Gry. Seria Twisted - Ana Huang - ebook
BESTSELLER

Gry. Seria Twisted ebook

Huang Ana

4,3

169 osób interesuje się tą książką

Opis

Ona nie może do niego należeć… Ale on i tak będzie ją miał.

Rhys Larsen to opanowany i arogancki ochroniarz, który kieruje się dwiema zasadami: po pierwsze chronić swoich klientów za wszelką cenę, po drugie nie angażować się emocjonalnie. Nigdy.

Złamanie tych reguł wydawało mu się czymś niewyobrażalnym… Aż do momentu, gdy poznał ją. Ta kobieta swoim wewnętrznym ogniem rozpaliła go do granic i obróciła jego zasady w popiół.

Rhys nie ma więc innego wyjścia, jak przyznać przed samym sobą: przysiągł, że będzie ją chronić, ale wszystko, czego pragnie, to mieć ją na własność.

Jego księżniczkę.

Jego zakazany owoc.

Jego każdą nieprzyzwoitą fantazję.

***

Bridget von Ascheberg to dostojna i uparta księżniczka, która mimo obarczenia królewskimi obowiązkami marzy o wolności – w życiu i wyborze ukochanego.

Gdy jej brat abdykuje, niespodziewanie staje przed wizją aranżowanego małżeństwa bez miłości oraz tronu, którego nigdy nie chciała objąć.

Próbując poradzić sobie z przeciwnościami związanymi z jej nową rolą, musi jednocześnie walczyć ze swoim pożądaniem – pragnie mężczyzny, którego nie może mieć.

Jej ochroniarza.

Jej opiekuna.

Jej ostatecznej ruiny.

Niespodziewana i zakazana – ich miłość może zniszczyć królestwo… i skazać na porażkę ich oboje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 533

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (977 ocen)
543
266
121
43
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MariaAnnaBarbara

Całkiem niezła

Podobała mi się zdecydowanie bardziej niż pierwsza część. Może dlatego, że bardziej polubiłam bohaterów i ich historię. Do tej pory czuję dreszcz zażenowania na wspomnienie rozwleczonego i nadmuchanego zakończenia Twisted Love. Obawiałam się, że autorka będzie powielała ten schemat. Na szczęście tak nie było! Przywykłam też do faktu, że główni bohaterowie serii w sypialni są pomiotami szatana i nie szczędzą sobie dirty talk'u. I get it. Jednak Rhys mimo swoich zapędów skradł moje serce. Tak samo jak Bridget, która już w pierwszej części zdobyła moją sympatię. Thank, you next.
110
AgaDy

Całkiem niezła

Ciut lepsza od pierwszej części, ale autorka ewidentnie lubi mężczyzn, którzy są zaborczy i traktują partnerkę jak swoją własność; rozumiem, że chciala pokazać ostrość i namiętność, ale naprawdę można to zrobić w lepszy sposob, bez krindżu i stu powtórzeń " jesteś moja". Dodatkowo historia ksieżniczki bardzo naiwna, jak film z lat '90 ;)
100
illym17

Nie polecam

Istnieje powszechna opinia, że drugi tom tej serii jest lepszy od pierwszego. A jest on tak samo zły. Dlatego nigdy nie powinno się ufać ludziom w Internecie.
72
natzy

Całkiem niezła

3.5, momentami akcja się ciągnęła miałam większe oczekiwania po wielu dobrych opiniach
40
karolaa90

Nie oderwiesz się od lektury

Po pierwszym tomie wiedziałam, że nie przejdę obojętnie koło tej serii i od razu musiałam sięgnąć po kolejną część. Poznaliśmy już Ave i Aleksa, a tym razem przyszedł czas na Bridget i Rhysa. To historia niczym bajka dla dorosłych. Ona księżniczka Eldorry, która marzyła o rzeczach niematerialnych – miłości, namiętności i możliwości własnych wyborów. Za wszelką cenę przez kilka lat udawało jej się żyć „normalnie”. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy i jak to w bajce, księżniczka musi mieć swojego księcia. Tylko co w sytuacji gdy serce księżniczki należy już do innego mężczyzny? Do mężczyzny, który według statusu nie może być jej wybrankiem? Bridget była niezwykle piękną, uroczą ale również pomocna i odważną dziewczyną. Uwielbiała zwierzęta i często udzielała się charytatywnie. Pomimo smutnego dzieciństwa miała dobre serce. Ale jak nikt inny potrafiła wyprowadzić swojego ochroniarza z równowagi, a on ją. „Był w końcu moim ochroniarzem, ale miło byłoby mieć jakąś radość dla oc...
20

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Twisted games

Copyright © Ana Huang, 2021

Copyright © for the Polish translation by Emilia Skowrońska, 2023

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorka prowadząca: Andżelika Stasiłowicz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Marta Tyczyńska-Lewicka

Korekta: Patryk Białczak, Katarzyna Dragan

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Oryginalny projekt okładki: © E. James Design

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © tomertu | iStockphoto.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67616-76-8

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla wszystkich dziewczyn, które mówią: „Pieprzyć księcia z bajki!

Dajcie mi ponaznaczanego bliznami rycerza!”

 

 

 

 

 

 

 

–––––––––––––––

PLAYLISTA

 

 

 

 

 

 

“Queen” — Loren Gray

“Castle” — Halsey

“Arcade” — Duncan Laurence

“You Should See Me in a Crown” — Billie Eilish

”Telepatia” — Kali Uchis**

“Stay” — Rihanna

“Uncover” — Zara Larsson

“Secret Love Song” — Little Mix

“They Don’t Know About Us” — One Direction

“Mine_elds” — Faouzia & John Legend

“Wildest Dreams” — Taylor Swift

“Princesses Don’t Cry” — Aviva

“Fairytale” (Slowed Version) — Alexander Rybak

“I Guess I’m in Love” — Clinton Kane

 

 

 

**Dla rozdziału 18 ważniejszy klimat niż tekst piosenki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

UWAGA DLA CZYTELNIKA:

Historia ta rozgrywa się na przestrzeni czterech lat i zawiera kilka przeskoków czasowych, szczególnie w części I, tak by doprowadzić nas do teraźniejszości. Linie czasowe tej książki nakładają się na opowieść z pierwszego tomu serii.

Część I rozgrywa się w trakcie epilogu pierwszego tomu (przeszłość); część II ma miejsce potem (teraźniejszość).

Zalecam – chociaż nie jest to konieczne – najpierw przeczytać tom pierwszy, tak by zrozumieć, co się dzieje.

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

 

 

 

1

–––––––––––––

BRIDGET

 

 

 

 

 

 

– DAJ MI KLAPSA! Daj mi klapsa, panie!

Stłumiłam śmiech na widok miny mojego ochroniarza Bootha, gdy papuga Skóra zaczęła krzyczeć w swojej klatce. Imię papugi mówiło wszystko, co trzeba było wiedzieć o życiu seksualnym jej poprzedniej właścicielki, i podczas gdy niektórzy uznawali zachowanie ptaka za zabawne, Booth był odmiennego zdania. Nienawidził ptaków. Mówił, że przypominają mu gigantyczne latające szczury.

– Pewnego dnia on i Skóra się dogadają. – Emma, dyrektorka Wags & Whiskers, mlasnęła językiem. – Biedny Booth.

Znowu musiałam powstrzymać się od śmiechu, choć jednocześnie poczułam delikatne ukłucie w sercu.

– Prawdopodobnie nie. Booth wkrótce odchodzi.

Starałam się o tym nie myśleć. Mój ochroniarz był ze mną od czterech lat, ale w przyszłym tygodniu zaczynał urlop ojcowski i zostawał w Eldorrze, by być z żoną i ich nowo narodzonym dzieckiem. Cieszyłam się, że ułożył sobie życie, wiedziałam jednak, że będę za nim tęsknić. Był nie tylko moim ochroniarzem, lecz także przyjacielem i mogłam jedynie mieć nadzieję, że z jego następcą złapię taki sam kontakt.

– Ach tak, zapomniałam. – Twarz Emmy złagodniała. Była po sześćdziesiątce, miała krótkie, przyprószone siwizną włosy i ciepłe brązowe oczy. – Moja droga, w tak krótkim czasie czeka cię sporo zmian.

Wiedziała, jak bardzo nienawidzę pożegnań.

Do Wags & Whiskers, lokalnego schroniska dla zwierząt, zaczęłam przychodzić w ramach wolontariatu już na drugim roku studiów, a Emma stała się moją bliską przyjaciółką i mentorką. Niestety, ona również odchodziła. Nie wyprowadzała się z Hazelburga, ale przechodziła na emeryturę, co oznaczało, że nie będziemy się już co tydzień widywać.

– Jedno z tych wydarzeń wcale nie musi mieć miejsca – powiedziałam, żartując tylko w połowie. – Możesz zostać.

Pokręciła głową.

– Prowadziłam schronisko przez prawie dekadę i nadszedł czas na świeżą krew. Na kogoś, kto będzie mógł czyścić klatki i kojce bez ryzyka, że nagle wysiądą mu plecy i biodra.

– Po to właśnie są wolontariusze. – Wskazałam na siebie.

Bagatelizowałam sprawę, ale nie mogłam się powstrzymać. Pomiędzy odejściem Emmy i Bootha a moim zbliżającym się ukończeniem Thayer’s University, gdzie – jak przystało na księżniczkę – studiowałam stosunki międzynarodowe, czekało mnie tyle pożegnań, że wystarczyłoby mi na kolejne pięć lat.

– Kochana jesteś. Nie mów innym, ale… – Zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu. – Jesteś moją ulubioną wolontariuszką. Rzadko można spotkać kogoś o twojej randze, kto działa charytatywnie, bo chce, a nie dlatego, by zrobić show przed kamerami.

Pod wpływem tego komplementu oblałam się rumieńcem.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Uwielbiam zwierzęta. – Przejęłam to po matce. Tak niewiele mi po niej zostało.

W innym życiu zostałabym weterynarką, ale w tym? Moja przyszłość została zaplanowana, jeszcze zanim się urodziłam.

– Będziesz wspaniałą królową. – Emma odsunęła się na bok, by umożliwić przejście pracownikowi niosącemu szarpiącego się szczeniaka. – Naprawdę.

Zaśmiałam się na samą myśl o tym.

– Dziękuję, ale nie jestem zainteresowana tą funkcją. A nawet jeśli, to i tak miałabym kiepskie szanse.

Jako księżniczka Eldorry, małego europejskiego królestwa, zbliżyłam się do rządzenia bardziej niż większość ludzi. Moi rodzice zmarli, gdy byłam dzieckiem – matka przy porodzie, ojciec w wypadku samochodowym kilka lat później – byłam więc druga w kolejce do tronu. Mój o cztery lata starszy brat Nikolai już od najmłodszych lat intensywnie się szkolił, by w przyszłości zastąpić na tronie naszego dziadka Edvarda. Kiedy Nikolai zostanie ojcem, w kolejce do tronu zajmę miejsce po jego dzieciach, co w ogóle mi nie przeszkadzało. Pragnęłam być królową mniej więcej tak samo, jak pragnęłam wykąpać się w kadzi z kwasem.

Rozczarowana Emma ściągnęła brwi.

– Ach, no cóż, i tak nie zmienię zdania.

– Emmo! – zawołał jeden z pracowników. – Mamy tu problem z kotami.

Westchnęła.

– Jak zawsze tylko z kotami – mruknęła. – Tak czy inaczej, chciałam powiedzieć ci o mojej emeryturze, zanim usłyszysz o niej od kogoś innego. Będę tu jeszcze do końca przyszłego tygodnia, więc widzimy się we wtorek.

– Okej. – Uścisnęłam ją na pożegnanie i patrzyłam, jak szybko wychodzi, by rozdzielić walczące ze sobą koty. Ból w mojej piersi stawał się coraz silniejszy.

Cieszyłam się, że Emma powiedziała mi o swoim odejściu dopiero pod koniec mojej zmiany, bo inaczej cały czas siedziałoby mi to w głowie.

– Gotowa, Wasza Wysokość? – spytał Booth, który najwyraźniej chciał jak najszybciej oddalić się od Skóry.

– Tak. Chodźmy.

– Tak, chodźmy! – zaskrzeczała za nami papuga. – Daj mi klapsa!

Na widok miny mojego ochroniarza wreszcie wybuchłam śmiechem.

– Będę za tobą tęsknić, tak samo jak Skóra. – Schowałam ręce w kieszeniach płaszcza, by chronić je przed ostrym jesiennym chłodem. – Opowiedz mi o tym nowym ochroniarzu. Jaki on jest?

Liście szeleściły pod butami, gdy szliśmy w kierunku mojego domu, który znajdował się poza kampusem, zaledwie piętnaście minut drogi od schroniska. Uwielbiałam jesień i wszystko, co się z nią wiązało – ciepłe ubrania, bogactwo ziemistych kolorów na drzewach, nuty cynamonu i dymu w powietrzu.

W Athenbergu nie mogłabym przejść ulicą, bo od razu otoczyliby mnie ludzie, ale w Thayer’s sytuacja wyglądała zupełnie inaczej – i to było wspaniałe! Tutejsza populacja studentów szczyciła się tak wieloma królewskimi potomkami i dziećmi sław, że nikt zbytnio nie zainteresował się księżniczką. Mogłam żyć jak w miarę normalna dziewczyna z college’u.

– Niewiele o nim wiem – przyznał Booth. – Jest na prywatnej umowie.

Uniosłam brwi.

– Naprawdę?

Korona czasami wynajmowała prywatnych wykonawców usług ochroniarskich do służby u boku Gwardii Królewskiej, ale zdarzało się to dość rzadko. W ciągu tych dwudziestu jeden lat nigdy nie miałam takiego ochroniarza.

– Podobno jest najlepszy – zaczął uspokajać mnie Booth, bo wziął moje zaskoczenie za niepewność. – Były żołnierz sił specjalnych amerykańskiej marynarki, najlepsze rekomendacje, doświadczenie w ochronie wysoko postawionych osobistości. Jest najbardziej poszukiwanym fachowcem w swojej firmie.

– Hmm. – Amerykański ochroniarz. Interesujące. – Mam nadzieję, że jakoś się dogadamy.

Było to bardzo ważne, gdy dwoje ludzi musiało spędzać ze sobą czas dwadzieścia cztery na siedem. Szalenie ważne. Znałam ludzi, którzy nigdy nie złapali kontaktu ze swoją ochroną, i takie układy nigdy nie trwały zbyt długo.

– Na pewno się dogadacie. Łatwo się z tobą dogadać, Wasza Wysokość.

– Mówisz tak tylko dlatego, że jestem twoją szefową.

Wyszczerzył zęby.

– Technicznie rzecz biorąc, moim szefem jest kierownik Gwardii Królewskiej.

Pogroziłam mu żartobliwie palcem.

– Już się odszczekujesz? Rozczarowujesz mnie.

Zaśmiał się. Mimo jego nalegań, by nazywać mnie Waszą Wysokością, przez te lata połączyła nas koleżeńska więź, którą bardzo doceniałam. Nadmierna formalność zawsze mnie męczyła.

Przez resztę spaceru rozmawialiśmy o zbliżających się narodzinach dziecka Bootha i o jego powrocie do Eldorry. Niemal pękał z dumy z powodu ojcostwa, a ja nie potrafiłam powstrzymać lekkiego ukłucia zazdrości. Nie byłam jeszcze gotowa na małżeństwo i dzieci, jednak pragnęłam tego, co mieli mój ochroniarz i jego żona.

Miłości. Namiętności. Wyboru. Rzeczy, których nie da się kupić za żadne pieniądze.

Uśmiechnęłam się złośliwie. Gdyby ktokolwiek mógł usłyszeć moje myśli, bez wątpienia wziąłby mnie za rozpuszczonego bachora. Wystarczyło, że pstryknęłam palcami, a dostawałam każdą możliwą materialną rzecz – a ja jęczałam, że pragnę miłości.

Ale ludzie byli ludźmi, bez względu na tytuł, a niektóre pragnienia były uniwersalne. Ja niestety nie miałam możliwości ich spełnienia.

Może w przyszłości zakocham się po uszy w jakimś powalającym księciu, jednak szczerze w to wątpiłam. Najprawdopodobniej skończę w nudnym, społecznie akceptowalnym małżeństwie z nudnym, społecznie akceptowalnym mężczyzną, który uprawia seks tylko w pozycji misjonarskiej i spędza urlopy w tych samych dwóch miejscach każdego roku.

Odepchnęłam od siebie te przygnębiające myśli. Do jakiegokolwiek małżeństwa miałam jeszcze bardzo długą drogę.

Wreszcie zobaczyłam swój dom, a moją uwagę przykuło jakieś obce czarne bmw stojące na podjeździe. Założyłam, że należy ono do mojego nowego ochroniarza.

– Jest wcześniej. – Zaskoczony Booth uniósł brew. – Miał przyjechać na piątą.

– Wydaje mi się, że punktualność to dobry znak. – Chociaż pół godziny wcześniej to może być przesada.

Drzwi samochodu otworzyły się, na podjeździe pojawił się duży czarny but. Sekundę później z pojazdu wysiadł największy mężczyzna, jakiego w życiu widziałam. Momentalnie poczułam suchość w ustach.

Ożeż. Ale ciacho.

Mój nowy ochroniarz musiał mieć co najmniej metr dziewięćdziesiąt, może nawet metr dziewięćdziesiąt pięć, a solidne, wyrzeźbione mięśnie były upakowane na każdym centymetrze kwadratowym jego silnego ciała. Długie, czarne włosy sięgały mu do kołnierza, opadając z boku na szare jak stal oko, a jego nogi były tak długie, że odległość między nami pokonał w trzech krokach.

Jak na kogoś tak dużego, poruszał się z zaskakującą szybkością. Gdybym na niego nie patrzyła, w ogóle nie zauważyłabym, że się zbliża.

Przysięgam, że kiedy się przede mną zatrzymał, moje ciało pochyliło się do przodu o centymetr, bo nie potrafiło oprzeć się jego przyciąganiu. Odczułam też dziwną pokusę, by przejechać dłonią po jego gęstych, ciemnych włosach. Większość weteranów zachowuje krótkie fryzury w stylu wojskowym nawet po zakończeniu służby, ale najwyraźniej on nie był jednym z nich.

– Rhys Larsen.

Jego głęboki, chrapliwy głos przetoczył się po moim ciele jak aksamitna pieszczota. Teraz, gdy stał bliżej, dostrzegłam cienką bliznę przecinającą jego lewą brew, dodającą nutkę groźby do jego mrocznego uroku. Na szczęce widniał ciemny zarost, spod obu rękawów koszuli wystawały tatuaże.

Był przeciwieństwem eleganckich, gładko ogolonych typów, których zwykle wybierałam, ale to nie powstrzymało stada motyli przed rozpoczęciem szalonego lotu w moim podbrzuszu.

Tak bardzo zdenerwowałam się ich pojawieniem, że zapomniałam języka w gębie. Wreszcie Booth cicho zakasłał.

– Jestem Bridget. Miło mi pana poznać. – Miałam nadzieję, że żaden z mężczyzn nie zauważył rumieńca, który pojawił się na moich policzkach.

Celowo pominęłam podawanie swojego tytułu. Wydawał mi się zbyt pretensjonalny podczas takiej prywatnej rozmowy.

Zauważyłam jednak, że Rhys nie zwracał się do mnie per „Wasza Wysokość”, tak jak robił to Booth. Nie miałam nic przeciwko – od lat starałam się, by Booth mówił do mnie po imieniu – ale to był kolejny znak, że mój nowy ochroniarz będzie zupełnie inny niż stary.

– Musisz się przeprowadzić.

Zamrugałam gwałtownie.

– Słucham?

– Twój dom. – Kiwnął głową w stronę mojego dużego, ale przytulnego domu z dwiema sypialniami. – To koszmar dla ochrony. Nie wiem, kto zgodził się na tę lokalizację, ale musisz się przeprowadzić.

Motyle natychmiast przestały trzepotać skrzydłami.

Poznaliśmy się niecałe dwie minuty temu, a on już mi rozkazywał – tak jakby to on był moim szefem! Za kogo on się uważa?

– Mieszkam tu od dwóch lat. Nigdy nie było żadnych problemów.

– Wystarczy jeden raz.

– Nie ruszę się stąd. – Podkreśliłam każdą sylabę z ostrością, której rzadko używałam, ale protekcjonalny ton Rhysa zaczął działać mi na nerwy.

Wszelkie przyciąganie, jakie do niego poczułam, natychmiast zniknęło; zmarło najszybszą śmiercią w historii moich relacji z płcią przeciwną.

Nie żeby to miało jakiekolwiek szanse. Był w końcu moim ochroniarzem, ale miło byłoby mieć jakąś radość dla oczu, nie mając jednocześnie ochoty zasadzić jej kopa w zad.

Ech, mężczyźni. Gdy tylko otwierali usta, zawsze wszystko psuli.

– Jesteś ekspertem od spraw bezpieczeństwa – dodałam chłodno. – Tak przynajmniej zakładam.

Spojrzał na mnie groźnie spod swoich gęstych, ciemnych brwi. Nie pamiętałam już, kiedy ostatni raz ktoś tak na mnie patrzył.

– Tak, Wasza Wysokość. – Akcent na ostatnie dwa słowa był tak jawnie drwiący, że natychmiast poczułam oburzenie.

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć – nie wiedziałam jeszcze co, bo przecież nie okazał mi jawnej wrogości – ale Booth przerwał mi, zanim palnęłam coś, czego mogłabym później żałować.

– Może wejdziemy do środka? Chyba zaraz zacznie padać – wtrącił szybko.

Rhys i ja spojrzeliśmy w górę. Na bezchmurne, błękitne niebo.

Booth odchrząknął.

– Nigdy nic nie wiadomo. Ulewy pojawiają się znikąd – mruknął. – Wasza Wysokość, proszę przodem.

Weszliśmy do domu w milczeniu.

Zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na mosiężnym wieszaku w kształcie drzewa przy drzwiach. Następnie znów spróbowałam być grzeczna.

– Chce się pan czegoś napić?

Wciąż odczuwałam irytację, ale nie znosiłam konfrontacji, a nie chciałam, żeby moje relacje z nowym ochroniarzem kiepsko się zaczęły.

– Nie. – Rhys rozejrzał się po salonie, który urządziłam w odcieniach jadeitowej zieleni i kremu. Dwa razy w tygodniu przychodziła gosposia i robiła gruntowne porządki, ale najczęściej sprzątałam sama.

– Może powinniśmy się lepiej poznać? – spytał Booth radośnie i zbyt głośno. – To znaczy mam na myśli ciebie i Rhysa, Wasza Wysokość. Możemy porozmawiać o potrzebach, oczekiwaniach, harmonogramach…

– Rewelacyjny pomysł. – Zdobyłam się na sztuczny uśmiech i gestem wskazałam Rhysowi kanapę. – Proszę usiąść.

Przez następne czterdzieści pięć minut omawialiśmy logistykę zmiany ochrony. Booth miał zostać moim ochroniarzem do poniedziałku, ale Rhys miał do tego czasu pracować z nim, żeby zorientować się, co i jak.

– Zgadzam się na wszystkie ustalenia. – Rhys zamknął teczkę zawierającą szczegółowy rozkład moich zajęć i tygodniowych planów, nadchodzących publicznych wydarzeń oraz przewidzianych podróży. – Księżniczko Bridget, będę szczery. Nie jesteś moim pierwszym ani nie będziesz ostatnim członkiem rodziny królewskiej, o którego bezpieczeństwo dbam. Pracuję z Harper Security od pięciu lat i nigdy nie zdarzyło mi się, żeby znajdujący się pod moją ochroną doznał jakiegokolwiek uszczerbku. Chcesz wiedzieć dlaczego?

– Niech no zgadnę. Pański nieodparty urok oszołomił niedoszłych napastników, którzy nagle stali się nieświadomi czyhającego na nich niebezpieczeństwa – odparłam.

Booth zaczął się śmiać i natychmiast zamienił to w kaszel.

Usta Rhysa nawet nie drgnęły. Oczywiście, że nie. Mój żart nie był godny Comedy Central, ale zdążyłam już dojść do wnios­ku, że znalezienie wodospadu na Saharze będzie łatwiejsze niż odnalezienie choćby odrobiny poczucia humoru w tym wielkim, irytująco pięknie wyrzeźbionym ciele.

– Istnieją dwa powody takiego stanu rzeczy – powiedział spokojnie Rhys, jakbym w ogóle się nie odezwała. – Po pierwsze, nie angażuję się w życie osobiste moich klientów. Jestem tu, by chronić cię przed fizyczną krzywdą. To wszystko. Nie jestem tu po to, by być twoim przyjacielem, powiernikiem czy kimkolwiek innym. Dzięki temu moja zdolność do osądu sytuacji pozostaje nienaruszona. Po drugie, jeśli moi klienci mają być bezpieczni, muszą rozumieć sposób, w jaki to wszystko działa.

– Czyli? – Mój uprzejmy uśmiech zawierał ostrzeżenie, którego on albo nie zauważył, albo je zignorował.

– Gdy chodzi o kwestie bezpieczeństwa, zawsze robią to, co im każę. – Spojrzał na mnie tymi stalowoszarymi oczami. Poczułam się, jakbym patrzyła na zimną stalową ścianę. – Rozumiesz, Wasza Wysokość?

Zapomnij o miłości i namiętności. Najbardziej chciałam spoliczkować tę jego arogancką twarz i kopnąć go w klejnoty rodowe.

Zamiast tego wbiłam palce w uda i zmusiłam się do policzenia do trzech. Dopiero potem odpowiedziałam.

Gdy ponownie się odezwałam, mój głos był tak oziębły, że Antarktyda mogłaby wydawać się rajską plażą.

– Tak. – Uśmiechnęłam się groźnie. – Na szczęście dla nas obojga, panie Larsen, nie jestem zainteresowana byciem pańską przyjaciółką, powierniczką czy „kimkolwiek innym”.

Nie odniosłam się do drugiej części jego wypowiedzi. Nie byłam idiotką. Zawsze słuchałam rad Bootha dotyczących bezpieczeństwa, ale niech mnie diabli wezmą, jeśli będę akceptować nadmuchane ego Rhysa.

– Dobrze. – Wstał. Strasznie nie podobało mi się to, jaki był wysoki. Jego obecność przyćmiewała wszystko inne w pobliżu i stawał się jedynym, na czym byłam w stanie się skupić. – Ocenię dom, a potem omówimy kolejne kroki, w tym modernizację systemu bezpieczeństwa. W tej chwili każdy nastolatek z dostępem do tutoriali na YouTube może wyłączyć alarm w tym budynku. – Rzucił mi spojrzenie pełne dezaprobaty, a następnie zniknął w kuchni.

Opadła mi szczęka.

– On… ty… – wydukałam, bo nagle odebrało mi mowę, co należało do rzadkości. – No nie mogę! – Odwróciłam się do Bootha, który próbował wtopić się w gigantyczną roślinę doniczkową przy drzwiach wejściowych. – Nigdzie nie odejdziesz. Zakazuję ci.

Rhys nie mógł zostać moim ochroniarzem. Zamordowałabym go, a moja gospodyni zamordowałaby mnie za poplamienie dywanu krwią.

– To jego pierwszy dzień, pewnie ma tremę. – Booth wyglądał równie niepewnie, jak brzmiał. – Po okresie przejściowym z pewnością będziecie się dobrze dogadywać, Wasza Wysokość.

Być może… O ile oboje ten okres przeżyjemy.

– Racja.

Przycisnęłam palce do skroni i wzięłam głęboki oddech. Dam radę. Miałam już do czynienia z trudnymi ludźmi. Mój kuzyn Andreas był pomiotem szatana, a pewien brytyjski lord próbował mnie kiedyś obmacać pod stołem na Balu Róży w Monako. Przestał dopiero po tym, jak – przypadkowo – dźgnęłam jego rękę widelcem.

Czym był jeden surowy ochroniarz w porównaniu z noszącymi tytuły arystokratami, wścibskimi dziennikarzami i nikczemnymi członkami rodziny?

Rhys wrócił. O, no proszę, nadal miał groźną minę, co za niespodzianka.

– Wykryłem sześć luk w zabezpieczeniach, którymi musimy się natychmiast zająć – powiedział. – Zacznijmy od numeru jeden: okna.

– Które? – Zachowaj spokój. I zdrowy rozsądek.

– Wszystkie.

Booth zakrył twarz rękami, podczas gdy ja rozważałam przekształcenie mojej spinki do włosów w narzędzie zbrodni.

Któreś z nas z pewnością nie przetrwa tego okresu przejściowego.

 

 

 

 

 

 

2

––––––––

RHYS

 

 

 

 

 

 

KSIĘŻNICZKA BRIDGET VON ASCHEBERG z Eldorry mnie wykończy. Jeśli nie dosłownie, to z pewnością wykończy moją cierpliwość i zdrowy rozsądek. Byłem tego pewien, a przecież pracowaliśmy ze sobą dopiero od dwóch tygodni.

Nigdy żaden klient nie doprowadzał mnie do takiej wściekłości jak ona. Jasne, była piękna (co wcale nie jest fajne, gdy jest się na moim miejscu) i urocza (dla wszystkich oprócz mnie), ale była też królewskim wrzodem na tyłku. Kiedy mówiłem „w prawo”, ona szła w lewo; kiedy mówiłem „wyjdź”, ona zostawała. Upierała się na spontaniczne uczestnictwo w wydarzeniach w zatłoczonych miejscach, zanim zdążyłem odpowiednio się przygotować, a moje obawy o bezpieczeństwo traktowała tak, jakby były tylko jakimiś wydumanymi problemami.

Bridget powiedziała, że tak właśnie pracowała z Boothem i przecież nic jej się nie stało. Odparłem, że ja nie jestem Boothem, więc nie obchodzi mnie, co robiła lub czego nie robiła, gdy dla niej pracował. Teraz to ja tutaj dowodziłem.

Kiepsko to przyjęła, ale miałem to w dupie. Nie byłem tu po to, by odgrywać rolę Pana Sympatycznego. Ale po to, by utrzymać ją przy życiu.

Dziś wieczorem wymyśliła sobie najbardziej zatłoczony bar w Hazelburgu.

Połowa Thayera przyszła na piątkową promocję w The Crypt i byłem pewien, że do lokalu nie da się już wcisnąć nawet szpilki.

Głośna muzyka, głośni ludzie. Nie lubiłem takich miejsc, ale Bridget najwyraźniej bardzo się tu podobało, jeśli wziąć pod uwagę, jak bardzo chciała tu przyjechać.

– No dobrze. – Jej rudowłosa przyjaciółka Jules rzuciła mi spojrzenie znad swojej szklanki. – Byłeś w siłach specjalnych marynarki, co?

– Tak. – Nie dałem się zwieść jej zalotnemu głosowi ani imprezowemu usposobieniu. Tuż po przyjęciu tej pracy sprawdziłem wszystkich przyjaciół Bridget i wiedziałem, że Jules Ambrose jest bardziej niebezpieczna, niż mogłoby się wydawać. Ale nie stanowiła zagrożenia dla Bridget, więc nie wspominałem o tym, co zrobiła w Ohio. To nie moja sprawa.

– Uwielbiam wojskowych – zamruczała.

– To były wojskowy, J. – Bridget dopiła drinka, nie zaszczyciwszy mnie ani jednym spojrzeniem. – Poza tym on jest dla ciebie za stary.

To była jedna z niewielu rzeczy, w których się z nią zgadzałem. Miałem zaledwie trzydzieści jeden lat, więc w żadnym razie nie byłem staruszkiem, ale zrobiłem i widziałem w życiu wystarczająco dużo gówna, by się tak czuć, zwłaszcza w porównaniu ze świeżo upieczonymi studentkami college’u, które jeszcze nigdy nie pracowały.

Nie miałem młodzieńczego wyglądu nawet jako dziecko. Wychowałem się w brudzie i piachu.

Tymczasem Bridget siedziała naprzeciwko mnie i wyglądała jak księżniczka z bajki, była nią. Duże niebieskie oczy i pełne różowe usta na twarzy w kształcie serca, idealna alabastrowa skóra, złote włosy opadające luźnymi falami na plecy. Czarny top odsłaniał gładkie ramiona, w uszach błyszczały drobne diamenty.

Młoda, bogata i królewska. Moje przeciwieństwo pod każdym względem.

– Pudło. Uwielbiam starszych mężczyzn. – Jules uśmiechnęła się jeszcze szerzej i ponownie na mnie zerknęła. – Poza tym jesteś seksowny.

Nie odwzajemniłem uśmiechu. Nie byłem na tyle głupi, by wiązać się z przyjaciółką klientki. Z Bridget i tak miałem już pełne ręce roboty.

W przenośni.

– Zostawcie go w spokoju. – Stella się zaśmiała. Studentka projektowania mody i łączności. Córka prawnika zajmującego się ochroną środowiska i szefa personelu sekretarza rady ministrów. Gwiazda mediów społecznościowych. Gdy robiła zdjęcie swojego drinka przed wzięciem łyka, przypomniałem sobie wszystko, co o niej wiedziałem. – Znajdź kogoś w swoim wieku.

– Faceci w moim wieku są nudni. Wiem o tym. Spotykałam się z wieloma z nich. – Jules szturchnęła Avę, ostatnią członkinię paczki Bridget. Pomijając niestosowne prowokacje ze strony Jules, były dość porządną grupką. Z pewnością były o wiele lepsze niż przyjaciółki pewnej hollywoodzkiej gwiazdy, której pilnowałem przez trzy okropne miesiące, widziałem wówczas więcej „przypadkowych” przebłysków genitaliów niż podczas reszty życia. – À propos starszych mężczyzn, gdzie twój kochaś?

Ava oblała się rumieńcem.

– Nie dał rady. Ma telekonferencję z kilkoma partnerami biznesowymi z Japonii.

– Och, z pewnością da radę – wtrąciła Jules, przeciągając samogłoski. – Jesteś w barze, otoczona przez pijanych, napalonych kolesi z uczelni… Dziwne, że nie dał… Och. O wilku mowa. Oto i on.

Razem z nią popatrzyłem w miejsce, w którym wysoki, ciemno­włosy mężczyzna przeciskał się przez tłum wspomnianych pijanych, napalonych kolesi z uczelni.

Zielone oczy, szyte na miarę designerskie ubrania i lodowaty wyraz twarzy, który sprawiał, że mroźna tundra Grenlandii wyglądała jak tropikalne wyspy.

Alex Volkov.

Znałem to nazwisko i reputację tego faceta, nawet jeśli wcześ­niej nie miałem okazji go poznać osobiście. W pewnych kręgach był legendą.

Alex, de facto prezes największej w kraju firmy deweloperskiej, miał wystarczająco dużo koneksji i materiałów do szantażu, by obalić połowę Kongresu i Fortune 500.

Nie ufałem mu, ale umawiał się z jedną z najlepszych przyjaciółek Bridget, co oznaczało, że nie dało się uniknąć jego obecności.

Na jego widok Ava natychmiast się rozpromieniła.

– Alex! Myślałam, że masz telekonferencję.

– Skończyła się wcześniej, pomyślałem więc, że wpadnę. – Musnął ustami jej usta.

– Uwielbiam sytuacje, w których mam rację, co dzieje się praktycznie zawsze. – Jules rzuciła Alexowi chytre spojrzenie. – Alex Volkov w uczelnianej knajpie? W życiu bym nie pomyślała, że dożyję tego dnia.

Zignorował ją.

Muzyka zmieniła się ze stonowanego R&B na remiks najnowszego radiowego hitu i goście w barze oszaleli. Jules i Stella poderwały się z miejsc, by popędzić na parkiet, Bridget ruszyła za nimi, ale Ava pozostała na miejscu.

– Idźcie sobie. Ja tutaj zostanę. – Ziewnęła. – Jestem trochę zmęczona.

Jules zrobiła przerażoną minę.

– Jest dopiero jedenasta! – Odwróciła się do mnie. – Rhys, zatańcz z nami. Musisz nadrobić to… bluźnierstwo. – Wskazała Avę, która siedziała skulona u boku swojego chłopaka, ochronnym gestem obejmującego jej ramiona.

Ava się skrzywiła, wyraz twarzy Alexa praktycznie się nie zmienił. Widywałem już lód okazujący o wiele więcej emocji niż on.

Zostałem na miejscu.

– Nie tańczę.

– Ty nie tańczysz. Alex nie śpiewa. Normalnie same dusze towarzystwa – mruknęła Jules. – Bridge, zrób coś.

Księżniczka zerknęła na mnie, a potem odwróciła wzrok.

– On jest w pracy. No chodź – droczyła się. – Stella i ja już ci nie wystarczamy?

Jules westchnęła z ogromną dezaprobatą.

– Chyba wystarczacie. Próbujesz wpędzić mnie w poczucie winy.

– Nauczyłam się subtelnej sztuki wpędzania w poczucie winy w szkole dla księżniczek. – Bridget pociągnęła przyjaciółki na parkiet. – Chodźmy.

Nikt się nie zdziwił, gdy niedługo potem Ava i Alex się pożegnali, a ja zostałem sam przy stoliku, jednym okiem obserwując dziewczyny, a drugim całą resztę. A przynajmniej próbowałem. Coraz częściej zerkałem na Bridget i tylko Bridget, co bardzo mnie niepokoiło. Patrzyłem na nią nie tylko dlatego, że była moją klientką.

Wiedziałem, że ona sprawi mi mnóstwo kłopotów, gdy tylko Christian powiedział mi o moim nowym zleceniu. Poinformował, a nie poprosił mnie o jego wykonanie, bo Christian Harper zajmował się wydawaniem rozkazów, a nie prośbami. Ale między nami wydarzyło się za dużo, żebym mógł ewentualnie odrzucić to zlecenie – a naprawdę, kurwa, tego pragnąłem. Ja pilnujący księżniczki Eldorry, choć nie chciałem mieć nic wspólnego z Eldorrą? To najgorszy pomysł w historii złych pomysłów.

A potem spojrzałem na zdjęcie Bridget i zobaczyłem w jej oczach coś, co mnie ujęło. Może to była nutka samotności albo bezbronności, którą starała się ukryć. Cokolwiek to było, wystarczyło, bym niechętnie się na to zgodził.

A teraz utknąłem z podopieczną, która ledwo mnie tolerowała – i na odwrót.

Larsen, jesteś cholernym idiotą.

Mimo że Bridget wydawała mi się niezwykle irytująca, muszę przyznać, że dziś równie mocno mi się podobała. Szeroki uśmiech, promienna twarz, oczy skrzące się od śmiechu i złoś­liwości. Żadnej samotności, którą dostrzegłem na zdjęciu od Christiana.

Wyrzuciła ręce w powietrze i kołysała biodrami w rytm muzyki. Przez chwilę patrzyłem na jej nagie, długie i gładkie nogi, aż wreszcie oderwałem od nich wzrok i zacisnąłem szczękę.

Pilnowałem już wielu pięknych kobiet, ale kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Bridget na żywo, zareagowałem w zupełnie inny sposób niż w przypadku poprzednich klientek. Krew mi zawrzała, kutas stwardniał, a palce zaświerzbiły, by sprawdzić, jak to by było, gdybym złapał ją za te złote włosy. Było to zachowanie instynktowne, niespodziewane i niemal wystarczające, bym odszedł z pracy, jeszcze zanim ją zacząłem, bo pożądanie klientki mogło skończyć się wyłącznie katastrofą.

Jednak moja duma zwyciężyła i zostałem. Miałam tylko nadzieję, że nie będę tego żałować.

Jules i Stella powiedziały coś do Bridget, która skinęła głową. Potem odeszły, jak przypuszczałem, do łazienki. Nie było ich zaledwie dwie minuty, kiedy typ wyglądający jak chłopaczek z bractwa, ubrany w różową koszulkę polo, podszedł do Bridget ze zdecydowanym wyrazem twarzy.

Moje ramiona natychmiast się spięły.

Wstałem z krzesła dokładnie w chwili, gdy dopadł on do Bridget i szepnął jej coś do ucha. Pokręciła głową, ale wciąż nie odpuszczał.

W moim żołądku odezwało się coś mrocznego. Jeśli istniało coś, czego nienawidziłem, to byli to faceci, którzy nie rozumieli, co się do nich mówi.

Chłopaczek z Bractwa wyciągnął rękę do Bridget. Cofnęła swoją, zanim zdążył nawiązać kontakt, i powiedziała coś jeszcze, tym razem z surowszą miną. Na jego twarzy pojawił się brzydki grymas. Znowu wyciągnął rękę, ale zanim zdążył jej dotknąć, wkroczyłem między nich i ją zasłoniłem.

– Jakiś problem? – Spojrzałem na niego z góry.

Od Chłopaczka z Bractwa biły uprawnienia kogoś, kto za sprawą pieniędzy tatusia nie przywykł do słyszenia „nie”. Dodatkowo był albo zbyt głupi, albo zbyt arogancki, by zdać sobie sprawę, że dzieliły mnie dwie sekundy od zmiany układu jego twarzy do tego stopnia, że żaden chirurg plastyczny nie byłby w stanie jej zrekonstruować.

– Nie ma żadnego problemu. Po prostu poprosiłem ją do tańca. – Chłopaczek z Bractwa patrzył na mnie, jakby chciał wyzwać mnie do walki.

Co zdecydowanie było głupie.

– Nie chcę tańczyć. – Bridget obeszła mnie i na niego spojrzała. – Mówiłam ci to już dwa razy. Nie każ mi powtarzać tego po raz trzeci. To, co się wtedy stanie, z pewnością ci się nie spodoba.

Czasami mogłem zapomnieć, że Bridget jest księżniczką – jak wtedy, gdy fałszowała pod prysznicem i myślała, że jej nie słyszę, albo gdy przez całą noc uczyła się przy kuchennym stole.

Teraz jednak było zupełnie inaczej. Lodowatość promieniowała z każdego pora jej ciała, a na moich ustach pojawił się nieznaczny, pełen podziwu uśmiech, który natychmiast stłumiłem.

Chłopaczek z Bractwa cały czas miał brzydki wyraz twarzy, ale nas było więcej i doskonale o tym wiedział. Oddalił się, mrucząc pod nosem: „Głupia pizda”.

Policzki Bridget natychmiast się zaróżowiły, więc chyba go usłyszała. Na nieszczęście dla niego – ja też go słyszałem.

Nie zdążył przejść półtora metra, gdy złapałem go na tyle mocno, że krzyknął. Jeden strategiczny skręt nadgarstka i mog­łem mu złamać rękę, ale miał farta, bo nie chciałem robić scen.

Przynajmniej na razie.

– Co powiedziałeś? – W moim głosie pojawił się niebezpieczny ton.

Bridget i ja nie przepadaliśmy za sobą, ale to nie oznaczało, że mogłem pozwolić, by ktokolwiek ją znieważał. Nie na mojej zmianie.

To była kwestia zasad i podstawowej pieprzonej przyzwoitości.

– N-nic. – Mały móżdżek Chłopaczka w końcu połapał się w sytuacji. Gość poczerwieniał z przerażenia.

– Nie wydaje mi się, żeby to było nic. – Ścisnąłem mocniej, a on zaskomlał z bólu. – Wydaje mi się, że użyłeś brzydkiego słowa i obraziłeś tę damę tutaj. – Znowu ścisnąłem, usłyszałem kolejny skowyt. – I chyba będzie lepiej, jeśli ją przeprosisz, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. Nie sądzisz?

Nie musiałem wyjaśniać, co mam na myśli.

– Przepraszam – wymamrotał Chłopaczek do Bridget, która znów rzuciła mu lodowate spojrzenie. Nic nie odpowiedziała.

– Nie słyszałem cię – rzekłem.

W jego oczach błysnęła nienawiść, ale nie był na tyle głupi, by się ze mną kłócić.

– Przepraszam – powiedział głośniej.

– Za co?

– Za nazwanie cię… – Spojrzał na mnie przerażony. – Za to, że brzydko cię nazwałem.

– No i? – ponagliłem.

Zdumiony uniósł brwi.

Uśmiechnąłem się groźnie.

– Powiedz: „Przepraszam za to, że jestem nieszanującym kobiet idiotą o wiotkim kutasinie”.

Wydawało mi się, że słyszę, jak Bridget tłumi śmiech, ale skupiłem się na reakcji Chłopaczka. Wyglądał tak, jakby pragnął uderzyć mnie wolną ręką, i prawie sobie tego życzyłem. Patrzenie, jak próbuje dosięgnąć mojej twarzy, z pewnością byłoby zabawne. Przewyższałem go o dobre dwadzieścia centymetrów, poza tym miał bardzo wątłe barki.

– Przepraszam za to, że jestem nieszanującym kobiet idiotą o wiotkim kutasinie. – Gniew wylewał się z niego falami.

– Przyjmujesz jego przeprosiny? – spytałem Bridget. – Bo jeśli nie, mogę wyjść z nim na zewnątrz.

Chłopaczek pobladł.

Bridget przekrzywiła głowę i zrobiła zamyśloną minę, a na moich ustach pojawił się kolejny cień uśmiechu. Dobra jest.

– Przypuszczam – powiedziała w końcu tonem kogoś, kto wyświadcza komuś innemu ogromną przysługę – że nie ma sensu marnować więcej naszego czasu na kogoś tak nieistotnego.

Rozbawienie trochę złagodziło gniew pędzący w moich żyłach po wcześniejszym komentarzu Chłopaczka.

– Masz szczęście. – Puściłem go. – Jeśli jeszcze raz zobaczę, że zaczepiasz ją lub inną kobietę… – zniżyłem głos – to będziesz musiał nauczyć się robić wszystko lewą ręką, bo prawa przestanie działać. Na zawsze. A teraz wynocha stąd.

Nie musiałem mu tego powtarzać. Rzucił się do ucieczki, jego różowa koszulka migotała w tłumie, aż wreszcie zniknął w drzwiach.

Krzyż na drogę.

– Dziękuję – powiedziała Bridget. – Doceniam, że sobie pan z nim poradził, chociaż to frustrujące, że zanim do niego dotarło, musiał zainterweniować ktoś jeszcze. Moje słowa mu nie wystarczyły. – Poirytowana uniosła brew.

– Niektórzy ludzie to idioci, a inni to kompletne dupki. – Odsunąłem się, by przepuścić grupę chichoczących imprezowiczów. – I tak się złożyło, że wpadłaś na kogoś, kto był i jednym, i drugim.

W nagrodę dostałem nieznaczny uśmiech.

– Panie Larsen, wydaje mi się, że prowadzimy w miarę cywilizowaną rozmowę.

– Czyżby? Niech ktoś sprawdzi pogodę w piekle, bo chyba zamarzło – odparłem ze śmiertelną powagą.

Uśmiech Bridget się zwiększył, a ja poczułem, że jestem przeklęty, bo moje krocze natychmiast się szarpnęło.

– Co powie pan na drinka? – Kiwnęła w stronę baru. – Ja stawiam.

Pokręciłem głową.

– Jestem w pracy, poza tym nie piję alkoholu.

Na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia.

– Nigdy?

– Nigdy. – Żadnych narkotyków, żadnego alkoholu, żadnego palenia. Widziałem, jakie spustoszenie mogą spowodować, i nie miałem zamiaru trafić do kolejnej statystyki. – To nie w moim stylu.

Po wyrazie jej twarzy widziałem, że podejrzewa, iż kryło się za tym coś więcej, ale nie naciskała ani nie dopytywała i bardzo to doceniłem. Niektórzy ludzie byli zbyt wścibscy.

– Przepraszamy, że tak długo to trwało! – Wróciły Jules i Stella. – Kolejka do kibla była strasznie długa. – Spojrzała na Bridget, potem na mnie. – Wszystko w porządku?

– Tak. Pod waszą nieobecność pan Larsen dotrzymywał mi towarzystwa – odparła natychmiast Bridget.

– Naprawdę? – Jules uniosła brew. – Jak to miło z jego strony.

Ani Bridget, ani ja nie daliśmy się złapać na przynętę.

– Uspokój się, J. – Usłyszałem słowa Stelli, gdy po wszystkim wróciłem do stolika. – Przecież opieka nad nią należy do jego zadań.

Racja. To była moja praca, a Bridget była moją klientką. Ni mniej, ni więcej.

Zerknęła na mnie, na ułamek sekundy nasze oczy się spotkały, potem odwróciła wzrok.

Zacisnąłem palce na swoim udzie.

Pewnie, że mi się podobała. Była piękna, mądra i miała nerwy ze stali. To oczywiste, że mnie do niej ciągnęło. Ale to nie oznaczało, że mogłem zacząć działać.

Przez pięć lat pracy w charakterze ochroniarza ani razu nie przekroczyłem swoich zawodowych granic.

I nie miałem zamiaru tego zmieniać.

 

 

 

 

 

 

3

–––––––––––––

BRIDGET

 

 

 

 

 

 

JEDNĄ Z NAJGORSZYCH RZECZY w posiadaniu całodobowego ochroniarza było mieszkanie z nim. W przypadku Bootha nie było większego problemu, bo świetnie się z nim dogadywałam, ale przebywanie pod jednym dachem z Rhysem sprawiało, że ciągle chodziłam podenerwowana.

Nagle mój dom wydał mi się za mały, a wszędzie, gdzie spojrzałam, był Rhys.

Pił kawę w kuchni. Wychodził spod prysznica. Ćwiczył w ogrodzie, jego mięśnie się napinały, a skóra lśniła od potu.

To wszystko wydawało mi się dziwnie swojskie, i to w sposób, w jaki nie czułam się z Boothem, a to wcale a wcale mi się nie podobało

– Nie jest panu za gorąco w tym ubraniu? – spytałam pewnego niestandardowo ciepłego dnia, gdy obserwowałam, jak Rhys robi pompki.

Mimo że była jesień, temperatura oscylowała w granicach dwudziestu stopni, a po mojej szyi ściekała strużka potu, choć miałam na sobie cienką bawełnianą sukienkę i trzymałam w dłoni lemoniadę z lodem.

W czarnej koszulce i spodenkach sportowych Rhys musiał się gotować.

– Czyżbyś próbowała nakłonić mnie do ściągnięcia koszulki? – Nie przerwał robienia pompek, nie miał nawet zadyszki.

Po moich policzkach rozlało się ciepło, które nie miało nic wspólnego z pogodą.

– Niedoczekanie. – Może i nie była to najbardziej inspirująca odpowiedź, ale tylko taka przyszła mi do głowy.

Szczerze mówiąc, chciałabym zobaczyć Rhysa bez koszulki. Nie dlatego, że pragnęłam rzucić okiem na mięśnie jego brzucha – które, jak musiałam niechętnie przyznać, z pewnością były fantastyczne, jeśli wziąć pod uwagę resztę jego ciała – ale dlatego, że chyba bardzo nie chciał zdjąć koszulki. Wychodził w pełni ubrany nawet z łazienki po prysznicu.

Może czuł się nieswojo, paradując półnago przed klientką, ale odnosiłam wrażenie, że Rhys Larsen rzadko czuł się nieswojo. Musiało chodzić o coś innego. Może jakiś wstydliwy tatuaż albo dziwną chorobę skóry występującą tylko na torsie.

Skończył pompki i przeszedł do podciągania.

– Mogę ci w czymś pomóc, księżniczko, czy masz zamiar dalej się tak na mnie gapić?

Ciepło na policzkach zamieniło się w gorąco.

– Wcale się nie gapię. W głębi duszy modliłam się, żeby dostał pan zawału. Jeśli tak się stanie, to panu nie pomogę. Mam… książkę do przeczytania.

Dobry Boże, co ja wygaduję? Nawet ja tego nie rozumiałam.

Po naszej chwili solidarności w The Crypt, która miała miejsce dwa tygodnie temu, Rhys i ja od razu wróciliśmy do znajomego już schematu złośliwości i sarkazmu, którego nie znosiłam, bo wcale nie byłam złośliwa ani sarkastyczna.

Kąciki ust Rhysa delikatnie się podniosły, ale natychmiast opadły, zanim na jego twarzy pojawił się prawdziwy uśmiech.

– Dobrze wiedzieć.

Byłam już pewna, że teraz jestem czerwona jak burak, ale podniosłam dumnie głowę i weszłam do domu z największą godnością, na jaką tylko mogłam się zdobyć.

Niech Rhys smaży się na słońcu. Miałam nadzieję, że dostanie tego zawału. Może wtedy braknie mu sił, żeby być takim dupkiem.

Niestety nic mu się nie przytrafiło i zostało mu dostatecznie dużo sił.

– Jak tam książka? – spytał po treningu. Zanim wszedł do salonu, złapałam pierwszą lepszą książkę.

– Wciągająca. – Starałam się skupić na stronie, zamiast na tym, jak wilgotna od potu koszulka Rhysa przylegała do jego torsu.

Na bank ma pod nią sześciopak. Może nawet ośmiopak? Nie żebym liczyła.

– Z pewnością. – Jego twarz pozostała obojętna, ale w głosie było słychać szyderę. Poszedł do łazienki i nie oglądając się za siebie, dodał: – A tak przy okazji, księżniczko, trzymasz ją do góry nogami.

Zatrzasnęłam twardą okładkę, moja skóra płonęła z zażenowania.

Boże, jaki on był nieznośny. Dżentelmen nie wytknąłby kobiecie czegoś takiego, ale Rhys Larsen nie był dżentelmenem. Tylko zmorą mojego istnienia.

Niestety tylko ja byłam takiego zdania. Wszyscy inni – w tym moje przyjaciółki i pracownicy schroniska – uważali jego zrzęd­liwość za uroczą, więc nikt nawet nie współczuł mi tej jego zmorowatości.

– O co chodzi z twoim nowym ochroniarzem? – spytała mnie szeptem Wendy, jedna z przychodzących od dawna wolontariuszek w Wags & Whiskers. Ukradkiem zerknęła w stronę Rhysa siedzącego w kącie niczym sztywny posąg z mięśni i tatuaży. – Ma w sobie taką siłę i spokój. To bardzo seksowne.

– Gdybyś musiała z nim mieszkać, inaczej byś śpiewała.

Było to dwa dni po rozmowie o książce do góry nogami. Od tego czasu ja i Rhys mówiliśmy sobie tylko „dzień dobry” i „dobranoc”.

Nie miałam nic przeciwko temu. O wiele łatwiej było mi udawać, że on nie istnieje.

Wendy się roześmiała.

– Chętnie się z tobą zamienię. Moja współlokatorka ciągle podgrzewa ryby w mikrofali, więc w kuchni strasznie nimi śmierdzi, no i nie wygląda jak twój ochroniarz. – Poprawiła kitkę i wstała. – À propos zamiany miejsc, muszę iść na zajęcia. Masz wszystko, czego potrzebujesz?

Kiwnęłam głową. Wiele razy przejmowałam zmianę Wendy i miałam już opanowany jej sposób działania.

Po jej wyjściu zapadła cisza tak gęsta, że otoczyła mnie niczym płaszcz.

Rhys nie ruszył się ze swojego miejsca w kącie. Byliśmy sami, ale on rozglądał się po pomieszczeniu, jakby spodziewał się, że w każdej chwili zza kociego drapaka wyskoczy jakiś zabójca.

– Czy to nie jest męczące? – Podrapałam za uszami Łąkę, najnowszą schroniskową kotkę.

– Co?

– Bycie w pracy przez całą dobę. – Stale czujny, szukający zagrożenia. Taką miał pracę, ale nigdy nie widziałam, by Rhys się rozluźnił, nawet gdy byliśmy w domu tylko we dwoje.

– Nie.

– Ale wiesz, że twoje odpowiedzi mogą składać się z więcej niż jednego słowa, prawda?

– Tak.

On był niemożliwy.

– Dzięki Bogu mam ciebie, kochanie – powiedziałam do Łąki. – Przynajmniej z tobą mogę przeprowadzić sensowną rozmowę.

Miauknęła na zgodę, a ja się uśmiechnęłam. Przysięgam, czasami koty są mądrzejsze od ludzi.

Nastąpiła kolejna długa cisza, zanim Rhys zaskoczył mnie pytaniem:

– Dlaczego jesteś wolontariuszką w schronisku dla zwierząt?

Byłam tak zaskoczona faktem, że zainicjował rozmowę niezwiązaną z bezpieczeństwem, że zamarłam w połowie głaskania. Łąka miauknęła ponownie, tym razem na znak protestu.

Wznowiłam więc pieszczotę i zaczęłam się zastanawiać, ile mogę powiedzieć Rhysowi. Wreszcie zdecydowałam się na prostą odpowiedź.

– Lubię zwierzęta. Dlatego się tu zgłosiłam.

– Hmm.

Na dźwięk sceptycyzmu w jego głosie natychmiast zesztywniałam.

– Dlaczego pan o to pyta?

Wzruszył ramionami.

– Nie wygląda to na rzecz, którą chciałabyś robić w wolnym czasie.

Nie musiałam o nic pytać – doskonale wiedziałam, co jego zdaniem lubię robić w wolnym czasie. Niektórym wystarczyło spojrzenie na mnie i już wyciągali wnioski na temat mojego wyglądu oraz pochodzenia i tak, niektóre z nich były prawdziwe. Lubiłam zakupy i imprezy tak samo jak każda inna dziewczyna, ale to nie znaczyło, że nie zależało mi też na innych rzeczach.

– To zadziwiające, jak dobrze mnie pan zna po zaledwie miesiącu znajomości – odparłam chłodno.

– Zrobiłem research, księżniczko.

Tylko w taki sposób się do mnie zwracał. Nie chciał mówić do mnie po imieniu ani nazywać mnie Waszą Wysokością. Ja natomiast odmawiałam nazywania go w jakikolwiek inny sposób niż panem Larsenem. Nie miałam pojęcia, czy cokolwiek w ten sposób osiągnęłam, bo nie dał po sobie poznać, czy go to ruszało, ale usatysfakcjonowałam małostkową część mnie. – Wiem o tobie więcej, niż ci się wydaje.

– Ale nie ma pan pojęcia, dlaczego jestem wolontariuszką w schronisku dla zwierząt. Najwyraźniej więc musi pan podszlifować swoje umiejętności w wyszukiwaniu informacji.

Spojrzał tymi stalowoszarymi oczami w moim kierunku i wydawało mi się, że dostrzegłam w nich nutkę rozbawienia, a potem mur znowu runął.

– Trafiony, zatopiony. – Zawahał się, po czym dodał niechętnie: – Jesteś inna, niż się spodziewałem.

– Dlaczego? Bo nie jestem powierzchowną, płaską kobietką o ptasim móżdżku? – Mój głos ochłodził się o kolejny stopień, gdy próbowałam ukryć niespodziewany ból, jaki wywołały jego słowa.

– Nigdy nie mówiłem, że masz ptasi móżdżek.

– Ale to pan zasugerował.

Skrzywił się.

– Nie jesteś pierwszym członkiem rodziny królewskiej, którego chronię. Ani nawet trzecim czy czwartym. Wszyscy oni zachowywali się podobnie i takiego samego zachowania spodziewałem się również po tobie. Ale ty nie jesteś…

Uniosłam brew.

– Nie jestem…?

Nieznaczny uśmiech przemknął po jego twarzy tak szybko, że prawie go przegapiłam.

– Ptasim móżdżkiem.

Nie potrafiłam się powstrzymać. Zaczęłam się śmiać.

Ja śmiałam się ze słów Rhysa Larsena. Czyli jednak piekło zamarzło.

– Moja mama uwielbiała zwierzęta – powiedziałam, zaskakując samą siebie. Nie planowałam rozmawiać z nim o matce, ale nagle poczułam, że muszę wykorzystać ten chwilowy rozejm. – Mam to po niej. Ale w pałacu nie wolno było trzymać zwierząt, a jedynym sposobem na zapewnienie sobie regularnego kontaktu z nimi był wolontariat w schronisku. – Wyciągnęłam rękę i uśmiechnęłam się, gdy Łąka dotknęła jej swoją łapą, tak jakby przybijała mi piątkę. – Sprawia mi to ogromną przyjemność, ale robię to również dlatego, że… – Przerwałam i zaczęłam szukać odpowiednich słów. – Dzięki temu czuję się bliżej mojej mamy. Miłość do zwierząt cechowała tylko nas dwie. Reszta mojej rodziny je lubi, ale nie w taki sam sposób, w jaki my je lubimy. Lubiłyśmy.

Nie miałam pojęcia, co skłoniło mnie do tego wyznania. Może chciałam udowodnić, że mój wolontariat to nie jest po prostu chwyt piarowski? I dlaczego w ogóle obchodziło mnie, co Rhys o mnie myśli?

A może po prostu potrzebowałam porozmawiać o mojej mamie z kimś, kto jej nie znał? W Athenbergu nie mogłam o niej wspomnieć, bo wszyscy patrzyliby na mnie ze współczuciem i litością, ale Rhys jak zawsze zachował spokój.

– Rozumiem – powiedział tylko.

To jedno proste słowo wpełzło do mojego wnętrza i ukoiło tę część mnie, która najwyraźniej potrzebowała ukojenia, choć aż do tej chwili nie miałam o tym pojęcia.

Nasze oczy spotkały się, a powietrze znowu zgęstniało.

Stało się mroczne, tajemnicze, przeszywające. Rhys miał ten rodzaj oczu, które patrzyły prosto w duszę człowieka, odzierały ją z warstw wymyślnych kłamstw, by dotrzeć do brzydkiej prawdy pod spodem.

Ile z moich prawd dostrzegał? Czy widział pod maską dziewczynę, która przez całe lata nosiła brzemię i bała się o nim mówić, tę, która zabiła…

– Panie! Daj mi klapsa, panie! – Skóra wybrała właśnie tę chwilę na wypowiedzenie jednego ze swych wysoce niestosownych zdań. – Proszę, daj mi klapsa!

Czar prysł tak szybko, jak się pojawił.

Rhys odwrócił wzrok, a ja spojrzałam w dół i wraz z powietrzem wypuściłam mieszaninę ulgi i rozczarowania.

– Panie… – Skóra ucichła, gdy tylko Rhys na nią zerknął. Nastroszyła pióra i zaczęła skakać po klatce, a potem zapadła nerwowa cisza.

– Gratulacje – powiedziałam, próbując strząsnąć z siebie niepokojące elektryczne napięcie sprzed kilku chwil. – Prawdopodobnie jest pan pierwszą osobą, której udało się sprawić, że Skóra zamilkła w połowie zdania. Powinien pan ją adoptować.

– Nie, kurwa, nie. Nie lubię wulgarnych zwierząt.

Wpatrywaliśmy się w siebie przez sekundę, zanim z moich ust wymknął się mały chichot, a żelazna kurtyna osłaniająca jego oczy uniosła się na tyle, że mogłam dostrzec kolejny przebłysk rozbawienia.

Nie rozmawialiśmy już przez resztę mojej zmiany, ale atmo­sfera między nami poprawiła się na tyle, że przekonałam się, iż Rhys i ja możemy mieć funkcjonalne relacje zawodowe.

Nie wiedziałam, czy to optymizm, czy złudzenie, ale mój mózg zawsze chwytał się najmniejszych dowodów na to, że sytuacja wcale nie wygląda aż tak źle.

Gdy szliśmy do domu po mojej zmianie, wiatr szczypał nagą skórę na mojej twarzy i szyi. Rhys i ja kłóciliśmy się o to, czy iść pieszo, czy jechać samochodem, ale w końcu nawet on musiał przyznać, że głupio byłoby jechać do miejsca, które znajduje się tak blisko.

– Cieszy się pan na wizytę w Eldorrze? – spytałam. Za kilka dni mieliśmy wyjechać do Athenbergu na ferie zimowe, a Rhys wspomniał, że będzie to jego pierwszy pobyt w tym kraju.

Miałam nadzieję, że uda mi się wykorzystać nasz wcześniejszy przebłysk koleżeństwa, ale najwyraźniej mój osąd mnie oszukał, bo twarz Rhysa zamknęła się szybciej niż drzwi domówki, na którą zrobili najazd policjanci.

– Księżniczko, nie jadę tam na urlop. – Powiedział to tak, jakbym zmuszała go do wyjazdu na obóz jeniecki, a nie do miejsca, które czasopismo „Travel + Leisure” określiło mianem dziewiątego najpiękniejszego miasta na świecie.

– Wiem, że nie jedzie pan na urlop. – Próbowałam nie dać po sobie poznać, że mnie zdenerwował, ale mi się to nie udało. – Ale będzie pan miał darmowy…

Powietrze rozdarł pisk opon. Mój mózg nie zdążył przetworzyć tego dźwięku, bo Rhys już wepchnął mnie w pobliską uliczkę, po czym przycisnął mocno do ściany, wyciągnął broń i zasłonił mnie swoim ciałem.

Mój puls wszedł na wysokie obroty zarówno z powodu nag­łego przypływu adrenaliny, jak i bliskości mojego ochroniarza. Promieniował ciepłem i napięciem z każdego centymetra swojego wielkiego, umięśnionego ciała. Wszystko to otulało mnie niczym kokon, gdy tuż obok pędził samochód, z którego wnętrza dobiegała puszczona na full muzyka i śmiechy.

Przez skórę na łopatkach czułam bicie serca Rhysa. Staliśmy tak nieruchomo w uliczce jeszcze długo po tym, jak muzyka ucichła i pozostał tylko odgłos naszych ciężkich oddechów.

– Panie Larsen – powiedziałam wreszcie cicho. – Sądzę, że wszystko jest już w porządku.

Nie poruszył się. Byłam uwięziona między nim a murem z cegły – dwoma nieruchomymi ścianami osłaniającymi mnie przed światem. Jedną rękę oparł ochronnie o ścianę obok mojej głowy i stał tak blisko, że czułam każdą wyrzeźbioną krawędź i kontur jego ciała przy moim.

Po kolejnej długiej chwili Rhys ponownie schował broń i odwrócił głowę, by na mnie spojrzeć.

– Na pewno nic ci nie jest? – Jego głos był głęboki i chrap­liwy, oczy uważnie mi się przyglądały i szukały obrażeń, choć nic mi się nie stało.

– Tak. Ten samochód po prostu za szybko wszedł w zakręt. To wszystko. – Zaśmiałam się nerwowo, a moja skóra stała się zbyt gorąca pod wpływem jego spojrzenia. – Bardziej zaskoczyło mnie to, że wepchnął mnie pan do tej uliczki.

– I właśnie dlatego trzeba było jechać samochodem. – Cofnął się, zabierając ode mnie swoje ciepło. Próżnię między nami ponownie wypełniło chłodne powietrze. Zadrżałam i pożałowałam, że nie założyłam grubszego swetra. Nagle zrobiło mi się za zimno. – Chodząc w ten sposób po ulicy, jesteś zbyt łatwym celem. Ktoś mógł spróbować zastrzelić cię z jadącego samochodu.

Na myśl o tym niemal się roześmiałam.

– Nie wydaje mi się. Prędzej świnie zaczną latać, niż w Hazelburgu dojdzie do strzelaniny. – Było to jedno z najbezpieczniejszych miast w kraju, a większość studentów nie posiadała nawet samochodów.

Nie wyglądał na zachwyconego moją analogią.

– Ile razy mam ci to powtarzać? Wystarczy jedna okazja. Od teraz koniec z chodzeniem do i ze schroniska.

– Przecież nic się nie wydarzyło. Przesadza pan – powiedziałam i poczułam, jak moja irytacja wraca z pełną mocą.

Jego twarz wyglądała jak wyrzeźbiona z granitu.

– Moim zadaniem jest wymyślanie wszystkiego, co może pójść nie tak. Jeśli ci się to nie podoba, możesz mnie zwolnić. Do tego czasu rób to, co mówię, tak jak powiedziałem ci pierwszego dnia.

Zniknęły wszelkie ślady naszego chwilowego zawieszenia broni w schronisku. Chciałabym móc go zwolnić, ale nie miałam wpływu na decyzje kadrowe i żadnego dobrego powodu poza tym, że po prostu się nie dogadywaliśmy.

Byłam pewna, że nasza interakcja w schronisku oznacza początek nowej fazy w naszych relacjach, ale zrobiliśmy jeden krok do przodu i dwa do tyłu.

Wyobraziłam sobie nasz lot do Athenbergu, kiedy to towarzyszyć nam będzie wyłącznie lodowata cisza, i się skrzywiłam.

Zapowiadała się bardzo długa przerwa świąteczna.

 

 

 

 

 

 

4

––––––––––––––––––––––

RHYS/BRIDGET

 

 

RHYS

 

 

 

 

 

BRIDGET I JA PRZYBYLIŚMY DO ATHENBERGU, stolicy Eldorry, cztery dni po tym, jak mój dekret o zakazie chodzenia piechotą otworzył drugi front w naszej toczącej się zimnej wojnie. Atmo­sfera podczas lotu była chłodniejsza niż kąpiel zimą w rosyjskiej rzece, ale miałem to gdzieś.

Bridget nie musiała mnie lubić, żebym mógł wykonywać moją pracę.

Rozejrzałem się po niemal pustym miejskim cmentarzu, wsłuchując się w upiorne wycie wiatru gwiżdżącego wśród nagich drzew. Chłód przeniknął moje ubrania i dotarł aż do kości.

Dziś był pierwszy od przylotu prawie wolny dzień w harmonogramie Bridget, która zszokowała mnie i uparła się, by spędzić go na cmentarzu.

Kiedy jednak zobaczyłem, dlaczego chce to zrobić, od razu wszystko zrozumiałem.

Zachowałem pełną szacunku odległość od miejsca, w którym klęczała przed dwoma nagrobkami, wciąż jednak znajdowałem się na tyle blisko, by móc dostrzec wyryte na płytach nazwiska.

Josefine von Ascheberg. Frederik von Ascheberg.

Jej rodzice.

Miałem dziesięć lat, kiedy następczyni tronu Josefine zmarła podczas porodu. Pamiętałem, jak przez wiele tygodni widziałem zdjęcia zmarłej księżniczki we wszystkich gazetach i na ekranach telewizorów. Książę Frederik zginął kilka lat później w wypadku samochodowym.

Bridget i ja nie byliśmy przyjaciółmi. Do diabła, przez większość czasu nawet nie byliśmy wobec siebie mili. To jednak nie powstrzymało dziwnego skurczu w moim sercu, gdy zobaczyłem smutek na jej twarzy, kiedy mruczała coś do grobów swoich rodziców.

Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów, a potem powiedziała coś jeszcze i nieznacznie się uśmiechnęła. Rzadko obchodziło mnie to, co ludzie robili i mówili w swoim prywatnym życiu, ale teraz niemalże życzyłem sobie, by móc znaleźć się na tyle blisko, aby dowiedzieć się, dlaczego się uśmiechnęła.

Rozległo się piknięcie mojego telefonu i ucieszyłem się, że coś odwróciło moją uwagę. Przynajmniej do momentu, gdy zobaczyłem wiadomość.

Christian: Mogę podać Ci nazwisko w niecałe dziesięć minut.

Ja: Nie. Odpuść.

Dostałem kolejną wiadomość, ale jej nie przeczytałem, tylko schowałem telefon do kieszeni.

Irytacja przeszyła mnie na wskroś.

Christian był upartym draniem, który rozkoszował się grzebaniem w szafach innych ludzi w poszukiwaniu trupów. Truł mi, odkąd dowiedział się, że jadę do Eldorry – znał moje rozterki związane z tym krajem – i gdyby nie był moim szefem i osobą, która choć częściowo odgrywała rolę mojego przyjaciela, moja pięść już dawno spotkałaby się z jego twarzą.

Powiedziałem mu, że nie chcę tego nazwiska, i mówiłem poważnie. Przeżyłem trzydzieści jeden lat, nie znając go. Mogłem przeżyć bez niego kolejne trzydzieści jeden – albo tyle, ile mi zostało, zanim kopnę w kalendarz.

Zwróciłem uwagę na Bridget akurat wtedy, gdy w pobliżu trzasnęła jakaś gałąź, po czym rozległo się ciche kliknięcie migawki aparatu.

Gwałtownie podniosłem głowę, a z moich ust wydobyło się ciche warknięcie, kiedy wyraźnie zobaczyłem pukiel blond włosów wystający znad pobliskiego nagrobka.

Pieprzeni paparazzi.

Gdy dupek zorientował się, że został dostrzeżony, pisnął i próbował uciec, ale rzuciłem się w jego stronę i złapałem go za tył kurtki, zanim zdążył zrobić więcej niż kilka kroków.

Kątem oka widziałem, jak Bridget wstaje. Była zaniepokojona.

– Oddaj mi aparat – powiedziałem spokojnym, ale drżącym od emocji głosem.

Paparazzi byli nieuniknionym złem, kiedy pilnowało się wysoko postawionych osób, ale istniała ogromna różnica między robieniem zdjęć komuś podczas jedzenia czy robienia zakupów a robieniem zdjęć w chwili prywatnej zadumy.

Do kurwy nędzy, Bridget odwiedziła właśnie groby swoich rodziców, a ten sukinsyn miał czelność jej w tym przeszkodzić.

– Nie ma mowy – zaczął się wściekać. – To wolny kraj, a księżniczka Bridget jest osobą publiczną. Mogę…

Nie czekałem, aż skończy zdanie, tylko wyrwałem mu aparat z ręki, rzuciłem na ziemię i zmiażdżyłem stopą w drobny mak.

Nie lubiłem dwa razy o coś prosić.

Zawył w proteście.

– To był aparat za pięć tysięcy dolarów!

– Masz szczęście, że tylko on jest rozwalony. – Puściłem jego kurtkę i ją na nim wygładziłem ruchem, który był bardziej groźbą niż uprzejmością. – Masz pięć sekund na zejście mi z oczu, zanim to się zmieni.

Był wściekły, ale nie głupi. Dwie sekundy później zniknął wśród drzew, porzuciwszy kawałki swojego bezużytecznego już aparatu. Chwilę po tym usłyszałem warkot silnika i zobaczyłem, jak z parkingu wyjeżdża jakiś samochód.

– Znam go. Jest z „National Express”. – Bridget stanęła obok mnie i wcale nie wyglądała na zaskoczoną takim obrotem spraw. – To najbardziej tandetny z tabloidów. Po tym, co zrobił pan z jego aparatem, pewnie napiszą, że wstąpiłam do kręgu satanistów albo coś w tym stylu.

Prychnąłem.

– Zasłużył sobie na to. Nie znoszę ludzi, którzy nie szanują cudzej prywatności.

Na jej twarzy pojawił się niewielki uśmiech, pierwszy, jakim obdarzyła mnie od wielu dni, dzięki czemu wcześniejszy chłód ustąpił.

– To paparazzi. Jego praca polega na naruszaniu prywatności innych osób.

– Ale nie wtedy, gdy oni znajdują się na pieprzonym cmentarzu.

– Przyzwyczaiłam się już do tego. Poza pałacem zawsze istnieje szansa, że to, co akurat robię, trafi do gazet. – Brzmiała na zrezygnowaną. – Dziękuję, że się pan tym zajął, nawet jeśli pańska metoda była bardziej… agresywna, niżbym sobie życzyła.

W jej oczach pozostała odrobina smutku, a ja znów poczułem ten dziwny ścisk w piersi. Być może dlatego, że doskonale rozumiałem źródło jej nastroju – poczucie, że zostało się samemu na świecie, bez tych dwóch osób, które kochają dziecko najbardziej.

Nigdy nie zaznałem tej rodzicielskiej miłości, więc mimo dziury, którą po sobie pozostawiła, nie do końca rozumiałem, co mnie ominęło. Bridget jej doświadczyła, przynajmniej ze strony ojca, więc wyobrażałem sobie, że mocniej przeżyła jego stratę.

Nie jesteś tu po to, by ją rozumieć, dupku. Tylko po to, by jej strzec. To wszystko. Nieważne, jak pięknie czy smutno wyglądała, ani jak bardzo chciałem pomóc jej pozbyć się tej melancholii.

Poprawianie jej samopoczucia nie należało do moich obowiązków.

Cofnąłem się.

– Gotowa? Jeśli chcesz, możemy jeszcze tu zostać, ale za godzinę masz event.

– Nie, jestem gotowa. Chciałam tylko życzyć rodzicom wesołych świąt i opowiedzieć im, co u mnie. – Zaczesała kosmyk włosów za ucho i wydawała się trochę skrępowana. – Wiem, że to głupio brzmi, ale to tradycja i mam wrażenie, że oni słuchają… – Przerwała. – Jak już mówiłam, to głupie.

– Wcale nie. – Poczułem ciasnotę w klatce piersiowej, tak silną, że aż zacząłem dusić się wspomnieniami, o których lepiej nie pamiętać. – Robię to samo z moimi starymi kumplami z wojska. – Tymi pochowanymi w okolicach Waszyngtonu, choć czasami próbuję dotrzeć również na inne groby.

To przeze mnie zginęli. Mogłem przynajmniej złożyć wyrazy szacunku.

– Czy utrzymuje pan kontakt z kolegami z marynarki? – spytała, gdy szliśmy w stronę wyjścia.

Wypatrywałem kolejnych paparazzich czy innych sukinkotów, ale w pobliżu nie było nikogo poza nami i duchami z przeszłości.

– Z kilkoma. Ale te kontakty nie są tak częste, jak bym chciał.

Moja jednostka była moją rodziną, ale po tym, co się wydarzyło, utrzymywanie kontaktu stało się zbyt trudne dla tych, którzy ocaleli. Za bardzo przypominaliśmy sobie wzajemnie o tym, co straciliśmy.

Jedyną osobą, z którą utrzymywałem regularny kontakt, był mój stary dowódca z początków mojej służby w marynarce.

– Dlaczego pan odszedł? – Schowała ręce głębiej do kieszeni płaszcza, a ja oparłem się chęci przyciągnięcia jej bliżej, by móc podzielić się odrobiną ciepła mojego ciała. Było cholernie zimno, a jej płaszcz nie wyglądał na wystarczająco gruby, by ochronić ją przed wiatrem.

– Tego już było dla mnie za wiele. Rozlokowanie, niepewność, pogrzeby. Patrzenie, jak ludzie, z którymi służyłem, umierają na moich oczach. – Ciasnota rozprzestrzeniała się coraz bardziej i zanim wypowiedziałem kolejne słowa, zmusiłem się do oddechu. – To wszystko mnie rozjebało i gdybym nie odszedł wtedy, gdy to zrobiłem… – Straciłbym resztki siebie. Pokręciłem głową. – To ta sama historia, co u wielu weteranów. Nie jestem jakimś wyjątkiem.

Dotarliśmy do samochodu, ale kiedy otworzyłem drzwi, żeby Bridget mogła wsiąść, ona położyła dłoń na moim ramieniu.

Zesztywniałem, bo jej dotyk przedostawał się przez moje ubranie skuteczniej niż jakikolwiek chłód czy płomień.

– Przykro mi – powiedziała. – Zarówno z powodu tego, co się stało, jak i przez moje wścibstwo.

– Odszedłem stamtąd wiele lat temu. Gdybym nie chciał o tym rozmawiać, tobym nie rozmawiał. To nic takiego. – Odsunąłem się i otworzyłem szerzej drzwi samochodu, jednak cały czas czułem na sobie jej dotyk. – Nie żałuję czasu spędzonego w marynarce. Chłopcy z mojej jednostki byli dla mnie jak bracia, najbliżsi prawdziwej rodzinie, i za nic bym tego nie oddał. Ale wydarzenia na froncie? Tak, skończyłem z tym gównem.

Nigdy wcześniej nikomu o tym nie mówiłem, ale też nie miałem komu o tym mówić. Może poza moją dawną terapeutką, tyle że miałem wystarczająco dużo problemów do przepracowania z nią i bez analizowania moich powodów odejścia z wojska.

– A jednak po tym wszystkim zdecydował się pan zostać ochroniarzem – zauważyła Bridget. – Nie do końca jest to zajęcie wolne od niebezpieczeństw.

– Bo mam odpowiednie umiejętności. – Wielu byłych członków SEAL poszło w prywatną ochronę, a Christian może i był draniem, ale przekonującym. Namówił mnie do podpisania pierwszej umowy niecały dzień po powrocie na amerykańską ziemię. – Chyba nigdy wcześniej nie byłem w tak wielkim niebezpieczeństwie jak teraz, od kiedy zostałaś moją klientką. – Zdumiona podniosła brew, a ja prawie się uśmiechnąłem. Prawie. – Ryzyko pęknięcia u mnie tętnicy wzrosło dziesięciokrotnie.

Nagle wszystko zrozumiała i w miejscu jej zdziwienia pojawiło się dziwne połączenie zachwytu i złości.

– Cieszę się, że ma pan poczucie humoru, panie Larsen. To bożonarodzeniowy cud.

Z mojego gardła wymknął się chichot, dźwięk tak obcy, iż ledwo rozpoznałem, że jest mój, a w mojej duszy poruszyło się coś, co przypomniało sobie, że istnieją inne rzeczy poza ciemnością, która od tak dawna mnie nawiedzała.

Bridget spojrzała na mnie zaskoczona, potem uśmiechnęła się niepewnie, a to coś podniosło łeb.

Kazałem mu leżeć.

Śmiech był w porządku. Cała reszta – nie.

– Chodźmy. – Przestałem się uśmiechać. – Inaczej się spóźnimy.

 

BRIDGET

 

GDYBYM MOGŁA PODSUMOWAĆ MOJĄ RELACJĘ z Rhysem jedną piosenką, byłaby to Hot n Cold Katy Perry. W jednej chwili kłóciliśmy się i traktowaliśmy z ogromnym chłodem. W następnej śmialiśmy się i łączyliśmy w żartach.

Okej, „łączyliśmy” to zbyt mocne słowo na to, co wydarzyło się na cmentarnym parkingu. Bardziej trafnym określeniem byłoby „zachowywaliśmy się jak normalne istoty ludzkie”. A Rhys nie tyle się zaśmiał, co uśmiechnął półgębkiem, ale może w jego świecie tak właśnie wyglądał uśmiech? Nie potrafiłam wyobrazić go sobie odrzucającego głowę do tyłu z rozbawieniem, tak jak nie potrafiłam sobie wyobrazić The Rocka tańczącego w balecie.

Ale jeśli czegoś nauczyłam się w ciągu ostatniego miesiąca, to było to przekonanie, że muszę wykorzystać każdą poprawę naszych relacji. Tak więc po mojej zaplanowanej wizycie niespodziance w lokalnym liceum, gdzie wygłosiłam przemówienie o znaczeniu życzliwości i zdrowia psychicznego, poruszyłam temat, którego unikałam przez ostatni tydzień.

– Zwykle podczas urlopu zostaję w Eldorrze dłużej, ale cieszę się, że w tym roku wracamy do kampusu wcześniej – powiedziałam swobodnie, gdy usiedliśmy na swoich miejscach w restauracji przy szkole.

Żadnej odpowiedzi.

Właśnie wtedy, gdy pomyślałam, że Rhys zignoruje przynętę, powiedział:

– Wyrzuć to z siebie, księżniczko. Czego chcesz?

No i proszę, znów jest zrzędliwy.

Zmarszczyłam lekko czoło. Kiedy z nim rozmawiałam, czułam się jak dziecko pytające o pozwolenie rodzica, co było śmieszne, ale bił od niego taki autorytet, że czasem zapominałam, że to on jest moim pracownikiem, a nie na odwrót.

No, technicznie rzecz biorąc, był kontrahentem pałacu, ale to już w sumie żadna różnica.

– W styczniu do Waszyngtonu przyjeżdża mój ulubiony zespół. Ava i ja kupiłyśmy już bilety, żeby ich zobaczyć – powiedziałam.

– Nazwa zespołu i miejsce koncertu.

Podałam mu dane.

– Sprawdzę to i dam znać. – Gdy podszedł do nas kelner, Rhys zamknął z trzaskiem swoje menu. – Proszę burgera, średnio wysmażonego. Dziękuję.

Złożyłam zamówienie i poczekałem, aż kelner odejdzie, zanim powtórzyłam z napięciem w głosie:

– Kupiłam już bilety. – Tłumaczenie: Idę na koncert, czy ci się to podoba, czy nie.

– Mam nadzieję, że można je zwrócić. – Jego bystre spojrzenie prześlizgnęło się po restauracji, nie pomijając ani jednego szczegółu dotyczącego gości czy układu pomieszczeń.

Iiii w ten sposób nastąpił koniec naszych milszych relacji – jak w zegarku.

– Pańska praca nie polega na rujnowaniu mi życia. Ani na zachowywaniu się jak nadopiekuńczy rodzic. – Moja frustracja rosła z sekundy na sekundę. Wolę go cały czas nienawidzić, niż żeby moje emocje ciągle podskakiwały i spadały jak na popsutym mierniku. To było wyczerpujące. – Jak to się stało, że nadal ma pan pracę? Dziwię się, że pańscy poprzedni klienci nie poskarżyli się w