In vitro. Rozmowy intymne - Małgorzata Rozenek-Majdan - ebook

23 osoby właśnie czytają

Opis

Czym dokładnie jest in vitro? Jak wygląda procedura? Co się dzieje z mrożonymi zarodkami? Co przeżywają pary, które przez lata nieskutecznie starają się o dziecko? A co rodzice, którzy skorzystali z tej metody leczenia niepłodności?

Trzynaście rozmów i jeden temat – in vitro. Małgorzata Rozenek-Majdan inicjuje dyskusje i stawia trudne pytania lekarzom, embriologom, seksuologom. O swoich przeżyciach otwarcie opowiedzą pary, które przeszły trudną drogę do szczęśliwego macierzyństwa. W książce znajdą też państwo wywiad z pierwszą Polką, która urodziła dzięki tej metodzie, a także z kobietą, która, korzystając z procedury in vitro, padła ofiarą pomyłki. Nie zabraknie głosu duchownego, tak ważnego w dyskusji o in vitro.

Nawet 1,5 miliona par w Polsce walczy z niepłodnością. Szacuje się, że na świecie urodziło się ponad 8 milionów dzieci z in vitro. Mimo, że in vitro jest jedyną skuteczną metodą leczenia niepłodności, stosowaną i przebadaną na całym świecie, w Polsce ten temat wciąż budzi niezdrowe emocje, radykalnie dzieląc Polaków. Kościół i politycy wykorzystują in vitro jako temat zastępczy. A przecież in vitro to nie procedury, ale ludzie, którzy mają twarz, serce i marzenia. To tysiące dzieci, których nigdy by nie było na świecie, gdyby nie pomoc lekarzy.

Małgorzata Rozenek-Majdan pisze w książce: „Jestem szczęśliwą mamą dwóch wspaniałych synów Nie byłoby ich ze mną, gdyby nie pomoc lekarzy. Gdyby nie in vitro. Dyskusja wokół tego tematu wciąż rodzi niezdrowe emocje, powielane są krzywdzące stereotypy. Kilkakrotnie przeszłam procedury in vitro i tak jak tysiące kobiet mających problem z zajściem w ciążę, znam radość sukcesu i smutek porażki. Nie mogę dłużej milczeć. Czuję, że mam obowiązek zabrać głos. Pragnę, by atmosfera wokół in vitro się zmieniła, aby moje dzieci – wszystkie dzieci – mogły dorastać w atmosferze tolerancji i szacunku. Za drzwiami laboratorium kliniki leczenia niepłodności kryje się magia. Magia rodzicielstwa.”

Małgorzata Rozenek-Majdan - absolwentka Wydziału Prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2012 roku na stałe związana w telewizją TVN. Autorka kilku bestsellerowych poradników. Od lat współpracuje z Centrum Zdrowia Dziecka i Szlachetną Paczką. W 2019 roku nagrodzona statuetką Gwiazda Dobroczynności. Od wielu lat zabiera głos w społecznej debacie o in vitro.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Małgorzata Rozenek-Majdan, 2019

Projekt okładki

Michał Poniedzielski

Redaktor wydania

Michał Nalewski

Koordynatorka projektu

Agata Jankowska

Zdjęcia na wkładce

Elżbieta Moore

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-655-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

MAM OBOWIĄZEK MÓWIĆ

Doskonale pamiętam dzień, kiedy dowiedziałam się, że będę mamą. To był najszczęśliwszy moment w moim życiu. Zrozumiałam wtedy, że zyska ono głęboki sens. Dotychczas mogłam wszystko zmienić – kolor włosów, miejsce zamieszkania, poglądy, a nawet wyznanie – ale tego, że będę mamą, nie zmienię już nigdy. Mam dwóch wspaniałych synów, a przecież nie byłoby moich dzieci, nie byłoby naszej rodziny, gdyby nie metoda leczenia niepłodności in vitro.

***

Pochodzę z domu, w którym relacje rodzinne były bardzo bliskie. Mam starszego brata, mieliśmy wspaniałe dzieciństwo. Zawsze pragnęłam mieć dzieci. Chciałam im stworzyć taki dom, jaki mi stworzyli rodzice – otwarty, pełen miłości, tolerancji i zrozumienia.

Nie zaczęłam od robienia kariery. Najpierw założyłam rodzinę. Po maturze w szkole baletowej wyjechałam z kraju. Gdy wróciłam, skończyłam studia prawnicze, potem otworzyłam przewód doktorski. Pierwszego syna urodziłam w wieku dwudziestu ośmiu lat. Gdy miałam poczucie, że spełniłam się jako matka i żona, gdy dzieci nie potrzebowały już mojej całkowitej uwagi, zajęłam się sobą i budowaniem życia zawodowego.

To brzmi jak historia sielankowego życia, prawda?

Niestety nie zawsze było kolorowo. Założenie rodziny wiele nas kosztowało – dosłownie i w przenośni. Gdy lekarz pozbawił mnie złudzeń i wydał wyrok: albo in vitro, albo nici z macierzyństwa, przeżyłam szok. To dziwne uczucie, gdy stajesz pod ścianą. Zaczęłam rozpamiętywać: przecież miało być romantycznie, jak w reklamie – zachód słońca, wakacje, chwila zapomnienia, a potem dajesz mężowi w pudełeczku buciki z kokardką i razem płaczecie ze wzruszenia. Kurtyna marzeń opadła. Szybko się okazało, że wcale nie będzie romantycznie; czekały nas dziesiątki wizyt w klinice, leki hormonalne, czyli bolesne zastrzyki w brzuch, i zapłodnienie w laboratorium.

Od początku miałam dziwne przeczucie. Niektórzy lekarze uważają, że kobiety po szkole baletowej i te, które w młodości wyczynowo uprawiały sport, są bardziej predestynowane do problemów z płodnością. Podejrzewa się, że nadmierny wysiłek powoduje urazy mechaniczne. Wśród moich koleżanek wiele mierzyło się z kłopotami z zajściem w ciążę. Ja miałam to szczęście, że byłam młoda, gdy tuż po ślubie zaczęliśmy się starać o potomka. Kiedy przez kilka miesięcy nie było efektu, zaświeciła mi się czerwona lampka.

Najpierw poszłam do państwowej kliniki rozrodu, gdzie spotkałam się ze skostniałym i zacofanym systemem. „Jeszcze przyjdzie czas, aby się martwić. Proszę poczekać” – lekarze ignorowali nasze obawy, ale my nie chcieliśmy czekać. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że przed nami długotrwałe i wyczerpujące leczenie, chciałam tylko wiedzieć, na czym stoję. Nie lubię tkwić w zawieszeniu, w sytuacji, na którą nie mam wpływu. Do życia podchodzę zadaniowo.

Trafiłam do warszawskiej kliniki nOvum, oddałam się w ręce specjalistów od leczenia niepłodności. Po roku prób i dokładnych badań okazało się, że nie mamy z mężem żadnej możliwości naturalnego zajścia w ciążę. Pozostało nam jedynie in vitro. Nad procedurą nie zastanawiałam się zbyt długo. Nie bałam się ryzyka, bo nie jestem osobą, która wychodzi na ulicę i boi się, że ją potrąci samochód. Ze światowych badań psychologicznych wynika, że tylko cztery procent obaw ma potwierdzenie w rzeczywistości, więc po co się martwić na zapas? Lepiej pomyśleć, że dzięki in vitro szanse na ciążę w młodym wieku sięgają aż pięćdziesięciu procent. Jak człowiek skupi się na pozytywnych statystykach, wtedy mu łatwiej.

Mimo optymistycznego nastawienia leczenie okazało się wyczerpujące i długotrwałe. Pożerało czas, energię i pieniądze. Z perspektywy czasu mogę sobie pozwolić na żart; śmieję się, że z in vitro jest trochę tak jak z przygotowaniem sportowców do mistrzostw świata w piłce nożnej: żeby oddać jeden celny strzał na bramkę, trzeba trenować przez cały rok. Do in vitro także przygotowujesz się każdego dnia, musisz być w najlepszej, życiowej formie. Należy zrobić wszystkie szczegółowe i kosztowne badania, wyleczyć infekcje, o których na ogół nie ma się pojęcia, warto też przeprowadzić badanie stomatologiczne. Do tego wypros­tować gospodarkę hormonalną – ustawienie właściwego poziomu prolaktyny zajmuje nawet pół roku. Każdą próbę zapłodnienia pozaustrojowego przypłaciłam dodatkowymi kilogramami, a to przecież nie poprawia humoru.

W końcu się udało. Mam dwóch wspaniałych synów.

Wiele kobiet zadaje mi pytanie: czy nie czułam się winna, mniej kobieca, mniej wartościowa? Nie, nie miałam poczucia winy, moje poczucie kobiecości szczęśliwie nie ucierpiało, przecież nie miałam wpływu na problemy ze zdrowiem, tak jak nikt nie ma wpływu na to, że zachorował na grypę. Zawsze żyłam higienicznie, zdrowo, uprawiałam sport, dbałam o właściwe żywienie, nie miałam nałogów. Szkoła baletowa kształtuje charakter, ale też wymaga wyrzeczeń – pokusy młodego życia mnie ominęły, nie miałam sobie nic do zarzucenia. Niestety wiem, że wiele kobiet obarcza się winą. Niesłusznie.

Miałam wielkie szczęście, ponieważ mój były mąż, z którym mam synów, i obecny, z którym staramy się o dziecko, zawsze mnie wspierali i stali za mną murem. Nigdy nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją z ich strony, a przecież problem leży we mnie, nie w nich. Nigdy nie usłyszałam nic, co mogłoby mnie zranić. Byliśmy i jesteśmy w tym razem. Wiem jednak, że nie wszystkie kobiety mają to szczęście, że żyją w związku z partnerem, który je wspiera i ich nie ocenia. Nie zawsze osoby sobie najbliższe wytrzymują presję i nerwy. Dziwiłam się, siedząc całymi godzinami na korytarzu kliniki, że partnerzy nierzadko częstują się złośliwościami i przytykami. Potrafię to zrozumieć, bo w trudnym czasie momentami emocje biorą górę, ale przecież to takie przykre, gdy nie ma się wsparcia w drugiej połówce.

Nie do końca prawdziwy jest mit, że to mężczyźni za bezpłodność winią kobiety; że odrzucają partnerki, nie mają cierpliwości. Gdy siedziałam pod pokojem zabiegowym, nigdy nie usłyszałam od żadnego mężczyzny, że jego żona ma problem, za to już w pierwszych zdaniach rozmowy z przypadkowo spotkanymi kobietami dowiadywałam się, że „Mietek nie domaga” albo „Mój to miał takie marne plemniki…”. Nie wiem, dlaczego jesteśmy – albo bywamy – nielojalne. Może tak bardzo nam zależy, by zrzucić z siebie wewnętrzne poczucie winy? Albo zbyt długo bezpłodność była uznawana za żeński problem i teraz kobiety mają potrzebę, by odczarować ten mit? Rozumiem, że bywają rozżalone, bo hormony szaleją i dosłownie doprowadzają do łez – sama nieraz płakałam z niemocy – ale moim zdaniem nie jest sprawiedliwe, że w procedurze leczenia niepłodności wszyscy skupiają się na kobiecie, za to często zapomina się o mężczyźnie, który ma przecież prawo do własnych uczuć i słabości. Ta sytuacja przypomina przygotowania do ślubu: panna młoda jest wtedy najważniejsza, nad facetem nikt się nie rozczula; ważne, żeby był punktualny i miał czysty garnitur. Tymczasem mężczyźni też mierzą się z problemem, mają prawo do lęków, a nawet do buntu. Jeśli facet nie czuje wsparcia, to jak ma się cieszyć na myśl o tym, że z tego chaosu zrodzi się jego dziecko?

Nie chcę być niesprawiedliwa, poznałam wiele wspaniałych, wspierających kobiet, wiele dzielnych par, które służyły mi za wzór i dodawały otuchy. Z koleżankami zapoznanymi przy okazji leczenia niepłodności jest tak samo jak z kump­lami z wojska – zostają na całe życie. Z nikim innym przy kawie nie porozmawiasz o drożności jajowodów, rezerwie jajnikowej ani transferach zarodków. Wsparcie kobiet dodaje sił, wspólne przeżycie spaja na lata, z dziewczynami rozumiemy się bez słów.

W trudnych chwilach mogłam także liczyć na wsparcie rodziny. Z mamą zawsze byłam blisko, dlatego w naturalny sposób przechodziła i przechodzi z nami przez życiowe perypetie. W moim domu był czas na szczere i intymne rozmowy. Tata zawodowo ocierał się o polityczne środowisko prawicowo-konserwatywne, a mimo to głośno i otwarcie mówił, że jest zwolennikiem in vitro, bo dzięki tej metodzie ma dwóch wnuków, których bardzo kocha. Jest dla nich cudownym dziadkiem, a ja mogę liczyć na jego wsparcie.

Moi synowie nigdy nie spotkali się z ostracyzmem, nie byli obiektem kpin ani wykluczenia. Doskonale wiedzą o tym, że zostali poczęci dzięki metodzie in vitro, i dziś traktują to jako swego rodzaju ciekawostkę. To nigdy nie był temat tabu. Pewnego dnia, gdy chłopcy mieli zaledwie po kilka lat, przejeżdżaliśmy obok kliniki i bez zastanowienia pokazałam palcem przez okno: „Zobaczcie, to jest miejsce, gdzie lekarze pomogli mi, byście byli na świecie”. Oczywiście padły pytania: „Ale o co chodzi?”. W kolejnych latach tłumaczyłam im to coraz bardziej szczegółowo. Bardzo bym chciała, aby w szkołach, zwłaszcza państwowych, nikt nie zamiatał takich tematów pod dywan. Marzy mi się, aby system większą wagę przykładał do uczenia tolerancji i szacunku dla wszelkich inności. Przecież dzieci same nie oceniają, akceptują świat, jakim jest. To my, dorośli, zarażamy je lękiem i odrzuceniem tego, co nieznane.

Mimo że żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, pośrodku Europy, in vitro wciąż wzbudza niezdrowe emocje. Jako matce dzieci poczętych tą metodą jest mi po prostu przykro, gdy muszę słuchać głosów pozbawionych argumentów merytorycznych, za to nasyconych złymi emocjami. Przykro mi, że moje próby zajścia w ciążę i problemy ze zdrowiem wciąż są pożywką dla nienawistnych komentarzy internetowych hejterów. Zawsze głośno i otwarcie mówiłam, że w zajściu w ciążę pomogli nam lekarze i jestem im za to bardzo wdzięczna. Nigdy nie czułam wstydu z powodu swojej choroby, dlatego ten hejt mnie nie dotyka, nie rani. Nikt mi nie zrobi przykrości, gdy napisze anonimowo: „Twoje dzieci są z probówki”. Zostanie tylko niesmak.

Bywam za to naprawdę wściekła, kiedy osoby publiczne, tytułowane, elokwentne, uznawane za autorytety bezkarnie powtarzają bzdury o in vitro, raniąc ludzi, choć o ich problemach nie mają pojęcia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że duchowni czy politycy wywołują sztuczne zamieszanie i kreują konflikt wokół in vitro, aby ugrać coś w rozgrywce politycznej albo tematem zastępczym przykryć własne przewinienia.

Z drugiej strony im częściej słyszę niesprawiedliwe i krzywdzące słowa wycelowane w niepłodne pary, tym większa rodzi się we mnie odwaga, aby przeciwstawić się okrutnym pomówieniom, wystąpić w obronie własnej godności i dobrego imienia moich dzieci. Nigdy nie ukrywałam prawdy o swoim życiu i zachęcam wszystkich, którzy mają podobne doświadczenia, aby głośno mówili o tym, co nas spotkało, a jak trzeba, wręcz krzyczeli! Pora w końcu zdjąć z in vitro ciążące na nim odium. Nasze dzieciaki niczym się nie różnią od innych. O co tyle hałasu? Przecież w europejskich krajach już od dawna ta metoda nie wzbudza sensacji, przeciwnie, rządy kibicują rodzicom i pomagają im finansowo, aby zyskać nowych obywateli, tymczasem w naszej ojczyźnie ustawa o in vitro wciąż jest szarpana, zmieniana, rząd straszy, że zaostrzy przepisy, a obywatelom w potrzebie uniemożliwi bądź utrudni możliwość spełnienia najważniejszego marzenia w życiu – zostania rodzicami.

***

Minęło wiele lat, a ja dziś znowu staram się z mężem o dziecko. Tym razem dopadło mnie poczucie upływu czasu. Wiem, że już nie mam trzydziestu lat i każdy miesiąc jest na wagę złota. Jesteśmy przygotowani na różne możliwości; jak nam się uda, to wspaniale, jak się nie uda, to nadal będzie wspaniale. Mamy fantastyczne i szczęśliwe życie. Pozytywne nastawienie psychiczne jest wprawdzie bardzo ważne – badania mówią, że trzeba być przekonanym o sukcesie, bo wtedy inaczej działa gospodarka hormonalna – ale prawda jest taka, że czas nie jest sojusznikiem kobiety, i nie chodzi tylko o zmarszczki.

Wiem, że wiele kobiet w moim wieku zastanawia się, po co im kolejne dziecko, czy to odpowiedzialna decyzja. Ja to rozumiem. Bardzo szybko zapomina się o trudach wczes­nego macierzyństwa, braku snu, nocnym płaczu i śmierdzących pieluchach. Mam dwóch synów, którzy codziennie dostarczają mi fantastycznych emocji, śmiechu, wzruszeń, powodów do dumy. Chciałabym mieć kolejny powód do bycia dumną mamą, zwłaszcza że synowie są chętni i gotowi na młodszego braciszka lub siostrzyczkę.

***

Choć procedury starania się o dziecko metodą in vitro znam od podszewki, bo doświadczyłam ich na własnej skórze, przeżyłam zarówno sukcesy, jak i niepowodzenia, to tym razem psychicznie odbieram je inaczej. Być może z wiekiem stałam się bardziej świadoma, patrzę na świat z szerszej perspektywy. A może stałam się bardziej odważna?

Książka In vitro. Rozmowy intymne, którą trzymają Państwo w ręku, powstała z wewnętrznej potrzeby podjęcia tematu leczenia niepłodności i odczarowania mitów i kłamliwych stereotypów, których pełno zarówno w debacie politycznej, jak i w dyskursie Kościoła, który dla tak wielu z nas jest ważny i potrzebny. Od dawna rósł we mnie bunt przeciw dyskryminacji i krzywdzącej ocenie ludzi, których największym marzeniem jest rodzicielstwo. Odbyłam dziesiątki, może nawet setki intymnych rozmów z osobami, które zmierzyły się z problemem niepłodności. Życie pisze zaskakujące scenariusze. Słyszałam historie wzruszające i szczęśliwe, ale też bardzo smutne, bez happy endu. Każdy przeżywa to na swój sposób, każdy znajduje w sobie inną motywację, a potem radzi sobie z sukcesem lub – co znacznie trudniejsze – z porażką. Bez względu na to, jak toczą się ludzkie losy, wszystkie pary podejmujące decyzję o przystąpieniu do zapłodnienia in vitro łączy jedno – muszą się zmierzyć z nieznanymi im dotąd emocjami: lękiem, niepewnością, zagubieniem, poczuciem pustki i zwątpieniem. Gdy przystępowałam do pierwszych prób in vitro, brakowało rzetelnych materiałów naukowych, prasowych i psychologicznych; wiedziałam tyle, ile powiedzieli mi lekarze. Dziś jest inaczej, ale powszechna wiedza o tym, czym naprawdę jest in vitro, wciąż jest uboga i niemerytoryczna.

Wiem, że jedną książką świata się nie zmieni, ale czuję potrzebę, wręcz obowiązek, by oddać głos tym, którzy o niepłodności wiedzą najwięcej. Znajdziecie w niej Państwo nie tylko intymne rozmowy z osobami, których problem niepłodności dotknął osobiście. Moją idée fixe było obalenie tabu, dlatego do dyskusji zaprosiłam specjalistów: lekarza ginekologa, embriologa, seksuologa, człowieka Kościoła. Mam przekonanie, że ich wiedza i doświadczenie dostarczą odpowiedzi na nurtujące, czasem trudne pytania.

Chciałabym z całego serca podziękować wszystkim osobom, które pomogły mi spełnić marzenie i stworzyć tę intymną książkę. Bez nich nie byłoby tej publikacji. Dziękuję wydawcy, że wykazał żywe zainteresowanie i mimo oczywistego ryzyka odważył się podjąć temat. Dziękuję koordynatorce projektu i redaktorom, którzy bazując na kunszcie dziennikarskim, zadbali o to, by rozmowy nabrały spójnego i ciekawego kształtu. Dziękuję również autorowi okładki, ponieważ estetyka jest dla mnie ważna. A przede wszystkim dziękuję wszystkim bohaterom, którzy podzielili się z nami swoją wiedzą, doświadczeniem i często niełatwą historią. Przez cały czas trwania wspólnych prac nad książką nie opuszczało mnie wrażenie, że wszystkim nam zależy na jednym: aby w końcu odczarować temat in vitro.

Osobiście życzę sobie, aby atmosfera wokół in vitro się zmieniła. Marzy mi się, aby moje dzieci – wszystkie dzieci – dorastały w atmosferze tolerancji i szacunku dla inności. Mam nadzieję, że moja intymna historia i intymne rozmowy z bohaterami książki, pomogą zrozumieć, że za medycznymi zabiegami w in vitro kryje się prawdziwa magia. Magia rodzicielstwa.

Małgorzata Rozenek-Majdan

JESTEŚMY SZCZĘŚCIARZAMI

Artur, programista IT, 36 lat, i Monika, 33 lata, technolog żywienia

Macie piękną dwuletnią córeczkę, synek jest w drodze. Jesteście szczęśliwi?

Monika: Jesteśmy najszczęśliwszymi rodzicami na świecie. Spełniły się nasze marzenia. W końcu nasze życie odzyskało sens. Wychodzimy na prostą.

Artur: Zaczynamy na nowo życie towarzyskie, które w ostatnich latach całkowicie zanikło. Cieszymy się niezmiernie zwykłymi, codziennymi sprawami – że córka zaczęła pięknie mówić, że rysuje ślimaka. A przecież był czas, gdy to wszystko było w sferze niedoścignionych marzeń.

Historia waszego rodzicielstwa jest szczególna. Oprócz tego, że przeszliście długą drogę prób, aż in vitro się udało, skorzystaliście też z dawstwa nasienia.

A: Miałem dziewiętnaście lat, kiedy moja babcia, która była lekarką, wykryła, że nie produkuję testosteronu. Zauważyła, na przykład, że nie mam włosów na ciele, a masa mięśniowa jest niska. Teraz byłbym modnym hipsterem, bo wszyscy golą nogi i pachy, ale wtedy babcia wysłała mnie do endokrynologa. Endokrynolog z kolei wysłał mnie do androloga. Na USG wyszło, że mam niewykształcone lewe jądro. Drugie było całkiem spoko, dlatego wtedy nie powstały jeszcze podejrzenia, że nie będę mógł zostać tatą.

Kiedy się o tym dowiedziałeś?

A: Piętnaście lat temu zacząłem przyjmować silne leki hormonalne, które wyrównywały poziom testosteronu. Przez kilka lat myślałem, że robię to po to, by móc zostać ojcem. Na jednej z wizyt spytałem lekarza wprost, czy mogę starać się o dziecko. Odpowiedział, że chyba oszalałem; że nigdy nie będę ojcem, a kuracja jest po to, by ratować moje życie, bo bez leków nie dożyłbym trzydziestych urodzin. W brutalny sposób ogłosił to akurat w momencie, gdy wychodziłem z gabinetu. Przy wszystkich pacjentach wydał wyrok: nigdy nie będę rodzicem.

Co wtedy poczułeś?

A: Strasznie się wkurwiłem. Jechałem do pracy i chyba tylko cudem uniknąłem wypadku samochodowego. Płakałem całą drogę. Czułem pustkę, jakbym był w transie. Ale ja jestem zadaniowy – zebrałem się do kupy i postanowiłem działać.

Co zrobiłeś?

A: Zmieniłem klinikę na taką, która specjalizuje się w leczeniu niepłodności. Mimo że wtedy nie miałem jeszcze dziewczyny, chciałem ratować się na przyszłość. Chciałem być ojcem. Tam przebadano mnie jeszcze raz. Z badań spermy wynikało, że ilość plemników jest śladowa. Nic nie dało się z tego wyratować. Dowiedziałem się, że mam hipospermię i azoospermię. Wtedy powiedziano mi o możliwości biopsji jąder.

Co to takiego?

A: Są różne rodzaje biopsji. Jedną z nich jest mapping, polega na tym, że lekarz wkłuwa się przez skórę jądra na ślepo. Kłują, wyciągają próbkę i sprawdzają. U mnie przeprowadzono inny zabieg: rozcięto mi mosznę, wyjęto oba jądra, potem przekrojono je na pół, jak jabłko, pobrano tkankę. Lekarze nie szukali już nawet plemników, lecz materiału, z którego można by te plemniki stworzyć. Niestety, bez skutku. Wyrok był ostateczny – naprawdę nie będę ojcem. W tym czasie poznałem Monikę.

M: Już na drugiej randce powiedział mi o swoim problemie. Był w trakcie kuracji i badań. Jeszcze była nadzieja. Od początku wiedziałam, że nie będzie różowo. Decyzję o tym, żeby się z Arturem związać, a potem wyjść za niego za mąż, podjęłam świadomie. Byłam optymistką. Myślałam: jakoś to będzie, zwłaszcza że – teoretycznie – ja byłam zdrowa. Pilnowałam cyklicznych badań u ginekologa, zdrowo się odżywiam, nie mam nałogów. No i byłam młoda – miałam dwadzieścia osiem lat, gdy tuż po ślubie zaczęliśmy się starać o dziecko.

Naturalnie?

M: No nie, bo już wiedzieliśmy, że Artur nie będzie ojcem. Zdecydowaliśmy się na dawstwo nasienia z banku spermy. Bardzo chcieliśmy mieć dziecko.

Jak to przyjąłeś?

A: Największym dramatem był sam wyrok, wtedy się podłamałem. Tak bardzo chciałem być ojcem. Fizycznie i emocjonalnie. Nieważne było dla mnie, czy to będzie in vitro, czy adopcja, czy dziecko z innego nasienia. Marzyłem, żeby tulić swoje dzieciątko w ramionach. Wiedziałem, że pokocham każde i że zawsze będę je kochał. Wytłumaczyłem więc sobie, że skoro nie mogę spłodzić dziecka, to skorzys­tam z rozwiązań, jakie proponuje współczesna medycyna.

Czy mieliście wpływ na to, czyje nasienie wybierzecie?

A: Już nie. Przed zmianą ustawy można było wybrać wykształcenie, poznać charakterystykę dawcy, to znaczy dowiedzieć się, że jest taki i taki, ale teraz lekarze sami dobierają nasienie na podstawie genotypu, na przykład: dawca powinien być wysoki, mieć jasne włosy. Wszystko odbywa się anonimowo.

Co było dalej?

M: Miało być łatwo, bo byłam przekonana, że z mojej strony, jeżeli chodzi o płodność, wszystko jest tip-top. Przeszliśmy pierwszą inseminację, drugą, trzecią – i nic. Zarodki obumierały. Zaczął się stres, bo nie byliśmy gotowi na taki rozwój wydarzeń. Przy każdej próbie miałam świadomość, że jeśli nie wyszło, to w ogóle może nie wyjść. Człowiek się dodatkowo nakręca. Zaczęły się nerwy, presja i stres. Lekarze zaczęli szukać przyczyny we mnie, ale w zasadzie nie było wiadomo, czym te niepowodzenia były podyktowane. W sumie mieliśmy pięć inseminacji. Nasienie pochodziło od różnych dawców.

Doradzono wam in vitro?

M: W tej samej klinice zostaliśmy skierowani do innego lekarza. On od razu przeszedł do próby in vitro. Pojawiła się szansa, by zabieg był dla nas za darmo. Przystąpiliśmy do badania klinicznego, programu, w ramach którego mieliśmy testować nowe leki. Stwierdziliśmy, że to dla nas szansa, by w ten sposób zredukować piętrzące się koszty. Pani doktor zapewniała, że leki są bezpieczne i właściwie już przebadane, i że to tylko kwestia formalności. Leki miały wyciszać skurcze macicy po transferze zarodka, wtedy jest większa szansa, że zarodek się przyjmie. Podeszliśmy do tego entuzjastycznie. Niestety i tym razem ponieśliśmy klęskę.

Co się stało?

M: Trudno powiedzieć. Lekarka podeszła do tematu bojaźliwie, ze względu na to, że miałam zespół policys­tycznych jajników i było mało pęcherzyków. Między innymi z tego powodu zaserwowała nam dosyć niską dawkę hormonu. Kiedy podeszłam do punkcji, okazało się, że udało się pobrać raptem dwie komórki jajowe, po czym jedną od razu zdyskwalifikowano. Pani doktor powiedziała, że spróbują zapłodnić tę drugą, ale że nie wygląda to najlepiej. Zadzwoniła po dwóch dniach i przyznała, że się nie udało. Załamaliśmy się. Dotarło do nas, że to już nie są żarty, że nasze szanse maleją w szalonym tempie. Wydawało nam się, że sięgnęliśmy po ostatnią deskę ratunku, a lekarzom nie udało się nawet zapłodnić komórki. Podczas inseminacji miałam w pamięci, że jest jeszcze in vitro i pięćdziesiąt procent szans na powodzenie. Gdy to nie wypaliło, zaczęłam tracić nadzieję. Potrzebowałam szybkiej weryfikacji, co się dzieje. Po drodze przeszłam histeroskopię, sprawdzenie drożności jajowodów, a przed samym transferem – scratching, aby sprawdzić, czy ze strony macicy nie ma problemów z zagnieżdżeniem zarodka; szarpano endometrium, aby rosło w następnym cyklu. Miałam udrażniane jajowody, a po tym zabiegu prawie wszystkie kobiety zachodzą w ciążę. Chodziłam nawet na akupunkturę, masaże, zmieniłam dietę na niemal wegańską.

Zdecydowaliście się na kolejną próbę.

M: Wtedy zmieniliśmy klinikę. W panice szukaliśmy innych rozwiązań. Poszliśmy do znanej warszawskiej placówki. W tamtym czasie zmienił się rząd i pojawiły się plotki, że in vitro zostanie zakazane, więc w te pędy podeszliśmy do kolejnego zabiegu. W nowej klinice przeprowadzono już optymalną stymulację hormonalną. Pobrano sporo komórek, były fajne, dojrzałe, ale dwa zarodki, które z nich uzyskano, okazały się tak słabe, że kiedy je transferowano, nie były jeszcze blastocystami, a powinny być. Pozostało nam pięć moich komórek, które zostały zamrożone, ale koszt ich rozmrożenia i zapłodnienia był taki, jakbyśmy przystępowali do procedury od nowa. Poza tym przekonano nas, że lepiej skorzystać ze świeżych komórek, bo mrożone podobno gorzej się przechowują niż plemniki. No i znowu się nie udało. Lekarz powiedział, że w zasadzie nie widzi szansy, abym miała dziecko; że szukanie u mnie zdrowej komórki jajowej jest jak szukanie igły w stogu siana. Jedyne rozwiązanie, jakie widział, to dawstwo, adopcja prenatalna zarodka. Gdybyśmy zostali w tej klinice, nie mielibyśmy naszego biologicznego dziecka.

Zmieniliście klinikę jeszcze raz?

M: Czuliśmy niesmak. Nie dość, że byliśmy podłamani kolejnymi niepowodzeniami, to źle się czułam, kiedy lekarz mówił o mnie „jałowa pustynia”.

A: Odnieśliśmy wrażenie, że ta klinika to fabryka chińskich zabawek. Lekarze szli na akord, nie było indywidualnego podejścia do pacjenta. W dodatku wszystko kręciło się wokół kasy. Na każdym kroku próbowano nas oskubać, proponując pakiety, dodatkowe usługi, które nic nie znaczą, a słono kosztują. Nie dość, że myśleliśmy o powodzeniu zabiegu, to musieliśmy jeszcze liczyć, szacować, negocjować i walczyć o swoje.

M: Już wcześniej moja mama wspominała, że córka znajomej jest po in vitro i że jeździła do znanej kliniki na północnym wschodzie Polski; że mają tam profesora, który był prekursorem in vitro w Polsce. Od niego uczą się najlepsi. Wtedy myślałam: profesor jak profesor, też chodzę do profesora, poza tym w Warszawie jest o wiele łatwiej, gdzie tam będę jeździć na koniec kraju. Ale ostatecznie skontaktowaliśmy się z profesorem z Białegostoku, który czasem, gościnnie, przyjmował w Warszawie.

Wrażenia były lepsze?

M: Nieporównywalne. To nie jest typ milusińskiego czarusia, ale też nigdy nie powie, że kobieta jest „jałową pus­tynią”. Podszedł do sprawy stricte naukowo. Popatrzył na badania, rozpisał całą stymulację, ale według własnego pomysłu, dopasowanego do naszej sytuacji.

A: Zaczęliśmy się orientować, jakie są koszty, i szczęka nam opadła. Trzy razy tam dzwoniłem, bo nie wierzyłem w to, co słyszę. Wszystko było siedemdziesiąt procent tańsze niż w Warszawie. Nikt nie oferował żadnych pakietów ani innych pierdół.

M: Okazało się, że te koszty są dla nas realne, a w tamtym czasie naprawdę kończyła nam się kasa. Odetchnęliśmy z ulgą, słysząc, że kwota jest znacznie niższa, niż zakładaliśmy. Szybko wykupiliśmy przepisane leki, bo rząd ogłaszał, że od następnego miesiąca przestaną być refundowane. To była moja ostatnia refundacja, bo należy się tylko do trzeciej próby. Po dwóch miesiącach pojechaliśmy do Białegostoku. W recepcji leżała książka. Nie pamiętam tytułu, ale przeczytałam tam takie zdanie: „Ci, co chcą być rodzicami, wcześ­niej czy później nimi zostają”. I trochę to podniosło mnie na duchu. Ostatecznie spędziliśmy tam cały tydzień – okazało się, że w klinice można nocować. Z początku wyjazd wydawał się kłopotliwy, ale po fakcie stwierdziliśmy, że był trochę jak wakacje. Zrobiono mi punkcję, zapłodniono wszystkie pobrane komórki, a było ich – o dziwo – nadspodziewanie dużo, bo aż osiem. Profesor dzwonił codziennie, mówił, jak rozwijają się te zarodki, że generalnie jest nieźle. W piątej dobie przeprowadzono transfer. Profesor radził, żeby się nie przejmować, bo są jeszcze dwa bardzo dobre zarodki, i żeby podejść do tematu na spokojnie. I rzeczywiście mnie uspokoił, czułam się zaopiekowana, miałam numer telefonu bezpośrednio do niego, on sam codziennie dzwonił. Myślałam, że ten transfer w ogóle się nie powiódł, bo doszło do plamienia, ale się udało. Za pierwszym razem. Dziś mamy dwuletnią już córeczkę.

Czy wszystkie badania, zabiegi były fizycznie wyczerpujące, bolesne?

M: Niby nie, ale te dwa lata odarły mnie z intymności. Rozkładałam nogi bez przerwy i przed każdym. Pierwsza sprawa to różne badania, a te generalnie nie są przyjemne, tymczasem trzeba przejść ich tysiące. W zasadzie nic nie boli, no, może trochę zastrzyki, które robi się w brzuch; z czasem po prostu dochodzi do zrostów, skóra twardnieje, pojawiają się sińce. Punkcje są robione w znieczuleniu ogólnym, nic wtedy nie boli, tyle że potem można odczuwać pewien dyskomfort – ja miałam spuchnięty, obolały brzuch. Sam transfer też teoretycznie nie boli – to zresztą zależy, jaki kto ma próg bólu. Wszystko jest do przeżycia, ale na pewno nie ma nic wspólnego z relaksem w spa. Czułam, że ciało to instrument, narzędzie. Potem minęło trochę czasu, zanim znowu zaczęłam postrzegać siebie inaczej, w sposób intymny.

A jak się układało między wami? Były momenty krytyczne?

M: Były, mimo że Artur bardzo mnie wspierał. Jest optymistą, to on zawsze mówił: głowa do góry, następnym razem się uda. Ja miałam chwile załamania. Czarne myśli, wszystko na nie, kompletna frustracja. Nie dochodziło do ekstremalnych sytuacji, nie chcieliśmy się rozstawać, ale zdarzało się, że byłam skrajnie podenerwowana.

A: Monika była bardzo dzielna. Było mi jej szkoda, że musi przechodzić przez te wszystkie badania i zabiegi. Spodziewaliśmy się spadku nastroju. Przeszliśmy przez to, chociaż gdyby taki stan miał trwać na przykład kolejne trzy lata, to nie wiem, czybym to wytrzymał.

Mieliście tak, że w trakcie tego procesu nie myśli się o niczym innym, jak tylko o tym, czy się uda?

M: Tak, mieliśmy. Nie mogłam uwolnić się od tego myślenia, choć bardzo się starałam. Aż się wtedy we mnie gotowało. Jestem dosyć wrażliwa i wszystko mocno przeżywam. Widząc dzieci przyjaciół, starałam się myśleć rozsądnie, górę jednak brały emocje. Na Facebooku, wiadomo, ludzie wrzucają zdjęcia dzieci, a ty nie możesz dzielić szczęścia nawet z najbliższymi. Może to egoistyczne, ale patrząc na dzieciaki przyjaciół, zadawałam sobie pytanie: dlaczego oni, a nie my? Gdy widziałam kobietę w ciąży czy matkę z wózkiem, dostawałam wewnętrznych spazmów. Nie płakałam, lecz w środku mnie rozrywało, pękało mi serce, tak bardzo było mi przykro. Dziś wiem, że te emocje nie były potrzebne, ale to było silniejsze ode mnie. Źle się czułam sama ze sobą, nie życzyłam nikomu źle, ale gniew i poczucie niesprawiedliwości przyciągały niekoniecznie same życzliwe myśli.

Ile kosztowało całe leczenie?

A: Trudno policzyć, bo oprócz wydatków kluczowych była cała masa badań wielokrotnie powielanych. Myślę, że lekką ręką wydaliśmy ponad sto tysięcy, nie licząc wizyt i rutynowych badań. W takiej sytuacji człowiek jest tak zafiksowany, że wyda wszystkie pieniądze, nawet gdy w grę wchodzą kredyty, długi, wyprzedanie mienia. Jest się w amoku. Być może podejmuje się decyzje mało racjonalne, byle tylko spełnić marzenie o rodzicielstwie.

M: Ktoś nam podpowiedział, żeby zorganizować zbiórkę. Byliśmy otwarci na wszelkie pomysły i sugestie, zaczęliśmy więc zbierać pieniądze na siepomaga.pl. Dzięki zbiórce udało się zebrać kilkanaście tysięcy złotych. Oczywiście bardzo pomogła nam rodzina – rodzice z obu stron wyłożyli oszczędności życia. Nie wiemy, czy kiedykolwiek uda nam się spłacić wielki dług wdzięczności.

Korzystaliście z refundacji?

A: Nie, bo refundacja się nie należy, jeśli nasienie pochodzi od innego dawcy. To skandal i ewenement na skalę Europy. W innych krajach bezpłodni mężczyźni mogą liczyć na wsparcie. Ja jestem przewlekle chory genetycznie i uważam, że moje leki powinny być refundowane, zwłaszcza że muszę je przyjmować dożywotnio. Tymczasem niemal za wszystko płaciliśmy na sto procent, zarówno w trakcie procedury in vitro, jak i moich badań. Sama biopsja jąder, o której wspominałem, to koszt ośmiu tysięcy złotych.

M: Należała nam się tylko refundacja za leki do stymulacji. To już coś, choć to kropla w morzu potrzeb. Zwłaszcza że w trakcie tych dwóch lat miałam zawirowanie z pracą.

Leczenie i procedura in vitro były przeszkodą w pracy?

M: Ten temat warto poruszyć, bo pary takie jak my często stają przed dylematem: przyznać się w pracy czy zataić prawdę. Gdy rozpoczęliśmy leczenie, musiałam korzystać ze zwolnień L4, zdarzało się też, i to często, że opuszczałam miejsce pracy na dwie, trzy godziny. Nie było wyjścia – wizyty lekarskie, terminy badań nie zawsze można zaplanować popołudniami. Nosiłam się z zamiarem poinformowania pracodawcy o prawdziwym powodzie moich wyjść – wiedział tylko tyle, że to ważne sprawy rodzinne – ale nie zdążyłam tego zrobić, ponieważ mnie zwolniono. To był moment krytyczny, bo właśnie wtedy, jak nigdy wcześniej, potrzebowaliśmy pieniędzy i płynności finansowej.

Ucieszyłam się, gdy szybko znalazłam nową pracę. Tym razem postanowiłam, że zagram w otwarte karty. Już na początku poinformowałam, że jesteśmy w trakcie procedury in vitro i że przez pewien czas mogę wymagać nienormowanego czasu pracy. Byłam mile zaskoczona, gdy przyjęto to z entuzjazmem. Usłyszałam, że możemy liczyć na wsparcie, zrozumienie i że na pewno się dogadamy. Niestety szybko zaczęły się schody ze strony współpracowniczek. To były młodsze dziewczyny, bez dzieci i jeszcze nawet nieplanujące ciąży. Zdarzały się kąśliwe uwagi, cyniczne komentarze i teatralne szepty. Uznały, że nasze starania to fanaberia, że one w takiej sytuacji zaadoptowałyby dziecko. Odpowiadałam, że póki nie urodzę zdrowego dziecka, nie zaznam spokoju. Postawa koleżanek jest dla mnie niezrozumiała, zwłaszcza że pracowałyśmy w branży związanej ze zdrowiem i profilaktyką zdrowotną. Gdy zaszłam w upragnioną ciążę, chuchałam na siebie i dmuchałam. Może przesadnie, ale naprawdę czułam, że muszę zrobić wszystko, by utrzymać tę ciążę. Pamiętam, jak na przedświątecznym spotkaniu rozbolał mnie brzuch i głowa. Siedziałam na krześle osowiała, pełna lęków, bo kilka dni wcześniej naskoczył na mnie pies i bałam się, że ból wróży coś niedobrego. Prowadzenie ciąży po in vitro jest lękowe. Wsłuchiwałam się w siebie, każdy sygnał interpretowałam jako zagrożenie. Oczywiście, że na początku inaczej to sobie wyobrażałam. Chciałam pracować do końca ciąży, być aktywna, ćwiczyć, ale życie weryfikuje plany. Kiedy wszystko stawia się na jedną kartę, nie ma kompromisów, priorytetem jest donoszenie ciąży, nawet kosztem wyrzeczeń towarzyskich czy zawodowych zaniedbań. Koleżanki odebrały moją postawę jako przejaw arogancji i hipochondrii. Przewracały oczami, docinały, że chyba przesadzam. Krótko po Wigilii kończyła mi się umowa. Pracodawca nie zdecydował się jej przedłużyć. Nie ukrywał, że sytuacja go przerosła, a na jego decyzję miała wpływ opinia zespołu. Później się dowiedziałam, że to koleżanki donosiły na mnie szefowi, że migam się od pracy, zasypiam przy biurku i że one mają już dość robienia wszystkiego za mnie. Do tego księgowa nakrzyczała, że naciągnęłam firmę, bo w poprzednich miesiącach musiałam wziąć dłuższe zwolnienie. To bardzo przykre usłyszeć, że okradło się firmę, bo zaszło się w ciążę. Tak więc ostatecznie nie jestem pewna, czy warto w pracy być szczerym, czy nie. I w jednym, i w drugim przypadku straciłam pracę.

Dobrze, że mogliście liczyć na wsparcie rodziny.

A: Na pewno finansowe, i za to jesteśmy bardzo wdzięczni. Gorzej rzecz się ma na płaszczyźnie wsparcia psychicznego, relacji rodzinnych.

Co to znaczy?

M: Przed większą częścią rodziny ukrywamy, że nasza córka i – wkrótce – synek pochodzą z in vitro. Ja powiedziałam o tym tylko mamie. Na początku ciężko to zniosła, ale gdy poukładała sobie wszystko w głowie, była dla mnie oparciem. Mój ojciec o niczym nie wie. Jest konserwatys­tą, zwolennikiem partii rządzącej, a co za tym idzie – jest przeciwny lewackim fanaberiom, za jakie in vitro jest uznawane. Gdyby ludzie mieli dostęp do merytorycznych treści, gdyby przekaz w sprawie in vitro był prawdziwy i można się było dowiedzieć, że z takiej pomocy korzystają setki par, to może tacy ludzie jak mój ojciec by zrozumieli. Niestety przekaz, który dociera do mas, jest wypaczony, nacechowany negatywnymi emocjami. A ludzie ulegają propagandzie.

A: Ja według mojego teścia jestem lewakiem złym i najgorszym. W ogóle nie rozmawiamy. Ale problem jest także w mojej matce. Mimo że od wielu lat wie o mojej genetycznej chorobie, wciąż nie przyjmuje do wiadomości, że dziecko pod względem biologicznym nie będzie moje. Wielokrotnie tłumaczyłem rodzicom krok po kroku, jak sprawa wygląda, i za każdym razem padało pytanie: czy to będzie twoje dziecko?

M: Oczywiście, że Artur jest tatą obojga naszych dzieci. Córka jest w nim zakochana. Chodzi przecież o to, jakim się jest rodzicem, biologia nie jest tutaj taka ważna. Artur był przy porodzie, od pierwszych chwil życia są z córką razem. Wiele osób mówi, że jest do niego podobna.

Planujesz powiedzieć ojcu?

M: Na początku było mi bardzo przykro, że mam przed nim tajemnicę. Chciałam mu powiedzieć, liczyłam na to, że mi ulży, ale coraz częściej obserwuję jego dziwne zachowania i radykalizujące się poglądy i myślę: po co mam sobie zawracać nim głowę. Nigdy za bardzo nie mogłam na niego liczyć. Teraz nie czuję już potrzeby, by mu o pewnych rzeczach mówić. W zasadzie czuję się z tym świetnie, odzyskałam spokój. Mamy swoją rodzinę i te relacje są najważniejsze. Może pokoleniu naszych rodziców trudno to zrozumieć, bo za ich czasów in vitro po prostu nie było.

A: Fakt, że rodzice pomagali nam finansowo, nie upoważnia ich do tego, by decydowali za nas lub wywierali na nas nacisk. Szkoda tylko, że to komplikuje niektóre sprawy.

Co na przykład?

A: Chcemy, żeby nasze dzieci jak najwcześniej dowiedziały się od nas, w jaki sposób przyszły na świat. Chcemy, żeby to było dla nich naturalne, żadne tabu ani tajemnica. Tylko musimy to zrobić mądrze, bo przecież należy założyć, że będą o tym rozmawiać z dziadkami. A jak mamy uczyć dzieci tolerancji i otwartości, jeśli najbliższa rodzina ma problem z zaakceptowaniem prawdy?

M: Gdybyśmy mogli liczyć na rodziców i gdybyśmy mieli pewność, że staną za wnukami murem, łatwiej byłoby dzieciom odnaleźć się w nietypowej sytuacji. Podczas wizyty u psychologa zapytaliśmy, jak taki problem rozwiązać. Psycholog poradziła nam, by na etapie starania się o dziecko nie mówić o tym nieprzekonanym, ewentualnie powiedzieć o wszystkim dopiero wtedy, gdy już będzie ono na świecie. Wówczas jest już inaczej, bo każdy zdąży je pokochać, widzi, że jest normalne, fajne, mądre, że nie jest to ufoludek ani nie ma charakterystycznej bruzdy na czole czy innych kosmicznych cech.

Wspominacie o wizytach u psychoterapeuty. Czy takie wsparcie jest parom potrzebne?

A: Psycholog powinien towarzyszyć podczas całej terapii. To nieocenione wsparcie.

M: Na początku myśleliśmy, że nie jest potrzebny, że sami sobie poradzimy. Ale tylko na początku. Potem, po kolejnych nieudanych próbach, coś wymknęło się spod kontroli.

A: Jechałem na przykład do pracy i ciekły mi łzy. I tak kilka razy dziennie. Czułem niemoc, apatię. Nie umiałem sobie tego wytłumaczyć, bo nie miałem siły o tym wszystkim myśleć.

M: Trafiliśmy na grupowe zajęcia do psychologa w klinice. Dowiedzieliśmy się, że nie jesteśmy inni ani dziwni. Informacja o niepłodności wywołuje emocje porównywalne do tych, kiedy człowiek dowiaduje się o chorobie nowotworowej. Po każdej stracie zarodka przechodzi się żałobę. Może nie dosłownie, ale poczucie straconej nadziei jest podobnie silne. Nigdy nikogo bliskiego nie straciłam, więc na szczęście nie mogę tego porównać, ale psycholożka mówiła, że przechodzi się przez takie same fazy: od niedowierzania przez złość, pretensje po spadek samopoczucia i żal. A potem znowu się z tego wychodzi i znowu zaczyna działać. Ta sinusoida zdaje się nie mieć końca.

A: Na spotkaniu grupowym byli ludzie z większymi problemami niż nasze. Starali się o dziecko o wiele dłużej, niektórzy korzystali z adopcji prenatalnej całego zarodka. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale świadomość, że my wcale nie byliśmy w najgorszej sytuacji, dodawała nam sił.

Mieliście myśli, że to już ostatnia próba i dość?

M: Nie, nie osiągnęliśmy tego stadium. Byliśmy na etapie walki. Pojawiały się myśli: a co, jeśli się nie uda?, ale trwały tylko chwilę. Nie wyobrażaliśmy sobie życia bez dziecka. Nie wiem, z czego to wynika, że dla niektórych dziecko nie jest pragnieniem nadrzędnym. Może są osoby, które w ogóle nie chcą mieć dzieci – nie oceniam, każdy ma w życiu swój cel – dla mnie jednak było nie do pomyślenia, żeby żyć bez dziecka.

Rozważaliście adopcję?

A: Moja mama wciąż zadawała pytanie: a może adopcja? W końcu się wściekłem, powiedziałem swoim rodzicom, że nie chcę więcej słyszeć o adopcji. Reagowałem bardzo nerwowo. Walczyliśmy, żeby Monika nosiła pod sercem nasze dziecko. To był nasz cel.

M: Gdy ktoś mi mówił o adopcji – a to zdarzało się częs­to – czułam się tak, jakby odbierano mi od razu szansę. Chciałam krzyczeć: przecież ja walczę o swoje dziecko, nie widzicie? Kolejna kwestia jest taka, że chciałam mieć to dziecko w brzuchu. Nie wiem, jak kobiety są skonstruowane, ale to pragnienie jest instynktowne, dlatego nerwowo podchodziłam do tematu adopcji. Zastanawiałam się, czemu w ogóle ktoś o niej mówi, jakbym nie wiedziała, że taka opcja istnieje. Na razie działaliśmy na polu in vitro, gdyby to nie wyszło, ostatecznie rozważalibyśmy następne kroki, być może także adopcję. Nie uważam, że jest ona zła, przeciwnie, uważam, że ludzie, którzy się na nią decydują, są cudowni i bohaterscy. Ale na to trzeba być gotowym. Nie wolno nikogo do takiej decyzji nakłaniać.

Jesteście wierzący?

A: W teorii tak, wzięliśmy ślub kościelny, ale szczerze mówiąc, wiara jest dla mnie bez znaczenia.

M: Ja jestem wierząca, chociaż teraz mniej praktykująca.

Mieliście problem, jak in vitro pogodzić z wiarą? Przecież Kościół jest mu przeciwny.

M: Nie, nie miałam takiego problemu, moje sumienie jest czyste. Nigdy nie uważałam, że in vitro to coś złego, grzesznego. Do tej pory nie rozumiem, czemu Kościół tę procedurę neguje.

A: Ja jestem jak święty Józef. Józef przygarnął Maryję z Chrystusem. Moja lekarka mówi, że to przecież było pierwsze in vitro.

M: Za kilkadziesiąt lat większość par będzie z niego korzystała. Kościół będzie musiał się nagiąć.

Mimo trudnej drogi i bolesnych wspomnień zdecydowaliście się na kolejne dziecko.

M: Mieliśmy dwa zamrożone zarodki. Myślałam czasem o nich, że trochę szkoda, że będą tam tak marzły przez lata. Postanowiliśmy z nimi spróbować, ale niestety się nie przyjęły. Nasze pragnienia zostały już jednak rozbudzone, zastanawialiśmy się więc, co dalej. Niby cel został już osiągnięty: mamy dziecko. Moja sytuacja jest niepewna, bo w zasadzie nie mam pracy ani żadnych świadczeń. Do tego córka nie została przyjęta do państwowego żłobka, a o prywatnym nie było mowy. Mieliśmy dylemat – czy my na pewno nie za wiele chcemy od życia? Z drugiej strony oboje jesteśmy jedynakami i to nas w życiu trochę uwierało. Chcieliśmy, by córka miała rodzeństwo. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że podejdziemy jeszcze raz, ale już bez zacięcia, nie za wszelką cenę.

A: Pal licho finanse.

I się udało.

M: Za pierwszym razem, bez komplikacji.

A: I teraz niecierpliwie czekamy na synka. Możemy z pełną odpowiedzialnością przyznać: jesteśmy szczęściarzami.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

MAM OBOWIĄZEK MÓWIĆ

JESTEŚMY SZCZĘŚCIARZAMI

DO TANGA TRZEBA DWOJGA

NIE ODBIERAJCIE NAM SZANSY

KOMU MA SIĘ UDAĆ, JAK NIE NAM?

NIEPŁODNOŚĆ BOLI

KOBIETOM SIĘ OBRYWA

W PLEBISCYCIE „ZA CZY PRZECIW”

NIKT NIE PRZEPROSIŁ ZA POMYŁKĘ

WIELKI REGRES

MĘŻCZYŹNI STAWIAJĄ MUR

ZA DRZWIAMI LABORATORIUM

IN VITRO – NON FICTION

ZDJĘCIA