Ja + Ty = WNM - Ewa Maciejczuk,Magdalena Jachnik - ebook
NOWOŚĆ

Ja + Ty = WNM ebook

Ewa Maciejczuk, Magdalena Jachnik

3,5

Opis

Czy niewinny zakład młodych ludzi może odmienić całą szkolną rzeczywistość?

Dwoje nastolatków, z dwóch różnych światów. On bogaty, dusza towarzystwa, ona cicha, zamknięta w swojej bańce, woli fikcję literacką zamiast kontaktów towarzyskich. Zakład, w który Mason nigdy nie chciał się angażować, szybko przestaje być niewinną grą. Zwłaszcza gdy dziewczyna, będąca częścią planu, zaczyna dla niego znaczyć coś więcej. Jednak igranie z uczuciami to niebezpieczna gra. Czy to, co miało być tylko dobrą zabawą, ma szansę rozwinąć się w coś poważniejszego?

Nie wszystko da się zatrzymać w odpowiednim momencie, a prawda ma to do siebie, że zawsze wychodzi na jaw. Jak będzie tym razem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 235

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (11 ocen)
5
2
0
1
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
halyna_and_books

Nie oderwiesz się od lektury

„Ja+Ty=WNM” to przepiękna, młodzieżowa historia. Jest pełna pierwszych młodzieńczych uczuć, niepewności i momentów, które wywołują zarówno uśmiech, jak i wzruszenie. Autorki świetnie zestawiły ze sobą dwa zupełnie różne światy bohaterów. Mason to chłopak z bogatego domu,  popularny w szkole, a do tego jest pewny siebie. Ma swoją zgraną paczkę znajomych i nie przyjmują nowych członków. Alise zaś to zamknięta w sobie dziewczyna, która najlepiej czuje się wśród książek. Jej przyjacielem i obrońcą jest starszy brat. Dziewczyna stroni od znajomych, całą swoją uwagę skupiając na nauce. Ponadto jest bardzo wrażliwa i jak praktycznie każda nastolatka ma kompleksy. Razem ta dwójka tworzy duet, obok którego trudno przejść obojętnie. Ich relacja rozwija się stopniowo, niewinnie, a dzięki temu wszystko jest bardzo naturalne i autentyczne. Chemia między bohaterami jest wyczuwalna od pierwszych stron, a napięcie rośnie z każdym kolejnym rozdziałem. Tutaj nie ma pośpiechu, przerysowanych scen. Auto...
10
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka i przyjemna historia ya z zawirowaniami i decyzjami młodych osób.Polecam 👌
10
igafidot

Nie polecam

Historia byłaby naprawdę fajna. Chciałabym powiedzieć że książka warta przeczytania. Ale nie da się jej czytać. Dialogi których nie powstydziliby się nasi dziadkowie, a nie nastolatki. Na siłę (według mnie) wplecione słowa które dorosłym mogą się wydawać ‚cool’ ale wcale nie są. Nie polecam
11
ikrzeminska

Nie polecam

Okropna... przeczytalam tylko dlatego, że nie lubię odkładać niedokończonej książki.
01



Mag­da­le­na Jach­nik, Ewa Ma­ciej­czuk

Ja + Ty

WNM

Co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Jach­nik & Ewa Ma­ciej­czuk

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I 

Szcze­cin 2026

e-ISBN: 978-83-68498-44-8

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce

Fre­epik

Re­dak­cja

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska | sta­cja­pro­jekt.my.ca­nva.si­te

Ko­rek­ta

Mag­da­le­na Dzie­kan | www.mag­da­dzie­kan.com

Dag­ma­ra Jasz­czak-Bar­to­sik

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Roz­dział 1

Ma­son

Po­wrót do szko­ły po wa­ka­cjach to ist­ne sza­leń­stwo. Ni­ko­mu się nie chce znów sie­dzieć nad książ­ka­mi i go­dzi­na­mi słu­chać wy­kła­dów na­uczy­cie­li. Je­dy­nym plu­sem jest spo­tka­nie z przy­ja­ciół­mi, któ­rych przez wa­ka­cje nie uda­ło się zła­pać, bo każ­dy roz­je­chał się w in­ny, cie­pły za­ką­tek świa­ta.

Mo­ją pacz­kę two­rzy­ło aż pięć osób: Ki­ra, Li­sa, Ja­mes, Leo i ja. Każ­de z nas by­ło zu­peł­nie in­ne, ale w po­krę­co­ny spo­sób się uzu­peł­ni­li­śmy i ni­g­dy się nie nu­dzi­li­śmy we wła­snym to­wa­rzy­stwie. Zna­li­śmy się od dzie­cia­ka, tak jak na­si ro­dzi­ce. Od za­wsze trzy­ma­li­śmy się ra­zem. Z ca­łej na­szej gru­py ja mia­łem naj­bar­dziej prze­rą­ba­ne w szko­le i mu­sia­łem uwa­żać na każ­dym kro­ku. Nie ufa­łem ni­ko­mu, ko­go nie zna­łem do­brze.

Dziew­czy­ny chi­cho­ta­ły, gdy prze­cho­dzi­łem ko­ry­ta­rzem, chło­pa­ki się pod­li­zy­wa­li, aby wbić się do na­szej eki­py. Nie­raz cięż­ko by­ło wy­czuć, kto ma wo­bec mnie do­bre in­ten­cje, a kto jest pod­stęp­ną żmi­ją chcą­cą na­mie­szać w na­szej piąt­ce. Ta­ka by­ła ce­na po­pu­lar­no­ści.

Na­uczy­łem się od­dzie­lać ziar­no od plew, ale i tak wo­la­łem dla bez­pie­czeń­stwa za­da­wać się tyl­ko ze swo­imi zna­jo­my­mi. Wie­dzia­łem, że gdy­by ta­ka za­szła po­trze­ba, po­szli­by­śmy za sie­bie w ogień. Fak­tem jest, że by­li­śmy sza­le­ni i czę­sto któ­reś z nas wpa­da w kło­po­ty, ale czę­sto ka­sa ro­dzi­ców za­ła­twia­ła spra­wę i uda­wa­ło się nam wyjść z opa­łów. Na­sza piąt­ka po­cho­dzi z bo­ga­tych ro­dzin, lecz na­si ro­dzi­ce – tak­że ze so­bą się kum­plu­ją­cy – zgod­nie po­sta­no­wi­li, że ma­my iść do szko­ły pu­blicz­nej, po­nie­waż to bę­dzie dla nas cen­ne do­świad­cze­nie, któ­re­go by­śmy nie wy­nie­śli ze szko­ły pry­wat­nej. Oczy­wi­ście, każ­de z nas się bun­to­wa­ło, ale zda­nie ro­dzi­ców by­ło nie­pod­wa­żal­ne i nie ugię­li się pod na­ci­skiem na­szych próśb i gróźb. Nie mie­li­śmy wyj­ścia i tak od pierw­szej kla­sy cho­dzi­my do zwy­kłej szko­ły.

Wy­nie­śli­śmy do­świad­cze­nie, praw­da, ale na pew­no nie ta­kie, ja­kie chcie­li na­si ro­dzi­ce. Każ­de z nas od­gry­wa­ło in­ną ro­lę. Ja by­łem cru­shem dziew­czyn, więc dba­łem o to, aby ni­g­dy nie za­bra­kło la­sek na na­szych im­pre­zach. Ki­ra i Li­sa mia­ły zna­jo­mo­ści wśród di­dże­jów, więc za­wsze zba­je­ro­wa­ły ja­kie­goś go­ścia, za­pew­nia­ją­ce­go nam opra­wę mu­zycz­ną. Ja­mes, wy­glą­da­ją­cy na star­sze­go, ogar­niał pro­cen­ty, a Leo był na­szym ka­wa­la­rzem i du­szą to­wa­rzy­stwa. W ostat­nim ro­ku szkol­nym, po tym jak ko­leś nie­mal pod­pa­lił cha­tę Ja­me­sa, ogra­ni­czy­li­śmy się do im­prez we wła­snym gro­nie, bo żad­ne z nas nie chcia­ło znów stra­cić ka­sy od ro­dzi­ców i być pil­no­wa­nym na każ­dym kro­ku, mi­mo że je­ste­śmy już pra­wie do­ro­śli.

– Ma­son, bo się spóź­nisz do szko­ły! – Usły­sza­łem głos ma­my z do­łu, gdy wła­śnie zbie­ra­łem się do wyj­ścia ze swo­je­go po­ko­ju.

– Już idę! – od­krzyk­ną­łem, ła­piąc ple­cak, po czym zbie­głem na dół scho­da­mi, po­wstrzy­mu­jąc się w ostat­niej chwi­li przed zje­cha­niem po po­rę­czy. Czę­sto tak ro­bi­łem, ale nie wte­dy, gdy ro­dzi­ciel­ka mo­gła­by mnie na tym przy­ła­pać. Kie­dyś wi­dzia­ła, a póź­niej mia­łem pół­go­dzin­ny wy­kład: co by­ło­by, gdy­bym nie wy­lą­do­wał na no­gach. Mar­twi się o mnie, wiem, ale nie­raz aż za bar­dzo, za­po­mi­na­jąc, że już nie je­stem ma­łym bą­bel­kiem, za któ­rym trze­ba bie­gać ase­ku­ra­cyj­nie, że­by nie ude­rzył się w gło­wę.

– Dru­gie śnia­da­nie masz na bla­cie – od­par­ła, gdy spo­tka­li­śmy się na ko­ry­ta­rzu. – Mi­łe­go dnia skar­bie – do­da­ła jesz­cze, kie­dy pod­sze­dłem i nad­sta­wi­łem po­li­czek do po­ca­łun­ku.

– To­bie też ma­mo – po­wie­dzia­łem, gdy już wy­cho­dzi­ła do pra­cy. Wsze­dłem do kuch­ni i scho­wa­łem do ple­ca­ka pu­deł­ko śnia­da­nio­we oraz bu­tel­kę wo­dy.

Wło­ży­łem bu­ty mo­to­cy­klo­we i już mia­łem wy­cho­dzić, gdy w drzwiach po­ja­wi­ła się na­sza go­spo­sia Mar­ry, pra­cu­ją­ca od wie­lu lat dla ro­dzi­ców. Jej tak­że ży­czy­łem mi­łe­go dnia i wsia­dłem na mój zie­lo­no-czar­ny mo­to­cykl Ka­wa­sa­ki Nin­ja, po czym ru­szy­łem w stro­nę szko­ły. Uwiel­biam tę ma­szy­nę. Da­je mi po­czu­cie wol­no­ści i do­star­cza daw­kę ad­re­na­li­ny. Ro­dzi­ce nie od ra­zu się na nie­go zgo­dzi­li, ale w koń­cu ule­gli, gdy zmu­si­li mnie do obie­ca­nia kil­ku­na­stu spraw, mię­dzy in­ny­mi te­go, że bę­dę uwa­żał, nie bę­dę szyb­ko jeź­dził i tym po­dob­ne. Ro­dzi­ce za­bra­li­by mi mo­to­cykl, gdy­by się do­wie­dzie­li, że nie za­wsze do­trzy­mu­ję sło­wa, lecz cze­go oczy nie wi­dzą, te­go ser­cu nie żal.

Pierw­szy dzień po wa­ka­cjach za­wsze był sza­lo­ny i mi­jał bar­dzo szyb­ko. Ja­dąc z za­wrot­ną pręd­ko­ścią na mo­im jed­no­śla­dzie, gę­ba sa­ma mi się cie­szy­ła, bo za­raz zo­ba­czę mo­ją pacz­kę. Na głos te­go ni­g­dy nie przy­znam, ale stę­sk­ni­łem się za swo­ją eki­pą i pra­gną­łem się z ni­mi spo­tkać jak naj­szyb­ciej.

Ali­se

Ko­lej­ny rok szkol­ny. A wraz z nim no­we i waż­niej­sze ce­le. Po­sta­no­wi­łam, że bez wzglę­du na to, co się bę­dzie dzia­ło, zre­ali­zu­ję je. Na­le­ża­łam do osób, któ­re do­brze się uczy­ły i nie mia­ły cza­su na zbęd­ne włó­cze­nie się z przy­ja­ciół­mi. Każ­dą wol­ną chwi­lę po­świę­ca­łam na czy­ta­nie i zdo­by­wa­nie wie­dzy, przy­dat­nej w do­ro­słym ży­ciu. Moż­na by­ło mnie mia­no­wać na ku­jon­kę szko­ły, bo w tej ka­te­go­rii na pew­no nie mia­łam so­bie rów­nych. Pod­je­cha­łam na miej­sce, któ­re przez po­ło­wę dnia jest mo­im dru­gim do­mem. Czy cie­szy­łam się, że za chwi­lę znaj­dę się pod gma­chem szko­ły? Jak naj­bar­dziej.

Otwo­rzy­łam bocz­ne okno w sa­mo­cho­dzie i, wy­chy­la­jąc lek­ko gło­wę, roz­ko­szo­wa­łam się cie­płym po­wie­wem wia­tru, mu­ska­ją­cym mo­je moc­no zwią­za­ne w ku­cyk wło­sy. Tak jak gum­ka utrzy­my­wa­ła fry­zu­rę w ry­zach, tak sa­mo ja trzy­ma­łam się swo­ich za­sad. Nie w gło­wie mi im­pre­zy czy rand­ki. Od zbęd­ne­go wa­ga­ro­wa­nia też trzy­ma­łam się z da­le­ka. Uwa­ża­łam, że na to przyj­dzie czas, kie­dy tyl­ko zdo­bę­dę do­brze płat­ną pra­cę. Cho­ciaż nie po­win­nam się okła­my­wać, bo ma­rzy­ło mi się pło­mien­ne uczu­cie, ja­kie ogar­nia­ło bo­ha­ter­ki z mo­ich lek­tur. Tych, gdzie ksią­żę na bia­łym ru­ma­ku za­ko­chu­je się w zwy­kłej dziew­czy­nie, któ­rej nikt nie za­uwa­ża, a ona dla nie­go sta­je się ca­łym świa­tem.

– Zie­mia do Ali­se… – Z roz­my­ślań wy­rwał mnie głos bra­ta.

Spoj­rza­łam na nie­go. Je­go wy­gląd, jak zwy­kle, nie­na­gan­ny – bia­ła ko­szu­la za­pię­ta pod szy­ją, za­wsze sta­ran­nie do­bra­na do oka­zji. Tak się wła­śnie zło­ży­ło, że on był tym star­szym i za­ra­zem tym, któ­re­mu sta­ra­łam się do­rów­nać. Pan ad­wo­kat – a to już du­żo o nim mó­wi­ło. Wszyst­ko zdo­by­wał cięż­ko pra­cą, dla­te­go i ja rów­nież po­sta­no­wi­łam ni­g­dy nie spo­cząć na lau­rach. Na­si ro­dzi­ce bar­dzo sta­ra­li się, aby każ­de z nas do­sta­ło jak naj­wię­cej od ży­cia.

– Tak? – za­py­ta­łam się, nie bę­dąc do koń­ca pew­na, cze­go ode mnie chciał.

– Je­ste­śmy już na miej­scu. Nie stre­suj się tak, jak zwy­kle po­ra­dzisz so­bie. – Uści­snął mo­ją dłoń. – A te­raz leć. – Uśmiech­nął się naj­szcze­rzej, do­da­jąc mi wię­cej otu­chy.

– Dzię­ku­ję, Hen­ry. Do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem. – Przy­tu­li­łam się do nie­go.

– Przy­je­chać po cie­bie? – za­pro­po­no­wał, kie­dy otwie­ra­łam drzwi i za­mie­rza­łam wyjść z sa­mo­cho­du.

– Nie. Mam ocho­tę na spa­cer. Jest pięk­na po­go­da. – Te­atral­nym ru­chem rę­ki wska­za­łam na oto­cze­nie.

– Do­brze – wy­szep­tał zre­zy­gno­wa­ny, ale nie za­mie­rzał da­lej na­le­gać.

Wy­sko­czy­łam z sa­mo­cho­du i po­pra­wi­łam spód­ni­cę się­ga­ją­cą mi do ko­lan. Pod­su­nę­łam pal­cem wska­zu­ją­cym oku­la­ry, wpy­cha­jąc je głę­biej na nos i ru­szy­łam przed sie­bie. Pod gma­chem znaj­do­wa­ło się peł­no mło­dzie­ży. Nie lu­bi­łam rzu­cać się w oczy, więc za­zwy­czaj prze­cho­dzi­łam bez­sze­lest­nie i nie­zau­wa­żal­nie. Ką­tem oka spoj­rza­łam w le­wo, na grup­kę chło­pa­ków. Przy­stoj­ni, pew­ni sie­bie i tak bar­dzo wul­gar­ni. Nie­na­wi­dzi­łam ta­kich ty­pów, któ­rych ro­dzi­ce ma­ją pie­nią­dze, a oni twier­dzą, że mo­gą być lep­si od in­nych. Wśród nich oczy­wi­ście znaj­do­wa­ło się peł­no dziew­czyn, cze­ka­ją­cych na apro­ba­tę z ich stro­ny, czę­sto nie­świa­do­mych, że są wy­łącz­nie za­baw­ka­mi w ich rę­kach. I na mo­je nie­szczę­ście przez to wła­śnie za­ga­pie­nie się po­tknę­łam, ale oby­ło się bez upad­ku, więc nikt te­go nie za­uwa­żył.

Pierw­sze kro­ki skie­ro­wa­łam od ra­zu w stro­nę mo­je­go ulu­bio­ne­go miej­sca w ca­łej szko­le – do bi­blio­te­ki. Spę­dza­łam tam każ­dą wol­ną chwi­lę. I nie mo­gło być ina­czej, gdy­bym po tak dłu­giej prze­rwie nie spo­tka­ła się z pa­nią Lu­iz. Pra­co­wa­ła tu po­nad dwa­dzie­ścia lat. Trak­to­wa­łam ją nie­mal­że jak bab­cię. To sta­ro­win­ka o si­wych już wło­sach, ale za to z wiel­kim uśmie­chem, za­wsze gosz­czą­cym na jej twa­rzy.

– Dzień do­bry! – wy­krzy­cza­łam, prze­kra­cza­jąc le­d­wie próg, kie­dy za­uwa­ży­łam ko­bie­tę zni­ka­ją­cą za re­ga­łem.

– Dzień do­bry, Ali­se. Dla­cze­go nie je­steś na ape­lu? – Pod­nio­sła gło­wę znad ster­ty do­ku­men­tów. Si­we wło­sy opa­dły jej na oczy, przez co wy­glą­da­ła dość ko­micz­nie.

– Przy­szłam się przy­wi­tać – od­par­łam. – I za­raz zni­kam.

– A już my­śla­łam, że chcesz wy­po­ży­czyć ja­kąś książ­kę.

– Ale nie po­wie­dzia­łam, że te­go nie zro­bię. Tyl­ko to już na pew­no póź­niej. – Uśmiech­nę­łam się i ru­szy­łam w stro­nę drzwi.

W pierw­szej ko­lej­no­ści mia­łam ocho­tę udać się gdzieś w głąb bi­blio­te­ki i po­szpe­rać no­wo­ściach, któ­re za­go­ści­ły na pół­kach pod­czas wa­ka­cji, ale Lu­iz mia­ła ra­cję, że spóź­nię się na apel. A to mo­gło­by się źle skoń­czyć. Jak tyl­ko so­bie o tym po­my­śla­łam, pod po­wie­ka­mi uka­za­ła się ca­ła scen­ka, kie­dy to ja, Ali­se wpa­dam zgrza­na i sa­pią­ca do wiel­kiej au­li, zwra­ca­jąc uwa­gę wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, sta­jąc się tym sa­mym naj­więk­szym po­śmie­wi­skiem na ca­ły rok szkol­ny, a prze­cież wo­la­łam unik­nąć roz­gło­su.

Roz­dział 2

Ma­son

Do­je­cha­łem do szko­ły i, bę­dąc w bra­mie, zo­ba­czy­łem, że mo­ja eki­pa już cze­ka. Gę­ba od ra­zu mi się roz­pro­mie­ni­ła. Prze­krę­ci­łem ma­net­kę, da­jąc znać o swo­im przy­by­ciu, cho­ciaż wszy­scy i tak już usły­sze­li ryk mo­je­go Ka­wa­sa­ki i pa­trzy­li w mo­ją stro­nę. Lu­bi­łem zwra­cać na sie­bie uwa­gę, więc ro­bi­łem to za­wsze, gdy tyl­ko mia­łem ku te­mu oka­zję. Niech ga­da­ją.

Za­par­ko­wa­łem obok au­ta Leo, po czym ścią­gną­łem rę­ka­wicz­ki i kask. Roz­pią­łem kurt­kę mo­to­cy­klo­wą i pod­sze­dłem do eki­py. Oni też już sze­ro­ko się uśmie­cha­li, więc dzień za­po­wia­dał się epic­ko.

– No sie­man­ko – rzu­ci­łem do wszyst­kich i naj­pierw po­ca­ło­wa­łem dziew­czy­ny w po­li­czek, aby póź­niej po­dać rę­kę chło­pa­kom. Przy­ja­ciół­ki jak zwy­kle nie pu­ści­ły mnie, do­pó­ki mnie nie wy­ści­ska­ły, za to Leo i Ja­mes, też po tak dłu­giej prze­rwie, przy­tu­li­li się „na niedź­wiad­ka”, kle­piąc mnie oczy­wi­ście z ca­łej si­ły po ple­cach.

– Jak two­je wa­ka­cje Ma­son? Prze­ży­łeś wa­ka­cyj­ną mi­łość? – do­py­ty­wał Ja­mes, za co do­stał po gło­wie od Ki­ry.

– Ależ ty je­steś bez­po­śred­ni. Szko­da, że nie za­py­ta­łeś o sta­ty­sty­ki, ile wy­dy­mał tę­pych la­sek – po­wie­dzia­ła Li­sa, a ja za­nio­słem się śmie­chem. Na szczę­ście mie­li­śmy mię­dzy so­bą nie­pi­sa­ną umo­wę, że je­ste­śmy tyl­ko przy­ja­ciół­mi i na­sza re­la­cja nie roz­pad­nie się przez to, że ktoś za­cznie za­ry­wać do ko­goś. Ta­ki mie­li­śmy układ, któ­ry się spraw­dzał od wie­lu lat.

– A po­wiem wam, że w tym ro­ku ja­koś nud­no by­ło – po­wie­dzia­łem, gdy za­uwa­ży­łem dziew­czy­nę wy­sia­da­ją­cą z au­ta. Na­wet do­strze­głem, że mia­ła na no­sie oku­la­ry i spód­ni­cę do ko­lan. To ta kiec­ka przy­cią­gnę­ła mój wzrok, bo gdy dziew­czy­na się po­tknę­ła w cza­sie żwa­we­go kro­ku, ma­te­riał po­fru­nął jej do gó­ry. Ko­ja­rzy­łem ją z wi­dze­nia, ale ja­koś ni­g­dy nie za­wie­si­łem na niej oka tak, jak te­raz. Chy­ba zro­bi­łem to na­wet zbyt dłu­go, bo i przy­ja­cie­le na nią spoj­rze­li.

– No wi­dać, że by­ło nud­no, sko­ro ku­jon­ka wpa­dła ci w oko. – Za­śmiał się Leo, kła­dąc rę­kę na mo­ich bar­kach i pa­trząc, jak dziew­czy­na zni­ka za drzwia­mi bu­dyn­ku. Strzą­sną­łem je­go rę­kę. Wy­star­czy tych czu­ło­ści.

– Nie aż tak, jak ci się wy­da­je – par­sk­ną­łem, ale nie­ste­ty in­ni pod­chwy­ci­li na­szą roz­mo­wę. Te­raz się za­cznie, po­my­śla­łem sar­ka­stycz­nie.

– To Ali­se Gre­enis, cho­dzi­my z nią na bio­lo­gię – od­par­ła Ki­ra. I już wie­dzia­łem, skąd ją ko­ja­rzę. Na ogół nie zwra­ca­łem uwa­gi na in­nych. Cza­sa­mi na chwi­lę do­pusz­cza­łem do sie­bie ja­kąś dziew­czy­nę, ale ro­bi­łem to ra­czej dla za­ba­wy, gdy za­czy­na­ło mi się nu­dzić i chcia­łem prze­rwać mo­no­to­nię dnia co­dzien­ne­go.

– Do­bra idzie­my, bo bę­dzie dra­ka pierw­sze­go dnia, jak spóź­ni­my się na apel – po­wie­dzia­ła Li­sa, zer­ka­jąc na smar­twat­cha. Nikt te­go nie lu­bił, ale trze­ba by­ło sta­wić się na sa­li gim­na­stycz­nej i to prze­żyć.

Z nie­tę­gi­mi mi­na­mi ru­szy­li­śmy w kie­run­ku szko­ły, ga­da­jąc da­lej we­so­ło i nad­ra­bia­jąc wa­ka­cyj­ny czas. We­szli­śmy na sa­lę gim­na­stycz­ną w mo­men­cie in­au­gu­ra­cji ape­lu. Na szczę­ście ten na roz­po­czę­cie ro­ku nie był aż tak dłu­gi, ale to nie zna­czy, że dy­rek­tor nie zdą­żył już wszyst­kich znu­dzić. Prze­stę­po­wa­łem z no­gi na no­gę, chcąc już wyjść z tej dusz­nej sa­li. Ki­ra z Leo coś so­bie po­ka­zy­wa­li na mi­gi, na­to­miast Li­sa z Ja­me­sem ob­ga­dy­wa­li ja­kąś przy­tu­la­ją­cą się pa­rę przed na­mi. Tyl­ko ja nie wie­dzia­łem, co zro­bić, aby szyb­ciej mi­nął czas. Z nu­dów w koń­cu za­czą­łem ob­ser­wo­wać wszyst­kich w za­się­gu wzro­ku, spraw­dza­jąc, czy się zmie­ni­li po wa­ka­cjach, aż zo­ba­czy­łem pan­nę Gre­enis wci­śnię­tą w kąt i bacz­nie wsłu­chu­ją­cą się w dy­rek­to­ra. Na­le­ża­ła do tych nie­licz­nych osób, któ­re z peł­ną kon­cen­tra­cją słu­cha­ły je­go wy­wo­dów. Po­pra­wi­ła oku­la­ry środ­ko­wym pal­cem, jak­by dy­rek­to­ro­wi po­ka­zy­wa­ła fuc­ka, a ja nie­spo­dzie­wa­nie par­sk­ną­łem pod no­sem, nie­świa­do­my, że przy­ja­cie­le się na mnie ga­pią. Co oni dzi­siaj tak mnie ob­ser­wu­ją? My­śla­łem, że są za­ję­ci so­bą, a tu pro­szę… Zno­wu mnie przy­ła­pa­li, że przy­glą­dam się pry­mu­sce.

– Sta­wiam sto do­la­rów, że Ma­son ją po­de­rwie – wy­szep­tał Leo, ale i tak ca­ła na­sza pacz­ka go usły­sza­ła.

– To ja stó­wę, że się mu nie uda – po­wie­dział ci­cho Ja­mes, za­cie­ra­jąc rę­ce, bo przy­pad­kiem da­łem im atrak­cję, i to pierw­sze­go dnia.

– A ja nie bio­rę udzia­łu w głu­pich za­kła­dach – syk­ną­łem, wy­wra­ca­jąc ocza­mi. Wy­do­ro­śla­łem z tych dur­nych po­my­słów. One ni­g­dy do­brze się nie koń­czy­ły i za­wsze to ja ob­ry­wa­łem na koń­cu, bo pan­ny się do mnie przy­kle­ja­ły i nie chcia­ły się od­cze­pić.

– Prze­cież on nie mu­si na­wet się sta­rać. – Za­śmia­ła się ci­cho, po czym kon­ty­nu­owa­ła swo­ją wy­po­wiedź: – Sa­ma na nie­go po­le­ci, wy­star­czy, że do niej Ma­son za­ga­da – oświad­czy­ła Li­sa.

– Nie by­ła­bym te­go ta­ka pew­na – po­wie­dzia­ła Ki­ra, marsz­cząc lek­ko nos jak za­wsze, gdy nad czymś się za­sta­na­wia­ła.

– Da­waj Ma­son, bę­dzie cie­ka­wie – pod­ju­dzał Leo, a ja się po­pu­ka­łem w czo­ło. Mo­gą za­po­mnieć, wię­cej na ta­kie bzdu­ry się nie pi­szę.

– Sam so­bie ją pod­ry­waj – od­par­łem, ale wte­dy mo­je i dziew­czy­ny w oku­la­rach spoj­rze­nie się skrzy­żo­wa­ło, lecz ona szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok. Ja nie­ste­ty da­lej na nią spo­glą­da­łem, mi­mo iż nie po­wi­nie­nem, zwłasz­cza że roz­mo­wa z przy­ja­ciół­mi wciąż trwa­ła.

Oni da­lej li­cy­to­wa­li się mię­dzy so­bą, ale już ich nie słu­cha­łem. Uwa­ża­łem, że to za­gra­nie jest kiep­skie, na­wet je­śli cho­dzi o nas, gdzie my nie zna­my umia­ru i lu­bi­my prze­kra­czać gra­ni­cę. Na szczę­ście po chwi­li apel się skoń­czył i każ­dy pró­bo­wał się do­bić do drzwi, aby wyjść z sa­li gim­na­stycz­nej, a przy oka­zji nie do­stać z łok­cia w że­bra. Mia­łem na­dzie­ję, że szyb­ko za­po­mną o swa­ta­niu mnie z ku­jon­ką i da­dzą mi świę­ty spo­kój.

Ali­se

Sta­łam na ape­lu i wsłu­chi­wa­łam się w sło­wa dy­rek­to­ra. Przy­wi­tał uczniów, a póź­niej opo­wia­dał o wszyst­kich pla­nach, ja­kie miał na nad­cho­dzą­cy rok szkol­ny. Naj­bar­dziej spodo­bał mi się je­den; do­ty­czył uru­cho­mie­nia warsz­ta­tów li­te­rac­kich. Uwiel­bia­łam czy­tać, dla­te­go mia­łam ca­łą gło­wę prze­róż­nych po­my­słów, więc je­że­li uda­ło­by mi się z cza­sem prze­lać to na pa­pier, mo­gło­by wyjść z te­go coś do­bre­go. To mój plan na ten rok. Tyl­ko, czy po­tra­fię tak po­ka­zać się przed resz­tą lu­dzi? By­łam strasz­nie skry­ta, a gdy już przy­cho­dzi­ło do roz­mów z kim­kol­wiek, ca­łe mo­je cia­ło się spi­na­ło. Choć od­po­wia­da­nie na py­ta­nia na­uczy­cie­li nie spra­wia­ło mi pro­ble­mu, w in­nych sy­tu­acjach bra­ko­wa­ło mi pew­no­ści sie­bie.

Po­czu­łam się do­syć nie­swo­jo i w chwi­li gdy za­czę­łam wo­dzić wzro­kiem po ca­łej sa­li, za­uwa­ży­łam tę sa­mą grup­kę chło­pa­ków w to­wa­rzy­stwie dziew­czyn, któ­rych ewi­dent­nie nie in­te­re­so­wał apel, bo ba­wi­li się cał­kiem do­brze, ga­da­jąc gło­śno. Zer­k­nę­łam na każ­de­go z nich po ko­lei. Aż w pew­nym mo­men­cie mo­je spoj­rze­nie za­trzy­ma­ło się na przy­stoj­nym blon­dy­nie.

Je­go wzrok mnie prze­szy­wał, a nie­bie­skie oczy lśni­ły, kie­dy pro­mie­nie sło­necz­ne od­bi­ja­ły się od źre­nic. Ma­son. Aro­ganc­ki i pew­ny sie­bie, a to tyl­ko dla­te­go, że je­go ro­dzi­ce po­sia­da­li du­żo pie­nię­dzy i on nie mu­siał się ni­czym mar­twić, bo już z gó­ry miał za­pew­nio­ne naj­lep­sze miej­sca w szko­le. Jak to się mó­wi, ka­sa rzą­dzi świa­tem. Wku­rzał mnie swo­im za­cho­wa­niem. Przy­jeż­dżał do szko­ły tym swo­im nie­bez­piecz­nym jed­no­śla­dem i za­cho­wy­wał się tak, jak­by był pa­nem wszyst­kie­go. Nie­na­wi­dzi­łam ta­kich lu­dzi. Ma­son mnie draż­nił, i to od daw­na. Szyb­ko od­wró­ci­łam wzrok i po­now­nie sta­ra­łam sku­pić się na prze­mo­wie dy­rek­to­ra.

Kie­dy się skoń­czy­ło, po­cze­ka­łam, aż wszy­scy opusz­czą sa­lę, a wte­dy spo­koj­nie wy­szłam na ze­wnątrz. Nie lu­bi­łam tło­ku, a już na pew­no nie chcia­łam prze­py­chać się z tą zgra­ją lu­dzi. Zresz­tą zdep­ta­li­by mi no­we bu­ty.

– Jak by­ło? – ode­zwał się brat, gdy tyl­ko za­ję­łam miej­sce po dru­giej stro­nie kie­row­cy. Na nic zda­ły się mo­je wcze­śniej­sze wy­wo­dy, że ma po mnie nie przy­jeż­dżać, bo chcę się prze­spa­ce­ro­wać.

– Spo­koj­nie. – Za­pię­łam pas i cze­ka­łam, aż w koń­cu ru­szy­my. Wte­dy zno­wu uj­rza­łam tę sa­mą grup­kę, któ­ra nie da­ła mi się sku­pić na ape­lu.

– Coś się sta­ło? Je­steś ta­ka nie­swo­ja – za­py­tał, prze­krę­ca­jąc jed­no­cze­śnie klucz w sta­cyj­ce i spo­glą­da­jąc na mnie.

– Nie, wszyst­ko w po­rząd­ku – rzu­ci­łam zdaw­ko­wo, od­wra­ca­jąc wzrok od ko­le­gów ze szko­ły.

– Za­uwa­ży­łaś tam ko­goś? Co się sta­ło? – Ro­zu­miał mnie bez słów, ale nie mo­głam nic mu po­wie­dzieć, bo prze­cież nic ta­kie­go na­praw­dę się nie sta­ło.

Dzi­siaj, gdy ten chło­pak na mnie pa­trzył, mia­łam wra­że­nie, że w tam­tej chwi­li wszy­scy zer­ka­li w mo­im kie­run­ku, a prze­cież kto nor­mal­ny by roz­ma­wiał o mnie – ta myśl by­ła nie­do­rzecz­na.

– A wiesz, że otwie­ra­ją no­we kół­ko i po­sta­no­wi­łam się na nie za­pi­sać? Mo­że to być cie­ka­we. – Zmie­ni­łam te­mat, aby szyb­ko skoń­czy­ły się te wy­py­ty­wa­nia, bo Hen­ry był w tym do­bry i bły­ska­wicz­nie wy­cią­gnął­by ze mnie od­po­wiedź.

– Cie­szę się, że chcesz się da­lej roz­wi­jać – od­parł, wra­ca­jąc wzro­kiem w stro­nę jezd­ni, aby sku­pić się na dro­dze.

– Ja też.

Ni­by zby­łam go pu­stą od­po­wie­dzią i po­spiesz­nie zmie­ni­łam te­mat, ale mi­mo wszyst­ko mia­łam dziw­ne prze­czu­cie, że ten rok szkol­ny mo­że nie być tak spo­koj­ny jak po­przed­nie.

Roz­dział 3

Ma­son

Dzi­siajbył jesz­cze luź­niej­szy dzień, ale wie­dzia­łem, że od po­nie­dział­ku na­uczy­cie­le we­zmą nas w ob­ro­ty. Ni­g­dy nie na­le­ża­łem do pil­nych uczniów, ale ja­koś uda­wa­ło mi się prze­śli­zgnąć z kla­sy do kla­sy, bo ro­dzi­ce pła­ci­li za mo­je do­dat­ko­we za­ję­cia na­uczy­cie­lom przed­mio­tów, z któ­rych by­łem za­gro­żo­ny. Czę­sto mu­sia­łem kom­bi­no­wać z cza­sem, bo nie chcia­łem re­zy­gno­wać z mo­ich pa­sji, ta­kich jak si­łow­nia i prze­jażdż­ki mo­to­cy­klo­we, nie wspo­mi­na­jąc już o cza­sie wol­nym czy spo­tka­niach z przy­ja­ciół­mi.

Wy­cią­gną­łem te­le­fon i na­pi­sa­łem do nich na cza­cie gru­po­wym na­szej pacz­ki na Mes­sen­ge­rze:

Ogni­sko o dwu­dzie­stej na mo­jej dział­ce z oka­zji roz­po­czę­cia ro­ku szkol­ne­go.

To by­ła spon­ta­nicz­na de­cy­zja. Dzi­siaj pią­tek, więc wie­dzia­łem, że każ­dy na spo­koj­nie znaj­dzie na to czas i nad­ro­bi­my wa­ka­cyj­ną roz­łą­kę. Na­sza grup­ka za­wsze się spo­ty­ka u mnie na dział­ce, bo do do­mu bym na­wet ich nie wpu­ścił – gdy­by zro­bi­li baj­zel i coś znisz­czy­li, ro­dzi­ce za­wa­łu by do­sta­li, a na dział­ce w naj­gor­szym przy­pad­ku zo­sta­wał tyl­ko nie­po­rzą­dek, któ­ry służ­ba mu­sia­ła po nas ogar­nąć.

Na­mó­wię two­ją no­wą dziew­czy­nę, aby przy­szła, a wte­dy bę­dzie­my mo­gli roz­strzy­gnąć za­kład.

Ki­ra uprze­dzi­ła swo­je za­mia­ry, a ja w pierw­szej chwi­li nie wie­dzia­łem, o co jej cho­dzi, aż so­bie przy­po­mnia­łem sy­tu­ację z sa­li gim­na­stycz­nej. Chy­ba jej coś na gło­wę pa­dło, po­my­śla­łem zło­śli­wie.

Tak, bę­dzie cie­ka­wie! Za­ła­twię pro­cen­ty.

To Leo, a ja wes­tchną­łem i już ża­ło­wa­łem po­my­słu z ogni­skiem. Co oni tak się upar­li na tę dziew­czy­nę? Słoń­ce w wa­ka­cje ich za bar­dzo przy­grza­ło? Po­my­śla­łem i za­czą­łem pi­sać na te­le­fo­nie wia­do­mość:

Daj­cie mi i jej spo­kój! Za­cho­wu­je­cie się jak ostat­nie pa­lan­ty!

W od­po­wie­dzi oby­dwo­je wy­sła­li emot­ki pła­czą­ce ze śmie­chu. Wie­dzia­łem już, że i tak mnie nie po­słu­cha­ją. Cie­ka­wy by­łem, czy dziew­czy­na się zgo­dzi i ule­gnie na­mo­wie Ki­ry. Mia­łem na­dzie­ję, że nie.

Do zo­ba­cze­nia!

Na­pi­sał Leo, po­lu­bi­łem je­go wia­do­mość, po czym za­mkną­łem czat gru­po­wy. Zsze­dłem na dół i po­pro­si­łem Mar­ry, aby przy­go­to­wa­ła na ogni­sko ja­kieś prze­ką­ski i coś do pi­cia. Wie­dzia­łem, że przed siód­mą wszyst­ko znaj­dzie się w ba­gaż­ni­ku mo­je­go au­ta, więc po­sze­dłem na do­mo­wą si­łow­nię tro­chę przy­pa­ko­wać i po­my­śleć o pierw­szym dniu w szko­le.

Ali­se

Pią­tek wie­czór, każ­dy z mo­ich ró­wie­śni­ków im­pre­zu­je, idzie do ki­na czy na­wet spo­ty­ka się w więk­szym gro­nie, a ja? Tak wła­śnie, ja na­le­ża­łam do cał­kiem in­nych osób. Tych wy­ob­co­wa­nych i bez przy­ja­ciół. Sie­dzia­łam na le­ża­ku w ogród­ku, po­chło­nię­ta do­brą książ­ką. Mój ty­po­wy week­end. Ci­sza i sub­tel­ny śpiew pta­ków, któ­re jesz­cze nie po­szły spać. Pod­nio­słam gło­wę i spoj­rza­łam w nie­bo. Nad­cią­ga­ją­ce ciem­ne chmu­ry zwia­sto­wa­ły noc­ny deszcz. Przy­mknę­łam po­wie­ki i roz­ko­szo­wa­łam się bło­gą chwi­lą.

– Ali­se, ktoś do cie­bie… – Tuż za mną zja­wił się brat. Tak mnie prze­stra­szył, że pod­ska­ku­jąc, o ma­ło nie spa­dłam z le­ża­ka.

– Chy­ba so­bie żar­tu­jesz? Do­sko­na­le wiesz, że ni­ko­go się nie spo­dzie­wam. – Wy­wró­ci­łam ocza­mi, bo nie lu­bi­łam, jak stro­ił so­bie ze mnie żar­ty.

– A jed­nak. – Hen­ry wzru­szył ra­mio­na­mi, po czym od­da­lił się w dru­gą stro­nę ogro­du.

Pod­nio­słam się z le­ża­ka i po­dą­ży­łam do do­mu. Kto to mógł być? Ni­ko­go nie ocze­ki­wa­łam.

W sa­lo­nie uj­rza­łam pięk­ną blon­dyn­kę. Od ra­zu ją sko­ja­rzy­łam. Wi­dzia­łam ją na ape­lu wśród grup­ki osób, któ­re nie po­tra­fi­ły się za­cho­wać. Cze­go ode mnie chcia­ła?

– Cześć – za­czę­łam nie­pew­nie, przy­sta­jąc przy niej. – Co ty tu ro­bisz?

– Cześć. Je­stem Ki­ra. Cho­dzi­my ra­zem na za­ję­cia – od­par­ła, uśmie­cha­jąc się do mnie, a ja w dal­szym cią­gu nie wie­dzia­łam, o co jej cho­dzi.

– Ali­se. Tak, już cię ko­ja­rzę. Sie­dzisz w ostat­nim rzę­dzie na bio­lo­gii. Jed­nak po­wiedz mi, cze­go chcesz ode mnie? Bo na pew­no nie no­ta­tek, sko­ro jesz­cze na do­bre nie za­czął się rok szkol­ny… A je­śli za­mie­rzasz pro­sić o moż­li­wość ścią­ga­nia na spraw­dzia­nie z wia­do­mo­ści z tam­te­go ro­ku, to nie masz na co li­czyć. – Sta­ra­łam się być nie­ugię­ta, ale i tak wie­dzia­łam, że pew­nie bym jej po­mo­gła tyl­ko po to, aby nikt mi nie do­ku­czał.

– To nie o to cho­dzi. Tak so­bie po­my­śla­łam, bo Ma­son… – za­czę­ła, a ja przy­po­mnia­łam so­bie przy­stoj­ne­go blon­dy­na, pa­trzą­ce­go na mnie na ape­lu.

– Co z nim? – prze­rwa­łam jej szyb­ko.

– On or­ga­ni­zu­je dzi­siaj gril­la i po­sta­no­wi­li­śmy, że za­pro­si­my no­we oso­by, aby wiesz… – Zro­bi­ła wy­mu­szo­ną prze­rwę, po czym wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – By­ło we­se­lej. Jak to się mó­wi: im wię­cej, tym le­piej.

– I po­my­śla­łaś o mnie? Mam ci uwie­rzyć? To dość ko­micz­ne. – Mo­je brwi sa­me się unio­sły. Mu­sia­łam wy­glą­dać za­baw­nie, bo blon­dyn­ka wy­bu­chła śmie­chem.

– Nie daj się pro­sić. Za­wsze je­steś sa­ma, na ubo­czu. – Po­de­szła do mnie i po­ło­ży­ła na ra­mie­niu swo­ją dłoń.

– Mi to pa­su­je. – Spoj­rza­łam na nią uważ­nie, za­sta­na­wia­jąc się, czy stroi so­bie ze mnie żar­ty. – Zresz­tą ni­g­dy nie by­łam za­pra­sza­na, więc nikt na­wet nie za­uwa­ży mo­jej nie­obec­no­ści.

– Nie uwa­żasz, że je­że­li za­wsze bę­dziesz ta­kim sa­mot­ni­kiem, to nie wyj­dzie ci to na do­bre? Mo­żesz mi za­ufać i cho­ciaż raz spró­bo­wać. Jak ci się nie spodo­ba, mo­żesz wyjść i wró­cić do swo­jej sa­mot­ni. – Obe­szła mnie do­oko­ła, a ja na swo­im kar­ku czu­łam jej od­dech.

– Po­wiedz­my, że się za­sta­no­wię – rzu­ci­łam, nie czu­jąc się prze­ko­na­na do te­go po­my­słu.

– Od ra­zu lep­sza od­po­wiedź. – Sta­nę­ła na­prze­ciw­ko mnie i się uśmiech­nę­ła.

– Ale nie obie­cu­ję – po­wie­dzia­łam szyb­ko, aby dać ja­sno do zro­zu­mie­nia, że to nie ozna­cza zgo­dy.

– Wie­rzę, że nie od­pu­ścisz. Dzi­siaj dwu­dzie­sta. Do zo­ba­cze­nia. Wy­ślę ci ad­res na Mes­sen­ge­ra. Nie po­ża­łu­jesz, Ali­se – od­par­ła, ob­ra­ca­jąc się na pię­cie.

Pa­trzy­łam na od­cho­dzą­cą Ki­rę i za­sta­na­wia­łam się, co ona knu­je. Czyż­by na­praw­dę po­sta­no­wi­ła mnie po­lu­bić? A mo­że to wca­le nie by­ła jej spraw­ka, tyl­ko ko­le­gów szu­ka­ją­cych roz­ryw­ki? Uknu­li to wszyst­ko, a ją po­sła­li ja­ko przy­nę­tę? Mo­że by­łam ła­two­wier­na, ale mu­sia­łam przy­znać, że już do­skwie­ra­ła mi sa­mot­ność i ci­cho li­czy­łam, że po tej jed­nej im­pre­zie coś zmie­ni się w mo­im ży­ciu. Tyl­ko, czy te­go wła­śnie po­trze­bo­wa­łam?

Roz­dział 4

Ma­son

Do­tar­łem na dział­kę przed dwu­dzie­stą, aby wszyst­ko przy­go­to­wać, nim zja­wią się przy­ja­cie­le. Za­czą­łem od wzię­cia z szo­py drew­na na ogni­sko. Uło­ży­łem z nie­go sto­żek, a śro­dek wy­pcha­łem ga­ze­ta­mi, roz­pał­ką i sia­nem, aby szyb­ciej się roz­pa­li­ło. Wyj­mo­wa­łem z ba­gaż­ni­ka wszyst­ko, co przy­go­to­wa­ła nam go­spo­sia, gdy ja­ko pierw­szy zja­wił się Leo.

– Do­brze, że je­steś wcze­śniej, po­mo­żesz mi z ław­ka­mi – oświad­czy­łem, po czym wska­za­łem na sta­rą szo­pę, w któ­rej znaj­do­wa­ło się do­słow­nie wszyst­ko. – Trze­ba je wy­cią­gnąć stam­tąd i usta­wić wo­kół pa­le­ni­ska, że­by­śmy mie­li na czym sie­dzieć.

– No to da­waj – po­wie­dział ko­le­ga i ru­szył we wska­za­nym prze­ze mnie kie­run­ku, klasz­cząc w dło­nie.

– Resz­ta pew­nie i tak się spóź­ni, że­by przyjść na go­to­we – za­ga­da­łem, jak otwie­ra­łem skrzy­pią­ce drzwi. Cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach do­tarł do mo­ich noz­drzy i lek­ko się skrzy­wi­łem, gdy kurz wzbił się ku gó­rze.

– Ki­ra na­mó­wi­ła tę ku­jon­kę i z nią przyj­dzie pew­nie punk­tu­al­nie – od­rzekł Leo, a mi z wra­że­nia aż kłód­ka spa­dła na sto­pę i za­klą­łem. Nie, no kuź­wa, nie. Czy choć raz mo­gą usza­no­wać mój sprze­ciw. Mó­wi­łem im, że­by się od­cze­pi­li od niej i ode mnie.

– Wy je­ste­ście nie­nor­mal­ni, już rok te­mu usta­li­li­śmy, że ni­ko­go nie bie­rze­my do na­szej eki­py – syk­ną­łem ze zło­ścią, ko­piąc wście­kle kłód­kę. Nie wie­dzia­łem, czy je­stem zły bar­dziej na to, że mi to cho­ler­stwo spa­dło na no­gę, czy na to, że się uwzię­li na Bo­gu du­cha win­ną dziew­czy­nę. Z te­go nie wyj­dzie nic do­bre­go, a sko­ro to pry­mu­ska to za­pew­ne jest nud­na jak fla­ki z ole­jem i jej to­wa­rzy­stwo oka­że się ist­ną ka­tor­gą dla nas wszyst­kich.

Za­czę­li­śmy no­sić ław­ki, a ja za­to­pi­łem się we wła­snych my­ślach. Gdy po­sta­wi­li­śmy ostat­nie sie­dze­nie na swo­im miej­scu, zo­ba­czy­łem, jak przez furt­kę wcho­dzi Ki­ra z dziew­czy­ną z sa­li gim­na­stycz­nej. Po­de­szły bli­żej, a ja wy­cią­gną­łem do no­wej to­wa­rzysz­ki dłoń i się przed­sta­wi­łem, bo w koń­cu by­łem nie tyl­ko fa­ce­tem, ale i go­spo­da­rzem tej dział­ki.

– Cześć, je­stem Ma­son. Cie­szę się, że przy­szłaś – pró­bo­wa­łem prze­ła­mać pierw­sze lo­dy. Nie po­do­bał mi się plan przy­ja­ciół, ale nie chcia­łem też wyjść na ostat­nie­go pa­lan­ta. To nie jej wi­na, że mam ko­le­gów z głu­pi­mi po­my­sła­mi.

– Ali­se, mi­ło mi po­znać. Ży­wię na­dzie­ję, że nie masz pre­ten­sji do Ki­ry, że mnie tu przy­cią­gnę­ła. – Wi­dać by­ło, że się de­ner­wu­je, bo w dło­niach mię­to­li­ła ka­wa­łek swe­tra. Te­go się nie spo­dzie­wa­łem. My­śla­łem, że mo­że być lek­ko wy­co­fa­na, ale że­by aż tak się stre­so­wa­ła na­szą obec­no­ścią? To dla mnie nie­co­dzien­ne zja­wi­sko. Każ­dy pró­bu­je wręcz zwró­cić na sie­bie uwa­gę, aby­śmy go za­pro­si­li do na­szej gru­py czy na im­pre­zę. To chy­ba pierw­szy raz, kie­dy ktoś się stre­su­je, że przy­szedł, bo cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła. Al­bo in­ni le­piej niż pan­na Gre­enis ukry­wa­li zde­ner­wo­wa­nie.

– Nie, no co ty. Sia­daj i czuj się jak u sie­bie – po­wie­dzia­łem, uśmie­cha­jąc się do pry­mu­ski i wska­zu­jąc jej je­dy­ną wol­ną ław­kę, bo resz­ta eki­py spe­cjal­nie za­ję­ła po­zo­sta­łe. Nie da­li nam wy­bo­ru, mu­sie­li­śmy za­jąć jed­ną wspól­nie.

– Dzię­ku­ję. – Za­cho­wy­wa­ła się tak sztyw­no, że już na sa­mą myśl, że mia­łem ko­ło niej usiąść, za­czy­na­ło mnie ści­skać w żo­łąd­ku. – Ja tyl­ko na chwi­lę. Za­raz bę­dę mu­sia­ła wra­cać do do­mu – za­jąk­nę­ła się de­li­kat­nie.

– Na chwi­lę? Week­end jest – po­wie­dzia­łem lek­ko zszo­ko­wa­ny. Każ­dy w week­end chciał się ro­ze­rwać, ale wi­dać nie na­sza ku­jon­ka. Ona nie wy­cho­dzi­ła ze sche­ma­tu dnia co­dzien­ne­go i wi­dać nie czu­ła się do­brze, gdy od­bie­gła od swo­jej ru­ty­ny.

– W po­nie­dzia­łek jest spraw­dzian wie­dzy z tam­te­go ro­ku. Chy­ba nie za­po­mnia­łeś? – Po­pa­trzy­ła na mnie wiel­ki­mi oczy­ma. Se­rio? Ona ma mnie za go­ścia, któ­ry pa­mię­ta o ta­kich rze­czach?

– Oczy­wi­ście, że za­po­mnia­łem. – Po­dra­pa­łem się po gło­wie, bo co mia­łem po­wie­dzieć? Że nie przy­wią­zu­ję wa­gi do pa­mię­ta­nia ta­kich rze­czy? – W każ­dym ra­zie, jak bę­dziesz chcia­ła iść, to cię od­wio­zę, ale mam na­dzie­ję, że jed­nak zo­sta­niesz na dłu­żej niż na chwil­kę. – Za­uwa­ży­łem, że to Ki­ra ją przy­wio­zła, a ona ra­czej nie bę­dzie skłon­na wyjść w trak­cie ogni­ska, aby od­wieźć ku­jon­kę. Nie wiem cze­mu, ale po­czu­łem się od­po­wie­dzial­ny za nią i za to, aby bez­piecz­nie wró­ci­ła do do­mu.

– Chy­ba nie są­dzisz, że ja wsią­dę na tę nie­bez­piecz­ną be­stię? – De­spe­rac­ko za­czę­ła się roz­glą­dać. Za­pew­ne szu­ka­ła mo­je­go Ka­wa­sa­ki.

– Wy­lu­zuj, przy­je­cha­łem au­tem. – Uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko, po czym splo­tłem z nią pal­ce i po­cią­gną­łem ją lek­ko w stro­nę ła­wek, bo da­lej sta­ła w miej­scu. Pró­bo­wa­łem zi­gno­ro­wać mi­łe uczu­cie, któ­re się po­ja­wi­ło, gdy na­sza skó­ra się ze­tknę­ła.

– Mo­żesz mnie już pu­ścić – wy­szep­ta­ła, gdy po­de­szli­śmy bli­żej to­wa­rzy­stwa. Nie­spo­dzie­wa­nie za­pra­gną­łem jej nie pusz­czać, jak­bym chciał przez do­tyk do­dać jej od­wa­gi i za­brać zde­ner­wo­wa­nie. I mu­sia­łem też przy­znać, że po­do­ba­ło mi się cie­pło od niej bi­ją­ce i to jak jej dłoń pa­so­wa­ła do mo­jej.

– Spo­koj­nie, Ali­se, oni są so­bą tak za­ję­ci, że na­wet nie wie­dzą, że tu­taj je­ste­śmy – za­żar­to­wa­łem, lecz dziew­czy­na i tak wy­su­nę­ła swo­ją dłoń z mo­je­go uści­sku. Po­do­ba­ło mi się na­to­miast to, jak na­tu­ral­nie wy­pły­nę­ło z mo­ich ust jej imię. Spoj­rza­łem na nią dys­kret­nie i za­uwa­ży­łem de­li­kat­ny ru­mie­niec na jej po­licz­kach. Tyl­ko nie wie­dzia­łem, czy to ja tak na nią dzia­łam czy pło­mień ogni­ska roz­ta­cza­ją­cy cie­pło wo­kół sie­bie.

Dziew­czy­ny za­czę­ły się li­cy­to­wać z chło­pa­ka­mi o to, co jest lep­sze z ogni­ska: kieł­ba­sa czy ziem­nia­ki. Na­wet nie za­uwa­ży­li, gdy usie­dli­śmy. Ca­li oni, wiecz­nie za­ję­ci ry­wa­li­za­cją i przy­ja­ciel­ski­mi sprzecz­ka­mi. Zer­k­ną­łem na Ali­se, któ­ra naj­wy­raź­niej nie czu­ła się tu­taj do­brze. Mia­łem ocho­tę kop­nąć w kost­kę Ki­rę za to, że pew­nie nie da­ła jej żyć, aż dziew­czy­na się w koń­cu ugię­ła i zgo­dzi­ła na przyj­ście tu­taj. Chcia­łem za­ga­dać, ale mia­łem pust­kę w gło­wie, szcze­gól­nie że ani ra­zu nie zer­k­nę­ła na mnie i tyl­ko pa­trzy­ła tę­po w ogień. Przy­go­to­wa­łem dla sie­bie i dla niej kieł­ba­skę na ki­ju. W koń­cu nie­śmia­ło się uśmiech­nę­ła i po­dzię­ko­wa­ła. Ali­se sta­no­wi­ła dla mnie enig­mę i za­sta­na­wia­łem się, jak to się sta­ło, że wo­la­ła sie­dze­nie w do­mu nad książ­ka­mi od spę­dza­nia cza­su z przy­ja­ciół­mi.

Ali­se

Sa­ma nie wie­dzia­łam, jak da­łam się na­mó­wić na to, że­by wy­brać się na to ogni­sko. A te­raz? Sie­dzia­łam na ław­ce obok naj­przy­stoj­niej­sze­go chło­pa­ka ze szko­ły i nie po­tra­fi­łam wy­du­sić nic z sie­bie. Co ja­kiś czas rzu­ca­łam w je­go stro­nę ukrad­ko­we spoj­rze­nia, gdy mia­łam pew­ność, że jest za­afe­ro­wa­ny roz­mo­wą ze zna­jo­my­mi.

Wpa­try­wa­łam się w ogień. Iskry tań­czy­ły na wie­trze, a ja czu­łam się tu nie­po­trzeb­na. To nie by­ło to­wa­rzy­stwo, w któ­rym chcia­łam prze­by­wać. Bo­ga­te dzie­cia­ki uwa­ża­ją­ce się za naj­waż­niej­sze na świe­cie. Dziew­czy­ny, wy­stro­jo­ne, a ich ma­ki­ja­że nie­ska­zi­tel­ne – mi­mo że by­ły na ogni­sku. Spoj­rza­łam w dół i po­pra­wi­łam rą­bek swo­jej sta­rej i dość spra­nej spód­ni­cy się­ga­ją­cej za ko­la­no. Na gó­rę za­rzu­ci­łam sta­ry, roz­cią­gnię­ty swe­ter. Ni­g­dy nie uży­wa­łam ko­sme­ty­ków, chy­ba że moż­na do nich za­li­czyć zwy­kły an­ty­per­spi­rant. To wszyst­ko spra­wia­ło, że czu­łam się te­raz jesz­cze go­rzej niż pod­czas mi­ja­nia ich na szkol­nych ko­ry­ta­rzach.

Po­tar­łam dłoń, któ­rą jesz­cze nie­daw­no Ma­son trzy­mał w szczel­nym uści­sku. Ten nie­win­ny gest za­owo­co­wał dziw­nym, do­tąd nie­zna­nym mi uczu­ciem.

Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co pod­ku­si­ło tę ca­łą Ki­rę, aby mnie za­pro­sić. Prze­cież jej nie zna­łam, a ona bez pro­ble­mów i naj­mniej­szych ogró­dek wy­cią­gnę­ła mnie z do­mu, od­cią­ga­jąc od naj­now­szej książ­ki. Chy­ba chcie­li mieć po­wód do plot­ko­wa­nia i na­śmie­wa­nia się ze mnie. Mi­mo że nie chcia­łam tu być i na­pi­sa­łam jej to w wia­do­mo­ści, nie da­ła mi wy­bo­ru i sa­ma po mnie przy­je­cha­ła.

– Ma­son? – Ob­ró­cił gło­wę w mo­ją stro­nę, kie­dy mo­ja dłoń mu­snę­ła je­go ra­mię. Ko­lej­ny raz przez mo­je cia­ło prze­szedł dreszcz. – Mógł­byś mnie jed­nak od­wieźć do do­mu? I tak już tro­chę się za­sie­dzia­łam, a nie chcę, aby brat się o mnie mar­twił.

– Nie zo­sta­niesz cho­ciaż go­dzin­kę? – za­py­tał ci­cho, aby nikt nie usły­szał na­szej wy­mia­ny zdań. – Za­dzwoń, że bę­dziesz póź­niej – po­pro­sił bła­gal­nym gło­sem, jak­by na­praw­dę bar­dzo mu za­le­ża­ło na mo­jej obec­no­ści.

– Nie chcę wam prze­szka­dzać i tak już przez mo­je to­wa­rzy­stwo nie mo­gli­ście spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, od­su­wa­jąc się ka­wa­łek od nie­go.

– Nie przej­muj się ni­mi. Mnie nie prze­szka­dzasz, a jak oni ci prze­szka­dza­ją, to ich mo­że­my wy­go­nić – po­wie­dział, po czym wska­zał na do­mek. – Al­bo tam po­sie­dzieć sa­mi – za­pro­po­no­wał, a ja po­czu­łam się lek­ko spe­szo­na.

– Po­wiedz mi, dla­cze­go tak bar­dzo za­le­ży ci na mo­im to­wa­rzy­stwie? Przez ostat­nie dwa la­ta nie za­mie­ni­łeś ze mną na­wet jed­ne­go sło­wa. – Pa­trzy­łam na nie­go i za­sta­na­wia­łam się, cze­go ta­ki przy­stoj­ny chło­pak mógł­by ode mnie ocze­ki­wać. Ale czy na pew­no chcia­łam znać od­po­wiedź?

– Sta­ram się po pro­stu być mi­ły. – Wzru­szył ra­mio­na­mi de­li­kat­nie. – Wiem, co o mnie my­ślisz i za­pew­niam cię, że jest ina­czej, niż praw­do­po­dob­nie sły­sza­łaś.

– Te­go nie wiesz. Ale przy­szła po­ra, bym je­cha­ła do do­mu. – Sta­ra­łam się, aby mój głos nie za­drżał na­wet na chwi­lę, mi­mo że przez mo­je cia­ło prze­cho­dzi­ły dresz­cze.

– To chodź. We­zmę tyl­ko klu­cze – po­wie­dział, po czym wstał z ław­ki i spoj­rzał w mo­ją stro­nę. – Za­cho­wuj­cie się grzecz­nie. Za­raz wra­cam – rzu­cił do swo­ich przy­ja­ciół, nim się od­wró­cił od ogni­ska.

Gdy chło­pak le­d­wo znik­nął za drzwia­mi ma­łe­go dom­ku, zna­la­zła się przy mnie Ki­ra, któ­ra cza­iła się tak, jak­by li­czy­ła na naj­now­sze plo­tecz­ki. Tyl­ko że nie by­ło o czym mó­wić.

– Po­do­ba ci się? – za­py­ta­ła bez ogró­dek, jak­by­śmy przy­jaź­ni­ły się od dłuż­sze­go cza­su.

– Nie wiem, o czym mó­wisz. – Za­wa­ha­łam się. – Przy­szłam, bo na­le­ga­łaś.

– Oj, nie bądź ta­ka skrom­na. Ma­son to nie­złe cia­cho. Wpa­dłaś chy­ba na­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi w oko… – Li­sa wy­po­wie­dzia­ła zda­nie, któ­re wy­da­wa­ło się jesz­cze bar­dziej nie­roz­sąd­ne niż to, że w ogó­le się tu zna­la­złam.

– Dzię­ku­ję za mi­łe to­wa­rzy­stwo, ale ja bę­dę już się zmy­wać – po­wie­dzia­łam po­śpiesz­nie, a po­tem ru­szy­łam w stro­nę dom­ku, aby zna­leźć się jak naj­da­lej od nie­wy­god­nych py­tań. Nie wie­dzia­łam, do cze­go pro­wa­dzi ta roz­mo­wa, ale do­sko­na­le zda­wa­łam so­bie spra­wę, że mu­sia­łam uwa­żać, co mó­wię, aby nie ob­ró­ci­ło się to prze­ciw­ko mnie.

– Zo­stań jesz­cze tro­chę, do­pie­ro za­czy­na się im­pre­za – krzyk­nął Leo, kie­dy się od­da­la­łam.

– Na­stęp­nym ra­zem – zby­łam go szyb­ką od­po­wie­dzią, tym sa­mym przy­spie­sza­jąc kro­ku.

Na szczę­ście Ma­son szyb­ko wy­szedł z dom­ku z klu­czy­ka­mi i nie mu­sia­łam wcho­dzić do środ­ka, aby dać je­go przy­ja­cio­łom ko­lej­ny te­mat do plo­te­czek. Przez ca­łą po­dróż mil­cza­łam, sta­ra­jąc się nie spo­glą­dać na chło­pa­ka. Nie wie­dzia­łam na­wet, o czym mo­gła­bym z nim roz­ma­wiać. Był mi­ły i ty­le mi star­czy­ło. Do­pie­ro kie­dy prze­jeż­dża­li­śmy przez wą­ską ulicz­kę, ciem­ną i spo­koj­ną, po­czu­łam nie­po­kój. Znaj­do­wa­łam się sa­ma w sa­mo­cho­dzie z le­d­wo po­zna­nym chło­pa­kiem. Nie wie­dzia­łam, co mo­gło­by się wy­da­rzyć.

Przy­mknę­łam po­wie­ki, a kie­dy po pa­ru mi­nu­tach je otwo­rzy­łam, oka­za­ło się, że znaj­do­wa­łam się już pod swo­im do­mem.

– Dzię­ku­ję, że mnie pod­rzu­ci­łeś. – Sta­ra­łam się brzmieć spo­koj­nie, ale w tym mo­men­cie za­blo­ko­wał się pas bez­pie­czeń­stwa, któ­ry za wszel­ką ce­nę sta­ra­łam się od­blo­ko­wać tak, aby on nie te­go za­uwa­żył.

– Nie cią­gnij tak, bo ni­g­dy go nie ode­pniesz – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się lek­ko, po czym na­chy­la­jąc się bli­sko mnie, po­mógł mi z pa­sem. Do mo­ich noz­drzy wpadł przy­jem­ny za­pach per­fum po­mie­sza­ny z wo­nią ogni­ska. – I nie ma za co. Po­le­cam się na przy­szłość.

– Dzię­ku­ję jesz­cze raz – wy­szep­ta­łam, a je­go cie­pły od­dech tuż przy mo­jej szyi do­pro­wa­dził mo­je cia­ło do dziw­ne­go dresz­czu.

– Ali­se? – mruk­nął ci­cho, ła­piąc mnie za dłoń. Spoj­rzał mi w oczy, cze­ka­jąc, aż się ode­zwę.

– Prze­pra­szam. Le­piej bę­dzie, jak już so­bie pój­dę. – W po­śpie­chu otwo­rzy­łam drzwi i wy­sko­czy­łam z sa­mo­cho­du, za­nim spra­wy po­to­czy­ły­by się ina­czej.

Pra­wie bie­giem do­tar­łam do drzwi. On chciał mnie po­ca­ło­wać? Bo­że, dziew­czy­no, o czym ty w ogó­le my­śla­łaś? On tyl­ko kul­tu­ral­nie się za­cho­wy­wał. Ta­ki chło­pak nie rzu­cił­by się na cie­bie z na­mięt­ny­mi po­ca­łun­ka­mi. To się zda­rza­ło tyl­ko w wy­my­ślo­nych hi­sto­riach, a nie w praw­dzi­wym ży­ciu.

Kie­dy zna­la­złam się w do­mu, po­czu­łam ulgę. Ucie­kłam z sa­mo­cho­du, tak jak­by się pa­li­ło. Nie wie­dzia­łam, co to mia­ło zna­czyć. Co chciał w tam­tej chwi­li zro­bić? Bu­dził we mnie dziw­ne uczu­cia. Opar­łam się o zim­ne drew­no i sta­ra­łam się zła­pać od­dech. To mnie za­sko­czy­ło, prze­ra­zi­ło, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo mi się po­do­ba­ło.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Spis tre­ści

CO­VER

Ty­tu­ło­wa

Re­dak­cyj­na

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Punk­ty orien­ta­cyj­ne

Co­ver

Ta­ble of Con­tents