Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Trzynasty wiek.
Hanna Wrońska nie należy do typowych dziewcząt. Zamiast zamążpójścia pragnie podróży, zamiast zajmować się domem i dziećmi – chce się uczyć, zamiast haftować i szkolić się w prowadzeniu gospodarstwa czy gotowaniu, fascynuje się prowadzeniem ksiąg rachunkowych i poznawaniem właściwości ziół.
Kiedy Jolanta, jej siostra, poślubia ich wspólnego przyjaciela Piotra, Hania nie spodziewa się, że to wydarzenie stanie się przyczyną całej serii nieszczęść. Niesłusznie oskarżona przez bliźniaczkę o próbę uwiedzenia męża staje przed dylematem: czy ma poddać się woli rodziców i wylądować w klasztorze, czy przyjąć pomocną dłoń Jadwigi, ukochanej niani, i uciec do Francji. Wybiera tę drugą opcję i to będzie początkiem niesamowitych przygód. W przebraniu udaje się z dziecięcą krucjatą do kraju Franków, gdzie poznaje templariusza Filipa de Perier. Od tego momentu wydarzenia toczą się niezwykle szybko: porwanie, niewola, zakazana miłość i tajemnica świętego kielicha.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 425
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tej autorki w Wydawnictwie WasPos
Zosia i porucznik
Emilia i Tatar
Karolina
Szkoła magii Panny Preston
Nie bój się miłości
Czarodziejki od Panny Preston
Hanna i templariusz
W PRZYGOTOWANIU
Eleonora i syn templariusza
Córki templariusza
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Gabriela FeliksikCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Barbara Wiśniewska
Korekta: Magdalena Czmochowska
Projekt okładki: Adam Buzek
Ilustracje: Gemini AI
Wektor przy nagłówkach: pngtree.com
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8464-037-1
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
WSTĘP OD AUTORA
Drodzyczytelnicy!
Z całego serca dziękuję za czytanie moich książek. „Hanna i templariusz” to moja kolejna już propozycja romansu z historią w tle.
W tej książce niekiedy naginam lekko fakty historyczne na potrzeby mojej opowieści. Staram się jednak rzetelnie przedstawiać tło historyczne, więc w przypisach znajdziecie dodatkowe komentarze, wyjaśnienia, które – mam nadzieję – okażą się przydatne. Templariusze oczywiście istnieli, mistrzowie zakonu, którzy pojawiają się w tej powieści, to postacie autentyczne, ale już ich charakter czy zachowanie to moja wyobraźnia. Krucjata dziecięca, którą wspominam, to także fakt, ale pozwoliłam sobie na delikatną ingerencję przy jej przedstawieniu, zwłaszcza że na temat tego wydarzenia nie mamy zbyt wielu informacji. A uwierzcie, szukałam rzetelnie. A jeżeli chodzi o skarb templariuszy… krąży o nim tak wiele legend, że i ja pozwoliłam sobie napisać na ten temat własną opowieść. Mam nadzieję, że ta książka stanie się początkiem serii, która Was wciągnie i pokaże, jak cudowna jest historia. Z całego serca zachęcam do podróży w przeszłość.
Dobrejlektury!
Rok 1240, Polska, lasy w okolicach Grodziszcza, południowe pogranicze Śląska
Dziewczynka biegła szybko, nie bacząc na raniące ją gałęzie ani na piekące z bólu stopy. Nie widziała w ciemnościach za wiele, ale odgłos ujadających psów i wrzeszczących do siebie mężczyzn dodawał jej sił. Wiedziała, że nie mogą jej złapać, czuła bowiem, że chcą wyrządzić jej krzywdę. Chociaż sama nie do końca rozumiała dlaczego. Przecież nic nikomu nie zrobiła. Trzymała się zawsze na uboczu, zresztą mieszkańcy wioski jej unikali. Może i była mała, ale zdawała sobie sprawę, czemu tak się dzieje. Córka kata! Dopóki jednak żył tata, nikt się nawet do niej nie zbliżał, poza starszą sąsiadką. Dzieciom nie wolno było się z nią bawić, starsi na jej widok przyspieszali kroku i nieraz widziała, jak spluwali za siebie. Pytała ojca, czemu tak jest, a on zawsze powtarzał, że tak jest dla nich lepiej. I że ludzie boją się jego zawodu. Potem przytulał ją mocno i czule głaskał po głowie, mówiąc, że kiedyś wszystko się zmieni. Musi być tylko cierpliwa. I chociaż często płakała, że nikt się z nią nie chce bawić, a ludzie spluwają na jej widok, to potem szybko brała się w garść, przypominając sobie słowa ojca. Kochała go, więc chciała mu wierzyć. Było jej przykro, że ludzie jej unikają, ale w końcu przyzwyczaiła się do bycia niewidzialną i spędzała czas z ojcem lub wędrując po pobliskim lesie. Mieszkali na skraju wioski, w rozpadającej się chacie. Czasami do taty przychodzili jacyś ludzie, a wtedy znikał na dzień, czy dwa. Nigdy nie mówił jej, co robi, ale wiedziała, czym się zajmuje. Był katem. Zabijał ludzi. Przynajmniej tak krzyczały do niej dzieci z wioski, nazywając ojca diabłem i zabójcą. Kiedy pytała tatę, co to znaczy, ten tylko uśmiechał się i mówił, że to profesja potrzebna. I chociaż wszyscy się go bali, to dla niej był cudownym rodzicem. Nigdy jej nie bił, nie krzyczał na nią, a nawet uczył ją pisać i rachować. Dziewczynka wiedziała, że matka umarła razem z małym braciszkiem, kiedy była jeszcze mała, ale pamiętała ją jak przez mgłę. Powtarzał jej, że bardzo kochał żonę, a matka kochała ją równie mocno, ale Bóg zabrał ją i ich synka do siebie. Ojcu, gdy o tym mówił, zawsze łzy stawały w oczach, przestała więc o matkę pytać, nie chcąc, by robił się smutny. Sama jednak nieraz o niej myślała. Wyobrażała sobie piękną, młodą kobietę, która na pewno mocno by ją kochała. Czasami tata wspominał dziadków, ale robił to bardzo rzadko. Mówił, że bardzo go kochali, a ona przypominała sobie uśmiechniętą kobietę, która ją przytulała oraz starszego mężczyznę, który uczył ją francuskich słówek. Tata opowiadał o swoich siostrach, Bognie i Jagnie, ale nie umiała sobie przypomnieć, jak one wyglądały. Zastanawiała się też, czemu nikt ich nie odwiedza. Ojciec mówił wtedy, że źli ludzie porwali dziadka, ale żeby się nie martwiła, bo on go znajdzie, a potem razem poszukają babci i wyjadą do Francji, gdzie jest ich prawdziwy dom. Opowiadał, że to pałac otoczony polami i lasami, a jej rodzina ma hrabiowskie korzenie i nawet, że jej ciotka jest królewską dwórką. Spoglądała wtedy na odrapane ściany ich małej chatki i wyobrażała sobie, jak zamieszkają w tym pięknym miejscu. Na razie jednak byli sami, ale kochali się bardzo, więc żyło im się razem dobrze i spokojnie. Starała się nie przejmować zaczepkami i docinkami innych ludzi z wioski. Marta, starsza kobieta mieszkająca w pobliżu, zapraszała czasami dziewczynkę do siebie i okazywała odrobinę ciepła, którego tak bardzo małej brakowało. Kiedy ojciec znikał, a nie przebywała akurat u Marty, to lubiła chodzić po lesie. Nie zapuszczała się jednak za daleko, ponieważ opowieści o leśnych istotach, którymi sypał ojciec, skutecznie ją odstraszały. A i Marta sporo opowieści dodawała od siebie. Poza tym zawsze mogła natrafić na jakiegoś złego człowieka. Wolała więc chadzać sobie już znanymi ścieżkami.
I nagle ojciec zmarł. Takie wieści przyniósł do chaty jakiś człowiek, nigdy wcześniej nie widziała go na oczy. Powiedział też, że musieli go pochować i nie może zobaczyć, gdzie znajduje się jego mogiła. Nie rozumiała tego, co do niej mówił, więc zrozpaczona pobiegła do Marty, jedynej osoby, która oprócz ojca okazywała jej ciepło. I to ona kazała jej uciekać ze wsi. Przeczuwała, że to dziecko może spotkać coś złego ze strony mężczyzn. Bo chociaż dziewczynka miała zaledwie siedem lat, to już zdradzała ślady niezwykłej urody. Jej długie, kręcone i jasne włosy przypominały kolorem słońce, długie rzęsy otaczały niebieskie oczy, a szczupła sylwetka wskazywała na to, iż będzie kiedyś niezwykle zgrabną dziewczyną. Ta uroda stała się dla tego samotnego dziecka niebezpieczna. Marta musiała ją chronić. A wiedziała też, że jest jeszcze ktoś, komu zależy na dobru tej cudownej dziewczynki.
– Dziecko, oni chcą cię sprzedać do zamtuza. Musisz zniknąć – powiedziała, tuląc jednocześnie małą. – Uciekaj do lasu, tam jest bezpiecznie. Czeka tam na ciebie ktoś… pamiętaj, zaufaj jej… biegnij w stronę tego dużego dębu. Nie pójdę z tobą, bo z moją chorą nogą nie dam rady, złapaliby nas od razu. Nie trzymaj się głównej ścieżki, klucz pomiędzy drzewami, żeby nie dostrzegli twojej sylwetki. I pamiętaj, szanuj las, wtedy nie zrobi cikrzywdy…
– Kocham las, ale wiem, że może być tam też niebezpiecznie. Na pewno nie chcesz iść ze mną? Nie będą się mścić na tobie? I czemu oni mnie tak nienawidzą?
– Nie mogę iść z tobą, ale ona cię znajdzie. A oni? To źli ludzie, zapamiętaj sobie tylko tyle. Nigdy im nie ufaj, choćby obiecywali ci same złote góry. Nie słuchaj. Biegnij, ile sił w nogach. I pamiętaj, ktoś na ciebie w lesie czeka. Ona ci wszystko powie i uchroni cię, jak tylko na siebie traficie – dodała Marta, modląc się, by jej przyjaciółka, zwana przez mieszkańców wioski czarownicą, faktycznie znalazła dziewczynkę. Wierzyła, że kobieta dzięki swojemu darowi jakoś sobie poradzi.
– Ale jaka ona?
– Dowiesz się wszystkiego, moje dziecko, w lesie. Nie mamy teraz czasu na opowieści. Pamiętaj, biegnij do świętego dębu. I nie daj im sięzłapać.
– Nic im przecież nie zrobiłam, nie rozumiem tego.… A ten zamtuz toco?
– To nie jest miejsce dla ciebie. Masz siedem lat. Musisz iść. Ja nie ochronię cię przed nimi. Uciekaj do lasu, tam znajdziesz pomoc – zakończyła łagodnie i odprowadziła dziewczynkę na skraj puszczy, upewniając się, że jeszcze nie zaczęli jejszukać.
– A teraz biegnij – oznajmiła, kiedy obie dostrzegły pochodnie. – I nie martw się o mnie. Nie będą wiedzieli, że ci pomogłam. Dbaj o siebie, maleńka, będę się za ciebie modlić. Ci ludzie są naprawdęniebezpieczni.
Dziewczynka przytuliła kobietę i wbiegła w las. Wtedy usłyszała głosy. Musieli szybko się zorientować, że nie ma jej w chacie. Wprawdzie nie wiedziała jeszcze, kim są ci „oni”, ale domyślała się, że ścigało ją kilku mężczyzn z wioski. Co im zrobiła? Męczyło ją to pytanie bardzo, jednakże strach w głosie starej Marty sprawił, że uwierzyła, iż chcą ją skrzywdzić. Zwłaszcza, że słowo „zamtuz” brzmiało tak złowieszczo. Było ciemno, nigdy o tej porze nie zapuszczała się do lasu, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. Wbiegła więc w gęstwinę drzew, nie oglądając się za siebie. Pamiętała, jak dojść do starego dębu, jednak zwykle robiła to za dnia, kiedy świeciło słońce. Bała się więc, że może zabłądzić. I nie wiedziała, kto tam na nią czeka. Jaka ona? Dziewczynka pomyślała, że może staruszce coś się pomieszało… Niespodziewanie zaczepiła o jakiś korzeń i się przewróciła. Głosy coraz bardziej się zbliżały, słyszała ujadanie psów, pewnie to te zwierzęta ją wyczuły i naprowadziły mężczyzn na trop. Strach sparaliżował dziewczynkę. Nagle zobaczyła jakiś cień. Znała las, wiedziała, że zamieszkują w nim różne bóstwa dawnej wiary, więc po cichutku zaczęła odmawiać modlitwę, której kiedyś nauczył ją ojciec. Liczyła, że jeżeli zbliża się do niej Leszy, to nie zrobi jej krzywdy. W końcu był opiekunem drzew i leśnych stworzeń, a ona nigdy żadnemu nie wyrządziła szkody. Zamknęła więc oczy iczekała.
– Cii, dziecko, nie zrobię ci krzywdy. – Usłyszała kobiecy głos i dojrzała zakapturzoną postać.
Kobieta wyciągnęła rękę, a kiedy dziewczynka ją ujęła, poczuła spokój i pojawiło się u niej dziwne wrażenie, jakby się już znaływcześniej.
– Teraz zabiorę cię do siebie. Oni cię tam nigdy nie znajdą. Nie znają drogi do mojego domu. Ścieżkę znają tylko nieliczni. Musisz jednak wstać, wiem, że pewnie się zraniłaś… Widzę, że masz bose stopy. Pomogęci.
Mała skinęła głową, wstała i nie bacząc na krwawiące stopy, pozwoliła się prowadzić. Przeszły obok świętego dębu, jak nazywała Marta największe w lesie drzewo i kobieta na chwilę przystanęła przynim.
– Dziecko moje kochane, czujesz magię tego miejsca? To tutaj nasi przodkowie modlili się do dawnych bóstw o pomyślność, dobre plony, a czasami o miłość czy zwycięstwo nad wrogami. Lubię tutaj przychodzić, czuję się wtedy, jakbym uczestniczyła w tych wszystkich obrzędach. Musimy jednak iśćdalej.
Zagłębiały się w coraz większą mgłę, a głosy ścigających ją mężczyzn ucichły. Dziewczynka w końcu zobaczyła przed sobą zadbaną chatę. Musiała bardzo wysilić wzrok, by dostrzec ją w ciemności, ukrytą pośróddrzew.
– Jesteśmy na miejscu. Witaj w domu – powiedziała kobieta i wprowadziła ją do czystej izby. Zmęczona dziewczynka nie była w stanie się odezwać, więc tylko rozglądała się z zaciekawieniem po pomieszczeniu.
– Mam nadzieję, że wybaczysz mi nieporządek. Zaraz pokażę ci, gdzie będziesz spała. Moja droga Marysiu, będzie ci u mnie dobrze. Zaufaj mi. Tak długo cię szukałam… Dziecko moje drogie, nawet nie wiesz, jak bardzo długo. No i muszę opatrzyć twoje rany. Biedne dziecko, tyle musiałaś wycierpieć w ostatnimczasie…
Marysia zerkała z zaciekawieniem na kobietę, która zdjęła kaptur i uśmiechała się do niej czule. Była piękna, mała nigdy nie widziała tak pięknej osoby. Biło od niej też ciepło, które sprawiało, że już się nie bała. I czuła, że skądś ją zna. Te oczy, ten uśmiech przypominały jej kogoś z dzieciństwa. Odetchnęła z ulgą, że kobieta ją znalazła. Tak jak obiecała jej Marta. Dlaczego jednak jej szukała? Marysia, chociaż nie miała okazji do rozmów z wieloma ludźmi, była dzieckiem z natury ciekawym świata, więc odezwała się bez lęku wgłosie.
– Ale, pani, skąd znacie moje imię? I czy oni nas nieznajdą?
– Jestem Hanna. Nie martw się, nikt nas tutaj nie znajdzie. To miejsce jest chronione. Las ma wiele swoich tajemnic, a ja znam sporo z nich. Jedni nazywają mnie czarownicą, inni widzącą, a dla ciebie, dziecko, jestem po prostu babcią. A ty moją wnuczką. – Kobieta ze wzruszeniem spojrzała naMarysię.
– Ale ja nie mam babki, matki zresztą też nie. Byliśmy tylko ja i ojciec, a on… on był katem. Przynajmniej tak mówili we wsi, a teraz tata nie żyje, a ci ludzie chcieli mnie porwać. Marta kazała mi biec do lasu. Czy to o tobie, pani, mówiła, że będziesz na mnieczekać?
– Tak, dziecko, to było o mnie. Dopiero dwa dni temu dowiedziałam się, że moja wnuczka mieszka w tej wiosce, a mój syn był katem. Dalej nie mogę uwierzyć… Znałam też twoją mamę. Katarzyna była niezwykłą kobietą i przykro mi, że nie mogłaś z nią za długo przebywać. Kiedy się urodziłaś, była najszczęśliwszą osobą na świecie. Ciągle chciała nosić cię na rękach, przytulać i śpiewać pięknie kołysanki. Bardzo ciękochała.
Marysia spojrzała z zaciekawieniem na kobietę, pragnęła, by opowiadała jak najwięcej o jej rodzicach, zwłaszcza o mamie. Uśmiechnęła się nieśmiało. Hannakontynuowała:
– Kochałam twoją mamę jak własną córkę. Miałaś dwa latka, gdy oboje zdecydowali się nas opuścić. Chcieli zamieszkać w Krakowie. Potem mieszkaliśmy tam razem, ale los nas rozdzielił. Nie miałam pojęcia, że jesteście tak blisko. Dopiero Marta powiedziała mi o was. I nie wiedziałam, że twoja mama umarła, musi ci jej bardzo brakować, to była taka cudownadziewczyna…
Starsza kobieta zaczęła mówić trochę nieskładnie, ale wzruszenie wywołane odnalezieniem wnuczki odbierało jej mowę. Marysia patrzyła zdezorientowana, nie wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć. Nie pamiętała swojej babki, ale ta kobieta rzeczywiście musiała nią być. To wszystko wydawało się jej takie niejasne. Czemu babcia mieszkała w lesie? I skoro była tak blisko, to dlaczego ich nie odwiedziła? Zdezorientowana zapytała więckobietę:
– A czemu nazywają cięczarownicą?
– Bo potrafię leczyć, znam się na ziołach, a ludziom wydaje się, że to magia. Oskarżenie o czary czy posądzenie o konszachty z diabłem może zaprowadzić cię na szafot! Nie wolno kobiecie być mądrą, to niebezpieczne! – Zaśmiała się gorzko Hanna. – Dlatego zaszyłam się w lesie. Ta chata należała do cudownej kobiety, kiedyś więcej ci o niej opowiem. To ona podarowała mi ją w prezencie. Twój dziadek ją rozbudował i naprawdę byliśmy tutaj bardzo szczęśliwi z naszymi córeczkami i synem, czyli twoim tatą, a potem z tobą i z twoją mamą. Szanowaliśmy bóstwa zamieszkujące puszczę, to one nas chronią przed złem tego świata. Jako rodzina wiele przeszliśmy, by być razem, ale nam się udało. Czasami przychodzili do nas ludzie. Leczyliśmy ich oboje. Filip zszywał rany i leczył ciężkie przypadki. Nauczył go tej sztuki nasz dawny przyjaciel. Ja zaś pomagałam kobietom, przygotowywałam zioła, mikstury, ale nigdy nie używaliśmy czarów. Bo tak naprawdę wcale ich nie znaliśmy. No i uczyliśmy twojego tatę i twoje dwie cudowne ciotki. Cała trójka potrafiła czytać, pisać i mówić po łacinie, francusku iarabsku.
Marysia uśmiechnęła sięnieśmiało.
– Ja też znam łacinę i francuski. Tata mnie nauczył. Potrafię też pisać iczytać…
– Mam kilka ksiąg u siebie, Marysiu. Na pewno ci się spodobają!
Hanna zauważyła, że mała zaczynaziewać.
– Nie pomyślałam, kochanie, że możesz być zmęczona, zaraz dam ci coś do jedzenia, a ty umyj się w tym czasie. W misce masz czystą wodę. Potem obejrzę twoje stopy. Mam odpowiednie maści, wszystkie sama przygotowuję, więc zobaczysz, że rany szybko się zagoją. Chciałabym też, żebyś mówiła do mnie babciu. Ze mną ci już nic nie grozi. Zamieszkamy razem i wszystkiego cię nauczę. Wiem, że tęsknisz za tatą, pomodlimy się zaniego.
Marysia skinęła głową. Nigdy nie miała babki, ale Hanna wydawała jej się taka dobra, że chciała, żeby była jej babką. Dziewczynka szybko się umyła, zjadła łapczywie podany jej posiłek i padła na posłanie wskazane przezHannę.
– Śpij, dziecko, posiedzę przy tobie.
Mała skinęła głową i właściwie natychmiast zasnęła. Chciała o tyle jeszcze zapytać; o ojca, o ciotki. Zmęczenie jednak zwyciężyło. Nie wiedziała więc ani nie słyszała siedzącej przy niej przez parę godzin kobiety, która płakała zradości.
– Wiesz, Filipie – szeptała, by nie obudzić Marysi – odnalazłam naszą kochaną wnuczkę. Sambor ponoć umarł, obawiam się, że mogli go znaleźć. Nawet jako kat nie był bezpieczny. Nie wiem tylko, czemu nie czuję jego śmierci. Ten przeklęty skarb! Najpierw ty zniknąłeś przez niego, a teraz nasz syn nie żyje. Rachela uważa, że jeszcze żyjesz, a ja wiem, że nasza przyjaciółka ma niezwykły dar i dlatego będę na ciebie czekać. Kiedy cię porwali przed trzema laty, to Rachela i Ludwik wrócili do Francji, tak na wszelki wypadek, jakby templariusze mieli cię tam zabrać… Nie wiedzieliśmy, co im powiedziałeś, ale podejrzewaliśmy, że mogłeś skłamać, iż skarb jest we Francji. Ale ja… Chcę o nim zapomnieć. Tyle złego przez niego zaznaliśmy! Gdy cię wtedy złapali, a ty kazałeś mi uciekać, serce rozpadło mi się na kawałki. Nie wiem, czemu pojechaliśmy wtedy do Krakowa? Mogliśmy zostać w naszym lesie. Wiem, że chciałeś być bliżej Sambora i Katarzyny. Powinniśmy go zmusić, żeby został z Kasią i z nami w naszym lesie. A my pozwoliliśmy mu wyjechać… Pamiętasz, jak rozbudowaliśmy tę chatę? Żyliśmy tak długo w spokoju, a najpierw odszedł nasz syn, a potem zabrali ciebie, a ja nie mogłam znaleźć ani ciebie, ani naszego dziecka. Cieszę się, że dziewczynki są bezpieczne we Francji. Rachela i Ludwik wspólnie z twoim bratem na pewno o nie dbają. Tęsknię za nimi bardzo, musiałam jednak szukać ciebie i naszego Sambora. Marysia jest tak do niego podobna. Straciłam trzy lata, nie widziałam, jak rośnie. Nie wiedziałam, jak czuje się samotna, odrzucona, bo Sambor zdecydował się na takie życie. Nie miałam pojęcia, że został katem i nie wiem, dlaczego tak wykształcony człowiek wybrał tak haniebny zawód! Może chciał się ukryć? Nie wiem też, czemu wrócił w rodzinne strony… Może uznał, że jako kat będzie tutaj bezpieczny? Ale czemu nie zjawił się w naszej chacie? Szukałam go w Krakowie, szukałam w Gnieźnie i w Sandomierzu, ale ślad po nich zaginął, tak samo jak po tobie. Nie przypuszczałam, że są tak blisko! Nie poznam już pewnie odpowiedzi na te pytania, ale boli mnie bardzo, że nie dane mi było się z nim zobaczyć. Dobrze że chociaż udało mi się odnaleźć naszą wnuczkę. Najważniejsze, że Marysia jest już ze mną. Ochronię to dziecko. Przysięgam ci, mój ukochany. Nasza Marysia będzie bezpieczna. Zostaniemy tutaj. Nie znajdą nas. Las i jego magia nas ochronią. Tak jak działo się przez lata. Nasze córki czekają na nas, ale są pod dobrą opieką. Obiecałam im, że nie wrócę bez ciebie. Tęsknię za nimi bardzo, ale wiem też, że rozumieją, iż to konieczność.
Kobieta otarła łzy. Nie wiedziała, gdzie jest jej mąż, ciągle jeszcze, pomimo upływu lat, wierzyła, że Filip żyje. Już raz do niej wrócił po długim czasie rozłąki… Jednakże śmierć ich jedynego syna dotknęła ją boleśnie i zapłakała nad jego losem, chociaż wcale tej śmierci nie czuła… Marta nie mogła jednak kłamać. No i Marysi też przecież powiedziano o śmierci ojca. Widocznie jej dar nie działał, kiedy sprawa dotyczyła bliskich. Przed laty nie potrafiła przewidzieć śmierci swoich rodziców i siostry, i swojego pierwszego męża Piotra ani wyczuć niebezpieczeństwa krążącego nad Filipem. Żałowała, że nie ma przy niej Racheli. Zapewne przyjaciółka ze swoim niezwykłym darem zaglądania w przyszłość potrafiłaby jej pomóc. Jednak Rachela i Ludwik znajdowali się daleko. Na szczęście teraz miała Marysię.
***
Marysię obudził odgłos stukania naczyń. To babka krzątała się po izbie. Dalej nie mogła uwierzyć, że jest bezpieczna, ale zapach gotującej się kaszy sprawił, że nie rozmyślała długo, tylko wstała, bo poczuła, że jestgłodna.
– Dzień dobry, babciu – odezwała sięnieśmiało.
– Wstałaś już, kochana, cudownie. Chodź, zjemy śniadanie, a potemporozmawiamy.
– Dobrze, babciu, ale skąd wiesz, że jestem twoją wnuczką? – zapytała Marysia, bo tego nie mogłazrozumieć.
– Znamię, moja kochana. Mamy takie samo znamię na lewej łydce. Miał je także twój ojciec. I mają je moje córki. Są bliźniaczkami. Widzisz, Marta, która mieszkała obok was, często do mnie zaglądała. Nigdy jednak nie wspominała, że we wsi mieszka kat i ma dziecko. Jednak dwa dni temu wpadła do mnie i powiedziała, że zmarł kat i osierocił córkę. I że ta Marysia to cudowne dziecko. Zaczęłam ją wypytywać o was. Kiedy usłyszałam, że mężczyzna miał na imię Sambor i był bardzo młody, a w dodatku nie wiadomo, dlaczego umarł, bo nie chorował, to serce zabiło mi mocnej. Czułam, że to mój syn. Zapytałam o ciebie i czy masz może znamię. Potwierdziła. Powiedziałam jej, że przypuszczam, iż jesteś moją wnuczką i poprosiłam, żeby wysłała cię do lasu, a ja miałam ci wyjść naprzeciw. Marta uratowała cię przed ludźmi z wioski i bardzo jestem jej za towdzięczna.
– A co to jest ten zamtuz? Tam chcieli mniewysłać.
– To straszne miejsce dla kobiety, a już szczególnie dla małej dziewczynki! Nie myśl teraz o tym.
– A czemu tata został katem? Wiesz, babciu, on mnie nauczył pisać i czytać. W wiosce nikt tego nie potrafił. Nikt go nie szanował, wszyscy się go jednak bali. Nierozumiem…
– Widzisz, dziecko, twój ojciec musiał się schronić. Źli ludzie, ale o nich opowiem ci kiedy indziej, myśleli, że wie on coś, co ich bardzo interesowało. Kiedy mój syn poznał Katarzynę, twoją mamę, zakochał się i nie chciał z nami mieszkać w lesie i wiecznie się ukrywać. Katarzyna była córką kata, więc widocznie przejął fach po swoim teściu. Nie przypuszczałam jednak, że wrócił w rodzinne strony. A twoje znamię udowadnia, że jesteś moją wnuczką. – Hanna podniosła spódnicę i pokazała dziewczyncełydkę.
Marysia spojrzała na swoją lewą nogę. Faktycznie, miała takie samo malutkie znamię jak babka. Tata śmiał się, że przypomina jakiś mały kwiatuszek i że to pewnie dlatego je ma, że sama jest takim pięknym kwiatem. Nigdy jednak nie mówił jej, że i on ma identyczne. Dziewczynka spojrzała na starszą kobietę i uśmiechnęła się, czując, że już jąkocha.
– Urodziłam się z nim. Tylko ja. Moja siostra jużnie…
Hanna umilkła, a Marysia poczuła, że pragnie dowiedzieć się wszystkiego o swojejrodzinie.
– Babciu, opowiesz mi coś więcej? Tak bardzo chciałabym wiedzieć, kim jestem, skąd pochodzę i dlaczego tataumarł.
– Dziecko kochane, wszystko ci opowiem. Ale to będzie długa i czasami smutnaopowieść.
– To nic, babciu. Chcę wiedzieć. Jestem już duża i zobaczysz, niczego się nie boję, ale tak bardzo tęsknię za tatą i za mamą! Może jak poznam ich historię, to poczuję sięlepiej?
Hanna skinęła głową i zamknęła oczy. Znów była małą dziewczynką biegającą poKrakowie.
Rok 1205, Polska, Kraków
Hanna przyglądała się z ciekawością zatrudnionym przy budowie muru robotnikom. Mężczyźni, pokrzykując do siebie, pracowali równym tempem, a niektórzy nawet i podśpiewywali pod nosem. Dziewczynka, obok polskiej mowy, słyszała też obco brzmiące dla niej słowa. Rozpoznawała wśród nich niemiecki, którego uczyła się już od paru lat, ale pozostałe były dla niej nieznane. Bardzo pragnęła je rozumieć i obiecywała sobie w myślach, że nauczy się wszystkich języków świata. Na razie jednak skupiała się na obserwowaniu pracowników. Cieszyła się, że mur powstanie. Ojciec powtarzał, że to pomoże chronić miasto przed najazdami wrogów. Kraków, będący stolicą kraju, rozwijał się bardzo dynamicznie. A Hania, chociaż ledwie dziesięcioletnia, zawsze z ogromną ciekawością przysłuchiwała się dorosłym rozprawiającym o tym, co dzieje się w okolicy. A w ciągu ostatniego czasu działo się wiele. Rodzice opowiadali jej, jak przed laty mieszkańcy Krakowa wypowiedzieli posłuszeństwo ówczesnemu księciu Mieszkowi1i zaprosili do grodu Kazimierza, kolejnego syna księcia Bolesława, zwanego Krzywoustym. Ponoć miał on krzywe usta i stąd nadano mu taki przydomek. Ojciec, gdy o nim opowiadał, to tak zabawnie mówił, jakby chciał pokazać, jaką wadę miał książę. Hania zawsze się śmiała, ale z zapartym tchem śledziła te opowieści i wyobrażała sobie, jak wiele musiało się dziać w grodzie. Wiedziała, że bracia toczyli walki o tron krakowski i kiedy Kazimierz opuścił na pewien czas miasto, Mieszko zajął Kraków i ogłosił się ponownie księciem krakowskim. Książę Kazimierz nie miał jednak zamiaru ustępować i wysłał jednego ze swoich wojów z zapaloną pochodnią na wały miasta. Ten krzyczał ponoć, że spali całe miasto, jeżeli mieszkańcy nie wpuszczą Kazimierza w jego mury. Strach przed pożarem sprawił, iż wpuszczono księcia Kazimierza z powrotem do Krakowa. Zaraz potem został otruty w czasie uczty, którą urządził dla książąt i wielmożów z całego państwa. Według opowieści świadków upił tylko niewielki łyk z kielicha i padł jak rażony piorunem od szybko działającej trucizny2. Na tronie zasiadł małoletni Leszek, który z przerwami rządził ziemią krakowską, by w końcu ustąpić tronu kolejnemu księciu z rodu Piastów. Dziewczyna widziała raz księcia, kiedy przejeżdżał wzdłuż Wisły, i zazdrościła tym wszystkim ludziom, którzy mogli przebywać w jego otoczeniu i żyli na zamku. Hannie marzyło się odwiedzenie Wawelu, który majaczył na wzgórzu nad Krakowem i o którym też uwielbiała słuchać. Ojciec powtarzał jej jednak, że nie każdy może wejść do zamku. On sam bywał tam jednak dość często. Jej ojcem był szanowany kupiec i powodziło im się naprawdę dobrze. Książę lubił otaczać się bogatymi mieszczanami, bo to w końcu ich złoto zasilało skarb królewski, bardzo zubożały przez lata licznych walk o przywództwo. Popierał więc handel i zapraszał kupców i rzemieślników. Dziad ojca, Maciej Wroński, przybył do grodu krakowskiego z Gniezna wiele lat temu i z powodzeniem zaczął handlować tkaninami. Jego profesję kontynuował syn, a wnuk rozwinął znacznie ten proceder, nie obawiając się wysyłać pracowników na dalekie szlaki europejskie z własnymi wyrobami. Był też głodny nowin, lubił inwestować w nowoczesne rozwiązania i oferował ludziom godziwe wynagrodzenie. Wielu możnych kupowało u niego materiały, mogli więc sobie pozwolić na pewne luksusy. Mieszkali w murowanym domu z niewielkimi oknami, ale przestronnymi izbami. Jerzy i jego żona Małgorzata należeli do krakowskiej elity i często gościli u siebie różnych ludzi. Mieli dwie córki, bliźniaczki Hanię i Jolantę. Po ciężkim porodzie, który Małgorzata nieomal przypłaciła życiem, nie mogła mieć już więcej dzieci. Rodzice rozpieszczali więc swoje pociechy, nie zapominając jednak o przekazaniu im wiedzy i wartości. Siostry dysponowały własną komnatą, w której mieściły się dwa łoża sprowadzane z Niemiec specjalnie dla nich i dwie pięknie zdobione, drewniane skrzynie, w których przechowywano suknie. Jolanta była od Hani starsza ledwie o kilka chwil i poza niewielkim znamieniem na lewej nodze, które miała Hania, trudno było je rozróżnić, choć nie było to niemożliwe. Jolanta miała niebieskie oczy i chłodne spojrzenie, barwa tęczówek Hani przechodziła z koloru niebieskiego w zieleń, co nadawało jej spojrzeniu pewnej głębi i tajemniczości. No i młodsza bliźniaczka była z reguły uśmiechnięta, ciekawska i chętna do nauki, starsza zaś skupiała się głównie na swoim wyglądzie, strojach i świecidełkach, którymi lubiła się ozdabiać od maleńkości. Matka rozróżniała dziewczynki niemal bezbłędnie, za to ojciec już nie miał takich zdolności i zdarzało mu się często mylić, co dziewczynki chętnie wykorzystywały, robiąc mu różne psikusy.
– Myślisz, siostro, że ten mur nas ochroni? – zapytała Hania Jolantę, wskazując wał obronny i pracujących przy nimmężczyzn.
– Kraków nie potrzebuje murów. Wszak jesteśmy stolicą kraju, potężnym miastem. Mamy dzielnych rycerzy i mądrego władcę. Nikt się nie ośmieli nas zaatakować – odrzekła trochę znudzona bliźniaczka. Jolanta nie rozumiała, czym jej siostra tak się zachwyca. Najchętniej by już wróciła do domu i pooglądała nowe suknie, które miała dostarczyć krawcowa, jednakże Hania się uparła, by poszły obserwować pracę robotników… i uległajej.
– Phi, tutaj akurat nie byłabym taka pewna. Tatuś mówi, że książę Władysław3 jest słaby, zbytnio ulega wpływom wojewody krakowskiego Mikołaja4i nie ma własnego zdania – stwierdziła Hania i sięuśmiechnęła.
– Co ty możesz o tym wiedzieć, Hanka? Jesteś dzieckiem. Książę to mądry i przystojny mężczyzna. Chciałabym zostać żoną takiego możnowładcy! Byłabymksiężną…
– Przecież możesz zostać żoną księcia. Tylko gdzie takiego spotkasz? A Władysław ponoć na strasznie chude nogi. No i ma żonę, a poza tym wiesz, jak goprzezywają?
– Nie mam pojęcia.
– Władysław Laskonogi! Chciałabyś być, Jolu, żoną księcia o przydomkuLaskonogi?
– Ależ ty, Hanka, jesteś czasami niemądra. Czy to ważne, jak będzie wyglądać twój mąż? Ma być majętny, a jeżeli jeszcze posiadałby tytuł książęcy, to mógłby wyglądać jak sam diabeł! – wykrzyknęła Jolanta.
Hania, widząc jej poważną minę, umilkła. Ona sama miała zupełnie inne zdanie. Nie mogłaby być żoną jakiegoś starca czy nudnego kupca. A tak naprawdę to wcale nie marzyła o byciu czyjąkolwiek małżonką.
– Wiesz, mama mówi, że szukają nam już z tatą mężów. Bo niedługo osiągniemy wiek odpowiedni do zamążpójścia… Ja jednak nie chciałabym wychodzić za mąż. Pragnę podróżować po świecie. Tata jeździ ze swoimi towarami do Pragi, był nawet w Paryżu, może więc i ja mogłabym do niego dołączyć? Tak bardzo chciałabym zobaczyć te miasta. Ponoć są o wiele bardziej rozwinięte niż nasz Kraków. Mają wiele ciekawych budowli do zobaczenia…
– Przecież jesteś dziewczyną. Musisz wyjść za mąż, mieć dzieci. Nie możesz podróżować po świecie, niewieście nie wypada. No i co ciekawego może być w podziwianiu budowli? – Jolanta prychnęła. Czasami zupełnie nie potrafiła zrozumieć swojej młodszej bliźniaczki.
– Mama powiada, że kobieta może też umieć pisać i czytać. A nawet powinna, bo wtedy będzie podporą dla męża. Przecież to matka prowadzi księgi naszemu ojcu. A tatko mówi, że nikt jej nie oszuka, tak sprawnie rachuje. Dlaczego więc ja nie mogłabym podróżować?
– Hanka, nie głupiej! Jako niewiasta powinnaś wyjść na mąż. I to najlepiej dobrze. Nie chciałabym cierpieć biedy, mając za męża jakiegoś niezdarę! Dlatego zostanę księżną albo chociaż hrabiną… – Jolanta uśmiechnęła się, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądać jako księżna. – Ale jeżeli chcesz, to oczywiście możesz sobie pisać, rachować i podróżować. Ja będę za to panią na zamku.
Hania popatrzyła na siostrę z uśmiechem i umilkła, spoglądając w niebo. Nagle usłyszała znajomygłos.
– Oj tak, miłe panie, będzie padać. Chmury kłębią się nad miastem. Radzę pięknym damom schować się lepiej pod jakimśdachem.
Piotrek, towarzysz zabaw dziewczynek, skłonił się dwornie przed nimi.
– Piotrek, gdzie byłeś? Czekałyśmy na ciebie. Chciałabym pójść nad Wisłę – powiedziała Hania, której deszcz nie odstraszałabsolutnie.
– Hanka, przecież słyszysz, co mówi Piotrek: ma padać. Mam na sobie piękną suknię, nie mogęzmoknąć.
– To idź do domu. A ja się przejdę z Piotrkiemsama.
Jolanta zmierzyła ich wzrokiem i zastanawiała się, co powinna zrobić. Nie chciała ich zostawiać samych. Piotr jej się podobał. Miał już trzynaście lat, był wysoki i przystojny. Czasami nawet zastanawiała się, czy nie wybrać go na męża. W końcu był giermkiem na dworze książęcym, mógłby więc nawet kiedyś zostać panem ziemskim. Nie chciała więc, żeby to jej siostra spędzała z nim czas. Jednakże strach przez deszczem w końcuzwyciężył.
– Ja nie pójdę z wami, ale wolałabym, żebyście mnie odprowadzili, mogę się zgubić w tym tłumie – powiedziała i uśmiechnęła się chytrze. Uznała, że w końcu zacznie padać i Hanka z Piotrkiem nie pójdą wcale nad Wisłę, bo mama nie zgodzi się nato.
– Przecież bardzo dobrze znasz drogę do domu – odparła Hania, zaskoczona trochę słowami siostry. Zresztą od jakiegoś czasu miała wrażenie, że zachowuje się ona dość dziwacznie w obecności ich przyjaciela, nie wiedziała tylko, jak ma z nią o tymporozmawiać.
– Hania ma rację, Jolu. Trafisz do domu bez problemu, a my naprawdę mamy ochotę na spacer – oznajmił Piotr i chwyciwszy Hanię za rękę, odciągnął ją od zdumionejJoli.
– A teraz biegnijmy, zanim Jola zauważy, że ją wykiwaliśmy – wyszeptał Piotr z łobuzerskim uśmiechem. Wyminęli zgrabnie kilka rozłożonych straganów na rynku i już po chwili znaleźli się nadrzeką.
– Uwielbiam tu przychodzić – powiedział chłopak i zdjął ciżemki. – Mogę na przykład zanurzyć stopy w wodzie i poczuć taką ulgę…
– Ja też lubię to robić! – Hania się roześmiała i zdjęła pantofelki. – Ale jakby mnie Jola zobaczyła, pewnie by mnie zrugała! Ona jest taka poważna…
– Wiem, Haniu.
– A skąd wiesz, że jestem Hanią? A nie Jolą? Przecież jesteśmy identyczne… Mogłabym cięoszukać!
– Zawsze potrafię was rozróżnić. Może i jesteście tej samej budowy. Macie obie kręcone włosy w podobnym kolorze. – Chłopak umilkł na chwilę i zamyślił się. – Jednakże ty masz odcień przypominający kolor zboża, zaś włosy Jolanty wpadają w rudy. Tylko z daleka wyglądają tak samo jak twoje. Wasze oczy też są inne, chociaż początkowo mogą wydawać się identyczne. Jeżeli człowiek zajrzy w twoje, to dostrzeże, że zmieniają czasami odcień: raz są niebieskie, a raz zielone. Masz też w spojrzeniu taką ciekawość świata, której twojej siostrze brakuje. Inaczej się wysławiacie, inaczej ruszacie. Jeżeli ktoś naprawdę uważnie patrzy, to dostrzeże różnicę od razu. Nigdy więc nie mogłabyś mnie oszukać – powiedział Piotrek i ochlapał jej twarz lodowatą wodą zWisły.
Hania zamyśliła się zdziwiona słowami przyjaciela. Jej samej wydawało się, że wyglądem są z Jolą nie do rozróżnienia, zaś Piotrek wykazał, że faktycznie różnią się od siebie nie tylko charakterami, o czym ona wiedziała dobrze. Nie spodziewała się jednak, że chłopak tak dokładnie będzie w stanie wskazaćróżnice.
– A czy na dworze nie planują jakiejś uczty? Chętnie bym posłuchała o przygotowaniach do niej! – Zmieszana dziewczynka zmieniła temat. – Wiesz, jakie jadło będzie podane, jakie dekoracje komnat są robione? Tak bardzo ci zazdroszczę, że możesz przebywać na Wawelu…
– Kiedyś cię tam zabiorę. Obiecuję. Mój pan, Klemens ze Złotoryi, jest bliskim towarzyszem księcia, więc na pewno przymkną oko na jego giermka, wprowadzającego swoją koleżankę na zamek. Ale jeszcze nie teraz. Jesteś zbyt młoda. Wprawdzie na zamku jest sporo panien służących w twoim wieku, ale one od małego są uczone, żeby pozostawać niewidocznymi dla wielkich panów czy rycerstwa. Ty zaś od razu rzuciłabyś się w oczy.
Hania znowu się zarumieniła. Piotrek tak dziwnie na nią patrzył, że trochę ją to spojrzenie onieśmielało, ale mimo to powiedziałaspokojnie:
– Wracajmy, chmury stają się coraz ciemniejsze. Jak zmoczę nową suknię, to mama na pewno nie będziezadowolona.
– Oczywiście, Haniu. Odprowadzę cię, a potem muszę zmykać. Mój pan jest wyrozumiały, ale nie lubi, kiedy za długo włóczę się pomieście.
Ujął dziewczynę za rękę i pobiegli, by zdążyć przed rozpoczynającą się ulewą. Przywitał się z ojcem Hani i Joli, który uśmiechnął się tylko z pobłażaniem na ich widok. Hania nie przejmowała się tym, że zmokła, tylko od razu zaczęła mu opowiadać, co widziała przy murach. Jerzy był zachwycony Hanią i jej podejściem do życia, chociaż zawsze starał się traktować obie córki sprawiedliwie. Jednakże to młodsza z bliźniaczek spędzała z nim więcej czasu, zadając mnóstwo pytań na temat kupieckiej działalności, podróżowania, miast, które odwiedzał, czy na temat sytuacji politycznej w kraju. Miała zaledwie dziesięć lat, a wszystko ją interesowało. Chętnie się też uczyła. Jolanta zaś skupiona była na strojeniu się i nic poza tym jej nie obchodziło. Starał się jednak kochać je tak samo i zamartwiał ich przyszłością. Szczególnie bał się o Hanię, czując, że nie podporządkuje się mężowi i nie da prowadzić za rączkę. Nie sądził, by trafiła na mężczyznę, który zaakceptuje jej inteligencję i pozwoli dziewczynie być sobą. Westchnął ciężko i modlił się, by jego córki zaznały w życiu tylkodobra.
1Mowa o buncie małopolskich możnych przeciwko Mieszkowi III Staremu. Kazimierz II Sprawiedliwy objął władzę w roku 1177 i panował w Krakowie jako książę zwierzchni Polski do swojej śmierci w 1194roku.
2Źródło „Wawel” autorstwa KamilaJanickiego.
3Mowa o Władysławie III Laskonogim, księciu wielkopolskim i krakowskim, panującym w latach 1202-1206, synu Mieszka IIIStarego.
4Wojewoda krakowski, Mikołaj z rodu Gryfitów, mianowany wojewodą za panowania Kazimierza Sprawiedliwego, po jego śmierci sprawował rządy w imieniu jego syna, małoletniego Leszka Białego, potem jednak nie wsparł swojego podopiecznego w walce o tron krakowski, a udzielił poparcia synowi Mieszka III – Władysławowi III.
Rok 1205, Francja, Clermont
Clermont było jednym z najstarszych miasteczek w kraju i hrabia de Perier, wasal władcy Owernii Gwidona, czuł niezwykłą dumę z tego, że jest ono jego dziedzictwem. Przodkowie dbali o rozwój miasta, więc i on robił wszystko, by nie utraciło świetności. Było położone u stóp wygasłych wulkanów5, a w jego pobliżu miała miejsce jedna z najkrwawszych bitew, w której to Juliusz Cezar starł się pod Plateau de Gergovie z wojskami Wercyngetoryksa6, legendarnego galijskiego przywódcy Arwenów. Obecni mieszkańcy tych ziem byli potomkami tego walecznego plemienia i hrabia często powtarzał swoim synom, Julianowi i Filipowi, że płynie w nich krew prawdziwych wojowników, a ich przodkowie stawili opór samemu wielkiemu Juliuszowi Cezarowi, a nie poddali się cesarstwu rzymskiemu jak inne okoliczne plemiona. Jego synowie śmiali się z tych opowieści, ale nieraz odgrywali potyczki pomiędzy Juliuszem Cezarem a wojownikiem galijskim. Obaj zawsze chcieli być Wercygentoryksem. Z reguły, jako starszy, zwyciężał Julian, ale czasami pozwalał bratu wcielić się w rolę galijskiego wodza.
Franciszek de Perier doszedł do wzniesionej przed laty Katedry Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, gdyż potrzebował siępomodlić.
Martwił go młodszy syn i fakt, iż nie mógł mu za wieleprzekazać.
Wszystkie ziemie z racji starszeństwa miały trafić w ręce Juliana, nie znał jednak odpowiednio posażnej panny, która mogłaby zostać żoną Filipa, a i stan duchowny nie stanowił dobrego wyjścia. Ciekawy życia i wygadany Filip nie nadawał się bowiem na księdza czy mnicha zamkniętego za murami klasztornymi. Liczył, że modlitwa pomoże mu zdecydować, co zrobić z młodszym synem. Wszedł do katedry i westchnął. To tutaj w tysiąc dziewięćdziesiątym piątym roku papież Urban7 nawoływał rycerstwo francuskie do walki z niewiernymi i stąd ruszyła pierwsza krucjata mająca oswobodzić Ziemię Świętą. I chociaż minęło już przeszło sto lat od tego wydarzenia, Franciszek potrafił wyobrazić sobie, jak doniosła musiała to być chwila. Ponoć papież zachęcał do walki, mówiąc, iż to piękna rzecz umrzeć za Chrystusa w mieście, w którym i on umarł za nasze grzechy. Prosił zwaśnione francuskie rody o zaprzestanie walk między sobą i ruszenie do Ziemi Świętej, by zbawić ten kraj od złej rasy8.
Franciszek wierzył w przesłanie papieskie i dlatego również on walczył w Królestwie Jerozolimskim o uwolnienie Grobu Pańskiego z rąk innowierców. Ciężkie to były czasy, przepełnione śmiercią towarzyszy, strachem przed siłami wroga, ale też męskimi przyjaźniami, które przetrwały wiele lat. Uśmiechnął się na myśl o swoich dawnych towarzyszach. Z tymi wspomnieniami wszedł do kościoła i zajął przynależne mu w jednej z pierwszych ław miejsce. Nie zaczął się modlić, gdyż jego wzrok spoczął na leżącej na posadzce sylwetce. Franciszek od razu rozpoznał biały płaszcz templariuszy z charakterystycznym czerwonym krzyżem. Minęło już dziesięć lat, od kiedy sam opuścił szeregi zakonu, jednakże ten strój rozpoznałby wszędzie. Nie był zakonnikiem, przebywał w szeregach templariuszy w roli brata żonatego9i chociaż cieszył się, że mógł zająć się swoimi włościami po zakończeniu ostatniej krucjaty i odbyciu służby w zakonie, to czasami brakowało mu tych czasów, kiedy bronił pielgrzymów i szlaków wiodących do ziemiświętej.
Zakonnik długo leżał na posadzce katedry, a kiedy wreszcie się podniósł, Franciszek rozpoznał w nim Filipa du Plaissis, swojego dawnego towarzysza, ale przede wszystkim przyjaciela, obecnie pełniącego funkcję wielkiego mistrza zakonu templariuszy. Dawno się nie widzieli: Filip postarzał się znacznie, jednakże Franciszek nie miał wątpliwości i uśmiechnął się do mężczyzny. Mistrz dostrzegł go i pokazał, by wyszli na zewnątrzkościoła.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekł mężczyzna do Franciszka, a ten mu odpowiedział wzruszonymgłosem:
– Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam10!
– Nie zapomniałeś bracie naszego przywitania – odparł i serdecznie uściskał przyjaciela. Nigdy nie zważał na swoją pozycję, jeżeli chodziło o ukochanych ludzi. A Franciszek był szczególnie bliski jegosercu.
– Tego, czcigodny mistrzu, się niezapomina.
– Nie nazywaj mnie w ten sposób, Franciszku. Jestem Filipem. Twoim dawnym towarzyszem. Ale też i przyjacielem.
– Wiem, Filipie. Jednakże niezwykle cenię sobie rangę twojego stanowiska. Templariusze byli dla mnie rodziną. Ty byłeś mi bratem. I cieszę się, że tak wysoko zaszedłeś w ich szeregach. Obaj wybraliśmy inną drogę życiową, brakowało mi jednak ciebie bardzo. Skoro się tutaj spotkaliśmy, to zapraszam cię do nas na wieczerzę. Domyślam się, że spraw pewnie wiele na twojej głowie, ale mam nadzieję, że do nas zajrzysz. Aleksandra bardzo ucieszy się na twójwidok.
– Z radością przyjmę to zaproszenie, przyjacielu. Odwiedzam francuskie prowincje, sprawdzając, jak sobie radzą nasi bracia. Jest nas coraz więcej, Franciszku, i cieszy to moje serce, ale wymaga większej kontroli… Zakon rośnie w siłę i potrzebuje światłych i wykształconych ludzi. Widzisz, kiedy powstał Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona 11i kiedy Baldwin II12 przekazał Hugonowi de Payens13 Świątynię Jerozolimską jako miejsce przeznaczone na siedzibę naszego zgromadzenia, rozpoczął się nowy rozdział w historii kościoła. Założyciel zakonu i jego towarzysze złożyli patriarchom Jerozolimy śluby ubóstwa, czystości, posłuszeństwa i obietnicę walki za wiarę. Początkowo faktycznie broniliśmy szlaków i pielgrzymujących ludzi. I stawialiśmy się na wezwania w czasie każdej wyprawy krzyżowej. Zarówno my templariusze, jak i szpitalnicy 14. Ci drudzy w całości oddają się Bogu i jego owieczkom, opiekując się chorymi, biednymi i rannymi w Królestwie Jerozolimskim. Nasi bracia… boję się, Franciszku, że nie wszyscy przestrzegają reguł. Dochodzą mnie słuchy o łamaniu ślubów czy gromadzeniu bogactw nie ku chwale Pana, ale dla własnych potrzeb. Mamy wiele twierdz, budujemy zamki i kościoły, na to potrzebne jest nam złoto. Pragnę, by każdy członek zakonu to rozumiał. Jednakże to złoto ma służyć dobru ogółu, a nie jednostce. Musimy mieć pieniądze na konie, na broń i na nasze zamki, jednakże nie powinniśmy sami się bogacić. Jesteśmy wszak zakonem Rycerzy Ubogich. Nasza reguła, która powstała na bazie tej cysterskiej i pod duchowym przewodnictwem wielkiego Bernarda Clairvaux mówi wyraźnie Memento Finis15, a niektórzy bracia zupełnie o tym zapominają, skupiając się na tym, codoczesne.
– Masz rację, drogi przyjacielu. Ale dobrze wiesz, że splendor walki przyciąga do was ludzi. Nie każdy chce składać śluby, nie każdy potrafi być posłuszny i żyć w ubóstwie. Pragną jednak walczyć o Grób Pański w szeregach najlepszych francuskich rycerzy. Nie zaprzeczajmy bowiem, że Templariusze to zakonnicy, ale też i świetnie przeszkolone rycerstwo. Sam nie składałem ślubów czystości, jednakże mogłem nazywać się waszymbratem.
– Ech, może i masz rację. Stary już jestem i coraz mniej mi się ten świat podoba, Franciszku. Nie mogę się jednak poddać. Nasz Pan Jezus Chrystus umarł za nasze grzechy, nie możemy więc pozwolić, by jego grób został pozbawiony opieki i ochrony. Przybędę wieczorem, jeżeli twoje zaproszenie jest aktualne, i porozmawiamy w spokoju. Jest jeszcze jedna sprawa, w której będę potrzebował twojej rady… Lepiej jednak porozmawiać o tym w murach twojego domostwa, gdzie nikt niepowołany nas nieusłyszy…
Zaintrygowany Franciszek skinął głową i chciał ucałować pierścień na dłoni mistrza, ale Filip nie pozwolił na to. Nie lubił tego gestu. Uważał, że jest prostym zakonnikiem i nie jest godzien takiego traktowania. W jego oczach jedynie papież albo król byli godni całowania wrękę.
***
Kiedy Franciszek wspomniał żonie, kto przybędzie do nich na wieczerzę, najpierw na niego nakrzyczała, że za późno daje jej znać o tak znakomitym gościu, potem jednak rzuciła się w wir przygotowań, wydając służbie polecenia. Zmusiła chłopców do założenia najlepszych ubrań, sprawdziła osobiście, czy sala jadalna została dokładnie wyprzątnięta i wywietrzona, a stół wypolerowany i nakryty świeżym, białym obrusem. Kazała służbie przygotować najlepszą zastawę, w kuchni gotowano dwie zupy, jedną rybną, specjalność tego regionu, a drugą warzywną. Przygotowano też wiele świeżych warzyw, dziczyznę, ryby i kasze. Aleksandra odetchnęła z ulgą i sama przywdziała najpiękniejszą suknię; w końcu tak rzadko odwiedzali ich dostojnicy pokroju wielkiego mistrza zakonu Templariuszy. Pamiętała Filipa du Plaissis z dawnych lat i ciekawa była, czy bardzo się zmienił.
Gość zjawił się przed wieczorem i wylewnie przywitał z całąrodziną.
– Droga Aleksandro, twoja uroda rozkwita z każdym rokiem. Gdybym nie wybrał życia w czystości, ku chwale Pana Naszego, chciałbym mieć taką żonę u swegoboku.
Kobieta zarumieniła się i dygnęła zszacunkiem.
– Dziękuję, wielki mistrzu, za te słowa, ale oboje wiemy, że lata lecą. I to w naszych dzieciach nadzieja na przyszłość. Poznaj, proszę, Juliana, naszego pierworodnego i Filipa, twojego imiennika. Kiedy się narodził, bardzo pragnęliśmy, byś został jego ojcem chrzestnym, jednakże byłeś wtedy w Jerozolimie, a my z chrztem czekać nie mogliśmy… Zawsze jednak w myślach nazywamy cię jego ojcemchrzestnym.
Aleksandra zadrżała na wspomnienie zbyt wczesnych narodzin syna i tego, jak bardzo bała się o jego życie. Akuszerka przyjmująca poród powiedziała, że wcześniaki rzadko dożywają roku, codziennie modliła się więc żarliwie o zdrowie dla młodszego syna. Teraz, w wieku piętnastu lat, był rosłym, dobrze zbudowanym i urodziwym młodzieńcem. Dumna była, że takwyrósł.
– Wiem, moja droga. Bóg jednak miał wobec mnie inne plany. Cieszę się, że wasi synowie są w pełni sił i w zdrowiu.
– Usiądźmy do stołu, a potem porozmawiamy – wtrącił się Franciszek. – Na pewno jesteś głodny i spragniony po takim ciężkim dniu, Filipie. Musisz pamiętać, że trzeba sięoszczędzać…
Filip du Plaissis uśmiechnął się tylko i wspólnie zasiedli do stołu, zmówili modlitwę i zaczęliwieczerzać.
– Moi drodzy, jedzenie jest wyśmienite, nie przywykłem do takich dań – odezwał się wielki mistrz i uśmiechnął do swoich gospodarzy. – I tak bym was odwiedził, gdyż myślałem wiele o tobie, Franciszku, o twojej dzielności i poświęceniu w czasach, kiedy ramię w ramię walczyliśmy w imieniu Pana. I chciałbym, żeby twój syn dołączył do mnie, jako giermek i towarzysz. Potrzebuję kogoś młodego i pełnego zapału, ale też zaufanego… Wiem, że Julian, wyznaczony na twojego dziedzica, musi zostać, by uczyć się pilnie, jak zarządzać majątkiem. Jeżeli jednakże nie macie planów co domłodszego…
Filip du Plaissis spojrzał ukradkiem na swojego młodego imiennika i dostrzegł w jego oczach taką radość i chęć do przygód, że poczuł, iż dokonał właściwegowyboru.
– To wielki zaszczyt dla nas, przyjacielu – odezwał się wzruszony Franciszek, bo lepszego losu dla swojego syna nie mógł sobie wymarzyć.
– A ty, Aleksandro, co sądzisz? – zapytał Filip hrabinę, a ta chwilkęmilczała.
– Ja drżę o moich synów jak każda matka. Potrafię jednak rozpoznać szansę, jaką dajesz swoją szlachetną propozycją mojemu synowi. Jednakże chciałabym, żeby i on zabrał głos. Filipie – zwróciła się do młodszego syna – czy pragniesz zostać giermkiem wielkiegomistrza?
– Wielę podróżuję, mój drogi, więc może to być uciążliwe i męczące. Czasami trzeba spać pod gołym niebem, no i dużo ćwiczyć, bo każdy w zakonie powinien dobrze władaćmieczem.
– Wielki mistrzu, to prawdziwy zaszczyt dla mnie, mogę z tobą wyruszyć choćby i dziś! – wykrzyknął entuzjastycznie młodzieniec i przejęty wstał odstołu.
– Usiądź, Filipie, jeszcze nigdzie nie wyruszamy. Cieszę się, że chcesz do mnie dołączyć. Znajdziecie, Franciszku, jakiegoś konia dla niego? Nie jestemprzygotowany…
– Filipie, przyjacielu, mój syn dostanie konia, miecz i zbroję, no i oczywiście złoto na drogę. Nie jestem w stanie zapewnić mu ziemi, ale mogę chociaż wyposażyć go najlepiej jak potrafię i nie zostanie biednymrycerzem.
– Cudowna to wiadomość, jednak wikt i odzienie zapewni mu zakon, więc tym się nie frasuj. W przyszłą niedzielę odprawiam w katedrze mszę świętą, przez te parę dni czeka mnie jeszcze kilka miasteczek do odwiedzenia w Owernii, a i do samego Gideona zaglądnąć z wizytą wypada. Wiesz, że zawsze byłem zwolennikiem porozumiewania się z każdym z władców. Króla trzeba mieć za sobą i owszem, ale to przede wszystkim książęta i ich wpływy są nam potrzebne… Po mszy świętej chciałbym więc ruszać dalej. Przede mną jeszcze Burgundia, Limousin, a potem Hiszpania iJerozolima.
– Nasz syn będzie gotowy – odrzekła Aleksandra i w myślach przygotowywała mu już wyprawę. Bała się o niego, widziała jednak, jak bardzo jest szczęśliwy, więc nie rzekła słowasprzeciwu.
– A ty, Julianie, nie będziesz zazdrościł bratu? – odezwał się Filip du Plaissis do starszegobrata.
– Ja, wielki mistrzu, kocham tę ziemię. Lepszy ze mnie zarządca niż rycerz, ale oczywiście, gdy trzeba będzie bronić honoru ojczyzny, to stanę do walki. Poznałem też pewną dziewczynę… i nasi rodzice rozmawiają o ewentualnym ożenku. Mam już w końcu osiemnaście lat. Wolę skupić się na rodzinie i nauce o swoich włościach. Filip zaś na pewno doceni wędrowne życie i będziesz z niego, panie, niezwyklerad.
– Niezwykła mądrość przez ciebie przemawia, rodzice dobrze was wychowali.
Julian zarumienił się na słowa pochwały, a Aleksandra i Franciszek poczuli niezwykłą dumę, iż mają tak dobrze ułożonychsynów.
Rozmawiali jeszcze przy stole o tym, że ziemia obrodziła wyjątkowo dobrze w tym roku i o królu Filipie Auguście, który dawał się podpuścić papieżowi i skłaniał ku ogłoszeniu krucjaty przeciwko katarom16, zamieszkującym głównie południową częśćFrancji.
Aleksandra bała się, żeby nie doszło do walk. Nie chciała, żeby jej mąż czy syn zmuszeni byli do zabijania rodaków, tylko dlatego, że inaczej wyobrażali sobie Boga. Również wielki mistrz uważał, że miecz nie jest dobrym sposobem na pokazanie, która religia jest ważniejsza.
– Możemy jedynie liczyć na to – odrzekł spokojnie Franciszek – iż nasz miłościwie panujący Filip August, obłożony klątwą papieską za cudzołożenie z Agnieszką z Meran i za oddalenie swojej prawowitej małżonki, nie zechce popierać sprawy papieskiej. A jak wiemy, papież pragnie wyplenieniaherezji.
– Franciszku, mój drogi. Ojciec święty nie popiera herezji, nie jest jednak za tym, by zabijać niewinnych ludzi. Zwłaszcza że u jego boku ostatnio można spotkać niezwykle natchnionego człowieka. To twójimiennik.
– Mójimiennik?
– Zwie się Franciszek z Asyżu. Ten człowiek porzucił cały swój majątek i wędruje po Italii, namawiając ludzi do życia w ubóstwie i w czystości. Wielu braci już przy sobie zgromadził. Byłby z niego dobry templariusz, przeciwny on jednak walce. Niektórzy się więc z niego śmieją, papież gosłucha.
– Ciekawe jest to, co mówisz, Filipie. – Aleksandra uśmiechnęła się i zamyśliła. Troska o syna zwyciężyła i zaczęła się obawiać o jegolos.
– Moi kochani, musimy się po prostu modlić, by nasz dobry król nie dał ucha złym podszeptom, ale tym dobrym i wrócił na ścieżkę bogobojnego życia. Nie godzi się bowiem mężczyźnie odsuwać żony poślubionej przed Panem. – Filip westchnął, wstając od stołu. – Dziękuję wam za cudowną wieczerzę, muszę się jednak pożegnać. Późno się zrobiło, ciemno już, a muszę trafić do klasztoru, gdzie mamnocleg.
– Nie ma mowy, Filipie, żebyś po nocy podróżował sam konno – stwierdziła Aleksandra. – Kazałam przygotować dla ciebie komnatę, wyruszysz rano, zaraz po śniadaniu, jeżeli ci sięspieszy.
– Nie śmiem sprzeciwiać się pięknej Aleksandrze! – Filip się roześmiał. – W takim razie udam się na spoczynek, muszę się jeszcze pomodlić przed snem. Franciszku, wskażesz midrogę?
Aleksandra wyczuła, że mężczyźni chcą ze sobą porozmawiać na osobności, więc podniosła sięszybko.
– Dajcie mi jeszcze chwilę, sprawdzę, czy wszystko gotowe, a wy, panowie – zwróciła się do swoich synów – proszę już iść do swoich komnat. Pora na modlitwę i nasen.
Julian i Filip pożegnali się z gościem i poszli do swoichizb.
– Twoja żona to nie tylko piękna, ale przede wszystkim niezwykle mądra kobieta. Od razu wyczuła, że muszę z tobą porozmawiać na osobności. Pamiętasz to znalezisko, wiesz, to, które ukryliśmy wJerozolimie?
Franciszek skinął głową.
– Ja… uznałem, że na razie powinno tam zostać. Jednak, gdy twój syn będzie starszy, to on będzie musiał wywieźć ten skarb z Ziemi Świętej. Długo tego miejsca nie utrzymamy w swoichrękach…
– Ale czemuFilip?
– Bo jest twoim synem i wyczuwam w nim człowieka czystego serca. Nie połakomi się na ten skarb, ale uchroni go przed chciwością świata. Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdybyśmy ogłosili, iż mamy w swoich rękach kielich Pański? Każdy pragnąłby go mieć, licząc na ogromną władzę, którą to naczynie ze sobą niesie. Nie możemy dopuścić do walk w świecie chrześcijańskim. Nie może też zostać w Jerozolimie. Filip da radę. Będę go obserwował, czuję jednak, że jest on godzien tej misji jak niktinny.
– Przecież ledwo go znasz, przyjacielu… Nie wiesz, czy to dobry chłopak. Wzruszony jestem jednak bardzo twoim wyborem, bracie.
– Przecież to twój syn. Musi być dobry, tak jak i ty. Jeżeli umrę, to musisz mu wszystko powiedzieć. Nie zapomnij, przyjacielu.
– Długo jeszcze pożyjesz, ale przysięgam: niezapomnę.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i rozeszli się do swoichkomnat.
***
Młody Filip de Perier długo nie mógł zasnąć tej nocy. Przewracał się z boku na bok i wyobrażał sobie cudowne przygody, które go czekają. Nigdy nie marzył o tym, że będzie mu dane poznać wielkiego mistrza zakonu templariuszy, przyjaciela ojca, a ten nie tylko zjawił się w ich domu, ale jeszcze zaproponował mu taką funkcję. Młodzieniec był tak spragniony przygód, że nie mógł się już doczekać ich wspólnejwędrówki.
5Mowa o wygasłych wulkanach u stóp Masywu Centralnego, najsłynniejszym z nich jest Puy deDôme.
6Miejsce bitwy jestdomniemane.
7UrbanII.
8Źródło Katedra w Clermont Rad t-Ferrand – Pośród wulkanów – sekulada.com.
9Żonaci mężczyźni mogli również służyć w zakonie na okrestymczasowy.
10„Nie nam, Panie, nie nam, lecz Twemu imieniu daj chwałę” – motto Templariuszy, Psalm 115, 1.
11Z francuskiego Pauvres Chevaliers du Christ et du Temple de Salomon, zwani potocznie les Templiers, stąd w języku polskim funkcjonuje nazwaTemplariusze.
12Suzeren wszystkich państw łacińskich na Bliskim Wschodzie, rycerz lotaryński, uczestnik I wyprawy krzyżowej, hrabia Edessy, królJerozolimy.
13Założyciel zakonu, rycerz zSzampanii.
14Nazwa używana dla zakonów zajmujących się chorymi i rannymi w czasie wypraw krzyżowych na ziemię świętą, najczęściej określa się tym mianem joannitów i lazarytów, dwóch zakonów rycerskich powstałych w 1098roku.
15Z łac. „pamiętaj o końcu”.
16Król Filip August poparł krucjatę i papieża Innocentego III i w 1209 roku zgodził się w końcu na wyprawę krzyżową przeciwko katarom, którzy uznawani są w historii za jedną z pierwszych sekt.
