Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 367 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdzie jest Julia - Julia Raczko

Julia czerpała z życia pełnymi garściami. Kariera w telewizji, cudowni przyjaciele i rodzina, możliwości, których niejeden mógłby pozazdrościć… Jednak ona sprzedała wszystko, co miała, spakowała się w dziesięciokilogramowy plecak i wyjechała w samotną podróż dookoła świata.

W trakcie tej wyprawy poznaje samą siebie. Nawiązuje niezwykłe przyjaźnie. Obserwuje ludzi. Smakuje świat. Popełnia błędy. Uczy się. Płacze. Zakochuje się. I nigdy nie wraca.

 

A co jeśli musisz rzucić wszystko, żeby odnaleźć szczęście na drugim końcu świata?

 

 

Być w podróży dookoła świata brzmi dumnie. Nie każdy ma odwagę, żeby wyruszyć, a potem talent, żeby o swojej przygodzie opowiedzieć mądrze. Julii udało się jedno i drugie.

Jarosław Kuźniar

 

Bilet dookoła świata odmienił całe życie Julii…

Dzięki tej książce poznasz najpiękniejsze i najciekawsze miejsca widziane jej oczami. A może zainspirujesz się i jak ona postawisz na jedną kartę?

Jessica Mercedes

Opinie o ebooku Gdzie jest Julia - Julia Raczko

Fragment ebooka Gdzie jest Julia - Julia Raczko

Copyright © by Julia Raczko

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu. Redakcja dokonała wszelkich starań, by skontaktować się z osobami, których wizerunek został przedstawiony na zdjęciach.

Tytuł: Gdzie jest Julia?

Autor: Julia Raczko

Inicjowanie projektu: Magda Mazur

Redakcja: Małgorzata Taczanowska

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Projekt graficzny okładki: Aga Kozmic

Skład i projekt makiety: Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

Zdjęcie na okładce: Aga Kozmic

Pozostałe zdjęcia:

Julia Raczko: s. 321–336

Shutterstock: s. 7, 12, 33, 46, 53, 62, 77, 83, 91, 94, 96, 104, 112, 120, 140, 160, 176, 184, 190, 198, 205, 214, 222, 237, 257, 266, 278, (Ecelop); 136, 153, 309 (A Aleksii)

Dominik Trzebiński Du Châteaux: s. 125

Creatable: s. 9, 27, 28, 32, 42, 52, 61, 66, 76, 82, 90, 93, 95, 103,108, 119, 124, 135, 139, 146, 152, 156, 171, 183, 185, 197, 198, 204, 213, 217, 236, 256, 262, 277, 287, 288, 290, 293 (Palau)

Redaktor prowadząca: Angelika Ogrocka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015ISBN 978-83-7642-829-1

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Bo są ludzie, których trzeba spotkać, i miejsca, które można zobaczyć…

Początek

Zer­ka­łam na nich przez uchy­lo­ne okno. Sie­dzie­li we dwóch, za­ga­da­ni jak naj­lep­si kum­ple. Nie wiem, o czym roz­ma­wia­li, bo szcze­bio­czą­ce pa­pu­gi i szum pal­mo­wych li­ści na de­li­kat­nym wie­trze sku­tecz­nie za­głu­sza­ły dia­log. Zresz­tą, nie sło­wa były tu waż­ne, na­wet nie chcia­łam snuć do­my­słów, o czym to­czy się dys­ku­sja. Wo­la­łam pa­trzeć – na dwóch fa­ce­tów mo­je­go ży­cia.

To był 2 maja 2015 roku, dzień waż­ny dla mnie przy­naj­mniej z trzech po­wo­dów…

Rano obu­dzi­łam się o rok star­sza. To moje trzy­dzie­ste uro­dzi­ny. Chy­ba sym­bo­licz­ne dla każ­de­go, kto prze­kra­cza ten ma­gicz­ny me­try­kal­ny punkt. Prze­ży­wa­łam, gdyż wcze­śniej zda­wa­ło mi się, że trzy­dzie­sto­lat­ko­wie są już „tacy sta­rzy.” Te­raz sama sta­łam się trzy­dzie­sto­lat­ką. Choć już od dłuż­sze­go cza­su ob­ser­wo­wa­łam do­kład­nie swo­ją twarz przy moc­niej­szym świe­tle – nie do­strze­głam żad­nych zmarsz­czek. Nie mia­łam też: męża, dzie­ci, sta­bil­nej pra­cy i upo­rząd­ko­wa­ne­go ży­cia – tego wszyst­kie­go, co ste­reo­ty­po­wo ko­ja­rzy­ło mi się do­tych­czas z „tym” wie­kiem.

Kil­ka lat temu od­rzu­ci­łam spo­koj­ne ży­cie w imię przy­go­dy. Zo­sta­wi­łam wszyst­ko, co mia­łam i bar­dzo lu­bi­łam, żeby zro­bić coś, co wcze­śniej spe­cjal­nie mnie nie in­te­re­so­wa­ło – po­dró­żo­wać. Sama nie wiem dla­cze­go, skąd przy­szedł ten im­puls. Może szu­ka­łam dziu­ry w ca­łym, a może in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi, żeby pod­dać się pró­bie i zre­ali­zo­wać jed­nak ten sza­lo­ny po­mysł, któ­ry po­ja­wił się zni­kąd? Do dziś za­sta­na­wiam się, co wy­gna­ło mnie w świat. Nie chcia­łam so­bie ni­cze­go udo­wad­niać, a tym bar­dziej ni­ko­mu in­ne­mu, nie mia­łam też przed czym ucie­kać ani nie chcia­łam ni­cze­go szu­kać… Być może by­łam zmę­czo­na tą ru­ty­ną, w któ­rą, chcąc nie chcąc, wpa­da każ­dy z nas i cią­gnę­ło mnie, żeby zła­pać haust in­ne­go po­wie­trza? Po­wie­trza nie­za­nie­czysz­czo­ne­go nudą co­dzien­no­ści?

– Wpa­dłam na po­mysł, żeby wy­je­chać na kil­ka mie­się­cy...

– Jedź – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko Mał­go­sia, przy­ja­ciół­ka z pra­cy, któ­ra ob­je­cha­ła już chy­ba pół świa­ta. – Jedź – po­wtó­rzy­ła bez se­kun­dy za­sta­no­wie­nia, nie da­jąc mi na­wet do­koń­czyć zda­nia. – Po­dró­że zmie­nia­ją nas na lep­sze. Jedź – po­znasz i po­ko­chasz lu­dzi. Jedź, je­że­li czu­jesz taką po­trze­bę. Wró­cisz do tego… – Sie­dzia­ły­śmy w prze­rwie mię­dzy zdję­cia­mi, po­pi­ja­jąc kawę, a wszy­scy wo­kół nas gdzieś pę­dzi­li. Za­raz za­czy­nał się pro­gram na żywo, też mu­sia­ły­śmy wpaść w ten wir.

Nie­dłu­go po­tem od­kry­łam, że ist­nie­je coś ta­kie­go jak bi­let do­oko­ła świa­ta. Da­lej wszyst­ko po­to­czy­ło się jak śnież­na kula – oszczę­dza­nie, przy­go­to­wa­nia, po­że­gna­nia. Wy­je­cha­łam rok póź­niej, jako to­tal­ny po­dróż­ni­czy żół­to­dziób.

Wy­je­cha­łam w po­dróż do­oko­ła świa­ta. I ni­g­dy z niej nie wró­ci­łam.

2 maja 2015 roku mi­ja­ły do­kład­nie dwa lata, od­kąd prze­pro­wa­dzi­łam się do Au­stra­lii. To tu­taj był te­raz mój dom i moja co­dzien­ność, cho­ciaż nie taki był plan. Nie za­mie­rza­łam znik­nąć na sta­łe. Po sze­ściu mie­sią­cach mia­łam wró­cić do mo­je­go war­szaw­skie­go ży­cia, któ­re prze­cież tyl­ko za­wie­si­łam...

Jed­nak sta­ło się ina­czej. Zbieg oko­licz­no­ści, przy­pad­ków oraz suma pod­ję­tych prze­ze mnie de­cy­zji za­pro­wa­dzi­ły mnie do Bris­ba­ne – au­stra­lij­skie­go mia­sta, któ­re­go na­wet nie było na tra­sie mo­jej po­dró­ży. Tu­taj po­zna­łam czło­wie­ka, z któ­rym piję po­ran­ną kawę, spa­ce­ru­ję nad oce­anem i roz­bi­jam na­miot na środ­ku pu­sty­ni pod nie­bem peł­nym gwiazd… Szczę­śli­wy traf po­sta­wił na mo­jej dro­dze chło­pa­ka, któ­ry po­da­je mi rękę, gdy po­ty­kam się o mały ka­myk i ła­pie mnie, gdy spa­dam ze scho­dów (przy­naj­mniej się sta­ra). Los po­da­ro­wał mi oso­bę, dla któ­rej na­uczy­łam się ro­bić pie­ro­gi. Po trzy­dzie­stu la­tach!

To on jest jed­nym z tych męż­czyzn, któ­rzy sie­dzie­li na ta­ra­sie. Dru­gi, to mój tata.

2 maja 2015 roku jest taki waż­ny też z tego po­wo­du, że on tu był. Po­fa­ty­go­wał się na dru­gi ko­niec świa­ta (bie­da­czek, tak bar­dzo nie lubi la­tać), żeby zo­ba­czyć mój nowy dom i tę moją co­dzien­ność. Cze­ka­łam na jego wi­zy­tę nie­cier­pli­wie, ale też tro­chę się ba­łam, gdyż przy­jazd ojca to tyle, co po­sta­wie­nie krop­ki nad i dla mo­je­go no­we­go ży­cia. To za­ak­cep­to­wa­nie przez ro­dzi­nę mo­jej de­cy­zji.

Zer­ka­łam na nich dłu­go przez to okno, wzru­szo­na i szczę­śli­wa. Oni też byli za­do­wo­le­ni.

Pod­czas po­dró­ży do­oko­ła świa­ta pro­wa­dzi­łam blog, któ­ry po­zwo­lił mi za­trzy­mać wspo­mnie­nia. Wspo­mnie­nia, któ­ry­mi chcę się z Wami po­dzie­lić.

Tajlandia

Bangkok

Nabu­zo­wa­ne wil­go­cią po­wie­trze wa­li­ło w szy­bę, a po­tęż­ne kro­ple desz­czu w bla­sza­ny dach. Bez­czyn­nie ga­pi­łam się w su­fit, cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż ten mały frag­ment tyn­ku w ko­lo­rze wy­bla­kłe­go różu spad­nie mi na nos. Nie chciał. Od dwóch go­dzin le­ża­łam nie­ru­cho­mo, ści­śnię­ta pa­sem, w któ­rym scho­wa­ne były wszyst­kie war­to­ścio­we rze­czy, i prze­ra­żo­na każ­dym skrzyp­nię­ciem pod­ło­gi na ko­ry­ta­rzu py­ta­łam sie­bie w my­ślach: „Po co mi to było?”. Cze­ka­łam. Aż prze­sta­nie pa­dać i aż ten prze­klę­ty tynk w koń­cu się ode­rwie. Wie­dzia­łam, że prę­dzej czy póź­niej to na­stą­pi. Mu­sia­ło, bo w tym ob­skur­nym po­ko­ju wszyst­ko w koń­cu mu­sia­ło od­paść.

Chod­ni­ka­mi Bang­ko­ku pły­nę­ła rze­ka. Ciem­ne chmu­ry wi­sia­ły nad mia­stem, zmie­nia­jąc porę dnia w póź­ne po­po­łu­dnie.

– Thai mas­sa­ge? – sły­szę, gdy tyl­ko prze­kra­czam próg drzwi ho­ste­lu.

Nie zdą­ży­łam jesz­cze od­po­wie­dzieć, kie­dy drob­na dziew­czy­na za­da­ła to py­ta­nie po raz ko­lej­ny, na­da­jąc jak ka­ta­ryn­ka. Na­tych­miast za­czę­ły jej grzecz­nie wtó­ro­wać są­siad­ki.

– Tuk tuk, miss – do chó­ru do­łą­czy­ły mę­skie gło­sy miej­sco­wych kie­row­ców.

– Whe­re are you from? – spy­tał mło­dy chło­pak, przy­spie­sza­jąc za mną kro­ku.

Przy­spie­szy­łam i ja. Ze wzro­kiem wle­pio­nym w zie­mię, szłam w rytm trą­bią­cych aut.

– Taxi? Taxi? – szep­nął fa­cet z ró­żo­wej tak­sów­ki, gdy sta­łam przy przej­ściu, ale za­nim za­re­ago­wa­łam, wcią­gnął mnie tłum. Tłum szyb­kich jak mrów­ki pie­szych.

Na wą­skim chod­ni­ku sprze­daw­cy od­kry­wa­li scho­wa­ne pod fo­lią stra­ga­ny peł­ne wszyst­kie­go. Ktoś się spie­szył, a ktoś nie spie­szył się wca­le. Zgar­bio­na sta­rusz­ka zgar­nia­ła mio­tłą wodę sprzed swo­je­go kra­mu. Jej wnu­czek (tak mi się wy­da­je, że to był wnu­czek) pod­ska­ki­wał do nie­ba, na pew­no w ja­kimś celu. Nie wiem, w ja­kim. Kie­row­cy se­tek sku­te­rów zrzu­ca­li pe­le­ry­ny pod­czas jaz­dy. Sprze­daw­cy pa­ra­so­li zni­ka­li za ro­giem. Za­grzmia­ło na do wi­dze­nia. Szłam da­lej, wciąż ści­śnię­ta pa­sem z do­ku­men­ta­mi, kur­czo­wo trzy­ma­jąc ple­cak i roz­glą­da­jąc się ner­wo­wo.

Na pro­gu Khao Sanu, naj­bar­dziej zna­nej back­pac­ker­skiej uli­cy świa­ta, przy­wi­tał mnie smród wczo­raj­sze­go piwa i dzi­siej­sze­go kaca. Z co dru­gie­go baru do­cho­dzi­ła gło­śna mu­zy­ka wy­mie­sza­na z okrzy­ka­mi tu­ry­stów. Tu­ry­stów z ca­łe­go świa­ta, któ­rzy czu­li się tu świet­nie. A wśród nich ja – nie­opie­rzo­ny pi­sklak wśród ko­lo­ro­wych pa­pug, któ­ry za­sta­na­wiał się, o co tyle szu­mu. O ko­lo­ro­we szyl­dy, wśród któ­rych wy­róż­niał się McDo­nald? O pod­ko­szul­ki z na­pi­sem „I love Bang­kok”? O lo­kal­ne piwo ze sło­niem na ety­kie­cie?

„Cześć, Ja­nek. Je­stem. Do­le­cia­łam dzi­siaj rano, za­trzy­ma­łam się za­raz na rów­no­le­głej do Khao Sanu. Spo­tka­my się?” – na­pi­sa­łam do ko­le­gi, któ­ry miesz­ka w Bang­ko­ku od ośmiu lat.

Szyb­ko doj­rza­łam go w tłu­mie. Trud­no zresz­tą by­ło­by nie za­uwa­żyć dwu­me­tro­we­go blon­dy­na wśród in­nych prze­chod­niów, się­ga­ją­cych mu pod pa­chę. Przy­wi­ta­li­śmy się jak bli­scy przy­ja­cie­le, mimo że ostat­nio wi­dzie­li­śmy się chy­ba na ogni­sku u są­siad­ki, gdy by­li­śmy na­sto­lat­ka­mi. Pa­mię­tam, że grał na gi­ta­rze i miał wło­sy za ra­mio­na. Od tam­tej pory nie mie­li­śmy kon­tak­tu. O tym, że prze­pro­wa­dził się do Taj­lan­dii, po­wie­dzia­ła mi kil­ka ty­go­dni temu szwa­gier­ka mo­jej przy­ja­ciół­ki, któ­rą wi­dzia­łam może pią­ty raz w ży­ciu. Przy­pa­dek?

Usie­dli­śmy przy zim­nym pi­wie (tym ze sło­niem na ety­kie­cie i w jed­nym z tych gło­śnych ba­rów) w to­wa­rzy­stwie jego uro­czej dziew­czy­ny, Kai, jej kum­pe­li oraz dwóch pol­skich ko­le­gów emi­gran­tów.

Bangkok w godzinach szczytu

Fragment z dziennika

Bangkok, Tajlandia. 2. dzień podróży dookoła świata

Cze­go do­wie­dzia­łam się o tej uli­cy, czy­li sław­nej Khao San Road? Że Ja­nek i jego zna­jo­mi lu­bią tu przy­cho­dzić, bo jest wa­ka­cyj­ny kli­mat. Lu­dzie są wy­lu­zo­wa­ni i cho­dzą w klap­kach. Jest ta­nio, ale nie ma tu praw­dzi­we­go taj­skie­go je­dze­nia. No, chy­ba że się pój­dzie do ja­kiejś dro­giej knaj­py. Tam ser­wu­ją naj­lep­sze! Wku­rza­ją ich tu­ry­ści, któ­rzy nie wia­do­mo cze­mu chcą się wto­pić w tłum i cho­dzą w pum­pia­stych spodniach, a do tego na bo­sa­ka. Po­wie­dzie­li, że lu­bią Bang­kok, bo tu lu­dzie są uśmiech­nię­ci i spę­dza­ją kre­atyw­nie czas. Ich zda­niem w Bang­ko­ku żyje się le­piej. Ła­twiej za­ra­biać więk­szą kasę; nie trze­ba dużo od­da­wać pań­stwu. A ko­rup­cja wca­le ich nie wku­rza. Uwa­ża­ją, że Bang­kok nie bę­dzie pew­nie ni­g­dy ko­lej­ną Ir­lan­dią, ale na pew­no może być miej­scem, w któ­rym ży­cie roz­po­czy­na się na nowo. Roz­ma­wia­li­śmy też o kró­lu. Po­wie­dzie­li, że mu­szę go po­znać.

Na spo­tka­nie z kró­lem wy­ru­szy­li­śmy w szóst­kę pię­cio­oso­bo­wym sa­mo­cho­dem Kai, po­ko­nu­jąc za­kor­ko­wa­ne tak­że nocą uli­ce. Król to fa­cet, któ­ry przy­je­chał tu z Pol­ski ja­kieś dzie­sięć lat temu i od kil­ku mie­się­cy pro­wa­dzi knaj­pę w jed­nej z dziel­nic, gdzie tu­ry­ści do­cie­ra­ją rzad­ko. Knaj­pę dla miej­sco­wych. By­łam atrak­cją. I Ja­nek też. Chy­ba przez blond wło­sy.

Na przy­kry­tym ce­ra­tą sto­le, oprócz taj­skiej whi­sky, wy­lą­do­wa­ły taj­skie pysz­no­ści – klu­chy po­dob­ne do pad thai, sma­żo­na wie­przo­wi­na w sty­lu świe­żon­ki i sa­łat­ka z zie­lo­ne­go man­go, czy­li som tum ma­mu­ang. Za­ska­ku­ją­ca w sma­ku mie­szan­ka, ide­al­ny ba­lans słod­ko­ści i ostro­ści, a na do­da­tek chru­pią­cy, so­czy­sty owoc. Wcią­ga­ją­ce. A na de­ser śmier­dzą­ca sta­rą skar­pe­tą ośmior­nicz­ka, przy­go­to­wy­wa­na na ro­we­ro­wym ba­gaż­ni­ku lo­kal­ne­go sprze­daw­cy. Za­chwy­co­na, pró­bo­wa­łam. Oni, stę­sk­nie­ni, wspo­mi­na­li smak ogór­ków ki­szo­nych.

Fragment z dziennika

Bangkok, Tajlandia. 2. dzień podróży dookoła świata

Oprócz je­dze­nia i pi­cia były też roz­mo­wy. O ży­ciu. O taj­skiej kul­tu­rze i men­tal­no­ści. Do­wie­dzia­łam się na przy­kład, że Taj­land­czy­cy nie po­tra­fią czy­tać map, więc py­ta­nie ich o dro­gę w opar­ciu o mapę mija się z ce­lem. W więk­szo­ści zna­ją też an­giel­ski na pod­sta­wo­wym po­zio­mie, więc trze­ba mó­wić do nich bar­dzo pro­sty­mi zwro­ta­mi i za dużo nie tłu­ma­czyć, bo to może mieć tyl­ko od­wrot­ny sku­tek. Nie moż­na też do­ty­kać ich gło­wy, je­śli zna­jo­mość nie jest wy­star­cza­ją­co za­ży­ła. Taj­land­czy­cy są też po­dob­no bar­dzo czy­ści, dba­ją o to, żeby wszyst­ko było wy­pu­co­wa­ne.

Chwi­lę po na­szej roz­mo­wie o czy­sto­ści, coś ocie­ra mi się o sto­pę. Ner­wo­wo pod­ska­ku­jąc, za­uwa­żam je­dy­nie koń­ców­kę ró­żo­we­go ogo­na w rynsz­to­ku.

– To szczur. Dużo ich tu – szyb­ko re­agu­je Kai i kle­pie mnie po ra­mie­niu.

Czy­stość i szczu­ry w du­ecie to uni­kal­ne ze­sta­wie­nie, ale… nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak za­ak­cep­to­wać ich obec­ność. To­wa­rzy­szą nam dość licz­nie do trze­ciej rano. Po­tem am­bit­ne roz­mo­wy prze­sta­ją mieć sens, a szczu­ry ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Kai od­sta­wia mnie pod drzwi ho­ste­lu.

Frag­ment tyn­ku w ko­lo­rze wy­bla­kłe­go różu nie spadł. Ga­pię się na nie­go w ciem­no­ściach, sta­ra­jąc się igno­ro­wać mu­zy­kę dud­nią­cą z po­bli­skie­go Khao Sanu. Za­tycz­ki do uszu przy­da­ją się już pierw­szej nocy, albo ina­czej – przy­da­ły­by się, bo z płyt­kie­go drze­ma­nia w ci­szy wy­bu­dza­ją mnie krwio­pij­cy. Otrzą­sam się z obrzy­dze­niem i za­pa­lam świa­tło. Nie wi­dzę ich, ale wi­dzę małe plam­ki krwi na ró­żo­wym (oczy­wi­ście, że ró­żo­wym) prze­ście­ra­dle. Cier­pli­wie wy­cze­ku­ją, aż wró­cę do sta­nu nie­waż­ko­ści. Ga­szę świa­tło i gdy tyl­ko za­czy­nam od­pły­wać, wra­ca­ją. Wstręt­ne plu­skwy! Tynk w ko­lo­rze wy­bla­kłe­go różu spa­da mi wresz­cie na nos. Zbie­gam w pi­ża­mie po krę­co­nych scho­dach i pro­szę o zmia­nę po­ko­ju, wrę­cza­jąc re­cep­cjo­ni­st­ce prze­ście­ra­dło w krop­ki. Nie­wzru­szo­na dziew­czy­na, ga­piąc się w swo­je­go smart­fo­na i wciąż gra­jąc jed­ną ręką, dru­gą wrę­cza mi nowy klucz. Szcze­rze li­czę na to, że w no­wym po­ko­ju plu­skiew nie bę­dzie, ale ni­g­dy nie do­wia­du­ję się, czy są, bo nad­miar wra­żeń bie­rze górę. Usy­piam. Wolę nie spraw­dzać, jak wy­glą­da prze­ście­ra­dło.

– Thai mas­sa­ge? – sły­szę, gdy tyl­ko prze­kra­czam próg ho­ste­lo­wych drzwi. Na­wet nie pró­bu­ję od­po­wia­dać, bo wiem, że za se­kun­dę usły­szę py­ta­nie po raz dru­gi, a po­tem usły­szę ko­lej­ne – te o tuk tuka, tak­sów­kę, czy o to, skąd je­stem. Ucie­kam przed tym na­tło­kiem w małą ulicz­kę i wresz­cie za­pa­da ci­sza. Tyl­ko wy­chu­dzo­ny kot le­żą­cy na mur­ku mru­czy nie­win­nie.

Gu­bię się. Bez pla­nu, po­my­słu, bez prze­wod­ni­ka. Zwie­dzam Bang­kok tra­są, któ­rej ni­g­dy nie by­ła­bym w sta­nie od­two­rzyć. Za­chę­co­na za­pa­cha­mi, pró­bu­ję na ulicz­nych stra­ga­nach wszyst­kie­go: mię­snych ku­lek na pa­ty­ku, słod­ko-kwa­śnych niby-na­le­śni­ków, zu­pek ser­wo­wa­nych w wo­recz­kach. Opa­no­wu­ję sztu­kę prze­cho­dze­nia przez ru­chli­wą uli­cę w mie­ście, gdzie pie­szy zna­czy tyle co nic. Sia­dam na kra­węż­ni­ku przy tej mniej ru­chli­wej i się ga­pię. A po­tem wresz­cie do­cie­ram nad rze­kę, to był mój azy­mut. Chcia­łam po­sie­dzieć, ale się nie da, bo na jej brze­gu się po pro­stu żyje. W bru­dzie, przy­ozdo­bio­nym pla­zmo­wy­mi te­le­wi­zo­ra­mi, ktoś go­tu­je obiad, dzie­ci ba­wią się pla­sti­ko­wą bu­tel­ką, a szczur sie­dzi ci­chut­ko w ką­cie. Ob­ry­wa mio­tłą znie­nac­ka. Mały ką­cik na pla­cu znaj­du­ję so­bie i ja. Pa­trzę na nie­mra­we stat­ki, na­dal peł­na wąt­pli­wo­ści, z to­tal­nym bra­kiem wia­ry w sie­bie. Z dru­giej stro­ny, roz­ko­szu­ję się wi­zją swo­je­go po­dróż­ni­cze­go świa­ta.

Fragment z dziennika

Bangkok, Tajlandia. 3. dzień podróży dookoła świata

Wczo­raj my­śla­łam: chcę ucie­kać. Dziś za­sta­na­wiam się, co zro­bić, żeby tu zo­stać. Bang­kok wcią­ga, jest jak nar­ko­tyk. Nie mo­żesz prze­stać. Czy go po­ko­cha­łam? Nie. I nie chcę go ko­chać. To nie bę­dzie sek­stu­ry­sty­ka. Tu jest wszyst­kie­go za dużo. Za dużo ha­ła­su, za dużo lu­dzi, za dużo za­pa­chów. Kie­dy kła­dziesz się spać, od­dy­chasz z ulgą. Uff... Ale po czte­rech go­dzi­nach się bu­dzisz i chcesz wię­cej. Bang­kok za­ska­ku­je cię na każ­dym kro­ku. Taki wła­śnie jest. To­tal­nie nie­prze­wi­dy­wal­ny.

– Thai mas­sa­ge? Foot masssss­sa­ge? – sły­szę, za­nim prze­kro­czę próg ho­ste­lo­wych drzwi. Spró­bu­ję. Cze­mu nie?

Stos papryczek chili sprzedawanych na ulicznym straganie

– Czy wiesz, gdzie mogę na­pra­wić kom­pu­ter? – py­tam re­cep­cjo­ni­sty, sta­ra­jąc się nie zdra­dzić, jak bar­dzo je­stem wku­rzo­na, że się ze­psuł (kom­pu­ter, nie re­cep­cjo­ni­sta).

– Pan­tip Pla­za. Bus two. The­re – od­po­wie­dział bez za­wa­ha­nia, wska­zu­jąc w bli­żej nie­okre­ślo­nym kie­run­ku. – The­re, the­re. Pan­tip Pla­za – po­wtó­rzył, wci­ska­jąc mi w rękę kar­tecz­kę z za­pi­sa­ną ro­bacz­ka­mi na­zwą „tego” miej­sca.

Po­szłam, nie ma­jąc zie­lo­ne­go po­ję­cia, gdzie jest to jego „the­re”. Z po­mo­cą zja­wi­ła się taj­landz­ka bab­cia, któ­ra per­fek­cyj­ną an­gielsz­czy­zną wy­pra­wi­ła mnie na przy­sta­nek, po­kle­pu­jąc po ple­cach na do wi­dze­nia.

– En­joy Tha­iland! You will loveit – do­da­ła na ko­niec.

Na przy­stan­ku z po­mo­cą zja­wi­ła się dru­ga, któ­ra za rękę za­pro­wa­dzi­ła mnie do sta­re­go, roz­kle­ko­ta­ne­go i jak się oka­za­ło dar­mo­we­go au­to­bu­su, któ­ry le­d­wie wy­ha­mo­wał.

Pło­chli­wie stą­pa­łam po drew­nia­nej pod­ło­dze mię­dzy dwo­ma rzę­da­mi krze­seł i, jak na za­wo­ła­nie, wzrok wszyst­kich pa­sa­że­rów za­wisł na mo­jej bia­łej twa­rzy. By­łam tyl­ko ja i oni. Po­dej­rza­na dziew­czy­na z wło­sa­mi ścię­ty­mi na jeża. Wy­pa­trzy­łam pu­ste miej­sce i szyb­ko usia­dłam na spar­cia­łym fo­te­lu, ści­śnię­ta pa­sem z do­ku­men­ta­mi, przy­tu­la­jąc ple­cak. Czu­łam się, jak­bym we­szła przez przy­pa­dek do mę­skiej to­a­le­ty. Uśmiech­nę­łam się ner­wo­wo, sta­ra­jąc się prze­ka­zać, że ja tyl­ko na chwi­lę i za­raz zni­kam. Na­dal się ga­pi­li. „Okej, Jul­ka, wy­lu­zuj. Jak zo­ba­czą, że je­steś zre­lak­so­wa­na, prze­sta­ną się pa­trzeć” – mó­wi­łam so­bie w my­ślach, roz­kła­da­jąc się wy­god­nie. Wtem ktoś po­kle­pał mnie w ra­mię i mi­mi­ką dał do zro­zu­mie­nia, że ta­kie swo­bod­ne za­cho­wa­nie ra­czej nie jest na miej­scu. Spię­łam się jesz­cze bar­dziej, pro­stu­jąc drut w krę­go­słu­pie i usia­dłam w nie­na­gan­nej po­zy­cji. Ale po chwi­li za­czę­łam do­strze­gać, że na tych wszyst­kich twa­rzach zwró­co­nych w moim kie­run­ku po­ja­wia się mały, nie­śmia­ły uśmiech. Od­po­wia­da­łam tym sa­mym, uśmie­chem w ich kie­run­ku, a oni, spe­sze­ni jesz­cze bar­dziej niż ja, od­wra­ca­li gło­wy w dru­gą stro­nę. W su­mie sama już nie wiem, kto czuł się bar­dziej nie­kom­for­to­wo.

Fragment z dziennika

Bangkok, Tajlandia. 3. dzień podróży dookoła świata

Star­sza pani z au­to­bu­su po­wie­dzia­ła, że to tu. Wy­sia­dłam, za­dzie­ra­jąc gło­wę do nie­ba. Pan­tip Pla­za. Wiel­kie cen­trum mia­sta ode­bra­ło mi mowę – je­stem w szo­ku, zbie­ram szczę­kę z pod­ło­gi, roz­glą­dam się, nie wie­rzę. Wow! Wie­żow­ce. Wiel­kie wie­żow­ce. I cen­trum han­dlo­we koło cen­trum han­dlo­we­go. I tak aż po ho­ry­zont. Wcho­dzę do wska­za­ne­go Pan­tip Pla­za i... zno­wu zbie­ram szczę­kę z pod­ło­gi. Elek­tro­nicz­ne cen­trum han­dlo­we, pięć pię­ter, kom­pu­te­ry, apa­ra­ty, ka­me­ry, te­le­fo­ny, ga­dże­ty, wszyst­ko!

– Ze­psu­ty. Dysk ze­psu­ty. Ze­psu­ty. Pięć dni. Bę­dzie nowy – po szyb­kiej dia­gno­zie stwier­dził sprze­daw­ca.

– Ale ja nie mam pię­ciu dni! – krzyk­nę­łam. – Nie mo­żesz nic zro­bić? Nie da się szyb­ciej?

Za­dzwo­nił. Odło­żył słu­chaw­kę.

– Sprze­dać. Idź tam. Sprze­dać. – Wska­zał pal­cem na sto­isko w rogu. – Sprze­dać, sprze­dać – po­wtó­rzył.

Sprze­dać? Mam sprze­dać ze­psu­ty kom­pu­ter? I co? Ku­pić nowy? Sprze­dać w Taj­lan­dii ze­psu­ty kom­pu­ter? Ja? Blon­dyn­ka? Wie­dzia­łam, że nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, niż spró­bo­wać. Kom­pu­ter był mi po­trzeb­ny, żeby w po­dró­ży pro­wa­dzić blog, ale mój bu­dżet nie wy­trzy­mał­by za­ku­pu no­we­go. Mu­sia­łam sprze­dać rzę­cha, żeby ten bu­dżet pod­re­pe­ro­wać.

– Dzień do­bry. Mój kom­pu­ter śred­nio dzia­ła. Chcia­ła­bym go sprze­dać – po­wie­dzia­łam pew­nym gło­sem, kła­dąc lap­to­pa na la­dzie.

Pan dia­gno­zu­je.

– Dysk ze­psu­ty. 8000 bah­tów – skła­da pro­po­zy­cję.

– Ale wte­dy nie star­czy mi na nowy – kal­ku­lu­ję szyb­ko, ile mogę do­rzu­cić. – Dzie­sięć ty­się­cy? Pro­szę. Je­stem w po­dró­ży do­oko­ła świa­ta. Mu­szę ku­pić dru­gi – roz­ga­du­ję się i wi­dzę, że pan ro­zu­mie co dru­gie sło­wo, więc na­wi­jam da­lej, wie­dząc, że jego za­gu­bie­nie może być moim sprzy­mie­rzeń­cem.

– Okej, okej – prze­ry­wa mi w koń­cu. – Dam dzie­sięć ty­się­cy.

Trans­ak­cja za­koń­czo­na suk­ce­sem. Z kie­sze­nia­mi wy­pcha­ny­mi go­tów­ką idę na dru­gie pię­tro ku­pić nowy. Od dziś na kla­wia­tu­rze – taj­skie znacz­ki.

Ale obok tego kró­le­stwa elek­tro­ni­ki jest kró­le­stwo ubrań. Jest też kró­le­stwo bu­tów i to­re­bek, a tak­że ko­sme­ty­ków. Jest kró­le­stwo pod­ró­bek i kró­le­stwo mar­ko­wych sa­lo­nów. Za­ku­po­ho­li­cy, trzy­maj­cie się z da­le­ka, bo tyle skle­pów na­raz to świat jesz­cze nie wi­dział.

Wo­kół tego za­ku­po­we­go raju są wiecz­ne kor­ki. Jak­że­by ina­czej. Po­wie­trze nie na­le­ży do naj­śwież­szych, ale gry­zą­ce w gar­dło spa­li­ny neu­tra­li­zu­je na szczę­ście, przy­naj­mniej odro­bi­nę, za­pach roz­no­szą­ce­go się wszę­dzie ulicz­ne­go żar­cia. Bo pod tymi no­wo­cze­sny­mi wie­żow­ca­mi to­czy się zwy­kłe, tro­chę eg­zo­tycz­ne ży­cie. Tra­fiam na ja­kiś we­ge­ta­riań­ski fe­sti­wal. Roz­sta­wio­ne wo­kół gary wy­pcha­ne są po po­kryw­kę je­dze­niem, któ­re­mu nie moż­na się oprzeć. Pró­bu­ję. Za­czy­nam od sma­żo­ne­go ma­ka­ro­nu z chru­pią­cą mar­chew­ką i tofu. Na dru­gie wy­bie­ram zupę, a po­tem szyb­ko na po­pit­kę, bo chi­li idzie mi w pię­ty, wodę ko­ko­so­wą pro­sto z ko­ko­sa. Za­gry­zam świe­żym man­go i ba­na­nem na go­rą­co, a na wy­nos pa­ku­ję do ple­ca­ka trzy ro­dza­je saj­go­nek.

Sia­dam pod ścia­ną, szu­ka­jąc skraw­ka cie­nia, o któ­ry nie­ła­two. Jest go­rą­co i dusz­no. Bar­dzo. Wil­got­ność po­wie­trza na pew­no prze­kra­cza 95 pro­cent, więc o głę­bo­kim od­de­chu moż­na za­po­mnieć. Set­ki miej­sco­wych prze­my­ka­ją uli­cą, skry­wa­jąc się pod ko­lo­ro­wy­mi pa­ra­so­la­mi. Te­raz mają one chro­nić przez słoń­cem, bo deszcz przyj­dzie pew­nie do­pie­ro wie­czo­rem. Wta­piam się w tłum, krad­nąc im ten ka­wa­łek bez­cen­ne­go cie­nia i idę z prą­dem. Nie mam wy­bo­ru. Wszy­scy gna­ją, ale ja­koś tak ina­czej, niż spie­szy­my się my, w War­sza­wie. Pę­dzą, ale w tym pę­dzie znaj­du­ją se­kun­dę, żeby po­ga­wę­dzić z na­po­tka­nym zna­jo­mym, przy­kuc­nąć na szyb­ki po­si­łek czy po pro­stu się do cie­bie uśmiech­nąć.

Uśmie­cha się też fa­cet na przy­stan­ku, któ­re­go wi­dzia­łam dwie go­dzi­ny wcze­śniej że­brzą­ce­go tuż za ro­giem. Ka­le­ka. Nie miał nóg, przy­naj­mniej wte­dy. Te­raz mu od­ro­sły, więc ten jego uśmiech to pew­nie w po­dzię­ko­wa­niu za cud.

Z rana pa­ku­ję swo­je ma­nat­ki i opusz­czam Or­hid Ho­use, czy­li mój opa­no­wa­ny przez krwio­pij­ców ró­żo­wy ho­stel w oko­li­cach Khao Sanu. Mam dość ką­sa­ją­cych mnie no­ca­mi obrzy­dli­wych plu­skiew i wiecz­nej wrza­wy do­cho­dzą­cej z są­siedz­twa. Z moim dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wym do­byt­kiem idę pie­cho­tą do Chi­na­town. Nie wiem, cze­mu wpa­dłam na ten idio­tycz­ny po­mysł. Bo nie dość, że to da­le­ko, a upał wca­le nie ze­lżał, to prze­cież wia­do­mo, że w de­fi­ni­cję każ­de­go Chi­na­town wpi­sa­ne jest sło­wo „wrza­wa”. Cho­le­ra, jak tu gło­śno! W tym prze­dziw­nym la­bi­ryn­cie nie mogę zna­leźć żad­ne­go ho­te­lu, w su­mie, to nie mogę zna­leźć ni­cze­go. Mam cy­ko­ra. Nie wiem, gdzie mam iść, jak zna­leźć me­to­dę, żeby się stąd wy­do­stać. Pa­ni­ku­ję. Szu­kam, py­ta­jąc nie­przy­ja­znych Chiń­czy­ków o dro­gę. Nie znaj­du­ję od­po­wie­dzi, ale znaj­du­ję przy­sta­nek i do­bry au­to­bus. Z pod­ku­lo­nym ogo­nem wra­cam na obrze­ża Khao Sanu i bio­rę po­kój w to­tal­nie ni­ja­kim ho­te­lu Ram­but­tri Vil­la­ge Inn & Pla­za. Bez ro­ba­ków i ob­dar­te­go ró­żo­we­go tyn­ku na ścia­nach. Śpię jak ka­mień.

„Idzie­my na im­pre­zę. Idziesz z nami?” – na­pi­sał Ja­nek. Mu­sia­łam od­mó­wić. Nie­ste­ty, moje naj­bar­dziej ele­ganc­kie buty to ja­pon­ki, a strój to ko­szu­la w kra­tę, co wy­klu­cza mnie z przej­ścia przez se­lek­cję. Na­ucz­ka, żeby w po­dróż za­pa­ko­wać coś bar­dziej wyj­ścio­we­go. „Spo­ko. To pój­dzie­my na piwo. Przy­jedź o 19.00 do dziel­ni­cy Su­khu­mvit” – od­pi­sał twier­dzą­co, nie da­jąc mi wy­bo­ru.

Pią­ty dzień w Bang­ko­ku spę­dzam, spa­ce­ru­jąc bez pla­nu, czy­li wszyst­ko w nor­mie. I pew­nie mo­gła­bym tak dłu­gi­mi ty­go­dnia­mi, bo w Mie­ście Anio­łów (Bang­kok to po taj­sku Krung Thep, czy­li Mia­sto Anio­łów) nie moż­na się nu­dzić i prze­stać od­kry­wać. Omi­jam wszyst­kie naj­więk­sze atrak­cje, in­tu­icja pod­po­wia­da mi, żeby iść w dru­gą stro­nę. Ufam jej, w koń­cu wy­gna­ła mnie z kor­po­ra­cji w po­dróż do­oko­ła świa­ta. Nie może być głu­pia. I nie jest. Za­glą­dam do świą­tyń, któ­ry­mi nie za­chwy­ca­ją się żad­ni inni prze­chod­nie (nie wiem, czy tak jest za­wsze, czy tyl­ko dziś…). Roz­sia­dam się w par­ku, tym na­prze­ciw­ko Wiel­kie­go Pa­ła­cu Kró­lew­skie­go, i przez go­dzi­nę przy­glą­dam się pa­rze ćwi­czą­cej praw­do­po­dob­nie swój pierw­szy ta­niec. Mija mnie co naj­mniej set­ka bie­ga­czy, pod drze­wem ktoś tre­nu­je boks, a na li­lio­wym li­ściu, w opo­zy­cji do tych ak­tyw­nych, opa­la się tłu­sta żaba. A po­tem na­wet chcę iść do tego pa­ła­cu, w koń­cu je­stem tak bli­sko, ale za­trzy­mu­je mnie prze­cho­dzień i sta­ra się usil­nie prze­ko­nać, że pa­ła­co­we zwie­dza­nie na dziś już jest za­koń­czo­ne. Gdzieś mi świ­ta, że to taj­landz­kie oszu­stwo w sty­lu „Pa­łac jest dziś za­mknię­ty, ale… za­bio­rę cię w inne miej­sce za nie­wiel­ką opła­tą”. Po dro­dze oczy­wi­ście za­ha­czy­my o sklep zna­jo­me­go, a ra­chu­nek za tuk tuka prze­kro­czy zdro­wy roz­są­dek. Od­wra­cam się bez sło­wa, już mi się tam nie chce iść.

Nie ma więc kró­lew­skie­go pa­ła­cu, nie ma wiel­kie­go Bud­dy i in­nych hi­tów sta­rów­ki, ale za to jest ryż z jaj­kiem na pro­gu czy­je­goś domu, w naj­bar­dziej au­ten­tycz­nym to­wa­rzy­stwie. Jest gra w pił­kę z ma­ły­mi dziew­czyn­ka­mi na środ­ku dro­gi czy nie­le­gal­ne wal­ki ko­gu­tów w bra­mie. I ta wiecz­na na­uka prze­cho­dze­nia na dru­gą stro­nę uli­cy. Tu nie dzia­ła – w lewo, w pra­wo, nic nie je­dzie. To nie żar­ty, ar­te­rie w Bang­ko­ku są kil­ku­pa­smo­we, a o przej­ściach moż­na za­po­mnieć. Dla kie­row­ców nie ist­nie­jesz. Ża­den pie­szy dla nich nie ist­nie­je. Na po­cząt­ku wy­cze­ku­jesz tego naj­mniej ry­zy­kow­ne­go mo­men­tu przez 30 mi­nut i bieg­niesz na zła­ma­nie kar­ku. Z cza­sem do­cho­dzisz do wpra­wy i po pro­stu idziesz, bo już wiesz, że cze­ka­nie nie­wie­le zmie­ni.

– Prze­pra­szam, gdzie jest Khao San Road? – pyta chło­pak, któ­ry ra­zem ze mną ner­wo­wo wy­cze­ku­je chwi­li spo­ko­ju na dro­dze.

– Wła­śnie tam – wska­zu­ję na dru­gą stro­nę.

Prze­bie­ga­my ra­zem. On idzie w pra­wo i że­gna mnie mach­nię­ciem ręki.

Wie­czo­rem wsia­dam do po­cią­gu za­wie­szo­ne­go nad dro­gą i jadę na spo­tka­nie do nie­miec­kiej knaj­py w dziel­ni­cy Su­khu­mvit. Ja­nek cze­ka na mnie w to­wa­rzy­stwie Kai, jej dwóch ko­le­ża­nek, męża Ame­ry­ka­ni­na jed­nej z nich i pi­ja­ne­go kum­pla z An­glii. Pol­ska, Taj­lan­dia, Ame­ry­ka, An­glia i nie­miec­ka knaj­pa w Bang­ko­ku. Na sto­le peł­ne ku­fle i wur­sty. To jest jed­no z „ich” miejsc w mie­ście, wciąż tu­ry­stycz­ne, tro­chę droż­sze niż Khao San i mniej eg­zo­tycz­ne. Nor­mal­ne.

Fragment z dziennika

Bangkok, Tajlandia. 5. dzień podróży dookoła świata

Z roz­mów o ży­ciu szyb­ko scho­dzi­my na roz­mo­wy o… ży­ciu. Ja­nek pro­po­nu­je, że­by­śmy po­szli na strip­tiz. Czas na do­zna­nia eks­tre­mal­ne. Przy­naj­mniej dla mi­la­now­skiej dziew­czy­ny, bo dla resz­ty to nor­ma. Ni­g­dy nie wi­dzia­łam tań­ców na ru­rze i w su­mie to nie wiem, czy chcę je oglą­dać, ale po­dą­żam jak po­słusz­na owiecz­ka za resz­tą gru­py. Idzie­my ka­wa­łek, na uli­cę obok, gdzie śmi­ga peł­no roz­ne­gli­żo­wa­nych ko­biet i męż­czyzn-ko­biet, czy­li la­dy­boy­ów. Je­den, ubra­ny w su­kien­kę, ma ka­pe­lusz ze świe­żym ba­na­nem i chy­ba z 65 lat. Wy­glą­da strasz­nie. Ła­two roz­po­znać la­dy­boya? Ko­bie­ty po­dob­no wy­czu­wa­ją ich na od­le­głość. A więc pa­no­wie, je­śli wy­bie­ra­cie się tu w po­szu­ki­wa­niu sek­su lub żon, weź­cie ko­le­żan­kę. Może uchro­ni was przed przy­krą nie­spo­dzian­ką.

– Czy to praw­da, że w Taj­lan­dii jest tyle sek­stu­ry­sty­ki? – py­tam Kai, bo sły­sza­łam o tym już wie­le teo­rii.

– Oczy­wi­ście – od­po­wia­da bez za­sta­no­wie­nia. – W Bang­ko­ku jest dużo, ale naj­wię­cej jest w Pa­taya, tam skąd po­cho­dzę. Nie uwie­rzy­ła­byś!

Pa­trzę na moje taj­landz­kie ko­le­żan­ki i za­sta­na­wiam się, cze­mu? Bez tru­du roz­ko­cha­ły­by w so­bie nie­jed­ne­go przy­stoj­nia­ka (cze­go zresz­tą naj­lep­szym przy­kła­dem jest Kai). Prze­cież to pięk­ne ko­bie­ty. Drob­ne, szczu­płe, mają lśnią­ce wło­sy, pięk­ną skó­rę i kar­na­cję. Są by­stre i we­so­łe. Nie po­wiem, jak się przy nich czu­łam. Czy okre­śle­nie wiel­ka, tłu­sta, bla­da, łysa kro­wa jest od­po­wied­nie? Wierz­cie mi, przy tych dziew­czy­nach moż­na po­paść w kom­plek­sy!

Od razu za pro­giem moim oczom uka­zu­je się 15 go­łych pup, 30 go­łych cyc­ków i 15 go­łych wia­do­mo cze­go. Roz­glą­dam się ner­wo­wo i sta­ram się nie pa­trzeć, za­my­kam oczy i jak dziec­ko uda­ję, że mnie nie ma. Zni­kam za do­tknię­ciem ma­gicz­nej różdż­ki! Wi­dząc moje za­kło­po­ta­nie, Kai ła­pie mnie za rękę, usa­dza przy sto­li­ku za­raz przy sce­nie i za­ma­wia dla mnie duże piwo. Więc pa­trzę z bli­ska na te 15 go­łych pup, 30 go­łych cyc­ków i 15 go­łych wia­do­mo cze­go. Na po­cząt­ku wszyst­ko wy­glą­da jak lek­ko les­bij­ski per­for­man­ce. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach na­stę­pu­je zmia­na i na sce­nę wkra­cza trzy­dzie­ści no­wych, go­łych po­ślad­ków.

– Czy one tu tyl­ko tań­czą? – py­tam Kai, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od tego dość kiep­skie­go przed­sta­wie­nia.

– To zwy­kłe kur­wy – od­po­wia­da, po­twier­dza­jąc tyl­ko moje przy­pusz­cze­nia.

Część z nich jest bar­dzo mło­da, wi­dać, że do­pie­ro na­bie­ra­ją ko­bie­cych kształ­tów. Część za to już lek­ko pod­sta­rza­ła, z roz­cią­gnię­ty­mi po cią­ży brzu­cha­mi i ob­wi­sły­mi, brzyd­ki­mi cyc­ka­mi. Sto­ją na sce­nie jak koł­ki. Nie­któ­re nie­udol­nie ki­wa­ją się w rytm mu­zy­ki. Inne nie ro­bią na­wet tego.

– Wiesz, cze­mu tu jest czer­wo­ne świa­tło? – pyta Ja­nek. – W czer­wo­nym cia­ło wy­glą­da le­piej. A im to po­trzeb­ne – od­po­wia­da od razu.

Wresz­cie, po pra­wie 30 la­tach ży­cia, po­zna­ję ta­jem­ni­cę czer­wo­nych świa­teł w bur­de­lach i wszyst­ko w ży­ciu zmie­nia sens.

W klu­bie obok jest już tro­chę le­piej, ja­koś tak bar­dziej „kul­tu­ral­nie”. Oczy­wi­ście świa­tło wo­kół sce­ny jest czer­wo­ne, a ja na­dal nie czu­ję się kom­for­to­wo. Gołe cyc­ki i pupy są za to może bar­dziej za­dba­ne.

– Przy­cho­dzi­my tu czę­sto z chło­pa­ka­mi. Wiesz, le­piej że­by­śmy przy­szły z nimi, niż mie­li­by przyjść sami – tłu­ma­czy mi jed­na z ko­le­ża­nek Kai.

Wyj­ścia na sław­ny „ping-pong” od­ma­wiam. W bab­skim gro­nie lą­du­je­my z po­wro­tem na Khao Sa­nie i za­miast za­pie­kan­ki spod Pa­ła­cu Kul­tu­ry, o trze­ciej rano jemy taj­skie klu­chy. Ja w wer­sji nie­ostrej. A i tak wy­pa­la mi kub­ki sma­ko­we. Moje to­wa­rzysz­ki wy­bu­cha­ją śmie­chem.

Kolorowy ołtarz na wyspie Koh Kret

W so­bot­nie przed­po­łu­dnie bu­szu­ję na Cha­tu­chak Week­end Mar­ket, naj­więk­szym chy­ba tar­go­wi­sku w mie­ście. Przy wej­ściu bio­rę mapę, żeby się nie zgu­bić. Wśród ro­bó­tek ręcz­nych, ce­ra­mi­ki, lamp, me­bli, pi­cia i je­dze­nia, ob­ra­zów i rzeźb, ksią­żek i an­ty­ków, psów, ko­tów i węży szu­kam dżin­so­wych spode­nek, któ­rych za­po­mnia­łam z domu. Ko­lej­ny brak w ba­ga­żu. Przy­mie­rzal­nia typu ko­lo­ro­wa spód­ni­ca w roz­mia­rze XXXXXXXL, a w spód­ni­cy ja. Oka­zu­je się, że naj­więk­sze spoden­ki, ja­kie mają to te, któ­re są na mnie do­bre. Czy mó­wi­łam już, że w Taj­lan­dii moż­na po­czuć się jak słoń?

W no­wych spoden­kach, o któ­re mu­sia­łam się po­tar­go­wać, jadę na ko­lej­ne spo­tka­nie z se­rii „nie­zwy­kłe”. Lucy, któ­ra w ze­szłym roku prze­pro­wa­dzi­ła się do Bang­ko­ku, była ko­le­żan­ką mo­jej zna­jo­mej z pra­cy. „Po­znasz mnie po czer­wo­nej pod­ko­szul­ce. Taj­land­czy­cy nie no­szą czer­wo­ne­go, bo ko­ja­rzy im się z po­li­tycz­ny­mi za­miesz­ka­mi” – wy­ja­śnia w ese­me­sie.

W tłu­mie mró­wek stoi dziew­czy­na w czer­wo­nej ko­szul­ce ze smo­kiem. Po­zna­ję ją bez pro­ble­mu. W eks­pre­so­wym tem­pie prze­cho­dzi­my na po­ziom zna­jo­mo­ści, któ­ry za­zwy­czaj osią­ga się po kil­ku ty­go­dniach. My ich nie mamy. Taka jest chy­ba spe­cy­fi­ka tych po­dróż­ni­czych re­la­cji – szyb­ko do celu i oka­że się, czy coś z tego bę­dzie. W no­wo­ze­landz­kiej knaj­pie Snap­per ob­cho­dzi­my uro­dzi­ny jej ko­le­gi An­gli­ka, w to­wa­rzy­stwie jesz­cze kil­ku in­nych osób.

Fragment z dziennika

Bangkok, Tajlandia. 6. dzień podróży dookoła świata

„Sto lat” zo­sta­ło od­śpie­wa­ne chó­ral­nie, tak­że po pol­sku. Ryba z fryt­ka­mi, piwo, plot­ki o ży­ciu, po­wo­dach przy­jaz­du, py­ta­nia, czy Bang­kok jest faj­ny. Po­tem drink z ob­jaz­do­we­go bu­si­ka na uli­cy. W cią­gu dnia jest tu cen­trum biz­ne­so­we, lu­dzi­ki za­su­wa­ją w gar­ni­tur­kach z ne­se­ser­ka­mi w ręku. Wie­czo­rem na uli­cy wy­ra­sta­ją, jak spod zie­mi, bary i knaj­py. A jak za­czy­na lać, bo wciąż jest jesz­cze pora desz­czo­wa, po­ja­wia­ją się tzw. pa­ra­so­lo­we ba­za­ry, czy­li sprze­daw­cy pra­gną­cy uchro­nić prze­chod­niów przed prze­mok­nię­ciem do su­chej nit­ki. No i oczy­wi­ście chcą­cy na tym za­ro­bić. Po­moc­ni, za­rad­ni Taj­land­czy­cy. Taki wła­śnie jest Bang­kok, zmien­ny i nie­prze­wi­dy­wal­ny jak po­go­da. To mia­sto nie ma w so­bie lo­gi­ki, za to jest prze­peł­nio­ne uczu­cia­mi. Tu bied­ni i bo­ga­ci żyją po są­siedz­ku, tu jest wy­ścig szczu­rów, a z dru­giej stro­ny to­tal­ny luz. Jak to po­wie­dział Ja­nek, mia­sto roz­wi­ja się or­ga­nicz­nie, za­bu­do­wa po­wsta­je w „ludz­kiej ska­li”. Jest ba­ła­gan, ale to ba­ła­gan za­pro­jek­to­wa­ny przez ży­cie, przez lu­dzi z tej uli­cy ko­rzy­sta­ją­cych, a nie przez pa­nów od ma­kie­ty. Niby wiel­kie wie­żow­ce, ale na dole ulicz­ne knaj­py, kio­ski – wszyst­ko dla lu­dzi. Bang­kok jest dla lu­dzi.

Kate, ko­le­żan­ka Kai, ze­ska­ku­je ze sku­te­ra-tak­sów­ki i za­bie­ra mnie do tuk tuka. Je­dzie­my kil­ka ulic da­lej, spo­tkać się z Kai i we trzy ru­sza­my na wy­spę Koh Kret. Sze­ro­ką au­to­stra­dą do­cie­ra­my do celu w ja­kieś pół go­dzi­ny. Kie­dyś miesz­ka­li tu mni­si, dziś to miej­sce tu­ry­stycz­ne, ale głów­nie dla tu­byl­ców, któ­rzy przy­jeż­dża­ją w week­en­dy na targ i rejs po rze­ce. My ro­bi­my do­kład­nie to samo. Uśmiech nie scho­dzi mi z twa­rzy i gęba się nie za­my­ka. Z za­chwy­tu oczy­wi­ście. Jest pysz­nie. Jest tak praw­dzi­wie, że aż boli. A do tego to taj­skie żar­cie!

Kate i Kai w drodze na Koh Kret

Fragment z dziennika

Koh Kret, Tajlandia. 7. dzień podróży dookoła świata

Na przy­staw­kę sma­żo­ne na głę­bo­kim ole­ju wa­rzy­wa, a wła­ści­wie to kwia­ty i zio­ła. Py­cha! Ba­zy­lia i kwia­ty or­chi­dei, chy­ba. Po­tem miej­sco­wa knaj­pa. Za­mó­wie­nie trze­ba spi­sać sa­me­mu na kart­ce, jak się jest stąd oczy­wi­ście i zna się te ich­nie ro­bacz­ki. Za­ma­wia­my zupę taj­ską z mle­kiem ko­ko­so­wym. Oka­zu­je się za słod­ka, ale moje prze­wod­nicz­ki w se­kun­dę zmie­nia­ją jej smak: tro­chę sosu ryb­ne­go, odro­bi­na soku ze świe­żej li­mon­ki i suk­ces osią­gnię­ty. Per­fek­cja sma­ku. Do tego wa­rzy­wa w słod­kim so­sie w sty­lu te­riy­aki. Po­tem ryba. Pysz­na, mięk­ka, pach­ną­ca. I przy­smak tu­tej­szych – su­ro­we kre­wet­ki z dużą ilo­ścią chi­li.

– Spró­bu­jesz? – pyta Kate.

– Daj spo­kój – prze­ry­wa jej Kai. – To dla niej za ostre – do­da­je szyb­ko.

Łyż­ką ścią­gam nad­miar chi­li, że­bym nie wy­pi­ła ca­łej brud­nej wody z rze­ki. Mo­czę sza­rą kre­we­tę w słod­kim so­sie i… wa­riu­ję. Toż to nie mo­gło­by sma­ko­wać le­piej. Od dziś świe­że kre­wet­ki tyl­ko na su­ro­wo. Moje ulu­bio­ne taj­skie da­nie.

Z knaj­py pły­nie­my łód­ką po rze­ce Chao Phraya, mi­ja­jąc po dro­dze wiel­kie­go Bud­dę w bu­do­wie, zwie­dza­my sta­ry dom, a po­tem sma­ku­je­my sło­dy­czy ze sto­isk usta­wio­nych pod przed­po­to­po­wy­mi mu­ra­mi. Stic­ky rice z cu­krem i mle­kiem ko­ko­so­wym, upcha­ny w bam­bu­so­wej rur­ce, czy­li khao lam. Zie­lo­ne ga­la­ret­ki o sma­ku ko­ko­so­wym, cia­stecz­ka przy­po­mi­na­ją­ce mar­ce­pan z dro­bin­ka­mi zło­ta, wy­glą­da­ją­ce jak tor­ty w wer­sji mini i ry­żo­we za­wi­niąt­ka, na­dzia­ne rów­no na pa­ty­ku, ni­czym szasz­łyk. Na ko­niec naj­lep­szy taj­ski de­ser wszech cza­sów – man­go stic­ky rice. Tym słod­ko­ściom nie moż­na się oprzeć, to po pro­stu ku­li­nar­na eks­ta­za. Dużo mu­si­my się wy­spa­ce­ro­wać, żeby zrzu­cić nad­miar ka­lo­rii. Więc cho­dzi­my, gra­my w kap­sle i ga­da­my, ga­da­my, ga­da­my.

Khao lam, czy­li ryż z mle­kiem ko­ko­so­wym w bam­bu­sie

Fragment z dziennika

Koh Kret, Tajlandia. 7. dzień podróży dookoła świata

Przed świą­ty­nią wita nas pla­sti­ko­wy ro­bot-szkie­let zbie­ra­ją­cy pie­nią­dze dla tych, któ­rzy ich nie mają. Obok sika mały chło­piec. Chcia­ło mu się, to sika. Zdej­mu­je­my buty i wcho­dzi­my. Kai uprze­dza mnie, że nie wol­no sta­nąć w pro­gu, tyl­ko trze­ba go prze­stą­pić. Trzy po­kło­ny z do­ty­ka­niem gło­wą pod­ło­gi i skła­da­niem rąk, kwia­ty, świecz­ka, ka­dzi­deł­ka. Po­trzą­sa­nie pu­deł­kiem z pa­tycz­ka­mi. Na pa­tycz­kach są nu­mer­ki, bie­rzesz więc kart­kę z nu­me­rem pa­tycz­ka, któ­ry wy­padł z pu­deł­ka. To wróż­ba. Oczy­wi­ście wszyst­ko po taj­sku. Kate nie do koń­ca chce prze­tłu­ma­czyć moją, tro­chę się plą­cze. Po chwi­li przy­zna­je, że nie jest cał­kiem do­bra.

Wy­jeż­dżam ósme­go dnia.

Ton Sai i Ao Nang

Cze­ka­łam na, jak zwy­kle chy­ba tu­taj, spóź­nio­ny sa­mo­lot. Głod­na i zmę­czo­na. Mi­nął ty­dzień. Po tym pierw­szym ty­go­dniu przy­szedł pierw­szy kry­zys. Szyb­ko. Tę­sk­no­ta dep­ta­ła mi po pię­tach. Wciąż nie czu­łam się też do­brze poza tą „stre­fą kom­for­tu”, o któ­rej tyle się mówi. A to po­dob­no poza nią jest czło­wie­ko­wi naj­le­piej. Bul­l­shit.

Fragment z dziennika

Bangkok, Tajlandia. 8. dzień podróży dookoła świata

My­śla­łam, że to będą wa­ka­cje, że wy­ja­dę i od razu się wy­lu­zu­ję, ode­tnę od wszyst­kie­go, a tu nic. Wręcz od­wrot­nie. Cią­gły stres. I to chy­ba nie tyl­ko zwią­za­ny z po­by­tem w Bang­ko­ku, bo w koń­cu to duże mia­sto i może stre­so­wać. Czy star­czy mi pie­nię­dzy, gdzie mam da­lej je­chać, gdzie spać, czy tam jest bez­piecz­nie? Każ­de­go dnia za­da­ję so­bie róż­ne py­ta­nia. Py­ta­nia, na któ­re cią­gle nie znaj­du­ję od­po­wie­dzi. A głów­nie py­tam się sie­bie, po co wła­ści­wie wy­je­cha­łam? Chy­ba po­trze­ba mi od­po­czyn­ku. Pla­ża, pia­sek, szum fal…

– Czy­li le­cisz do Kra­bi? – wy­rwa­ła mnie z ma­ra­zmu drob­na blon­dyn­ka. – I gdzie da­lej? – do­py­ta­ła.

– Nie mam po­ję­cia. Nie mam pla­nu – od­po­wie­dzia­łam, da­jąc jej chy­ba do zro­zu­mie­nia, że wca­le się z tego bra­ku pla­nu nie cie­szę.

– Jedź ze mną na Ton Sai! – krzyk­nę­ła na cały ter­mi­nal. – A tak w ogó­le, to je­stem Evin.

Zga­dzam się, nie ma­jąc po­ję­cia, co to ta­kie­go Ton Sai. Po pro­stu chcę, żeby wszy­scy prze­sta­li się na nas ga­pić.

– Jeż­dżę tam co roku, od trzech lat, na trzy mie­sią­ce, wspi­nać się. Masz buty do wspi­nacz­ki? – do­py­tu­je po se­kun­dzie ci­szy.

– Yy­y­yy. Nie. Ni­g­dy w ży­ciu się nie wspi­na­łam – już chcia­łam do­dać, że wca­le nie chcę się wspi­nać, ale nie zdą­ży­łam.

– A jaki masz roz­miar buta?

– 36 albo 37...

– To świet­nie, bo ja też! I mam dwie pary bu­tów. – Wnet się­gnę­ła ręką do mo­je­go otwar­te­go ple­ca­ka. – O, wi­dzę, że mamy ta­kie same oku­la­ry. To do­bry znak – wy­szcze­rzy­ła swo­je ide­al­nie bia­łe zęby.

Z lot­ni­ska w Kra­bi zła­pa­ły­śmy au­to­bus. Evin ga­da­ła całą dro­gę. O Szwe­cji, o swo­jej pra­cy i szko­le. O przy­ja­cio­łach, któ­rych za­raz spo­tka. O tym, za co ko­cha ży­cie. O Ton Sai i chat­kach w dżun­gli, gdzie bę­dzie­my spa­ły.

– A będą ro­ba­ki? – spy­ta­łam na­iw­nie.

– Spo­ro ko­ma­rów! No i ostat­nie­go roku przed moim dom­kiem wi­dzia­łam ko­brę i… – ury­wa, za­uwa­ża­jąc, że blad­nę. – No nie! Nic wię­cej ci nie po­wiem, bo nie po­pły­niesz ze mną! Bę­dzie faj­nie. Zo­ba­czysz.

W Ao Nang wsia­dły­śmy do tak­sów­ki – dłu­giej drew­nia­nej ło­dzi z ko­kar­dą na szyi.

– Ju­lia, nie patrz na mo­rze – szep­nę­ła, gdy ga­pi­łam się w ho­ry­zont. – Patrz tu, na wy­spę. Mo­rze bę­dziesz wi­dzieć każ­de­go dnia, a to pięk­ne wy­brze­że wi­dzisz tyl­ko te­raz.

Szyb­ko od­wró­ci­łam gło­wę, bo jej spo­strze­że­nie, nie pierw­szy zresz­tą raz, wy­da­ło mi się wy­jąt­ko­wo traf­ne.

– Ty też. – Puk­nę­ła w ra­mię chło­pa­ka wy­chy­lo­ne­go za bur­tę. – Cześć, je­stem Evin. Nie patrz na mo­rze. Patrz na wy­spę. Mo­rze bę­dziesz wi­dział każ­de­go dnia.

Za­rad­na ma­ło­la­ta bie­rze pod skrzy­dła Ka­ila, żąd­ne­go przy­go­dy, bla­de­go jak ścia­na osiem­na­sto­lat­ka z Ala­ski i mnie, żąd­ną spo­ko­ju pra­wie trzy­dzie­sto­lat­kę z Pol­ski. Każ­de z nas do­sta­je przy­dzia­ło­wy do­mek z bam­bu­sa. Na pro­gu pach­nie... tuń­czy­kiem. Tuń­czy­kiem w pusz­ce zo­sta­wio­nym dla kota. A w środ­ku ciem­no.

– Hej, masz świa­tło?! – krzyk­nął na­gle z lasu Kail, prze­ry­wa­jąc ci­szę.

– Za­po­mnia­łam wam po­wie­dzieć! Prąd jest tu tyl­ko od osiem­na­stej do szó­stej rano. I za­sła­niaj­cie okna i drzwi, bo ze­żrą was ko­ma­ry – ode­zwa­ła się jak z za­świa­tów na­sza opie­kun­ka. – No i ple­ca­ki też za­my­kaj­cie, chy­ba że chce­cie mieć ka­ra­lu­chy w skar­pet­kach – do­da­ła, wy­sta­wia­jąc gło­wę przez okno.

A jak­by tego było mało, to przy pla­ży okrą­ża nas sta­do wście­kłych małp, roz­dzie­ra­ją­cych wor­ki ze śmie­cia­mi. Mają fu­rię w oczach i od razu wi­dać, że nie moż­na im ufać.

Evin rzu­ca się na szy­ję każ­dej spo­tka­nej oso­bie. Zna tu chy­ba wszyst­kich. Zna pa­nią od kur­cza­ków, pana od piwa i drin­ków, zna wła­ści­cie­li i przy­jezd­nych. Ale mimo że sta­ra się jak może, że­by­śmy my też czu­li się w tym gro­nie swo­jo, od­su­wam się. Szyb­ko się orien­tu­ję, że nie pa­su­ję do wy­lu­zo­wa­ne­go to­wa­rzy­stwa, któ­re mię­dzy jed­ną a dru­gą wspi­nacz­ką po­pa­la skrę­ty. Za­cho­wu­jąc grę po­zo­rów, spę­dzam z nowo po­zna­ny­mi wie­czór w ba­rze po strze­chą, od­po­wia­da­jąc na ich py­ta­nia o Ho­lo­caust (te­mat pa­su­je jak „pięść do oka”, ale to wła­śnie te­mat, któ­ry ko­ja­rzy im się z Pol­ską) i my­śląc, jak­by się stąd zgrab­nie wy­do­stać. W koń­cu zmy­ślam coś o bólu gło­wy. Przez ciem­ny las, z la­tar­ką na gło­wie i łza­mi w oczach, idę do pu­ste­go dom­ku.

Ale ten wca­le nie jest pu­sty.

Cze­ka­ją na mnie. We dwóch. Sie­dzą wy­god­nie na łóż­ku, jak gdy­by ni­g­dy nic. Dwóch wy­lu­zo­wa­nych kum­pli. Wie­dzą, że wró­cę, nie wie­dzą kie­dy, więc cze­ka­ją. Bar­dzo cier­pli­wie. Bez chwi­li za­sta­no­wie­nia ła­pię gaz pie­przo­wy, któ­ry wzię­łam na czar­ną go­dzi­nę i pry­skam, ile wle­zie, za­my­ka­jąc oczy. To trwa wiecz­ność. Chwi­lę po­tem ry­czę na ta­ra­sie. Gaz pie­przo­wy oka­zu­je się kiep­ską bro­nią na ka­ra­lu­chy, za to świet­ną na mnie samą. Dwóch nie­pro­szo­nych go­ści prze­no­si się na pod­ło­gę. Do­pa­dam ich w rogu i roz­gnia­tam klap­kiem. „Suk­ces” – krzy­czę do sie­bie w my­ślach, roz­kła­da­jąc się na łóż­ku.

Wyspa Koh Lipe

– Dzień do­bry. Wsta­łaś już? – mel­du­ję się o świ­cie pod chat­ką Evin.

– Tak, tak, mam dla cie­bie… – za­wie­sza głos, wi­dząc, że dzier­żę ple­cak – buty. Ro­zu­miem, że przy­szłaś się po­że­gnać?

Że­gna­my się smut­ne, w prze­ko­na­niu, że…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej