Grzechy przodków - Ewa Lange - ebook + książka

Grzechy przodków ebook

Ewa Lange

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Są historie i ludzie, o których przeszłość nigdy nie zapomina…

Rok 1923. Rodzina Hardenbergów zasiada do skromnej kolacji wigilijnej, naznaczonej cieniem klęski Niemiec po Wielkiej Wojnie. W ich życie stopniowo przenika rodząca się ideologia narodowosocjalistyczna, skłaniając ich do zaangażowania się w działalność na rzecz młodego polityka – Adolfa Hitlera.

Rok 2000. Klaudia Borzym żegna zmarłą siostrę, z którą od lat nie utrzymywała kontaktu. Wkrótce po pogrzebie natrafia na ślady rodzinnej historii, przez lata starannie przed nią ukrywanej. Dociera do prawdy, która sięga lat okupacji i niemieckiej rodziny, z którą pozornie nic jej nie łączy. Zaczyna wierzyć, że to wszystko jest spełnieniem przepowiedni cygańskiej wróżki, która przed laty wypowiedziała nad nią zdanie brzmiące jak klątwa.

Na jaw wychodzą grzechy przodków, które niczym echo powracają w życiu Klaudii. Czy uda jej się oszukać przeznaczenie?

Poruszająca opowieść o bezwarunkowej miłości matki, rozdzierających serce rodzinnych tajemnicach oraz wojennych wyborach, których konsekwencje spadają na kolejne pokolenia.

Anna Rybakiewicz

Jeśli mówić o literaturze, w której bohaterowie wydają się boleśnie prawdziwi, Ewa Lange osiąga w tym mistrzostwo.

Sylwia Winnik

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 305

Data ważności licencji: 7/1/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładkiANNA SLOTORSZ / artnovo.pl

Fotografia na okładce Gatherina/Adobe Stock Armanda/Adobe Stock Gaborphotos/Adobe Stock Polyform/Adobe Stock Oleksandra/Adobe Stock Darkbird/Adobe Stock Murhena/Adobe Stock

Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA

RedakcjaMONIKA KRZYWOSZYŃSKA

KorektaANNA KURZYCA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Ewa Lange, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-7191-7

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Rodzicom

Przeszłość potrafi nas dopaść znienacka,

nawet jeśli przez całe życie staraliśmy się o niej zapomnieć.

Guillaume Musso, Potem...

1TERAZKwiecień 2000

Orszak pogrzebowy, składający się z kilkunastu osób, otaczał miejsce, w którym za chwilę miała zostać złożona trumna. Słowa jednej z ostatnich pieśni ucichły. Kapłan, naprzeciwko którego stał ministrant z wysokim krzyżem, odezwał się po raz kolejny:

– Niech Bóg da tobie pić ze źródła wody życia. – Po czym wyciągnął kropidło i poświęcił grób. Sięgnął po grudkę ziemi i rzucając ją na trumnę, dodał: – Prochem jesteś i w proch się obrócisz, ale Pan cię wskrzesi w dniu ostatecznym. Odpoczywaj w pokoju.

Zapanowała cisza, przerywana tylko szelestem liści i nieśmiałym śpiewem ptaków witających wiosnę.

– Złożymy teraz ciało naszej siostry w grobie – mówił ksiądz do mikrofonu. Jego głos niósł się po okolicy. – Ponieważ Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy z umarłych i odnowi nasze śmiertelne ciała na podobieństwo swojego, ufamy, że wskrzesi ciało Wiktorii, gdy przyjdzie w chwale.

Następnie rozbrzmiała pieśń do Najświętszej Maryi Panny. Czterej mężczyźni ubrani w czarne garnitury i białe rękawiczki opuścili jasną sosnową trumnę do grobu. Po zasypaniu go zaczęli układać wieńce i kwiaty przyozdobione pogrzebowymi szarfami.

Klaudia Borzym stała nieopodal kapłana i przyglądała się wszystkiemu przez ciemne okulary. Ubrana w odpowiednią na tę ceremonię czarną sukienkę, stała jak posąg. Spazmatyczny szloch, który powinien pojawić się podczas ostatniego pożegnania siostry, nie nadchodził. Zastanawiała się, czy łzy w takich sytuacjach napływają same. Jeśli tak, to ona najwyraźniej stanowiła wyjątek od reguły. Ani pieśni, ani płacz innych osób, ani nawet widok trumny, w której leżała martwa Wiktoria, nie były wystarczająco silnymi bodźcami. Tego właśnie się obawiała – swojego braku reakcji. Jakiejkolwiek. W duchu cieszyła się, że wychodząc z domu, w ostatniej chwili złapała okulary przeciwsłoneczne, które pozwoliły jej ukryć obojętność.

– Trzymasz się, kochana? – Milena podeszła i objęła ją lekko ramieniem. Klaudia drgnęła mimowolnie, co nie uszło uwadze przyjaciółki. – Dasz radę? Zaraz koniec.

Klaudia lekko pokiwała głową. Jeszcze tylko stypa i będzie mogła wrócić do domu, zaszyć się w swoich czterech ścianach i zapomnieć o tym całym przedstawieniu.

Rozbrzmiewały ostatnie dźwięki Salve Regina. Do Klaudii zaczęli podchodzić żałobnicy. Słuchała ich słów pocieszenia i współczucia. Cicho dziękowała lub lekko kiwała głową. „Nie znam tych ludzi”, pomyślała, gdy podeszła do niej kolejna osoba. Starsza kobieta objęła ją nagle, jakby rozmawiały zaledwie wczoraj. Klaudii wydało się to groteskowe.

– Bardzo mi przykro – powiedziała nieznajoma, wypuszczając ją z objęć i ocierając wierzchem dłoni łzy. – Nazywam się Stasia Malek. Byłam sąsiadką Wiktorii.

– Dziękuję – wydukała Klaudia. Nie była w stanie zdobyć się na nic więcej. Szkoda, że nie potrafiła płakać na zawołanie.

– Wszyscy bardzo lubiliśmy twoją siostrę. – Wysoki mężczyzna złapał Klaudię za oba ramiona i przyłożył twarz do jej policzka. Poczuła jego ostry zarost, który otarł się o jej skórę. – Będzie nam jej brakowało.

– Mnie także – skłamała, licząc w duchu, że kondolencje niedługo się skończą. Nie wiedziała, ile udawania jeszcze wytrzyma.

W końcu padły ostatnie słowa: „Wejrzyj na grzesznych, Matko jedyna, / Sławimy Ciebie: Salve Regina!”.

Na koniec przemówiła Milena. Wyraziła wdzięczność przybyłym za obecność i wsparcie podczas pogrzebu. Jak stwierdziła, żywi nadzieję, że Wiktoria jest teraz w lepszym miejscu. Klaudia spojrzała na przyjaciółkę i raz jeszcze podziękowała jej w duchu za wyręczenie w tej krępującej sytuacji. Odetchnęła z ulgą, gdy Milena oddała mikrofon.

Stypę zorganizowano w niewielkiej restauracji niedaleko cmentarza, do której żałobnicy mogli dotrzeć pieszo. Klaudia nie spodziewała się zbyt wielu osób. Z zaskoczeniem obserwowała zgromadzonych przy stolikach ludzi. Rozejrzała się po sali, ale nie dostrzegła żadnej znajomej twarzy. Zarówno ojciec, jak i matka nie mieli rodzeństwa, a po ich śmierci zostały z Wiktorią same. A teraz była już tylko ona.

Z dalszej rodziny nikt się nie zjawił. Salę wypełniały głosy, lecz wszystkie wydawały się Klaudii obce. Rozmowy prowadzono po cichu, z szacunkiem i ciepłem, jak to wśród ludzi, którzy znali się od lat i mieli wspólne wspomnienia.

Siedziała przy stoliku obok Mileny i jej męża Filipa. Czuła się jak widz w teatrze, obserwujący wszystko z oddali. A przecież to ona powinna być główną bohaterką tego smutnego spektaklu.

Obecni sprawiali wrażenie, jakby tworzyli zamknięty krąg. Sposób, w jaki zwracali się do siebie nawzajem, krótkie gesty, spojrzenia pełne zrozumienia – to wszystko świadczyło o zażyłości, która z każdą chwilą coraz bardziej Klaudii ciążyła. Narastał w niej smutek – trudny do określenia, ale boleśnie wyraźny.

To przecież ona była rodziną Wiktorii. Powinna znać ludzi, którzy przyszli pożegnać jej siostrę, podtrzymać jej pamięć, towarzyszyć zmarłej w ostatniej drodze. Zamiast tego siedziała wśród obcych, jakby znalazła się w czyimś życiu przez pomyłkę, i w myślach odliczała minuty do zakończenia stypy.

W końcu żałobnicy zaczęli się żegnać i powoli wychodzić. Niektórzy jeszcze kończyli ostatnie rozmowy. W pewnym momencie do Klaudii podeszła pulchna kobieta o łagodnym spojrzeniu.

– Bardzo mi przykro z powodu śmierci pani siostry – powiedziała cicho, dotykając lekko jej dłoni. – To była naprawdę sympatyczna i ciepła osoba.

– Miło mi to słyszeć – odparła Klaudia, sięgając do zakamarków pamięci, by dopasować twarz kobiety do jakiegoś wspomnienia. Nie miała jednak co się oszukiwać – nigdy wcześniej nie widziała jej na oczy.

– Nie znamy się – ciągnęła kobieta, gdy mimika twarzy jej rozmówczyni zdradziła dezorientację. – Jestem pielęgniarką. Pracuję w szpitalu, w którym Wiktoria się leczyła. Nazywam się Ludwika Pietrek.

– Dobrze ją pani znała? – zapytała Klaudia.

– Poniekąd. Myślę nawet, że się przyjaźniłyśmy. Siostra nigdy o mnie nie wspominała?

– A powinna?

Klaudia nie kryła zaskoczenia. Wiktoria zmarła z powodu choroby niedokrwiennej serca i przebytego wcześniej zawału. Podała Klaudię jako osobę kontaktową w razie swojej śmierci. Jedna z sąsiadek odwiedziła Wiktorię kilka dni temu. To właśnie ona wezwała karetkę. Siostra w szpitalu przebywała zaledwie trzy doby, po czym odeszła. Taką wersję przedstawił Klaudii lekarz prowadzący. Czy Wiktoria mogła w tak krótkim czasie kogoś dobrze poznać, a do tego się z nim zaprzyjaźnić? Wątpliwe.

– Chyba nie utrzymywałyście bliskich kontaktów, prawda? – Ludwika ściągnęła brwi, jakby właśnie dotarły do niej te niezbite fakty.

– To skomplikowane – stwierdziła Klaudia. Nie wiedziała, po co tłumaczy się tej kobiecie, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, by kontynuować tę rozmowę.

Pietrek pokiwała głową. Na jej twarzy pojawił się grymas bólu.

– Wierzę. Wiktoria była samotniczką. Sąsiedzi ją uwielbiali, co widać po liczbie żałobników... Jednak w szpitalu rzadko integrowała się z pozostałymi pacjentkami. Miała grono znajomych, kilka koleżanek, ale wie pani, jak to jest... – Zawiesiła na chwilę głos, błądząc wzrokiem gdzieś po ścianie. – Demony przeszłości nie dawały jej żyć.

Na dźwięk ostatnich słów Klaudię aż zmroziło. O czym ta kobieta mówi?

– Przepraszam – powiedziała, potrząsając lekko głową – ale chyba straciłam wątek. O jakim szpitalu pani mówi?

Kobieta otworzyła szeroko oczy i rozchyliła usta. Była wyraźnie zaskoczona pytaniem.

– O jakim szpitalu? – powtórzyła, akcentując każde słowo. – Chyba teraz rozumiem, dlaczego pani nigdy nie odwiedziła Wiktorii.

– Odwiedziła gdzie? – Klaudia powoli zaczynała tracić cierpliwość.

– W szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych w Krotoninie.

Klaudia zamilkła. Musiała przetrawić usłyszaną właśnie wiadomość, która w pierwszej chwili zabrzmiała niedorzecznie i absurdalnie. Fakty były takie, że nie utrzymywała z siostrą żadnych kontaktów. Ostatni raz widziały się, gdy Klaudia była jeszcze dzieckiem. Przez ten czas w życiu Wiktorii mogło się wiele wydarzyć.

– Widzę, że panią zaskoczyłam – odezwała się pielęgniarka, unosząc ze zdziwieniem brwi. Klaudia zrozumiała, że kobieta oczekuje jakiejś reakcji, ale nic nie zrobiła. Po chwili przerwy Ludwika kontynuowała: – Wiktoria przebywała u nas blisko cztery lata, z krótszymi i dłuższymi przerwami. Ostatni raz była w Krotoninie pod koniec ubiegłego roku. W styczniu pozwolono jej wrócić do domu.

Klaudia poczuła, że ściska jej się żołądek. Każde kolejne słowo brzmiało jak echo z życia kogoś obcego, a przecież rozmawiały o jej siostrze. Przez chwilę zastanawiała się, czy pielęgniarka nie zdradza za dużo szczegółów. Czy ma prawo tak otwarcie dzielić się tymi informacjami? Choć z drugiej strony to dzięki niej dowiadywała się teraz rzeczy, o których powinna wiedzieć od dawna.

– Rozumiem – szepnęła. Nie wiedziała, co innego mogłaby powiedzieć. Chciała jakoś podtrzymać tę rozmowę, odnaleźć nić porozumienia w gmatwaninie lat i milczenia. – Wiktoria była ode mnie dużo starsza. Nigdy nie byłyśmy sobie bliskie.

W duchu skarciła się za tak mało wyszukaną odpowiedź, która chyba nie wydała się rozmówczyni satysfakcjonująca. A już na pewno nie stawiała Klaudii w dobrym świetle.

– Dziękuję pani za tę informację. – Uśmiechnęła się na miarę swoich możliwości, co kobieta musiała uznać za kropkę nad i.

– Do widzenia, pani Borzym. – Pietrek skinęła głową i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę wyjścia.

Szpital w Krotoninie... Wokół niego krążyły teraz myśli Klaudii. Czemu Wiktoria się tam leczyła? I czemu ona o tym nie wiedziała? Jak to możliwe, że jej siostra wiodła życie aż tak odległe od jej własnego? Były spokrewnione biologicznie, ale oprócz wspólnych rodziców nic ich nie łączyło. Ta świadomość ją przeraziła.

Potrząsnęła głową, by rozproszyć myśli. Obrzuciła pomieszczenie wzrokiem i stwierdziła, że zostały w nim już tylko ona i Milena. Przyjaciółka stała przy drzwiach i żegnała Ludwikę Pietrek.

– Przepraszam cię – bąknęła Klaudia, zdając sobie nagle sprawę z tego, że Milena przejęła obowiązki gospodyni.

– Nic nie szkodzi. – Przyjaciółka machnęła ręką i chwyciła ją pod ramię. Opuściły budynek i ruszyły w stronę parkingu. – Lokal opłaciłam, żałobników pożegnałam i podziękowałam im za przybycie. O czymś zapomniałam?

– Moja torebka została...

– Jest już w aucie – przerwała jej Milena. Zbliżały się do samochodu. – Odwiozę cię do domu. Filip mnie potem odbierze. Widzę, że masz na dzisiaj dość.

– Żebyś wiedziała – przyznała Klaudia, zajmując miejsce pasażera w Fordzie Sierra.

Kiedy zamykała drzwi auta, poczuła ulgę. Jakby ktoś zdjął z jej piersi ciężar, o którym nawet nie wiedziała, że tak bardzo ją uwierał. Marzyła tylko o tym, by wrócić do domu i wypić ziołową herbatę na wyciszenie. Jednak wspomnienie rozmowy z nowo poznaną pielęgniarką nie dawało jej spokoju. Nie potrafiła przestać myśleć o kobiecie, która jeszcze dobitniej jej uzmysłowiła, jak bardzo oddaliły się od siebie z siostrą.

– No dobra, wystarczy tej grobowej atmosfery na dziś – oznajmiła Milena. Z impetem wcisnęła guzik radia. – Wpuśćmy tu trochę życia.

W aucie rozbrzmiały nagle słowa jakiejś piosenki, której Klaudia nawet nie kojarzyła. Zerknęła na wyświetlacz, ale Bailamos Enrique Iglesiasa nic jej nie mówiło. Za to Milena zareagowała natychmiast. Najpierw zaczęła nucić, potem coraz głośniej podśpiewywała, aż w końcu z rozmachem odtworzyła za kierownicą sceniczną choreografię.

– Nie wiedziałam, że znasz angielski i hiszpański – zauważyła Klaudia, obserwując, jak jej przyjaciółka macha ręką w rytm muzyki i robi miny godne latynoskiej diwy.

– Ja też nie. – Milena puściła do niej oko i zaczęła jeszcze głośniej masakrować tekst.

Klaudia parsknęła śmiechem. Właśnie za to uwielbiała Milenę – nieprzewidywalną, żywiołową, absolutnie beztroską. Tylko ona była w stanie spontanicznie wskoczyć na scenę w klubie karaoke i odśpiewać jakiś kawałek, nie znając połowy słów. Albo namówić obcych facetów, żeby postawili jej drinka.

Klaudia doskonale zdawała sobie sprawę, że to właśnie Milena była tą bardziej przebojową i impulsywną z ich dwóch. Miały też różne gusta muzyczne. Milena chłonęła wszystko, co było na czasie: utwory Ricky’ego Martina, Madonny, Backstreet Boys. Muzyczna dusza Klaudii zatrzymała się gdzieś w epoce dinozaurów, w Polskim Radiu i przebojach, które Milena określała jako „piosenki do picia herbaty przy oknie”.

– Boże, Klaudia, ależ z ciebie emerytka! – Przyjaciółka rzuciła jej szybkie spojrzenie i wróciła do swojego koncertu. – Rozumiem, że mamy za sobą pogrzeb, ale musisz w końcu przerzucić się na normalną muzykę. Przekonasz się, że świat nie kończy się na Czesławie Niemenie.

– Odczep się od Niemena, dobrze?

– Tak, wiem. – Milena uniosła dłoń w obronnym geście. – Jego piosenka ma zostać odegrana na twoim pogrzebie. Czy może jednak zmieniłaś repertuar na ten ważny dzień?

– Repertuar jest święty – odpowiedziała, uśmiechając się przy tym szeroko.

Mimo wszystko cieszyła się, że dzień – nawet naznaczony pogrzebem – w końcu wracał na zwykłe tory. Wróciła pamięcią do mszy w kościele, ceremonii pogrzebowej i stypy. Chciała mieć to wszystko za sobą, zanim jeszcze wyszła z domu. Wbrew pozorom pożegnanie siostry, o której wiedziała tak niewiele, okazało się dla niej trudniejsze niż pogrzeb męża kilka lat temu.

– Ludwika Pietrek to jakaś wasza dalsza krewna? – odezwała się ponownie Milena, ściszając radio.

– Znasz ją? – zdziwiła się Klaudia.

– Z tego co wiem, jest pielęgniarką w jakimś szpitalu psychiatrycznym – odparła Milena. – Kiedyś była moją sąsiadką, jeszcze w czasach, gdy mieszkaliśmy w Olsztynie. Filip czasem woził ją taksówką do pracy.

– To musiało być dawno temu – zauważyła Klaudia, przypominając sobie, że odkąd zna Milenę i Filipa, czyli od niemal dziesięciu lat, mieszkają w Morągu, tak jak ona. I tyle lat trwa ich przyjaźń.

– No tak, to było wieki temu. Ale chyba nadal tam pracuje. To twoja znajoma?

– Nigdy wcześniej jej nie widziałam.

– To może jakaś przyjaciółka Wiktorii?

– Przyjaciółką bym jej nie nazwała – odparła sceptycznie.

– To skąd się znały? – Milena nie ustępowała. – Widziałam, że rozmowa z nią poruszyła cię bardziej niż ta cała szopka z pogrzebem.

Klaudia rzuciła jej chłodne spojrzenie. Kąciki jej ust drgnęły, choć była przyzwyczajona do niestosownych komentarzy przyjaciółki, które często, może nawet zbyt często, wydawały się nie na miejscu. Ale potrafiły rozładować atmosferę, gdy stawała się zbyt gęsta.

– Dobrze, że siedzisz – powiedziała Klaudia. – Bo jak ci powiem, skąd się znają...

Zapadła chwila ciszy, którą przerwała Milena.

– Lubię, jak próbujesz stworzyć napięcie, ale dzisiaj za cholerę ci to nie wychodzi.

– To będzie naprawdę mocne.

– Dawaj.

– Podobno Wiktoria była pacjentką w szpitalu, w którym pracuje Ludwika Pietrek.

– W psychiatryku? – rzuciła bezceremonialnie Milena.

– Można tak to ująć. – Klaudia pokręciła głową, uznając reakcję Mileny za zbyt obcesową.

Pokrótce streściła jej rozmowę z Pietrek. Przyjaciółka z każdym zdaniem robiła coraz większe oczy. Dojeżdżały właśnie do posesji przy ulicy Radnej, gdy Milena rzuciła:

– Wiesz co, wniosek jest jeden: ty i Wiktoria byłyście siostrami tylko z nazwy. Nic o niej nie wiedziałaś i nadal mało wiesz. – Prychnęła. – Chłodniejsze stosunki można mieć tylko z kasjerką w supermarkecie w poniedziałek rano.

– Masz rację – przyznała Klaudia, gdy zaparkowały przed bramą. – Z tego wynika, że nie znałam jej w ogóle.

– Kilka dni temu zobaczyłaś ją pierwszy raz po prawie... – Milena zawahała się, intensywnie licząc w myślach – ...po prawie czterdziestu latach, jeśli dobrze pamiętam twoją opowieść.

Klaudia wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Ale to była prawda. W tym roku kończyła czterdzieści pięć lat, a z siostrą rozmawiała niemal cztery dekady temu. Niemal...

Szukała w torebce kluczy do domu, gdy nagle coś do niej dotarło.

– Co jest? – Milena spojrzała na nią wyraźnie zdezorientowana.

Klaudia siedziała nieruchomo, wpatrując się w zawartość torebki leżącej na kolanach, ale jakby jej nie widziała.

– Właśnie mi coś uświadomiłaś – odezwała się w końcu.

– Że jesteś teraz jedynaczką?

– Nie... – zaprzeczyła. – Że rozmawiałam z Wiktorią nie czterdzieści lat temu, ale dokładnie trzydzieści siedem.

Milena westchnęła głośno. Wydawała się poirytowana.

– Proszę cię. – Otworzyła drzwi od strony kierowcy. – Nie zaczynaj znowu z tymi przesądami, dobrze?

– Ale czy to nie dziwne? Sama przyznaj.

– Dziwne to jest to, że kobieta w kwiecie wieku wierzy w jakieś wróżby sprzed lat i kurczowo doszukuje się we wszystkim oznak ich spełnienia. – Przeszły wybrukowanym chodnikiem obok trawnika, na którym rozkwitały pierwsze wiosenne hiacynty i tulipany. – Czasem myślę, że to ja jestem bardziej dojrzała z naszej dwójki.

– Teraz to już przesadziłaś. – Klaudia zaśmiała się, wkładając klucz do zamka.

– Otwórz lepiej te drzwi – zarządziła Milena, cmokając z dezaprobatą. – Przygotuję ci porządną herbatę, bo majaczysz po tym pogrzebie. Zanim przyjedzie Filip, muszę mieć pewność, że dobrze się czujesz.

– Czuję się wyśmienicie – odparła Klaudia. Zamek puścił.

Myślami błądziła gdzieś w przeszłości. Przypomniała sobie słowa Cyganki, które usłyszała wiele lat temu. „Strzeż się liczb dziewiętnaście i trzydzieści siedem, bo przyniosą ci prawdę, której nie chcesz znać”. To zdanie wracało do niej co jakiś czas jak bumerang. Kiedyś rzadko, a ostatnio coraz częściej. Niepostrzeżenie wkradało się w jej codzienność i osiadało na niej co kilka dni. Jak nieproszony gość, którego nie sposób się pozbyć.

– Klaudynko! – Po podwórku poniósł się kobiecy głos. Właśnie zamykała drzwi. Uchyliła je odruchowo, słysząc ponownie: – Klaudynko, zaczekaj!

Skrzywiła się lekko. Tylko jedna osoba na świecie zwracała się do niej w ten sposób. Antonina Działowska, sąsiadka, starsza pani, od zawsze nieodłączny element podwórka. Kiedyś, gdy rodzice Klaudii jeszcze żyli, Działowscy wpadali w sobotnie wieczory na wódeczkę, ogórki i bigos, co zawsze kończyło się awanturą o to, kto ma lepszy przepis. Jako dziecko Klaudia spędzała u nich całe popołudnia, gdy matka dorabiała po pracy, próbując utrzymać rodzinę po śmierci męża.

– Coś się stało, pani Działowska? – zapytała z rezygnacją.

– Mam list dla ciebie, dziecko. – Kobieta sapała, wyraźnie zmęczona przejściem kilkunastu metrów.

– Listonosz nie zostawił go w skrzynce?

– Nie. Bo to polecony. – Podała jej kopertę. – Wygląda na coś ważnego.

Klaudia zacisnęła usta. Coraz bardziej ją irytowało, że starsza sąsiadka niezmiennie przechwytywała jej korespondencję – nawet tę poleconą, która przecież powinna trafiać „do rąk własnych”. Jak ona to robiła? Czy listonosz zostawiał jej listy z przyzwyczajenia, czy z lenistwa? A może po prostu nie miał serca odmówić? Klaudia wiele razy widziała, jak kobieta z kubkiem kawy wyczekiwała go przy furtce. Potrafiła wypytywać mężczyznę o wszystko: kto dostał rachunek, kto mandat, a kto dokument z urzędu.

– I przepraszam raz jeszcze, że nie byłam na pogrzebie – dodała sąsiadka, łapiąc się odruchowo za lędźwie. Na jej twarzy pojawił się grymas bólu. – Korzonki nie dają mi żyć.

– Nic nie szkodzi – odparła Klaudia. Już miała zamykać drzwi, ale dodała jeszcze: – I dziękuję za list.

W to jedno akurat wierzyła – że Antoninę rzeczywiście bolały plecy. Gdyby sąsiadka tylko mogła, zjawiłaby się na pogrzebie choćby z ciekawości. Taka już była – nie odpuszczała żadnego wydarzenia w okolicy, żadnej mniej ani bardziej ważnej ceremonii. Mimo bólu znalazła w sobie dość siły, by pokonać ten kawałek drogi i osobiście wręczyć Klaudii list.

– Wścibskie babsko cię dopadło? – rzuciła Milena, gdy Klaudia weszła do kuchni.

– Można tak powiedzieć – odparła Klaudia, wymachując kopertą. – Dostałam...

– List – powiedziała Milena, podchodząc bliżej. Zabrała go adresatce, która nie zaprotestowała. – Siadaj i się napij. Dolałam do herbaty czegoś mocniejszego.

Klaudia wzięła kubek, skrzywiła się, czując zapach napoju, ale upiła łyk. Milena spojrzała na nadawcę listu i zmarszczyła brwi.

– Kancelaria prawna Novus Lex. To od twojego prawnika?

– Nie – zaprzeczyła Klaudia, czując przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele.

– To ja zobaczę.

Milena otworzyła pospiesznie korespondencję i przejrzała ją pobieżnie. Po chwili uśmiechnęła się lekko i rzekła:

– Może twoja siostra była ci obca – stwierdziła, zerkając na Klaudię – ale ty jej chyba nie do końca.

– Dlaczego?

– Bo zgodnie z jej wolą jesteś jedyną spadkobierczynią.

Klaudia czuła się coraz mniej pewnie.

– Czego?

– Niejaka mecenas Rybka pisze tutaj – Milena uniosła palec wskazujący i spojrzała na treść listu – że „zgodnie z dokumentacją oraz pozostawionym testamentem została pani wskazana jako osoba uprawniona do dziedziczenia majątku po zmarłej. Spadek obejmuje między innymi nieruchomość, środki finansowe oraz przedmioty o wartości sentymentalnej”.

– To jakiś żart? – Klaudia z impetem odstawiła kubek. Porcelana stuknęła o blat. Odczytane zdania brzmiały dla niej jak scenariusz taniego melodramatu. – Nie widziałam Wiktorii od lat, a ona zapisała mi wszystko, co miała?

– Na to wygląda – oznajmiła Milena, kładąc przed nią list. – Spójrz, piszą tutaj, byś stawiła się w ich kancelarii „celem omówienia szczegółów sprawy i podpisania niezbędnych dokumentów”.

Klaudia podniosła kartkę i przeczytała tekst wyraz po wyrazie. Zadrżała. O co tu chodzi? Jaka nieruchomość? Jakie przedmioty o wartości sentymentalnej?

Czuła, że w gardle zaczyna się jej zaciskać niewidzialny twardy węzeł. „Spadek”. Ten wyraz miał zimny, formalny wydźwięk. Obcy, urzędowy. Ale tu chodziło o jej siostrę.

W pierwszym odruchu poczuła coś w rodzaju złości. Nie takiej gwałtownej, krzyczącej, ale cichej, ukrytej głęboko pod żebrami. Jak Wiktoria śmiała ją wciągać w jakąś pośmiertną grę? Zniknęła z jej życia, a teraz jakby nigdy nic zostawia jej dom?

– Kiedy zamierzasz jechać? – Milena, w gorącej wodzie kąpana, zawsze chciała załatwiać wszystko od ręki. Oparta o blat stołu, piła gorącą herbatę.

Klaudia nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w list, jakby próbując odczytać między wierszami jakąś ukrytą wiadomość, coś, czego mecenas Rybka nie napisała, a co być może próbowała przekazać jej Wiktoria. Zza grobu.

– Nawet nie wiem, gdzie Wiktoria mieszkała – stwierdziła, nie odrywając wzroku od dokumentu. – W Ostródzie? A może raczej w okolicach Trójmiasta? Zawsze lubiła morze...

„Uwielbiała Bałtyk”, pomyślała. Wspomnienie wróciło nagle, boleśnie, jak fala uderzająca o brzeg. Wiktoria w lnianym kapeluszu, stojąca na sopockim molo, uśmiechająca się lekko do słońca. I Klaudia – mała dziewczynka marznąca w cienkiej kurtce i trzymająca ją za rękę.

Czy ten spadek to ostatnia próba pojednania, wyrzut sumienia, czy może po prostu myśl, że lepiej, by coś zostało w rodzinie, nawet jeśli kontakt się urwał?

Czuła zamęt. Ten dokument był jak drzwi do pokoju, który zamknęła dawno temu, sądząc, że już nigdy do niego nie wróci. A teraz musiała wejść tam z powrotem i zobaczyć, co zostało.

– Dowiesz się na miejscu – powiedziała rzeczowo Milena. – Może się okaże, że miała jakąś wypasioną willę gdzieś w górach i będziemy mogły częściej jeździć na narty?

Klaudia pokręciła głową, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– Ty jak coś palniesz... – Prychnęła. – Wiktoria dopiero co została pochowana, a ty już kombinujesz, jak spędzić ferie zimowe na jej koszt.

– Daj spokój. Trzeba kuć żelazo, dopóki jest gorące. Nie wiadomo, ile dane nam będzie pożyć. Trzeba korzystać ze wszystkiego, co podsuwa los.

– To jakaś twoja nowa dewiza? – Klaudia się uśmiechnęła, taksując Milenę wzrokiem.

– Nie. – Przyjaciółka wzruszyła ramionami. – Wymyśliłam to na poczekaniu. Daleko trzeba jechać po ten spadek? Możemy ruszyć jutro po pracy.

Klaudia spojrzała na nagłówek pisma.

– Niedaleko – odparła po dłuższej chwili.

– Jednak Ostróda?

– Nie. Morąg.

Milena odstawiła kubek.

– Poważnie? To czemu nagle pobladłaś?

Klaudia wzięła głęboki wdech.

– Kancelaria mieści się na ulicy Kościelnej. Kościelna dziewiętnaście przez trzydzieści siedem.

Milena zmarszczyła brwi.

– No i co z tego?

Klaudia podniosła na nią wzrok.

– Tylko nie mów mi, że te liczby to kolejny przypadek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki