Gdyby nie pogoda. Jak pogoda zmieniała historię - Laura Lee - ebook

Gdyby nie pogoda. Jak pogoda zmieniała historię ebook

Laura Lee

3,0
16,22 zł

lub
Opis

 

Książka jest zbiorem ciekawych faktów ze światowej historii, które w jakiś sposób wiążą się z pogodą, poczynając od wielkiego zlodowacenia, które prawie zmiotło ludzkość z powierzchni ziemi, aż po wiszące nad górami chmury, które pomogły zaludnić Australię.

Autorka stara się odpowiedzieć na pytania: czy deszcz i błoto pomogły Anglikom odeprzeć francuski najazd podczas wojny stuletniej? Czy nagła burza z piorunami pomogła zakończyć schizmę w kościele katolickim? Czy zima, która jest najsilniejszą bronią potężnej Rosji, spowodowała upadek Napoleona i Hitlera?

Okazuje się, że pogoda miała wpływ nie tylko na losy bitew i wojen, ale także np. na skrzypce Stradivariusa, fale polowań na czarownice, niepowodzenia pierwszych konstruktorów maszyn latających czy wynalezienie maszynki do golenia.

Czytelnik może dowiedzieć się, w jaki sposób zniknęły pierwsze osady na Grenlandii, jak mieszkańcy Syberii zaludnili Amerykę Północną, a nawet – czego boi się postać ze słynnego obrazu Muncha Krzyk.

W historycznych relacjach przewija się pytanie, czy ludzkość potrafi kontrolować pogodę. Autorka poświęca cały rozdział, opisując próby naukowców zapanowania nad klimatem. Czy zakończone sukcesem? Warto poszukać odpowiedzi w książce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 365




Tytuł oryginału: Blame it on the rain. How the weather has changed history

© Copyright 2006 by Laura Lee

© Copyright by Demart SA, Warszawa 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość wydawnictwa Gdyby nie pogoda... Jak pogoda zmieniała historię nie może być reprodukowana ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny, nie może być użyta do innej publikacji oraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody Wydawcy.

Wydawca: Demart SA

02-495 Warszawa

ul. Poczty Gdańskiej 22a

tel. 22 662 62 63; faks 22 824 97 51

http://www.demart.com.pl

e-mail: [email protected]

Dział zamówień:

Sprzedaż hurtowa:

tel. 22 498 01 77/78, faks 22 753 03 57

e-mail: [email protected]

Sprzedaż detaliczna:

e-mail: [email protected]

Przekład z języka angielskiego: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki

Redakcja książki: Elżbieta Olczak

Projekt okładki: Piotr Porczyński

Zdjęcia na okładce: ©iStockphoto.com/golovorez, ©iStockphoto.com/Ljupco

Korekta językowa: Izabela Jesiołowska

Wstęp

Ludzkość zagrożona wymarznięciem

Potop z roztopionego lodowca

Sztormowa teoria zasiedlenia Australii

Morskie bryzy ratują cywilizację zachodnią

Burza w Lesie Teutoburskim

Dlaczego nad wyspami brytyjskimi nigdy nie zachodzi słońce

Pierwszy kamikadze ocalił Japonię

Brzemienna w skutki przeprawa krzyżowców przez rozpalone pustkowie

Grenlandzcy wikingowie – ofiary zmian klimatycznych i uporu kulturowego

Traktat, który spadł z nieba

Piorun i Wielka Schizma

Błoto, które stworzyło Anglie

Mgła, która zakończyła Wojnę Dwóch Róż

Konsekwencje syberyjskich korzeni rdzennych Amerykanów

Klimatyczne inspiracje polowań na czarownice

Protestancki wiatr niszczy Wielką Armadę

Wiatr, który uczynił losy zaginionej kolonii największą tajemnicą Ameryki

Rany! Ale w Rosji jest strasznie zimno, część I. Karol XII atakuje Rosję

Chłodna tajemnica skrzypiec Stradivariusa

Protestancki wiatr tym razem przywiewa nowego króla na angielski tron

Beniamin Franklin i piorunowe początki elektryczności

Przez ciemne i burzliwe dnie

Aura wspiera Amerykanów w walce o niepodległość

Gradowy cios, który doprowadził do rewolucji francuskiej

Deszcz, który zniszczył Robespierre’a

Deszcz niweczy szanse na niepodległość Irlandii

Powstanie niewolników zmyte przez deszcz

Rany! Ale w Rosji jest strasznie zimno, część II. Napoleon rusza na Rosję

Aura znowu sprzyja Amerykanom w kolejnej walce o niepodległość

Tecumseh zginął we mgle

Woda pod Waterloo

Rany! Ale w Rosji jest strasznie zimno, część III. Wojna krymska przedłużona przez pogodę

Jak błoto położyło kres dowodzeniu przez pewnego generała Unii

Meteorologiczne skutki odległego wybuchu na obrazie Muncha

Podmuch wiatru i tajemnica pierwszego lotu

El Nińo i zniweczone marzenia o biegunie

Golenie na mrozie i maszynka do golenia

Nieudana prognoza i śmierć lorda Kitchenera

Deszczowe chmury kładą kres epoce sterowców

Rany! Ale w Finlandii jest strasznie zimno – wojna zimowa

Rany! Ale w Rosji jest strasznie zimno, część IV. Hitler atakuje ZSRR

Meteorologiczna ruletka z D-Day

Nowy typ chmur: grzyb atomowy

Chmury nad Kokurą wydały wyrok na Nagasaki

Francuski błąd w ocenie monsunów w Wietnamie

Demokraci triumfują dzięki deszczom

Kanadyjski mróz ratuje park narodowy przed skażeniem promieniotwórczym

Upał i beczułka z prochem, które zahamowały rozwój Detroit

Amerykanie sterują pogodą w Wietnamie

Długi archeologii wobec pogody

Pustynna burza udaremnia operacje odbicia zakładników w Iranie

Meteorologia i rakiety

Krwawy deszcz i III wojna światowa

Natura nie zagląda w paszport

Nota do wydania amerykańskiego 2005 r.

Gdy przygotowywaliśmy tę książkę od druku, huragan Katrina właśnie zniszczył południe Stanów Zjednoczonych – wydarzenie to przypomniało nam, że pomimo rozwoju technologii i wiedzy naukowej, jaką dysponujemy, wciąż zamieszkujemy planetę rządzoną przez bezosobowe siły natury, które są potężniejsze niż nasze próby okiełznania ich.

W chwili gdy to piszę (4 września 2005 roku), nie da się przewidzieć, jak dalekosiężne skutki będzie miała ta tragedia dla Stanów Zjednoczonych lub dziejów świata. Ale bez względu na to, czy zostanie zapamiętana jako punkt zwrotny w historii, wydarzenie na wielką skalę, czy nie, jest to, bez wątpienia, ważny moment dla tysięcy ludzi.

Książkę tę poświęcam wszystkim tym, których losy zostały zmienione przez burze lub inne siły natury.

Wstęp

„Dwaj generałowie, którym może zaufać Rosja, to generał Styczeń i generał Luty”. car Mikolaj I

Na rzecz Rosji latami działała pewna tajna broń, potężniejsza niż głowice jądrowe, które uczyniły z tego kraju supermocarstwo. Kiedy wszystkie nadzieje upadną, a ofiary wojny się mnożą, Rosjanie niemal zawsze wygrywają własny rodzaj zimnej wojny: wojnę z żywiołami. Mieszkańcy Rosji chlubią się paskudną pogodą: o dniu z czterdziestostopniowym mrozem mówią z taką samą dumą, jak rybak o wielkim marlinie, którego schwytał. Na terenie Rosji znajduje się najzimniejsze miasto na ziemi, Jakuck. Co ciekawe, jeden z angielskich badaczy odkrył, że Brytyjczycy prędzej niż Rosjanie mogliby umrzeć od mrozu. Dlaczego? Ponieważ żaden mieszkaniec Syberii nigdy nie był zaszokowany odkryciem, że na zewnątrz panuje mróz. A fakt, że jest tam zimno, jest równie pewny jak to, że Bill Gates ma dużo pieniędzy. W styczniu typowy Jakut nie wyjdzie z domu okutany w mniej niż 4,26 warstw odzieży (taka jest średnia ustalona przez naukowca, Jakuci nie tną ubiorów na ćwiartki). Londyńczyk natomiast wyjdzie jedynie w kurtce. To zrozumienie natury żywiołów doskonale mieszkańcom Rosji służy. Szczerze mówiąc, gdyby nie ta umiejętność, Rosjanie być może mówiliby dziś po francusku.

W 1812 roku Napoleon zebrał największą armię w historii europejskich wojen – ponad sześćset tysięcy żołnierzy. Zamierzał śmiało wedrzeć się w głąb Rosji. W ogóle nie martwił się nadciągającą zimą. Pewność siebie Napoleona wydawała się uzasadniona, gdy jego żołnierze zdobyli Moskwę. Splądrowali miasto, ukradli klejnoty i futra na prezenty dla swoich żon.

Potem aż nadto oczywisty stał się fakt, którego Napoleon nie wziął pod uwagę: że Rosja może być naprawdę mroźna. Gdy armia cesarska wymaszerowała ze zrujnowanego miasta wraz ze swoimi łupami, temperatura spadła do –40 stopni Celsjusza. Żołnierze umierali z odmrożeń i głodu. W ciągu jednej tylko doby padło z zimna pięćdziesiąt tysięcy koni. Ludzie owijali się w skradzione futra, ale na próżno. Z sześciuset tysięcy, którzy wkroczyli do Rosji, zaledwie sto pięćdziesiąt tysięcy dowlokło się do domów. Był to początek końca cesarstwa Napoleona i sygnał wyniesienia Rosji do pozycji europejskiej potęgi.

Napoleon nie był ostatnim, który nie docenił znaczenia klimatu jako broni. Adolf Hitler, najwyraźniej marny znawca historii, postanowił naśladować Napoleona – powtórzyć atak na Moskwę, włącznie z etapem śmierci od mrozu. We wrześniu 1941 roku operacja „Tajfun” (jedna z dwóch operacji wojskowych nazwanych od groźnych zjawisk pogodowych) wdarła się w głąb Związku Radzieckiego. Niemiecka armia była pewna, że pobije żołnierzy Stalina. Kilkanaście jednostek wiozło nawet mundury galowe na zwycięską defiladę na placu Czerwonym. Nie pomyślano jednak o ubraniach zimowych. Na początku grudnia termometry wskazywały –35 stopni, zaczął padać gęsty śnieg. Niemieccy żołnierze, w letnich mundurach, bez sukcesów próbowali wykopać sobie ziemianki w zamarzniętej ziemi. Ich pojazdy, samoloty i broń nie były projektowane do działania na mrozie – ciężarówki psuły się, szyny pękały, samoloty nie mogły latać, karabiny maszynowe zamarzały. Tymczasem żołnierze ściągnięci z Syberii działali w takich warunkach przez całe swoje życie. Odziani w kilka warstw odzieży, zaopatrzeni w walonki i ciepłe płaszcze, z czołgami zaprojektowanymi do operacji na lodzie i śniegu, zaatakowali słabnących Niemców. Gdy mróz zelżał, najeźdźcy doświadczyli kolejnego rosyjskiego fenomenu, rasputicy.

Rasputica to pora roku, gdy topnieje śnieg, a drogi stają się nieprzejezdne. W Rosji temperatura wzrasta i spada z zadziwiającą szybkością. W jednej godzinie jest poniżej zera, w następnej temperatura rośnie, i to tylko po to, by znowu gwałtownie opaść. Prowadzi to do powstawania wypełnionych błotem kałuż. Trudno je zauważyć: wypełnione błotem zagłębienia pokryte cienką warstwą lodu są niewidoczne pod przykrywającymi je kopczykami rozmiękłej ziemi lub śniegu. Po tych doświadczeniach nawet Hitler powinien przemyśleć, czy podbój Rosji jest rzeczywiscie tak wartościowy. Ale wódz bagatelizował rosyjskie klimat i pogodę . Jego wynikłe z meteorologii klęski w Związku Radzieckim, pod Moskwą i Stalingradem, stały się punktami zwrotnymi II wojny światowej.

Rozmowy o pogodzie uważa się za synonim bezmyślnej paplaniny, ale nie dajmy się temu zwieść. Wiatry mają dość siły, aby kształtować narody i kultury. Zachmurzone niebo wpływa na nasze poglądy i oczekiwania. Deszcze mogą zmieniać nastroje, politykę, liczbę pacjentów w szpitalach, a nawet historię.

Rozmowy o pogodzie nie zawsze uważano za banalne. Dla naszych przodków dostrojenie się do rytmu natury nie było kwestią wyboru, ale koniecznością. Pogoda dyktowała, kiedy żeglować, kiedy siać, kiedy zbierać i kiedy ruszać w głuszę. Była sprawą życia lub śmierci. Wielkie niepokoje społeczne często następowały po okresach niepogody. W książce tej przedstawimy rządy, które upadły z powodu wywołanych przez pogodę plag, zamieszki spowodowane przez upały i niepokoje religijne podsycane uderzeniami piorunów.

Dziś niemal wszyscy (wyłączając pracowników kanałów pogodowych) zostawiliśmy prognozowanie innym. Większość aspektów pogody podlega naszej kontroli. Nie zwracamy zatem uwagi na chcącego się wybić prezentera, który sypie dowcipami jak z rękawa, a równocześnie pokazuje kolejne, coraz to nowe miejsca na elektronicznej mapie. Pozostawiamy troskę o pogodę profesjonalistom. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pogoda nadal – choć mniej lub bardziej subtelnie – wpływa na naszą przyszłość.

Jednym z pierwszych uczonych badających wpływ pogody na społeczeństwo był baron de Montesquieu (Monteskiusz). W traktacie O duchu praw z 1748 roku zaprezentował wyniki dwudziestoletnich badań nad zależnością sposobów sprawowania rządów od charakterów władców. Monteskiusz zwrócił też uwagę na oddziaływanie klimatu na rządzących. Doszedł do wniosku, że mieszkańcy krajów zimnych nie mają poczucia estetyki i nie pielęgnują w sobie zbędnych uczuć, podczas gdy mieszkańcy ciepłych krajów są bardziej otwarci i niestabilni uczuciowo. Obserwacje Monteskiusza były stereotypowe, ale socjolodzy, archeolodzy, psychiatrzy i lekarze nadal szukają związków między pogodą a społeczeństwem i badają wpływ pogody na naszą codzienność.

Temperatury wpływają na tradycyjne stroje narodowe – spódniczki z trawy są równie bezsensowne w Finlandii jak futrzane czapki na Hawajach. Przeciętny angielski biznesmen nie słynąłby z melonika i parasola, gdyby poziom opadów w jego kraju był podobny do tego w Burundi. Aby wyjaśnić pływy, powodzie i wiatry, odwoływano się niegdyś do mitologii i woli bogów. Większość głównych świąt wiąże się ze zmianami pór roku i żniwami. Poezja, proza, muzyka i sztuki piękne wiele zawdzięczają urokom i grozie pogody. Język pełen jest zwrotów typu „pogoda pod psem” czy „pogoda w kratkę”.

Od klimatu zależy rodzaj naszego pożywienia, a kiedy na skutek niepogody plony są niskie, całe społeczności przenoszą się gdzie indziej. Przedsiębiorcy ponoszą fiasko lub – przeciwnie – ich interesy kwitną także dzięki odpowiedniemu nasłonecznieniu. Również za sprawą pogody amerykański przemysł filmowy przeniósł się ze swojego pierwszego centrum w mieście Fort Lee w stanie New Jersey do Hollywood.

Przywódcy robią kariery i upadają zależnie od kaprysów pogody. Nie tylko z powodu zwycięstw i porażek w bitwach, ale także dlatego, że burze wpływają na wyniki wyborów. Stratedzy polityczni godzinami spekulują, jak deszcz wpłynie na frekwencję, i kto na tym skorzysta.

Chociaż większość z nas zadowala się poszukiwaniem coraz lepszych metod adaptowania się do warunków pogodowych, część strategów szuka sposobów na ich kontrolowanie. Ostatnio odtajniony raport Departamentu Obrony „Pogoda jako czynnik zwielokrotniający siłę. Podporządkowanie pogody w 2025 roku” opisuje nie tylko nowe techniki prognozowania, lecz także sposoby wywoływania burz.

Od stuleci próbujemy kontrolować pogodę. Na mniejszą skalę mamy klimatyzację, dzięki której możemy funkcjonować w miastach najgorętszych stref klimatycznych. Zaprojektowaliśmy maszyny do wytwarzania śniegu, by kurorty narciarskie stale przynosiły zyski. Nie sądźmy też, że armia będzie czekała do 2025 roku, by majstrować przy pogodzie. Już w 1957 roku w raporcie komitetu doradców prezydenta Eisenhowera zauważono, że kontrola pogody stanie się „ważniejszą bronią niż bomba atomowa”. W 1966 roku Stany Zjednoczone miały okazję ją wypróbować. W ramach projektu „Popeye” rozpylono w chmurach nad Wietnamem środek wywołujący deszcz i przedłużono porę monsunową, co miało zwiększyć ilość błota na szlaku Ho Chi Minha – głównym nieprzyjacielskim szlaku zaopatrzeniowym wiodącym do Wietnamu Południowego.

Nawet jeśli nie zamierzamy zmieniać pogody, nasza działalność na nią wpływa. Sposoby użytkowania ziemi – nadmierne wypasanie stepów, zaorywanie prerii i nawadnianie pól – w znacznym stopniu modyfikują lokalny klimat.. Kilometry asfaltu i ciepło unoszące się nad miastami nie pozostają bez wpływu na pogodę. Odrzutowce umieszczają na niebie tworzone przez człowieka chmury. Po 11 września 2001 roku naukowcy zauważyli, że z braku wież Word Trade Center nad Manhattanem zmienił się układ piorunów.

Wydaje się, że nie jesteśmy zdani wyłącznie na łaskę żywiołów. Jesteśmy z nimi nierozerwalnie związani. Społeczeństwa nie mogą istnieć, nie wpływając na powietrze wokół. To, co zrobimy niebu, spadnie na nas w postaci deszczu. Ludzkość jest kształtowana przez pogodę, wpływa na pogodę, a potem musi się dostosowywać do tych nowych wzorów; każdy z nas jest jedynie maleńką częścią w skomplikowanym i pełnym zależności systemie.

Kolejne rozdziały tej książki ukażą wybrane momenty, kiedy klimat, pogoda i niepogoda wpływały na bieg historii. Nie będzie jednak mowy o burzach, które poczyniły wielkie szkody lokalnie, ale nie miały oddźwięku w historii. Nie będzie mowy także o katastrofach naturalnych z geologicznym, a nie meteorologicznym podłożem – trzęsieniach ziemi, tsunami i wybuchach wulkanów (jeśli wypadki te nie wpłynęły na pogodę).

Nie mam zamiaru sugerować, że pogoda była jedyną przyczyną wydarzeń przedstawionych w tej książce. Byłoby to nadmierne uproszczenie. Na skutek splotu okoliczności przypadkowy tajfun potrafi przechylić szale wojny na jedną stronę, co może mieć dalekosiężne konsekwencje.

Ludzkość zagrożona wymarznięciem

Jesteśmy egocentrykami. Mamy skłonność do patrzenia na świat, jakby jego historia i prehistoria prowadziły do tego wielkiego momentu, kiedy ludzie zaczęli dominować, co stanowi dla nas ostateczny cel stworzenia.

Jak niegdyś zauważył humorysta Douglas Adams: „To trochę tak, jakby wyobrazić sobie pudla, który spaceruje rankiem i myśli: «W jakim ciekawym świecie żyję – w jakiej ciekawej dziurze – doskonale do mnie pasuje, czyż nie? [...] Musiała zostać stworzona specjalnie dla mnie!»”.

Chociaż trudno nam to zaakceptować, prawda jest taka, że nasza dominacja nad planetą nie została ustalona z góry. Nasi przodkowie równie dobrze mogli podzielić los dinozaurów, i niemal tak się stało.

Od początków życia na Ziemi zdarzały się okresy masowego wymierania. Doprowadzały dominujące niegdyś gatunki do upadku, zapewniając miejsce pod słońcem nowym formom życia. Ostatnia taka masowa zagłada, 65 milionów lat temu, unicestwiła dinozaury i pozwoliła wybić się ssakom. Geolodzy i archeolodzy całe lata poświęcają badaniu jej przyczyn. Obecnie prym wiedzie teoria, że winę za nią można zrzucić na skrajne warunki pogodowe wywołane przez katastrofy naturalne.

Dinozaury najprawdopodobniej padły ofiarą niesfornego meteoru, który uderzył w Półwysep Jukatan w Meksyku i wybił w ziemi 40-kilometrowy krater. Eksplozja odpowiadała detonacji stu milionów bomb wodorowych – z powodu ogromnego żaru woda morska wyparowała i nasyciła atmosferę. Przegrzane powietrze rozeszło się. Pył z wybuchu przykrył dzisiejsze Kansas i uleciał w atmosferę. Okrążył glob i przesłonił słońce, ochładzając planetę. Rośliny nie mogły przeprowadzać fotosyntezy, więc wyginęły, wraz z żywiącymi się nimi zwierzętami. Nazywa się to Wielkim Wymieraniem. Niemal 90 procent wszystkich istniejących ówcześnie form życia zniknęło na zawsze. Na szczęście dla nas jednym z ocalonych był cynodont, przodek dzisiejszych ssaków.

My sami podobnie otarliśmy się o zagładę około siedemdziesięciu tysięcy lat temu. Badania nad DNA wskazują na kryzys demograficzny, niekiedy nazywany efektem szyjki butelki. Naukowcy starają się zrozumieć, dlaczego wśród ludzi było tak niewiele wariacji genetycznych. Więcej takich wariacji istnieje w stadzie szympansów lub klanie goryli niż w całej, liczącej sześć miliardów osobników, ludzkości. To dowód na to, że był okres, w którym żyło bardzo mało zdolnych do rozrodu samic. Pewna teoria sugeruje, że ich liczba spadła nawet do pięciuset. Kolejne dwadzieścia tysięcy lat zajęły ludziom odrodzenie się i powrót do poprzedniej liczebności.

Przyczyną efektu szyjki butelki była jedna z największych erupcji wulkanicznych w ciągu 450 milionów lat. Wybuch wulkanu Toba, w rejonie obecnej Sumatry, doprowadził do powstania krateru o średnicy 100 kilometrów i smugi dymu o wysokości co najmniej 30 kilometrów, która rozsiewała kamienie i popiół aż po Grenlandię. Do atmosfery wyrzucone zostało około 2800 kilometrów sześciennych roztopionej skały. To dość, by wybudować milion wielkich piramid egipskich. Warstwa popiołu przesłoniła słońce, a globalna temperatura spadła do 12 stopni. Zima wulkaniczna trwała przez sześć lat. Pokrywa śniegu, która narastała w tym okresie, dodatkowo odbijała promienie słoneczne, co uniemożliwiało ziemi wchłanianie ciepła. Na świecie zrobiło się jeszcze zimniej. Był to początek tysiącletniej epoki lodowcowej.

Część badaczy spekuluje, że epoka lodowcowa, która rozpoczęła się dużo wcześniej, była przyczyną erupcji, a nie jej skutkiem. Mogła obniżyć poziom mórz, zmniejszyć ciśnienie napierające na wulkan i umożliwić mu wybuch, dając efekt podobny do korka wystrzeliwującego z butelki szampana. Skutki erupcji przyspieszyły tylko zlodowacenie: zmieniły klimat z ciepłego na zimny, a gdy formowały się lodowce, poziom morza jeszcze bardziej się obniżał. Obnażone gleby porywał wiatr. Szalejące burze piaskowe niszczyły rośliny i przez wiele kolejnych dni zabijały zwierzęta.

Homo sapiens omal nie podzielił losów neandertalczyka i innych wymarłych gatunków ludzkich, ale kilka najtwardszych osobników przetrwało w odizolowanych enklawach w Afryce, Europie i Azji. W wyniku tego nasza populacja jest jedynie próbką genetycznej różnorodności, jaką niegdyś dysponowaliśmy.

Czy tego rodzaju erupcja może się wydarzyć ponownie? Jak najbardziej. Nie tylko może, ale jest wręcz nieuchronna. Najbardziej prawdopodobnym miejscem kolejnego megawybuchu jest Park Narodowy Yellowstone. Gejzery, gorące źródła i góry, które ściągają tu turystów, są efektem istnienia ogromnego podziemnego jeziora magmy, które mierzy około 20 kilometrów średnicy i sięga 2900 kilometrów do wnętrza – niemal do połowy drogi w głąb Ziemi. Yellowstone eksplodowało już trzykrotnie. Wybucha mniej więcej raz na 600 tysięcy lat. Ostatnio: 450 tysięcy lat temu. Co prawda, Yellowstone to jedno z czterdziestu stanowisk wulkanicznych. Większość z nich jednak wygasła, ponadto żadne inne nie znajduje się tak blisko gęsto zaludnionych obszarów.

Według naukowców, jeśli wulkan Yellowstone wybuchnie, uwolniona zostanie moc większa niż cały arsenał jądrowy planety. Wybuch będzie słyszalny nawet w Anglii. Około stu tysięcy ludzi zginie od razu. Toksyczne gazy i popiół zostaną wyrzucone do atmosfery i w ciągu paru godzin opadną na zachód Stanów Zjednoczonych. Wiatry roznosić je będą po planecie, co doprowadzi do zimy wulkanicznej. Równie dobrze może się to wydarzyć w przyszłym tygodniu, jak i za dwieście tysięcy lat.

Potop z roztopionego lodowca

Ze wszystkich zdarzeń pogodowych i żywiołów, które przypuszczalnie mieniły bieg historii, największy był potop – zniszczył niemal wszystkie żywe istoty. Ocalał jedynie Noe ze swoją rodziną, ocalało po parze wszystkich gatunków zwierząt. Czy jednak do biblijnego potopu w istocie doszło?

William Ryan i Walter Pitman, autorzy książki Noah’s Flood (Potop Noego), wierzą, że naprawdę doszło do wielkiego potopu, który zainspirował opowieść o Noem i wiele innych legend o potopie. W kulturach Greków, Egipcjan i Babilończyków funkcjonuje ponad dwieście podobnych mitów. Sumeryjski epos Gilgamesz, spisany na glinianych tabliczkach około 2000 roku p.n.e., mówi, że bóg nakazał Gilgameszowi wybudowanie wielkiego statku, by ocalić wszystkie żywe stworzenia na ziemi przed nadciągającym potopem.

Wszystkie te opowieści mogą mieć, rzecz jasna, wspólne źródło: powódź tak wielką, iż wydawało się, że świat się w niej pogrążył; nagłą katastrofę, która przetrwała w folklorze i była przekazywana z pokolenia na pokolenie, a w miarę powtarzania stawała się coraz bardziej dramatyczna. Badacze sądzą, że odkryli takie właśnie wydarzenie. Doszło do niego około 75 tysięcy lat temu na terenach otaczających basen Morza Czarnego.

Dowody kopalne pokazują, że aż do tamtego czasu Morze Czarne było przeciętnej wielkości słodkim jeziorem. Napływała do niego woda z topniejących lodowców. Przy jego brzegach znajdowały się liczne osady. Wąski grzbiet oddzielał jezioro od morza Marmara. I nagle skamieliny z Morza Czarnego zmieniają się z mięczaków słodkowodnych w słonowodne. Badania Roberta Ballarda, z wykorzystaniem sonaru i zdalnie sterowanej kamery podwodnej, odkryły starożytną linię brzegową 167 metrów od obecnego wybrzeża Turcji. Kamienne narzędzia, mury z błota i plecionki oraz odłamki ceramiki od tysiącleci leżały na dnie morza.

Część uczonych sugerowała, że brzegi tego akwenu – nazwijmy go Jeziorem Czarnym – mogły być kolebką cywilizacji. Ziemia była tu żyźniejsza niż w Mezopotamii, na suchym Bliskim Wschodzie, a przedmioty, podobieństwa językowe i powiązania etniczne można tłumaczyć przemieszczeniem się ludzi znad Morza Czarnego po potopie. Teoria ta wzbudza kontrowersje. Mimo wszystko nie ma wątpliwości, że wokół Jeziora Czarnego znajdowały się osady zmiecione przez wielki potop.

Co się stało? Podczas ostatniej epoki lodowcowej pokrywy lodowca sięgały od bieguna północnego aż do dzisiejszych Chicago i Nowego Jorku. Oceany znajdowały się około 120 metrów niżej niż obecnie. Gdy zlodowacenie zbliżało się do końca, a lodowce zaczęły topnieć, wody Morza Śródziemnego podniosły się. Zaczęły wlewać się do morza Marmara. W miarę wzrostu poziomu wody nacisk na grzbiet oddzielający to morze od jeziora stawał się coraz większy. Wreszcie naturalna tama nie wytrzymała.

Uwolnione zostały potoki słonej wody, o sile dwustu tysięcy wodospadów Niagara. Ryk wody dał się słyszeć co najmniej 150 kilometrów dalej. Codziennie przybywały kolejne 42 kilometry sześcienne wody. Zatopiły wsie na terenach obecnej Turcji, Bułgarii, Mołdawii, Ukrainy, Rosji i Gruzji. Napływ wody i jej parowanie wywoływały ulewne deszcze w całym regionie. Wieśniacy uciekali na wyżej położone tereny, ale wody wciąż przybywało. Każdego dnia podnosiła się o kolejne 800 metrów. Gdy wreszcie jej poziom ustabilizował się, jezioro było słonym morzem położonym 150 metrów wyżej niż wcześniej.

Czy to wydarzenie stało się źródłem opowieści o potopie? Trudno stwierdzić. Jeśli tak, przechodziłaby ona w ustnej tradycji przez sto tysięcy pokoleń, co może być powodem pewnych różnic w poszczególnych przekazach – wiadomo, że każdy z naszych bliskich zna inną wersję rodzinnych anegdot.

Badacze Valentina Yanko-Hombach z Avalon Institute of Applied Science w Winnipeg w Manitobie oraz Andrey Tchepalyga z Instytutu Geografii w Moskwie sądzą, że potop był dużo mniej dramatyczny niż w wizji Ryana i Pitmana. Ich analiza osadów i danych sejsmicznych z Morza Czarnego pokazuje, że wody Morza Kaspijskiego zalały ten region około 14 tysięcy lat temu, i że Morze Czarne podnosiło się stopniowo przez ponad tysiąc lat, wypychając mieszkańców ze swojego basenu. Gdy zakończyło się przelewanie Morza Kaspijskiego, poziom Morza Czarnego opadł, ale kilka lat później zalała je woda morska. Yanko-Hombach wierzy, że ten drugi potop podniósł morze zaledwie o 40 metrów i trwało to dłużej, miało więcej etapów, niż sugeruje amerykańska ekipa naukowa. Rozmaite teorie są wciąż przedmiotem debat archeologów.

Jeśli chodzi o kwestie teologiczne, rabin Amy Wallk Katz w swojej wypowiedzi dla gazety „Kansas City Star” stwierdziła: „Prawda archeologiczna determinowana jest przez metodę naukową [...]. Prawda historyczna determinowana jest przez to, jak społeczność wspomina swą przeszłość [...]. Opowieści biblijne są istotne, ponieważ dają nam etyczne i moralne lekcje historii, a nie dlatego, że odsłaniają fakty historyczne”.

Wielebna Holly McKissick dodała: „Prawda o potopie nie polega na tym, że zwierzęta poszły parami. Prawda jest taka: Bóg oferuje świat nadziei”.

Sztormowa teoria zasiedlenia Australii

Nie da się stwierdzić z całkowitą pewnością, w jaki sposób i dlaczego ludzkie istoty wylądowały po raz pierwszy na kontynencie australijskim. Ówcześni nie zadbali o spisanie takich historii. Pochodzenie życia ludzkiego w każdym rejonie Ziemi pozostaje w sferze naukowych teorii (podpartych naukową wiedzą, ale nadal tylko teorii). Tak czy owak, prawdopodobnie pogoda odegrała zasadniczą rolę w pierwszej wyprawie ludzi do Australii, a podróż ta jest niezwykła.

Nasza historia zaczyna się około 50 tysięcy lat temu. Australia była już wtedy wielką wyspą, odsuniętą od kontynentu azjatyckiego co najmniej o 15–20 kilometrów. Występowały tam liczne unikatowe gatunki roślin i zwierząt, w tym duże ssaki, które teraz już wymarły. Nie pojawiły się jednak człekokształtne stworzenia, od których mogliby się wywodzić ludzie. Pierwsze istoty ludzkie w Australii były cudzoziemcami. Przybyć mogły tylko przez morze.

Całkiem niedawno archeolodzy odkryli, że ludzie zamieszkują Australię aż tak długo. Sto lat temu uczeni zakładali, że Aborygeni pojawili się zaledwie czterysta lat wcześniej. W latach sześćdziesiątych XX wieku naukowcy cofnęli chronologię o osiem tysięcy lat. Następnie, w 1969 roku, geolog Jim Blower z Australian National University w Canberrze zbadał wyschnięte jezioro zwane Mungo. W piasku tego jeziora znalazł szkielet kobiety. Szkielet ten został wykopany i poddany testom metodą radiowęglową. Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że ma ponad 23 tysiące lat.

Oznacza to, że ludzie musieli przedostać się z Azji na południowy kontynent, zanim jeszcze, według uczonych, zaczęli korzystać z narzędzi z kamienia gładzonego, takich jak siekiery. Wykonane bez użycia tego typu narzędzi łodzie, na których przypłynęli wcześni Aborygeni, musiały być bardzo prymitywne. Ponieważ nie zachowały się okazy łódek sprzed 50 tysięcy lat, archeolodzy dali się ponieść wyobraźni. Najprawdopodobniej podróżnicy poruszali się na tratwach wykonanych z bambusowych prętów powiązanych palmowymi liśćmi (proszę wyobrazić sobie wielki, płaski wiklinowy fotel).

Pojawia się pytanie: dlaczego w ogóle wypłynęli w morze? Stali na brzegu południowej Azji, więc nie mogli dostrzec australijskiego wybrzeża. Nie mieli pewności, że jest tam ląd. Jedna z teorii głosi, że do podróży doszło bardziej przez przypadek niż celowo.

Mogło to wyglądać tak: nasz wczesny australijski przodek – nazwijmy go Joe – łowił ryby ze swojej tratwy. Nad jego głową gromadziły się chmury, ale Joe chciał złowić jeszcze jedną rybę. Żona Joego weszła na tratwę, kazała mu wracać. Gdy wspięła się na tratwę, rozpętała się burza, może nadciągnął letni monsun i porwał oboje. Joe nie mógł sterować na wzburzonym morzu, a wiatr spychał ich coraz dalej i dalej. Bezradnie dryfowali przez kilka dni. W końcu wylądowali na plaży północnej Australii. Ponieważ nie mieli nic lepszego do roboty, zaczęli zaludniać kontynent.

Problem w tym, że dwoje ludzi to trochę za mało, żeby stworzyć społeczeństwo. Joseph Birdsell, amerykański uczony, szacuje, że dla takiego „stada zarodowego” potrzeba by około 25 osobników. Być może Joe został ściągnięty z kursu z całą swoją rodziną na pokładzie, ale jest to bardzo mało prawdopodobne.

Niektórzy zwolennicy teorii sztormowej uważają, że kiedy wiatr zniósł go na nieznane wybrzeże, nasz protagonista łowił ryby samotnie. Rybak zorientował się, jakie stwarza to szanse, wrócił do domu, a potem sprowadził grupę kolonistów na nowy ląd.

Inna teoria głosi, że w grę wchodziło więcej tratw i wielu pechowych Azjatów, którzy w pojedynkę zabłądzili na morzach i stali się przypadkowymi kolonistami Zagubionej Ziemi.

Philip Clarke, autor Where the Ancestors Walked: Australia an Aboriginal Landscape (Gdzie wędrowali przodkowie: Australia, kontynent Aborygenów), dowodzi, że ludność Australii wcale nie trafiła tam przypadkowo. Gdyby w grę nie wchodziła burza, ci wcześni odkrywcy mogliby się dowiedzieć o istnieniu Australii wyłącznie dzięki obserwacji pogody.

Nawet jeśli nie mogli dostrzec na horyzoncie samej Australii, mogli zaobserwować chmury lądowe, które tworzyły się nad jej górami: wilgotne powietrze zamarza i unosi się nad szczytami. Wiszące nad szczytami gór chmury pozostawałyby w ciągu dnia nieruchome. Odkrywcy mogli je zaobserwować i uznać za dowód na istnienie lądu.

Jeśli chmury nie zdradziły położenia Australii, zrobiły to pioruny. Podczas burzy mogły uderzać w północno-zachodnią część kontynentu, która obecnie znajduje się pod powierzchnią morza. Jeśli piorun uderzyłby w busz i wywołał pożar, dym byłby widoczny z górzystej wyspy Timor.

„Jedna grupa rodzinna, której udało się przeprawić przez morze – pisał Clarke – mogłaby skolonizować cały kontynent w ciągu kilkuset lat”.

Na długo przed tym, zanim inne ludy świata dysponowały łodziami, Aborygeni kierowali się, celowo lub przypadkiem, pogodą. Ruszyli w nieznane i stworzyli nowe społeczeństwo – jedną z najstarszych kultur i języków, jakie do dziś istnieją na Ziemi.

Morskie bryzy ratują cywilizację zachodnią

Los kultury greckiej, a w konsekwencji samej kultury Zachodu, zawisł na włosku podczas wojen grecko-perskich. Persja u szczytu swej potęgi przygotowywała się do najazdu na Grecję kontynentalną. Grecki admirał Temistokles odwrócił koleje wojny w bitwie pod Salaminą w 480 roku p.n.e., wykorzystując swoją znajomość wiatrów.

Wiedza o kierunkach wiatrów miała decydujące znaczenie we wszystkich wczesnych kulturach morskich, ale Grecy przywiązywali do niej szczególną wagę. Ludzie wielu kultur, włącznie z Trojanami, Spartanami, Fenicjanami, Kartagińczykami i Etruskami, żyli na brzegach Morza Śródziemnego i walczyli o kontrolę nad szlakami handlowymi. Ponieważ ich statki zdane były na łaskę prądów morskich, bacznie obserwowali kierunek bryzy, ale według meteorologa J. Neumanna to Grecy byli w tej obserwacji najdokładniejsi. Neumann odkrył, że w literaturze starogreckiej wzmianki o wietrze są dużo liczniejsze niż w kanonie literackim sąsiednich imperiów.

W najwcześniejszych znanych greckich dziełach, eposach homeryckich, datowanych na około 800 rok p.n.e., często wspomina się o wiatrach, jak choćby w tym fragmencie:

„Cały dzień młodzi Achaje tańcem i grą zjednywali

boga, śpiewając mu pean przepiękny i sławiąc pieśniami

Tego - co - godzi - z - daleka. Z radością Fojbos ich słuchał.

Kiedy zaś słonce zagasło i ciemność opadła na ziemię,

wszyscy przy rufie okrętu udali się na spoczynek.

A gdy zjawiła się rankiem Eos o palcach różanych,

do szerokiego obozu Achajów znów odpłynęli.

Wiatry pomyślne im zesłał z daleka godzący Apollon.

Maszt postawili i żagle białe jak śnieg rozpostarli,

w które dął wiatr, wydymając je w środku, a fala dokoła

kilu, spieniona, skłębiona, głośno wzdychała, unosząc

okręt, co z fali na falę do celu mknął morskim szlakiem.

Do szerokiego nareszcie przybili obozu Achajów.

Okręt wnet czarny wywlekli na ląd nad morzem wzniesiony

i umocnili na piaskach, podparłszy długimi belkami,

sami zaś ku swym namiotom rozeszli się i okrętom”.1

Meteorologia Arystotelesa, pierwsza księga próbująca usystematyzować zjawiska meteorologiczne, nadaje nazwy rozmaitym wiatrom. Uczeń Arystotelesa, Teofrast (374–287 p.n.e.), kontynuował jego pracę w traktacie O wiatrach. Mimo wiedzy o wiatrach i pływach Ateńczykom z V wieku p.n.e. brakowało prawdziwej floty – musieli dzierżawić okręty od Koryntian. Tymczasem Persja, w tym samym czasie gdy osiągała największe zwycięstwa na lądzie, zgromadziła również flotę – jedną z największych i najgroźniejszych na świecie.

Korzenie bitwy pod Salaminą sięgają VI wieku p.n.e., kiedy królowie perscy rozszerzyli władzę od doliny Indusu do Morza Egejskiego i wreszcie podbili greckie miasta-państwa na wybrzeżu anatolijskim. W 500 roku p.n.e. mieszkańcy tych miast zbuntowali się przeciwko Persji. Grecja kontynentalna przysłała posiłki, ale bunt został stłumiony. Król perski, Dariusz, wykorzystał walki jako pretekst do inwazji, ale plany pokrzyżowała mu pogoda. Sztorm zniszczył większość jego floty, władca musiał się wycofać.

W 490 roku p.n.e. Persowie uderzyli ponownie. Tym razem 25 tysięcy ludzi wylądowało na równinie pod Maratonem, nie napotkali oporu. Przytłoczeni przewagą liczebną przeciwnika Ateńczycy modlili się do bogów i za każdego zabitego w bitwie Persa obiecali złożyć Artemidzie w ofierze kozła. Bogowie chyba wysłuchali modłów Greków. Wbrew oczekiwaniom odnieśli oni decydujące zwycięstwo. Sukces stał się powodem wielkiego święta, biegacz Filippides pędził aż do Aten, by przekazać dobrą nowinę. (Dopiero w 1896 roku, kiedy w Atenach odbyły się pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie, słowo „maraton”, oznaczające bieg długodystansowy, weszło do naszego słownika. Na igrzyskach rozegrano taki bieg, by upamiętnić historyczne zdarzenie). Zabitych w boju pogrzebano na polu walki pod ziemnym kopcem, zachowanym do dzisiaj. Po bitwie okazało się, że w Atenach nie ma dość kozłów, żeby Ateńczycy mogli spłacić swój dług wobec Artemidy. Złożyli więc w ofierze 500 zwierząt, a ofiarę bogini składali co roku przez niemal wiek.

Po Maratonie Grecy zupełnie zapomnieli o perskim zagrożeniu. I faktycznie, minęło prawie dziesięciolecie, zanim Temistokles przekonał Ateńczyków do budowy floty. Nawet kiedy podjęli to zadanie w 483 roku p.n.e., zrobili to w celu ochrony przed sąsiednim miastem-państwem, Eginą, a nie przed imperium perskim. Persowie również zajmowali się innymi sprawami. W czerwcu 486 roku p.n.e. Egipcjanie i Palestyńczycy zbuntowali się przeciwko Persji. Dopóki ta kwestia nie została załatwiona, Grecja musiała poczekać.

Dokończenie podboju i zdobycie przez Persję Aten przypadło w udziale następcy Dariusza, Kserksesowi. Kserkses niczego nie pozostawił przypadkowi – zebrał największą flotę, jaką widział świat. Historycy dyskutują o jej liczebności. Można jednak założyć, że składała się z około 1000 okrętów wiozących 250 tysięcy ludzi. Aby nadać tej liczbie odpowiedni wymiar, powiedzmy, że ówczesne zaludnienie planety szacuje się na około 162 miliony, co odpowiada mniej więcej liczbie ludności dzisiejszego Pakistanu. U boku Persów stanęły oddziały Jończyków, Cylicyjczyków i Fenicjan. Fenicjanie, gdy chodziło o żeglowanie, także radzili sobie nieźle. Dominowali na wodach Morza Śródziemnego od 1200 do 900 roku p.n.e. dzięki takim umiejętnościom, jak nawigacja z wykorzystaniem Gwiazdy Polarnej; prawdopodobnie też jako pierwsi ludzie z Zachodu opłynęli południowy kraniec Afryki.

Persowie nie taili planów ataku. Kserkses wiedział, że jego potęga jest przytłaczająca. Uważał, że zastraszenie jest mocniejszą bronią niż tajemnica. Przed swoimi wojskami wysyłał heroldów, żeby zażądali wody i nakazali społecznościom przygotowywanie jedzenia dla króla i jego armii. Ateńczycy znali więc plan Kserksesa i posunięcia jego armii. Wiedzieli, ilu ludzi mają nakarmić poszczególne społeczności, a tym samym znali liczbę żołnierzy. Wojskowa potęga Kserksesa była niczym sztorm, który Ateńczycy wyraźnie dostrzegali na horyzoncie.

We wrześniu 486 roku p.n.e. Persowie spalili opustoszałe Ateny i przygotowywali się do zniszczenia greckiej floty. Gdyby grecka armada, złożona z około 380 okrętów, miała stawić czoła ogromnej perskiej flocie na otwartym morzu, nie miałaby szans. Temistokles przygotował plan wciągnięcia najeźdźców do kanału między wyspą Salaminą a Pireusem dokładnie w chwili, kiedy silny wiatr będzie wiać od strony morza.

Najpierw wysłał niewolnika, by „przypadkiem” wyjawił przeciwnikowi, że Grecy pod osłoną nocy planują wycofanie się z Salaminy. Kserkses połknął przynętę. Rozumował, że jeśli uda mu się podczas próby ucieczki złapać Greków w pułapkę, za jednym zamachem pozbędzie się całej ich floty i uniknie przedłużających się walk. Rozkazał, aby okręty zablokowały wąski kanał megarejski po zachodniej stronie Salaminy, którędy – jak sądził – będą próbowały odpłynąć okręty Greków.

Mniej więcej dwie godziny przed świtem Temistokles zebrał swoich ludzi. Przeciwnik miał przewagę liczebną nad 60 tysiącami Greków, których szanse na zwycięstwo były nikłe. Dowódca przemówił do nich, według Plutarcha, takimi słowami: „Jaśni heroldowie świtu na nowo rozpalili brzask brylantowymi promieniami – rzekł. – Waleczni synowie Grecji: Ruszajcie i uratujcie swych krewnych, groby przodków i święte przybytki, które wznieśli! Jeszcze jeden bój do zakończenia szalejącej wojny. Gra idzie o wszystko. Synowie Grecji: Ruszajcie!”.

Tuż przed świtem Grecy wypłynęli. Jednak zamiast skierować się na południe, pożeglowali wokół północnego krańca Salaminy. Temistokles wiedział, że około dwóch godzin przed świtem wiatr etezyjski2 utrudni nawigację flocie perskiej, osłabionej walkami i przeprawą przez morze.

Gdy Persowie ścigali greckie triery w wąskim przesmyku, zgodnie z oczekiwaniami, ostry wiatr powiał od strony morza. Morze zaczęło falować, kołysząc ciężkimi perskimi jednostkami. Wąskie, płaskodenne okręty Ateńczyków radziły sobie lepiej. Utrzymały pozycję w najwęższym miejscu kanału, w którym mierzył on zaledwie 1371,6 metra. To tu Temistokles chciał stoczyć bitwę i ściągnął ludzi Kserksesa do celu.

Grecy utrzymali pozycję, gdy spadła na nich ogromna perska flota. Tysiąc lub więcej okrętów zablokowało szlak wodny. Grecy pożeglowali prosto na przeciwników i staranowali ich okręty.

Przed środkiem dnia południowa bryza wiała do kanału, a Persowie, którym wiatr dął w plecy, z trudem utrzymywali stały kurs. Grecy, po zawietrznej stronie przylądka Kynosura, mieli wiatr czołowy, dzięki czemu ich okręty pozostawały bardziej stabilne.

W południe szyk Persów rozpadł się. Większość z nich nie miała miejsca do manewrowania w wąskiej cieśninie. Gdy okręty na przedzie były niszczone, te z tyłu, nieświadome niebezpieczeństwa, płynęły dalej. Persowie byli taranowani z dwóch stron, od przodu przez Greków, a od tyłu przez własne jednostki.

Wczesnym popołudniem morze pokrywały połamane kadłuby, wiosła i ciała żeglarzy. Ponad 240 wraków blokowało akwen, po którym pływały trupy 50 tysięcy ludzi.

„Brzegi Salaminy i wszystkie sąsiednie wybrzeża pokrywały ciała zabitych nieszczęśników” – napisał tragik Ajschylos.

Persowie stracili jedną z trzech eskadr; przez kilka dni morze wyrzucało ciała ich załóg na brzeg. Chociaż dalej mieli nad Grekami przewagę liczebną, stracili pozory dowodzenia i kontroli, a ocalone statki popłynęły do domu. Persowie spalili Ateny do fundamentów, ale nie udało im się pokonać Ateńczyków.

Pogoda miała zadać wycofującym się Persom jeszcze jeden straszliwy cios. Szybko nadciągała burzliwa jesień, a po niej zima. Persowie musieli jak najprędzej uciec na wody Azji Mniejszej. W październiku perska armia wycofała się do Tesalii (region na północy Grecji, na południe od Macedonii, na wschód od Epiru, na wybrzeżu Morza Egejskiego). Stamtąd w ciągu zaledwie 45 dni mogli dotrzeć do Dardaneli (półwyspu Gallipoli), zanim zimowy wiatr utrudniłby marsz. Ponieważ poruszali się szybko, tabory nie nadążały za wojskiem, a w szeregach szerzył się głód i choroby wywołane piciem skażonej wody.

Kiedy Persowie wreszcie dotarli do Dardaneli, wyczerpani, wygłodzeni ludzie rzucili się na jedzenie i wodę, ale to nie pomogło – nagła zmiana sposobu odżywiania się zabiła część z nich. Najpotężniejsze jednostki składające się na armadę Kserksesa opuściły go po bitwie pod Salaminią. Już nigdy więcej Kserkses nie najechał Grecji z takimi siłami.

Gdyby król perski zwyciężył pod Salaminą, bez wątpienia kolejno atakowałby nabrzeżne miasta-państwa. Nie mogłyby one zorganizować wspólnej obrony i starożytna Grecja, ze swoją mitologią, filozofią i koncepcją demokracji, zniknęłaby z powierzchni ziemi. Zamiast tego bitwa pod Salaminą stała się dla greckiej floty patriotycznym triumfem, który zachęcił Ateny do stworzenia morskiego imperium.

Z osłabioną na przeszło dziesięciolecie flotą Persowie musieli przejść do defensywy – najpierw w obliczu ateńskich działań morskich we wschodniej części Morza Śródziemnego, a potem spartańskich i macedońskich najazdów na Azję.

Jak zauważył David Sacks w Encyclopedia of the Ancient Greek World (Encyklopedia starożytnego świata greckiego), „proces, który zakończył się podbojem Persji przez Aleksandra Wielkiego (334–323 p.n.e.), zaczął się w cieśninach Salaminy”.

Burza w Lesie Teutoburskim

U szczytu swej potęgi Cesarstwo Rzymskie było największym z supermocarstw. Do 7 roku p.n.e. podbiło cały Półwysep Iberyjski i założyło łańcuch twierdz wzdłuż prawego i lewego brzegu Renu. Rzym opanował tereny dzisiejszej Austrii, na południe od Dunaju, wschodniej Szwajcarii i południowych Niemiec. Siła wojskowa rzymskiego imperium nie miała sobie równych, a podbój świata wydawał się nieuchronny. W 1 roku n.e. Tyberiusz, późniejszy cesarz, zdławił powstanie germańskich Cherusków i plemion lombardzkich, nazywanych przez Rzymian po prostu barbarzyńcami. Większość obecnych północnych Niemiec znalazła się pod władzą rzymską.

Rezydujący w Rzymie cesarz Oktawian August był przekonany, że na północy sprawy mają się dobrze, więc odwołał Tyberiusza. Wysłał go, by zdławił rewoltę w Panonii, środkowoeuropejskiej prowincji obejmującej część współczesnej Austrii, Węgier, Słowenii, Chorwacji oraz Serbii i Czarnogóry. Na miejsce Tyberiusza Oktawian August posłał do Germanii Publiusza Kwintyliusza Warusa.

Warus był bogaczem ze starej patrycjuszowskiej rodziny i ożenił się z ulubioną siostrzenicą Augusta. Niedawno wrócił z prokonsulatu w Syrii, który to region splądrował dla zysku. Powtarzając słowa brytyjskiego historyka, sir Edwarda Stephena Creasy’ego, „notorycznie pozwalał sobie na gwałcenie świętości miejscowych przybytków i wyrządzał szkodę honorowi i skromności”.

Warus, jako dowódca oddziałów, które dziś nazwalibyśmy siłami pokojowymi, niewątpliwie sądził, że będzie to zadanie łatwe. Cheruskowie, pozornie, byli przyjaźni i lojalni, zadowoleni z przynależności do wielkiego imperium. Warus przystąpił od razu do ściągania trybutu z tych, którymi rządził, oraz do zabaw z ich żonami i córkami.

Rzymski wódz jednak pomylił się w ocenie Arminiusza, wodza Cherusków. Arminiusz należał do licznej grupy Germanów zwerbowanych do walki po stronie Rzymu. Uzyskał rzymskie obywatelstwo i rangę ekwity. Chociaż Arminiusz pochlebiał Warusowi, jednocześnie zbierał informacje, podsycał antyrzymskie uczucia wśród germańskich plemion i przygotowywał niespodziewany atak, jedyny typ operacji, jaki dawał szansę na powodzenie w walce z największą światową superpotęgą. Spiskowi w dużym stopniu miała sprzyjać pogoda.

Gdy Arminiusz zebrał swych wojowników, posłał Warusowi wiadomość, że jego ludzie potrzebują ochrony przed buntem na północy. Legioniści mieli przemaszerować przez terytorium Cherusków, aby dotrzeć do ogniska rebelii. Warus, człowiek dość niefrasobliwy, zwinął obóz i wyruszył w drogę. Prowadził XVII, XVIII i XIX legion, trzy oddziały jazdy oraz sześć kohort sił posiłkowych: około 20 tysięcy ludzi. Nie spodziewali się oni walk, więc maszerowali nie w szyku, ale luźnych grupach: z taborami, żonami i dziećmi. Kolumnę prowadzili zwiadowcy Cherusków.

Germanie wprowadzili legiony w pagórkowaty, zalesiony region otoczony przez strome góry. Pośród skał wiodły wąskie ścieżki. Co więcej, po niedawnych burzach ziemia była grząska, a dróżki zalane przez wezbrane strumienie. Ciężkie wozy z zaopatrzeniem ugrzęzły w bagnach.

Arminiusz wykorzystał okazję i zaatakował tylną straż. Przewodnicy germańscy uciekli, porzucili Rzymian na nieznanym terytorium. Przez cały dzień Cheruskowie nękali ich szarpanymi atakami. W końcu Warus rozkazał legionom zatrzymać się i rozpalić ogniska wokół obozu. Tamtej nocy nie zostali zaatakowani.

Następnego ranka Warus rozkazał legionistom porzucić nieporęczne wozy. Gdy żołnierze grzebali w swoich bagażach, Arminiusz dał sygnał do ataku.

Walki trwały cały następny dzień, a potem kolejny. W końcu pojawiła się szara chmura, która stała się symbolem końca rzymskich legionów. Zerwała się gwałtowna burza z potężną ulewą, dudniącymi grzmotami i trzaskającymi błyskawicami rozświetlającymi niebo. Wywracała drzewa, rozbijała szyki i zamieniła krwawe pobojowisko w bagno. Skóra okrywająca rzymskie tarcze nasiąknęła wodą, przez co stały się one nie do udźwignięcia. Na legionistów padał grad, zrzucały ich spłoszone konie.

Poza kwestiami taktycznymi burza dla obu stron miała znaczenie symboliczne. Dla Rzymian była oznaką niezadowolenia bogów, złym omenem. Jedna błyskawica wystarczała, żeby odwołano wszystkie zgromadzenia publiczne. Zwrot: „Będę obserwował niebo” stał się dla nich synonimem politycznego weta.

„Czyż możemy wątpić w prorocze znaczenie pioruna? – pisał w I wieku n.e. historyk i biograf, Kwintus. – Kiedy posąg Summanusa, który stał na szczycie świątyni Jowisza, został trafiony piorunem, a jego głowy nigdzie nie dało się znaleźć, wróżbici orzekli, że głowa potoczyła się do Tybru i odnaleziono ją dokładnie tam, gdzie wskazali”.

Jeśli jedną błyskawicę traktowano jak zły omen, wyobraźmy sobie, jakie wrażenie musiała zrobić na Rzymianach burza w środku nieoczekiwanej bitwy.

Natomiast dla ludów Północy Thor był bogiem pogody i wojny, a piorun Thora – znakiem boskiej pomocy. Cheruskowie mieli zatem dowód, że bogowie są po ich stronie, i zaatakowali zniechęconych legionistów z nowym zapałem.

Otoczeni, wyczerpani i grzęznący po kostki w błocie Rzymianie nie mogli się już dłużej wycofywać. Jeśli legioniści oczekiwali litości Germanów, srodze się zawiedli. Cheruskowie brutalnie wymordowali rzymskich okupantów. Posiekali ciała Rzymian na kawałki i złożyli ich zwłoki w ofierze na ołtarzach Thora. Nielicznych ocalałych umieszczono w wiklinowych klatkach i spalono żywcem. Warus, któremu trudno było znieść haniebną porażkę, rzucił się na własny miecz. Jego głowę odesłano do Rzymu w worku. Liczbę zabitych Rzymian szacuje się na około 20 tysięcy.

Dla Rzymian była to brutalna, upokarzająca i bolesna strata. Kiedy Oktawian August dowiedział się o klęsce, wykrzyknął: „Warusie! Oddaj mi moje legiony!”. Cesarstwo nigdy więcej nie przydzieliło numerów XVII, XVIII ani XIX żadnemu legionowi.

Rzymianie nie zamierzali dopuścić do tego, żeby ostatnie słowo należało do Arminiusza. Germanik Juliusz Cezar wyruszył z nowymi siłami. Zamierzał udowodnić, że armia Rzymu wciąż jest najpotężniejsza.

Pięć lat po pierwszej bitwie legiony rzymskie ponownie wkroczyły do Lasu Teutoburskiego. Tym razem były gotowe do boju: schwytały żonę Arminiusza, Thusneldę, i odniosły łatwe zwycięstwo. Były to jednak działania tylko pokazowe – cesarz Oktawian August i jego następca Tyberiusz nigdy nie próbowali już podbić północnej Germanii i germańskich barbarzyńców.

Goci i Wandalowie ostatecznie przyczynili się do upadku Imperium Rzymskiego. Plemiona germańskie, wolne od jarzma Rzymu, rozprzestrzeniły się po Europie. Cheruskowie zmieszali się z Sasami w północno-zachodniej części obecnych Niemiec. Ostatecznie stali się Anglosasami, którzy najechali na Wielką Brytanię i skolonizowali ją.

Gdyby bitwa w Lesie Teutoburskim miała inny przebieg, Rzymianie bez wątpienia przejęliby władzę nad północną Germanią, a stamtąd przesunęli się jeszcze dalej na północ. Wpływy łacińskie, które ukształtowały języki Francji i Hiszpanii, mogłyby zrobić to samo w Germanii. Mogło by nie być dziś szwedzkiego, norweskiego, duńskiego, niderlandzkiego, niemieckiego czy angielskiego.

Zacytujmy pełne dramatyzmu słowa angielskiego historyka, sir Edwarda Creasy’ego z 1851 roku: „Gdyby Arminiusz był leniwy lub nie odniósł sukcesu, nasi germańscy przodkowie zostaliby zniewoleni lub wyniszczeni na swych ojczystych ziemiach wzdłuż Eidery i Łaby. Ta wyspa nigdy nie nosiłaby nazwy Anglia, a «my, ten wielki naród angielski, którego rasa i język obecnie podbijają ziemię, od jednego krańca do drugiego», nie zaistniałby [...]. Dzielny Germanin uratował naszą pierwotną ojczyznę, kiedy wymordował rzymskie legiony”.

Ludy germańskie/angielskie, ocalone od rzymskiej dominacji, ostatecznie same miały zdominować region, w niemałej części dzięki epidemii, której szerzeniu się sprzyjały kaprysy pogody.

Dlaczego nad wyspami brytyjskimi nigdy nie zachodzi słońce

„Widzieliśmy opuszczone i pełne jęków wioski i ciała leżące na ziemi – napisał Jan z Efezu. – Ciała, które rozpękły się i gniły na ulicach, gdyż nie miał ich kto pogrzebać [...]. Ich brzuchy były wzdęte, a usta szeroko otwarte, wypuszczające ropę strumieniami, oczy w stanie zapalnym, ręce zaś wyciągnięte w górę; zwłoki, gnijące i leżące w zaułkach i na ulicach oraz w portykach dziedzińców i kościołach”.

Wszystko zaczęło się około roku 541. Wtedy pierwszy raz opisano objawy choroby, która miała rozprzestrzenić się na cały świat, spustoszyć miasta i zostawić po sobie trupów tak wiele, że będzie brakowało ludzi, aby je pochować. Pola opustoszały, bydło wałęsało się samopas, a zboża osypywały się na ziemię. Ci, którzy uchronili się przed pierwszą falą dżumy dymieniczej3, mogli jedynie ze zgrozą patrzeć, jak cierpią ich najbliżsi. Choroba nadchodziła falami. Jeśli ominęła kogoś za pierwszym razem, rok później nie była już tak łaskawa. Skutki zarazy były makabryczne. Chorzy patrzyli na świat przekrwionymi oczami, ich twarze pokrywały krosty, trudno im było oddychać. Część traciła zmysły, zanim zmarła od obrzęków i wysokiej gorączki. W epoce Justyniana dżuma dymienicza spustoszyła Cesarstwo Rzymskie. Zabiła niemal połowę jego mieszkańców, przez co zmieniła równowagę sił na świecie.

Pierwotni mieszkańcy Wysp Brytyjskich nie byli Anglikami, ale Celtami. W roku 449 owych pierwotnych mieszkańców najechali barbarzyńcy nazywani Anglami. Pochodzili z obecnego Szlezwiku- -Holsztynu i mówili językiem, który wyewoluował z mowy Fryzów, plemienia zamieszkującego bagniste wyspy u wybrzeży Holandii. Język ten poprzedził angielski, niemiecki i niderlandzki.

Anglowie, razem z Sasami i Jutami, rozpętali terror na Wyspach Brytyjskich. „Ta wyspa nigdy nie widziała tak wielkich rzezi” – napisał kronikarz. Pierwotni Brytowie musieli uciekać na zachód, „niczym przed ogniem”. Przez następne dziesięciolecia najeźdźcy rozprzestrzeniali się i zadomawiali. Chociaż to Anglowie byli przybyszami, nazwali pierwotnych mieszkańców Brytanii wealas, czyli cudzoziemcami – od tego słowa pochodzi dzisiejsze „Welsh”, czyli Walijczyk. Fakt ten tłumaczy, dlaczego Celtowie nie byli szczególnie zadowoleni z sąsiadów. Anglowie i Sasi na wschodzie i Celtowie na zachodzie nie chcieli mieć ze sobą nic wspólnego.

„Moglibyśmy się spodziewać, że dwa języki [...] istniejące obok siebie przez kilkanaście wieków będą swobodnie od siebie zapożyczać – napisali autorzy The Story of English (Opowieść o angielszczyźnie). – W rzeczywistości staroangielski [...] zawiera ledwo tuzin słów celtyckich [...]. Wygląda na to, że Anglicy nie zawracali sobie głowy nauką języka wyspy, którą podbili”.