God of Fury - Rina Kent - ebook
NOWOŚĆ

God of Fury ebook

Rina Kent

5,0

386 osób interesuje się tą książką

Opis

Nigdy nie pociągali mnie faceci, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie spotkałem Nikolaia Sokolova – dziedzica mafijnego imperium, okrytego fatalną sławą okrutnego potwora.

 

Wystarczyło jedno niefortunne spotkanie, bym przykuł jego uwagę.

 

Jestem artystą, człowiekiem, który zawsze trzymał się zasad, a przede wszystkim bratem bliźniakiem największego wroga tego faceta.

 

Nikolai zdaje się zupełnie nie dbać o to, że dzieli nas dosłownie wszystko. Uparcie kruszy moją żelazną wolę i zmusza do przekraczania narzuconych sobie granic.

 

Sądziłem, że mój największy problem polega na tym, iż Nikolai mnie zauważył. Szybko jednak zrozumiałem swój błąd – bo ten fascynujący, a zarazem groźny mężczyzna mnie pragnie. 

 

I to okazało się o wiele bardziej przerażające.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 734

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: God of Fury

Copyright © Rina Kent 2023

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Twarduś

Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Magdalena Kłodowska, Kamila Grotowska

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Ilustracje: Aleksandra Monasterska

Projekt okładki: Opulent Designs

ISBN 978-83-8418-922-1 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Playlista

Yellow – Coldplay

Do I Wanna Know? – Arctic Monkeys

I Wanna Be Yours – Arctic Monkeys

Your Blood – Nothing But Thieves

Impossible – Nothing But Thieves

Demons – MISSIO

Maniac – Conan Gray

Run Into Trouble – Alok & Bastille

Somebody Else – The 1975

Someone Else – Loveless

Losing Control – Villain of the Story

Yours – Conan Gray

Sorry I’m Yours – Circa Waves

Half-Life – Essenger

Dear Reader – Taylor Swift

half of my heart – Josh Makazo

Silence – Marshmello & Khalid

Wszystkie utwory znajdziecie na Spotify.

Rozdział 1

Brandon

Dlaczego tu w ogóle przyszedłem?

Oczywiście, gdzieś w mrocznej pustce mojego serca dobrze wiem dlaczego. Ta świadomość pozostaje tak żywa, że wciąż niemal czuję ten posmak – mdłości, które podeszły mi do gardła, gdy dostałem tę wiadomość. A potem opadły niżej, aż przeniknęły całe moje ciało.

Powinienem był po prostu zignorować tego SMS-a, a potem go skasować i zablokować numer.

Nie zasługiwał nawet na rzut oka, a co dopiero na to, by skłonić mnie do działania.

A jednak proszę bardzo.

Jestem tu. Mimo wszystko.

A potem postawiłem się w sytuacji bez wyjścia. Brawo ja.

I nie jestem pewien, czy mogę tłumaczyć swoją decyzję tym, że nie miałem wyboru.

Bo tak naprawdę go miałem.

Zresztą nigdy nie byłem dobry w podejmowaniu decyzji. Nie lubię tego. W sumie nieszczególnie mnie to obchodzi i wolałbym wcale nie musieć o niczym decydować.

Niemniej ta wiadomość stanowiła zobowiązanie, którego nie mogłem zostawić bez odpowiedzi, bo zawierała informację na tyle istotną, że nie wolno mi było jej zwyczajnie zbagatelizować.

Nie było w jej treści nic, co pozostawiałoby mi choćby namiastkę wyboru czy furtkę, z której mógłbym skorzystać.

Pojawiłem się tu wyłącznie z własnego poczucia odpowiedzialności, które dźwigam jak nieznośny balast, odkąd zacząłem rozumieć, o co w życiu tak naprawdę chodzi.

Stoję przed budynkiem, który kojarzy się z jakimś centrum tresury. Po mojej prawej, jak i lewej prężą się rzędy studentów – przypominają żywy szpaler białych króliczych masek, które całkowicie zasłoniły ich ludzkie rysy. Wszyscy wpatrujemy się w mury ogromnej, trzypiętrowej rezydencji, nad którą po prawej stronie góruje starożytna wieża.

Im dłużej stoję bez ruchu, tym bardziej drży mój oddech.

Kolejne wdechy i wydechy łączą się w nierównym, gorączkowym rytmie, a pot i wilgotna para skraplają się na wewnętrznej stronie plastikowej maski. Mam wrażenie, że zaraz się uduszę.

Tik…

Dźwięk jest ledwo słyszalny, ale drąży mój umysł jak śruba powoli wwiercająca się w skroń. Przełykam nagromadzoną w ustach ślinę i jednocześnie staram się uspokoić podchodzący do gardła żołądek.

…tak.

Bezwiednie unoszę dłoń, gotów zacisnąć ją z całej siły na włosach na karku. Czasem nachodzi mnie ochota, by roztrzaskać sobie łeb o najbliższą ścianę i patrzeć, jak cała zawartość rozbryzguje się i spływa po tynku. Ja pierdzielę, wreszcie miałbym spokój.

Tik…

Zaginam palce, które już wędrowały do karku, a następnie opuszczam rękę i pozwalam, by luźno zwisała wzdłuż boku.

Wszystko gra. Dam radę.

Oddychaj.

Panujesz nad sytuacją.

Jednak kiedy mój wzrok ponownie się wyostrza, uspokajające słowa, które powtarzałem sobie w myślach, całkowicie milkną.

Nieważne, jak bardzo próbuję się oszukiwać, faktem pozostaje, że właśnie pojawiłem się w ostatnim miejscu, w którym powinienem się znaleźć.

A zdecydowanie nie należę do ludzi lubiących kusić los albo zapuszczających się w jakieś szemrane zakamarki.

Przez dwadzieścia trzy lata życia zawsze przestrzegałem zasad. Niezmiennie posłusznie kroczyłem ścieżką wytyczoną przez cudze oczekiwania, a sama myśl o byciu postrzeganym jako „inny” sprawia, że oblewa mnie lodowaty pot.

I mam tu na myśli „inny” w dowolnym znaczeniu tego słowa.

Niezależnie od powodu.

A jednak – jestem w rezydencji Heathens, bo dostałem wiadomość i postanowiłem jej nie zignorować.

I tak oto pojawiłem się na inicjacji, dzięki której można stać się członkiem cieszącego się ponurą sławą stowarzyszenia na wyspie Brighton, która położona jest na totalnym odludziu, gdzieś przy południowo-zachodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii.

Warto dodać, że działa ono na uczelni, na której nawet nie studiuję.

Heathens to bractwo studentów King’s U – uniwersytetu zbudowanego dzięki mafijnym fortunom ważniaków z Nowego Świata, gdzie kształcą się kolejne pokolenia Amerykanów.

Na Royal Elite University, czyli REU, gdzie pracuję nad magisterką ze sztuki, mamy swoje własne stowarzyszenie, budzące co najmniej taką samą grozę. Nosi nazwę Elites, a na jego czele stoi człowiek, który nieustannie przyprawia mnie o ból głowy, czyli mój brat bliźniak – Landon.

Jednak bractwa z King’s U – Heathens i Serpents – są dużo bardziej niebezpieczne. Ich członkowie to dzieci autentycznych mafiosów, które wykorzystują studenckie lata, by wyostrzyć sobie kły, zanim przyjdzie im objąć kluczowe funkcje w rodzinnych interesach, czekających na nich po powrocie do Stanów.

Gdyby ktoś powiedział mi tydzień temu, że będę tu stał w upiornej masce królika i czekał na tych nieustannie spragnionych krwi szpanerów zza oceanu, roześmiałbym mu się w twarz.

Tylko że teraz zdecydowanie nie jest mi do śmiechu. W ciągu zaledwie siedmiu ostatnich dni zbyt wiele się zmieniło, przez co muszę tu tkwić, czy mi się to podoba, czy nie.

Zapędzony tu jako część stada.

I oczywiście wszystko wiąże się z moim sprawiającym problemy bratem, o którym wspomniałem.

Choć przy wejściu zabrali mi telefon, doskonale pamiętam wiadomość, którą dostałem wczoraj.

Heathens:

Gratulacje! Zostałeś zaproszony na ceremonię inicjacji Heathens. Pokaż załączony kod QR po przybyciu na teren stowarzyszenia punktualnie o czwartej po południu.

Słyszałem wprawdzie o ich mrocznych rytuałach, ale jakoś nigdy mnie nie pociągały – ani one, ani przynależność do tych stowarzyszeń. Gdyby było inaczej, z pewnością dołączyłbym do Elites, o co – swoją drogą – Lan suszy mi głowę od lat.

Zignorowałem więc tę wiadomość i już miałem zablokować nadawcę, gdy na ekranie pojawiła się kolejna.

Nieznany numer:

Zjawisz się na inicjacji, o ile chcesz jeszcze zobaczyć swojego brata bliźniaka żywego. W przeciwnym razie razem z resztą uczestników będziesz podziwiać jego zimne zwłoki wepchnięte do trumny.

I właśnie dlatego tu przyszedłem, mimo że każda komórka mojego ciała buntowała się przeciwko udziałowi w tym szaleństwie. Dzwoniłem do Lana, pisałem do niego, ale nawet nie raczył odpowiedzieć. Czyli jak zwykle musiałem go ratować przed nim samym.

To Landon zawsze potrafił zwieść mnie z właściwej drogi, choć on z pewnością upierałby się, że właśnie tak naprawdę wygląda moje prawdziwe „ja”, a to, co uznaję za normalne, jest jedynie efektem tłumienia moich pragnień.

Ukrywania się.

Zakuwania samego siebie w kajdany.

Nagle z boku dostrzegam jakiś ruch, więc napinam mięśnie, gotów zaraz się stamtąd zwijać, a tym samym oddalić się od źródła niebezpieczeństwa i móc udawać, że absolutnie nic się nie wydarzyło.

Osoba obok mnie – dziewczyna, sądząc po sylwetce i biuście – wybucha śmiechem i szturcha swojego towarzysza w ramię.

W powietrzu unosi się pełen oczekiwania gwar.

Nie rozumiem obsesji na punkcie tego typu spędów. Czy chodzi o to, by poczuć się wyjątkowo? A może o szansę, by choć przez chwilę móc znaleźć się wśród wybrańców losu?

Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak bardzo moja osobowość różni się od ludzi w moim wieku, pewnych zachowań po prostu nie jestem w stanie pojąć.

Żeby nie było wątpliwości: dogaduję się z niemal każdym i uchodzę za człowieka wyjątkowo uprzejmego, a także bezproblemowego, jednak prawdziwych przyjaciół mam niewielu. Trzymamy się tak naprawdę tylko dlatego, że dorastaliśmy razem, czyli miałem kilka dobrych lat, żeby porządnie ich poznać.

Może to, że nie potrafię nawiązać głębszych relacji, wynika z mojego dzieciństwa. Jestem totalnie odklejony od tego, z czego ludzie czerpią radość. Nie ma się co oszukiwać: ich wizja dreszczyku emocji jest mi kompletnie obca. Podniecają się Heathens, jakby ci goście byli chodzącymi ideałami albo sumą wszystkich ich żałosnych pragnień.

A one sprowadzają się do bogactwa, wpływów i – co najistotniejsze – chorego poczucia władzy.

Ja, Brandon King, należę do jednej z najbardziej wpływowych rodzin Wielkiej Brytanii, o ile nie tej najważniejszej. Mimo to wciąż nie rozumiem tego kultu urojonej elity. Nie ogarniam, jak można mieć taką obsesję na punkcie grupy pozerów, którzy sami ogłosili się wybrańcami.

Nie wiem, czy kręci ich iluzja? Albo tajemnica? A może coś zupełnie innego?

Dziewczyna obok milknie i podnosi wzrok, a wokół nas zapada grobowa cisza. Podążam za jej spojrzeniem i zastygam w miejscu, gdy na piętrze otwierają się drzwi balkonowe, po czym na zewnątrz wychodzi pięciu mężczyzn – ich twarze kryją się pod makabrycznymi maskami, na których widnieją neonowe szwy.

Ten pośrodku ma na sobie maskę w kolorze pomarańczowym i dzierży metalowy kij golfowy. Jest wysoki i barczysty, ale facet stojący tuż obok, w żółtej masce, przerasta go zarówno pod kątem budowy, jak i wzrostu, a z jego ciała bije jawna wrogość, którą czuję nawet mimo dzielącej nas odległości.

Wyróżnia się tym, że jako jedyny nie ma przy sobie broni – a mimo to cały aż kipi mroczną energią. Za to pozostali sprawiają wrażenie, jakby trzymali swoje myśli i uczucia na wodzy.

Palce Czerwonego zaciskają się na kiju baseballowym spoczywającym nonszalancko na jego ramieniu.

Tymczasem Zielony trzyma w dłoni łuk, na plecach ma przytroczony kołczan, a Biały przesuwa palcami po ciężkim łańcuchu, który spływa mu z szyi.

Wszyscy są ubrani w czarne koszulki i spodnie niczym perfekcyjnie skalibrowana machina siejąca zniszczenie.

Na szczęście do tej pory omijałem Heathens z daleka i nigdy nie wchodziłem im w drogę, czego nie można powiedzieć o moim durnym bracie. Czy stoi wraz z nimi na balkonie? A może to jakaś jego pokręcona zagrywka, by przeniknąć do ich wewnętrznego kręgu?

Albo stoi gdzieś przede mną, ewentualnie za mną? A może nawet tuż obok?

Szkopuł w tym, że nie wyobrażam sobie, by Lan ogrzewał się blaskiem czyichś sukcesów czy też stał się zwykłym pionkiem w wirze cudzych intryg. Jest na to zbyt narcystyczny. Zresztą, skąd miałby wziąć zaproszenie?

Pewnie mógłby je dostać, tak jak ja. Nie można tego wykluczyć.

Zdecydowanie nie można.

Bacznie obserwuję piątkę Heathens. Ten wyprostowany pośrodku w pomarańczowej masce to najprawdopodobniej Jeremy Volkov – przywódca ich stowarzyszenia i następca tronu rosyjskiej mafii. Z tego, co słyszałem od znajomych, jest absolutnie bezlitosny i ponoć eliminuje każdego, kto ośmieli się wejść mu w paradę.

Zielona i Czerwona Maska to prawdopodobnie Gareth i Killian Carsonowie. Są braćmi z licznymi koneksjami w półświatku, ale bliżej im do amerykańskiej śmietanki towarzyskiej niż do mafijnych książąt. Szkoda tylko, że nie jestem pewien, który jest który. Natomiast człowiek chowający twarz za białą maską wydaje się nieco szczuplejszy z całej ekipy, więc zdecydowanie nie może być żadnym z tej trójki.

Za to za żółtą maską kryje się z pewnością Nikolai Sokolov: kolejny rosyjski dziedzic mafijnego imperium, kuzyn Killiana i Garetha, a zarazem największy świr, jakiego widział świat.

Jeśli w plotkach kryje się choć ziarno prawdy – a w przypadku Nikolaia pewnie tak jest – facet jest zdolny zabić kogoś gołymi rękami tylko dlatego, że ten ktoś miał czelność go wkurzyć. Znalazłem się blisko niego zaledwie raz, tydzień temu, gdy mój brat bliźniak po raz kolejny zmierzył się z nim na ringu w klubie, gdzie odbywają się nielegalne walki.

Wtedy byłem święcie przekonany, że przerobi Lana na miazgę. Tak się jednak nie stało, choć tylko dlatego, że mój brat jest jak kot, który ma dziewięć żyć.

Mimo to, kiedy Nikolai spojrzał na mnie z szaleńczym błyskiem w oku, podczas gdy na jego owiniętych bandażami dłoniach zasychała wciąż świeża krew mojego brata, mój strach o Lana przerodził się w coś zdecydowanie bardziej niepokojącego.

Poczułem wówczas przemożną potrzebę, żeby jak najszybciej się ulotnić. I tak też zrobiłem – oczywiście po tym, jak wywlokłem stamtąd mojego bliźniaka.

Do tej pory nikt, kto nie dorównywał mi wiekiem, nie wywołał we mnie podobnych uczuć, a Nikolai jest sporo ode mnie młodszy. Ma chyba tylko dziewiętnaście lat – dzieciak ledwo skończył liceum, czy też według Amerykanów: „szkołę średnią”.

Tylko że wcale nie przypomina dzieciaka.

Nawet teraz, w czarnych ciuchach, jego sylwetka rzuca się w oczy – jakby był wyrzeźbiony z samych mięśni i nieczystych zamiarów.

Dobrze, że nie obracam się w tych samych kręgach, co on, i nie zapowiada się, żeby to miało się w najbliższym czasie zmienić.

Dzisiejszy wieczór stanowi wyjątek. Im szybciej znajdę Lana, tym szybciej opuszczę to przeklęte miejsce.

W powietrzu rozlega się trzask, jakby ktoś włączył głośnik, a chwilę potem ze wszystkich stron dobiega zniekształcony głos:

– Gratuluję przystąpienia do niezwykle wymagającej inicjacji Heathens. Jesteście elitą, wybrańcami, których przywódcy stowarzyszenia uznali za godnych dołączenia do ich świata opartego na władzy i wpływach. Jednak cena, którą przyjdzie wam zapłacić, to coś więcej niż pieniądze, pozycja czy sława. Każdy z was ma na sobie maskę, ponieważ w oczach przywódców wszyscy jesteście równi. Warunkiem dołączenia do Heathens jest ofiarowanie własnego życia. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Dlatego jeśli są tu osoby, które nie są gotowe na to poświęcenie, najlepiej niech opuszczą teren przez małe drzwi po lewej stronie. Jednak jeśli stąd wyjdziecie, musicie wiedzieć, że powrót nie będzie możliwy.

Kiedy obok wielkiej bramy otwierają się drzwi, wychodzi przez nie może kilkanaście osób. Przez chwilę rozważam, czy do nich dołączyć i położyć kres temu szaleństwu, ale nie mógłbym z czystym sumieniem porzucić brata.

Nigdy.

Po chwili ponownie odzywa się zniekształcony głos:

– Jeszcze raz gratuluję, panie i panowie. Zatem rozpoczynamy inicjację.

Podnoszę wzrok ku pięciu założycielom Heathens, którzy stoją bez ruchu na balkonie. Tkwią tam skupieni, całkowicie obojętni mimo widma chaosu i zniszczenia, które lada moment wywołają.

Wszyscy oprócz jednego. Wszyscy oprócz jednej anomalii.

Chodzącej agresji na sterydach.

Żółty zaciska i rozluźnia pięści w jednostajnym rytmie, jakby odprawiał jakiś rytuał. Tego osobnika należałoby zamknąć, a nie pozwalać mu uczestniczyć w tej idiotycznej inicjacji.

– Dzisiaj zabawimy się w myśliwych i ofiary – ciągnie dalej głos. – Polować na was będą założyciele Heathens. Jest was dziewięćdziesięcioro, a ich pięciu, więc macie przewagę. Jeśli uda wam się dotrzeć do granicy posiadłości, zanim was dopadną, zostaniecie przyjęci do stowarzyszenia. Jeśli nie, będziecie wyeliminowani i odeskortowani poza granice posiadłości. Założyciele mają prawo użyć wszelkich dostępnych metod, aby was dorwać, łącznie z przemocą. Wystarczy, że dotkną was bronią, a zostaniecie automatycznie wyeliminowani. Nie można też wykluczyć, a wręcz należy się spodziewać, obrażeń ciała. Wy również możecie stosować przemoc wobec myśliwych. Oczywiście, jeśli zdołacie. Obowiązuje jedna zasada: nie wolno odbierać życia. A przynajmniej nie celowo. Nie ma miejsca na pytania i nie będzie litości. Nie chcemy w naszych szeregach słabeuszy.

Co za barbarzyńcy. Wszyscy, co do jednego. Beznadziejni, prymitywni brutale bez krzty ogłady.

Z drugiej strony czego niby się spodziewałem po tej zgrai spod ciemnej gwiazdy?

– Dostaniecie dziesięć minut przewagi. Radzę wam uciekać. Oficjalnie otwieram ceremonię inicjacji.

Dziewczyna obok i jej towarzysze puszczają się pędem tak szybko, że żwir rozpryskuje się pod podeszwami ich trampek. Cała reszta pędzi w stronę lasu, a ja staję przed wyborem: ruszyć za nimi albo zostać tutaj niczym bezbronna zwierzyna.

Przeklinając pod nosem, zrywam się do biegu. Serce bije mi w niezmienionym rytmie. Tętno mam miarowe, jakby niebezpieczeństwo i przesiąknięta adrenaliną atmosfera, która przywodzi na myśl purpurowe plamy na lazurowym niebie, nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia.

Chyba właśnie na tym polegają zalety bycia emocjonalnie wybrakowanym, bo nawet tak dziwaczny obraz nie wywołuje we mnie żadnej reakcji.

Mimo że wystartowałem z opóźnieniem, wyprzedzam pozostałych uczestników – biegnę szybciej, zostawiając resztę w tyle. Może i nie jestem fanem tego typu imprez, ale mam w sobie ducha sportowca; w sumie niewiele mi brakuje do zawodowego biegacza, a oprócz tego jestem kapitanem drużyny lacrosse na REU.

Aktywność fizyczną traktuję śmiertelnie poważnie – nigdy nie opuszczam treningów czy porannej przebieżki, nie tylko ze względu na siebie, ale także dla dobra drużyny.

Lubię porządek i dyscyplinę, a do tego mam niezaprzeczalny dar do pielęgnowania nawyków i budowania życiowej równowagi. Poza tym obawiam się, że jeśli nie będę trzymać się rutyny, pogrążę się w otchłani pustki i prędzej czy później spotka mnie jakiś nieszczęśliwy wypadek.

Zdecydowanie podziękuję.

W mgnieniu oka docieram na środek lasu, zostawiwszy resztę studentów daleko za sobą. Na ziemi i między ogromnymi pniami drzew kładą się pomarańczowe promienie słońca, które powoli chyli się ku zachodowi. Jednak po chwili zasłaniają je szare chmury, dusząc i więżąc jasne smugi w ciemności.

Kucam za gęstym krzakiem, który zasłania całą moją sylwetkę, i czekam.

To jedyne, co mogę teraz zrobić.

Nie wychylać się. Czekać. Obserwować. I pod żadnym pozorem nie zdradzać swojej obecności.

To akurat wychodzi mi znakomicie.

Jeśli pojawi się tu Lan – czy to jako jeden z Heathens, co zresztą jest bardzo mało prawdopodobne, czy to jako uczestnik – z pewnością to poczuję dzięki zwykle bezużytecznej więzi, jaka łączy bliźnięta.

Obok mnie, niczym wataha wilków, przebiega kilka osób. Do moich nozdrzy dociera odór bezmyślnej przemocy, który ciągnie się za uczestnikami inicjacji i tworzy wokół ich głów coś na kształt aureoli, a jednak z ich ust raz po raz wydobywają się okrzyki podniecenia, znacząc czarne jak smoła niebo ceglastoczerwonymi akcentami. Mimo wszystko ich radość trwa stosunkowo krótko. Pomarańczowa Maska depcze im po piętach, dzierżąc posępny kij baseballowy. Wzdrygam się w duchu, gdy uderza jednego ze studentów z taką siłą, że głowa uczestnika odskakuje na bok, a naznaczona śladami krwi maska natychmiast rozpada się na pół.

Kątem oka dostrzegam kogoś, kto stawia chwiejne kroki, przyciskając do boku bezwładne ramię, z którego sterczy strzała.

W dodatku ten niepokojący, robotyczny głos ogłasza numery wyeliminowanych – czasem padają jeden po drugim. Wydaje się, że ten proces jest automatyczny, bo ilekroć zauważam kogoś trafionego strzałą lub kijem, jego numer płynie z głośników niemal natychmiast.

Mimo otaczającego mnie pierdolnika, staram się pozostać w całkowitym bezruchu, ewentualnie tylko nieznacznie zmieniam pozycję.

Gdzie ty się podziewasz, Lan?

Choć jestem dumny ze swojej kondycji, pewnie długo nie wytrzymam w ten sposób. Może powinienem strategicznie przemieścić się w inny zakątek lasu, który otacza rezydencję Heathens, na wypadek gdyby mój brat znajdował się po drugiej stronie…

Nagle lodowaty dreszcz unosi mi włoski na karku, a zaraz potem pojawia się intensywny żar, gdy głęboki, dudniący głos szepcze mi do ucha:

– Dlaczego nie uciekasz?

Moje ciało zalewają fale przytłaczających bodźców, których nie jestem w stanie przetworzyć. Wówczas tracę równowagę i z impetem ląduję na tyłku, boleśnie uderzając o ziemię.

Kiedy podnoszę wzrok, napotykam na żółtą maskę naznaczoną grubymi szwami, całą w szkarłatnych plamach.

To krew.

Jest wszędzie… na plastiku, który ma na twarzy, i na ciemnej koszuli. Spływa strużkami po szyi, znaczy tatuaże, które pokrywają mu grzbiety dłoni niczym rękawiczki, a także oblepia kosmyki kruczoczarnych włosów, które opadają mu aż do wysokości łopatek.

Treść żołądka podchodzi mi do gardła i czuję, że za chwilę puszczę pawia.

Tik. Tak.

Tik, tak. Tik, tak…

– Nie odpowiedziałeś na pytanie. – Przeszywa mnie szorstki głos Żółtego, który zagłusza wirujące w mojej głowie myśli i niemal natychmiast zastępuje go strachem.

Gwałtownym i przejmująco lodowatym.

A najgorsze jest to, że nie mogę oddychać.

Tymczasem ten gnojek kuca tuż obok mnie… tak blisko, że nozdrza wypełnia mi metaliczna woń krwi zmieszana z zapachem papierosów, alkoholu oraz ledwo wyczuwalną nutą mięty i bergamotki.

Ta przytłaczająca mieszanina zalewa moje zmysły chaotycznym wirem barw, które mieszają się i tłamszą napływające odcienie, aż wszystkie zlewają się w jednolitą szarość.

Nieskażoną. Nieprzemijającą. Wyzutą z treści.

Teraz nie mam już wątpliwości, że Żółta Maska to Nikolai, który właśnie przyciska mi do czoła zakrwawiony palec. Mimo że dotyka wyłącznie plastikowej maski, a nie skóry, żołądek mi się ściska, a ja czuję nadciągającą falę wymiotów.

– Ej, słyszysz mnie? – rzuca.

Używa jedynie palca wskazującego, a mimo to z tego jednego gestu bije taka moc, że niemal mnie miażdży.

Bezpośrednie konfrontacje nigdy nie były moją mocną stroną, dlatego wolę ich unikać. Poza tym, jeśli nawet połowa z historii, które słyszałem o Nikolaiu Sokolovie, jest prawdziwa, nie miałbym z nim żadnych szans, nawet gdybym w cudowny sposób odrodził się w ciele zaprawionego w bojach wojownika.

Ten facet słynie z tego, że jest dziki, nieobliczalny i łaknie przemocy bardziej niż tlenu. Dowody na to dostrzegam w postaci plam krwi rozbryzganych na całym jego ciele.

To zdecydowanie ostatni człowiek, któremu chciałbym wejść w drogę.

Cmoka z niesmakiem, a ten dźwięk brzmi wyjątkowo donośnie, mimo rozbrzmiewających nieustannie kolejnych wyeliminowanych numerów. Jednak nadal nie usłyszałem mojego – osiemdziesiąt dziewięć. Niemniej, w przeciwieństwie do pozostałych, Nikolai nie ma przy sobie broni, więc może musi zgłosić trafienie osobiście.

A to z kolei oznacza, że jeśli ucieknę, znów będę mógł się gdzieś przyczaić, by potem poszukać brata. Przysięgam, że jak go zobaczę, opieprzę go za to, że wpakował mnie w taką kabałę…

Nikolai zatacza palcem kółka na moim czole, choć wygląda, jakby chciał coś zetrzeć. Wstrzymuję oddech, gdy nagle jego ruchy ustają, a on zastyga w absolutnym bezruchu.

Wówczas bijące od niego agresja i wrogość znikają. A raczej tracą nieco na intensywności i przestają buzować w jego olbrzymich mięśniach, chociażby w tych napiętych do granic możliwości bicepsach.

Choć kuca, wzrost i masywna sylwetka nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Sam mam metr dziewięćdziesiąt, więc nie można mnie nazwać konusem, ale Nikolai przewyższa mnie o dobrych kilka centymetrów i jest niewyobrażalnie napakowany – nie mam pojęcia, po co komuś tyle mięśni.

Z drugiej strony wygląda jak uosobienie sadysty, który będzie rozkoszował się zadawaniem bólu innym.

Jednakże w tej chwili wcale tak nie jest.

Zgroza, którą roztaczał wokół siebie jeszcze kilka sekund temu, ustępuje czemuś znacznie bardziej niepokojącemu.

Rozbawieniu. Nie. Ciekawości? Zainteresowaniu?

Odsuwa palec od maski, ale zanim udaje mi się wypuścić wstrzymywany oddech, Nikolai nagle chwyta mnie za kark, tuż przy włosach, które mam w zwyczaju szarpać.

To miejsce na moim ciele jest wyjątkowo wrażliwe i zarazem nadwyrężone – może właśnie dlatego, gdy jego szorstka skóra dotyka mojej, przez brzuch przetacza mi się dziwna fala, którą biorę za mdłości.

Tylko że to coś zupełnie innego. To…

Kiedy Nikolai wybucha śmiechem, jego głos spowija nas głębokim odcieniem burgundu zmieszanym z ognistym oranżem.

– Tu jesteś. Wszędzie cię szukałem, numerze osiemdziesiąt dziewięć.

Rozdział 2

Brandon

– Wiesz, kim jestem? – Nie mam pojęcia, jakim cudem te słowa padają z moich ust, choć głos drży mi przy tym koszmarnie.

Tik…

W murach, które wzniosłem wokół siebie, pojawia się pęknięcie, biegnące aż do ziemi pod moimi stopami.

…tak.

Czarna dziura się rozszerza, a plama smolistego atramentu pochłania mi stopy, aż przestaję je czuć.

Tik…

– Hmm. A powinienem? – pyta Nikolai chrapliwie, a ten złowieszczy dźwięk dodatkowo potęgują plamy krwi na jego neonowej masce.

Wprawdzie odkąd wtargnął w moją przestrzeń, tkwię w nieznośnym napięciu, ale wyraźnie czuję, że coś tu nie gra.

Tak nie powinno być.

Ze ściśniętej klatki piersiowej wyrywa mi się westchnienie i zaraz potem mój oddech wraca do normy.

Za dużo myślę… jak zwykle.

Muszę wrócić do ćwiczeń albo malowania uspokajających pejzaży, żeby przerwać to błędne koło, gdzie czerń przeplata się z czerwienią.

A właściwie – jest tam wyłącznie czerń na tle pozbawionej życia szarości.

Nie powinienem tyle myśleć, bo wówczas przez moją głowę przetaczają się pokręcone obrazy, które wolałbym pogrzebać głęboko w jakimś zapomnianym zakamarku mojego ledwo bijącego serca.

Nikolai wbija palce w mój kark tak mocno, że przestaję go widzieć, a zaczynam wyłącznie czuć.

– Odpowiedź brzmi: „tak”, śliczny chłopaku. Przecież powinienem wiedzieć, kim jesteś, prawda?

Moje mięśnie tężeją z wściekłości, ale pozwalam jej spokojnie napływać, by móc całkowicie się w niej zanurzyć.

Wolę wściekłość niż mdłości.

A już z całą pewnością jest lepsza niż to złowieszcze tykanie, które raz po raz pojawia się w moim umyśle niczym mantra.

Jak ten chłopak śmie mówić do mnie tym ociekającym drwiną tonem? Nazywam się Brandon King, a to coś znaczy.

Za to ty nie. Bez nazwiska ojca jesteś nikim.

Głos w mojej głowie przywodzi na myśl papier ścierny, który trze o szkło i wywołuje nieznośne drapanie w wyschniętym gardle.

Przełykam zgniły posmak, który rozlał mi się w ustach, i zmuszam się do zachowania spokoju, po czym uderzam Nikolaia w ramię.

Nie rusza się nawet o centymetr, jakby jego stalowe palce wtopiły się w mój kark.

– Puść – rzucam… a właściwie rozkazuję. Jestem miły i uprzejmy, dopóki ktoś nie przekracza moich granic, a Nikolai robi to od chwili, gdy niespodziewanie wyrósł obok.

– Spieszysz się gdzieś?

– Raczej nie znoszę, gdy ktoś mnie dotyka, zwłaszcza brudnymi łapami.

Przenosi wzrok na swoją wolną dłoń oświetloną promieniami gasnącego słońca, które zalewa pomarańczową poświatą jego potargane, czarne włosy. Przygląda się uważnie zaschniętym śladom krwi, jakby zapomniał, że tam są, i wzrusza nonszalancko ramieniem.

– Przyzwyczaisz się.

Przyzwyczaję się do czego?

Może ten świr się naćpał albo co?

Nie zdziwiłbym się, gdyby przed tą cholerną inicjacją wciągał kokę, jak gwiazda rocka z lat dziewięćdziesiątych, i wypalił więcej trawy niż wszyscy fani Boba Marleya razem wzięci.

– Puść. Mnie – powtarzam twardo, odpychając jego ramię.

Rozluźnia nieco uścisk, ale mnie nie puszcza.

Z gardła wydobywa mu się pełen zadowolenia pomruk.

– Masz charakterek. Podoba mi się to. Ale wiesz, co jara mnie jeszcze bardziej? Twój arystokratyczny akcent. Ciekawe, czy brzmi tak samo, kiedy mówisz sprośne rzeczy?

Mrużę oczy. Odbiło mu czy jak? Może ktoś mu porządnie przyłożył w ten zakuty łeb?

– Mówię po raz trzeci i ostatni. Puść. Mnie.

– Dlaczego? – pyta, a kiedy muska palcami moje włosy na karku, w moim wnętrzu budzi się coś osobliwego: żółtego i jaskrawego, co zdecydowanie nie przypomina odruchu wymiotnego. – Całkiem mi tu dobrze.

– A mnie nie – odgryzam się, napinając mięśnie, a jednocześnie staram się pohamować krążący w moich żyłach niepokój. – Brzydzę się tobą.

– Tak? – Jego oczy koloru nocnego nieba lśnią czystym sadyzmem, gdy pochyla się bliżej i szepcze: – Tym lepiej.

Jego ciepły oddech owiewa mi skórę na szyi. Zaciskam zęby i gromadzę resztki sił, by przeciwstawić się temu nieokreślonemu uczuciu, któremu daleko do mdłości.

I to naprawdę daleko.

Zaczynając od miejsca, gdzie jego palce przesuwają się po moim karku, przechodzi mnie dreszcz, który dociera aż do płatka ucha, przy którym słyszałem jego szept.

Muszę stąd spadać. Natychmiast.

Sięgam za siebie i chwytam pierwszą rzecz, na jaką trafia moja dłoń, a następnie z całej siły uderzam go w twarz.

Czuję, że jego palce rozluźniają się lekko na moim karku, ale nie czekam na ciąg dalszy, tylko wbiegam prosto w zarośla.

Szybko.

Nie oglądając się za siebie.

Biegnę, jakby trwała końcówka dogrywki meczu, a los całej drużyny zależał od mojego podania.

Istnieję tylko ja i czas, który jest przeciwko mnie. Nic nowego – od zawsze toczymy tę walkę.

Wówczas niepokój, który czułem przed chwilą, ustępuje gwałtownemu przypływowi adrenaliny i rozpaczliwemu pragnieniu ucieczki.

Gdzieś daleko.

Najlepiej jak najdalej stąd.

Nagle niemal wpadam na wyłaniającą się z mroku sylwetkę, ale obaj zatrzymujemy się w ostatniej chwili.

Stoję oko w oko z Czerwoną Maską.

Trzyma pokryty krwią kij baseballowy i patrzy na mnie, jakbym był robakiem, którego za chwilę rozdepcze.

Kiedy adrenalina powoli opada, moje ciało zaczyna gwałtownie drżeć.

Przestań się trząść.

Przestań się trząść, ty pieprzony mięczaku. Przestań!

Prawie udaje mi się okiełznać ten nagły wybuch chaotycznych emocji, ale wtedy czuję, że robi mi się niedobrze.

Ponownie otacza mnie tamten charakterystyczny zapach: alkoholu zmieszanego z dymem papierosowym, bergamotką i krwią.

Nie.

Nie.

Nie.

W chwili gdy zerkam za siebie, moje jasne spojrzenie zderza się z ciemniejszymi tęczówkami Nikolaia. Jego wzrok płonie mrocznym szaleństwem i kojarzy się z wiedźmą odprawiającą dzikie rytuały – ma przekrwione oczy, w których tli się obietnica rzezi.

I to ja odegram w niej główną rolę.

Staram się o tym nie myśleć, tylko ruszam w stronę Czerwonego. Niech mnie uderzy tym kijem – mam to gdzieś. Może będę miał tyle szczęścia, że stracę przytomność i mój umysł wreszcie będzie mógł odpocząć.

– Zobacz, złapałem zabłąkanego kota. – Zachrypnięty głos Nikolaia brzmi jak z najgorszego koszmaru. – Bez przerwy uciekał, wiesz? A do tego ma niezły charakterek. Jak mi przypierdolił gałęzią, to przed oczami zobaczyłem gwiazdy. Kocham takie pojebane, dzikie bestie. Nic nie sprawia mi takiej radości jak ich łamanie.

Podchodzę do gościa w czerwonej masce, który mierzy mnie od stóp do głów, a potem unosi kij.

Nareszcie. Koniec. Zaraz będzie po wszystkim.

Wrócę tam, gdzie nie muszę mieć do czynienia z podobnymi ścierwojadami…

Nagle w moje plecy uderza nieznośny ciężar, a wokół mojej szyi owija się potężne ramię, niemal miażdżąc mi tchawicę.

Nie mogę oddychać. Nie mogę…

Kiedy w końcu odzywa się mój instynkt przetrwania, resztką sił wbijam łokieć w ciało Nikolaia. Oczywiście równie dobrze mógłbym uderzyć w ścianę, bo chłopak nie tylko mnie nie puszcza, ale jeszcze mocniej zaciska chwyt.

Szalejąca we mnie panika sprawia, że moje mięśnie sztywnieją. Niczym zapędzone w róg zwierzę staram się go odepchnąć, w pewnym momencie nawet go gryzę, ale Nikolai ani drgnie. Mogę jedynie daremnie wierzgać nogami, podczas gdy on wlecze mnie głębiej między drzewa, więc otwieram usta, żeby wołać o pomoc, nawet gdyby miał się tu pojawić kolejny przedstawiciel tych pieprzonych Heathens.

Nikolai przyciska mi drugą dłoń do ust, wciskając maskę między wargi.

– Ciii. Masz się, kurwa, zamknąć.

Usiłuję coś powiedzieć, ale z mojego gardła wydobywają się tylko niewyraźne, przerażające dźwięki – jak w tych horrorach klasy B, gdzie szkolny oferma ginie jako pierwszy.

Tylko że tym razem to ja jestem tym ofermą.

W ostatnim rozpaczliwym odruchu szarpię się i gwałtownie przenoszę cały ciężar ciała do tyłu. Wiem, że moja masa mięśniowa nie umywa się do jego, ale dużo ćwiczę na siłce.

A także biegam. Więcej niż ciało człowieka powinno być w stanie wytrzymać.

Nikolai traci równowagę, więc błyskawicznie odskakuję w prawo, ale wtedy nagle upadam do przodu. Powalony na ziemię, ląduję na brzuchu.

Mam wrażenie, jakby na moich plecach wylądował stos cegieł, kiedy Nikolai przygniata mnie do leśnej ściółki.

Kaszlę, szamoczę się dziko, a przy każdym głębszym wdechu do moich ust trafiają drobinki ziemi. Dusi mnie tak mocno, że płuca palą mnie żywym ogniem.

– Bingo. Pieprzony wojownik. – Słyszę jego głos, który spływa po mnie niczym czarny atrament wprost z moich popieprzonych koszmarów. – Walcz ze mną. Zero litości. Szybciej. Nie odpuszczaj!

Dwa razy uderzam go w ramię, ponieważ nie jestem w stanie zaczerpnąć powietrza. Zaczyna mi się kręcić w głowie, a kiedy przymykam powieki, pod nimi tańczą żółte i pomarańczowe plamy.

– I to tyle? – W jego głosie słyszę rozczarowanie. – No cóż, pewnie trudno ci walczyć, skoro trzymam cię za gardło. Będziesz grzeczny, jeśli cię puszczę? – pyta, podczas gdy ja zatapiam krótkie paznokcie w długich rękawach jego koszuli, a wówczas Nikolai mruczy z zadowoleniem. – Choć właściwie ten układ mi odpowiada. Podoba mi się ta pozycja.

Upokorzenie krąży w moich żyłach jak trucizna, a świadomość ciężaru jego ciała spoczywającego na moim dociera do mnie szybciej niż brak tlenu. Klatką piersiową napiera na moje plecy, a kolano wciska mi między uda. Czuję, jak niemal mnie miażdży, bo ten gość waży chyba okrągłą tonę.

Staram się wcisnąć w ziemię, jakbym w ten sposób mógł przed nim uciec. Po chwili dociera do mnie jego ponury rechot, a uścisk nieco słabnie, co pozwala mi w końcu zaczerpnąć tchu.

Niemniej wcale się nie zapowiada, żeby zamierzał mnie puścić albo ze mnie zejść.

Chciwie łapię powietrze, choć krztuszę się przy każdym kolejnym hauście.

– Czy ktoś ci kiedyś powiedział, jak zajebiście wyglądasz, kiedy próbujesz nie stracić kontroli? Pożarłbym cię żywcem i jeszcze wylizał resztki. – Ostatnie zdanie szepcze mi prosto do ucha, a mnie w tej samej chwili żołądek podchodzi do gardła.

Mam ochotę uciec ze swojego ciała.

Odciąć się od własnego pieprzonego umysłu.

Nie wiem, skąd biorę siłę, ale wymierzam mu cios łokciem, po czym wyczołguję się spod niego, zanim zdąży choćby mrugnąć.

Gdy tylko udaje mi się wstać, zaczynam biec przed siebie…

– Rozumiem, że nie martwisz się o brata?

Natychmiast staję jak wryty i powoli się odwracam. Nikolai stoi na rozstawionych szeroko nogach ze skrzyżowanymi rękami oraz lekko przechyloną głową i przygląda mi się nonszalancko.

Tylko że ten dupek stanowi całkowite zaprzeczenie tego określenia. Za to jest uosobieniem zimnego wyrachowania.

– Słyszałem, że wpakował się w niezły szajs – dodaje. – Mówię o Landonie. Bo to ze względu na niego tu jesteś, prawda?

Otwieram szeroko oczy skryte pod maską.

– To ty wysłałeś mi zaproszenie?

– I oto jesteś. Nie ma to jak braterska miłość.

Doskakuję do niego, chwytam za kołnierz i przyciągam tak blisko, że jego klatka piersiowa zderza się z moją.

– Gdzie on jest?

Błyskawicznie sięga ręką do moich włosów na karku, chwyta je w garść i szarpie tak mocno, że muszę odchylić głowę do tyłu. Potem spogląda na mnie z góry.

– A jak myślisz?

Nie mam zamiaru go puszczać. W dupie mam, czy jest tylko stuknięty, czy zdrowo popierdolony. Jeśli zadziera z moją rodziną, osobiście zgotuję mu prawdziwe piekło.

– Nie zmuszaj mnie, żebym powtórzył pytanie – cedzę przez zaciśnięte zęby.

– Bo co? Co się stanie, jeśli zapytasz jeszcze raz? Jestem bardzo ciekaw, a mówiąc „bardzo”, mam na myśli, że muszę wiedzieć. Teraz.

– Ty… – urywam, bo jego maska ociera się o moją.

Nawet przez plastik czuję, jak jego oddech owiewa mi wargi.

– Hmm? Co ja? Dokończ – rzuca, a w jego głosie wybrzmiewa nuta szaleństwa, jakbym nagle znalazł się w nawiedzonym zamku, gdzie duch dziecka upiornym głosem w kółko powtarza te same słowa.

Odpycham go mocno, więc puszcza moje włosy i stawia krok do tyłu, lecz prawie natychmiast znów na mnie napiera i wdziera się w moją przestrzeń, górując nade mną.

Na żywo jest o wiele bardziej przytłaczający i groźny.

A mnie zwykle trudno onieśmielić.

– Przestań! – Wyciągam przed siebie obie ręce, ale ten gnojek dalej bezczelnie na mnie napiera, tak że czuję, jak jego mięśnie pracują pod moimi palcami.

– Wciąż nie dokończyłeś, jaki jestem. No dalej. Nie każ mi czekać. – Szczerzy się, ale ten grymas nie ma nic wspólnego z uśmiechem. Wręcz przeciwnie: za zakrwawioną maską wygląda przerażająco. – Chcesz powiedzieć mi jakiś komplement? A może coś wręcz przeciwnego? Chyba że jedno i drugie? Albo żadne? Obie rzeczy naraz?

– Po prostu przestań – odpowiadam i staram się zebrać całą siłę w rękach, bo ten gość jest jak rozjuszony byk, który najwyraźniej nie zamierza odpuścić.

Gdy w końcu odkleja się ode mnie, dobiega mnie odgłos jego pełnego niezadowolenia cmokania.

Wciąż trzymam uniesione ręce, bo nie mam złudzeń, że ten koleś nagle zacznie zachowywać się racjonalnie. Jednocześnie trudno nie dostrzec, jak twarde ma ciało. Jest jak wykuty ze stali.

Pod opuszkami palców czuję, jak napinają mu się mięśnie piersiowe, więc szybko opuszczam ręce wzdłuż boków, usiłując odpędzić od siebie te myśli i dziwny posmak adrenaliny.

Gdy odzywam się ponownie, mój głos brzmi spokojnie. Jest wyważony. W stu procentach opanowany.

– Landon. Gdzie on jest?

– Zasrani nudziarze z wyższych sfer – burczy pod nosem, po czym obraca się na pięcie i rusza w przeciwnym kierunku.

Stoję tak przez kilka sekund, a para z mojego oddechu osiada po wewnętrznej stronie maski. Potem ruszam za nim, choć stawiam nienaturalnie lekkie kroki, jakby moje nogi należały teraz do kogoś innego.

– Zabierasz mnie do niego? – upewniam się, kiedy go doganiam.

Gwałtownie odwraca ku mnie głowę, a ja muszę się powstrzymać, by nie wzdrygnąć się na widok krwi. Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję, choćby minęło nie wiem ile czasu.

– Jeśli to zrobię, co dostanę od ciebie w zamian? – pyta z błyskiem w oku, którego, byłbym gotów przysiąc, jeszcze dwie minuty temu tam nie było.

– Nie zgłoszę was na policję, że zorganizowaliście nielegalne zgromadzenie. Chociaż powinieneś rozważyć zmianę hobby na coś mniej krwawego.

– I na czym wtedy miałaby polegać zabawa?

– Na byciu normalnym. Powinieneś kiedyś spróbować.

– Czekaj, czy „nuda” pisze się przez „u” zwykłe, czy kreskowane? – odbija piłeczkę, po czym zbliża się tak bardzo, że muszę się odsunąć, by nie zderzyć się z jego ramieniem.

– Odsuń się.

– Kurwa, aż mam ochotę skruszyć tę skorupę opanowania, którą się tak szczelnie otoczyłeś, i zobaczyć, co taki chłoptaś kryje pod spodem.

Zaciskam zęby, a następnie powoli je rozluźniam, żeby nie dać ujścia uczuciu, które towarzyszy mi przez większość życia.

– Nie jestem chłopcem.

– Jak sobie chcesz, paniczyku.

– Z czym ty masz problem, do cholery?

– Ja? – Wskazuje na siebie kciukiem. – Posłuchaj, chłoptasiu, to ty masz tyle problemów, że zaraz pękniesz.

Nozdrza falują mi gniewnie, a prawa ręka zaciska się w pięść.

Problem tkwi w tobie.

I to nie jeden.

Żebyś tylko nikogo nie rozczarował.

Nikolai przenosi wzrok na moją dłoń i zaczyna bujać się na piętach jak dziecko, które czeka na gwiazdkowy prezent.

– I co teraz? Chcesz mnie uderzyć? Uważaj, bo jeszcze poplamisz sobie te śliczne rączki krwią.

Ogarnia mnie niepohamowana chęć, żeby zdzielić go prosto w twarz, ale stopniowo rozluźniam palce.

Nie uciekam się do przemocy. Nigdy.

Ten palant na pewno tego nie zmieni.

– Jednak nie? To ci pech – kwituje, a jego roziskrzone spojrzenie znika równie szybko, jak się pojawiło, więc teraz ponownie zerka na mnie oczami, które kojarzą się z czarną otchłanią.

Czerń na czerni. Czerń na…

Na chwilę zamykam powieki, by przegonić chaos kłębiący się w głowie. Kiedy je otwieram, dostrzegam, jak Nikolai wchodzi do części rezydencji, która wygląda jak dobudówka.

Nie zauważyłem jej, kiedy szliśmy w stronę budynku, bo ewidentnie byłem zbyt skupiony na tym dupku i jego nieprzewidywalnym zachowaniu, by zwracać uwagę na to, dokąd w ogóle zmierzamy.

Wbrew głosowi rozsądku wchodzę tuż za nim do środka. Z drugiej strony niespecjalnie mam inny wybór. Nikolai wie, gdzie jest Landon, a ja muszę się upewnić, że mojemu bratu nic nie grozi.

Wnętrze dobudowanego aneksu prezentuje się znacznie skromniej niż fasada rezydencji – jest czyste, niemal sterylne, choć tu i ówdzie na białych ścianach widać smugi brudu. Meble ograniczają się do skórzanej sofy i stolika pod ścianą, ale dostrzegam także drzwi, które chyba prowadzą do schowka.

Stoję przy wejściu, a Nikolai opada na sofę – ramiona rozrzuca na oparciu, nogi ma szeroko rozstawione, jakby był jednym z samców alfa przekonanych, że świat leży u ich stóp.

Kiedy przywołuje mnie palcem wskazującym, spod mojej maski dobiega warknięcie. Przecież ja nie warczę.

A także nie uciekam, nie wbijam nikomu łokci pod żebra ani nie krzyczę o pomoc – a jednak tego wieczoru zrobiłem to wszystko. I wszystko to za sprawą tego gnojka.

– Zrób to jeszcze raz, a złamię ci palec – grożę mu spokojnym tonem, z uśmiechem. Pewnie i tak go nie widzi, ale mam to gdzieś.

– W takim razie przywlecz tu swoje dupsko, jeśli chcesz zobaczyć brata żywego.

Napinam ramiona i ostrożnie podchodzę do niego, a każdy z kroków niesie się wokół nas głośnym echem.

Dopiero gdy znajduję się na odległość wyciągniętej ręki, zdaję sobie sprawę, że Nikolai zajmuje całą sofę, na której zmieściłyby się co najmniej trzy osoby.

Wciąż rozmyślam nad jego potężną posturą, gdy z moich ust wydobywa się jakiś dźwięk. Jest to zaskakujący, jakby nieco rozbawiony odgłos, który wydaje mi się zupełnie obcy.

Nie skupiam się jednak na tym, bo bardziej martwi mnie to, co wywołało moją reakcję: Nikolai chwycił mnie za nadgarstek, po czym pociągnął tak gwałtownie, że wylądowałem na nim, przycisnąłem się do jego klatki piersiowej, a nasze maski zderzyły się z donośnym stuknięciem.

Tym razem moje zmysły reagują znacznie silniej, gdy w jego dotąd przygaszonych oczach pojawia się ten głupi błysk.

– No, cześć. Miło, że w końcu postanowiłeś dołączyć do zabawy.

Tłumię przekleństwo i próbuję wstać. Niemniej Nikolai mi nie pozwala, w dodatku po chwili popełniam błąd i odwracam się do niego plecami.

Silne dłonie chwytają mnie bezwzględnie za biodra, a ja staram się powstrzymać to, co chce wyrwać mi się z gardła. Przekleństwo. Zdecydowanie jest to kolejne przekleństwo.

Nieważne, że tak naprawdę nie przeklinam.

Nikolai przyciąga mnie w dół, aż moje pośladki dotykają czegoś twardego. Jego ud.

Co, do…

W moich żyłach natychmiast pojawia się panika. Próbuję wstać, ale on przyciąga mnie z takim impetem, że moje ciało ponownie opada na niego.

– Przestań się, kurwa, wiercić, chyba że masz ochotę zająć się erekcją, którą mi właśnie fundujesz.

Szczęka mi opada… w przenośni, rzecz jasna. Dałbym wszystko, żeby móc w tej chwili zniknąć. Raz na zawsze.

Muszę wyrwać się z uścisku tego palanta, więc raz jeszcze próbuję się uwolnić. Zanim jednak choćby drgnę, obejmuje mnie ramieniem w pasie i przyciska otwartą dłoń do mojego brzucha.

– Ale ktoś tu ma kaloryfer.

– Przestań mnie macać i rzucać sprośnymi aluzjami – syczę pod nosem, wbijam palce w jego ramię i odpycham go. – Jestem hetero i nie interesują mnie te twoje zagrywki.

Wybucha śmiechem, a ten dźwięk rozbrzmiewa wokół jak posępna symfonia.

– Nie gadaj.

– Co to ma znaczyć, do cholery?

– Sam nie wiem. Może chodzi o to, że powiedziałeś: „sprośne aluzje”. Jak klasyczny grzeczny chłopiec.

– Słucham?

Cokolwiek zamierza powiedzieć, zagłuszają go głosy i kroki dobiegające z zewnątrz. Kiedy w drzwiach, których wcześniej nie zauważyłem, pojawia się Zielona Maska, natychmiast sztywnieję.

Szybko uświadamiam sobie, w jakiej sytuacji się znajduję, i czuję, jak nagle robi mi się gorąco. Siedzę na kolanach jakiegoś przypadkowego faceta.

Ja. Pieprzony Brandon King.

Jednak się nie ruszam, ponieważ nie chcę niepotrzebnie ściągać na siebie uwagi. Zresztą i tak mam na sobie maskę. Jeśli będę siedzieć bez ruchu, nie spojrzy na mnie ani mnie nie zauważy…

Szczęka prawie spada mi na podłogę, gdy przez drzwi wpada nie kto inny, tylko moja młodsza siostra, zdyszana i z zaróżowionymi policzkami. Glyn gapi się na mnie, a ja mam wrażenie, jakbym rozebrany do naga spadał z olbrzymiej wysokości bez żadnej asekuracji.

Pochylam głowę, następnie wbijam wzrok we własne stopy, a po chwili pochłania je ciemna, gęsta toń, która stopniowo pnie się w górę moich łydek i sięga aż do kolan.

Żylaste macki oplatają ciasno moje ciało, ściskając i wciągając mnie coraz głębiej, by w końcu pogrążyć mnie w bezdennej otchłani.

Niżej.

Niżej.

I jeszcze niżej…

– Już poszła – szepcze mi do ucha przerażający głos, na dźwięk którego wzdrygam się gwałtownie.

Atramentowa czerń powoli znika. Kiedy podnoszę głowę, widzę, jak Glyn w towarzystwie Zielonego znika za trzecimi drzwiami po lewej.

Staram się wypuścić powietrze, ale gardło mi się zatyka, ponieważ Nikolai zaczyna głaskać mnie po brzuchu.

Wprawdzie dzieli nas materiał koszuli, ale czuję, jakby szorował dłońmi po samej skórze, jakby chciał dostać się do kości. W dole brzucha wybucha żar, który błyskawicznie obejmuje całe moje ciało.

– Jaki odpowiedzialny brat. Najpierw przyszedłeś tu ze mną, bo wcisnąłem ci historię o Landonie, a teraz martwisz się o siostrę. Coś nas łączy. Podoba mi się to.

Kręci mi się w głowie – głównie od jego oddechu, który muska mi ucho, dłoni spoczywającej na moim brzuchu i twardych jak kamień ud pode mną.

Wtedy przypomina mi się coś, co rzucił przed chwilą, i mrużę oczy.

– Zmyśliłeś historię z Lanem?

– A jak inaczej miałbym cię tu ściągnąć? – odpowiada, wzruszając ramionami. – W sensie, na moje kolana.

W moim wnętrzu wybucha wulkan niepohamowanej wściekłości i mam ochotę przyłożyć mu w tę pierdoloną maskę.

Tak wielką, wielką ochotę.

Jednak nie robię tego. Bo nie jestem taki.

Cały swój gniew przelewam w odepchnięcie go, by móc wreszcie stanąć obok.

– Zabieraj ode mnie te swoje popaprane zagrywki. Najlepiej gdzieś bardzo daleko.

W jego oczach znów pojawia się ten błysk, ale zanim zdążę się zorientować, co kombinuje, przez drzwi, za którymi zniknęli Glyn i Zielony, wchodzi Jeremy. W rękach trzyma pomarańczową maskę i zakrwawiony kij do golfa.

Tylko Nikolai przewyższa go gabarytami, a także jeśli chodzi o podły wyraz twarzy. Ale o ile ten dupek za moimi plecami jest głośny, agresywny i zwyczajnie odpychający, Jeremy emanuje spokojem. To typ, który na pierwszy rzut oka wydaje się całkowicie opanowany, choć w rzeczywistości to psychol tego samego kalibru, co jego nawiedzony kompan.

Teraz marszczy czoło, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej – upuszcza kij na ziemię i przeczesuje palcami wilgotne włosy, które kleją mu się do karku.

– Jer! – woła Nikolai, który materializuje się obok mnie, po czym zarzuca mi ramię na barki, jakbyśmy byli starymi kumplami. – Poznaj numer osiemdziesiąt dziewięć. Zdaje się, że tylko on zdołał dotrzeć aż tutaj, więc zasługuje, by zasilić szeregi Heathens.

Jeremy unosi głowę i po raz pierwszy rozgląda się dookoła. Tak głęboko się zamyślił, że w ogóle nas nie zauważył.

Najpierw spogląda na Nikolaia z uniesionymi brwiami, po czym mruży oczy, przyglądając się ramieniu, którym obejmuje mnie jego przyjaciel.

Posyłam świrowi obok mordercze spojrzenie, z którego oczywiście nic sobie nie robi.

Jest na haju. Nie ma innego wytłumaczenia.

I pewnie dlatego uroił sobie, że brat bliźniak Lana – czyli jego największego wroga – powinien stać się członkiem ich ukochanego stowarzyszenia. Albo co gorsza, że ja sam mógłbym tego chcieć.

Skoro wiem już, że Lanowi nic nie grozi, nie muszę dłużej oglądać jego parszywej gęby.

Nie kryjąc pogardy, strącam jego rękę ze swojego ramienia, po czym odwracam się i wychodzę.

Nie – ja uciekam.

I biegnę przed siebie. Jak najdalej stąd.

Rozdział 3

Nikolai

Kolya junior nosił w sobie duszę poszukiwacza przygód od momentu, gdy w wieku zaledwie pięciu lat po raz pierwszy zrobił się twardy.

Było to tak rewelacyjne odkrycie, kiedy się zorientowałem, że mam sterczącego siusiaka, że aż piszczałem z uciechy. Następnie zacząłem biegać po całym domu, machając nim na wszystkie strony, i pokazywałem go każdemu, kogo spotkałem, wrzeszcząc:

– Patrzcie! Mam pistolet!

Tata pękał ze śmiechu. Natomiast mama wyglądała, jakby lada chwila miała albo zwymiotować, albo spontanicznie stanąć w płomieniach.

Złote czasy.

Przynajmniej dla mnie i taty. Zdecydowanie nie dla mamy, która starała się zasłonić oczy moim młodszym siostrom, bliźniaczkom, zaganiała je do ich pokoju, a potem kazała mi natychmiast schować ptaszka z powrotem do spodni.

Wydąłem wargi i mruknąłem nadąsany:

– Ale mój ptaszek bardzo lubi świeże powietrze.

Mama wzniosła wzrok ku niebu, pewnie modląc się do niewidzialnego starszego kolesia tam na górze, a kiedy to nie przyniosło efektu, skierowała spojrzenie na prawdziwego boga naszego życia, czyli na tatę.

Po tym, jak śmiał się do rozpuku – trzeba przyznać, że ma poczucie humoru na szóstkę – pomógł mi schować niezadowolonego Kolyę do spodni, ale i tak uważam, że mój fiut miał wszelkie prawo czuć się urażony, kiedy jego debiutancki występ został brutalnie przerwany.

Tata wyjaśnił mi, że tak naprawdę nie mogę używać ptaszka jako pistoletu. Przynajmniej jeszcze nie – jak już wspomniałem, potrafi śmiać się jak nikt inny – a potem dodał, że bieganie na golasa przy moich młodszych siostrach jest absolutnie zakazane.

Przy okazji wprowadził też tę debilną zasadę, że nie wolno mi cały czas paradować nago. Jebane reguły społeczne i tego typu pierdoły.

I tak oto oficjalnie narodził się Kolya Jr., w skrócie Kolya. Tak właśnie brzmi rosyjskie zdrobnienie mojego imienia, ale rzadko kto go używa. Jedynym wyjątkiem jest mój dziadek, prawdziwy Rosjanin z krwi i kości, którego krew zalewa, gdyż „Niko” rozgromiło konkurencję w walce o mój przydomek z przytłaczającą przewagą stu do jednego.

I nie, dziadek nie ma pojęcia, że Kolya to ksywka mojego kutasa, bo inaczej natychmiast odebrałby mi rosyjskie obywatelstwo. A to nie byłoby miłe, bo przecież bez wódki nie przeżyłbym ani jednego dnia.

W każdym razie od czasu tamtego incydentu z erekcją Kolya stał się najbardziej rozwiązłym i żądnym przygód fiutem, jakiego świat widział. Jego pomysłowość nie zna granic – co brzmi jak komplement, ale sprowadza się to do tego, że bez przerwy ma ochotę na rżnięcie Częścią jego rozbudowanego arsenału jest to, że łatwo go zadowolić. Jeśli podsunąć mu chętną dziurkę, zacznie tryskać szczęściem… i to dosłownie.

Wyobraźcie sobie więc moje zdumienie, kiedy dzisiaj postanowił mnie olać.

Zafundowałem wyjątkowo spragnionemu cielesnych rozkoszy Kolyi jego ulubione przysmaki. Wszystkie naraz.

Kutas i cipka? Kurwa, trudno bardziej trafić w dziesiątkę.

Po inicjacji wróciłem do rezydencji Heathens i wysłałem SMS-a do trzech kontaktów, żeby przyszli dopieścić Kolyę.

Odpisała cała trójka, ale co, kurwa, z tego? Czworokącik brzmiał obiecująco, więc kazałem im przyjechać, a oni się zjawili, w dodatku zaopatrzeni w zioło i alkohol, a jeden z nich w progu rozgryzał niebieską tabletkę.

Nie jestem pewien, czy tak powinno się ją podawać, jednak nie chciało mi się tym zawracać głowy, więc poczęstowałem go wódką, żeby viagra lepiej się… hmm… wchłaniała i tak dalej.

Nie pytajcie, skąd znam tych dwóch kolesi i laskę. Ona pewnie ze mną studiuje, ale znowu: tak naprawdę nie mam pojęcia, co tam się dzieje. Niby studiuję zarządzanie, ale odkąd trafiłem na uczelnię, niemal w ogóle nie bywam na zajęciach. Dopóki utrzymuję odpowiednią średnią – dzięki mojej niezawodnej pamięci – wszystkim to zwisa i powiewa. Łącznie ze mną.

A ci dwaj? Cholera wie. Przyciągam sporo uwagi… może to mieć związek z wymyślnym kolczykiem w kształcie krzyża, który Kolya nosi z dumą, a wielu klnie się na wszystkie świętości, że dzięki niemu trafili prosto do raju.

Albo do piekła. Co kto lubi.

Może również chodzi o to, że żadna prośba nie budzi we mnie sprzeciwu. Raz jakaś laska poprosiła: „Zaciśnij mocno ręce na mojej szyi, tatuśku” i potem prawie ją zabiłem. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że nie sprecyzowała, jak mocno mam ją dusić, więc dałem się ponieść chwili… a owa chwila oznaczała maksymalną dawkę brutalności. Niemniej bardzo jej się podobało i nawet wróciła po dokładkę.

Innego razu napisał do mnie jakiś koleś: „Szukasz wycieraczki? Bo możesz mnie deptać codziennie, a potem się wypnę i weźmiesz mnie, jak chcesz”. Tak też zrobiłem. No co? Sam się prosił, a potem wytrysnął na wszystkie ściany – poważnie. Na koniec faktycznie odwrócił się do mnie tyłkiem, żebym i ja mógł skończyć.

Świetnie się bawiłem.

Tyle że ostatnia noc nie miała nic wspólnego z zabawą.

Powiem więcej: była jej dokładnym zaprzeczeniem. Co gorsza, zdaje się, że coś mi się poprzestawiało w mózgu.

Miałem do dyspozycji trójkę seksownych ludzi, a jednak Kolya zgrywał niedostępnego jak jakiś pieprzony prawiczek. Którym przecież nie jest.

Po raz pierwszy w życiu nie byłem w stanie dojść. Nawet gdy proponowali mi usta, dziurki i całą resztę. Mało tego: nie miałem nawet ochoty uwolnić Kolyi z jego znienawidzonego więzienia, czyli ze spodni.

Wkrótce zupełnie o mnie zapomnieli i zajęli się sobą, a ja przysiadłem na schodach, popijałem starą dobrą wódkę z gwinta i patrzyłem. A przed oczami miałem wręcz epicki trójkącik – zaczęło się od całowania, małego obciąganka tu i tam, potem chłopaki pieprzyły dziewczynę na dwa baty i zerżnęli ją w kosmos, aż niemal straciła przytomność. W pewnym momencie odsunęli się od niej, ale typ po viagrze najwyraźniej nie miał dość, więc kazał się wypiąć temu drugiemu, zerżnął go, a potem skończył w jego tyłku. A przynajmniej tak mi się zdaje, bo właśnie w tamtym momencie zasnąłem.

U podnóża schodów.

Jeśli nie można tego uznać za dowód tego, w jak opłakanym stanie znalazł się Kolya, to już sam nie wiem.

Nie chodzi o to, że zasnąłem pod schodami, bo, kurwa, przysięgam, że potrafię spać wyłącznie na czymś, co nie jest łóżkiem. To nieodłączna część mojego popieprzonego umysłu.

Chodzi o to, że do nich nie dołączyłem. Zwykle wkroczyłbym do akcji bez chwili wahania, wyzwalając w każdym tę niesamowitą queerową energię. Nie bez powodu ludzie zawsze są chętni, kiedy wysyłam im wiadomość. Jestem gwarantowanym źródłem dzikich, wyuzdanych uciech.

Poprzedniej nocy jednak nie tylko nie zaliczyłem ani jednej dziurki, ale zwyczajnie się nudziłem.

Pozostałem totalnie i bezgranicznie obojętny.

Zupełnie jak dzisiaj, kiedy jedna z wykładowczyń miała zamiar zrobić mi loda. Gorąca dupcia, o soczystych ustach i innych seksownych atutach.

Kapryśny Kolya był niemal twardy, ale jakoś się nie palił, by znaleźć się w pobliżu jej ust.

No i chuj bombki strzelił.

Po zajęciach wracam do rezydencji, zatrzymuję się w holu, ściągam koszulkę przez głowę i ciskam ją na podłogę. Naszyjnik, który podarował mi tata, kołysze się swobodnie – gładzę nabój zwisający z łańcuszka, a potem pozwalam mu opaść na nagą klatkę piersiową.

No, od razu lepiej.

Ludzie powinni się cieszyć, że w ogóle noszę spodnie. Całe to zasrane pruderyjne społeczeństwo mogłoby wreszcie zluzować gacie. Mam piękne ciało i wolę je eksponować, zamiast chować się pod kolejnymi warstwami ciuchów. To samo dotyczy mojego zabójczego kutasa. Zazwyczaj jestem cholernie dumny z rozmiarów Kolyi i jego wydajności na poziomie gwiazdy porno, ale nie dzisiaj.

Mrużę oczy, wpatrując się w lekką wypukłość za rozporkiem.

– Co ty odpierdalasz, skurwielu?

Może coś mu się stało od tego całego rżnięcia? Nie. Absolutnie nie. Pieprzenie tylko go napędza. Dlatego nie ma nic przeciwko żadnej dziurce. Po co się ograniczać i tak dalej.

Może powinienem jeszcze bardziej poszerzyć horyzonty… Pozostaje pytanie: z kim? Przeleciałem już dosłownie wszystko, co nie uciekało na drzewo.

Dobra, muszę się porządnie zastanowić.

Co mogło sprawić, że Kolya nagle stracił zainteresowanie? Utknął w jakiejś dziwnej fazie, w której niemal robi się twardy, ale nigdy nie do końca.

Wczoraj rano spuściłem się na tyłek i cipkę… a może na dwa zestawy tyłków i cipkę? W każdym razie byłem wtedy trochę na haju, więc kto ich tam wie.

Jedno jest pewne: Kolya był mega nakręcony i nie mógł się doczekać wieczornej imprezy, czyli inicjacji. Pobicie ludzi niemal na śmierć? Trzymanie w garści ich nędznej, nic nieznaczącej egzystencji?

Był wręcz zajebiście podjarany.

Kolyi zdecydowanie nic wtedy nie dolegało, wręcz czuł się panem świata, a poza tym zaliczył najlepszą noc swojego kutasowego życia, zwłaszcza kiedy…

Kiedy przez krocze przebiega mi dreszcz, natychmiast staję jak wryty.

Czuł się lepiej niż kiedykolwiek, gdy…

Oporny, sztywny jak kołek paniczyk ocierał się o niego swoim jędrnym tyłkiem.

– O nie. – Spoglądam gniewnie na spodnie. – I chuj ci w dupę, pieprzony skurwielu.

Znów drga, jakby chciał powiedzieć: „O tak, kurwa”.

– A tobie, kurwa, co? Na masochizm cię wzięło? Przecież powiedział, że jest hetero. Kazał ci trzymać swoje wyuzdane zachcianki z dala od niego, jakby stanowiły dla niego osobistą zniewagę.

Oczywiście mój fiut nie pojmuje, o co chodzi, bo ma moralność na poziomie zużytego kondoma, więc teraz stoi na baczność jak chętny do odpowiedzi kujon z pierwszej ławki.

– Stary, weź się, kurwa, zbadaj. Najlepiej od razu idź do egzorcysty, żeby wyciągnął z ciebie demony i całą resztę syfu.

Teraz, jak się nad tym zastanawiam, kiedy zasypiałem, wcale nie miałem przed oczami gorącego trójkąta, lecz ruch przepięknego jabłka Adama, gdy Brandon wzdrygnął się, szarpnął i z trudem przełknął ślinę.

Kurwa jego pierdolona mać.

Kolya jest teraz napalony i gotowy do akcji. Może jeśli zaproponuję mu figle z tą samą trójką, co wczorajszej nocy…

Gdy tylko ten pomysł kiełkuje mi w głowie, mój nabrzmiały towarzysz błyskawicznie kapituluje – mam nadzieję, że jego stwórca będzie smażył się w piekle. A przecież to ja. To ja go stworzyłem.

– Spierdalaj, skurwielu – mamroczę.

Nie pieprzę się z kolesiami hetero.

Taką mam zasadę.

Wielu z nich nie dość, że ma cherlawe ego, to jeszcze tworzą wokół siebie ten vibe macho, który mnie zdrowo wkurwia i podsyca mój popęd do gwałtownej, niepohamowanej przemocy. Zdecydowanie wolę towarzystwo queerów, którzy dobrze czują się ze swoją seksualnością, tak jak ja, dziękuję uprzejmie.

Jedyny moment, w którym zbliżam się do heteroseksualnego faceta, to gdy okazuje się zbłąkaną owieczką, która chce poeksperymentować w łóżku w różnych konfiguracjach. Wtedy moją misją jest wziąć go prosto do nieba. Jak anioł proroka… nie pytajcie mnie, jak miał na imię, bo często nie pamiętam, jak sam się nazywam.

W każdym razie Brandon King w najmniejszym stopniu mnie nie interesuje.

Jest zbyt sztywny i zamknięty w sobie, a przy tym oschły i arogancki. Sama jego obecność powinna fundować mi chroniczne zaburzenia erekcji.

Jezu, kurwa, Chryste.

Ten chłopaczek z wyższych sfer pilnie potrzebuje tabletki na uspokojenie. Albo najlepiej kilku. A właściwie ktoś powinien wsadzić mu całą butelkę do gardła i przypilnować, żeby się udławił.

Pieprzyć jego: „Jestem hetero i nie interesują mnie te twoje zagrywki”. Gówno prawda.

Prawie podskakiwał na moim twardym kutasie i tak wspaniale się prezentował na moich kolanach, podczas gdy ja przez całe pięć minut zmagałem się z pokaźnych rozmiarów erekcją. Nie żebym patrzył na zegarek, czy coś.

A może jednak patrzyłem. Żeby udowodnić jego teorię.

W dupę sobie może wsadzić takie hetero. Uwaga: gra słów jak najbardziej zamierzona.

Powinienem wspomnieć, że w tym czasie minęła nas jego siostra i prawie mu odbiło, co zapewne tłumaczy, czemu tak długo tkwił na mnie w bezruchu, ale to już szczegół.

Mam gdzieś jego heroiczną walkę o heteroseksualność. Może się pierdolić, jeśli chcesz poznać moje zdanie.

Zaprosiłem go na inicjację wyłącznie po to, żeby wkurzyć jego brata bliźniaka – dupka do kwadratu, który stoi na czele tych wymuskanych snobów z Elites i myśli, że może się z nami mierzyć.

Kilka nocy temu Landon i ja spotkaliśmy się w jednej z moich ulubionych miejscówek na wyspie: w klubie, gdzie odbywają się nielegalne walki. Maksymalnie się nakręciłem, że w końcu obiję mordę temu Angolowi na oczach jego wielbicieli.

A potem pojawił się Brandon i stał tam niczym szlachetniejsza wersja swojego brata.

Muszę przyznać, że rzeczywiście się rozproszyłem, kiedy wydawał się cholernie przejęty perspektywą, że zaraz zatłukę Landona na śmierć. Kolya też podziwiał i doceniał widoki.

Bo Brandon jest cholernie pociągający. I wcale nie przypomina swojego pyszałkowatego, nadętego brata.

Brandon nie lubi rzucać się w oczy i ubiera się jak prawdziwy grzeczny chłopiec.

Ma gładkie brązowe włosy, zadbaną twarz, a do tego wysoką i szczupłą, ale umięśnioną sylwetkę. Tak, nie dajcie się zwieść eleganckim ciuchom, ten facet naprawdę ma kaloryfer. Wszystkie sześć kratek. Policzyłem je wczoraj, bo akurat nie miałem czym zająć rąk. Wolałbym, żeby moje palce podążały nieco przyjemniejszą ścieżką, ale wątpię, by rozdrażniony Brandon był tym zachwycony.

W każdym razie…

Przestań się rozpraszać. Skup się. Serio.

Prawie przegrałem tamtą walkę, kiedy pojawił się Brandon. Na marginesie dodam, że zazwyczaj, kiedy jestem na ringu, nie rozpraszam się z byle powodu.

Więc siłą rzeczy musiałem mu się zrewanżować, skoro on ośmielił się wmieszać w moje sprawy. Akurat zbliżała się inicjacja, więc nie mogłem przepuścić takiej okazji.

Skoro tak bardzo przejął się wtedy losem swojego durnego brata, wymyśliłem całą historyjkę o jego udziale w ceremonii. Szczerze? Strzelałem na oślep. Byłem przekonany, że Brandon się na to nie nabierze, bo to straszny bufon, który patrzy z góry na takich jak ja.

Wyobrażacie sobie więc mój szok, gdy dał się podejść jak klasyczna owieczka prowadzona na rzeź?

Naturalnie owieczka hetero.

Nie spodziewałem się u niego tej subtelnej zadziorności ani przebłysków uległości, które wyzierały spod żelaznej samokontroli, którą nosi jak zbroję.

Z pozoru może wydawać się zbyt nudny i przemądrzały – krótko mówiąc, przydałoby mu się trochę dragów, żeby zluzował poślady. Może dzięki odpowiedniej działce udałoby się nieco rozruszać tego upartego palanta.

Coś jednak się zmieniło, gdy znalazł się pod presją… Przez ciało przeszedł mu dreszcz, a on mozolnie walczył o to, żeby utrzymać maskę – dosłownie i w przenośni.

Fiut podryguje mi w spodniach na samo wspomnienie, gdy Brandon siedział nieruchomy jak posąg na moich kolanach. Chyba mu to umknęło, ale trzymał obie dłonie płasko na udach, niczym dobrze ułożony młodzieniec z porządnego domu. Potem jednak wyszedł, zanim zdążyłem przekonać resztę, żebyśmy przyjęli go do Heathens. Pewnie i tak by się nie zgodzili, a Jeremy wyglądał, jakby miał zaraz dostać kurwicy, gdy się dowiedział, kto wtedy krył się za maską, ale trudno. Chciałem się tylko trochę zabawić.

Może nawet wykorzystać go przeciwko bratu, gdyby nadarzyła się taka sposobność.

Albo przy okazji wywrócić do góry nogami jego wyobrażenia o własnej orientacji. Rzadko zaprzątam sobie głowę frajerami ukrywającymi się pod szyldem hetero, ale w tym przypadku aż szkoda byłoby odpuścić.

Krew napływa mi do krocza, więc burczę pod nosem:

– Idź w chuj, pierdolcu. Powinieneś się leczyć.

– Sam powinieneś się leczyć, Niko – odzywa się mój kuzyn Killian, który właśnie mnie mija w towarzystwie swojego brata Garetha i mojego najlepszego kumpla, Jeremy’ego.

Pewnie skończyli zajęcia i wrócili razem, co zapewne też powinienem był zrobić.

No cóż, najwyraźniej zapomniałem.

Jeremy zatrzymuje się tuż przy mnie. Jest ode mnie odrobinę niższy, ale tylko trochę gorzej zbudowany. Jestem parę lat młodszy, ale odkąd pamiętam, to on jest moim najlepszym przyjacielem. Choć może musiałem go do tego odpowiednio przekonać.

Odgarnia ciemne włosy z twarzy i mruży oczy.

– Niko, powiedz mi, że nie rozmawiałeś przed chwilą z niewidzialnymi ludźmi.

– Oczywiście, że nie. Prowadziłem niezwykle frapującą rozmowę z moim kutasem.

– Jeszcze gorzej. – Gareth szturcha mnie w ramię i parska śmiechem.

Mój starszy kuzyn to dwudziestoletni książę naszej małej bandy zjebów. Nosi gładko zaczesane blond włosy, ma ostrą linię szczęki, zielone oczy jak u jakiegoś elfa i pierdolone dołeczki. W jego przypadku problem polega na tym, że takich mądrali jak on powinno się trzymać w zamknięciu. Zresztą moim skromnym zdaniem jest odrobinę nudny.

Za to stanowi zupełne przeciwieństwo swojego młodszego brata, Killa, który jest w moim wieku i ma ciemne włosy, przenikliwe niebieskie oczy oraz osobowość seryjnego mordercy. Mój ulubiony typ. Im bardziej szurnięty, tym lepiej.

Owszem, palant, ale przynajmniej nie próbuje podcinać mi skrzydeł, kiedy mam ochotę na odrobinę chaosu. W sprzyjających okolicznościach wręcz mnie popiera i mi kibicuje.

– A po co w ogóle rozmawiałeś ze swoim fiutem? – pyta Jeremy z miną człowieka zaciekawionego i zarazem przerażonego. Co, jeśli chodzi o mnie, jest właściwie normalną reakcją.

– Nie zgadzamy się w pewnej kwestii. Ale prędzej czy później się dogadamy.

– Albo możesz po prostu zająć się problemami z erekcją, o których gadaliśmy wcześniej. Mogę cię umówić z jedną z moich profesorek w szpitalu – rzuca Kill, przechodząc obok mnie, po czym leniwie rozsiada się na sofie z uśmiechem skurwiela, któremu zaraz powybijam te bielutkie ząbki jak z reklamy pasty Colgate.

– Jeśli chcesz znowu zobaczyć mojego kutasa, wystarczy poprosić – odgryzam się, chwytając za pasek. To jest bitwa, której nie zamierzam przegrać.

Gareth natychmiast przykrywa moją dłoń, a na jego twarzy maluje mu się wyraz czystej grozy.

– Nie pokazuj nam swojego fiuta, Niko. Serio, czemu czujesz potrzebę rozbierania się za każdym razem, gdy ktoś wspomni o twoim przyrodzeniu? Ja pierdolę, przecież jesteśmy kuzynami.

– No cóż, twój brat bez przerwy opowiada o zaburzeniach erekcji, więc chcę mu udowodnić, że ten problem mnie nie dotyczy.

– Wierzymy ci na słowo – warczy Jeremy wyraźnie zniesmaczony. – Trzymaj go w portkach. Żaden z nas nie ma ochoty na takie widoki.

– Ja mu nie wierzę – oznajmia Kill ze wzruszeniem ramion, kręcąc pilotem w palcach.

– Kill! – syczy Gareth. – Przestań go prowokować, bo będzie latał na golasa przez kilka następnych dni.

– Świetny pomysł – potwierdzam, pstrykając palcami. – Aleś ty mądry, Gaz.

– Błagam, nie – odpowiada, a na jego twarzy maluje się autentyczna udręka.