ale nie po­wie­dzia­łam, że te­go nie zro­bię. Tyl­ko to już na pew­no póź­niej. – Uśmiech­nę­łam się i ru­szy­łam w stro­nę drzwi.

W pierw­szej ko­lej­no­ści mia­łam ocho­tę udać się gdzieś w głąb bi­blio­te­ki i po­szpe­rać no­wo­ściach, któ­re za­go­ści­ły na pół­kach pod­czas wa­ka­cji, ale Lu­iz mia­ła ra­cję, że spóź­nię się na apel. A to mo­gło­by się źle skoń­czyć. Jak tyl­ko so­bie o tym po­my­śla­łam, pod po­wie­ka­mi uka­za­ła się ca­ła scen­ka, kie­dy to ja, Ali­se wpa­dam zgrza­na i sa­pią­ca do wiel­kiej au­li, zwra­ca­jąc uwa­gę wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, sta­jąc się tym sa­mym naj­więk­szym po­śmie­wi­skiem na ca­ły rok szkol­ny, a prze­cież wo­la­łam unik­nąć roz­gło­su.

Roz­dział 2

Ma­son

Do­je­cha­łem do szko­ły i, bę­dąc w bra­mie, zo­ba­czy­łem, że mo­ja eki­pa już cze­ka. Gę­ba od ra­zu mi się roz­pro­mie­ni­ła. Prze­krę­ci­łem ma­net­kę, da­jąc znać o swo­im przy­by­ciu, cho­ciaż wszy­scy i tak już usły­sze­li ryk mo­je­go Ka­wa­sa­ki i pa­trzy­li w mo­ją stro­nę. Lu­bi­łem zwra­cać na sie­bie uwa­gę, więc ro­bi­łem to za­wsze, gdy tyl­ko mia­łem ku te­mu oka­zję. Niech ga­da­ją.

Za­par­ko­wa­łem obok au­ta Leo, po czym ścią­gną­łem rę­ka­wicz­ki i kask. Roz­pią­łem kurt­kę mo­to­cy­klo­wą i pod­sze­dłem do eki­py. Oni też już sze­ro­ko się uśmie­cha­li, więc dzień za­po­wia­dał się epic­ko.

– No sie­man­ko – rzu­ci­łem do wszyst­kich i naj­pierw po­ca­ło­wa­łem dziew­czy­ny w po­li­czek, aby póź­niej po­dać rę­kę chło­pa­kom. Przy­ja­ciół­ki jak zwy­kle nie pu­ści­ły mnie, do­pó­ki mnie nie wy­ści­ska­ły, za to Leo i Ja­mes, też po tak dłu­giej prze­rwie, przy­tu­li­li się „na niedź­wiad­ka”, kle­piąc mnie oczy­wi­ście z ca­łej si­ły po ple­cach.

– Jak two­je wa­ka­cje Ma­son? Prze­ży­łeś wa­ka­cyj­ną mi­łość? – do­py­ty­wał Ja­mes, za co do­stał po gło­wie od Ki­ry.

– Ależ ty je­steś bez­po­śred­ni. Szko­da, że nie za­py­ta­łeś o sta­ty­sty­ki, ile wy­dy­mał tę­pych la­sek – po­wie­dzia­ła Li­sa, a ja za­nio­słem się śmie­chem. Na szczę­ście mie­li­śmy mię­dzy so­bą nie­pi­sa­ną umo­wę, że je­ste­śmy tyl­ko przy­ja­ciół­mi i na­sza re­la­cja nie roz­pad­nie się przez to, że ktoś za­cznie za­ry­wać do ko­goś. Ta­ki mie­li­śmy układ, któ­ry się spraw­dzał od wie­lu lat.

– A po­wiem wam, że w tym ro­ku ja­koś nud­no by­ło – po­wie­dzia­łem, gdy za­uwa­ży­łem dziew­czy­nę wy­sia­da­ją­cą z au­ta. Na­wet do­strze­głem, że mia­ła na no­sie oku­la­ry i spód­ni­cę do ko­lan. To ta kiec­ka przy­cią­gnę­ła mój wzrok, bo gdy dziew­czy­na się po­tknę­ła w cza­sie żwa­we­go kro­ku, ma­te­riał po­fru­nął jej do gó­ry. Ko­ja­rzy­łem ją z wi­dze­nia, ale ja­koś ni­g­dy nie za­wie­si­łem na niej oka tak, jak te­raz. Chy­ba zro­bi­łem to na­wet zbyt dłu­go, bo i przy­ja­cie­le na nią spoj­rze­li.

– No wi­dać, że by­ło nud­no, sko­ro ku­jon­ka wpa­dła ci w oko. – Za­śmiał się Leo, kła­dąc rę­kę na mo­ich bar­kach i pa­trząc, jak dziew­czy­na zni­ka za drzwia­mi bu­dyn­ku. Strzą­sną­łem je­go rę­kę. Wy­star­czy tych czu­ło­ści.

– Nie aż tak, jak ci się wy­da­je – par­sk­ną­łem, ale nie­ste­ty in­ni pod­chwy­ci­li na­szą roz­mo­wę. Te­raz się za­cznie, po­my­śla­łem sar­ka­stycz­nie.

– To Ali­se Gre­enis, cho­dzi­my z nią na bio­lo­gię – od­par­ła Ki­ra. I już wie­dzia­łem, skąd ją ko­ja­rzę. Na ogół nie zwra­ca­łem uwa­gi na in­nych. Cza­sa­mi na chwi­lę do­pusz­cza­łem do sie­bie ja­kąś dziew­czy­nę, ale ro­bi­łem to ra­czej dla za­ba­wy, gdy za­czy­na­ło mi się nu­dzić i chcia­łem prze­rwać mo­no­to­nię dnia co­dzien­ne­go.

– Do­bra idzie­my, bo bę­dzie dra­ka pierw­sze­go dnia, jak spóź­ni­my się na apel – po­wie­dzia­ła Li­sa, zer­ka­jąc na smar­twat­cha. Nikt te­go nie lu­bił, ale trze­ba by­ło sta­wić się na sa­li gim­na­stycz­nej i to prze­żyć.

Z nie­tę­gi­mi mi­na­mi ru­szy­li­śmy w kie­run­ku szko­ły, ga­da­jąc da­lej we­so­ło i nad­ra­bia­jąc wa­ka­cyj­ny czas. We­szli­śmy na sa­lę gim­na­stycz­ną w mo­men­cie in­au­gu­ra­cji ape­lu. Na szczę­ście ten na roz­po­czę­cie ro­ku nie był aż tak dłu­gi, ale to nie zna­czy, że dy­rek­tor nie zdą­żył już wszyst­kich znu­dzić. Prze­stę­po­wa­łem z no­gi na no­gę, chcąc już wyjść z tej dusz­nej sa­li. Ki­ra z Leo coś so­bie po­ka­zy­wa­li na mi­gi, na­to­miast Li­sa z Ja­me­sem ob­ga­dy­wa­li ja­kąś przy­tu­la­ją­cą się pa­rę przed na­mi. Tyl­ko ja nie wie­dzia­łem, co zro­bić, aby szyb­ciej mi­nął czas. Z nu­dów w koń­cu za­czą­łem ob­ser­wo­wać wszyst­kich w za­się­gu wzro­ku, spraw­dza­jąc, czy się zmie­ni­li po wa­ka­cjach, aż zo­ba­czy­łem pan­nę Gre­enis wci­śnię­tą w kąt i bacz­nie wsłu­chu­ją­cą się w dy­rek­to­ra. Na­le­ża­ła do tych nie­licz­nych osób, któ­re z peł­ną kon­cen­tra­cją słu­cha­ły je­go wy­wo­dów. Po­pra­wi­ła oku­la­ry środ­ko­wym pal­cem, jak­by dy­rek­to­ro­wi po­ka­zy­wa­ła fuc­ka, a ja nie­spo­dzie­wa­nie par­sk­ną­łem pod no­sem, nie­świa­do­my, że przy­ja­cie­le się na mnie ga­pią. Co oni dzi­siaj tak mnie ob­ser­wu­ją? My­śla­łem, że są za­ję­ci so­bą, a tu pro­szę… Zno­wu mnie przy­ła­pa­li, że przy­glą­dam się pry­mu­sce.

– Sta­wiam sto do­la­rów, że Ma­son ją po­de­rwie – wy­szep­tał Leo, ale i tak ca­ła na­sza pacz­ka go usły­sza­ła.

– To ja stó­wę, że się mu nie uda – po­wie­dział ci­cho Ja­mes, za­cie­ra­jąc rę­ce, bo przy­pad­kiem da­łem im atrak­cję, i to pierw­sze­go dnia.

– A ja nie bio­rę udzia­łu w głu­pich za­kła­dach – syk­ną­łem, wy­wra­ca­jąc ocza­mi. Wy­do­ro­śla­łem z tych dur­nych po­my­słów. One ni­g­dy do­brze się nie koń­czy­ły i za­wsze to ja ob­ry­wa­łem na koń­cu, bo pan­ny się do mnie przy­kle­ja­ły i nie chcia­ły się od­cze­pić.

– Prze­cież on nie mu­si na­wet się sta­rać. – Za­śmia­ła się ci­cho, po czym kon­ty­nu­owa­ła swo­ją wy­po­wiedź: – Sa­ma na nie­go po­le­ci, wy­star­czy, że do niej Ma­son za­ga­da – oświad­czy­ła Li­sa.

– Nie by­ła­bym te­go ta­ka pew­na – po­wie­dzia­ła Ki­ra, marsz­cząc lek­ko nos jak za­wsze, gdy nad czymś się za­sta­na­wia­ła.

– Da­waj Ma­son, bę­dzie cie­ka­wie – pod­ju­dzał Leo, a ja się po­pu­ka­łem w czo­ło. Mo­gą za­po­mnieć, wię­cej na ta­kie bzdu­ry się nie pi­szę.

– Sam so­bie ją pod­ry­waj – od­par­łem, ale wte­dy mo­je i dziew­czy­ny w oku­la­rach spoj­rze­nie się skrzy­żo­wa­ło, lecz ona szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok. Ja nie­ste­ty da­lej na nią spo­glą­da­łem, mi­mo iż nie po­wi­nie­nem, zwłasz­cza że roz­mo­wa z przy­ja­ciół­mi wciąż trwa­ła.

Oni da­lej li­cy­to­wa­li się mię­dzy so­bą, ale już ich nie słu­cha­łem. Uwa­ża­łem, że to za­gra­nie jest kiep­skie, na­wet je­śli cho­dzi o nas, gdzie my nie zna­my umia­ru i lu­bi­my prze­kra­czać gra­ni­cę. Na szczę­ście po chwi­li apel się skoń­czył i każ­dy pró­bo­wał się do­bić do drzwi, aby wyjść z sa­li gim­na­stycz­nej, a przy oka­zji nie do­stać z łok­cia w że­bra. Mia­łem na­dzie­ję, że szyb­ko za­po­mną o swa­ta­niu mnie z ku­jon­ką i da­dzą mi świę­ty spo­kój.

Ali­se

Sta­łam na ape­lu i wsłu­chi­wa­łam się w sło­wa dy­rek­to­ra. Przy­wi­tał uczniów, a póź­niej opo­wia­dał o wszyst­kich pla­nach, ja­kie miał na nad­cho­dzą­cy rok szkol­ny. Naj­bar­dziej spodo­bał mi się je­den; do­ty­czył uru­cho­mie­nia warsz­ta­tów li­te­rac­kich. Uwiel­bia­łam czy­tać, dla­te­go mia­łam ca­łą gło­wę prze­róż­nych po­my­słów, więc je­że­li uda­ło­by mi się z cza­sem prze­lać to na pa­pier, mo­gło­by wyjść z te­go coś do­bre­go. To mój plan na ten rok. Tyl­ko, czy po­tra­fię tak po­ka­zać się przed resz­tą lu­dzi? By­łam strasz­nie skry­ta, a gdy już przy­cho­dzi­ło do roz­mów z kim­kol­wiek, ca­łe mo­je cia­ło się spi­na­ło. Choć od­po­wia­da­nie na py­ta­nia na­uczy­cie­li nie spra­wia­ło mi pro­ble­mu, w in­nych sy­tu­acjach bra­ko­wa­ło mi pew­no­ści sie­bie.

Po­czu­łam się do­syć nie­swo­jo i w chwi­li gdy za­czę­łam wo­dzić wzro­kiem po ca­łej sa­li, za­uwa­ży­łam tę sa­mą grup­kę chło­pa­ków w to­wa­rzy­stwie dziew­czyn, któ­rych ewi­dent­nie nie in­te­re­so­wał apel, bo ba­wi­li się cał­kiem do­brze, ga­da­jąc gło­śno. Zer­k­nę­łam na każ­de­go z nich po ko­lei. Aż w pew­nym mo­men­cie mo­je spoj­rze­nie za­trzy­ma­ło się na przy­stoj­nym blon­dy­nie.

Je­go wzrok mnie prze­szy­wał, a nie­bie­skie oczy lśni­ły, kie­dy pro­mie­nie sło­necz­ne od­bi­ja­ły się od źre­nic. Ma­son. Aro­ganc­ki i pew­ny sie­bie, a to tyl­ko dla­te­go, że je­go ro­dzi­ce po­sia­da­li du­żo pie­nię­dzy i on nie mu­siał się ni­czym mar­twić, bo już z gó­ry miał za­pew­nio­ne naj­lep­sze miej­sca w szko­le. Jak to się mó­wi, ka­sa rzą­dzi świa­tem. Wku­rzał mnie swo­im za­cho­wa­niem. Przy­jeż­dżał do szko­ły tym swo­im nie­bez­piecz­nym jed­no­śla­dem i za­cho­wy­wał się tak, jak­by był pa­nem wszyst­kie­go. Nie­na­wi­dzi­łam ta­kich lu­dzi. Ma­son mnie draż­nił, i to od daw­na. Szyb­ko od­wró­ci­łam wzrok i po­now­nie sta­ra­łam sku­pić się na prze­mo­wie dy­rek­to­ra.

Kie­dy się skoń­czy­ło, po­cze­ka­łam, aż wszy­scy opusz­czą sa­lę, a wte­dy spo­koj­nie wy­szłam na ze­wnątrz. Nie lu­bi­łam tło­ku, a już na pew­no nie chcia­łam prze­py­chać się z tą zgra­ją lu­dzi. Zresz­tą zdep­ta­li­by mi no­we bu­ty.

– Jak by­ło? – ode­zwał się brat, gdy tyl­ko za­ję­łam miej­sce po dru­giej stro­nie kie­row­cy. Na nic zda­ły się mo­je wcze­śniej­sze wy­wo­dy, że ma po mnie nie przy­jeż­dżać, bo chcę się prze­spa­ce­ro­wać.

– Spo­koj­nie. – Za­pię­łam pas i cze­ka­łam, aż w koń­cu ru­szy­my. Wte­dy zno­wu uj­rza­łam tę sa­mą grup­kę, któ­ra nie da­ła mi się sku­pić na ape­lu.

– Coś się sta­ło? Je­steś ta­ka nie­swo­ja – za­py­tał, prze­krę­ca­jąc jed­no­cze­śnie klucz w sta­cyj­ce i spo­glą­da­jąc na mnie.

– Nie, wszyst­ko w po­rząd­ku – rzu­ci­łam zdaw­ko­wo, od­wra­ca­jąc wzrok od ko­le­gów ze szko­ły.

– Za­uwa­ży­łaś tam ko­goś? Co się sta­ło? – Ro­zu­miał mnie bez słów, ale nie mo­głam nic mu po­wie­dzieć, bo prze­cież nic ta­kie­go na­praw­dę się nie sta­ło.

Dzi­siaj, gdy ten chło­pak na mnie pa­trzył, mia­łam wra­że­nie, że w tam­tej chwi­li wszy­scy zer­ka­li w mo­im kie­run­ku, a prze­cież kto nor­mal­ny by roz­ma­wiał o mnie – ta myśl by­ła nie­do­rzecz­na.

– A wiesz, że otwie­ra­ją no­we kół­ko i po­sta­no­wi­łam się na nie za­pi­sać? Mo­że to być cie­ka­we. – Zmie­ni­łam te­mat, aby szyb­ko skoń­czy­ły się te wy­py­ty­wa­nia, bo Hen­ry był w tym do­bry i bły­ska­wicz­nie wy­cią­gnął­by ze mnie od­po­wiedź.

– Cie­szę się, że chcesz się da­lej roz­wi­jać – od­parł, wra­ca­jąc wzro­kiem w stro­nę jezd­ni, aby sku­pić się na dro­dze.

– Ja też.

Ni­by zby­łam go pu­stą od­po­wie­dzią i po­spiesz­nie zmie­ni­łam te­mat, ale mi­mo wszyst­ko mia­łam dziw­ne prze­czu­cie, że ten rok szkol­ny mo­że nie być tak spo­koj­ny jak po­przed­nie.

Roz­dział 3

Ma­son

Dzi­siajbył jesz­cze luź­niej­szy dzień, ale wie­dzia­łem, że od po­nie­dział­ku na­uczy­cie­le we­zmą nas w ob­ro­ty. Ni­g­dy nie na­le­ża­łem do pil­nych uczniów, ale ja­koś uda­wa­ło mi się prze­śli­zgnąć z kla­sy do kla­sy, bo ro­dzi­ce pła­ci­li za mo­je do­dat­ko­we za­ję­cia na­uczy­cie­lom przed­mio­tów, z któ­rych by­łem za­gro­żo­ny. Czę­sto mu­sia­łem kom­bi­no­wać z cza­sem, bo nie chcia­łem re­zy­gno­wać z mo­ich pa­sji, ta­kich jak si­łow­nia i prze­jażdż­ki mo­to­cy­klo­we, nie wspo­mi­na­jąc już o cza­sie wol­nym czy spo­tka­niach z przy­ja­ciół­mi.

Wy­cią­gną­łem te­le­fon i na­pi­sa­łem do nich na cza­cie gru­po­wym na­szej pacz­ki na Mes­sen­ge­rze:

Ogni­sko o dwu­dzie­stej na mo­jej dział­ce z oka­zji roz­po­czę­cia ro­ku szkol­ne­go.

To by­ła spon­ta­nicz­na de­cy­zja. Dzi­siaj pią­tek, więc wie­dzia­łem, że każ­dy na spo­koj­nie znaj­dzie na to czas i nad­ro­bi­my wa­ka­cyj­ną roz­łą­kę. Na­sza grup­ka za­wsze się spo­ty­ka u mnie na dział­ce, bo do do­mu bym na­wet ich nie wpu­ścił – gdy­by zro­bi­li baj­zel i coś znisz­czy­li, ro­dzi­ce za­wa­łu by do­sta­li, a na dział­ce w naj­gor­szym przy­pad­ku zo­sta­wał tyl­ko nie­po­rzą­dek, któ­ry służ­ba mu­sia­ła po nas ogar­nąć.

Na­mó­wię two­ją no­wą dziew­czy­nę, aby przy­szła, a wte­dy bę­dzie­my mo­gli roz­strzy­gnąć za­kład.

Ki­ra uprze­dzi­ła swo­je za­mia­ry, a ja w pierw­szej chwi­li nie wie­dzia­łem, o co jej cho­dzi, aż so­bie przy­po­mnia­łem sy­tu­ację z sa­li gim­na­stycz­nej. Chy­ba jej coś na gło­wę pa­dło, po­my­śla­łem zło­śli­wie.

Tak, bę­dzie cie­ka­wie! Za­ła­twię pro­cen­ty.

To Leo, a ja wes­tchną­łem i już ża­ło­wa­łem po­my­słu z ogni­skiem. Co oni tak się upar­li na tę dziew­czy­nę? Słoń­ce w wa­ka­cje ich za bar­dzo przy­grza­ło? Po­my­śla­łem i za­czą­łem pi­sać na te­le­fo­nie wia­do­mość:

Daj­cie mi i jej spo­kój! Za­cho­wu­je­cie się jak ostat­nie pa­lan­ty!

W od­po­wie­dzi oby­dwo­je wy­sła­li emot­ki pła­czą­ce ze śmie­chu. Wie­dzia­łem już, że i tak mnie nie po­słu­cha­ją. Cie­ka­wy by­łem, czy dziew­czy­na się zgo­dzi i ule­gnie na­mo­wie Ki­ry. Mia­łem na­dzie­ję, że nie.

Do zo­ba­cze­nia!

Na­pi­sał Leo, po­lu­bi­łem je­go wia­do­mość, po czym za­mkną­łem czat gru­po­wy. Zsze­dłem na dół i po­pro­si­łem Mar­ry, aby przy­go­to­wa­ła na ogni­sko ja­kieś prze­ką­ski i coś do pi­cia. Wie­dzia­łem, że przed siód­mą wszyst­ko znaj­dzie się w ba­gaż­ni­ku mo­je­go au­ta, więc po­sze­dłem na do­mo­wą si­łow­nię tro­chę przy­pa­ko­wać i po­my­śleć o pierw­szym dniu w szko­le.

Ali­se

Pią­tek wie­czór, każ­dy z mo­ich ró­wie­śni­ków im­pre­zu­je, idzie do ki­na czy na­wet spo­ty­ka się w więk­szym gro­nie, a ja? Tak wła­śnie, ja na­le­ża­łam do cał­kiem in­nych osób. Tych wy­ob­co­wa­nych i bez przy­ja­ciół. Sie­dzia­łam na le­ża­ku w ogród­ku, po­chło­nię­ta do­brą książ­ką. Mój ty­po­wy week­end. Ci­sza i sub­tel­ny śpiew pta­ków, któ­re jesz­cze nie po­szły spać. Pod­nio­słam gło­wę i spoj­rza­łam w nie­bo. Nad­cią­ga­ją­ce ciem­ne chmu­ry zwia­sto­wa­ły noc­ny deszcz. Przy­mknę­łam po­wie­ki i roz­ko­szo­wa­łam się bło­gą chwi­lą.

– Ali­se, ktoś do cie­bie… – Tuż za mną zja­wił się brat. Tak mnie prze­stra­szył, że pod­ska­ku­jąc, o ma­ło nie spa­dłam z le­ża­ka.

– Chy­ba so­bie żar­tu­jesz? Do­sko­na­le wiesz, że ni­ko­go się nie spo­dzie­wam. – Wy­wró­ci­łam ocza­mi, bo nie lu­bi­łam, jak stro­ił so­bie ze mnie żar­ty.

– A jed­nak. – Hen­ry wzru­szył ra­mio­na­mi, po czym od­da­lił się w dru­gą stro­nę ogro­du.

Pod­nio­słam się z le­ża­ka i po­dą­ży­łam do do­mu. Kto to mógł być? Ni­ko­go nie ocze­ki­wa­łam.

W sa­lo­nie uj­rza­łam pięk­ną blon­dyn­kę. Od ra­zu ją sko­ja­rzy­łam. Wi­dzia­łam ją na ape­lu wśród grup­ki osób, któ­re nie po­tra­fi­ły się za­cho­wać. Cze­go ode mnie chcia­ła?

– Cześć – za­czę­łam nie­pew­nie, przy­sta­jąc przy niej. – Co ty tu ro­bisz?

– Cześć. Je­stem Ki­ra. Cho­dzi­my ra­zem na za­ję­cia – od­par­ła, uśmie­cha­jąc się do mnie, a ja w dal­szym cią­gu nie wie­dzia­łam, o co jej cho­dzi.

– Ali­se. Tak, już cię ko­ja­rzę. Sie­dzisz w ostat­nim rzę­dzie na bio­lo­gii. Jed­nak po­wiedz mi, cze­go chcesz ode mnie? Bo na pew­no nie no­ta­tek, sko­ro jesz­cze na do­bre nie za­czął się rok szkol­ny… A je­śli za­mie­rzasz pro­sić o moż­li­wość ścią­ga­nia na spraw­dzia­nie z wia­do­mo­ści z tam­te­go ro­ku, to nie masz na co li­czyć. – Sta­ra­łam się być nie­ugię­ta, ale i tak wie­dzia­łam, że pew­nie bym jej po­mo­gła tyl­ko po to, aby nikt mi nie do­ku­czał.

– To nie o to cho­dzi. Tak so­bie po­my­śla­łam, bo Ma­son… – za­czę­ła, a ja przy­po­mnia­łam so­bie przy­stoj­ne­go blon­dy­na, pa­trzą­ce­go na mnie na ape­lu.

– Co z nim? – prze­rwa­łam jej szyb­ko.

– On or­ga­ni­zu­je dzi­siaj gril­la i po­sta­no­wi­li­śmy, że za­pro­si­my no­we oso­by, aby wiesz… – Zro­bi­ła wy­mu­szo­ną prze­rwę, po czym wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – By­ło we­se­lej. Jak to się mó­wi: im wię­cej, tym le­piej.

– I po­my­śla­łaś o mnie? Mam ci uwie­rzyć? To dość ko­micz­ne. – Mo­je brwi sa­me się unio­sły. Mu­sia­łam wy­glą­dać za­baw­nie, bo blon­dyn­ka wy­bu­chła śmie­chem.

– Nie daj się pro­sić. Za­wsze je­steś sa­ma, na ubo­czu. – Po­de­szła do mnie i po­ło­ży­ła na ra­mie­niu swo­ją dłoń.

– Mi to pa­su­je. – Spoj­rza­łam na nią uważ­nie, za­sta­na­wia­jąc się, czy stroi so­bie ze mnie żar­ty. – Zresz­tą ni­g­dy nie by­łam za­pra­sza­na, więc nikt na­wet nie za­uwa­ży mo­jej nie­obec­no­ści.

– Nie uwa­żasz, że je­że­li za­wsze bę­dziesz ta­kim sa­mot­ni­kiem, to nie wyj­dzie ci to na do­bre? Mo­żesz mi za­ufać i cho­ciaż raz spró­bo­wać. Jak ci się nie spodo­ba, mo­żesz wyjść i wró­cić do swo­jej sa­mot­ni. – Obe­szła mnie do­oko­ła, a ja na swo­im kar­ku czu­łam jej od­dech.

– Po­wiedz­my, że się za­sta­no­wię – rzu­ci­łam, nie czu­jąc się prze­ko­na­na do te­go po­my­słu.

– Od ra­zu lep­sza od­po­wiedź. – Sta­nę­ła na­prze­ciw­ko mnie i się uśmiech­nę­ła.

– Ale nie obie­cu­ję – po­wie­dzia­łam szyb­ko, aby dać ja­sno do zro­zu­mie­nia, że to nie ozna­cza zgo­dy.

– Wie­rzę, że nie od­pu­ścisz. Dzi­siaj dwu­dzie­sta. Do zo­ba­cze­nia. Wy­ślę ci ad­res na Mes­sen­ge­ra. Nie po­ża­łu­jesz, Ali­se – od­par­ła, ob­ra­ca­jąc się na pię­cie.

Pa­trzy­łam na od­cho­dzą­cą Ki­rę i za­sta­na­wia­łam się, co ona knu­je. Czyż­by na­praw­dę po­sta­no­wi­ła mnie po­lu­bić? A mo­że to wca­le nie by­ła jej spraw­ka, tyl­ko ko­le­gów szu­ka­ją­cych roz­ryw­ki? Uknu­li to wszyst­ko, a ją po­sła­li ja­ko przy­nę­tę? Mo­że by­łam ła­two­wier­na, ale mu­sia­łam przy­znać, że już do­skwie­ra­ła mi sa­mot­ność i ci­cho li­czy­łam, że po tej jed­nej im­pre­zie coś zmie­ni się w mo­im ży­ciu. Tyl­ko, czy te­go wła­śnie po­trze­bo­wa­łam?

Roz­dział 4

Ma­son

Do­tar­łem na dział­kę przed dwu­dzie­stą, aby wszyst­ko przy­go­to­wać, nim zja­wią się przy­ja­cie­le. Za­czą­łem od wzię­cia z szo­py drew­na na ogni­sko. Uło­ży­łem z nie­go sto­żek, a śro­dek wy­pcha­łem ga­ze­ta­mi, roz­pał­ką i sia­nem, aby szyb­ciej się roz­pa­li­ło. Wyj­mo­wa­łem z ba­gaż­ni­ka wszyst­ko, co przy­go­to­wa­ła nam go­spo­sia, gdy ja­ko pierw­szy zja­wił się Leo.

– Do­brze, że je­steś wcze­śniej, po­mo­żesz mi z ław­ka­mi – oświad­czy­łem, po czym wska­za­łem na sta­rą szo­pę, w któ­rej znaj­do­wa­ło się do­słow­nie wszyst­ko. – Trze­ba je wy­cią­gnąć stam­tąd i usta­wić wo­kół pa­le­ni­ska, że­by­śmy mie­li na czym sie­dzieć.

– No to da­waj – po­wie­dział ko­le­ga i ru­szył we wska­za­nym prze­ze mnie kie­run­ku, klasz­cząc w dło­nie.

– Resz­ta pew­nie i tak się spóź­ni, że­by przyjść na go­to­we – za­ga­da­łem, jak otwie­ra­łem skrzy­pią­ce drzwi. Cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach do­tarł do mo­ich noz­drzy i lek­ko się skrzy­wi­łem, gdy kurz wzbił się ku gó­rze.

– Ki­ra na­mó­wi­ła tę ku­jon­kę i z nią przyj­dzie pew­nie punk­tu­al­nie – od­rzekł Leo, a mi z wra­że­nia aż kłód­ka spa­dła na sto­pę i za­klą­łem. Nie, no kuź­wa, nie. Czy choć raz mo­gą usza­no­wać mój sprze­ciw. Mó­wi­łem im, że­by się od­cze­pi­li od niej i ode mnie.

– Wy je­ste­ście nie­nor­mal­ni, już rok te­mu usta­li­li­śmy, że ni­ko­go nie bie­rze­my do na­szej eki­py – syk­ną­łem ze zło­ścią, ko­piąc wście­kle kłód­kę. Nie wie­dzia­łem, czy je­stem zły bar­dziej na to, że mi to cho­ler­stwo spa­dło na no­gę, czy na to, że się uwzię­li na Bo­gu du­cha win­ną dziew­czy­nę. Z te­go nie wyj­dzie nic do­bre­go, a sko­ro to pry­mu­ska to za­pew­ne jest nud­na jak fla­ki z ole­jem i jej to­wa­rzy­stwo oka­że się ist­ną ka­tor­gą dla nas wszyst­kich.

Za­czę­li­śmy no­sić ław­ki, a ja za­to­pi­łem się we wła­snych my­ślach. Gdy po­sta­wi­li­śmy ostat­nie sie­dze­nie na swo­im miej­scu, zo­ba­czy­łem, jak przez furt­kę wcho­dzi Ki­ra z dziew­czy­ną z sa­li gim­na­stycz­nej. Po­de­szły bli­żej, a ja wy­cią­gną­łem do no­wej to­wa­rzysz­ki dłoń i się przed­sta­wi­łem, bo w koń­cu by­łem nie tyl­ko fa­ce­tem, ale i go­spo­da­rzem tej dział­ki.

– Cześć, je­stem Ma­son. Cie­szę się, że przy­szłaś – pró­bo­wa­łem prze­ła­mać pierw­sze lo­dy. Nie po­do­bał mi się plan przy­ja­ciół, ale nie chcia­łem też wyjść na ostat­nie­go pa­lan­ta. To nie jej wi­na, że mam ko­le­gów z głu­pi­mi po­my­sła­mi.

– Ali­se, mi­ło mi po­znać. Ży­wię na­dzie­ję, że nie masz pre­ten­sji do Ki­ry, że mnie tu przy­cią­gnę­ła. – Wi­dać by­ło, że się de­ner­wu­je, bo w dło­niach mię­to­li­ła ka­wa­łek swe­tra. Te­go się nie spo­dzie­wa­łem. My­śla­łem, że mo­że być lek­ko wy­co­fa­na, ale że­by aż tak się stre­so­wa­ła na­szą obec­no­ścią? To dla mnie nie­co­dzien­ne zja­wi­sko. Każ­dy pró­bu­je wręcz zwró­cić na sie­bie uwa­gę, aby­śmy go za­pro­si­li do na­szej gru­py czy na im­pre­zę. To chy­ba pierw­szy raz, kie­dy ktoś się stre­su­je, że przy­szedł, bo cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła. Al­bo in­ni le­piej niż pan­na Gre­enis ukry­wa­li zde­ner­wo­wa­nie.

– Nie, no co ty. Sia­daj i czuj się jak u sie­bie – po­wie­dzia­łem, uśmie­cha­jąc się do pry­mu­ski i wska­zu­jąc jej je­dy­ną wol­ną ław­kę, bo resz­ta eki­py spe­cjal­nie za­ję­ła po­zo­sta­łe. Nie da­li nam wy­bo­ru, mu­sie­li­śmy za­jąć jed­ną wspól­nie.

– Dzię­ku­ję. – Za­cho­wy­wa­ła się tak sztyw­no, że już na sa­mą myśl, że mia­łem ko­ło niej usiąść, za­czy­na­ło mnie ści­skać w żo­łąd­ku. – Ja tyl­ko na chwi­lę. Za­raz bę­dę mu­sia­ła wra­cać do do­mu – za­jąk­nę­ła się de­li­kat­nie.

– Na chwi­lę? Week­end jest – po­wie­dzia­łem lek­ko zszo­ko­wa­ny. Każ­dy w week­end chciał się ro­ze­rwać, ale wi­dać nie na­sza ku­jon­ka. Ona nie wy­cho­dzi­ła ze sche­ma­tu dnia co­dzien­ne­go i wi­dać nie czu­ła się do­brze, gdy od­bie­gła od swo­jej ru­ty­ny.

– W po­nie­dzia­łek jest spraw­dzian wie­dzy z tam­te­go ro­ku. Chy­ba nie za­po­mnia­łeś? – Po­pa­trzy­ła na mnie wiel­ki­mi oczy­ma. Se­rio? Ona ma mnie za go­ścia, któ­ry pa­mię­ta o ta­kich rze­czach?

– Oczy­wi­ście, że za­po­mnia­łem. – Po­dra­pa­łem się po gło­wie, bo co mia­łem po­wie­dzieć? Że nie przy­wią­zu­ję wa­gi do pa­mię­ta­nia ta­kich rze­czy? – W każ­dym ra­zie, jak bę­dziesz chcia­ła iść, to cię od­wio­zę, ale mam na­dzie­ję, że jed­nak zo­sta­niesz na dłu­żej niż na chwil­kę. – Za­uwa­ży­łem, że to Ki­ra ją przy­wio­zła, a ona ra­czej nie bę­dzie skłon­na wyjść w trak­cie ogni­ska, aby od­wieźć ku­jon­kę. Nie wiem cze­mu, ale po­czu­łem się od­po­wie­dzial­ny za nią i za to, aby bez­piecz­nie wró­ci­ła do do­mu.

– Chy­ba nie są­dzisz, że ja wsią­dę na tę nie­bez­piecz­ną be­stię? – De­spe­rac­ko za­czę­ła się roz­glą­dać. Za­pew­ne szu­ka­ła mo­je­go Ka­wa­sa­ki.

– Wy­lu­zuj, przy­je­cha­łem au­tem. – Uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko, po czym splo­tłem z nią pal­ce i po­cią­gną­łem ją lek­ko w stro­nę ła­wek, bo da­lej sta­ła w miej­scu. Pró­bo­wa­łem zi­gno­ro­wać mi­łe uczu­cie, któ­re się po­ja­wi­ło, gdy na­sza skó­ra się ze­tknę­ła.

– Mo­żesz mnie już pu­ścić – wy­szep­ta­ła, gdy po­de­szli­śmy bli­żej to­wa­rzy­stwa. Nie­spo­dzie­wa­nie za­pra­gną­łem jej nie pusz­czać, jak­bym chciał przez do­tyk do­dać jej od­wa­gi i za­brać zde­ner­wo­wa­nie. I mu­sia­łem też przy­znać, że po­do­ba­ło mi się cie­pło od niej bi­ją­ce i to jak jej dłoń pa­so­wa­ła do mo­jej.

– Spo­koj­nie, Ali­se, oni są so­bą tak za­ję­ci, że na­wet nie wie­dzą, że tu­taj je­ste­śmy – za­żar­to­wa­łem, lecz dziew­czy­na i tak wy­su­nę­ła swo­ją dłoń z mo­je­go uści­sku. Po­do­ba­ło mi się na­to­miast to, jak na­tu­ral­nie wy­pły­nę­ło z mo­ich ust jej imię. Spoj­rza­łem na nią dys­kret­nie i za­uwa­ży­łem de­li­kat­ny ru­mie­niec na jej po­licz­kach. Tyl­ko nie wie­dzia­łem, czy to ja tak na nią dzia­łam czy pło­mień ogni­ska roz­ta­cza­ją­cy cie­pło wo­kół sie­bie.

Dziew­czy­ny za­czę­ły się li­cy­to­wać z chło­pa­ka­mi o to, co jest lep­sze z ogni­ska: kieł­ba­sa czy ziem­nia­ki. Na­wet nie za­uwa­ży­li, gdy usie­dli­śmy. Ca­li oni, wiecz­nie za­ję­ci ry­wa­li­za­cją i przy­ja­ciel­ski­mi sprzecz­ka­mi. Zer­k­ną­łem na Ali­se, któ­ra naj­wy­raź­niej nie czu­ła się tu­taj do­brze. Mia­łem ocho­tę kop­nąć w kost­kę Ki­rę za to, że pew­nie nie da­ła jej żyć, aż dziew­czy­na się w koń­cu ugię­ła i zgo­dzi­ła na przyj­ście tu­taj. Chcia­łem za­ga­dać, ale mia­łem pust­kę w gło­wie, szcze­gól­nie że ani ra­zu nie zer­k­nę­ła na mnie i tyl­ko pa­trzy­ła tę­po w ogień. Przy­go­to­wa­łem dla sie­bie i dla niej kieł­ba­skę na ki­ju. W koń­cu nie­śmia­ło się uśmiech­nę­ła i po­dzię­ko­wa­ła. Ali­se sta­no­wi­ła dla mnie enig­mę i za­sta­na­wia­łem się, jak to się sta­ło, że wo­la­ła sie­dze­nie w do­mu nad książ­ka­mi od spę­dza­nia cza­su z przy­ja­ciół­mi.

Ali­se

Sa­ma nie wie­dzia­łam, jak da­łam się na­mó­wić na to, że­by wy­brać się na to ogni­sko. A te­raz? Sie­dzia­łam na ław­ce obok naj­przy­stoj­niej­sze­go chło­pa­ka ze szko­ły i nie po­tra­fi­łam wy­du­sić nic z sie­bie. Co ja­kiś czas rzu­ca­łam w je­go stro­nę ukrad­ko­we spoj­rze­nia, gdy mia­łam pew­ność, że jest za­afe­ro­wa­ny roz­mo­wą ze zna­jo­my­mi.

Wpa­try­wa­łam się w ogień. Iskry tań­czy­ły na wie­trze, a ja czu­łam się tu nie­po­trzeb­na. To nie by­ło to­wa­rzy­stwo, w któ­rym chcia­łam prze­by­wać. Bo­ga­te dzie­cia­ki uwa­ża­ją­ce się za naj­waż­niej­sze na świe­cie. Dziew­czy­ny, wy­stro­jo­ne, a ich ma­ki­ja­że nie­ska­zi­tel­ne – mi­mo że by­ły na ogni­sku. Spoj­rza­łam w dół i po­pra­wi­łam rą­bek swo­jej sta­rej i dość spra­nej spód­ni­cy się­ga­ją­cej za ko­la­no. Na gó­rę za­rzu­ci­łam sta­ry, roz­cią­gnię­ty swe­ter. Ni­g­dy nie uży­wa­łam ko­sme­ty­ków, chy­ba że moż­na do nich za­li­czyć zwy­kły an­ty­per­spi­rant. To wszyst­ko spra­wia­ło, że czu­łam się te­raz jesz­cze go­rzej niż pod­czas mi­ja­nia ich na szkol­nych ko­ry­ta­rzach.

Po­tar­łam dłoń, któ­rą jesz­cze nie­daw­no Ma­son trzy­mał w szczel­nym uści­sku. Ten nie­win­ny gest za­owo­co­wał dziw­nym, do­tąd nie­zna­nym mi uczu­ciem.

Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co pod­ku­si­ło tę ca­łą Ki­rę, aby mnie za­pro­sić. Prze­cież jej nie zna­łam, a ona bez pro­ble­mów i naj­mniej­szych ogró­dek wy­cią­gnę­ła mnie z do­mu, od­cią­ga­jąc od naj­now­szej książ­ki. Chy­ba chcie­li mieć po­wód do plot­ko­wa­nia i na­śmie­wa­nia się ze mnie. Mi­mo że nie chcia­łam tu być i na­pi­sa­łam jej to w wia­do­mo­ści, nie da­ła mi wy­bo­ru i sa­ma po mnie przy­je­cha­ła.

– Ma­son? – Ob­ró­cił gło­wę w mo­ją stro­nę, kie­dy mo­ja dłoń mu­snę­ła je­go ra­mię. Ko­lej­ny raz przez mo­je cia­ło prze­szedł dreszcz. – Mógł­byś mnie jed­nak od­wieźć do do­mu? I tak już tro­chę się za­sie­dzia­łam, a nie chcę, aby brat się o mnie mar­twił.

– Nie zo­sta­niesz cho­ciaż go­dzin­kę? – za­py­tał ci­cho, aby nikt nie usły­szał na­szej wy­mia­ny zdań. – Za­dzwoń, że bę­dziesz póź­niej – po­pro­sił bła­gal­nym gło­sem, jak­by na­praw­dę bar­dzo mu za­le­ża­ło na mo­jej obec­no­ści.

– Nie chcę wam prze­szka­dzać i tak już przez mo­je to­wa­rzy­stwo nie mo­gli­ście spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, od­su­wa­jąc się ka­wa­łek od nie­go.

– Nie przej­muj się ni­mi. Mnie nie prze­szka­dzasz, a jak oni ci prze­szka­dza­ją, to ich mo­że­my wy­go­nić – po­wie­dział, po czym wska­zał na do­mek. – Al­bo tam po­sie­dzieć sa­mi – za­pro­po­no­wał, a ja po­czu­łam się lek­ko spe­szo­na.

– Po­wiedz mi, dla­cze­go tak bar­dzo za­le­ży ci na mo­im to­wa­rzy­stwie? Przez ostat­nie dwa la­ta nie za­mie­ni­łeś ze mną na­wet jed­ne­go sło­wa. – Pa­trzy­łam na nie­go i za­sta­na­wia­łam się, cze­go ta­ki przy­stoj­ny chło­pak mógł­by ode mnie ocze­ki­wać. Ale czy na pew­no chcia­łam znać od­po­wiedź?

– Sta­ram się po pro­stu być mi­ły. – Wzru­szył ra­mio­na­mi de­li­kat­nie. – Wiem, co o mnie my­ślisz i za­pew­niam cię, że jest ina­czej, niż praw­do­po­dob­nie sły­sza­łaś.

– Te­go nie wiesz. Ale przy­szła po­ra, bym je­cha­ła do do­mu. – Sta­ra­łam się, aby mój głos nie za­drżał na­wet na chwi­lę, mi­mo że przez mo­je cia­ło prze­cho­dzi­ły dresz­cze.

– To chodź. We­zmę tyl­ko klu­cze – po­wie­dział, po czym wstał z ław­ki i spoj­rzał w mo­ją stro­nę. – Za­cho­wuj­cie się grzecz­nie. Za­raz wra­cam – rzu­cił do swo­ich przy­ja­ciół, nim się od­wró­cił od ogni­ska.

Gdy chło­pak le­d­wo znik­nął za drzwia­mi ma­łe­go dom­ku, zna­la­zła się przy mnie Ki­ra, któ­ra cza­iła się tak, jak­by li­czy­ła na naj­now­sze plo­tecz­ki. Tyl­ko że nie by­ło o czym mó­wić.

– Po­do­ba ci się? – za­py­ta­ła bez ogró­dek, jak­by­śmy przy­jaź­ni­ły się od dłuż­sze­go cza­su.

– Nie wiem, o czym mó­wisz. – Za­wa­ha­łam się. – Przy­szłam, bo na­le­ga­łaś.

– Oj, nie bądź ta­ka skrom­na. Ma­son to nie­złe cia­cho. Wpa­dłaś chy­ba na­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi w oko… – Li­sa wy­po­wie­dzia­ła zda­nie, któ­re wy­da­wa­ło się jesz­cze bar­dziej nie­roz­sąd­ne niż to, że w ogó­le się tu zna­la­złam.

– Dzię­ku­ję za mi­łe to­wa­rzy­stwo, ale ja bę­dę już się zmy­wać – po­wie­dzia­łam po­śpiesz­nie, a po­tem ru­szy­łam w stro­nę dom­ku, aby zna­leźć się jak naj­da­lej od nie­wy­god­nych py­tań. Nie wie­dzia­łam, do cze­go pro­wa­dzi ta roz­mo­wa, ale do­sko­na­le zda­wa­łam so­bie spra­wę, że mu­sia­łam uwa­żać, co mó­wię, aby nie ob­ró­ci­ło się to prze­ciw­ko mnie.

– Zo­stań jesz­cze tro­chę, do­pie­ro za­czy­na się im­pre­za – krzyk­nął Leo, kie­dy się od­da­la­łam.

– Na­stęp­nym ra­zem – zby­łam go szyb­ką od­po­wie­dzią, tym sa­mym przy­spie­sza­jąc kro­ku.

Na szczę­ście Ma­son szyb­ko wy­szedł z dom­ku z klu­czy­ka­mi i nie mu­sia­łam wcho­dzić do środ­ka, aby dać je­go przy­ja­cio­łom ko­lej­ny te­mat do plo­te­czek. Przez ca­łą po­dróż mil­cza­łam, sta­ra­jąc się nie spo­glą­dać na chło­pa­ka. Nie wie­dzia­łam na­wet, o czym mo­gła­bym z nim roz­ma­wiać. Był mi­ły i ty­le mi star­czy­ło. Do­pie­ro kie­dy prze­jeż­dża­li­śmy przez wą­ską ulicz­kę, ciem­ną i spo­koj­ną, po­czu­łam nie­po­kój. Znaj­do­wa­łam się sa­ma w sa­mo­cho­dzie z le­d­wo po­zna­nym chło­pa­kiem. Nie wie­dzia­łam, co mo­gło­by się wy­da­rzyć.

Przy­mknę­łam po­wie­ki, a kie­dy po pa­ru mi­nu­tach je otwo­rzy­łam, oka­za­ło się, że znaj­do­wa­łam się już pod swo­im do­mem.

– Dzię­ku­ję, że mnie pod­rzu­ci­łeś. – Sta­ra­łam się brzmieć spo­koj­nie, ale w tym mo­men­cie za­blo­ko­wał się pas bez­pie­czeń­stwa, któ­ry za wszel­ką ce­nę sta­ra­łam się od­blo­ko­wać tak, aby on nie te­go za­uwa­żył.

– Nie cią­gnij tak, bo ni­g­dy go nie ode­pniesz – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się lek­ko, po czym na­chy­la­jąc się bli­sko mnie, po­mógł mi z pa­sem. Do mo­ich noz­drzy wpadł przy­jem­ny za­pach per­fum po­mie­sza­ny z wo­nią ogni­ska. – I nie ma za co. Po­le­cam się na przy­szłość.

– Dzię­ku­ję jesz­cze raz – wy­szep­ta­łam, a je­go cie­pły od­dech tuż przy mo­jej szyi do­pro­wa­dził mo­je cia­ło do dziw­ne­go dresz­czu.

– Ali­se? – mruk­nął ci­cho, ła­piąc mnie za dłoń. Spoj­rzał mi w oczy, cze­ka­jąc, aż się ode­zwę.

– Prze­pra­szam. Le­piej bę­dzie, jak już so­bie pój­dę. – W po­śpie­chu otwo­rzy­łam drzwi i wy­sko­czy­łam z sa­mo­cho­du, za­nim spra­wy po­to­czy­ły­by się ina­czej.

Pra­wie bie­giem do­tar­łam do drzwi. On chciał mnie po­ca­ło­wać? Bo­że, dziew­czy­no, o czym ty w ogó­le my­śla­łaś? On tyl­ko kul­tu­ral­nie się za­cho­wy­wał. Ta­ki chło­pak nie rzu­cił­by się na cie­bie z na­mięt­ny­mi po­ca­łun­ka­mi. To się zda­rza­ło tyl­ko w wy­my­ślo­nych hi­sto­riach, a nie w praw­dzi­wym ży­ciu.

Kie­dy zna­la­złam się w do­mu, po­czu­łam ulgę. Ucie­kłam z sa­mo­cho­du, tak jak­by się pa­li­ło. Nie wie­dzia­łam, co to mia­ło zna­czyć. Co chciał w tam­tej chwi­li zro­bić? Bu­dził we mnie dziw­ne uczu­cia. Opar­łam się o zim­ne drew­no i sta­ra­łam się zła­pać od­dech. To mnie za­sko­czy­ło, prze­ra­zi­ło, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo mi się po­do­ba­ło.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Spis tre­ści

CO­VER

Ty­tu­ło­wa

Re­dak­cyj­na

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Punk­ty orien­ta­cyj­ne

Co­ver

Ta­ble of Con­tents