God of Wrath - Rina Kent - ebook
NOWOŚĆ

God of Wrath ebook

Rina Kent

5,0

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Wpadłam w szpony samego diabła.

To, co zaczęło się od zwykłej pomyłki, przerodziło się w prawdziwe piekło. Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko tyle, że wcale nie chciałam wchodzić w żadne układy z następcą mafijnego tronu.

 

Niemniej on miał własne plany.

Śledził mnie z ukrycia, po czym skradł znane mi dotąd życie.

 

Jeremy Volkov na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie czarującego, ale w jego wnętrzu kryje się okrutny drapieżnik.

Postanowił mnie posiąść, zawładnąć moim ciałem i zatrzymać na zawsze.

 

Tyle tylko, że ja wcale nie zamierzam tkwić w jego skąpanym we krwi świecie.

A przynajmniej tak mi się wydaje.

 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                               Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 667

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: God of Wrath

Copyright © Rina Kent 2022

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Twarduś

Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Agnieszka Zwolan, Magdalena Kłodowska

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Ilustracje: Aleksandra Monasterska

Projekt okładki: Opulent Designs

ISBN 978-83-8418-653-4 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Playlista

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Epilog 1

Epilog 2

O autorce

Więcej informacji o twórczości Riny znajdziesz:

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Książkę tę dedykuję antybohaterom i łotrom spod ciemnej gwiazdy

Drodzy Czytelnicy, moi Przyjaciele!

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z moimi książkami, powinniście wiedzieć, że piszę mroczne historie, które mogą budzić niepokój, a także wywoływać silne emocje. Zarówno moje powieści, jak i ich bohaterowie nie są stworzeni dla osób o słabym sercu.

W niniejszej historii przewijają się elementy primal kink, a także motyw wątpliwej zgody oraz odniesienia do przemocy seksualnej. Mam nadzieję, że wiecie, jakie wątki mogą negatywnie na Was wpłynąć, i weźmiecie je pod uwagę, zanim rozpoczniecie lekturę.

God of Wrath jest samodzielną powieścią.

Więcej powieści autorstwa Riny Kent znajdziecie na stronie www.rinakent.com.

Wpadłam w szpony samego diabła.

To, co zaczęło się od zwykłej pomyłki, przerodziło się w prawdziwe piekło. Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że wcale nie chciałam wchodzić w żadne układy z następcą mafijnego tronu.

Niemniej on miał własne plany.

Śledził mnie z ukrycia, po czym skradł mi życie, jakie do tej pory znałam.

Jeremy Volkov na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie czarującego, ale w jego wnętrzu kryje się okrutny drapieżnik.

Postanowił mnie posiąść, zawładnąć mną i zatrzymać mnie na zawsze.

Tyle tylko, że ja wcale nie zamierzam tkwić w jego skąpanym we krwi świecie.

A przynajmniej tak mi się wydaje.

Playlista

Love and War – Fleurie

Another Love – Tom Odell

We Have It All – Pim Stones

Save Me – Emily Brophy

Blindfold – Sleeping Wolf

Madness – Tribal Blood

Every Breath You Take – Chase Holfelder

I Want You to Want Me – Chase Holfelder

Young Beast – World’s First Cinema

Moth to a Flame – The Weeknd & Swedish House Mafia

Certain Things – James Arthur & Chasing Grace

Losing You – James Arthur

Compliance – Muse

Russian Roulette – Rihanna

ROZDZIAŁ 1

Cecily

Czuję, że wpakowałam się w kłopoty.

I to takie najgorsze z możliwych.

Takie, które mogą okazać się katastrofalne w skutkach.

Być może nawet zabójcze.

Przestępuję z nogi na nogę i czuję, jak pot spływa mi po twarzy ukrytej za maską. Materiał koszulki i jeansów oblepia moją rozgrzaną skórę, a przeczucie nadciągającej katastrofy staje się niemal nie do zniesienia.

Gwałtownie wciągam powietrze do spragnionych tlenu płuc, ale mam wrażenie, jakbym wdychała dym. Świerzbią mnie palce, by dotknąć maski lub poprawić na głowie perukę, która wrzyna mi się w czaszkę.

Po uważnym rozważeniu wszystkich za i przeciw postanawiam się jednak powstrzymać.

Na pewno aż roi się tu od kamer monitoringu, a ja zdecydowanie nie zamierzam przyciągać uwagi gospodarzy.

Tym bardziej że wcale nie powinno mnie tu być. W końcu to terytorium wroga.

Dyskretnie zerkam w bok i cały czas staram się równomiernie oddychać przez nos i usta.

Krawędzie szarych chmur złoci pomarańczowa poświata, co oznacza, że powoli zaczyna zapadać zmrok.

Duszne powietrze jest przesycone dziwnym niepokojem, który również mnie przenika aż do szpiku kości. Najwyraźniej tylko ja dostrzegam skąpany w złocie zachód słońca oraz atmosferę niebezpieczeństwa, która otacza to miejsce.

Z obu stron otaczają mnie ludzie w podobnych białych maskach z czarnymi numerami zapisanymi na czole.

Byłam jedną z pierwszych osób, które wpuszczono do Komnaty Zepsucia, gdzie otrzymałam numer dwadzieścia trzy. Stoję w drugim rzędzie, który, podobnie jak pierwszy, liczy dwadzieścia osób.

Chociaż chyba powinnam powiedzieć „studentów”.

Do tej pory ustawiły się cztery rzędy, a piąty właśnie stopniowo zapełnia się kolejnymi uczestnikami, których do gotyckiej rezydencji wprowadzili krzepcy mężczyźni w czarnych garniturach i groteskowych maskach przedstawiających króliki.

Czerwone nacięcia znaczą ich maski wzdłuż linii ust i otaczają otwory, przez które widać puste oczy. Oprócz ostrych, brudnych zębów, najbardziej zaniepokoiło mnie to, jak dokładnie facet przy wejściu sprawdził kod QR zaproszenia na ekranie mojego telefonu.

Byłam przekonana, że zaraz się domyśli, że ukradłam to zaproszenie i wcale a wcale nie powinno mnie tu być.

Mam na sobie ciemną perukę, by ukryć moje srebrne włosy, które od razu rzuciłyby się w oczy. Założyłam też szare soczewki i okulary w grubych oprawkach, ale i tak nie jestem pewna, czy nikt mnie nie rozpozna.

Nie odzywam się, żeby nikt nie usłyszał mojego brytyjskiego akcentu. W końcu King’s U to uczelnia dla Amerykanów, dlatego my, studenci z Royal Elite University, rzucamy się w oczy, kiedy tylko otwieramy usta.

Na dodatek dzisiaj na pewno nikt z nas nie byłby tu mile widziany. Przecież to ich inicjacja.

Królik mierzył mnie surowym spojrzeniem zdecydowanie dłużej niż pozostałych uczestników, ale w końcu założył mi na twarz maskę z numerem. Taki sam został zapisany na opasce, którą ciasno owinął wokół mojego nadgarstka.

Zanim weszłam, musiałam jeszcze zostawić telefon, klucze i okulary u jego kumpla, noszącego identyczną maskę.

A teraz czekam wraz z osiemdziesięcioma pięcioma innymi studentami. Nie, osiemdziesięcioma siedmioma.

Wiem, bo policzyłam.

Właśnie tak robię, gdy nerwy biorą nade mną górę, tętnią w moich żyłach i w każdej chwili grożą eksplozją. Liczę.

A także uważnie analizuję otoczenie – rozglądam się, obserwuję i wypatruję drogi ucieczki.

I to dokładnie ten aspekt skłonił mnie do refleksji, że chyba jednak popełniłam błąd, pojawiając się tutaj.

To pomieszczenie nie zostało zaprojektowane pod kątem ucieczki. Gdy człowiek już się tu znajdzie, jest zgubiony. Fizycznie. Psychicznie. Emocjonalnie.

W końcu ta rezydencja należy do Heathens. Jednego z dwóch niesławnych stowarzyszeń na King’s U, które aż kipi od zepsucia, poczucia władzy, nieograniczonego bogactwa i powiązań z półświatkiem.

Tak naprawdę większość członków, których zrzesza, albo po prostu należy do rosyjskiej mafii, albo jest z nią w jakiś sposób związana.

Wszyscy studenci, którzy dzisiaj się tu pojawili, właśnie tam się uczą – oczywiście z wyjątkiem mnie – i każdy z nich w głębi serca pragnie choć skosztować potęgi, jaką obiecuje organizacja. Posmakować potworności, która się z nią wiąże.

Otrzymanie zaproszenia na inicjację Heathens, która odbywa się dwa razy w roku na początku każdego semestru, jest nie lada zaszczytem.

Natomiast szanse na przyjęcie do stowarzyszenia wynoszą jakiś jeden procent. Nie dość, że tego rodzaju imprezy mają niezwykle brutalny przebieg, to jeszcze główni organizatorzy są wyjątkowo wymagający.

Muszę przyznać, że nie przyszłam tu z nadzieją, że uda mi się zdobyć medal czy faktycznie otrzymać możliwość dołączenia do Heathens. Gdy tylko się zorientują, kim jestem, wywalą mnie na zbity pysk.

Moim jedynym celem jest uzyskanie informacji o ich strukturze wewnętrznej, zabezpieczeniach oraz zebranie jak najwięcej danych o członkach i samej posiadłości.

Prawdopodobieństwo, że uda mi się to zrobić i jednocześnie nie zwrócić na siebie uwagi, wynosi około pięciu procent, czyli jest raczej znikome.

Tyle tylko, że mam supermoc.

Niewidzialność.

Jeśli zechcę, potrafię wśliznąć się w dowolne miejsce zupełnie niezauważona. Wystarczy, że będę milczeć, wtopię się w otoczenie i będę płynnie się poruszać.

Z zamyślenia wyrywa mnie skrzypienie bramy, które zwiastuje koniec wpuszczania gości.

Setka studentów ustawia się w pięciu równych rzędach. Niektórzy stoją pogrążeni w ciszy, tak jak ja, inni szepczą i rozmawiają między sobą. Wielu nawet żartuje, wymierzając sobie kuksańce i szturchając swoich znajomych.

W mrocznej atmosferze daje się słyszeć słowa takie jak „podekscytowany”, „nie mogę się doczekać” i „w końcu”, które przywodzą na myśl pokręconą kołysankę.

Zresztą wszystko tutaj wydaje się wypaczone. Częściowo wynika to z faktu, że rezydencja, w której Heathens mają swoją siedzibę, jest olbrzymia, stara, przypomina katedrę i z powodzeniem można by w niej odprawiać satanistyczne rytuały.

Ma trzy piętra, oddzielne skrzydła i dwie wieże wychodzące na wschód, które, jak przypuszczam, służą do obserwacji.

Zarówno w środku, jak i wokół otaczających ją murów unosi się upiorna aura – doskonale pasująca do fatalnej opinii, którą cieszy się stowarzyszenie.

Biorąc pod uwagę to, że rezydencja znajduje się poza kampusem, a mimo to zajmuje większą powierzchnię niż akademiki, teren jest naprawdę rozległy, a co najważniejsze – pozostaje na uboczu.

Wokół posiadłości rozciąga się spory las, choć z tego, co słyszałam, całość jest starannie okablowana, monitorowana i nikt poza członkami Heathens lub osobami przez nich zaproszonymi nie ma tam wstępu.

Kiedy z hukiem otwierają się podwójne drzwi z klamkami przypominającymi rogi demonów, ze środka wylewa się niezliczona fala mężczyzn w króliczych maskach, budząc przerażenie we wszystkich czekających na inicjację.

Nie pada ani jedno słowo, ale połączenie coraz szybszych kroków, dziwacznej atmosfery i liczby zgromadzonych osób wystarcza, by mnie sparaliżować.

Otaczają nas i ustawiają się w równych odstępach, ale nie można ich rozpoznać, bo wszyscy mają na twarzach halloweenowe maski. Trzydziestu pięciu. Dokładnie tylu ich jest.

Wszyscy są ogromni, barczyści i na pewno pełnią tu rolę ochroniarzy.

No bo oczywiście członkowie Heathens mają własną ochronę. W końcu każdy tu jest dziedzicem jednej z mafijnych rodzin i na każdego po studiach czeka splamione krwią imperium.

Ich rodzice nie pozwoliliby im wyjechać na uniwersytet bez ochrony, która towarzyszy im na każdym kroku.

Swobodne rozmowy cichną, gdy otwierają się podwójne drzwi na najwyższym piętrze i na balkonie pojawia się pięć osób ubranych na czarno.

Wszystkie oczy kierują się w ich stronę.

Każda twarz, każdy oddech i każda cząstka uwagi osób zgromadzonych przed rezydencją skupia się na tych, którzy stoją na czele Heathens – tymczasem oni spoglądają na nas jak na plebs.

Ich twarze są zakryte odblaskowymi maskami, które kojarzą się z filmem Noc oczyszczenia, choć każda jest w innym kolorze: czerwonym, białym, zielonym, żółtym i pomarańczowym.

Ponieważ zbliża się zmierzch, a niebo jest zasnute chmurami – jak to zwykle bywa w Anglii – kolory tych masek wyraźnie odcinają się od zapadającej wokół ciemności.

W dodatku ten kontrast wcale nie jest przyjemny.

Raczej mrożący krew w żyłach.

Który sprawia, że każdy ze zgromadzonych od razu przypomni sobie te maski i ich kolory, gdyby napotkał je w ciemności.

W powietrzu rozlega się szum, po czym z głośników dobywa się zniekształcony głos:

– Gratuluję przystąpienia do niezwykle wymagającej inicjacji Heathens. Jesteście elitą, wybrańcami, których przywódcy stowarzyszenia uznali za godnych dołączenia do ich świata opartego na władzy i wpływach. Jednak cena, którą przyjdzie wam zapłacić, to coś więcej niż pieniądze, pozycja czy sława. Każdy z was ma na sobie maskę, ponieważ w oczach przywódców wszyscy jesteście równi. Warunkiem dołączenia do Heathens jest ofiarowanie własnego życia. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Dlatego jeśli są tu osoby, które nie są gotowe na to poświęcenie, najlepiej niech opuszczą salę przez małe drzwi po lewej stronie. Jednak jeśli stąd wyjdziecie, musicie wiedzieć, że powrót nie będzie możliwy.

Drzwi obok wielkiej bramy się otwierają i dokładnie dziesięcioro uczestników z pochylonymi głowami opuszcza pomieszczenie.

Pozostałych dziewięćdziesięcioro nawet nie drgnie. W końcu wszyscy przybyli tu skuszeni obietnicą władzy i pozycji, które zaprocentują nie tylko na uczelni, ale także w przyszłości.

Sama najchętniej bym stąd wyszła, gdyby nie obietnica, którą złożyłam i której teraz muszę dotrzymać.

Po chwili głos dobiegający z góry ciągnie:

– Jeszcze raz gratuluję, panie i panowie. Zatem rozpoczynamy inicjację.

Moja uwaga skupia się na piątce tkwiącej na balkonie – stoją nieruchomo, w milczeniu i onieśmielają wszystkich, chociaż żadnemu z nich nie drgnął nawet mięsień.

Prawdziwa siła nie polega na wrzasku czy na wydawaniu rozkazów. Nie polega na prężeniu mięśni ani na popisywaniu się bronią. Polega na pewności siebie, która bije od tych facetów, i świadomości, że to oni mają nad wszystkim kontrolę.

Prawdziwa siła drzemie dużo głębiej, chociaż czuję, że niemal rozsadza ich od środka.

– Dzisiaj zabawimy się w myśliwych i ofiary. Polować na was będą założyciele Heathens. Jest was dziewięćdziesięcioro, a ich pięciu, więc macie przewagę. Jeśli uda wam się dotrzeć do granicy posiadłości, zanim was dopadną, zostaniecie przyjęci do stowarzyszenia. Jeśli nie, będziecie wyeliminowani i odeskortowani poza granice posiadłości. Założyciele mają prawo użyć wszelkich dostępnych metod, aby was dorwać, łącznie z przemocą. Wystarczy, że dotkną was bronią, a zostaniecie automatycznie wyeliminowani. Nie można też wykluczyć, a wręcz należy się spodziewać, obrażeń ciała. Wy również możecie stosować przemoc wobec myśliwych. Oczywiście, jeśli zdołacie. Obowiązuje jedna zasada: nie wolno odbierać życia. A przynajmniej nie celowo. Nie ma miejsca na pytania i nie będzie litości. Nie chcemy w naszych szeregach słabeuszy.

Wszyscy, łącznie ze mną, koncentrują uwagę na broni, którą dzierży piątka na balkonie.

Palce Czerwonej Maski obejmują kij baseballowy, który nonszalancko opiera na ramieniu.

Zielona Maska trzyma łuk, a w kołczanie przewieszonym przez plecy ma strzały z gumowymi końcówkami.

Biała Maska gładzi ogromny łańcuch, który oplata jego ręce niczym wąż.

Obleczona w rękawiczkę dłoń Pomarańczowej Maski spoczywa na metalowym kiju golfowym wspartym o ziemię.

Natomiast Żółta Maska nie ma żadnej broni, za to wszyscy widzą, jak zaciska pięści.

Kiedy wspomnieli o przemocy, mówili całkiem poważnie. Wprawdzie wiedziałam o tym i przez całą noc starałam się przygotować na to psychicznie, ale rzeczywistość zdecydowanie przerosła moje oczekiwania.

Czy też przewidywania.

– Dostaniecie dziesięć minut przewagi. Radzę wam uciekać. Oficjalnie otwieram ceremonię inicjacji.

W jednej chwili wokół mnie rozlega się tupot stóp, a potem wszyscy rozbiegają się w różnych kierunkach.

Po raz ostatni spoglądam na tkwiących w całkowitym bezruchu członków Heathens, na ich czarne ubrania i neonowe maski.

Beznamiętnie obserwują rozpraszających się uczestników. Zero reakcji. Nie dostrzegam choćby cienia podekscytowania.

To ludzie, których wytrenowano, by zawsze zachowywali spokój – potrafili wyczekać na odpowiedni moment, nie okazywali entuzjazmu. Mimo że na pewno polowanie sprawia im przyjemność.

Z pewnością nie chodzi im o przyjęcie nowych członków ani o to, by przetrwali najsilniejsi. W przeszłości odbyło się wiele inicjacji, chociaż w większości przypadków nie przyjęto żadnych nowych członków, a tożsamość uczestników, którym udało się przejść cały proces, zawsze okryta jest tajemnicą.

Próbuję rozpoznać twarze pod maskami lub wywnioskować cokolwiek na podstawie sylwetek, ale wszyscy wyglądają podobnie – są umięśnieni i wysocy – z wyjątkiem Białej Maski, który wydaje się nieco szczuplejszej budowy.

Mimo to nie udaje mi się rozróżnić, kto jest kim.

Ani nawet wskazać tego, od którego powinnam najbardziej trzymać się z daleka.

Co ja mówię.

Powinnam unikać ich wszystkich.

Są drapieżnikami, a ja jestem jedną z ich ofiar. Jeśli któryś mnie złapie, nie będzie co ze mnie zbierać.

Moje stopy zwlekają sekundę za długo – sekundę, której przecież nie mam, sekundę, którą wszyscy inni wykorzystują, aby puścić się biegiem w kierunku lasu.

Odwracam się i podążam za pozostałymi.

Przy każdym ruchu czuję, jak moje ciało drży, ale obietnica, którą złożyłam, zdaje się dodawać mi sił.

Studenci wbiegają między potężne drzewa, nie zwracając uwagi na ponurą atmosferę, która otacza teren i spowija każdy zakątek.

Słońce już zdążyło się schować za horyzontem, więc dociera tu tak nikła ilość światła, że zielone drzewa wydają się mroczne i złowrogie, jakby pomiędzy nimi czaiły się złe moce i demoniczne istoty.

Postanawiam skupić się na zadaniu i biegnę co tchu, aby jak najszybciej oddalić się od rezydencji. Wpadam pomiędzy drzewa, na których zamontowano małe kamery i głośniki – dzięki nim mogą monitorować cały teren – ale pochylam głowę i biegnę dalej, aby nie zwrócić na siebie uwagi tych, którzy mogliby potem obejrzeć te nagrania. Wątpię, żeby założyciele wykorzystali je, by na nas teraz polować, ale niczego nie mogę wykluczyć.

W końcu na dzisiejszej inicjacji nie obowiązują żadne zasady.

Wślizguję się pomiędzy krzaki, podążając za grupą studentów, których podsłuchałam wcześniej, kiedy mówili o jakiejś strategii.

Zwykle staram się stronić od ludzi, ale znalazłam się tu po to, by się przekonać, jak działają te potwory.

Jedynym sposobem, aby powstrzymać obłąkanych ludzi, jest zrozumienie – trzeba przeniknąć w ich szeregi i się dowiedzieć, jak funkcjonują.

Tylko wtedy można wyrządzić im krzywdę.

Nawiasem mówiąc, to nie ja zamierzam się podjąć tego zadania. Jestem na to za słaba fizycznie. Ale dzięki mojej supermocy jestem wręcz urodzonym szpiegiem.

Trzyosobowa grupka nawet nie zauważa, że śledzę ich zza krzaków. Stawiam bezszelestne kroki, a każdy dźwięk, który mi towarzyszy, kiedy przemykam między drzewami, jest zsynchronizowany z odgłosami, które wydają oni. Przez jakiś czas przecinamy las, poruszając się w stałym tempie.

Działają mądrze, nie polegają na sile, nie biegną, żeby uniknąć Heathens. Ta trójka dziwnym zbiegiem okoliczności wydaje się znać teren i próbuje wykorzystać tę przewagę, aby szybciej dotrzeć do mety.

– Numery siedemdziesiąt cztery i osiemnaście wyeliminowane.

Wzdrygam się na dźwięk płynący z głośnika i zmuszam się, by nie myśleć o tym, w jaki sposób zostali wyeliminowani.

Trójka, którą śledzę, czyli Piątka, Szóstka i Siódemka, nawet nie zwalniają, słysząc tę informację.

Pewnie to nie jest ich pierwsza inicjacja. Wielu, którym nie udało się w przeszłości, może zostać zaproszonych ponownie do rezydencji Heathens, jeśli członkowie uznają, że zasługują na kolejną szansę.

To następny powód, dla którego warto ich śledzić – są idealnymi kandydatami.

Przedzierają się przez powalone gałęzie i chociaż zupełnie nie zwracają uwagi na kamery, zręcznie je wymijają.

Raz po raz rozbrzmiewa wokół nas głos z głośnika, który oznajmia wyeliminowanie kolejnych numerów, czasem całych grup lub par.

Za każdym razem, gdy go słyszę, wzdrygam się i przechodzę od oddychania przez nos do oddychania przez usta, aby zachować spokój.

Uczestnik numer pięć, który teraz znalazł się na przedzie, zatrzymuje się nagle, a wówczas jego towarzysze robią to samo, zaciskając pięści przy bokach.

Przez gałęzie i liście dostrzegam na ziemi ślad kija golfowego, po czym przed całą trójką wyrasta Pomarańczowa Maska.

Szóstka wykonuje wymach, by go uderzyć, ale wtedy gość jednocześnie robi unik i wymierza mu cios kijem w twarz.

Krew tryska spod maski Szóstki, po czym ten z głuchym łoskotem upada na ziemię, a ja zakrywam usta dłońmi, żeby nie krzyknąć. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, więc przykucam między krzakami, obserwując scenę przez niewielkie luki między liśćmi.

W momencie gdy Piątka i Siódemka rozbiegają się w różnych kierunkach, Pomarańczowa Maska najpierw rzuca kijem golfowym i trafia w tył głowy Piątki, przez co ten wpada na drzewo, a następnie rusza w pościg za Siódemką.

Z jego pewnych siebie ruchów emanuje wręcz przerażające opanowanie.

I ogromna siła.

Dostrzegam ją w każdym jego ruchu, każdym geście czy podjętej decyzji.

Nie czekał, aż lecący kij trafi Piątkę. Wiedział, że to musi nastąpić, zanim ciało jego ofiary głucho uderzyło o ziemię.

Coś mi podpowiada, że miał jakiś powód, by gonić Siódemkę, i teraz zjada mnie ciekawość, co to mogło być.

Ale postanawiam jej nie ulegać.

Gdybym to zrobiła, musiałabym pobiec za nimi, a to z kolei wiązałoby się ze stuprocentową eliminacją.

Ciekawość to narzędzie diabła i podległych mu demonów, którego używa, by pozbawić nas racjonalnego myślenia.

Spiker ogłasza, że numery sześć i pięć zostały wyeliminowane, a ja czekam, aż usłyszę numer siedem, ale nic takiego się nie dzieje.

Może udało mu się uciec.

Trzymam za ciebie kciuki, chłopaczku zza oceanu.

Najważniejsze, że na razie ja jestem bezpieczna.

Powoli się prostuję i ostrożnie rozglądam dookoła.

Tym razem dotykam peruki, poprawiam ją i ignoruję mrowienie na spoconej skórze głowy, kilkakrotnie poprawiając maskę, aby się upewnić, że jest na swoim miejscu.

Wówczas do moich wyczulonych uszu dociera odgłos kilku par kroków, więc ponownie kucam, gdy czterech uczestników przebiega przez polanę. Koleś w pomarańczowej masce natychmiast rusza w ich kierunku, a za nim podąża gość w czerwonej. W mgnieniu oka pozbawiają uciekinierów przytomności, a ich bezwładne ciała osuwają się na ziemię.

Ponownie zakrywam usta dłonią, a paznokcie wbijają się w plastikowy materiał maski i rysują jej powierzchnię.

Cholera.

Zrobiło się dużo bardziej makabrycznie, niż mogłabym przypuszczać. Jasne, słyszałam plotki o tym, jak bezwzględni potrafią być Heathens i że nigdy się nie hamują, ale to zupełnie inna historia, kiedy patrzę, jak kolejne ofiary zostają pozbawione przytomności.

Nie chodzi tylko o widok tryskającej krwi, potężnych ciosów, które spadają na twarze czy ciała uczestników, czy o to, że w międzyczasie zostało złamanych kilka kości. Nie chodzi tylko o to, że mają na sobie bezduszne neonowe maski, które kojarzą się z Halloween, i polują na ludzi, jakby byli zwierzętami.

To również dźwięk. Świszczące w powietrzu pięści, trzaski, ciosy i odgłosy ciał upadających bezwładnie na ziemię.

I te stłumione krzyki, jęki i błagania niektórych uczestników.

Słyszałam, jak jeden z nich powiedział: „Odpadam. Proszę, oszczędźcie mnie tym razem…”, a potem jego głowa uderzyła o pień drzewa.

Dwaj Heathens tylko rzucają sobie nawzajem przelotne spojrzenia, po czym każdy z nich rusza w przeciwnym kierunku.

Czerwona Maska znika między drzewami, a ja się zastanawiam, co zrobić, by nie zwrócić uwagi Pomarańczowego.

W sumie? Równie dobrze mogę poczekać, aż sobie pójdzie, i dopiero wtedy się ruszyć.

Mimo bólu, który trawi moje drżące nogi, pozostaję nieruchomo przycupnięta nisko przy ziemi, bo boję się nawet odetchnąć.

Pomarańczowa Maska pochyla się nad Piątką, a następnie chwyta swój kij golfowy. Coś płynnego rozmazuje się na jego czarnych, skórzanych rękawiczkach i kapie na ziemię, tworząc szkarłatną plamę.

Krwistoczerwoną.

Jak mogą być tak… potworni w tak młodym wieku? Ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę świat, z którego pochodzą, istnieje spora szansa, że są tacy od urodzenia.

Nigdy nie przepadałam za ludźmi, którzy krzywdzą innych tylko dlatego, że nikt im nie zabrania. Takimi, którzy niszczą całe rodziny tylko dlatego, że mogą.

Ludźmi moralnie zdeprawowanymi.

Nihilistami pozbawionymi hamulców i zasad moralnych.

Członkowie Heathens, z tym ich wypaczonym kodeksem honorowym i hedonistycznym podejściem do życia, znajdują się na szczycie mojej listy.

Pomarańczowa Maska prostuje się, ukazując swoją imponującą sylwetkę, i niemal zasłania mi cały widok, a potem powoli, zbyt powoli, odwraca głowę w moją stronę.

Neonowe szwy jarzą się w niemal całkowitej ciemności, a wokół zalega upiorna cisza.

Kiedy jego szorstki, głęboki głos przecina powietrze, czuję, jak po plecach przebiega mi lodowaty dreszcz.

– Wiem, że się tam chowasz. Wyjdź, a obiecuję, że cię nie skrzywdzę. A przynajmniej nie za bardzo.

ROZDZIAŁ 2

Cecily

Na chwilę przestaję oddychać.

Wykluczone.

Mowy nie ma, żeby mnie zobaczył. Nie tylko nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, ale na dodatek jestem przecież niewidzialna.

Chyba że ma dostęp do kamer monitorujących cały teren.

Nie. Nie widzę, żeby miał coś w uszach, więc nie może komunikować się z ochroną.

W takim razie jak, do diabła, zorientował się, że tu jestem?

Powoli rozglądam się po okolicy, aby sprawdzić, czy naprawdę mówił do mnie, a nie do kogoś innego, kto mógłby znajdować się w pobliżu.

Znowu słychać kolejny numer, który wyeliminowano, a echo przecinające ciszę brzmi jak wyrok śmierci. Odruchowo wzruszam ramionami, ale nadal zostaję tam, gdzie byłam, i obserwuję otoczenie.

Właściwie powinnam powiedzieć, że siedzę na miejscu uwięziona przez gościa w pomarańczowej masce, który zatrzymał się jakieś trzydzieści metrów ode mnie i jakby od niechcenia opiera kij golfowy na ramieniu.

Wzrok wciąż ma skierowany na moją kryjówkę, a jaskrawy oranż jego maski wydaje się jeszcze bardziej niebezpieczny, gdy zapada noc. Nie patrzy jednak bezpośrednio na mnie, co oznacza, że nie wie, gdzie dokładnie się znajduję.

– Wyjdź, póki jeszcze masz okazję. Bo jeśli będę musiał cię stamtąd wyciągnąć, zrobi się naprawdę nieprzyjemnie.

I tak nie będzie przyjemnie, czubku.

Jak można mówić tak apatycznym głosem i jednocześnie tak logicznie? Brzmi dokładnie jak robot.

I to taki zły, który się zbuntował i opracowuje plan totalnej zagłady ludzkości.

– Twój czas minął – oznajmia, a jego słowa uderzają mnie z impetem, zanim jeszcze rusza w moją stronę, przemierzając dzielący nas dystans długimi, zdecydowanymi krokami.

Wyłączam myślenie i zaczynam biec w przeciwnym kierunku.

Czuję, jak przepływa przeze mnie niewytłumaczalna energia, którą napędza jeden cel – przetrwanie. Chcę znaleźć się jak najdalej od niego.

W tej chwili nie przejmuję się tym, że zostanę wyeliminowana, ale tym, żeby wydostać się stąd w jednym kawałku.

Przedzieram się przez krzaki, które pomagają mi pozostać niezauważoną. Uschnięte gałęzie i porastające je ciernie rozcinają mi skórę na dłoniach, a także zostawiają zadrapania na szyi, tworząc całą mapę drobnych skaleczeń.

Niemniej zza moich pleców dobiega mnie odgłos zbliżających się kroków, pewnych, ciężkich i tak cholernie nieustępliwych, że serce podchodzi mi do gardła.

To uczucie przypomina mi dzieciństwo, kiedy bawiłam się z przyjaciółmi w chowanego. Kiedy czułam, że ktoś jest tuż za mną, a wówczas wydawałam z siebie pełen podekscytowania i strachu pisk.

Tym razem jednak jest nieco inaczej.

Moje mięśnie i umysł paraliżuje wyłącznie strach. Nogi mam jak z galarety, a puls dudni mi w uszach, mimo że staram się zachować spokój.

Bo dobrze wiem, że jeśli mnie złapie, to koniec. Padnę nieprzytomna na ziemię jak wszyscy pozostali uczestnicy inicjacji.

Niech to szlag. Przecież gdybym trafiła do szpitala, moi rodzice dowiedzieliby się o tym, jak lekkomyślnie się zachowałam, i będą mną rozczarowani.

Nie pozwolę na to.

Im bardziej się zbliża, tym szybciej uciekam, dalej i dalej. Ale niezależnie od tego, jak bardzo próbuję mu zwiać, nie potrafię go zgubić. Nieważne, jak bardzo się staram.

Co gorsza, z każdą cholerną sekundą jest coraz bliżej. A sądząc po jego równomiernych krokach, odnoszę wrażenie, że celowo przeciąga tę pogoń.

Chce, żebym nadal biegła, by się przekonać, jak daleko uda mi się dotrzeć.

Co za popieprzony sadysta.

Jeśli nie przestanę uciekać, będę jak mysz, którą bawi się podmiejski kocur.

Rozglądam się dookoła i postanawiam schować się za wielkim kamieniem obok leśnej ścieżki.

Mój ciężki oddech przywodzi na myśl zdyszane, osaczone zwierzę, ale zmuszam się do pozostania w bezruchu.

Serce tłucze mi się w piersi coraz mocniej, podczas gdy z jednej strony ogarnia mnie rozpacz, a z drugiej – żal z powodu tego, co zrobiłam.

Może jednak go zgubiłam?

Wbijam wzrok w ścieżkę, wzdłuż której biegłam, aby się przekonać, czy Pomarańczowa Maska na pewno mnie nie śledzi.

Czekam i czekam, w przepoconej koszulce i jeansach, ale nie ma po nim śladu.

Bez sensu.

Skoro był tuż za mną, już dawno powinien był mnie dogonić.

Chyba że…

Przełykam ślinę i powoli oglądam się za siebie. Oczywiście, stoi tam, swobodnie opierając się o drzewo ze skrzyżowanymi w kostkach nogami, a w lewej ręce trzyma kij golfowy.

– Ty chyba naprawdę lubisz się chować, co?

Jego głęboki głos niesie się w powietrzu i osiada na powierzchni mojej skóry. Brzmi teraz mniej mechanicznie, zupełnie jakby uznał, że jestem godna, by zobaczyć tę jego mniej apatyczną wersję.

Co wcale mnie nie pociesza, bo szczerze mówiąc, jego prawdziwe oblicze może okazać się wcieleniem samego diabła.

Niemniej tembr jego głosu sprawia, że nieruchomieję.

Jestem pewna, że słyszałam już ten władczy amerykański akcent.

Zatem to musi być Gareth albo Killian Carson, bracia, z którymi dziewczyny i ja często widujemy się w klubie, gdzie odbywają się walki.

Albo Jeremy Volkov.

Oby to jednak nie był Jeremy.

Każdy zdrowy na umyśle człowiek wolałby spotkać kogokolwiek, byle nie tego psychola Killiana Carsona lub stukniętego Nikolaia Sokolova, ale według mnie to Jeremy zawsze był najgorszym z Heathens.

Tylko dlatego, że nie obnosi się ze swoimi wyczynami tak publicznie jak inni, nie oznacza jeszcze, że jest nieszkodliwy – po prostu znacznie lepiej ukrywa swoją potworną naturę.

W końcu nie stanął na czele Heathens dlatego, że był uprzejmy.

– Aby zostać przyjętym w szeregi stowarzyszenia, trzeba uciekać, a nie się chować – ciągnie mniej beznamiętnym, ale nadal mrożącym krew w żyłach tonem.

Otwieram usta, by coś powiedzieć, ale natychmiast je zamykam.

Cholera.

Prawie się odezwałam, a tym samym o mały włos nie zdradziłam, skąd pochodzę, co pociągnęłoby za sobą pytania, dlaczego ośmieliłam się pojawić tu w przebraniu.

Pomarańczowa Maska odsuwa się od drzewa, a ja robię krok w tył, po czym delikatnie tracę równowagę, gdy uderzam piętami o kamień.

– Nadal stoisz w miejscu – stwierdza, a w jego głosie pojawiają się niższe, bardziej mroczne nuty, jakby przepełniała go obietnica dużo gorszego losu, jaki mnie czeka, niż ten, który spotkał pozostałych uczestników.

Nabieram tyle powietrza, ile zmieści mi się w płucach, po czym rzucam się do ucieczki.

Nie daję rady zrobić nawet dwóch kroków, kiedy uginają się pode mną nogi i upadam do przodu. Z krzykiem uderzam głową o leśne poszycie, a w efekcie całkowicie tracę oddech.

– Numer dwadzieścia trzy wyeliminowany – rozbrzmiewa komunikat.

Z bólem stwierdzam, że to chyba koniec.

Choć prawdę powiedziawszy, bardziej boli stłuczone kolano i świeży siniak, który z pewnością właśnie wykwitł na mojej kości biodrowej.

Leżę na brzuchu, z ustami przyciśniętymi do ziemi, orząc paznokciami miękką glebę.

Powoli podnoszę głowę i widzę Pomarańczową Maskę, który ogląda swój kij pokryty krwistą mazią.

Proszę, niech to nie będzie moja krew.

Nie, to niemożliwe, przecież mnie nie uderzył. Podejrzewam, że użył kija, bym się o niego potknęła, co sprawiło, że znalazłam się w obecnej pozycji.

Z mojego gardła wydobywa się pełne zniechęcenia stęknięcie, a następnie siadam i otrzepuję koszulkę oraz jeansy. Kiedy na kolanie dostrzegam krwawiącą ranę, od razu się krzywię.

Jestem cała brudna, i po co mi to było?

Cóż, przynajmniej udało mi się co nieco dowiedzieć o rezydencji Heathens i nie padłam nieprzytomna jak inni, którzy stanęli na drodze tego dupka.

– Zobaczmy, kto kryje się za tą maską – oznajmia, po czym wyciąga w moją stronę dłoń odzianą w rękawiczkę, czarną i groźną, prosto z moich najgorszych koszmarów. – Jak to się, kurwa, stało, że taka niezdara jak ty została zaproszona na inicjację…

Nie daję mu dokończyć, bo gwałtownie odtrącam jego rękę. Dźwięk uderzenia rozchodzi się echem w powietrzu, przerywając ciszę, która jest wyraźniejsza, ponieważ facet w pomarańczowej masce zamiera.

Zaciskam drugą rękę na ziemi i muszę się bardzo skupić, by nie palnąć czegoś, byle tylko przerwać milczenie.

Przecież już mnie wyeliminował, więc dlaczego chce zobaczyć moją twarz? Nie było mowy o takiej zasadzie.

Poza tym dlaczego on miałby zobaczyć mnie, a ja jego nie mogę? To niesprawiedliwe.

Świat nie jest sprawiedliwy, Cecily. Taka prawda.

Słowa mamy odbijają się echem w mojej głowie, kiedy głęboko wciągam powietrze i zaczynam wstawać. Muszę przestać rozpamiętywać, jak bezlitośnie mnie wyeliminowali, i skupić się na tym, jak wykorzystać resztę czasu na dalsze przeszpiegi.

W końcu tylko z tego powodu się tu znalazłam.

W jednym momencie stoję na nogach, a w następnym Pomarańczowa Maska szarpie mnie za włosy.

A właściwie za perukę.

Krzyczę i podążam za jego pociągnięciem, bo jeśli zerwie mi ją z głowy, zostanę zdemaskowana. Uderzam plecami o twardą klatkę piersiową, a potem czuję dotyk kija golfowego na gardle.

Serio.

Przyłożył kij golfowy do mojej tchawicy. Nie naciska, ale ten gest ma mi dać do zrozumienia, że może to zrobić, a tym samym mnie udusić.

Bezlitośnie trzyma mnie za włosy, więc moje plecy przylegają do jego umięśnionego torsu. Raczej nie należę do niskich osób, ale on jest tak wysoki i barczysty, że posturą przypomina mitologicznego tytana.

W dodatku pachnie skórą i bergamotką. Chociaż może ta pierwsza woń to przez rękawiczki, które ma na sobie.

Zza maski słyszę jego głęboki, miarowy oddech, który kojarzy mi się ze starymi horrorami.

Ten dźwięk do tego stopnia wypełnia moje uszy, że nie jestem w stanie zaczerpnąć tchu.

– Jesteś tylko przypadkową gówniarą, którą mógłbym zgnieść jak robaka, gdyby tylko naszła mnie ochota. Oboje wiemy też, że zrobiłbym to z prawdziwą przyjemnością, więc jeśli masz choć dwie komórki mózgowe na krzyż, natychmiast mi, kurwa, opowiesz, jak się tu znalazłaś.

Usta mi drżą, dlatego je zaciskam.

Spodziewam się, że nagle uderzy mnie znajome uczucie. Czekam, aż pojawi się paraliżujący strach, bezgłośne łzy i rozpęta się chaos, który towarzyszy mi w takich sytuacjach.

Czekam i czekam.

Ale jedyne, co przebiega mi po plecach, to dreszcze i jeszcze więcej dreszczy.

A wraz z nimi czuję, że najchętniej wzięłabym nogi za pas. Tylko że nie chodzi jedynie o ucieczkę.

Gdzieś w głębi drzemie coś znacznie bardziej niepokojącego. Jakbym chciała poczuć ten strach, który ogarnął mnie wcześniej.

Jakbym go łaknęła.

I pragnęła zaspokoić tę potrzebę.

Choć nadal mogę oddychać, kij coraz mocniej naciska na moją szyję i jeszcze bardziej ogranicza mi dopływ powietrza.

– Wolisz, żebym cię skrzywdził, byle nie odpowiedzieć na moje pytanie?

Szybko kiwam głową i po raz pierwszy odchylam ją do tyłu tak, że patrzę mu teraz prosto w oczy.

I to właśnie drugi błąd, jaki dzisiaj popełniłam – bo pierwszym było to, że w ogóle się tu znalazłam.

Oczy Pomarańczowej Maski są jak lustra, w których odbija się jego mroczna żądza przemocy. Są ciemnoszare jak burzowe chmury i równie zimne.

Nigdy nie wiadomo, czy kiedy pojawiają się na niebie, należy spodziewać się przelotnego deszczu czy pustoszącej wszystko burzy.

Niemniej jedno jest pewne – nie wróżą nic dobrego.

Lepiej się schronić i przeczekać, aż się rozproszą.

Pozostaje jednak pytanie: jak się ukryć przed tym spojrzeniem? Oczu tak ciemnych, że wydają się prawie czarne.

Tak nieruchomych, że można by pomyśleć, że są martwe.

Chyba że to ten, kto w nie patrzy, powinien paść bez życia.

Obejmuję palcami zakrwawiony koniec kija i mocniej przyciskam go do szyi.

Jeśli spróbuję go odepchnąć, pewnie potraktuje to jako wyzwanie i jeszcze mocniej go dociśnie.

Na pewno mnie nie zabije, więc najlepszym wyjściem jest skłonić go, by stracił zainteresowanie i mnie puścił.

Uważa, że skoro jestem taką niezdarą, to nie mogę należeć do Heathens, ale w chwili gdy zachęciłam go, by spełnił swoją groźbę, udowodniłam, że jestem wystarczająco szalona, by zasłużyć sobie na miejsce w ich szeregach.

W jego oczach nie dostrzegam żadnych uczuć. Nie widać choćby cienia reakcji. Nadal są ciemnoszare i nieodgadnione.

Niemniej puszcza drugi koniec kija i obejmuje moją rękę swoją masywną dłonią odzianą w rękawiczkę.

Ten gest jest brutalny oraz agresywny zarazem i niemal gruchocze mi kości, podczas gdy drugą ręką przyciska lodowaty metal do mojej tchawicy.

– Tego właśnie chcesz? – Napiera na moje ciało metalowym trzonkiem. – Jeśli tak, zabierz się za to porządnie.

Nie mogę normalnie oddychać i czuję, jak rośnie mi ciśnienie w szyi, co sprawia, że moje żyły stają się sztywniejsze, a na twarzy pojawia się gorący rumieniec.

Ogarnia mnie pragnienie, by się uwolnić, kopać i walczyć, ale skupiam się na tym, by zachować spokój, uspokoić oddech i okiełznać myśli.

Jeśli chcesz, żeby zyskał nad tobą przewagę, wystarczy, że pozwolisz, by wdarł się do twojej głowy, przejął kontrolę nad umysłem i zasiał w nim paraliżujący strach lub groźby.

Dlatego z pełną determinacją patrzę mu prosto w oczy.

Nie skrzywdzisz mnie.

No może tylko trochę.

Najgorsze, co mógłby mi zrobić, to sprawić, że stracę przytomność, tak jak było w przypadku pozostałych uczestników inicjacji.

I chociaż wolę nie mdleć, nadal byłaby to lepsza opcja niż przesłuchanie, bo wtedy na pewno zdradziłabym nazwisko osoby, której złożyłam obietnicę.

– Rozumiem. – Jego chrapliwy głos atakuje moje ucho. – Zatem uważasz, że skończy się na podduszaniu i ostrzeżeniu. Że uderzę cię, znokautuję, tak jak innych, a potem ruszę polować na kolejną nieszczęsną ofiarę. Trochę ci ich żal, ale z drugiej strony się cieszysz, że to nie ty leżysz tam w lesie, prawda?

Rozchylam usta, zarówno po to, żeby móc zaczerpnąć tchu, jak i z powodu jego słów.

Jak mógł tak dobrze odgadnąć mój plan, chociaż nie powiedziałam ani słowa? Czyta w myślach, czy jak?

Żeby tylko się nie okazało, że Heathens to jakaś sekta, która zawarła pakt z siłami nieczystymi.

– Zrobiłbym to. Powinienem był to zrobić – oznajmia, szarpiąc mnie za włosy, przez co aż krzywię się z bólu. – Ale byłaś na tyle bezczelna, że mnie wkurwiłaś, więc korci mnie, by po prostu… wycisnąć z ciebie ostatni oddech.

Staram się przełknąć ślinę, ale uniemożliwia mi to metalowa końcówka kija i mam wrażenie, jakby na mojej tchawicy spoczywała ciężka cegła.

Potrząsam głową, oczywiście na tyle, na ile to możliwe, skoro cały czas mocno trzyma mnie za włosy.

– Aczkolwiek mamy zasadę, że podczas inicjacji nie zabijamy nikogo… celowo.

Nie umknęło mi, jak podkreślił ostatnie słowo. Co oznacza, że zastanawia się, czy mnie nie zabić, a potem udawać, że to był wypadek.

W tym momencie rzeczywistość zdaje się zdecydowanie odbiegać od wszystkich moich przewidywań, a także od historii, które słyszałam.

Obiły mi się o uszy plotki o tym, jak to Heathens tłuką ludzi dla zabawy, a nawet potrafią bez mrugnięcia okiem zabić.

Ale kiedy widzę to na własne oczy, a potem – co gorsza – doświadczam tego na własnej skórze, mam poczucie, że znalazłam się w oku cyklonu, i wiem, że raczej nie wyjdę z tego cało.

Nie pomogą żadne głębokie wdechy ani racjonalne myślenie. Już się wdarł do mojego umysłu i dobrze o tym wie.

Dlatego to właśnie on jest moją jedyną szansą, bym opuściła to miejsce żywa, choć on także doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Nie wie jednak, że nie poddam się bez walki.

– Najpierw mnie przeleć – szepczę tak cicho, że ledwo słyszę własny głos. Natychmiast cały zamiera, zupełnie jak wcześniej, gdy odtrąciłam jego rękę.

– Mam cię najpierw przelecieć? – powtarza powoli, jakby delektował się smakiem tych słów na języku.

Potakuję, a on po chwili puszcza moje włosy. Wówczas jego dłoń wędruje w dół, wzdłuż miejsca na szyi, gdzie szaleje mój puls, pozostawiając po sobie gęsią skórkę, po czym obejmuje przez koszulkę moją pierś. Wbija palce w moje ciało, a ten dotyk jest okrutny, niemal karzący.

– Dlaczego?

Pomimo pulsowania tępego bólu na wrażliwej skórze piersi ze wszystkich sił staram się zachować spokój.

– Nie chcę umrzeć jako dziewica.

Po raz pierwszy, odkąd zobaczyłam mężczyznę w pomarańczowej masce, w jego oczach pojawia się błysk, choć z pewnością nie świadczy on o zainteresowaniu. Bardziej przypomina sadystyczną radość.

Podniecenie na myśl o czymś. O czym? Nie wiem.

– Nie pieprzę dziewic. Są beznadziejne w łóżku. Bez urazy – wyjaśnia, ale jest oczywiste, że w każdym słowie kryje się pogarda. Następnie puszcza moją pierś, ale tylko po to, aby sięgnąć pod materiał koszulki, zsunąć górną część stanika i zacisnąć palce na moim sutku.

Skóra rękawiczki jest tak szorstka, że jęczę, a on traktuje to jako zaproszenie i obraca brodawkę między palcami w niepokojącym, spokojnym rytmie, a następnie brutalnie szczypie.

Wówczas tracę równowagę, ponieważ nacisk na szyję sprawia, że doznania stają się zbyt silne. A może lepsze. Szczerze mówiąc, sama już nie wiem.

Pierwszy raz przeżywam coś takiego od czasu tamtego doświadczenia z przeszłości, które zakopałam gdzieś w czarnych zakamarkach duszy.

Od tamtej pory jestem pruderyjną Cecily – „tą, która pyta, dlaczego wszyscy mają takiego fioła na punkcie seksu”, a zarazem „kujonką, która studiuje tylko dlatego, że lubi się uczyć”.

Jedynym wyjątkiem jest on. Ten, któremu wyświadczam przysługę i przez którego znalazłam się w tej sytuacji.

Właśnie obmacuje mnie nieznajomy w masce, którego przed chwilą bezczelnie poprosiłam, by mnie przeleciał, a potem bez ogródek poinformowałam, że jestem dziewicą. Tymczasem wszyscy już na etapie liceum uważali, że nią nie jestem.

Powiedziałam to, aby uśpić jego czujność i móc uciec, ale równie dobrze może się okazać, że osiągnę całkiem odwrotny skutek.

Początkowo wcale nie był mną zainteresowany, dlatego wyeliminował mnie tak samo jak wszystkich pozostałych, ale ja nieświadomie wielokrotnie go sprowokowałam i teraz nie chce mnie puścić.

– Powiedz mi. – Ponownie ściska mój sutek, a szorstki materiał rękawiczek w zderzeniu z moją delikatną skórą sprawia, że zasysam powietrze ze świstem. – Co taka delikatna laleczka z REU robi na inicjacji Heathens?

Jak on to rozgryzł, skoro tak bardzo starałam się ukryć swój akcent?

– Zadałem ci pytanie. Odpowiesz w końcu? – pyta, a kiedy obrzucam go gniewnym spojrzeniem, w jego oczach ponownie pojawia się iskra. – Przestań tak na mnie patrzeć, bo w końcu naprawdę cię zerżnę, ale tylko po to, żeby zobaczyć, jak w twoich oczach pojawiają się łzy.

Zboczony bydlak.

Nie mam wątpliwości, że jest gotów przejść od słów do czynów, a potem zrobić dużo więcej. Od chwili, gdy zobaczyłam, jak podąża za tamtą trójką, wiem, że jest absolutnie nieprzewidywalny. Kiedy obmyślam, jak tu zwiać i jednocześnie nie wpakować się w jeszcze większe kłopoty, z drugiej strony posiadłości daje się słyszeć jakieś zamieszanie.

Oboje spoglądamy w tym kierunku, a wówczas naszym oczom ukazuje się grupa uciekinierów, za którymi pędzi Biała Maska, a towarzyszący mu Żółty zanosi się śmiechem niczym szaleniec.

Nie waham się ani chwili, tylko wbijam piętę w stopę Pomarańczowego. Gdy tylko czuję, że jego uścisk słabnie, nurkuję pomiędzy jego ramionami, a potem zaczynam biec.

Nie oglądam się za siebie. Nie czekam, aż mnie złapie. Po prostu biegnę ile sił w nogach.

Serce niemal wyskakuje mi z piersi, ale jedyna myśl, która tłucze mi się po głowie, to: jakim cudem nie dostałam ataku paniki? Przecież zazwyczaj w intymnych sytuacjach tak właśnie się dzieje.

A co najważniejsze, dlaczego nie opuszcza mnie dziwne napięcie i mrowienie między udami, jakby ciało się domagało, bym wróciła do tego bezwzględnego nieznajomego?

ROZDZIAŁ 3

Cecily

Cudem udaje mi się dotrzeć do akademika i niepostrzeżenie wślizgnąć do mieszkania, które współdzielę z przyjaciółkami z dzieciństwa.

Nigdzie nie pali się żadne światło, a ciszę przerywają jedynie melancholijne dźwięki wiolonczeli dochodzące z pokoju Avy.

Jeśli zobaczy mnie w takim stanie – całą podrapaną, w podartych spodniach i z przerażeniem malującym się w oczach – na pewno zasypie mnie gradem pytań.

I to wykrzyczanych niemal histerycznym tonem.

Zdejmuję buty przy drzwiach i na palcach przemykam przez salon, krzywiąc się za każdym razem, gdy przeszywa mnie ból tętniący w rozbitym kolanie i rozciętej dłoni.

Kiedy w końcu docieram do swojego pokoju, zamykam drzwi, opieram się o twardą powierzchnię, a potem osuwam na podłogę, obejmując nogi ramionami.

Pstrykam paznokciami jeden o drugi i przyglądam się ścianom, które są całkowicie pokryte ilustracjami z moich ulubionych mang. W przytłumionym świetle ledwo dostrzegam zarys postaci, ale i tak mam wrażenie, jakby w każdej chwili mogły ożyć i zeskoczyć z plakatów.

Właśnie w tym znajduję ukojenie – w obrazach fikcyjnych postaci. Nigdy nie lubiłam prosić przyjaciółek o pomoc i nie zwierzałam im się ze swoich kłopotów. Tak naprawdę to ja jestem postrzegana jako ta mama kwoka, która potrafi rozwiązać każdy problem i wszystkich wysłuchać.

Jednak kiedy sama chciałabym, żeby ktoś wysłuchał mnie, czuję, jak w moją klatkę piersiową wbijają się niewidzialne szpony i nie mogę się ruszyć. Nie potrafię znaleźć oparcia u nikogo oprócz siebie samej i zmyślonych postaci, które raczej są mało pomocne w kwestii porad.

Moje palce unoszą się nad raną na kolanie, a gdy dotykam przeciętej skóry, nie mogę powstrzymać jęku bólu.

Ale to nie jedyne uczucie, które mnie wypełnia. Nie. Jest jeszcze coś znacznie silniejszego i bardziej przerażającego.

Może i ból pojawia się najpierw na powierzchni skóry, ale sięga najmroczniejszych zakamarków mojej duszy. Do nieznanych, nienazwanych obszarów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, dopóki dzisiaj nie uderzyły we mnie z impetem.

Palcami wędruję od kolana do krawędzi rozdartych jeansów, ostrożnie omijając uda. Gdy tylko dotykam biodra, przechodzi mnie nagły skurcz.

Przepływa przeze mnie coś znacznie bardziej intensywnego niż ból i drżącymi palcami sunę w górę, by pogładzić pierś.

Tę samą pierś, którą Pomarańczowa Maska tak brutalnie złapał, dręczył i wbijał w nią palce, aż traciłam dech. Tylko że teraz nie czuję tego, co wtedy. Ciało mam wprawdzie obolałe, sutki wrażliwe, ale tamto elektryzujące uczucie, które towarzyszyło mi wcześniej, już się nie pojawia.

Podnoszę drugą rękę, oplatam nią gardło i ściskam. Tak jak kij golfowy, który miażdżył mi tchawicę. Wzmacniam uścisk i przytrzymuję, ale moje delikatne palce nie mają wystarczającej siły, by udało mi się odtworzyć to, co ogarnęło mnie w lesie.

Nie czuję szorstkich palców w rękawiczkach zaciskających się na moich sutkach ani ściany mięśni za moimi plecami. Nic.

Opuszczam ręce wzdłuż ciała.

Co ja wyprawiam, do cholery?

Naprawdę chcę odtworzyć sytuację, kiedy złapał mnie ten potwór, skoro powinnam się cieszyć, że udało mi się mu uciec?

A może nie tyle odtwarzam samo poczucie osaczenia, co próbuję osiągnąć stan umysłu, w jakim byłam wtedy.

Kiedy ogarnęła mnie całkowita pustka.

I obietnica wolności, którą ze sobą niosła.

W duchu kręcę głową i staram się wyrzucić wszystko z pamięci.

Znalazłam się w tamtej pokręconej sytuacji tylko dlatego, że groziło mi niebezpieczeństwo.

Instynkt przetrwania to najsilniejszy odruch zarówno u ludzi, jak i zwierząt, a w tamtej chwili byłam gotowa spróbować wszystkiego, byle tylko wynieść się stamtąd w jednym kawałku. Bo gdyby doszło do tego w normalnych okolicznościach, na pewno nie zrobiłoby to na mnie żadnego wrażenia.

A jednak uważnie rozglądałam się dookoła jeszcze długo po tym, jak jeden z mężczyzn w króliczych maskach wręczył mi torebkę strunową z numerem dwadzieścia trzy, w której znajdowały się moje rzeczy, a następnie wyprowadził mnie z posesji.

Rozglądałam się, biegnąc do akademika REU, a nawet gdy wpisywałam kod do mieszkania.

Cząstka mnie podejrzewała, że mężczyzna w pomarańczowej masce podąży za mną, aby dokończyć to, co zaczął. Przycisnąłby mnie do pierwszej lepszej ściany i powiedział swoim głębokim głosem, że ucieczka to dopiero początek, a nie koniec.

Niemniej wychodzi na to, że to tylko dawała o sobie znać moja paranoja. Człowiek chory na umyśle – jak on – który czerpie przyjemność z polowania i zadawania bólu, z pewnością nie odpuściłby sobie wszystkich innych potencjalnych ofiar, byle tylko dopaść mnie.

Po raz kolejny cieszę się ze swojej umiejętności pozostania niewidzialną. Jestem już bezpieczna.

Nagle w kieszeni zaczyna mi wibrować telefon. Po plecach przebiega mi dreszcz, a potem wzdycham głęboko, po czym wyjmuję komórkę i zerkam na wiadomość.

Landon:

Żyjesz, słoneczko?

Serce mi zamiera, a motyle w podbrzuszu podrywają się do lotu. Zawsze myślałam, że to tylko frazesy, które powtarzają w mangach z gatunku shoujo, ale dopiero życie pokazało mi, jak bardzo są prawdziwe.

Jak jedno słowo, jedna wiadomość od osoby, która jest dla mnie tak ważna, potrafi przyćmić cały świat.

Prostuję się i odpisuję.

Cecily:

Chyba tak. Właśnie wróciłam.

Landon:

Spotkamy się?

Cecily:

Jasne. Gdzie?

Landon:

Tam, gdzie zawsze.

Kiedy czytam to zdanie, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Mamy swoje miejsce. Nie jest ani duże, ani wyjątkowe, ale to nasza mała tajemnica.

Cecily:

Zaraz będę.

***

Pół godziny później zatrzymuję samochód w pobliżu opustoszałej, kamienistej plaży.

Ponieważ wyspa Brighton, położona w pobliżu południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii, jest otoczona morzem ze wszystkich stron, pełno tu plaż i cichych zakątków nad wodą.

Jednak my, studenci REU, zazwyczaj nie chadzamy tam, gdzie można natknąć się na ludzi z drugiego uniwersytetu – King’s U, co pozwala uniknąć niepotrzebnych konfliktów.

Za to ta część wybrzeża należy do nas i owszem, choć jest to miejsce publiczne, a my nie możemy zakazać studentom innych uniwersytetów przebywania tutaj, oni wiedzą, że lepiej się tu nie zapuszczać, chyba że mają ochotę narazić się naszemu stowarzyszeniu.

Tak jak na King’s U są Heathens i Serpents, cieszące się ponurą sławą zrzeszenia studentów, których członkowie to zwykli mafiosi, tak na naszej uczelni mamy Elites.

Nie należą oni do mafii ani do żadnej innej podejrzanej organizacji, ale są równie niebezpieczni i kierują się zasadą „pieniądz z kieszeni arystokraty zawsze wypiera ten gorszy”.

A człowiek, z którym się spotykam, stoi na czele tego stowarzyszenia.

Wysiadam z mojego Mini Coopera, rozglądam się po okolicy, a następnie otwieram drzwi pasażera czarnego samochodu zaparkowanego przodem do morza i wsiadam do środka.

Serce znów fika koziołki, gdy mój wzrok pada na najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Są tak niebieskie i głębokie, że swobodnie mogłyby stawać w szranki z błękitem fal na oceanie i pochłonąć wszystko, co znajduje się w zasięgu wzroku.

Landon King jest trzy lata starszy ode mnie. Ja studiuję psychologię na drugim roku, on kończy magisterkę na Wydziale Sztuki i potrafi wyrzeźbić takie arcydzieła, że galerie na całym świecie biją się o nie, zanim jeszcze nastąpi ostatnie uderzenie dłuta.

Podobnie jak jego dzieła ma urodę greckiego boga: ostre rysy twarzy, wspaniałe czekoladowe włosy i prosty nos, który równie dobrze mógłby być wyrzeźbiony z marmuru.

Ze swoją wysportowaną sylwetką i szykownymi ciuchami stanowi uosobienie męskiej urody. Nawet jego samochód to limitowana edycja McLarena, stworzona specjalnie na zamówienie.

Lekko przesuwam się na skórzanej tapicerce, aby odwrócić się w jego stronę, ale wówczas przypomina mi się zupełnie inna skóra.

Ta, która dotykała mnie w miejscach, których nawet Landon nie dotykał.

– Faktycznie, wyglądasz na żywą. – Jego głos wyrywa mnie z chwili grzesznej zadumy.

– Tak. Udało mi się uciec.

– Ciekawy dobór słów. Nie pozwolono ci odejść z jakiegoś powodu?

Zastygam w bezruchu.

Czasami zapominam, jak błyskotliwy umysł ma Landon. Zwraca uwagę na każdy szczegół i nic nie umyka jego uwadze. Dziwnym trafem nie mam ochoty poruszać tematu tego, co dokładnie wydarzyło się podczas inicjacji. Ta głupia, zakochana w nim część mnie uważa, że w ten sposób zdradziłabym Landona.

Co oczywiście jest irracjonalne samo w sobie.

Lan i ja nie jesteśmy parą. On nie ma pojęcia o tym, co do niego czuję, i jeszcze kiedy byliśmy dzieciakami, postanowił, że będę wyłącznie jego przyjaciółką, nikim więcej. Koniec kropka.

Nie żebym go przez to bardziej polubiła. Chyba zaczęłam się w nim zakochiwać, kiedy miałam jakieś siedemnaście lat i odbyliśmy niezwykle inspirującą rozmowę na temat wyborów życiowych, które podejmiemy niezależnie od naszych wpływowych rodziców. Twierdził, że nie możemy oddać im kontroli nad własnym losem. Że tylko my możemy ją mieć.

W mężczyźnie, który wierzył w mój potencjał, zanim jeszcze sama go odkryłam, było coś niezwykle pociągającego. Stopniowo zaczęłam się w nim zakochiwać, ale nigdy nie wykonałam pierwszego kroku, ponieważ ewidentnie nie był mną zainteresowany.

Próbowałam o nim zapomnieć. Nawet umawiałam się na randki, ale wystarczy spojrzeć, gdzie teraz się znalazłam, by zrozumieć, jak beznadziejnie się potoczyły.

Poza tym nie ma drugiego takiego faceta jak Landon. Dowcipnego, czarującego i patrzącego na świat z makiawelicznym dystansem.

Nie do końca podoba mi się ta ostatnia cecha, ale w końcu nikt nie jest idealny, prawda?

– Inicjacja była dość krwawa – odpowiadam na jego ostatnie pytanie. – To miałam na myśli, mówiąc, że udało mi się uciec. Bez szwanku. No prawie.

Patrzy na mnie uważnie, powoli gładząc kierownicę.

– Jakieś inne problemy?

Właściwie to same.

– Ochroniarz zeskanował zaproszenie i dokładnie mnie sprawdził, ale potem mnie wpuścił, więc w tej kwestii nie miałam problemów.

Lan kiwa głową w milczeniu.

Zasadniczo Heathens rzadko zapraszają studentów z REU na swoje inicjacje, zwłaszcza że rywalizują z Elites i takie tam. Jednak tym razem wysłali pięć zaproszeń. Wszystkie do studentów, którzy nie należą do naszego stowarzyszenia, ale kręcą się w otoczeniu Landona. Dostała je piątka jego przyjaciół, czyli także moich znajomych. Wiadomo – zaproszenie wcale nie było dla mnie, tylko dla chłopaków.

Oczywiście żaden z nich się nie wybierał, a potem Landon podszedł do mnie i opowiedział o swoim szalonym pomyśle. A co, gdybyśmy wykorzystali przeciwko nim ich własną broń? Moglibyśmy posłużyć się jednym z zaproszeń, żeby dostać się do ich rezydencji i na własne oczy zobaczyć, co tam się dzieje.

On sam nie mógł pójść, ponieważ żadne przebranie nie byłoby w stanie ukryć jego tożsamości. A zarówno Heathens, jak i Serpents oraz cały King’s U uznali, że nie życzą sobie jego obecności w swoim kompleksie.

Dlatego zgłosiłam się na ochotnika, ponieważ potrafię stać się niewidzialna.

Trudno powiedzieć, czy to była trafna decyzja i czy mogłam sobie pozwolić na taką zuchwałość, nawet jeśli w grę wchodził Landon.

Kosztowało mnie to o wiele więcej niż pieniądze czy dobra materialne.

Za to dotknęło zakazanych fantazji, które ukryłam w pogrążonych w ciemnościach czeluściach mojej psychiki w nadziei, że nigdy sobie o nich nie przypomnę.

Lan uśmiecha się do mnie promiennie.

– Co możesz mi powiedzieć o tym, jak od wewnątrz wygląda ich teren?

– Mogę ci nawet pokazać – odpowiadam, po czym wyciągam telefon i wyświetlam prostą prezentację, którą przygotowałam wcześniej na iPadzie w mieszkaniu.

Landon wyrywa mi telefon z ręki. Nasze palce się stykają, a ja wstrzymuję oddech, ale on pozostaje całkiem nieświadomy impulsów elektrycznych, które przeszły w moim ciele tylko za pomocą zwykłego dotyku.

Obserwuje moje dzieło z uniesioną brwią, po czym jego usta rozciągają się w grymasie zadowolenia.

Ludzie twierdzą, że ma złowrogi uśmiech, który nieuchronnie zwiastuje kłopoty. Kiedy wypływa na jego usta, to znak, że lepiej brać nogi za pas albo się schować, ponieważ Landon bezbłędnie potrafi knuć i manipulować ludźmi, a także nie wie, co to umiar.

Gdyby miał okazję, potrafiłby żonglować gwiazdami i grać całym światem niczym piłką futbolową. Wszyscy w naszym kręgu przyjaciół, w tym jego brat bliźniak i młodsza siostra, unikają go jak ognia, ponieważ mógłby wykorzystać ich w jednym ze swoich szatańskich planów i, jeśli tylko mu pozwolić, bez wahania by to zrobił.

A ja? Myślę, że dostrzegają tylko powierzchowność Landona. Jasne, jest metodyczny i w zasadzie wyzuty z zasad moralnych, ale wcale nie jest tak jednoznacznie zły, jak wszystkim się wydaje.

– Imponujące – oznajmia po chwili. – Rozrysowałaś nawet położenie kamer.

– Tylko tych, które widziałam na ścieżkach, bo tamtędy szłam. Muszą być jeszcze inne w miejscach, do których nie dotarłam.

– Nie bądź taka skromna. Nawet najlepsi szpiedzy nie są w stanie uzyskać tak szczegółowych informacji.

Wysyła sobie kopię, usuwa oryginalny plik, a następnie podaje mi komórkę i poklepuje mnie po głowie, tak jak swoją siostrę, a moją przyjaciółkę, Glyndon.

– Fajna z ciebie kumpela, Ces.

Uśmiecham się, nawet jeśli jakiejś cząstce mnie nie podoba się ten komplement. Nie chodzi o same słowa, tylko o to, co się z nimi wiąże.

Dotyka mnie, zupełnie jakbym była jego siostrą. A kiedy na mnie patrzy, w jego spojrzeniu nie czai się ogień, który szaleje w moim sercu na jego myśl.

Nawet jeśli nadal będę wyświadczać mu przysługi i po prostu będę się przy nim kręcić, to i tak się do niego nie zbliżę. Jeśli nie podejmę żadnych działań, aby zmienić tę patową sytuację, w której się znaleźliśmy, nigdy nie stanę się dla niego kimś więcej.

Wsuwam kosmyk srebrnych włosów za ucho i czuję się dużo lżej, kiedy już nie mam na sobie peruki.

– Co zamierzasz zrobić?

Pochyla się, opierając o kierownicę, z uroczym, ale i okrutnym uśmieszkiem.

– Masz na myśli coś poza wpakowaniem się w kłopoty?

– Mogę się przyłączyć?

– Nie. To niebezpieczne. – Uśmiecha się szeroko. – Wujek Xan gotów pogonić mnie ze słynną strzelbą swojego dziadka, a potem odstrzelić mi łeb, jeśli się dowie, że to przeze mnie jego ukochana córeczka znalazła się w niebezpieczeństwie.

– Nie przejmuj się moim tatą.

– Widziałaś się z nim ostatnio? Bo codziennie przypomina nam, że jeśli coś ci się stanie, wszyscy za to zapłacimy. Krwią. A ja akurat potrzebuję każdej kropli i wolałbym, żeby mi jej nie upuszczał.

Przechodzą mnie ciarki.

Kocham mojego ojca nad życie i niektórzy twierdzą, że jestem prawdziwą córeczką tatusia – a przynajmniej byłam, zanim moje życie zmieniło się w piekło. Zanim zaufał mi, a ja zdradziłam to zaufanie w najpaskudniejszy możliwy sposób.

Tata jest nadopiekuńczy i rozumiem to, ale bez przesady.

– W każdym razie poradziłaś sobie tak dobrze, że spokojnie możesz składać papiery do MI6, gdybyś kiedykolwiek rozważała taką ścieżkę kariery. – Odchyla głowę do tyłu i opiera się o wezgłowie, co sprawia, że wygląda, jakby właśnie zszedł z płótna mistrza. Albo nie, bardziej jak ożywiony posąg. – Teraz po prostu rozsiądź się wygodnie i patrz, jak Heathens idą z dymem.

Nie obchodzi mnie to.

Mam w nosie King’s U i nie obchodzą mnie sprawy związane z tą uczelnią, choć podobno obraziłam też członka ich drużyny futbolowej, bo odmówiłam mu, gdy zaprosił mnie do tańca w pubie. Od tamtej pory on i jego ziomki ciągle kradną mi podręczniki i są okropnie upierdliwi. Ostatnio jednak robią to coraz rzadziej, więc pewnie się znudzili. Poza tym kompletnie nie interesuję się ich stowarzyszeniami ani zajęciami.

– Mogę ci się przydać – przekonuję Lana.

– Już mi się przydałaś, i to bardzo. Powiedziałbym, że byłaś wspaniała. – Ponownie głaszcze mnie po włosach. – Ale oboje wiemy, że jesteś delikatną księżniczką, więc gdyby zrobiło się hardkorowo, pękłabyś jak krucha figurka z porcelany, więc pozwól mi się tym zająć. Dobrze, słoneczko?

Mam wrażenie, jakby wymierzył mi policzek, co z kolei sprawia, że moja skóra pulsuje i nieprzyjemnie mrowi.

Słowa, które chciałam powiedzieć, utknęły mi w gardle, jakby nie powinny zostać wypowiedziane na głos.

Nigdy nie byłam dobra w mówieniu – zdecydowanie jestem bardziej słuchaczem niż kimś, kto opowiada. Przynajmniej jeśli chodzi o sprawy, które mnie dotyczą.

Przeklinam tę cechę, gdy wysiadam z samochodu Landona i słyszę, jak włącza silnik. Zręcznie wykonuje idealny zwrot, po czym wyjeżdża na ulicę jak pocisk.

Przez chwilę stoję w miejscu, obejmując się ramionami i pozwalając, by chłód morza głęboko mnie przeniknął. Odgłos rozbijających się fal zderza się z myślami, które kłębią się w mojej głowie.

Wszystkie zaczynają się i kończą na tym, co powinnam była powiedzieć, a czego nie powiedziałam.

Zważywszy na moją osobowość, pewnie nigdy nie powiem mu tego na głos.

Co oznacza, że muszę mu to pokazać.

Pokażę Landonowi, że nie jestem kruchą księżniczką, a także potrafię i udźwignę nawet hardkor.

Akurat jemu chciałabym pokazać się od tej strony.

Wsiadam do samochodu, zamykam drzwi i od razu blokuję, po czym otwieram przeglądarkę w telefonie.

Wchodzę na stronę główną ekskluzywnego seksklubu, którego członkiem jest Landon.

Nawet Glyn tego nie wie, chociaż jest jego siostrą. Usłyszałam o tym od jego kuzyna i mojego przyjaciela z dzieciństwa, Creightona.

Opowiedział mi o paru sprawach, w tym o perwersyjnych upodobaniach Landona, żebym się przekonała, w jakim degeneracie się zakochałam.

Creigh martwił się o mnie, ponieważ się bał, że skończę tylko ze złamanym sercem.

Problem w tym, że Creigh nie ma pojęcia, że jestem równie pokręcona.

I pewnie z tego powodu od czasów szkoły średniej nie mogę zapomnieć o Landonie.

Nie chodzi tylko o rozmowę, którą wtedy odbyliśmy, ale także o to, że się dowiedziałam, że podnieca go to samo, co mnie.

Uważnie przejrzałam stronę i przeczytałam obowiązujące zasady. Można zapisać się tam na spotkania, gdzie uległych łączy się z osobami dominującymi, ale można także wziąć udział w aktywnościach poza klubem.

Jest tam również fetysz, czy też kink, któremu Landon oddaje się regularnie, jeśli wierzyć słowom Creigha.

Prawdę mówiąc, jest gwiazdą tej fantazji i to dzięki niemu do klubu dołączyło wielu nowych członków.

Primal play.

Innymi słowy: brak zgody za zgodą.

Nieustannie tłucze mi się to po głowie, odkąd Creighton opowiedział mi o tym dwa tygodnie temu.

Wyobrażałam sobie, jak Landon wabi tam rzesze kobiet, a potem bezlitośnie je pieprzy.

Jak dziko posuwa je za ich zgodą i jak bardzo musi je to podniecać.

Zdaję sobie sprawę, że jeśli robię się mokra na samą myśl o tym, muszę być szalona. Ale często słyszy się o fantazjach z gwałtem, zwłaszcza wśród kobiet, które chcą poczuć się w jakiś sposób wolne.

I to w jakikolwiek sposób.

Nawet jeśli jest to tylko fantazja.

Nie chodzi o to, kto będzie miał przewagę. To raczej oddanie kontroli i jednoczesne zyskanie takiej siły, która pozwoli za pomocą tylko jednego słowa powstrzymać tak potworny czyn.

Dzieli je niesłychanie cienka granica, dlatego nie należy realizować tej fantazji z nieznajomym lub kimś całkiem przypadkowym.

Nie wiem, jak dziewczyny z tego klubu to robią, ale wiem, że ja na bank nie byłabym w stanie, gdybym miała trafić na kogoś innego niż Lan.

Ufam mu.

Dlatego jestem gotowa odsłonić przed nim tę część siebie.

A ponieważ za każdym razem, gdy próbuję powiedzieć, czy też wyrazić słowami to, co czuję, okazuje się, że nie potrafię, więc pozostaje mi tylko działanie. Oznacza to, że będę musiała znaleźć się w sytuacji, w której będę bezbronna, tak jak podczas tego koszmarnego momentu w przeszłości, tylko że teraz będzie inaczej. Bo Lan nie jest tamtym gnojkiem.

Lan nie wykorzystałby mojego zaufania przeciwko mnie.

Pewnie wpisuję login.

Tak, założyłam konto wkrótce po tym, jak dowiedziałam się o wszystkim od Creightona i opłaciłam składkę członkowską. Ale jeszcze nie uczestniczyłam w żadnym spotkaniu ani na żadne się nie zapisałam.

Wprawdzie musiałam się tam pojawić osobiście, bo jednym z wymogów jest potwierdzenie wieku i tożsamości, ale załatwiłam formalności tak szybko, jak tylko się dało, po czym uciekłam okryta długim płaszczem z kapeluszem naciągniętym na oczy.

Gdy tylko się loguję, na ekranie pojawia się: „Czy jesteś gotowa uwolnić swoją najgorętszą fantazję, Featherless03?”.

Klikam „Tak”, a następnie wyświetla mi się lista fantazji i fetyszy, które klub może zorganizować.

O niektórych nigdy nawet nie słyszałam, więc poprzednim razem na wszelki wypadek sprawdziłam je wszystkie. Powiedzmy, że niektóre nieco mnie przeraziły.

Pewnie tak samo zareagowaliby inni, gdyby zobaczyli, jak klikam „Primal Play”.

Akceptuję wszystkie wymagane pola na stronie, między innymi to, według którego ten rodzaj zabawy jest jednym z najbardziej wymagających i że więcej informacji na jego temat można znaleźć w podanym linku.

Kiedyś już zajrzałam pod ten adres, ale to nic w porównaniu z tym, co przeczytałam gdzie indziej, odkąd zauważyłam, jak bardzo jestem inna.

„Dziękujemy za zainteresowanie Primal Play. Przypominamy, że wszyscy nasi członkowie regularnie przechodzą badania na obecność chorób przenoszonych drogą płciową, ale zalecamy stosowanie prezerwatyw podczas każdego stosunku. Twoje zdrowie seksualne jest najważniejsze”

Ma to sens. Podczas rejestracji zaznaczyłam, że stosuję środki antykoncepcyjne, więc już o tym wiedzą. Po kliknięciu „Rozumiem” zostaję przekierowana na następną stronę.

„Abyśmy mogli wybrać dla Ciebie odpowiedniego partnera, prosimy o uważne wypełnienie poniższego kwestionariusza.

Czy w primal play chcesz być drapieżnikiem czy ofiarą?”

Zaznaczam „ofiarą”.

„Czy chcesz, aby Twoim partnerem był mężczyzna, kobieta czy osoba niebinarna?”

Mężczyzna.

„Typ sylwetki?”

Dobrze zbudowany.

„Blondyn, brunet czy inne (proszę określić)?”

Brunet.

„Czy chcesz, aby Twój partner nosił maskę?”

Zastanawiam się chwilę, a potem klikam odpowiedź twierdzącą. Co prawda chcę mu pokazać, jaka naprawdę jestem, ale może jeszcze za wcześnie na spotkanie twarzą w twarz.

Następnie zaznaczam opcję, że ja również będę miała na sobie maskę.

„Preferowany wzrost? Wybierz z listy poniżej. Jeśli nie masz preferencji, kliknij brak preferencji”

Wpisuję sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów. Czyli dokładnie tyle, ile wzrostu ma Landon.

„Ubrania?”

Brak preferencji.

„Tatuaże?”

Tak. Lan ma kilka, ale są ukryte.

„Otoczenie?”

Brak preferencji.

„Pora?”

Po zachodzie słońca i przed północą.

„Dzień tygodnia?”

Brak preferencji.

„Słowo bezpieczeństwa. Po wypowiedzeniu tego słowa partner natychmiast przerwie akt”

Dym.

„Wpisz poniżej, na co nie wyrażasz zgody (proszę podać jak najwięcej szczegółów)”

Kneblowanie. Podawanie narkotyków. Jakiekolwiek środki odurzające.

Tylko te rzeczy przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Przywołują wspomnienia z czasów, kiedy źle oddychałam, źle funkcjonowałam i walczyłam, ale nie potrafiłam znaleźć wyjścia.

Po przejrzeniu zaznaczonych opcji klikam „Prześlij”.

„Dziękujemy za dokonany wybór. Powiadomimy Cię, gdy znajdziemy dla Ciebie odpowiedniego partnera. Pamiętaj, że ten proces może trochę potrwać, a zależy nam, by spełnić Twoje oczekiwania”

W sumie racja.

Kilka minut przeglądam i ponownie czytam swoje odpowiedzi, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku. Już mam się wylogować, gdy na górze ekranu pojawia się czerwona kropka.

Klikam na nią i zamieram.

„Gratulacje, znaleźliśmy partnera spełniającego Twoje kryteria. Kiedy potwierdzisz spotkanie, tymczasowo udostępnimy wybranemu partnerowi Twoją lokalizację na czas jego trwania.

Szczegóły spotkania znajdują się poniżej. Jeśli chcesz zmienić termin lub odwołać spotkanie, kliknij tutaj”

Przewijam stronę w dół, aby zapoznać się ze szczegółami, a serce wali mi tak mocno, że chyba za chwilę zemdleję.

Skoro powiedziało się „A”…