God of Ruin - Rina Kent - ebook
NOWOŚĆ

God of Ruin ebook

Rina Kent

5,0

350 osób interesuje się tą książką

Opis

Płomienny romans genialnego artysty z mafijną księżniczką.

 

Mój cel był prosty: zemsta.

Cierpliwie czekałam na odpowiedni moment, aż w końcu dopięłam swego i sprawiłam, że człowiek, który ośmielił się skrzywdzić moją rodzinę, dostał nauczkę.

Wydawało mi się, że raz na zawsze zamknęłam ten rozdział.

I na tym polegał mój błąd.

Landon King to genialny rzeźbiarz, rozpuszczony bogacz i mój najgorszy koszmar w jednym. Uznał, że idealnie się nadaję, by ustawić mnie na planszy w jego pokręconej partii szachów. 

Na jego nieszczęście nie dam się sprowadzić do roli pionka, a na każdy atak odpowiem z podwójną siłą i nienawiścią, na jaką ten mężczyzna zasługuje.

Landon poprzysiągł, że mnie zniszczy. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że pociągnę go za sobą na samo dno.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 595

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Nanami4356

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka, zdecydowanie ex aequo z God of Wrath, polecam
00



TłumaczenieAnna Zaborowska-Cinciała

Tytuł oryginału: God of Ruin

Copyright © Rina Kent 2023

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Twarduś

Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Kamila Grotowska, Aleksandra Płotka

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Ilustracja na wyklejce: Aleksandra Monasterska

Projekt okładki: Opulent Designs

ISBN 978-83-8418-770-8 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Playlista

Blood on Your Hands – Veda & Adam Arcadia

Angel of Small Death and the Codeine Scene – Hozier

RUNRUNRUN – Dutch Melrose

Roman Empire – MISSIO

The Worst in Me – Bad Omens

Skins – The Haunting

Don’t Say I Didn’t Warn You – VOILÀ & Craig Owens

Supernatural – Barns Courtney

Rude Boy – Rihanna

Happiness Is a Butterfly – Lana Del Rey

Artistry – Jacob Lee

Bad Decisions – Bad Omens

Last Cigarette – MOTHICA & Au/Ra

Anarchist – YUNGBLUD

Colors – Halsey

Wszystkie utwory znajdziecie na Spotify.

Rozdział 1

Mia

Dzisiaj wieczorem pewien irytujący typ dostanie nauczkę.

Kipiąc gniewem i urażoną dumą, szybkim krokiem przemierzam gęstą jak smoła ciemność nocy.

Dotykam palcami pasków maski, by się upewnić, że się nie przesunęła. Kiedy oddycham, na plastikowej powierzchni skrapla się para wodna, a górną wargę rosi pot.

Po chwili dostrzegam budynek, który wkrótce stanie się milczącym świadkiem mojego planu. Gmaszysko jest ogromne i majestatyczne, a jednocześnie bije z niego jakiś chłód.

Z całą pewnością nie jest jednak puste.

Tego typu miejsca, które tętnią wszelkiej maści rozpustą, najczęściej przyciągają nadętych gnojków, dla których miarą człowieka jest zasobność konta bankowego jego rodziców.

No cóż, bez odpowiedniej publiki mój plan nie miałby najmniejszego sensu.

Rezydencja tonie w blasku świateł i kojarzy się z gwiazdą rozświetlającą nocne niebo.

Trudno nazwać ją niepozorną. Jest to potężny, trzykondygnacyjny cud architektury z szerokimi, wysokimi oknami od frontu.

To właśnie głównie stamtąd, a w szczególności z parteru, sączy się jasna poświata, którą uzupełniają oplecione światłami LED pnie drzew rosnących w rozległym ogrodzie otaczającym posiadłość. Nie potrafię powstrzymać współczucia dla tych nieszczęsnych roślin, które się duszą, bo ktoś postanowił, że będą stanowiły świetną oprawę dla urządzanej tutaj imprezy.

Z zewnątrz można odnieść wrażenie, że to po prostu wspaniały budynek w stylu wiktoriańskim, idealny do tego typu rozrywek, ale ja nie dam się zwieść.

Wewnątrz, ukryte za oszałamiającą fasadą, czai się niebezpieczeństwo, które przyprawia o ciarki.

Lecz dzisiaj wieczorem zamierzam zmierzyć się z tym niebezpieczeństwem, a potem je zniszczyć.

– Mia, zwolnij trochę! – Słyszę za mną niezadowolony kobiecy głos.

Gdy oglądam się za siebie, dostrzegam biegnącą za mną moją siostrę bliźniaczkę. Maya z trudem łapie oddech, trzymając w ręku maskę karnawałową ze złotymi zdobieniami.

Otwieram szeroko oczy, skryte za maską, po czym odciągam ją na bok, zanim miniemy bramę, prowadzącą do posiadłości.

Stara się uwolnić z mojego uścisku, stękając jak rozkapryszone dziecko.

– Auć, to boli – rzuca, ale w końcu udaje jej się wyrwać. Wszyscy wiedzą, że to ja jestem tą z naszej dwójki, która uwielbia trening siłowy. Maya zdecydowanie preferuje masaże i bardzo dba o swoje ciało, dzięki czemu śmiało mogłaby konkurować ze światowej klasy modelkami.

Zatrzymujemy się pod wysokim drzewem, którego niskie gałęzie zasłaniają nas przed wścibskim wzrokiem nieznajomych.

Maya opiera dłoń na biodrze. Jest ubrana w obcisłą, błyszczącą, czarną sukienkę, która nie pozostawia wiele miejsca wyobraźni. Moja siostra zawsze była dumna ze smukłej figury w kształcie klepsydry i miseczek C, więc chętnie eksponuje swoje walory.

Ponieważ jesteśmy bliźniaczkami jednojajowymi, mamy te same drobne rysy twarzy, migdałowe jasnoniebieskie oczy i pełne wargi, chociaż jej usta są nieco bardziej wydatne niż moje. Łączą nas też lśniące platynowe blond włosy, ale jej są długie i sięgają aż do połowy pleców, a moje tylko do ramion.

Zazwyczaj wplatam w swoje mnóstwo wstążek, ale ponieważ dzisiaj staram się nie rzucać w oczy, związałam je w kucyk pojedynczą błękitną tasiemką.

Co więcej, mam na sobie najdyskretniejszy strój, jakim dysponuję, czyli prostą, sięgającą do kolan sukienkę ze skóry bez ramiączek. Postawiłam także na bardziej dopasowane do niej lżejsze obuwie – niestety, mam tylko jedną taką parę, ponieważ zazwyczaj chodzę w ciężkich wojskowych butach ozdobionych łańcuchami.

Oczywiście Maya – jak zwykle – zdecydowała się założyć szpilki, jakby kompletnie nie była świadoma tego, jak bardzo utrudnią nam wykonanie zadania.

Wskazuję najpierw na maskę w jej dłoni, a potem na jej twarz, by następnie, posługując się językiem migowym, powiedzieć:

– Powinnaś ją założyć! Ten teren jest wręcz naszpikowany kamerami. Tylko tego nam brakuje, żeby nas przez ciebie rozpoznali.

Moja siostra teatralnie przewraca oczami, tym samym utwierdzając mnie w przekonaniu, że jeśli chodzi o strzelanie focha, Maya nie ma sobie równych.

– Wyluzuj. Kamery łapią dopiero to, co dzieje się za bramą. Poza tym założyłabym ją, gdybyś tylko poczekała na mnie dosłownie dwie minuty.

– Nie wkurzaj mnie – migam, po czym chwytam za maskę, wciskam jej na głowę i upewniam się, że dobrze się trzyma.

– Zniszczysz mi fryzurę, głuptasie – marudzi. – Puść, sama to zrobię.

Jednak odsuwam się dopiero, gdy mam pewność, że maska nie spadnie. W otworach na oczy widzę, jak siostra wbija we mnie wściekłe spojrzenie, po czym poprawia włosy.

– Tylko nie odwal jakiegoś numeru, bo wszystko zepsujesz – dodaję na migi. – Wiesz, ile wysiłku kosztowało mnie zdobycie zaproszenia na imprezę dla tej bandy snobów? Wszystko ma pójść jak w zegarku.

– Tak, wiem – rzuca wyraźnie poirytowana, machając ręką. – Z tysiąc razy już słyszałam historię o tym, jak się poświęciłaś. Mogłabym ją wręcz recytować z pamięci.

– W takim razie trzymaj się planu i przestań mnie denerwować.

– Rozkaz, pani generał – odpowiada, przystawiając palce do skroni, jakby salutowała, a ja pokazuję jej język pod maską.

Ponieważ Maya widzi tylko moje oczy, nie zdołała zobaczyć mojej miny, ale i tak posyła mi ironiczny uśmiech.

Choć siostra bliźniaczka od zawsze jest moją najlepszą przyjaciółką, jej zachowanie często doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Upewniwszy się, że maski skrywają wszystko, co trzeba, ruszamy ponownie w kierunku rezydencji.

Tylko że ten budynek kryje coś więcej – to siedziba stowarzyszenia Elites.

Kiedy po raz pierwszy przybyłam na wyspę Brighton, musiałam przyswoić sobie kilka istotnych faktów. Przede wszystkim się dowiedziałam, że na wyspie znajdują się dwa rywalizujące ze sobą uniwersytety. Ten, na którym studiuję, to amerykański college King’s U, finansowany dzięki przepastnym kieszeniom wpływowych ważniaków. Niełatwo jest jednoznacznie określić, co nimi kieruje, podobnie jak trudno ustalić źródła ich bogactwa.

Wśród tych wpływowych ludzi są również moi rodzice. Stanowią śmietankę rosyjskiej mafii i stoją na czele nowojorskiej bratwy.

Druga uczelnia to Royal Elite University, czyli REU. Do cna brytyjska instytucja, pełna nadętych arystokratów, do której szerokim strumieniem płyną pieniądze najstarszych rodów z Wysp Brytyjskich.

Na terenie naszego college’u działają dwa stowarzyszenia: Heathens, do których należą mój brat i kuzyni, a co za tym idzie – wspieramy ich całym sercem, oraz Serpents, którzy zajmują drugie miejsce na mojej czarnej liście. Tę jakże szlachetną klasyfikację otwiera numer jeden, czyli Elites – tajne stowarzyszenie i swego rodzaju Święty Graal REU.

Podczas gdy członkowie Heathens to potomkowie gangsterów i przedstawiciele amerykańskich wyższych sfer, członkowie Elites to zupełnie inna para kaloszy, i wcale nie mam tu na myśli niczego dobrego.

Pozornie można odnieść wrażenie, że stanowią uosobienie elegancji i kurtuazji, lecz pod powierzchnią wyczuwa się prawdziwie złowrogą aurę.

Dzisiaj razem z Mayą zamierzamy dostać się do ich rezydencji i wziąć udział w organizowanej tam imprezie.

Niestety zdobycie zaproszenia na te melanże z górnej półki graniczy z cudem, chyba że należysz do ich stowarzyszenia, ewentualnie jesteś ich krewnym lub zaliczasz się do kręgu ich przyjaciół.

Szczęśliwie udało mi się zdobyć dwie wejściówki przeznaczone dla członków rodziny.

Kiedy Maya i ja docieramy do wejścia, zatrzymuje nas olbrzymi mężczyzna. Dzisiaj wszyscy na terenie posiadłości muszą obowiązkowo mieć zasłonięte twarze, więc ten gość też nie jest wyjątkiem – ma na sobie czarną maskę w złote wzory.

Z tego, co udało mi się ustalić, te wieczorne maskarady stanowią ważne wydarzenie towarzyskie. Służą nie tylko spotkaniom członków stowarzyszenia, ale także świętuje się na nich sukcesy i ogłasza strategie na przyszłość.

I właśnie dlatego tak długo czekałam z wprowadzeniem mojego planu w życie. Bo przecież, aby ta akcja przyniosła spodziewany efekt, musiała mieć miejsce podczas imprezy o odpowiedniej randze.

Wyciągam z torby czarny elegancki kartonik, na którym złotymi literami napisano „Elites VIP”. Kiedy Maya podaje mu swój, ochroniarz skanuje oba specjalnym czytnikiem.

Rany. Nic dziwnego, że te przyjęcia są takie ekskluzywne. Sprawdzają nawet, czy wejściówki nie są podrobione, żeby przypadkiem nie dostał się tu ktoś niepowołany.

Kiedy na urządzeniu zapala się zielone światło, facet kiwa głową bardziej do siebie niż do nas, a następnie wskazuje na swojego kumpla w podobnej masce.

– Wszystkie przedmioty osobiste musicie zostawić tutaj. W środku obowiązuje zakaz używania komórek i aparatów fotograficznych – wyjaśnia, choć z trudem jestem w stanie zrozumieć słowa, które wypowiada schrypniętym głosem z brytyjskim akcentem. – Jeśli się okaże, że wniosłyście jakieś gadżety umożliwiające komunikację, raz dwa stąd wylecicie.

Gdy odkładam nasze torebki, Maya wzdycha zirytowana.

– Lepiej, żebyś był gotowy oddać za nią życie. W sumie pewnie jest warta dużo więcej, ponieważ pochodzi z limitowanej kolekcji Hermèsa, więc jeśli coś jej się stanie, obedrę cię ze skóry i zrobię sobie z niej nową. Kapujesz?

Jej groźby ewidentnie nie robią najmniejszego wrażenia na karku stojącym przy wejściu, więc chwytam ją za ramię i wciągam do słabo oświetlonego przedsionka.

– Teraz na pewno nas zapamiętał – migam dyskretnie. – Przez ciebie, kretynko, cały plan, żeby wtopić się w tłum, szlag trafił.

– Nie ma za co. Moja torebka i tak jest cenniejsza niż ta cała misja.

– Chcesz mi powiedzieć, że torebka jest ważniejsza niż pomszczenie naszego brata?

– Cóż, skoro sam może tego dokonać, a swoją drogą, powinien był to zrobić już dawno temu i nie rozumiem, dlaczego tak się guzdrze, to myślę, że… tak?

– Maya!

– Co? Musiałam uruchomić całe morze kontaktów, żeby zdobyć takie cacko.

– Może w takim razie nie powinnaś była jej dzisiaj zabierać?

– To moja szczęśliwa torebka. Oczywiście, że muszę ją mieć przy sobie, skoro ruszam z tobą na tę samobójczą wyprawę.

– Wszystko dokładnie zaplanowałam, więc nic się nie stanie.

– Stanie się, kiedy Niko o wszystkim się dowie.

Aż mnie ciarki przechodzą na myśl, że nasz starszy brat, Nikolai, mógłby o tym usłyszeć. W najlepszym wypadku wpadnie w furię.

Widzę, jak oczy Mai błyszczą za maską, więc wiem, że na jej ustach pojawia się łobuzerski uśmiech.

– Żywcem obedrze nas ze skóry.

– Mam to gdzieś – pokazuję na migi, unosząc dumnie głowę. – Biorę go na siebie, ale najpierw zemsta.

Na tym kończymy rozmowę, ponieważ w tej chwili opuszczamy przedsionek i wkraczamy do głównego holu.

Z wysokich sufitów zwisają ogromne żyrandole, rzucając światło na olśniewające wnętrze, marmurową podłogę i ozdobne kolumny. Wszyscy przybyli na przyjęcie są w podobnych maskach jak my, ubrani w idealnie skrojone smokingi, a dziewczyny – w ekstrawaganckie suknie balowe. Chociaż Maya idealnie tu pasuje, ja zdecydowanie nie prezentuję się równie szykownie.

– A nie mówiłam? – szepcze mi do ucha, nawiązując do swojej wcześniejszej sugestii, żebym założyła bardziej odstrzeloną kieckę.

Wymierzam jej kuksańca w bok, ale ona tylko śmieje się kpiąco.

Gdyby nie była moją siostrą, jej twarz już dawno temu zaliczyłaby spotkanie z moją stopą.

Obie bierzemy drinki od mijającego nas kelnera, ale ja nie upijam ani kropli. Po pierwsze, musiałabym podnieść maskę, a nie chcę zdradzać swojej tożsamości. Po drugie, mam tak słabą głowę, że potrafię się upić zwykłym piwem. Udaję więc, że sączę trunek, a w rzeczywistości skupiam całą uwagę na zgromadzonych wokół ludziach.

Niektórzy, niczym pary po pięćdziesiątce, tańczą do muzyki klasycznej, której wcale nie kojarzę. Inni rozmawiają i raz po raz wybuchają śmiechem, chociaż na pewno gadają o jakichś totalnych nudach.

Niemniej nigdzie nie widzę osoby, na której mam się zemścić, chociaż powinien gdzieś się tu kręcić.

– Widzisz go gdzieś? – pyta mnie na migi Maya, jak to mamy w zwyczaju, gdy nie chcemy, by ktoś nas podsłuchiwał.

Kręcę głową.

Zaczynam nerwowo podrygiwać stopą. Niedobrze.

Ten dupek jest tu gwiazdą, więc o ile nie raczy się pokazać, cały nasz misterny plan weźmie w łeb.

Światła przygasają. Moje oczy starają się dostosować do ciemności, ale widzę jedynie cienie i zarysy sylwetek innych gości.

Nagle się prostuję, a moja noga nieruchomieje, głównie dlatego, że zalewa mnie panika tak silna, że takie wybijanie rytmu z pewnością mnie nie uspokoi.

Czuję, jak pot spływa mi po plecach, a w nozdrza uderza nieprzyjemny zapach stęchlizny.

Nie mogę tam wrócić… Nie mogę…

– Hej. – Do moich uszu dociera łagodny głos Mai, która obejmuje mnie ramieniem. – Wszystko będzie dobrze. Nie jesteś sama, Mia.

Patrzę jej w oczy, które stanowią odbicie moich, a jednocześnie są od nich tak odmienne. Powoli udaje mi się uspokoić oddech.

Ma rację. Nie jestem sama i na pewno nie znalazłam się znów w tamtym ciemnym, wilgotnym miejscu, co dziesięć lat temu.

Uśmiecham się lekko do siostry, bo jestem wdzięczna, że jest przy mnie, lecz jednocześnie wstydzę się własnej słabości.

Mimo upływu czasu nadal nie potrafię się pozbierać.

Co roku powtarzam sobie, że tym razem w końcu zostawię przeszłość za sobą, ale jak dotąd mi się to nie udało.

– Nic mi nie jest – odpowiadam w języku migowym, a potem ze wszystkich sił staram skupić się na tym, co rozgrywa się wokół.

W tym momencie na scenie pojawia się kilka osób. Wszyscy są ubrani w wieczorowe stroje i zachowują się tak, jakby byli u siebie, a tym samym oczekiwali, że wszyscy zebrani w tej sali padną na ich widok z zachwytu. Twarze mają schowane za drogimi maskami, a nosy zadzierają tak wysoko, jakby ich życiowym powołaniem było patrzenie na cały świat z góry.

Naturalnie wśród nich jest i nasz cel. Wyraźnie go widzę.

To ten koleś pośrodku, który jedną rękę wetknął do kieszeni, a drugą trzyma nonszalancko opuszczoną wzdłuż ciała.

Krew we mnie wrze, więc muszę się bardzo hamować, żeby nie doskoczyć do niego i nie wydrapać mu oczu.

Cierpliwości, Mia. Na wszystko przyjdzie pora.

Wymieniam spojrzenie z Mayą, a wówczas do gry wkracza nasza intuicja bliźniaczek i lekko kiwamy głowami.

Przeciskamy się między gośćmi, którzy są całkowicie pochłonięci osobami stojącymi, jak zakładam, na czele tego stowarzyszenia, więc nikt nie zwraca na nas uwagi.

Po raz pierwszy od bardzo dawna cieszy mnie spowijający nas mrok. Dzięki temu przemykamy przez nikogo niezauważone do właściwej odnogi korytarza.

Chociaż zdobycie zaproszenia na imprezę Elites wymaga nie lada wysiłku i spełnienia wielu warunków, to samo wejście do rezydencji, w której mieszkają, nie jest aż tak trudne.

Zwłaszcza że przyjaźnię się z kimś, kto tu mieszka.

Nie jestem pewna, czy nadal będzie mnie uważał za przyjaciółkę, kiedy pogrążę jego brata. Niemniej przecież trudno się spodziewać, że puszczę płazem temu palantowi to, iż porwał Niko i przez to mój brat został ranny.

Ktoś w końcu musi dać nauczkę temu gnojkowi, a ja jedynie odgrywam rolę dobrej samarytanki.

Ponieważ wczoraj udało mi się dostać do rezydencji, zdołałam przemycić na miejsce narzędzie zagłady, które stanie się gwoździem programu tego całego cyrku.

Wystarczy tylko wejść na górę i nacisnąć przycisk, żeby rozpętało się piekło.

Zanim jednak to nastąpi, musimy upewnić się, że wszystko, co podrzuciłam wcześniej, nadal jest na swoim miejscu.

Dlatego Maya zajmie się sprawdzeniem zasilania, podczas gdy ja muszę dostać się do włącznika.

Nie potrzebujemy żadnych środków komunikacji, ponieważ należymy do tych bliźniaczek, które wyczuwają się nawzajem, bez względu na wszystko.

Przeczucie podpowie mi, czy wszystko jest w porządku, zanim nacisnę guzik, który uruchomi lawinę.

Łączymy z siostrą dłonie w naszym specjalnym uścisku, stukamy się na koniec w ich grzbiet, po czym się rozchodzimy i każda rusza w swoją stronę.

Po drodze na piętro nie spotykam żywej duszy – pewnie dlatego, że wszyscy zajęci są tymi bufonami na dole. Ale domyślam się, że kręcą się tu ochroniarze i wszędzie są kamery, więc na wszelki wypadek udaję, że szukam łazienki.

Kiedy docieram na miejsce, wskakuję na umywalkę, zdejmuję pokrywę kratki wentylacyjnej, wciskam się do środka i na koniec zakładam kratkę z powrotem. Jestem na tyle drobnej budowy, że bez problemu mieszczę się w ciasnej przestrzeni. W środku nabieram głęboko powietrza, po czym zaczynam przeciskać się naprzód.

Wszystko będzie dobrze, Mia.

Nie jesteś tam, gdzie dziesięć lat temu.

Po prostu wymierzasz sprawiedliwość w imieniu Niko.

Znów niebezpiecznie zbliżam się do irracjonalnego ataku paniki, który na szczęście udaje mi się opanować. Dotarcie do celu zajmuje mi około pięciu minut, lecz zanim to nastąpi, mam w płucach więcej kurzu niż w przeciętnym odkurzaczu i pocę się jak mysz w połogu.

Powoli otwieram kratkę z drugiej strony, po czym się upewniam, że w łazience nikogo nie ma, a następnie zsuwam się na umywalkę, by zeskoczyć na podłogę.

Faza pierwsza zakończona.

Maya z pewnością też już jest na miejscu – w końcu nie musiała ani nigdzie skakać, ani się czołgać. Pewnie nigdy nie uda mi się jej przekonać, że wcale nie jest „wyjątkowa” i lepsza od innych.

Dzisiaj najwyżej musiała flirtować z ochroniarzem, o ile na jakiegoś w ogóle się napatoczyła.

Sprawdzam, czy maska pewnie trzyma się na mojej twarzy, a następnie zerkam na siebie w lustrze: poprawiam włosy i otrzepuję pokrytą kurzem sukienkę. Kiedy w końcu stwierdzam, że udało mi się jako tako ogarnąć, opuszczam męską toaletę. W każdej chwili ktoś mógł tu wejść i zapytać, co tam robię, ale trudno – nawet jeśli mnie złapią, będę udawać, że pomyliłam drzwi.

Wystarczy, że dotrę do panelu sterowania w rogu i ustawię minutnik.

W momencie, gdy przekraczam próg, włoski na karku stają mi dęba.

Zanim jednak zdążę się odwrócić i sprawdzić, co mnie tak spłoszyło, jakaś ogromna siła wpycha mnie z powrotem do łazienki.

Jestem tak zaskoczona i oszołomiona, że ledwo wiem, co się stało, nie mówiąc już o stawianiu jakiegokolwiek oporu, który i tak okazałby się bezskuteczny.

Z jękiem uderzam plecami o ścianę, po czym podnoszę rękę, gotowa pokazać środkowy palec temu, kto mnie popchnął, a potem skopać mu tyłek.

Niemniej wygląda na to, że będę musiała odpuścić sobie ten plan, bo właśnie spoglądam w ciemnoniebieskie oczy.

W dodatku znajome.

Ponieważ należą do mojego największego wroga i obiektu mojej zemsty.

Patrzę wprost na pieprzonego Landona Kinga.

Rozdział 2

Mia

Tego nie było w planie.

Prawdę mówiąc, sytuacja jest tak daleka od pierwotnego scenariusza, że dosłownie widzę, jak na moich oczach cały perfekcyjnie skonstruowany plan sypie się jak domek z kart.

Stoję przed samym LandonemKingiem: zapierającym dech w piersi bóstwem, genialnym rzeźbiarzem, a przede wszystkim – irytującym dupkiem.

Palcami silnie oplata górną część mojego ramienia i przyciska mnie do ściany tak mocno, że nie mogę nawet drgnąć.

Zaciskam usta, podczas gdy na wewnętrznej stronie maski gromadzi się wilgoć. Czuję, jak pot spływa mi między piersiami, a materiał sukienki przykleja się do pleców.

Wszelkie próby opanowania oddechu kończą się spektakularną porażką. Mam wrażenie, że powietrze wpadające przez otwory nie dociera do płuc. Czuję, jakby wokół mojej szyi zaciskała się pętla – złowroga i równie niebezpieczna jak oczy, które wpatrują się we mnie z góry.

Tylko tyle widać spod jego białej weneckiej maski karnawałowej pokrytej subtelnymi złotymi liniami. Na innych osobach wyglądałaby zapewne całkiem niewinnie, może nawet przyjaźnie, ale na tym mężczyźnie staje się równoznaczna z mroczną groźbą.

Nie potrzeba mi jednak niczego więcej – poznaję go właśnie po oczach.

Są błyszczące, ciemnoniebieskie i kojarzą się z oceanem mieniącym się w srebrnej poświacie księżyca – wydają się równie głębokie i tajemnicze, a także… zabójcze.

Wiele słyszałam o Landonie, ale po raz pierwszy naprawdę wierzę, że jest śmiertelnie niebezpieczny i lepiej nie wchodzić mu w drogę. Chyba że mam ochotę pogrążyć się w odmętach oceanu, który dostrzegam w jego oczach – wtedy nie zostanie po mnie nawet najmniejszy ślad.

Na jego nieszczęście należę do osób, których nie przeraża pływanie na otwartych wodach.

Dochodzę do wniosku, że jednak nie wyciągnę w jego stronę środkowego palca, więc opuszczam dłoń, ale za to podnoszę brodę. Mam tak ogromną ochotę, by przyłożyć temu dupkowi, że ledwo nad sobą panuję.

Owszem, jego pojawienie się komplikuje mój plan, ale nie oznacza, że w całości się nie powiedzie. Muszę jedynie pozbyć się jego nieznośnego towarzystwa i przejść do kolejnego etapu.

– Czy zechciałabyś wyjaśnić, co tu robi ktoś tak mało ważny jak ty? – pyta, a jego wykwintny brytyjski akcent niesie się w pustej przestrzeni niczym dźwięki kołysanki.

Tego właśnie najbardziej w nim nienawidzę, odkąd zobaczyłam, jak ten gnojek niszczy samochód mojego kuzyna. Brzmi wyniośle, a zarazem dystyngowanie, nawet kiedy z jego ust padają okrutne groźby – ot, ma taki naturalny talent.

Jestem na dziewięćdziesiąt procent pewna, że jest całkowicie pozbawiony wszelkich uczuć i nie potrafi odnaleźć w sobie ani krzty człowieczeństwa. I choć gówno mnie obchodzi jego podejście do emocji, niełatwo mi będzie sobie z nim poradzić.

Mój kuzyn, Killian, również zalicza się do tej kategorii ludzi, a jego rozwój emocjonalny zatrzymał się na poziomie rybki welonki, ale przynajmniej mnie lubi, więc nie muszę mieć się przy nim cały czas na baczności.

Z Landonem sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Pomijając już fakt, że za mną nie przepada, to z niekłamaną przyjemnością dałby mi nauczkę, żeby odegrać się na Killu i Niko.

Kiedy wzmacnia uścisk na moim ramieniu, muszę powstrzymać grymas bólu, który zaraz wykrzywi mi twarz. Tata zawsze mi powtarzał, żebym nigdy nie okazywała słabości przy wrogach, nawet gdy bardzo boli albo gdy każda komórka mojego ciała domaga się, bym pokazała, co o tym myślę.

„Niektóre potwory czerpią większą przyjemność z twojej reakcji na ból niż z samego zadawania go, więc nigdy nie pozwól, byś stała się dla kogoś źródłem takiej chorej zabawy”.

Podczas gdy w głowie dźwięczą mi słowa ojca, wbijam wzrok w monstrum, które dzisiaj spotkałam na swojej drodze. Przecież nie jest to pierwszy potwór w moim życiu – przewinęło się ich tak wiele, że przestałam już liczyć.

– Zadałem ci pytanie. – Landon ściska mnie ponownie, aż pulsujący ból ogarnia całe moje ramię. – Odpowiesz mi w końcu?

Pierdol się, dupku.

Ale ponieważ nie mogę tego powiedzieć – ani niczego innego – po prostu nadal się w niego wpatruję.

Wprawdzie mogłabym posłużyć się językiem migowym, ale wtedy od razu domyśliłby się, kim jestem. Poza tym i tak by mnie nie zrozumiał.

Dlatego tylko mocniej zaciskam usta i próbuję uwolnić rękę z jego uścisku.

Kolosalny błąd.

Jego palce wpijają się w moje ciało tak mocno, jakby zamierzał pogruchotać mi kości.

Otwieram szeroko oczy. Chwila… może właśnie to chce zrobić?

Nagle jego postać wydaje się jeszcze potężniejsza i bardziej barczysta, niemal całkowicie wypełniając przestrzeń przede mną.

Niewątpliwie przewyższa mnie wzrostem, ale w tej chwili kojarzy się bardziej z olbrzymią ścianą. W dodatku pod napięciem i pokrytą ostrymi fragmentami szkła. Czy zawsze wyglądał jak góra mięśni? Czy przed chwilą naprężył tak mocno bicepsy, że szczelnie wypełniły materiał dopasowanego smokingu?

A może zwyczajnie zaczęłam teraz zwracać na niego większą uwagę.

Landon jest wysokim mężczyzną – ma znacznie powyżej stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu, a jego wyrzeźbione ciało oraz idealnie wyprostowana sylwetka świadczą o doskonałej kondycji fizycznej. Co gorsza, te imponujące cechy fizyczne idą w parze z naturalną charyzmą.

Wyróżnia go przerażająca pewność siebie i mocno przerośnięte ego. Jest nieznośnie arogancki i buntowniczo nastawiony do całego świata, co sprawia, że zyskuje nowych wrogów niezależnie od tego, gdzie się pojawi, a jego zarozumiałość pewnie doprowadziłaby do łez nawet mitologicznego Narcyza.

W tej chwili odkrywam także jeszcze inną jego stronę.

Ten facet jest zwyczajnie… przerażający.

I nie mam na myśli tego, że jedynie próbuje wyglądać strasznie, jak robią to niektórzy pseudotwardziele. Nie nadyma klaty ani nie krzyczy. Nie próbuje wzbudzić we mnie strachu żadnymi sztuczkami.

Wystarczy, że pokaże swoje prawdziwe oblicze. Długimi palcami wolnej ręki sięga do swojej maski, po czym nonszalancko ją unosi.

W chwili, gdy moim oczom ukazuje się jego twarz, już wiem, że miałam rację. Landon po prostu zdjął maskę, żebym ujrzała go w pełnej okazałości – nic więcej nie musiał robić.

Ma uderzające, niezwykle harmonijne rysy, które przywodzą na myśl modela. Męski, prosty nos, wysoko sklepione kości jarzmowe i linię żuchwy tak wyrazistą, jakby ktoś wykuł ją w kamieniu jednym pociągnięciem dłuta.

Jednak wbrew temu, co wydawałoby się logiczne, wcale nie pokazał mi swojej twarzy, aby mnie oczarować. Przeciwnie, służy mu ona jako narzędzie, którego zadaniem jest wywołanie lęku.

Pokazał mi, kim jest, ponieważ chciał udowodnić, kto tu rządzi – on, przywódca Elites i gospodarz imprezy, na której ja jestem zaledwie gościem.

– Spróbujmy jeszcze raz. Kim jesteś i co robisz w męskiej toalecie?

Ponownie patrzę mu w oczy. Moje spojrzenie pozostaje niewzruszone. Twarde.

I z całą pewnością nie ma w nim lęku, a co dopiero uległości, mimo że pokazał mi swoją przystojną twarz, na którą – swoją drogą – kompletnie nie zasługuje.

– Nadal odmawiasz odpowiedzi, jak mniemam?

Kiwam głową.

– No tak – mamrocze, rozluźniając nieco palce, którymi oplótł moje ramię. Czyżby chciał mnie puścić?

Spoglądam na niego sceptycznie, ale w jego oczach nie dostrzegam żadnych niecnych zamiarów.

Wydają się obojętne. A nawet sympatyczne.

Moje tętno zwalnia, chociaż nadal pozostaję czujna.

I wtedy coś się dzieje.

Wszystko trwa dosłownie ułamek sekundy i pewnie nie zdążyłabym nawet zareagować, gdybym uwierzyła w złudne poczucie bezpieczeństwa, jakie mi dał, i przestała mieć się na baczności.

W mgnieniu oka Landon sięga po moją maskę, ale odnoszę wrażenie, jakby zamierzał chwycić mnie za gardło.

Reaguję instynktownie i w ostatniej chwili odpycham jego rękę, która ląduje na mojej piersi.

Zachłystuję się powietrzem, a ciężar jego dłoni, obejmującej moje miękkie ciało, tylko pogarsza sytuację.

Zamiast się cofnąć, Landon posyła mi sardoniczny uśmieszek i zaciska palce, gniotąc materiał sukienki.

– Czyli to przedstawienie miało mnie jedynie zachęcić? Naprawdę, dziewczyny, wymyślacie coraz bardziej kreatywne sposoby, byle tylko zwrócić moją uwagę. Masz ochotę zrobić to tutaj, gdzie w każdej chwili ktoś może wejść i zobaczyć, że posuwam cię dziko jak bardzo, ale to bardzo niegrzeczną dziewczynkę?

Przez chwilę brakuje mi słów. Częściowo dlatego, że jeszcze nikt nigdy nie zwracał się do mnie w ten sposób.

Nikt by się nie odważył.

Nazywam się Mia Sokolov. Jestem córką Kyle’a Huntera i Rai Sokolov. Gdyby ktokolwiek ośmielił się mnie tknąć i tak się odzywać, wykopałabym go w kosmos. A tam znaleźliby go moi rodzice, którzy ucięliby mu jaja, a potem zjedli je na śniadanie.

O moim bracie nawet nie wspomnę. On najpierw by go wskrzesił, a potem ponownie zrobił z niego miazgę.

Wciąż stoję totalnie zszokowana, kiedy czuję, jak jego dłoń sunie po moim biodrze i następnie dociera do pośladka, który obejmuje mocno, po czym przyciska mnie do siebie.

W momencie, gdy na mój brzuch zaczyna napierać jego twardniejąca erekcja, z mojego gardła wydobywa się niemy krzyk.

Nagle robi mi się gorąco, choć wynika to z czystej wściekłości, która mnie ogarnia. Jak on śmie…? Jak on, kurwa…?

Bez namysłu próbuję podnieść kolano, celując w krocze.

Niestety zanim zdążę wykonać ruch, Landon chwyta mnie mocniej za tyłek, czym skutecznie mnie unieruchamia.

– Uspokój się, myszko. Chociaż jestem otwarty na małe zapasy, wątpię, żebyś dała mi radę.

Szykuj się na spotkanie ze Stwórcą, padalcu.

Próbuję odsunąć się na bok, ale nie jestem w stanie uwolnić się z żelaznego uścisku jego palców, które wbijają mi się w pośladki.

– Jesteś niezwykle małomówna – zauważa, obejmując mój drugi pośladek ręką, w której trzyma maskę. – Odrobiłaś pracę domową, prawda? Najbardziej lubię te ciche.

Mam tego dość.

Opanowuję targający mną gniew i udaję, że się rozluźniam, że topnieję w jego ramionach.

Następnie podnoszę rękę i leniwie muskam palcem wskazującym jego policzek, po czym błądzę wzdłuż żuchwy.

Na jego ustach pojawia się szeroki uśmiech, zupełnie jakby podobał mu się mój dotyk.

Dobra, czubku. Niech twój kutas dalej zwodzi cię na manowce, jak każdego innego matoła.

Przesuwam palcami po jego dolnej wardze, starając się nie zwracać uwagi na to, jak bezczelnie mnie dotyka.

Uważa, że go uwodzę, ale zaraz zetrę mu ten pieprzony uśmieszek z twarzy i przestanie wyglądać jak zbłąkany kumpel Lucyfera. Wodzi dłońmi po moich pośladkach, a ja staram się opanować dreszcz, który przebiega mi wzdłuż kręgosłupa. Staję na palcach, tak aby moja schowana pod maską twarz znalazła się tuż przed nim, a następnie wyprowadzam prawy sierpowy.

Prosto w nos.

Używam przy tym całej siły. Niech to szlag. Co za ból!

Najwyraźniej mój nagły cios go zaskakuje, bo chłopak nieruchomieje.

Wykorzystując moment zaskoczenia, odpycham go, a potem – już wolna – wybiegam za drzwi.

Choć jestem nieco oszołomiona, a jednocześnie rozpalona przez dotyk tego gnojka, nie oglądam się za siebie. Ani razu.

Biegnę ile sił w nogach, na wypadek gdyby miał ochotę mnie gonić.

Mimo że nie słyszę żadnych kroków, szybko przemierzam korytarz, rozglądając się dookoła, aż docieram do panelu sterowania.

Serce podchodzi mi do gardła, ale udaje mi się zaczerpnąć uspokajający oddech i nacisnąć przycisk. Mai na pewno też się udało.

Minutnik zaczyna odliczać czas.

Zgodnie z planem B wracam przez ogród. Mowy nie ma, żebym wróciła do łazienki, gdzie Landon mógłby się na mnie zaczaić.

Uwaga na przyszłość: dopilnować, żebym już nigdy nie została z tym dupkiem sam na sam. Nie dość, że jest popieprzonym zboczeńcem, to w dodatku upartym jak osioł.

Powrót do głównego holu zajmuje mi więcej czasu, niż przewidywałam, ale w ostatniej chwili udaje mi się wmieszać w tłum gości.

Kiedy podchodzę do Mai, miga do mnie:

– Co tak długo? Już zaczynałam się martwić.

– Drobna komplikacja, ale spokojnie, to nic takiego – odpowiadam gestami. Nie wierzę we własne słowa, nawet gdy zwracam się na migi do siostry.

To zdecydowanie nie było „nic takiego”. Bo w sumie stało się wszystko, a jednocześnie nic. Wciąż jestem rozedrgana, zarówno z powodu frustracji, jak i gniewu.

– Jak to „drobna komplikacja”? – szepcze Maya. – Co się stało?

Kładę palec na ustach, gdy na scenie pojawia się Landon we własnej osobie i delikatnie stuka łyżeczką w kieliszek szampana, dając znak, że zabierze głos.

Idealnie.

Znów ma na sobie maskę, ale to niczego nie zmienia. Po naszym dzisiejszym spotkaniu rozwinęłam bezużyteczną zdolność rozpoznawania dupków nawet z kilometra.

– Dziękujemy, że przybyliście na nasze przyjęcie – zaczyna Landon swoim aksamitnym, arystokratycznym głosem, który można by wziąć za należący do polityka.

Co za niefart, że ten cudowny brytyjski akcent tak się marnuje.

– Cieszymy się, że mogliśmy otworzyć drzwi naszego stowarzyszenia dla osób, które w naszym mniemaniu na to zasługują. Dzisiaj wieczorem możecie osobiście poznać Landona Kinga i z nim porozmawiać, z człowiekiem legendą.

Zaraz puszczę pawia.

– Wygląda i brzmi tak, że mogłabym go schrupać – miga do mnie Maya. – Szkoda, że taki z niego palant.

– Co tak długo? – odpowiadam, podczas gdy tłum zaczyna dziko wiwatować na cześć potencjalnego przyszłego lidera nowego kultu.

A może w pośpiechu nacisnęłam zły przycisk? Po tym, jak ten gnojek dotknął czegoś, czego nie powinien, na chwilę kompletnie straciłam głowę.

Nie, jestem pewna, że…

Podnosi kieliszek w geście toastu i mówi:

– Niech żyją Elites.

– Niech żyją! – powtarzają wszyscy.

W tym momencie rozpętuje się najprawdziwsze piekło. W jednej chwili Landona i jego kieliszek szampana zalewa świńska krew – stoi pokryty ohydną, lepką mazią przed ludźmi oddającymi mu wręcz boską cześć.

Wszyscy zgromadzeni ze świstem wciągają powietrze. Tymczasem ja chichoczę ukryta za maską.

Masz za swoje, złamasie. Nauczysz się, by więcej nie zadzierać ze mną ani z moją rodziną.

Zarówno uczestnicy imprezy, jak i ochrona wbiegają na scenę, a Maya szarpie mnie za rękę.

– Czas na nas.

Po raz ostatni oglądam się za siebie, by nacieszyć się widokiem tego dupka, który pewnie stoi tam jak ostatni frajer, ale widzę, że zdążył już zdjąć maskę i teraz patrzy mi prosto w oczy.

Wówczas jego usta rozciągają się w grymasie, który sprawia wrażenie jeszcze bardziej przerażającego, ponieważ od stóp do głów tonie we krwi.

Gdy pokazuje palcami gest, który oznacza, że mnie widzi, zaczynam biec.

Rozdział 3

Mia

– Nie odpowiedziałaś mi. – Dobiega mnie dudniący głos Nikolaia, który stoi obok mnie i szturcha mnie stopą.

Na chwilę tracę równowagę, ale zaraz ją odzyskuję i nawet nie otwieram oczu.

Każdy rozsądny człowiek zostawiłby mnie w spokoju, abym mogła dalej medytować, ale mojemu bratu i zdrowemu rozsądkowi nigdy jakoś nie było po drodze.

Kiedy popycha mnie ponownie, tym razem ląduję na tyłku, więc obrzucam go gniewnym spojrzeniem i z zaskoczeniem odkrywam, że jego twarz znajduje się tuż przed moją.

Dosłownie.

Pochyla się tak nisko, że w tej pozycji wygląda co najmniej dziwacznie, żeby nie powiedzieć śmiesznie.

Mój brat jest tylko rok starszy od Mai i ode mnie, ale wygląda zupełnie inaczej. My jesteśmy podobne do mamy i jej siostry bliźniaczki, za to on jest nieodrodnym synem naszego ojca. Mają ten sam turkusowoniebieski kolor tęczówek, identyczną budowę ciała i ciemne włosy – chociaż mój brat woli, kiedy są długie. W tej chwili ma je związane w niski kucyk na karku, co tylko podkreśla jego surowe, ponure oblicze. Kocham Nikolaia i tak naprawdę jest całkiem przystojny, ale żeby to dostrzec, trzeba zajrzeć do jego wnętrza, czyli przebić się przez tę minę psychopaty, która zawsze gości na jego twarzy.

Poza tym przez większość czasu chodzi bez koszuli – teraz też. Dzięki temu wszyscy mogą podziwiać skomplikowane, a jednocześnie przerażające tatuaże, które wiją się na jego ciele.

A jeśli dodamy do tego napakowaną sylwetkę, dostajemy gotowy przepis na chodzącą katastrofę.

Oczywiście wcale nie pomaga fakt, że został wychowany tak, by pewnego dnia przejąć schedę po naszych rodzicach w nowojorskiej gałęzi bratwy.

Czasami zachowuje się jak jakiś oszołom, który ma prawo spuszczać łomot, okaleczać, a nawet zabijać. Innym razem jest po prostu moim bratem, który zabierał mnie i Mayę na lody, a także bronił nas przed wściekłymi bezpańskimi psami.

– Nadal czekam na odpowiedź.

Nie potrafię się powstrzymać. Mój wzrok wędruje do bandaża, który zasłania dolny fragment jego szyi.

Właśnie dlatego kilka dni temu spuściłam na tego gnojka, Landona, kilka kubłów świńskiej krwi i bez wahania zrobiłabym to ponownie.

– Czekam – dodaje Nikolai swoim zachrypniętym, choć obecnie wyraźnie poirytowanym głosem. Przysięgam, że ma tyle cierpliwości, co niemowlak.

– Na co? – pytam na migi, przybierając minę niewiniątka. – Poza tym to było mega chamskie z twojej strony. Przecież prosiłam cię, żebyś mi nie przeszkadzał, kiedy medytuję, prawda?

– Nie pieprz mi tu, tylko mów – rzuca, podszedłszy do mnie tak blisko, że czuję jego miętowy oddech. – Gdzie zaciągnęłaś naszą siostrę tamtego wieczoru i dlaczego po powrocie chichotałyście jak dwie wiedźmy? Potrafię rozpoznać przypływ adrenaliny, a wy dwie byłyście na prawdziwym adrenalinowym haju. Dlatego gadaj wreszcie.

Bawię się mnóstwem niebieskich wstążek, które mam we włosach, udając, że je poprawiam.

– Dlaczego myślisz, że to ja ją zaciągnęłam? Może to Maya mnie gdzieś zawlokła.

– Jest wredna, ale to ty jesteś mózgiem wszystkich waszych koszmarnych pomysłów. Dalej, Mia, nie mam całego dnia. Coście tym razem odpierdoliły i czy teraz muszę komuś skuć mordę?

Z dumą wskazuję na siebie kciukiem i wyjaśniam na migi:

– Twoja siostrzyczka już się tym zajęła. Spokojna głowa, Niko.

Mruży oczy, co sprawia, że wygląda jak jakiś psychol. Mój brat zdecydowanie nie należy do osób, które łatwo się zniechęcają, zwłaszcza jeśli sprawa dotyczy Mai i mnie.

Poza tym, mimo że wraz z siostrą zajmujemy mieszkanie nieopodal rezydencji, w której mieszka wraz z innymi członkami Heathens, nie może do nas wpadać, kiedy tylko najdzie go ochota.

Owszem, mamy ochroniarzy, ale Maya i ja jasno zaznaczyłyśmy, że mają pilnować mieszkania z zewnątrz i nie mają prawa wchodzić do środka. Niech Bóg broni, żeby wszędzie nam towarzyszyli.

Ostatnio miałyśmy prawdziwego pecha, bo kiedy wróciłyśmy, Nikolai już na nas czekał.

Zdecydowanie nie uwierzył w nasze kłamstwo, że bawiłyśmy się z przyjaciółmi. Po pierwsze, nikogo takiego nie mamy. Ludzie od zawsze trochę się nas obawiali i podchodzili do nas dość nieufnie, więc chcąc nie chcąc, Maya i ja musiałyśmy stać się dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.

Moja siostra ma wielu obserwujących w social mediach i swoją paczkę znajomych, ale nawet ona nie nazwałaby ich przyjaciółmi. Kiedy dorastałyśmy, łączyła ją bardzo bliska więź z naszą nianią, ale potem opiekunka odeszła, by zająć się swoją rodziną, więc wszystko się skończyło.

Po drugie, choć Maya i ja potrafimy wymyślać na poczekaniu różne historie i bez trudu uzupełniać nawzajem nasze wymówki, Nikolai zna nas od urodzenia. Wprawdzie lubi udawać, że nie potrafi nas rozróżnić, gdy ubieramy się tak samo, ale tak naprawdę doskonale wie, która jest która.

Dlatego świetnie zdaje sobie sprawę, kiedy bierzemy go na lewe sanki.

– Co wydarzyło się tamtego wieczoru, hmm? – pyta, całkowicie ignorując mój wywód. – I nie mów mi, że nic, bo i tak nie kupię tej ściemy.

– Naprawdę nie ma o czym opowiadać – migam, robiąc słodką minkę.

Dość wcześnie odkryłam, że mam do tego talent. Maya staje na głowie, aby jej twarz wyglądała seksownie, ale ja mam inne podejście.

Wystarczy ładna buzia i uśmiech, a ludzie od razu są gotowi jeść ci z ręki.

Dlatego najpierw gram słodką idiotkę, a potem wykorzystuję odpowiedni moment, by skopać komuś tyłek. Tak jak w przypadku Landona Kinga. Aż dostaję gęsiej skórki, kiedy przypominam sobie ten przerażający grymas, który malował się na jego twarzy tamtej nocy. Śnił mi się nawet koszmar, w którym zobaczyłam, jak się szczerzy, ukazując pokryte krwią zęby, a potem pokazuje mi tamten gest.

Przecież nie mógł wiedzieć, że to ja. Ani na chwilę nie zdjęłam maski, a poza tym – technicznie rzecz ujmując – nawet nie byłam zaproszona na ich imprezę.

Człowiek, który dał mi zaproszenia i wpuścił mnie do rezydencji Elites, z całą pewnością by mnie nie wydał. Co więcej, to właśnie Brandon, brat bliźniak Landona i mój skrzydłowy, napisał do mnie i dołączył zdjęcie swojego brata całego pokrytego krwią.

Brandon:

To Twoja sprawka?

Mia:

Czy jeśli powiem, że tak, to mnie znienawidzisz?

Brandon:

Nie. Właściwie to jeszcze bardziej Cię lubię. Jestem pod wrażeniem.

Mia:

Nie jesteś zły, że wykorzystałam zaproszenia od Ciebie, żeby to zrobić?

Brandon:

Nie. Domyśliłem się, że coś kombinujesz, kiedy o nie poprosiłaś.

Mia:

A co, jeśli Twój brat zacznie Ci sprawiać kłopoty?

Brandon:

Potrafię sobie z nim poradzić. Nic się nie martw.

Wychodzi zatem na to, że zyskałam pod każdym względem. Udało mi się nie zaprzepaścić świeżo zadzierzgniętej nici przyjaźni z Branem, a jednocześnie zemściłam się za to, co jego pokręcony braciszek zrobił mojemu.

Niemniej przez ostatnie kilka dni i tak podświadomie miałam oczy dookoła głowy, bo się spodziewałam, że Landon w każdej chwili może mnie znienacka zaatakować.

Albo, co gorsza, zaciągnie mnie do jakiegoś ciemnego zaułka, gdzie na pewno nie dam rady się bronić.

– Spoko – odpowiada Nikolai, prostując się gwałtownie.

– Spoko? – powtarzam w języku migowym, niepewna, czy dobrze zrozumiałam.

– Tak, spoko. Niech wam będzie – dodaje, po czym przechyla głowę na bok. – W takim razie dorzucę wam jeszcze dwóch goryli, a całej ekipie każę jeździć za wami krok w krok.

Natychmiast do niego doskakuję i energicznie protestuję w języku migowym:

– Nie możesz tego zrobić.

– Przekonasz się, że mogę, i to z samego rana.

No i sru.

Jeśli mój brat mówi, że coś nastąpi, to na pewno tak właśnie będzie.

– Czekaj – pokazuję na migi, wzdychając. – Dobra, masz rację, okłamałyśmy cię. Tak naprawdę spotkałam się z nowym przyjacielem, który raczej by ci się nie spodobał, dlatego postanowiłyśmy ci nie mówić.

– Imię. Adres. Uczelnia.

– Brandon King. Mieszka w rezydencji Elites i studiuje na REU.

Mój brat nieruchomieje i zdziwiony unosi brwi tak wysoko, że niemal dotykają linii włosów.

– Od kiedy to przyjaźnisz się z kimś z REU?

– Jakoś tak wyszło. Wiesz, że jego brat, Landon, zachowywał się naprawdę okropnie w stosunku do Killiana, ale to Brandon przeprosił w jego imieniu. Potem graliśmy chwilę razem i się zakumplowaliśmy.

– Killian nic mi na ten temat nie wspominał.

– W sumie nie wiem czemu – odpowiadam na migi, chociaż się domyślam, że Brandon poprosił o to Killiana. A ponieważ Kill chciał mu się przypodobać, by móc umawiać się z siostrą Brana, przemilczał całe spotkanie.

– Chcesz mi powiedzieć, że ty i kwiat lotosu… – urywa nagle i odchrząkuje. – W sensie Brandon, jesteście przyjaciółmi.

– Tak. Spotykamy się czasem, żeby pograć i takie tam. Raz on wygrywa, raz ja. Powinieneś to zobaczyć.

– Może powinienem – mamrocze mój brat pod nosem.

– Czy to oznacza, że nie masz nic przeciwko?

Po jego zdziwieniu sprzed chwili nie zostaje nawet ślad, gdy mówi:

– Oczywiście, że mam. Nie wolno ci się zadawać z Elites.

– Ale, Niko, on jest naprawdę inny. W dodatku taki miły i prawdziwy z niego gentleman.

– Ach tak?

– No pewnie! I wcale nie przypomina tego palanta, swojego brata, Landona.

– Zatem tamten wieczór spędziłyście z Brandonem?

Kiwam głową.

– Gdzie? W ich rezydencji?

– Nie. Organizowali tam jakąś imprezę, więc spotkałyśmy się z nim w kafejce dla graczy i trochę pograliśmy.

– Maya w kafejce dla graczy? W tej „jaskini nerdów”, jak lubi określać tę miejscówkę?

W mordę. Chyba trochę przedobrzyłam.

Maya nie przekroczyłaby progu takiego przybytku nawet za milion dolarów.

– Chciała poznać Brana, bo dużo jej o nim opowiadałam.

– Aż tak dużo – powtarza tajemniczym tonem.

– Tak. Od razu go polubiła – stwierdzam, tylko że teraz będę musiała naprawdę ich sobie przedstawić. Ups… Raczej się nie dogadają.

Nikolai podnosi moją komórkę z podłogi i podaje mi ją.

– Zadzwoń do niego.

Natychmiast przenika mnie dreszcz niepokoju.

– Co?

– Powiedziałaś, że się kumplujecie i spędzacie razem czas. To znaczy, że masz jego numer, prawda?

Potakuję.

– W takim razie zadzwoń do niego. Muszę potwierdzić twoją historię.

Odblokowuję telefon i zaczynam gorączkowo przesuwać palcami po ekranie.

– Co za absurd. Tak mało mi ufasz? Zachowujesz się, jakbyś kompletnie mi nie wierzył.

– Bo nie wierzę – odpowiada bez ogródek. – Dzwoń.

– Zazwyczaj do niego nie dzwonię.

– Jestem pewien, że nie będzie miał nic przeciwko, skoro jest taki miły i prawdziwy z niego gentleman – stwierdza, choć mojej uwadze nie umyka, jak podkreślił słowa, których wcześniej użyłam.

Niech to szlag.

Próbuję zyskać jak najwięcej czasu, więc w nieskończoność przewijam listę kontaktów w poszukiwaniu nazwiska Brana, jednocześnie mając nadzieję, że do mojego pokoju wejdzie Maya i nam przerwie.

Zawsze zjawia się u mnie nieproszona, ale najwyraźniej nie tym razem. Pewnie zaszyła się gdzieś, żeby uniknąć przesłuchania Niko. Zdradziecka paskuda.

Grzebię się jak mucha w smole, więc Nikolai w końcu traci cierpliwość i wyrywa mi telefon, po czym wpisuje „Bran” w pasku wyszukiwania. Kiedy pojawia się jedyny kontakt o tej nazwie, naciska przycisk „Zadzwoń” i włącza głośnik.

Chyba mam stan przedzawałowy, kiedy w moim pokoju rozbrzmiewa sygnał nawiązanego połączenia.

Nie odbieraj.

Nie odbieraj.

Proszę.

Błagam…

– Halo? – Płynie z głośnika lekko ochrypły głos Brana, jakby mój telefon wybudził go z drzemki. – Mia? Wszystko w porządku?

Wypuszczam wstrzymywany oddech i widzę, jak mój brat spogląda na mnie z ukosa.

Co za koszmar.

– Mia? – pyta Bran już całkiem poważnym tonem. – Coś nie tak? Jeśli potrzebujesz pomocy, daj znać…

– Z tej strony Nikolai, jej brat.

Bran milknie na kilka pełnych napięcia sekund, a ja niemal popuszczam ze strachu. Sprawa przybiera naprawdę bardzo nieciekawy obrót.

– Rozumiem – odzywa się Bran, po czym odchrząkuje, by po chwili kontynuować chłodnym, niemal bezbarwnym głosem: – W czym mogę pomóc?

– Moja siostra twierdzi, że trzy dni temu spędziła z tobą noc.

– Spędziła ze mną noc?

– Czy według ciebie było inaczej?

Cholerny Niko. Zabrzmiało to tak, jakbym co najmniej przespała się z Branem.

– Spotkaliśmy się, ale nie spędziła ze mną nocy w tym sensie.

Tak, Bran. Dzięki.

– Co w takim razie robiliście?

– Jestem pewien, że możesz zapytać o to siostrę.

– Zapytałem i na podstawie twojej odpowiedzi próbuję zdecydować, czy dać jej szlaban.

Znowu cisza.

Biedny Bran został postawiony w niezbyt komfortowej sytuacji, chociaż w niczym nie zawinił.

– Graliśmy – odpowiada spokojnie.

– Gdzie?

– W kafejce dla graczy.

– Której?

– Jedynej na wyspie. Play Dungeon.

– Z kim?

– Sami.

Zaraz chyba zemdleję. Ani razu się nie pomylił, zupełnie jakbym mu na bieżąco podpowiadała. Poległ dopiero na ostatnim pytaniu.

– Sami – powtarza Nikolai z chytrym uśmieszkiem.

– Tak. Tylko my graliśmy. Maya też z nami była, ale przez większość czasu siedziała z nosem w swojej komórce.

Brawo, stary.

W nagrodę kupię Branowi nowe gadżety z League of Legends.

– Skoro to już wszystko… – oznajmia Bran, a następnie kończy połączenie.

Uśmiecham się triumfalnie do brata i migam:

– Zawsze należy ufać własnemu rodzeństwu. Musimy coś zrobić z tym twoim okropnym nawykiem, Niko.

– Trzymaj się z daleka od tej bandy oszołomów – warczy, przyciskając mi telefon do piersi. – Łącznie z Brandonem.

A potem wychodzi. Rany. Nieźle się wkurwił. No cóż. I tak udało mi się wybrnąć.

Teraz muszę osobiście podziękować Branowi i mieć nadzieję – albo raczej się modlić – żebym już nigdy nie spotkała jego stukniętego brata.

Rozdział 4

Mia

Jak się okazuje, nie mogę już w spokoju medytować w naszym mieszkaniu, więc musiałam wymyślić alternatywną metodę, dzięki której będę mogła się odprężyć.

Padło na klub szachowy w centrum.

Wprawdzie na King’s U mamy koło szachowe, ale rozgrywanie tam partii przestało stanowić dla mnie wyzwanie. Poza tym z prawdziwą przyjemnością rąbnęłam w nos przewodniczącego koła za to, że nazwał Mayę kochającą błysk fleszy wywłoką.

Co z tego, że dziewczyna lubi się odstrzelić i chwalić swoimi kształtami? Lepiej niech ten koleś pilnuje własnego nosa.

Jak widać, kiepsko reaguję, gdy ktoś obraża lub krzywdzi członków mojej rodziny. W dodatku gość nie ma bladego pojęcia o naszym życiu, presji i niebezpieczeństwach, z którymi mamy do czynienia, odkąd przyszłyśmy na świat.

Maya zawsze była niezależna i kochała super ciuchy, dzięki którym mogła podkreślać swoją urodę. Na pewno nie chciała, by zwrócił na nią uwagę taki bęcwał.

Naturalnie od razu trafiłam na czarną listę w tym kole, mimo że byłam spośród nich najlepsza. Koniec końców, po tym, jak kilka tygodni temu znalazłam w akademiku ulotki miejscowego klubu szachowego, udało mi się do niego zapisać.

Jest tam kilku przyzwoitych starszych graczy, ale wiele osób zjawia się tam tylko po to, by poplotkować, jakby to było koło gospodyń wiejskich.

Tak czy inaczej, ponieważ szachy i medytacja pomagają mi okiełznać moje demony, traktuję je jako ostatnią deskę ratunku.

Uwielbiam też hodować rośliny, ale do tej pory nie zdecydowałam się ich posadzić w naszym mieszkaniu na wyspie. Chyba miałabym poczucie, że zdradzam moje piękne kwiaty, które pielęgnuję w domu.

Problem w tym, że nie mogę sobie pozwolić, by i z tego klubu mnie wyrzucili, bo będzie mi ciężko. W mojej rodzinie mogę grać w szachy tylko z Garethem, ale on ostatnio nie ma na nic czasu, bo jest zajęty nauką.

Maszeruję dziarsko ulicą, całkowicie ignorując spojrzenia innych.

Dzisiaj znów postawiłam na mój charakterystyczny look – czarną sukienkę z obszerną tiulową spódnicą, masywne buty z łańcuchami i pasujące do całości wstążki we włosach. No i oczywiście na nosie mam zabójcze niebieskie lustrzanki przeciwsłoneczne.

Dzięki temu czuję się jak prawdziwy czarny charakter.

Wiele osób twierdzi, że stylizuję się na gotkę, ale wcale nie o to mi chodzi. Nie ubieram się tak również dlatego, że wyznaję kult szatana – zdecydowanie jestem za dobra na tego frajera. Nie maluję też oczu i ust na czarno. Tak naprawdę cały mój makijaż sprowadza się do różowej szminki i tuszu do rzęs. Chyba że wybieram się na jakieś ostrzejsze balety, jak ta impreza u Elites – wtedy sięgam po czarny eyeliner.

Uwielbiam być urocza i zabójcza jednocześnie. W tym tkwi moja siła.

Gdy tylko wchodzę do środka, zdejmuję okulary przeciwsłoneczne i macham na powitanie do prezesa klubu. Pozostali członkowie podnoszą wzrok, ale gdy tylko mnie widzą, od razu wracają do plotek albo partii, które akurat rozgrywają.

No cóż.

Nie wiem, jak to się stało, ale się zorientowali, skąd pochodzę, i trzymają się na dystans. Rzadko też ze mną rozmawiają.

Jedynym wyjątkiem jest sam prezes, z którym zazwyczaj gram. Kiedy zauważa, że się z nim witam, wstaje powoli ze swojego miejsca za biurkiem przy wejściu i podchodzi do mnie.

Pan Whitby jest uprzejmym staruszkiem o siwych włosach, pomarszczonej twarzy i nienagannej postawie jak na kogoś w jego wieku.

– Jak się pani dzisiaj miewa, panno Sokolov?

Pokazuję mu znak „w porządku”, który już rozumie. Całą resztę muszę zapisywać w notatkach na telefonie.

Teraz też wpisuję tam odpowiedź, a następnie podsuwam w jego stronę, by mógł ją przeczytać: „Mówiłam już, żeby mówił mi pan Mia. Po prostu Mia”.

Kiwa głową, jak przystało na dostojnego angielskiego gentlemana – kojarzy mi się z moim tatą, który też mówi z brytyjskim akcentem, choć jego historia rodzinna jest dość skomplikowana.

Główna różnica między nimi sprowadza się do tego, że pan Whitby nie zajmuje się zawodowo zabijaniem ludzi jak tata.

Starszy pan uśmiecha się do mnie delikatnie.

– Przykro mi, że dzisiaj nie mogę zostać i rozegrać z tobą partyjki. Muszę załatwić niecierpiącą zwłoki sprawę.

Ach tak.

– Z pewnością któryś z graczy z największą przyjemnością zmierzy się z tak błyskotliwą młodą damą jak ty.

Zdecydowanie o przyjemności nie będzie tu mowy.

Pan Whitby zwraca się do pozostałych członków klubu:

– Ktoś miałby ochotę?

Opuszczam głowę. Wygląda na to, że ani medytacja, ani szachy nie wchodzą dzisiaj w grę. Muszę jednak wyładować nagromadzoną w środku energię, zanim całkowicie mnie pochłonie.

Rano złapałam się na tym, że stałam przed lustrem, po czym na zmianę otwierałam i zamykałam usta. A jednak najbardziej niepokojące wcale nie było to, że wyglądałam jak groteskowa złota rybka. Bardziej przeraziło mnie to, że od lat tego nie robiłam.

Przestałam mówić, gdy byłam ośmiolatką. Po kilku latach próbowałam coś z tym zrobić i odzyskać głos. Patrzyłam na swoje odbicie i robiłam to, co dziś rano, starając się zamienić dźwięki, jakie czasami wydawałam, w słowa. Skończyło się na tym, że się popłakałam i niemal dostałam ataku paniki.

Dlatego odpuściłam sobie kolejne podejścia.

Jednak ostatnio mam dużo stresu i stąd też moja dzisiejsza wizyta w klubie. W dodatku znów zaczęły mi się śnić koszmary…

– Ja z nią zagram.

Gwałtownie prostuję plecy, kiedy znajomy dreszcz przenika dolną część napiętego brzucha.

To niemożliwe.

Na pewno to tylko wyobraźnia płata mi figle.

Nie odwracam się jednak w stronę źródła głosu.

W końcu skoro udaję, że nic nie słyszałam, to znaczy, że nic się nie wydarzyło. Kto wie? Może moje uszy pozazdrościły językowi i również odmówią mi posłuszeństwa.

Wówczas pada na mnie cień, a ja podnoszę głowę. Niemal krztuszę się głośnym westchnieniem, które wyrywa mi się z gardła, gdy napotykam wzrok Landona Kinga – w swojej własnej pieprzonej osobie.

Po raz drugi w życiu jestem do tego stopnia zaskoczona. Nie, w zasadzie jestem w ciężkim szoku. Ten mężczyzna jest w każdym centymetrze niepokojący, a uwodzicielski czar, który wokół siebie roztacza, żadną miarą nie jest w stanie tego ukryć.

Co za jawna niesprawiedliwość życiowa, że zawsze wygląda, jakby przed chwilą zeskoczył z wybiegu dla modeli lub wyłonił się z reklamy którejś z ekskluzywnych marek modowych. Świeżo wykrochmalona biała koszula jest wsunięta w dopasowane, czarne spodnie, podkreślające wyrzeźbioną talię. W jego postawie dostrzegam wrodzony szyk, podkreślony wysportowaną sylwetką i sardonicznym uśmieszkiem.

W dodatku dzisiaj na ostrej linii szczęki pojawił się cień zarostu, co dodaje mu jeszcze więcej surowego uroku.

Ten dupek doskonale wie, jak wykorzystać swoje atuty: urodę, styl i irytującą charyzmę.

Lekko przechyla głowę w bok; na jego ustach pojawia się ten sam prowokacyjny, a jednocześnie niebezpiecznie grzeszny grymas, co tamtej nocy.

– Landon – wita go pan Whitby, ściskając mu po przyjacielsku ramię. – Dawno się nie widzieliśmy.

„Dawno się nie widzieliśmy”? Jak to, kurwa?

Tylko niech się nie okaże, że ten typek też tu grywa w szachy.

– Frank. – Landon wita prezesa serdecznie, zupełnie jakby byli bliskimi znajomymi, a wtedy jego mina zmienia się nieznacznie, co sprawia, że wydaje się bardziej przyjazny. – Stęskniłem się za klubem i innymi graczami, więc pomyślałem, że zajrzę.

Wszyscy w sali – i mam tu na myśli naprawdę wszystkich – albo się uśmiechają, albo wstają i podchodzą, otaczając tego głąba ciasnym kręgiem. Kobiety praktycznie tratują się po drodze, byle tylko na nie spojrzał, a on zachowuje się jak najprawdziwszy celebryta. Niemniej w przeciwieństwie do wielu sławnych osób zna wszystkie imiona, a także nie szczędzi im komplementów: u jednej docenia nową fryzurę, u innej – twarzowe okulary, a u jeszcze kolejnej – sweter. Mężczyzn wita raczej po męsku, a oni odpowiadają entuzjastycznym skinieniem głowy.

To są chyba jakieś jaja.

Przyglądam się temu z otwartymi ustami. Na pewno Bran właśnie to miał na myśli, kiedy powiedział: „Jeszcze nie widziałaś Lana w akcji. W zależności od humoru i tego, co może ugrać, potrafi być albo totalnie czarujący, albo zabójczo groźny”.

Teraz rozumiem, o co mu chodziło. Właśnie na własne oczy widzę drugą twarz Landona, o której tylko słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji zobaczyć.

Bez trudu skupia na sobie uwagę innych. Ewidentnie ma do tego wrodzony talent i nikt nie dorasta mu pod tym względem do pięt, a tym bardziej nie jest w stanie go pokonać.

Najgorsze jest to, że ludzie ciągną do niego jak ćmy do światła, choć czeka je tam pewna śmierć. W okamgnieniu jako jedyna zostaję poza otaczającym go kręgiem, jak przystało na prawdziwego wyrzutka.

Prezes koła odchrząkuje i przebija się przez tłumek wokół Landona.

Nagle znów znalazłam się w polu widzenia księcia z najgorszych koszmarów, czyli tam, gdzie zdecydowanie wolałabym nie być, szczególnie po tym, jak tamtej nocy osobiście zrujnowałam jego przyjęcie.

– Dobrze, moi drodzy – odzywa się pan Whitby. – Landon przyszedł grać w szachy, więc może mu na to pozwolimy?

Usłyszawszy to, gwiazda tego przybytku, jak zapewne o sobie myśli, skupia całą uwagę na mnie i posyła mi uśmiech, który spokojnie mógłby gościć na ustach seryjnego mordercy.

– Landon, poznaj Mię – mówi starszy pan, wskazując na mnie. – Nie mówi, ale doskonale cię słyszy. Jeśli będzie chciała się porozumieć, napisze ci wiadomość na telefonie. Aha, i tak się składa, że jest najlepszą szachistką, z jaką miałem okazję się zmierzyć, zaraz po tobie.

Czy on właśnie powiedział „zaraz po tobie”?

No wie pan, panie Whitby! Ja tu na pana cześć stworzyłam w głowie monument prawdziwego angielskiego gentlemana, a pan mi podsuwa pod sam nos tego palanta?

– Po mnie, tak? – powtarza Landon, a ja byłabym gotowa przysiąc, że jego oczy rozbłysły i stały się jaśniejsze, ale zarazem pojawił się w nich sadystyczny błysk.

– Tak. To niezwykle inteligentna młoda dama i ambitna przeciwniczka. Szkoda, że nie mogę zostać i obejrzeć waszej partii.

– Teraz mnie zaintrygowałeś – dodaje radośnie ten gnojek, który z wyglądu jest wierną kopią Brana, choć na tym podobieństwa się kończą.

Jakim cudem potrafi sprawić, że zwykłe uniesienie kącików ust wręcz ocieka mrocznym urokiem i czarną magią?

Niechętnie zajmuję miejsce przy wolnym stoliku w rogu. Najbardziej chciałabym uciec i poważnie się zastanowić, czy nie lepiej byłoby zacząć oddawać hołd szatanowi, by móc rzucić klątwę na mężczyznę, który właśnie siada przede mną. Po namyśle dochodzę jednak do wniosku, że to wzbudziłoby niepotrzebne podejrzenia.

Poza tym Landon z całą pewnością nie ma pojęcia, że to ja upokorzyłam go przed jego napuszonymi wielbicielami.

Mimo to, kiedy siedzę naprzeciwko niego, moim ruchom brakuje swobody. Mogę się pożegnać z odprężeniem i wyciszeniem umysłu.

Chyba na tym etapie powinnam sobie jasno powiedzieć, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli.

Na razie staram się skupić na umieszczeniu wszystkich figur dokładnie na środku poszczególnych pól.

– Znowu się spotykamy.

Kiedy powoli unoszę głowę, mój wzrok zderza się z jego cynicznym spojrzeniem i drwiącym uśmieszkiem błąkającym się w kącikach ust.

Nie dając nic po sobie poznać, piszę na telefonie i wyciągam w jego stronę ekran: „To jak się właściwie nazywasz?”.

Kiedy tylko widzi te słowa, wybucha śmiechem.

– Frapująca z ciebie myszka.

„Mam na imię Mia” – piszę, po czym pokazuję mu komórkę.

– „Myszka” bardziej do ciebie pasuje. Uwielbiasz kryć się w cieniu, a jednocześnie siać wokół chaos i zniszczenie, prawda?

Dobra, pierdolić tego dupka.

Jakie jest prawdopodobieństwo, że mnie stąd nie wyrzucą po tym, jak skopię mu tyłek na oczach jego fanów, którzy przyglądają nam się uważnie ze swoich miejsc?

I czy jego słowa oznaczają, że mnie podejrzewa?

Nawet jeśli tak, to nie ma żadnych dowodów, więc nie może mnie o nic oskarżyć.

Przesuwam pierwszego pionka i patrzę na mężczyznę siedzącego po drugiej stronie szachownicy.

Wpatruje się we mnie i przesuwa swojego pionka o jedno pole.

– Muszę przyznać, że masz niezwykły talent aktorski.

Podnoszę brew.

– Za ten pokaz spokoju i udawanie, że mnie nie znasz, należą ci się oklaski na stojąco.

„Nie wiem, o czym mówisz. Spotkaliśmy się już? Kiedy? Może w twoich snach?” – odpowiadam na telefonie.

– W moich snach?

„Wow. Naprawdę ci się śniłam? Wiem, że jestem ładna, ale możesz już przestać ślinić się na mój widok”.

Jego usta drgają lekko.

– Ktoś tu na pewno się ślini, ale nie ja. I nie, nie spotkaliśmy się w moich snach. Nigdy nie pozwalam, by do mojej podświadomości przeniknął ktoś, kogo mam centralnie w dupie. Natomiast spotkaliśmy się, kiedy zniszczyłem samochód twojego kuzyna.

„Nie przypominam sobie”.

– W takim razie może pamiętasz, jak nazwałaś mnie pojebusem, a potem zarzuciłaś mnie przekleństwami w języku migowym, kiedy nazwałem cię niemową? Kojarzysz?

Na to wspomnienie krew się we mnie burzy i aż mnie kusi, by znów pomachać mu przed nosem środkowym palcem. Tymczasem przesuwam kolejnego pionka i piszę: „Nie. Spotkałam w życiu wielu pojebusów i nie jestem w stanie spamiętać wszystkich. Ale gratuluję doskonałej pamięci do totalnie nic nieznaczących spotkań”.

Proszę bardzo, tak to się robi. Bo jaki jest najlepszy sposób, żeby dać nauczkę zarozumiałym kutafonom z kompleksem boga pokroju Landona? Trzeba sprawić, by poczuli się niegodni uwagi.

– Hmm. – Przenosi wzrok z ekranu komórki na moją twarz. – A już chciałem cię przeprosić za tę niemowę, ale chyba nie ma takiej potrzeby.

Mrużę oczy, ale natychmiast to ukrywam. Co za pieprzony dupek – mało brakowało, a by mnie złapał.

W co on pogrywa? Chce mnie przeprosić? Ludzie tacy jak on przecież nie przepraszają.

A jeśli już, to nie robią tego szczerze.

A jeśli nawet, to na bank mają w tym jakiś ukryty cel.

– Skoro masz kłopoty z pamięcią, chciałbym się tylko upewnić… – Obejmuje palcami szyję gońca i spogląda mi prosto w oczy. – Pewnie nie kręciłaś się ostatnio u mnie w domu, prawda?

„Nie wiem nawet, gdzie mieszkasz” – skrobię na telefonie.

– Zabawne – rzuca, po czym się pochyla. – Bo widziałem nagranie, na którym mój brat zaprasza cię do siebie.

Szlag by to trafił.

„Ojej! Nie miałam pojęcia, że to też twój dom”. Uśmiecham się słodko, wyciągając w jego stronę komórkę.

– Tak samo jak nie miałaś pojęcia, że mój brat bliźniak, który wygląda dosłownie jak mój sobowtór, może być, zastanówmy się… moim bliźniakiem?

„Nabrałam pewnych podejrzeń, kiedy zobaczyłam Cię przed chwilą, ale wydaje mi się, że obgadywanie członków rodziny nie jest w dobrym tonie. Chyba się ze mną zgodzisz?” – odpowiadam na komórce, a następnie radośnie zbijam jego skoczka.

Wygląda na to, że dzisiaj to ja wygram, a on będzie drugim najlepszym graczem – zaraz po mnie.

– Owszem, dlatego wolałbym nie pokazywać ci filmu z tamtego wieczoru, na którym twoja siostra bliźniaczka robi z siebie pośmiewisko, próbując uwieść jednego z moich ochroniarzy.

Natychmiast zamieram, a na moje policzki wypełza zdradliwy rumieniec.

– No właśnie, myszko. Wiem, że obie znalazłyście się na moim terenie, a potem oblałyście mnie świńską krwią. Więc teraz, skoro mamy z głowy tę nieskończenie nudną wymianę uprzejmości, może porozmawiamy właśnie na ten temat?