God of War - Rina Kent - ebook
NOWOŚĆ

God of War ebook

Rina Kent

4,9

1567 osób interesuje się tą książką

Opis

Oddałam serce potworowi.

Byłam naiwną dziewczyną niemającą pojęcia o świecie. Tymczasem on bezlitośnie zdeptał moją miłość, a serce zamknął w klatce jak trofeum. Tamtego dnia poprzysięgłam sobie, że moja nienawiść potrwa do końca życia. Eli King to czyste zło, więc starałam się nie wchodzić mu w drogę.

 

Wszystko jednak zmienia się w dniu, w którym po otworzeniu oczu uświadamiam sobie, że znajduję się w szpitalu, a on trzyma mnie za dłoń i oznajmia: „Pobraliśmy się dwa lata temu, pani King”.

 

Za wszelką cenę muszę odkryć, jakim cudem zostałam jego żoną. Okazuje się natomiast, że moje wspomnienia są znacznie mroczniejsze niż teraźniejszość. Myślałam, że zdołam stawić czoła żywiołowi. Wierzyłam, że wytrzymam bezduszne spojrzenie i lodowatą obojętność Kinga.

 

Myliłam się. Mojego męża nic nie powstrzyma: ani mroczne sekrety, ani bijąca ode mnie nienawiść. 

A już z całą pewnością nie ja.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 676

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (27 ocen)
23
4
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
wreader

Nie oderwiesz się od lektury

Na początku myślałam, że nie będzie nikogo lepszego niż Jer, potem Lan zdobył palmę pierwszeństwa, a potem Eli King wjechał cały na biało 🥹 Nie spałam do 3 w nocy, żeby to skończyć. Moim zdaniem najlepsza w serii ❤️
20
Monika280789

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
00
egrambor

Dobrze spędzony czas

Zal, że to koniec serii. Faktycznie totalnie inna niż pizostałe. Avy niestety nadal nie lubię. Najslabsza z serii.
00
dziewczynazgor

Nie oderwiesz się od lektury

Ta seria, ta autorka, te historie to klasa sama w sobie. Wiedziałam, że to będzie petarda. Rina nigdy nie zawodzi.
00
Dot65

Nie oderwiesz się od lektury

Swietna jak kazda książka Riny ❤️
00



Tytuł oryginału: God of War

Copyright © Rina Kent 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Twarduś

Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Kamila Grotowska, Natalia Szoppa

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Ilustracje: Aleksandra Monasterska

Projekt okładki: Opulent Designs

ISBN 978-83-8470-063-1 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Playlista

Don’t Fear the Reaper – Baltic House Orchestra

Breathe – Lø Spirit

Time – MISSIO

BLEAK – Michael Aldag

I Like Me Better – LAUV

Misery – Unlike Pluto

oUcHiE (Medium) – MYTCH

Nothing’s New – Rio Romeo

Escapism. – RAYE & 070 Shake

Blind Spot – Saint Chaos

PARALYZED – Death and All His Friends

You Make Me Feel Like It’s Halloween – Muse

Broken Smile – Lil Peep

Goddess – Xana

Half My Heart – grandson

Feel Something – Jaymes Young

Church – Chase Atlantic

Spell It Out – You Me At Six

Wszystkie piosenki znajdziecie na Spotify.

Rozdział 1

Ava

Kołyszę się w rytm dudniącej muzyki, a w moich żyłach krąży niebezpieczna mieszanka alkoholu, najnowszych dragów na rynku i czystej euforii.

Nareszcie jest mi dobrze.

Kiedy wtapiam się w tłum zagubionych dusz i ludzkich wydmuszek, przestaję czuć się jak odmieniec.

Zero presji. Zero zmarnowanych możliwości. Zero niepokojących wizji.

Nie czuję kompletnie nic.

Dokładnie tak, jak lubię.

Unoszę do ust podwójną tequilę i wypijam połowę jednym haustem. Gorzki płyn pozostawia na języku ciężki, męczący posmak. Ale wraz z nim przychodzi też dreszczyk ekscytacji i pragnienie, by całkowicie się w nim zatracić. Piekący płyn spływa po ściankach gardła i osiada w żołądku razem z końską dawką leków uspokajających, którymi nafaszerowałam się wcześniej.

Jaki mam plan? Wlać w siebie jeszcze więcej procentów, które uzupełnię prochami, a także wszystkim, co wpadnie w moje lepkie ręce.

Czymkolwiek. Bylebym tylko dzięki temu mogła się uwolnić od naporu obrazów, które ostatnio kłębią mi się w głowie.

Rozmyte twarze, zniekształcone głosy, tonące w mroku kluby.

Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, jest grzebanie we własnej psychice lub zastanawianie się nad bagnem, w które się ostatnio wpakowałam.

Zdecydowanie bardziej odpowiada mi opcja, by zamieść przeszłość pod dywan i udawać, że nic się nie dzieje.

Wszystko jest cacy.

Moi znajomi postanowili wybrać się do modnego klubu w północnym Londynie. Surowe, ceglane ściany połyskują w pięknej feerii błękitnych odcieni.

Fioletowe wiązki laserów omiatają tłum wypełniający potężną salę na dole. Mamy co prawda lożę VIP na piętrze, ale naprawdę ostra jazda zaczyna się w kłębowisku spoconych ciał, które wyginają się na parkiecie.

A im ostrzejsza zabawa, tym lepiej.

Właśnie unoszę do ust wypełniony do połowy kieliszek tequili, gdy smukła dłoń o paznokciach w kolorze bladej brzoskwini wysuwa mi go spomiędzy palców i stawia poza moim zasięgiem. Już mam na końcu języka mięsistą wiązankę, ale wtedy napotykam spokojne, zielone oczy. Przeszywa mnie lekki dreszcz nagany, który jednak natychmiast tonie w morzu bezwarunkowej miłości.

– Cecy! – przekrzykuję muzykę, a mój głos brzmi, o dziwo, całkiem trzeźwo. – Co ty tu robisz?

Ma na sobie piękną, pastelowopomarańczową sukienkę na ramiączkach. Jej srebrzyste włosy są upięte w uroczy kucyk, a twarz promienieje jak nigdy dotąd.

Mojej uwadze nie umyka fakt, że od pewnego czasu czuje się swobodniej w sukienkach, choć zawsze była typem dziewczyny, która paradowała głównie w jeansach i T-shirtach.

Dostrzegam także, że nałożyła delikatny makijaż. Chce wyglądać pięknie. Wygląda na to, że wreszcie polubiła samą siebie.

Trochę mi przykro z tego powodu, gdyż nie miałam w tym nawet najmniejszego udziału. Mogłabym zwalić winę na swój stan, ale to żadna wymówka. Nie wtedy, gdy ona wspierała mnie przez całe nasze życie.

– Chyba masz już dość, Ava.

– Co ty gadasz? Przecież dopiero zaczęłam. – Sięgam po kieliszek, ale ona chowa go za plecami.

– Wybij to sobie z głowy – ucina, po czym chwyta mnie za łokieć i wyciąga z samego środka tłumu, w którym tak błogo się umościłam. Moi towarzysze natychmiast wybuchają lawiną pytań.

– Ava, wrócisz do nas?

– Ava, lecisz z nami na Ibizę?

– Ava, mam dla ciebie najświeższe ploteczki.

Ava, Ava, Ava…

Uwielbiam tę uwagę, te głodne spojrzenia, tę nieodpartą potrzebę świata, by zaspokoić każdy mój kaprys, każdą zachciankę i fanaberię.

Przesyłam im całusy i puszczam oko do kilku facetów, których imion nawet sobie nie przypominam.

Oto tarcza, za którą się chowam: wdzięk, uroda i popularność.

Jestem tym, kogo chcą we mnie zobaczyć. Równie dobrze mogę być pustą kokietką, duszą towarzystwa albo rozpieszczonym dzieckiem szczęścia.

Czymkolwiek. A jednocześnie wszystkim.

Dopóki skupiam ich uwagę, nie mam nic przeciwko, bo zainteresowanie ze strony innych nie pozwala pustce mnie pochłonąć.

Co istotniejsze, kolejne komplementy dopełnione zuchwałymi pieszczotami odpędzają ponure myśli.

Nawet jeśli tylko na chwilę.

Moja najlepsza przyjaciółka, Cecily, odstawia kieliszek tequili na pierwszy lepszy stolik i zaczyna przeciskać się przez tłum, ciągnąc mnie za sobą.

Kiedy szarpię ją za rękę, a ona wreszcie się zatrzymuje, zarzucam jej ramiona na szyję i zaczynam kołysać się w rytm otaczającej nas muzyki.

– No chodź, zatańczmy!

– Ava, to nie moje klimaty.

– Proszę, Cecy. Zrób to dla mnie – zwracam się do niej, trzepocząc rzęsami, po czym obracam ją w piruecie.

Wzdycha i porusza się niemrawo, choć ani trochę nie dotrzymuje mi kroku. Kręcę biodrami, a połyskliwy róż mojej sukienki lśni w świetle stroboskopów. Mam tak krótką spódniczkę, że ludzie za mną muszą mieć idealny widok na mój tyłek.

Kilku facetów zaczyna gwizdać na nasz widok, więc posyłam im figlarne buziaki i odrzucam ze śmiechem głowę do tyłu, gdy daję się porwać rozlewającej się w moich żyłach euforii.

Szaleństwu.

Nicości.

Nagle otacza nas grupa mężczyzn, na co Cecily sztywnieje i obejmuje mnie ramieniem w talii, jakby zamierzała mnie bronić.

Kiedyś bagatelizowałam te drobne zmiany w jej zachowaniu, ale to się zmieniło. Tym razem to ja odpycham osaczających nas kolesi i wyciągam przyjaciółkę do korytarza prowadzącego do toalet.

Na ciemnych ścianach wiszą surowe neony z motywami Londynu, a czerwone światło rzuca ciepły blask na tę skądinąd mroczną przestrzeń.

Gdy zgiełk klubu zostaje za nami, a muzyka nieco cichnie, Cecily opiera się o ścianę i wypuszcza z płuc powietrze.

– Gotowa wracać do domu? – pyta powoli, niemal z nadzieją w głosie.

– Dobrze znasz odpowiedź – mówię, pieszczotliwie chwytając palcami jej policzek. – Ty uciekaj. Wiem, że nocne życie to nie twoja bajka.

– Za cholerę nie zostawię cię tu samej, kiedy jesteś pijana, Ava. Ten klub jest na kompletnym zadupiu i śmierdzi mi na kilometr. Nie mam pojęcia, po co tłukłaś się taki kawał drogi.

– Szukałam odmiany po tych wszystkich oklepanych miejscówkach w Soho. Wiesz przecież, że kocham przygody.

– Jesteś pewna, że nie chodzi o twój ostatni występ na międzynarodowym konkursie wiolonczelowym?

Na mojej klatce piersiowej zaciska się wyimaginowana obręcz, ale i tak przyklejam do twarzy swój uśmiech numer jeden.

– Skądże. Może po prostu nie jestem stworzona do muzyki klasycznej i powinnam zostać DJ-ką? Człowiek przynajmniej się przy tym świetnie bawi.

– Ava… – zaczyna Cecy, ale w słowo wpada jej grupka wstawionych dziewczyn, które chichocząc i zataczając się, przeciskają się między nami, by ustawić się w kolejce do toalet.

Cecily ujmuje moją dłoń.

– Może kupimy jakieś świństwa do żarcia i obejrzymy po raz setny Dziennik Bridget Jones?

– A nie masz przypadkiem chłopaka, z którym musisz lecieć do Nowego Jorku?

Owszem, przemawia przeze mnie gorycz, chociaż dobrze wiem, że nie mam do niej prawa. Zawsze uważałam Cecily za moją bratnią duszę. Moją najlepszą przyjaciółkę. Siostrę. Jedyną osobę, która zawsze trzymała moją stronę.

Tyle że to było, zanim zrozumiałam, jak bardzo stałam się od niej zależna. I jak bardzo jej to ciążyło. To ona ogarniała wszystkie moje kretyńskie, pijackie wyskoki. Pilnowała, żeby nic mi się nie stało i żeby mi nie odbiło; ocierała mi czoło, gdy rzygałam jak kot, a potem tuliła mnie do snu. Słuchała mojego pijackiego bełkotu i pozwalała mi osaczać ją moją obecnością, choć nigdy nie usłyszałam od niej ani jednego słowa skargi.

Kiedy znalazła miłość życia, a on wytknął mi, że żeruję na jej dobrym sercu, nie dając nic w zamian, zapałałam do niego czystą nienawiścią.

Wydawało mi się to sensowne. Odbierał mi najlepszą przyjaciółkę, a moim zdaniem nikt na nią nie zasługiwał. Tylko że tak naprawdę nie mogłam znieść Jeremy’ego, bo wygarnął mi prawdę, którą za wszelką cenę usiłowałam zignorować.

Miał rację. Zbyt mocno uwiesiłam się na Cecily. Byłam zbyt zaborcza. Zbyt infantylna. Byłam, krótko mówiąc, chodzącą porażką. A przecież moja przyjaciółka nie miała żadnego obowiązku, by trzymać mnie w kupie.

Dlatego nic nie powiedziałam, kiedy ogłosiła, że przeprowadza się ze wspomnianym chłopakiem do Stanów, choć pękało mi serce.

To, co palnęłam przed chwilą, to tylko moment słabości. Wszystko na pewno przez alkohol.

Przygryzam dolną wargę tak mocno, że powinna polecieć z niej krew.

– Czyli jednak nie jest ci to obojętne? – Przygląda mi się uważnie. – Wiedziałam. Dziwiłam się, że wtedy nie wpadłaś w histerię.

– Tylko żartuję – kłamię bez mrugnięcia okiem. – Powinnaś zacząć układać sobie życie, Cecy.

– Mogę zostać jeszcze kilka tygodni.

– Nie. Nie trać przeze mnie czasu.

– Mówisz, jakbyś była dla mnie ciężarem, a to nieprawda. – Chwyta mnie za ramiona. – Martwię się o ciebie. I to tak bardzo, ale to bardzo się martwię. Pijesz tyle, że to już niemal przerodziło się w nałóg. Zaniedbujesz leki i coraz częściej fundujesz sobie te autodestrukcyjne zjazdy.

– Moim zdaniem zwyczajnie dobrze się bawię.

– Łykanie podejrzanych pigułek od obcych ludzi to nie zabawa. To samobójstwo.

– To nie są żadni obcy, tylko znajomi.

– Raczej marni. – Wzdycha. – Nie tylko ja się martwię, Ava. Twoi rodzice też odchodzą od zmysłów. Czy to prawda, że nie rozmawiałaś z nimi, odkąd uciekłaś z sali konkursowej?

– Pisałam do nich – odpowiadam drżącym głosem, więc przełykam ślinę i wypuszczam głośno powietrze, by pozbyć się napięcia.

– I sądzisz, że to wystarczy?

– Na razie musi.

Nie ufam sobie na tyle, by porozmawiać z mamą i tatą, a potem nie rozsypać się na kawałki. W ciągu trzech dni miałam trzy ataki paniki. Wiem, że jestem na równi pochyłej i że na horyzoncie majaczy potężne załamanie, ale nikt nie musi o tym wiedzieć. A już na pewno nie Cecy, która w końcu odnalazła szczęście, na które zasługuje. Jeśli domyśli się, co jest grane, nie poleci do Stanów, a ja nie mogę dłużej stać jej na drodze.

– Będę brać regularnie leki i przystopuję z piciem. Obiecuję – zapewniam ją, po czym opieram głowę na jej ramieniu, żeby nie zobaczyła kłamstwa w moich oczach. – Ale tylko pod warunkiem, że będziesz do mnie codziennie dzwonić na FaceTime i będziemy gadać przez co najmniej trzy godziny.

– Obiecujesz?

– Obiecuję. – Odsuwam się z ociąganiem i wskazuję podbródkiem drugą stronę sali. – A teraz wracaj do swojego faceta i zrób coś, zanim pozabija kolesi, którzy otoczyli nas wcześniej na parkiecie.

W jej oczach pojawia się błysk, a całe ciało niemal instynktownie zwraca się w stronę wysokiego, barczystego faceta z rękami pokrytymi tatuażami. Ten gość stanowi jej całkowite przeciwieństwo. I, uwaga, to najprawdziwszy następca mafijnego tronu z Nowego Jorku.

Jeremy trzymał się na dystans, ale śledził nas od samego początku. Krok w krok. Jestem pewna, że nie stoi tu teraz zaraz obok Cecily tylko dlatego, że poprosiła go, by mogła na chwilę zostać ze mną sama.

Choć sterczy teraz po drugiej stronie sali, całą uwagę skupia na niej. Jego mroczne spojrzenie krzyżuje się z jej wzrokiem i w tym ułamku sekundy wcale nie widzę bezlitosnego bydlaka, na którego widok ludzie uciekają w popłochu. Widzę mężczyznę, który kocha moją przyjaciółkę tak samo szaleńczo, jak ona jego. Człowieka, który byłby gotów zrównać cały świat z ziemią, byle tylko ją chronić.

– Chcesz, żebyśmy cię podrzucili? – zwraca się do mnie Cecy, z wyraźnym trudem odrywając od niego wzrok.

– Przyjechałam samochodem.

– Przecież piłaś.

– Wypiłam zaledwie pół szota, zanim wyrwałaś mi go z ręki. Jestem trzeźwa jak świnia.

– Wcale nie.

– W takim razie zamówię Ubera.

– To niezbyt bezpieczne.

– Poproszę szofera taty, żeby po mnie przyjechał. Czy to brzmi lepiej?

– No niech będzie. Ale i tak wolałabym, żebyśmy cię odwieźli.

– Dam sobie radę.

– Jesteś pewna?

– Po prostu idźcie już, zanim Jeremy znienawidzi mnie jeszcze bardziej za to, że śmiem marnować twój czas.

– A od kiedy przejmujesz się jego zdaniem?

– Wcale się nie przejmuję. Zależy mi na tobie, a skoro ty kochasz tego palanta, to muszę jakoś z nim żyć.

Przytula mnie na moment.

– Kocham cię. Jutro oglądamy Dziennik Bridget Jones, dobra?

– Dobra.

– Napisz, jak dojedziesz do domu.

– Tak, mamo – rzucam, salutując z przekąsem.

Kręci z powątpiewaniem głową, po czym rusza w stronę Jeremy’ego. Cecily rzuca mi ostatnie spojrzenie. Widzę po jej ściągniętych brwiach, że wciąż bije się z myślami: zostać ze mną czy zmusić mnie do powrotu do domu, jakbym była jakąś emerytką. Przyklejam na twarz swój najbardziej promienny uśmiech i posyłam jej w powietrzu całusy. Zanim zdąży zmienić zdanie, przed jej nosem wyrasta potężny jak góra Jeremy. Zaborczym gestem kładzie dłoń w dole jej pleców i składa na jej ustach krótki, lecz namiętny pocałunek, po którym przyjaciółka natychmiast o mnie zapomina.

Choć tylko na moment, bo gdy on prowadzi ją w kierunku wyjścia z klubu, osłaniając przed niechcianym towarzystwem, ona wciąż zerka w moją stronę.

Zasługuje na wszystko, co najlepsze, a nawet na więcej. Jeśli ktoś na tym świecie ma prawo do szczęścia i faceta, którego twarz rozjaśnia się tylko w jej obecności, tą osobą jest właśnie Cecily.

Trochę jej tego zazdroszczę, ale z drugiej strony wiem, że aby dostać taki dar od losu, trzeba być równie bezinteresownym i mieć tak czyste serce jak ona.

Trzeba być niewinnym. Mniej zwichrowanym psychicznie. Bardziej… normalnym.

Dlatego w moim przypadku nadzieja na to, co ma moja przyjaciółka, a także reszta mojej paczki, nie ma najmniejszego sensu.

Wyrywam szklankę z dłoni przechodzącego obok faceta, wychylam zawartość jednym haustem i od razu się zachłystuję.

Whiskey. Chryste.

Mimo wszystko nie zapominam o manierach. Całuję opuszki palców i przykładam je do jego warg w ramach podziękowania, po czym ruszam z powrotem na parkiet.

Pokręcę się tu jeszcze godzinkę.

Nie jestem gotowa na spotkanie z pustką, która dopadnie mnie potem.

A jeśli wystarczająco mocno się upiję, może choć na chwilę uda mi się zapomnieć.

Uciec.

Cieszyć się życiem.

W mgnieniu oka otacza mnie wianuszek ludzi. Niektórzy to znajomi z Wydziału Sztuki, innych kompletnie nie znam.

Ale wyznaję zasadę: im nas więcej, tym weselej.

Mamy właśnie wakacje, a to nasz ostatni rok. Cecy już skończyła studia i bez niej na Royal Elite University jest po prostu nudno. Już dawno przeniosłabym się do Londynu, gdybym nie była tak śmiertelnie przerażona wizją ponownego zamieszkania z rodzicami. Nie zniosłabym, gdyby stali się świadkami tego, jak staczam się na samo dno – obnażona i bezbronna.

Trudno, co zrobić.

Na szczęście nie przyszłam tu dziś po to, aby bić się z myślami.

Wsuwam palce w długie blond włosy i unoszę je, czym odsłaniam nagie plecy, podczas gdy moje ciało zaczyna się zmysłowo kołysać w rytm muzyki.

Ciepłe dłonie lądują na moich biodrach, tam, gdzie sukienka odsłania skórę, ale ze śmiechem je odpycham.

– Patrz, ile chcesz, Ollie, ale ręce trzymaj przy sobie – rzucam zalotnie, starając się przekrzyczeć muzykę.

Nie wiem, czy mnie usłyszał, ale szczerze mówiąc, chyba niewiele go to obchodzi. I tak gapi się na mój dekolt. Bezwstydnie pieprzy mnie wzrokiem, którym sunie po moich długich nogach, odsłoniętych ramionach i wszystkich innych fragmentach ciała, do których sięga jego pożądliwe spojrzenie.

Co oznacza, że trafiłam z kiecką w dziesiątkę, że tak pozwolę sobie zauważyć.

Wąska tasiemka zawiązana na szyi przytrzymuje wszystko na swoim miejscu, choć kusa spódniczka ledwo zakrywa mi pośladki. Wężowe paski moich szpilek pną się w górę, oplatając nogi lśniącym, brokatowym różem.

– Wisisz mi za to, co się działo wcześniej, ślicznotko – rzuca Oliver. Tańczy ze mną w rytm muzyki, naśladując każdy mój ruch, każde zalotne mrugnięcie.

– Doprawdy? – droczę się z nim. – Ile jestem winna?

– Nie jestem tani, ale można mnie kupić.

– Mój fundusz powierniczy jakoś wytrzyma ten ciężar, Ollie. – Przesuwam palcami pod jego podbródkiem, muskając skórę różowymi paznokciami, a jego nozdrza gwałtownie się rozszerzają. – Zresztą oboje wiemy, że wcale nie masz na myśli pieniędzy.

– Czyżbyśmy mówili o tym samym?

– Być może.

Oliver to klasyczny przystojniak: kwadratowa szczęka, jasnobrązowe oczy i włosy w kolorze piasku. Jestem niemal pewna, że parę nocy temu, kiedy odwoził mnie do domu, dość ostro się o niego ocierałam.

Nie był zachwycony tym, że zostawiłam go w samym środku tej zabawy, ale wciąż mu mało, więc jeśli będę w odpowiednim nastroju, może tym razem posunę się dalej.

Ollie jęczy cicho, gdy poruszam biodrami.

– Ava, wykończysz mnie.

– Wiem. – Wybucham śmiechem, ale dźwięk mojego głosu zostaje natychmiast pochłonięty przez ryczącą muzykę, po czym gwałtownie więźnie mi w gardle.

Czuję na sobie spojrzenie.

Nie. Morderczy wzrok.

Więżą mnie lodowate, wyrachowane i bezwzględne oczy.

Zupełnie jak milion razy wcześniej.

I tak jak za każdym razem, mój lęk ani trochę nie zelżał. Wręcz przeciwnie – świadomość jego obecności stała się jeszcze bardziej nieznośna. Dusząca.

Nie sposób odgadnąć, z którego kąta mnie obserwuje, dopóki sam nie zdecyduje się pokazać. Jednak bez względu na to, czy go widzę, czy nie, czuję go każdą komórką ciała.

Jest jak pasożyt. Albo, co trafniejsze, jak nowoczesna kamera monitoringu, której obiektyw skupia się wyłącznie na mnie.

Strużka potu spływa mi po plecach, a skóra rozgrzewa się niemal do białości.

Odruchowo zabieram dłoń z twarzy Olliego, a moje ruchy zwalniają, gdy przeszukuję wzrokiem wszystkie ciemne zakamarki klubu. To tam zawsze się czai, niczym cień, pan i władca mroku.

Pieprzony duch.

Wtedy go dostrzegam. I natychmiast tego żałuję.

Eli King stoi przy barze, nonszalancko oparty plecami o blat. W jednej dłoni trzyma drinka, drugą schował do kieszeni nienagannie wyprasowanych, czarnych spodni. Zawsze ma na sobie coś czarnego. Wygląda jak książę wyjęty wprost z kart gotyckiej powieści. Coś pomiędzy Draculą a ulubionym nauczycielem samego szatana. Ten styl idealnie współgra z jego ostrą linią szczęki, wysokimi kośćmi policzkowymi i podłym charakterem.

Śnieżnobiała koszula podkreśla szerokie barki i szczupłą, umięśnioną sylwetkę. Lekko podwinął rękawy, przez co odsłonił zegarek Patek Philippe, który jest wart tyle, że można by za niego kupić wszystkich ludzi w tym klubie. Wiem, bo osobiście go nabyłam. Zresztą potem ojciec zrobił mi potężną awanturę, że szastam pieniędzmi na prawo i lewo. Siedem lat temu ubłagałam babcię, żeby zabrała mnie do Szwajcarii. Tam znalazłyśmy emerytowanego mistrza zegarmistrzostwa, którego całymi tygodniami musiałam prosić, by zgodził się stworzyć ten jedyny w swoim rodzaju model.

Eli oczywiście nie ma o tym zielonego pojęcia. Zmusiłam ciocię Elsę, by mu go wręczyła i przysięgła, że nigdy nie wyjawi, od kogo był. Myśli zatem, że to prezent od matki na dwudzieste urodziny – pewnie dlatego nigdy go nie zdejmuje.

Mimo cieni, chaosu, hałasu i tłumu ludzi, który nas dzieli, wyraźnie go widzę. Może nawet zbyt wyraźnie. Jakby wszystko na świecie stało się przezroczyste, a on był jedyną namacalną istotą w samym jego centrum.

Eli King stał się moją nemezis, gdy tylko zrozumiałam znaczenie tego wyrażenia.

Moją zgubą.

Jedynym mężczyzną odpornym na mój urok.

Co więcej, ignoruje ten urok z lodowatą obojętnością.

Zupełnie tak jak teraz.

Z jego oczu bije bezdenny mrok, a w ciemnej szarości tęczówek, które kojarzą się z nawałnicą, nigdy nie widać wściekłości czy zgorszenia. Zawsze bije z nich tylko przenikliwy chłód – ten sam, z którym spotkałam się w dniu, gdy roztrzaskał moje serce na drobne kawałki, a potem okrutnie je podeptał.

„Zejdź mi z oczu, zanim stracę cierpliwość, a będę udawał, że nigdy nie słyszałem twojego żenującego wyznania”.

Mimo upływu lat jego słowa wciąż sprawiają mi ból. Ktokolwiek powiedział, że czas leczy rany, ewidentnie nie poznał Eliego Kinga.

On jest gorszy niż toczona gangreną rana, która nie chce się zagoić, i bardziej bezwzględny niż wojna bez końca.

Z drugiej strony, dzięki tamtej koszmarnej pomyłce, moje uczucia względem niego zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni. Kiedyś byłam ślepa, teraz czuję do niego czystą nienawiść.

Mam ochotę doprowadzić go do szału.

Chcę wycisnąć z niego jakiekolwiek emocje, choćby po to, by zburzyć ten jego mur wiecznego spokoju i zniszczyć idealnie poukładane życie.

Obserwuje mnie, a ja – jak gdyby nigdy nic – odwzajemniam spojrzenie. Nawet gdyby ten przenikliwie zimny wzrok miał mnie zmienić w sopel lodu albo roznieść w pył, nigdy więcej nie dam się zastraszyć temu dupkowi.

A ponieważ dzisiaj wieczorem czuję wyjątkowo silne parcie na autodestrukcję – co zawdzięczam serii spektakularnych porażek i, czego także nie mogę wykluczyć, koktajlowi rozmaitych substancji, które krążą w moim organizmie – chwytam dłonie Olliego i ponownie opieram je na swoich nagich bokach. Moja skóra nie staje w ogniu. Nie zalewa mnie fala żaru ani to tajemnicze uczucie zniewalającego pożądania, o którym czytałam w książkach.

Trudno, tyle musi mi wystarczyć.

Oplatam ramionami szyję blondyna i tańczę. Choć gubię rytm, prowokacyjnie kręcę biodrami i wypinam piersi. Muzyka pulsuje w moim ciele, a basy rezonują w klatce piersiowej, zmuszając serce do galopu w rytm symfonii chaosu zmieszanej z buntem.

Spojrzenie Eliego jest jak trujący eliksir, który rozlewa się we mnie falą gorąca i mąci mi w głowie. Mikstura, która stanowi chwilową odskocznię od szarej rzeczywistości i mami mnie fałszywą obietnicą raju.

Mimo że Ollie dostosowuje się do moich ruchów i chciwie błądzi dłońmi po moim ciele, kompletnie zatracając się w tej chwili, nie poświęcam mu ani odrobiny uwagi. Nie zrywam kontaktu wzrokowego z człowiekiem będącym źródłem mojego wewnętrznego niepokoju, który spokojnie opiera się o bar. Jego oczy pozostają zupełnie chłodne, jakby mój popis na parkiecie nie robił na nim najmniejszego wrażenia.

Wsuwam więc palce we włosy, unoszę je wysoko i przygryzam dolną wargę, wpatrując się prosto w jego czarną duszę.

– Pierdol się – mówię do niego bezgłośnie.

Najwyraźniej to jedyny impuls, który wywołuje u niego jakąkolwiek reakcję, bo kącik jego ust unosi się w rozbawionym, najbardziej sadystycznym uśmiechu, jaki widziałam, po czym Eli upija solidny łyk swojego drinka.

To szkocka. Słodowa. Bez lodu.

Szlag mnie trafia, że wiem o nim takie rzeczy. Chciałabym dostać ataku amnezji, byle tylko wymazać go z pamięci – zapomnieć o jego ulubionym trunku, o tym, jakie ciuchy lubi, i w ogóle o całej jego paskudnej naturze.

Ollie przysuwa się jeszcze bliżej, aż niemal całkowicie do mnie przywiera. Prawie duszę się jego zapachem, na który składa się mieszanka żywicy agarowej oraz piżma, ale się nie odsuwam, tylko przesuwam palcem wskazującym po jego nieogolonym policzku i zmuszam się, by całkowicie się na nim skupić.

Skoro Eli chciał widowiska, to właśnie mu je funduję.

Nie mam bladego pojęcia, dlaczego ten facet nie zostawi mnie w spokoju, skoro ewidentnie ma mnie głęboko w dupie, ale niech mnie szlag trafi, jeśli nie przyjmę rzuconej mi rękawicy.

Przynajmniej dzisiaj.

Zazwyczaj unikam go jak zarazy. W końcu nie zawsze jestem wstawiona jak dzisiaj, a w starciu z Elim moja odwaga – czy też podszyta brawurą bezmyślność – zależy głównie od stężenia procentów i prochów, jakie krążą w moim organizmie.

Unoszę głowę, ale moje ruchy zamierają, gdy widzę, że jego miejsce przy barze jest puste. Kiedy w mojej piersi rozlewa się dziwne, przytłaczające poczucie rozczarowania, nienawidzę tej emocji z całego serca.

Jeszcze bardziej niż samego Eliego.

Wtedy telefon, który wcisnęłam w stanik, zaczyna wibrować. Wzdrygam się, po czym wyswobadzam z uścisku Olliego, żeby zerknąć na wiadomość.

Ariella:

Zadzwoń do mnie. PILNE!

Serce mi staje, błyskawicznie zbiegam z parkietu, ignorując protesty Olliego i reszty towarzystwa. Śmigam po schodach do loży VIP, którą wynajęłam na dzisiejszy wieczór. Zatrzaskuję drzwi i zaczynam krążyć po tandetnej przestrzeni, którą tworzą czarne ściany i sofy obite czerwoną ekoskórą.

Moja młodsza siostra odbiera niemal natychmiast.

– Ava!

– Co się stało? – pytam ze ściśniętym gardłem. – Coś nie tak? Z mamą i tatą wszystko w porządku?

– U nich tak.

– A babcia i dziadek?

– Korzystają z uroków życia podczas kolejnego rejsu po Morzu Śródziemnym.

– Dobra… to co w takim razie jest takiego pilnego?

– Uznałam, że to jedyny sposób, żebyś w końcu do mnie oddzwoniła.

Wypuszczam z płuc długi, nerwowy oddech i opieram się o bok sofy.

– Ari, ty cholero, o mało nie zeszłam na zawał.

– Och, daj spokój. Nie bardziej niż my, kiedy patrzyliśmy na twój popis podczas dzisiejszego konkursu, po którym po prostu zapadłaś się pod ziemię.

– Nigdzie się nie zapadłam. Zresztą… nic takiego się nie stało.

– Tylko jeśli przez „nic takiego” masz na myśli to, że dosłownie skamieniałaś z mikrofonem w ręku na jakieś pięć minut, a potem zwiałaś ze sceny.

– Po prostu mnie… zmroziło.

Zarówno mój umysł, jak i poczucie, że w ogóle żyję.

W tamtej chwili naprawdę miałam wrażenie, że przestałam istnieć.

– I nie mogłaś na przykład po prostu z nami tego przegadać?

– Żebyście się nade mną litowali?

– Żebyśmy cię wsparli, idiotko. Mama i tata odchodzą od zmysłów. Ja też się o ciebie martwię.

Przygryzam wargę. Dlaczego, do cholery, zawsze doprowadzam do tego, że wszyscy moi bliscy się zamartwiają, czy przypadkiem nie zwariowałam?

– Pogadamy jutro, jak już odeśpię kaca. Powiedz mamie i tacie, że u mnie wszystko gra i że haruję jak wół, przygotowując się do kolejnego konkursu, dobra?

– Jasne. A ile mi odpalisz za to kłamstewko?

– Laska, weź nie przeginaj. Przecież ty uwielbiasz kłamać.

– Ale jeszcze bardziej uwielbiam, jak mi za to płacą. – Niemal widzę ten jej uśmiech małej świruski. – To jak będzie? Powiesz mi, jak wygląda grafik Remiego na ten tydzień i jesteśmy kwita?

– Ari… jesteś moją młodszą siostrą i kocham cię nad życie, ale musisz w końcu zrozumieć, że ten facet nie jest tobą zainteresowany, więc po prostu odpuść.

– Ciebie to jakoś nie powstrzymało, kiedy rozpływałaś się u stóp zimnego jak głaz Eliego.

Poprawiam włosy i odchrząkuję nerwowo.

– Już dawno mi przeszło, dziękuję. Tak właściwie to szczerze nienawidzę Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.

– I bardzo słusznie, siostrzyczko.

– Może ty powinnaś zrobić to samo?

– Nie ma mowy. Eli jest jak góra lodowa, nie ma w sobie ani grama ludzkich emocji. Mój Remi to zupełnie co innego. Trudno go nie kochać, bo to prawdziwy gentleman i ucieleśnienie kobiecych marzeń. Potrzebuje tylko małego szturchnięcia, żeby w końcu dostrzec miłość swojego życia. Czyli mnie.

Uśmiecham się pod nosem, mimo że wcale nie powinnam.

– Nie poddasz się, co?

– Dopiero jak wsunę mu obrączkę na palec.

– Chryste. Masz osiemnaście lat i już planujesz ślub?

– Moje serce należy do niego, odkąd skończyłam jedenaście. Jeśli o mnie chodzi, i tak jesteśmy siedem lat w plecy.

– Dobry Boże.

– Wracając do tematu: załatwisz mi ten grafik, Ava?

– Nie.

– Serio chcesz zostać sama na placu boju, kiedy mama razem z tatą wezmą cię w obroty i zaczną zadawać pytania? Zastanów się, czy opłaca ci się stracić moje wsparcie, złociutka.

– Uch, ale z ciebie żmija.

– Wdałam się w moją cudowną starszą siostrę. Mua, ha, ha!

Już mam zamiar rzucić pod jej adresem parę soczystych epitetów, gdy nagle słyszę za plecami szczęknięcie zamka.

– Czekaj chwilę, Ollie…

Słowa więzną mi w gardle, bo kiedy odwracam się w stronę drzwi, napotykam głębię znajomych oczu.

Chłodnych. Obojętnych. O barwie ołowiu.

Przełykam z trudem ślinę, bo nawet się nie przejmuję, czy usłyszy to moja siostra.

– Zadzwonię później.

– Tylko jeśli będziesz miała dla mnie rozpiskę. Paaa!

Rozłącza się, a głośny sygnał przerwanego połączenia sprawia, że niemal wyskakuję ze skóry. Choć tak naprawdę moja reakcja nie ma nic wspólnego z Ari, za to wszystko z mężczyzną, który swoją potężną sylwetką całkowicie tarasuje wyjście.

Prostuję się i ściągam łopatki, ale moje ciało absolutnie nie chce się rozluźnić.

– Czemu zawdzięczam tę wątpliwą przyjemność?

Aż pękam z dumy, gdy słyszę, że mój głos brzmi, jakbym była totalnie znudzona. Wiele mnie kosztowało, by wyćwiczyć ten sam ton chłodnej obojętności, którym on posługuje się na co dzień.

Eli odrywa się od drzwi i choć nie zagradza mi już drogi, jego obecność w ułamku sekundy przytłacza wszystkie moje zmysły.

Jest władczy. Onieśmielający. Obezwładniający.

Nie mogę oderwać od niego wzroku, bo wiem, że jeden fałszywy krok będzie oznaczać mój koniec.

Wystarczy jeden głupi ruch i stracę kolejny kawałek duszy, którą z takim trudem poskładałam.

– Właściwe pytanie brzmi… – Jego aksamitny, niski głos chłoszcze moją rozgrzaną skórę niczym bicz. – Co takiego zrobiłaś, Ava, że wątpliwa przyjemność obcowania z tobą przypadła akurat mnie?