Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika ebook

James Hamblin  

4.3 (10)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 532 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika - James Hamblin

 

 

Dlaczego drapanie się jest takie przyjemne?

Ile trzeba spać?

Czemu seks u ludzi wygląda, jak wygląda?

I dlaczego nie istnieje viagra dla kobiet?

Czy obcisłe spodnie mogą zabić?

Czy można sobie zrobić dołeczki w policzkach?

Czy naprawdę można umrzeć od wyciskania pryszcza na nosie?

 

Autor tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii, rozprawia się z popularnymi mitami dotyczącymi zdrowia i demaskuje marketingowe oszustwa firm producentów suplementów i zdrowej żywności. A wszystko to w przystępny, zabawny i wciągający sposób – w końcu odpowiada także na pytanie: „Na czym polega uzdrawiająca moc śmiechu?”.

 

Jeśli chcesz zrozumieć dziwne zasady działania ludzkiego ciała i poznać przyszłość medycyny, musisz przeczytać tę błyskotliwą książkę.

Siddhartha Mukherjee, autor Cesarza wszech chorób. Biografii raka

Ta książka odpowiada na wszystkie pytania związane ze zdrowiem, jakie kiedykolwiek przyszły wam do głowy – i na te, których nigdy sobie nie zadaliście, choć powinniście. Nawet jeśli nie obchodzi was wasze zdrowie, przeczytajcie, bo Hamblin pisze najśmieszniej na świecie.

Walter Isaacson, autor Steve'a Jobsa

 

Opinie o ebooku Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika - James Hamblin

Fragment ebooka Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika - James Hamblin

Tytuł oryginału IF OUR BODIES COULD TALK
Przekład JACEK KONIECZNY
Wydawca KATARZYNA RUDZKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja GRAŻYNA MASTALERZ
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Ilustracje © Hallie Bateman
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
If Our Bodies Could Talk Copyright © 2016 by James Hamblin Illustration copyright © 2016 by Hallie Bateman Copyright © for the translation by Jacek Konieczny Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018
Warszawa 2018 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65973-26-9
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail: redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Sary Yager, Johna Gouldai reszty zespołu miesięcznika „The Atlantic”

PRZEDMOWA

Kolega, z którym mieszkałem w akademiku, kiedy studiowałem medycynę, został potem okulistą i przeprowadził się do Teksasu. Namówił mnie, żebym rozpoczął od pytania, które słyszy najczęściej, kiedy ktoś dowiaduje się, jaki wykonuje zawód:

Czy soczewka może mi się przesunąć na tył oka i dostać do mózgu?

Roześmiałem się. On nie. Już dawno przestało go to bawić.

Można by się spodziewać, że ludzie będą go pytać o częste, uprzykrzające życie choroby oczu, na przykład o zwyrodnienie plamki żółtej, kurzą ślepotę albo jaskrę, na które do 2040 roku zapadnie 112 milionów ludzi, pozbawiając wielu z nich możliwości widzenia[1].

Ostatnie z wymienionych schorzeń jest mi szczególnie bliskie, ponieważ sam na nie cierpię. Mam podwyższone ciśnienie w gałkach ocznych. Nie grozi mi co prawda eksplozja oczu, niemniej ta wizja w idiotyczny sposób wciąż mnie prześladuje. Jaskra zazwyczaj rozwija się w sposób całkowicie podstępny. Podobno nawet nie zauważę, kiedy moje oczy zaczną „się psuć”. Lekarze często bez zastanowienia posługują się tym określeniem, dopóki coś w naszych ciałach się nie popsuje. Ciśnienie w moich oczach będzie stopniowo niszczyć zwarte ogniska nerwów w siatkówce. Czeka mnie powolna utrata wzroku – najpierw obejmująca obrzeża pola widzenia, potem całkowita.

Dojdzie do tego dopiero za wiele lat.

Wspominam o tym dlatego, że istnieje wiele powodów, żeby się niepokoić o swoje oczy i inne części ciała. Każda z nich odgrywa ważną rolę. Czasami łatwiej nam to zrozumieć, kiedy słyszymy o problemach innych ludzi, kiedy uświadamiamy sobie, jak fatalnie może być. Ale nie zawsze nam to pomaga. Wróćmy zatem do wcześniejszego pytania: zagłębienie znajdujące się za naszymi powiekami nie łączy się z mózgiem. To zaułek trochę tylko szerszy od widocznych z zewnątrz oczu. Ze strony soczewek kontaktowych naszym mózgom nie grozi żadne niebezpieczeństwo.

Ten szczegół anatomiczny może być znany czterdziestu milionom ludzi, którzy zwiedzili najpopularniejszą objazdową wystawę świata, Body Worlds, choć część z nich zapewne przegapiła przekroje poprzeczne ludzkich głów, nie mogąc oderwać oczu od ciał ułożonych w pozycjach seksualnych. Ta część wystawy zszokowała wielu odwiedzających, podobnie jak pogłoski o podejrzanych okolicznościach, w jakich pozyskano zwłoki. A jednak najbardziej zszokowany był chyba światek artystyczny: nie mógł się nadziwić ogromnej i nieprzemijającej popularności wystawy, która mogłaby przecież równie dobrze nosić nazwę Autentyczne ludzkie zwłoki.

Pomysł na Body Worlds zrodził się w głowie niemieckiego anatoma Gunthera von Hagensa, który wymyślił proces plastynacji, pozwalający na konserwowanie ciał przez zatrzymanie ich rozkładu. O ile większość wystaw ma dość krótki czas trwania, Body Worlds nieustannie podróżuje po całym świecie od dwóch dekad. Jest otwarta nawet w piątkowe wieczory – to ukłon w stronę par, które chcą się na nią wybrać na randkę.

Kent Drummond, profesor marketingu z Uniwersytetu Wyoming, przypuszcza, że wystawa Body Worlds przemawia do ludzi tak silnie dlatego, że udało się w niej połączyć naszą odrazę do prezentowanych zwłok z pragnieniem wiecznego życia. Eksponaty wyrażają wzniosłość naszej śmiertelności, nie przytłaczając nas nią. Drummond doszedł do tego wniosku na podstawie analizy nie tylko samych eksponatów, ale również zachowań zwiedzających. W notatkach z obserwacji pisze: „Jeden z częstych wzorów interakcji polega na tym, że mężczyzna wskazuje na część ciała zwłok wyeksponowanych za szybą, po czym wyjaśnia kobiecie, jak owa część funkcjonuje. Czyni to, wskazując jej umiejscowienie na własnym ciele”[2].

Ten męski ekshibicjonizm wydaje się mówić więcej niż same zwłoki. Pasuje również do misji samego von Hagensa, który określa siebie mianem „medycznego socjalisty”. Według niego informacje dotyczące zdrowia powinny być dobrem ogólnodostępnym: wachlarz przesłanek towarzyszących decyzji o zapaleniu papierosa powinien uwzględniać również zaznajomienie z widokiem czarnych, emfizemicznych, martwiczych płuc, których nie powinno się zsyłać do podręczników medycyny i kostnic. Wystawa Body Worlds niewątpliwie umożliwia podziwianie naszych narządów wewnętrznych i rozmyślanie nad śmiertelnością, nawet jeśli robimy to tylko w czasie piątkowej randki. Do refleksji skłaniają również plakaty porozwieszane w różnych miejscach wystawy, na przykład z taką myślą: „Ciało jest harfą twojej duszy” – autorstwa Kahlila Gibrana.

Nie sądzę, żeby akurat to zdanie miało jakiś głębszy sens, ale z pewnością ma go filozofia von Hagensa. Upowszechnienie dostępu do informacji na temat zdrowia stało się normą również poza jego wystawą. Do przeszłości odszedł świat, w którym lekarze byli kustoszami wiedzy medycznej, a ich zadanie sprowadzało się głównie do wydawania zaleceń. Dziś zmagamy się raczej z zalewem danych – do tego stopnia, że miewamy kłopoty z ich zrozumieniem.

Wyszukiwanie w internecie informacji na temat zdrowia nie zawsze bywa pomocne. Anonimowi ludzie dyskutują na forach o najróżniejszych zagadnieniach – w tym o zagadce znikających soczewek kontaktowych, o której była już mowa. (Czy mogą się przesunąć na tył oka, dostać do mózgu i go uszkodzić? A jeśli zsuną się przez kręgosłup do buta? Czy mogę ich wtedy nadal bezpiecznie używać?). Nawet kiedy już trafimy na wiarygodnie wyglądające źródło informacji o zdrowiu, niemal zawsze znajdzie się zapalony zwolennik teorii spiskowych, który sypiąc przykładami z życia, zacznie przestrzegać innych, żeby mu nie ufali. Zazwyczaj to ktoś o imieniu Gene, aktywny użytkownik portalu Reddit, który stracił już pięćset soczewek kontaktowych, bo wypłynęły mu z oka do mózgu, z którego trzeba je potem było usuwać operacyjnie. Na biurku trzyma słoik z zapasem wyjałowionych soczewek – tak na wszelki wypadek.

Choć soczewki kontaktowe nie mogą nam się przedostać do mózgu, sporadycznie zdarza się, że zawieruszą się w zagłębieniu pod lub nad gałką oczną. Jak większość obiektów, które utknęły w jakiejś części naszego ciała, mogą wywołać zakażenie. Ropa zbierająca się nad soczewką przesącza się czasami do zatok, a stamtąd do gardła. Coś takiego przydarzyło się również mnie. Długo sądziłem, że soczewka mi po prostu wypadła. Wyłoniła się z oka po sześciu dniach. Tymczasem zdążyłem się pochorować.

Zachęcam zatem, żebyście skorzystali z pomocy medycznej, jeśli nie będziecie w stanie wyciągnąć soczewki z oka. (Mam nadzieję, że wszyscy przeczytają całą odpowiedź, nie tylko wstęp).

Na Uniwersytecie Stanforda wychudły okularnik, profesor Robert Proctor, prowadzi kurs zatytułowany Historia ignorancji. Gdyby ignorancję uważał jedynie za brak wiedzy, któremu można zaradzić, dostarczając stosownych faktów, zajęcia byłyby pewnie nudne. Ale Proctor twierdzi, że ignorancja rodzi się w wyniku „celowych procesów”. Szerzy się za pośrednictwem reklam i pogłosek, a do tego rozprzestrzenia się znacznie łatwiej niż wiedza.

Przez analogię do nauki o wiedzy, czyli epistemologii, badania nad ignorancją nazywa agnotologią. Termin ten nie pojawił się jeszcze w Oxford English Dictionary, choć wiąże się w pewnym stopniu ze Słowem Roku 2015 wybranym przez twórców tego słownika, które brzmi następująco:

W 1977 roku Proctor opuścił Indianę, żeby studiować historię nauki na Harvardzie. Tam z „zaniepokojeniem i zdziwieniem” obserwował obojętność, z jaką jego profesorowie podchodzili do tego, „co myślą inni ludzie”. Uznał to za przejaw elityzmu, ale też bardzo pesymistycznego przekonania o daremności wszelkich wysiłków. „W tamtych czasach połowa kraju uważała, że Ziemia powstała sześć tysięcy lat temu”, wspomina. To pomyłka rzędu 4,6 miliarda lat. Bardziej nawet od tej rozbieżności zdziwiła go apatia kolegów ze świata akademickiego. Doszedł do wniosku, że ktoś powinien się zająć badaniem tego, „czego ludzie nie wiedzą i dlaczego tak jest”.

Klasycznym przykładem celowej ignorancji jest ta wytworzona przez producentów wyrobów tytoniowych. Odkąd w latach sześćdziesiątych XX wieku udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że palenie papierosów powoduje raka płuc, branża tytoniowa zaczęła rozbudzać zwątpienie w wiarygodność nauki jako takiej. Nie mogła obalić faktów dotyczących samych papierosów, więc zaczęła nastawiać opinię publiczną przeciwko wiedzy. Czy rzeczywiście możemy cokolwiek wiedzieć z całkowitą pewnością?

Była to genialna strategia. Proctor nazywa ją „alternatywną przyczynowością” albo mówi prościej: „Eksperci nie są zgodni”. Producenci tytoniu nie musieli obalać twierdzenia o rakotwórczości palenia. Wystarczyło jedynie zasugerować, że różni „eksperci” zajmują w tej kwestii stanowisko „po obu stronach” toczącej się „debaty”. A potem świętoszkowato stwierdzić, że każdy ma prawo do własnych opinii. Taktyka ta okazała się tak skuteczna, że branża tytoniowa prosperowała jeszcze przez kilka dekad, i nawet rozsądni ludzie nie byli pewni, czy papierosy powodują raka.

Jak to ujmuje Proctor: „Branża wiedziała, że za jedną trzecią nowotworów odpowiadają papierosy, finansowała zatem kolejne kampanie reklamowe, w których eksperci zrzucali winę na coś innego: brukselkę, seks, zatrucie środowiska. Ludzie nabrali przekonania, że naukowcy przedstawiają coraz to nowe wyjaśnienia”.

Kiedy już zrozumiemy mechanizm tej taktyki, zaczniemy ją dostrzegać na każdym kroku. Nigdzie nie występuje częściej niż w komunikatach na temat naszych ciał. Proctor sypie przykładami: agnotologia szczepionkowa, agnotologia łechtaczkowa, agnotologia żywieniowa, agnotologia mleczna. Często powtarza, że żyjemy w „Złotym Wieku Ignorancji”. Z powodu natury przepływu informacji „potężne podmioty są w stanie wytwarzać ignorancję i szerzyć kłamstwa za pomocą większej liczby narzędzi niż kiedykolwiek wcześniej”.

Proctor nie jest jedyną osobą, która tak uważa. Nie ulega wątpliwości, że każdego dnia dociera do nas więcej fałszywych informacji naukowych i opracowanych w działach marketingu „faktów” na temat naszych ciał, niż przedstawiciele poprzednich generacji słyszeli przez całe życie. A im częściej poprzestajemy na czytaniu tylko tych artykułów, których linki pojawią się w naszych skrzynkach mejlowych i newsfeedach portali społecznościowych, tym łatwiej nam przychodzi „zamknąć się w tunelu ignorancji”, mówi Proctor.

Dopuszczanie do sytuacji, gdy nasze poglądy są podważane – cieszenie się z takich sytuacji, wręcz dążenie do nich – pozwala nam bronić się przed celową produkcją ignorancji. Bycie doktorem medycyny wiąże się dziś wyraźniej z łacińskimi korzeniami tego słowa (docere znaczy nauczać), które rozumiem jako dzielenie się nawykami myślenia. Lekarze i pacjenci muszą wkładać wysiłek w postrzeganie dostępnych danych w odpowiednim kontekście, muszą oddzielać marketing od faktów naukowych, oddzielać to, co wiadome, od tego, co niepewne, rozszyfrowywać motywacje ludzi, którzy próbują definiować i przedefiniowywać zdrowie i normalność. Jeżeli przyjmiemy taką postawę, będziemy się musieli zmierzyć z zalewem informacji na temat naszych ciał i dobrze rozumieć samych siebie, ale dzięki temu będziemy wchodzić w produktywne relacje z innymi ludźmi i kroczyć przez życie z przekonaniem, a nawet radością.

W książce tej traktuję kwestię rozumienia własnego ciała w sposób praktyczny, opierając się na pewności, że zapamiętywanie faktów jest mniej istotne od rozumienia mechanizmów. Próbuję zarazem skorygować podejście, które zniechęciło mnie do praktykowania medycyny. Na kursach przygotowujących do studiów medycznych, potem na uczelni, a następnie w trakcie trzyletnich praktyk musiałem zapamiętać niezliczoną liczbę faktów. Moi nauczyciele przyznawali nierzadko, że muszę je wykuć jedynie po to, żeby zdać test, że żaden prawdziwy lekarz nie pamięta tego wszystkiego – struktur aminokwasów, nazw małych tętnic dostarczających krew do łokcia, najdrobniejszych skutków ubocznych każdego istniejącego lekarstwa. Wszystkie te informacje można w razie potrzeby wyszukać. Tymczasem na egzaminach, które decydują o tym, czy w ogóle dostaniemy szansę na zrobienie kariery w medycynie, liczą się przede wszystkim mało istotne detale.

Przez te wszystkie lata wkuwania towarzyszyło mi poczucie, że pokonywanie najbliższej przeszkody ma na celu wyłącznie doprowadzenie mnie przed kolejną. Moi mentorzy przestrzegali mnie, że jeśli ten etap nie sprawia mi radości, raczej nie polubię tego, co czeka mnie na samym końcu. Dlatego w 2002 roku, będąc na stażu na radiologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, wziąłem urlop, aby skorzystać z możliwości objęcia stanowiska redaktora działu medycznego cyfrowego wydania miesięcznika „The Atlantic” – czasopisma, które od dawna czytałem i uwielbiałem. Nowa praca sprawiała mi więcej radości i okazała się bardziej wciągająca. Wreszcie uczyłem się w sposób, który wydawał mi się sensowny.

Odszedłem zatem z uczelni na dobre. Zrezygnowałem z przewidywalnej, intratnej kariery na rzecz nieprzewidywalnej branży, ponieważ uważałem, że w mediach brakuje dziennikarzy zajmujących się nauką i lekarzy, którzy zajmowaliby się edukowaniem ludzi. Chciałem się zająć profilaktyką, a nie tylko leczeniem objawów, raczej podważać to, co zapisano w podręcznikach, niż wkuwać na pamięć. A najbardziej chciałem rozbawiać ludzi. Dziennikarstwo pozwala mi przyczyniać się do poszerzania wiedzy społeczeństwa na tematy naukowe, co, jak zamierzam was przekonać dzięki tej książce, może być najlepszą drogą do zdrowia i szczęścia.

Nie zdarzyło się jeszcze, żebym tak naprawdę żałował swojej decyzji.

Moja książka to zbiór odpowiedzi na często zadawane pytania dotyczące naszych ciał. Słyszę je na każdym kroku w życiu zawodowym i prywatnym. Zaczęło mnie to zastanawiać: dlaczego interesuje nas (albo nie interesuje) to, w jaki sposób działają nasze organizmy, i jak zrozumienie naszych ciał wpływa na nasze przekonania dotyczące tego, co powinniśmy ze sobą robić. Podłożem większości złośliwych chorób i fizycznego znęcania się nad innymi jest ignorancja, a ona z kolei bierze się w dużej mierze z całkowitego niezrozumienia dzielących nas różnic. Tymczasem żeby zrozumieć siebie i innych, powinniśmy zacząć od poznania swoich ciał. Punktem wyjścia do pytań zawartych w tej książce jest często jakieś z pozoru błahe zjawisko, które dopiero po głębszej analizie okazuje się częścią bardziej złożonego problemu.

Wiele odpowiedzi sprowadza się do wyjaśnienia, dlaczego nie znamy pełnej odpowiedzi na dane pytanie. Czasami najciekawsze są przyczyny naszej niewiedzy, samo rozważanie problemu i gotowość do pogodzenia się z niewiedzą. Medycyna opiera się na równowadze między pokorą i kontrolą.

Co jest normalne?

Ogromną liczbę podejmowanych przez nas każdego dnia decyzji związanych z tym, co wkładać do swoich ciał – oraz jak wkładać, gdzie wkładać i co robić ze swoim ciałem, kiedy już wypełnimy je różnymi rzeczami – opieramy na mglistych wyobrażeniach o tym, co jest dobre, a co złe, zdrowe albo szkodliwe, naturalne albo nienaturalne, będące częścią nas albo będące czymś obcym. Jako mieszkańcy świata charakteryzującego się nadmierną złożonością odruchowo próbujemy ujmować zjawiska w tego rodzaju opozycje.

Paul Rozin, psycholog z Uniwersytetu Pensylwanii, uważa, że próbujemy w ten sposób zachować poczucie ładu. Odruch ten nazywa „monotonicznym umysłem”[3]. Choć doświadczenie podpowiada nam co innego, najczęściej odsuwamy od siebie myśl, że większość rzeczy jest dla nas korzystna tylko w określonych okolicznościach lub dawkach, a szkodliwa w innych. Łatwiej jest postrzegać rzeczy jako po prostu złe albo dobre – uwielbiać je albo ich unikać.

Wątkiem, który wraca nieustannie, kiedy mówimy o dążeniu do porządku i kontroli związanych z naszymi ciałami, jest pojęcie normalności. Słowo to oznacza często różne rzeczy dla naukowców, którzy mają na myśli statystyczne odchylenia, i dla nienaukowców, u których częściej pobrzmiewa w nim osąd.

Czy to normalne, że mogę wygiąć do góry palec w taki sposób, że dotyka nadgarstka? Statystycznie nie jest to normalne, ale nie musi mieć żadnych konsekwencji dla twojego zdrowia.

Być może istotniejsze jest to, że jeśli potrafisz coś takiego zrobić, zdajesz sobie zapewne sprawę, że ludzie nie lubią na to patrzeć. Kanadyjski psycholog Mark Schaller przekonuje, że jesteśmy biologicznie uwarunkowani tak, żeby odczuwać odrazę na widok takich rzeczy jak wywijanie powiek – że nie wspomnę o obrażeniach takich jak złamania kości czy krwawiące rany – ponieważ zostaliśmy wyposażeni w coś, co nazywa „behawioralnym układem immunologicznym”. Taki widok nas odpycha, ponieważ wyczuwamy zagrożenie dla naszego zdrowia.

Gdybyśmy chcieli się sugerować wyłącznie swoimi reakcjami na wywijanie powiek i wyginanie palców, doszlibyśmy zapewne do wniosku, że nasz układ odpornościowy jest niedoskonały – w przeciwnym razie uruchamiałby się wyłącznie w zetknięciu z realnymi zagrożeniami. Schaller łączy ten wadliwie działający instynkt samozachowawczy z najróżniejszymi zachowaniami, które skłaniają nas do życia w klikach i wspólnotach opierających się na wyglądzie i funkcjach naszych organizmów.

W szerszej skali zaproponowany przez niego mechanizm można dostrzec w wielu podstawowych zjawiskach dzielących świat (rasizmie, ageizmie, ksenofobii). Zasadza się on na naszym rozumieniu samych siebie – a ono, jak wspomniałem, opiera się na rozumieniu naszych organizmów. Postrzeganie samego siebie jako nienormalnego może mieć najróżniejsze konsekwencje: od wyzwalających po paraliżujące.

Można też całkowicie odrzucić ideę „normalności”. Społeczność osób niesłyszących wychodzi na przykład z fundamentalnego założenia, że głuchoty nie powinno się uważać za chorobę wymagającą leczenia. Przedstawiciele tej społeczności nie uważają się za „upośledzonych” słuchowo, odrzucają również jakiekolwiek odwołania do „utraty” słuchu. Te same prawidłowości obserwujemy w innych społecznościach marginalizowanych z powodu jakichś zjawisk związanych z funkcjonowaniem ich organizmów.

Mimo że normalność stanowi pojęcie kontrowersyjne, czasami jest niezbędna jako perspektywa, z której próbujemy zrozumieć chorobę i dzięki temu złagodzić czyjeś cierpienie. Wytyczanie granic jest podstawą badań nad zdrowiem i działań mających pomóc je zachować. Ani nauka, ani ja, autor tej książki, nie możemy zatem unikać pojęcia normalności. Zrobię jednak co w mojej mocy, aby nie mylić normalności rozumianej jako coś, co występuje statystycznie częściej, z wartościującymi ocenami, stwierdzeniami na temat tego, co jest słuszne, a co złe, z sugestiami, że istnieje prawidłowy sposób zachowania, wyglądania, odczuwania albo bycia.

Czym jest zdrowie?

W akcie założycielskim Światowej Organizacji Zdrowia z 1948 roku zdefiniowano zdrowie w sposób jednocześnie oczywisty i radykalny: „Zdrowie jest stanem zupełnej pomyślności fizycznej, umysłowej i społecznej, a nie jedynie brakiem choroby lub ułomności”.

Takim ujęciem Światowa Organizacja Zdrowia miała nadzieję zainspirować nowe rozumienie zawodu lekarza.

Bez skutku. W większości miejsc na świecie systemy „opieki zdrowotnej” nadal skupiają się wyłącznie na wspomnianym braku choroby albo ułomności. A dokładniej na leczeniu choroby już po jej wystąpieniu. Niemniej od kilku lat w środowisku wrze.

Wiosną 2015 roku zaprzysiężono Viveka Murthy’ego, który szybko zyskał miano jednego z najbardziej kontrowersyjnych ministrów zdrowia Stanów Zjednoczonych. Konserwatywni politycy próbowali zablokować jego nominację z powodu tweeta, który opublikował trzy lata wcześniej. Napisał w nim: „Mam dość polityków bawiących się w politykę pistoletami, narażających życie ludzi z obawy przed NRA. Broń palna to część opieki zdrowotnej”.

Nie był to nawet szczególnie odkrywczy tweet. Samobójstwa i zabójstwa od początku stanowiły jedną z głównych przyczyn zgonów w Stanach Zjednoczonych, co skłoniło ostatnio Amerykańskie Towarzystwo Medyczne i inne organizacje tego rodzaju do wystosowania zalecenia, aby w ramach wywiadu środowiskowego lekarze zadawali wszystkim pacjentom pytanie, czy w ich domu znajduje się broń palna (podobnie jak pytają, czy zapinają pasy bezpieczeństwa i czy mają w domu gaśnicę). Tyle że publiczne wygłaszanie tego rodzaju opinii może uniemożliwić objęcie stanowiska politycznego w kraju, w którym Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie (National Rifle Association) i jego członkowie wybrani w wyborach na stanowiska publiczne zakazali Centrom Kontroli i Prewencji Chorób (Centers for Disease Control and Prevention) choćby prowadzenia badań nad aktami przemocy z wykorzystaniem broni palnej.

Po tym koszmarnym powitaniu w świecie polityki Murthy ostatecznie objął stanowisko. Wchodząc na podium w czasie zaprzysiężenia, nie zamierzał marnować czasu na mówienie o tradycyjnej działalności lekarskiej – leczeniu zapalenia trzustki, kolektomiach czy ablacjach serca. W ogóle nie wspomniał o tego rodzaju sprawach. Mówił tylko o wpływie chorób na wykształcenie, możliwości znalezienia zatrudnienia, środowisko naturalne i ekonomię i o tym, w jaki sposób ich występowanie zależy od czynników społecznych. Zaapelował o stworzenie „wielkiej amerykańskiej wspólnoty”, która potraktowałaby zdrowie jako problem wymagający wspólnego wysiłku.

To, o czym mówił, wynikało z narastających zmian zachodzących w środowisku medycznym. Choć Stany Zjednoczone wydają więcej pieniędzy per capita na opiekę zdrowotną niż jakiekolwiek inne państwo na świecie, plasują się dopiero na czterdziestym trzecim miejscu w rankingu długości życia. Co istotniejsze, zajęły jedno z końcowych miejsc w rankingu stanu zdrowia mieszkańców zamożnych państw. W ważnym artykule z 2007 roku opublikowanym w „New England Journal of Medicine” lekarz Steven Schroeder przekonuje, że opieka medyczna składa się na jedynie 10 procent czynników określających prawdopodobieństwo zgonu w młodym wieku. Czynniki genetyczne odpowiadają za mniej więcej 30 procent, a pozostałe 60 procent to czynniki i zachowania społeczne oraz środowiskowe. Są to siłą rzeczy mocno szacunkowe wartości. Mimo to mogą posłużyć za argument przeciwko sposobowi myślenia, który ogranicza rozważania dotyczące poprawy stanu zdrowia społeczeństwa do szpitali, lekarstw i zabiegów medycznych. Jak przekonuje Schroeder, „nawet gdyby całe amerykańskie społeczeństwo uzyskało dostęp do wysokiej jakości służby zdrowia, możliwe byłoby zapobieżenie tylko niewielkiemu procentowi [przedwczesnych] zgonów”.

Nie dlatego, że współczesna opieka medyczna nie dokonała niezwykłych postępów w leczeniu chorób (niektóre zostaną opisane w tej książce). Po prostu zbyt często myślimy o tym, jak stworzyć system, który będzie rozwiązywał problemy, a za rzadko tworzymy systemy, w których te problemy w ogóle by nie powstawały.

W poprzednich dziesięcioleciach lekarze wybierali raczej specjalizacje (i podspecjalizacje, i podpodspecjalizacje), które zajmowały się leczeniem poszczególnych układów narządów – onkologię dermatologiczną, autoimmunologiczną gastroenterologię pediatryczną, neuroonkologię i tak dalej – co było niezbędne, żeby mogli sobie poradzić z bogactwem nowych informacji dostarczanych dzięki rozwojowi nauki. Tyle że zaczęto w związku z tym przykładać mniejszą wagę do bardziej ogólnych badań nad czynnikami, które odpowiadają za utratę zdrowia i zgony większości ludzi. Najważniejszą z nich jest choroba nosząca mało precyzyjną nazwę syndromu metabolicznego: kombinacja otyłości i cukrzycy, która może spowodować śmierć wskutek niewydolności serca. Jest to najczęstsza choroba społeczna, choroba tocząca współczesnych ludzi.

To nowe podejście może poprawić sytuację pacjentów: okazuje się nagle, że naprawdę mamy kontrolę nad stanem swojego zdrowia. A co jeszcze bardziej interesujące, możemy również w ogromnym stopniu wpływać na stan zdrowia innych.

Typowy podręcznik anatomii i fizjologii nadal będzie podzielony – w oparciu o fizyczne struktury naszych organizmów – na rozdziały opisujące poszczególne układy narządów. Tyle że żaden z układów narządów prawie nigdy nie zaczyna chorować w izolacji od innych. Rozróżnienia w rodzaju „zdrowie serca” i „zdrowie mózgu” – które nadal pojawiają się wszędzie: od opakowań z płatkami śniadaniowymi, przez reklamy, po rankingi klinik – należy uznać za przestarzałe. Z tego powodu podzieliłem tę książkę inaczej: według kryterium użytkowego. Większość rozdziałów można przeczytać w oderwaniu od innych, ale w zestawieniu z innymi, kiedy będzie się je czytać po kolei, nabiorą dodatkowego sensu.

W ogólnym rozrachunku moja książka opiera się na przywołanej wcześniej definicji zdrowia z 1948 roku. Wykorzystałem w niej własne doświadczenia lekarskie i dziennikarskie, doświadczenia ludzi, których miałem okazję poznać, i mądrości, które udało mi się od nich przejąć.

Dzieci motyle nazywa się tak dlatego, że ich skóra przypomina skrzydła motyla. Nazwa ta ma wyrażać niezwykłą delikatność. Tyle że owa delikatność motylich skrzydeł wynika wyłącznie z tego, że są one jakieś sto tysięcy razy większe od samych motyli. Pod względem biomechanicznym należałoby je uznać za wzorzec efektywności: są na tyle lekkie, żeby mógł nimi poruszać robak mierzący zaledwie ułamek ich rozmiarów, a jednocześnie na tyle silne, żeby wytrzymać pod naporem siły rozrywającej wiatru czy ulewnego deszczu, który dla motyla ma taką moc jak dla nas wodospad Niagara.

Tymczasem skórę dziecka motyla można raczej uznać za żałosne niepowodzenie biomechaniki. Z powodu jednego szczegółu. Choroba ta, formalnie zwana pęcherzowym oddzielaniem się naskórka, tradycyjnie uchodziła za patologię skóry, czyli domenę dermatologii, ponieważ w jej wyniku skóra zaczyna przypominać bibułę, którą wystawiono na działanie promieni słonecznych. Taka skóra rozpada się przy najdelikatniejszym dotyku. Nie znamy lekarstwa. Jest to najstraszliwsza choroba, o której nigdy nie słyszeliście. Piszę to ze świadomością, że mogliście słyszeć o najróżniejszych chorobach. Amerykańskie Towarzystwo Badań nad Pęcherzowym Oddzielaniem Się Naskórka formalnie zastrzegło frazę „najstraszliwsza choroba, o której nigdy nie słyszeliście” jako swoje motto. Obecny dyrektor wykonawczy, Brett Kopelan, wymyślił to określenie zupełnie na serio.

Jego córka, Rafi, przyszła na świat w szpitalu na Manhattanie 19 listopada 2007 roku. Jej matka, Jackie, od początku była poważnie zaniepokojona ubytkami skóry na jej dłoniach i stopach. Rafi urodziła się dwa tygodnie po terminie i lekarze początkowo uspokajali Jackie i Bretta, mówili, że ich dziecko „przegrzało się” w macicy. Tyle że to bagatelizujące podejście okazało się nietrafione, kiedy w ciągu kilku następnych godzin Rafi zaczęła krwawić. Pielęgniarka przewiozła ją szybko na oddział intensywnej opieki medycznej. Tam Rafi spędziła pierwszy miesiąc życia, w całkowitej izolacji od świata. Przeszła szereg badań, nie mogła nawet dotknąć rodziców. Po dwóch tygodniach lekarze przedstawili Kopelanom wstępną diagnozę: wymienili nazwę, która miała zaciążyć na ich dalszym życiu.

„Sądzą, że to jakaś epi-dermo-lysis... bullosa?”, relacjonował Brett pospiesznie swojemu bratu, szefowi oddziału chirurgii w jednym ze szpitali dosłownie po drugiej stronie rzeki, w stanie New Jersey. „O kurwa”, powiedział tamten. Brett rzucił się do Google’a i przeczytał to, co znalazł. Pierwszym, o czym pomyślał, było to, że to najstraszliwsza choroba, o której nigdy nie słyszał.

Na ramieniu krótkim dwudziestego trzeciego chromosomu znajduje się gen o nazwie COL7A1. Odpowiada za produkcję białka kodującego kolagen typu VII. Białka kolagenowe stanowią całość tkanki łącznej tworzącej nasze ciała i jedną trzecią wszystkich białek. Kolagen, nazwany tak od greckiego słowa oznaczającego klej, zapewnia spoistość najróżniejszych części organizmu: od skóry, przez wiązadła, po ścięgna. Występuje w kilkunastu znanych odmianach (jedną z nich jest kolagen typu VII).

Pęcherzowe oddzielanie się naskórka to choroba rzadka z wielu powodów, w szczególności dlatego, że w znacznej mierze wynika z uszkodzenia pojedynczego genu. Większość chorób ma znacznie bardziej skomplikowane podłoże. Nie da się go wyjaśnić tego rodzaju pojedynczym czynnikiem. Tymczasem mutacje w genie COL7A1 wydają się odpowiadać za wszystkie trzy podstawowe formy pęcherzowego oddzielania się naskórka, z których najdotkliwsza jest ta, na którą cierpi Rafi.

Kolagen typu VII umocowuje zewnętrzną warstwę skóry (czyli epidermę, naskórek) do jej podstawy (czyli skóry właściwej). Bez niego warstwy te oddzielają się od siebie, a skóra marszczy się, pokrywa pęcherzykami i odchodzi przy najmniejszym podrażnieniu. Kiedy Rafi odruchowo podrapie się tam, gdzie ją swędzi, na jej skórze tworzy się rana. Szwy koszulek powodują otarcia. Często się zdarza, że Rafi budzi się rano z pidżamą przyklejoną w wielu miejscach do skóry przez zaschniętą krew. Odklejanie jest koszmarnie bolesne.

Ponieważ kolagen typu VII nadaje strukturę najróżniejszym narządom naszych organizmów, jego brak wpływa nie tylko na skórę, ale również na narządy wewnętrzne. Pęcherze i rany w ustach i przełyku utrudniają Rafi gryzienie i przełykanie jedzenia. Cierpi na zapalenie oczu, które kiedyś może doprowadzić do ślepoty. Istnieje bardzo duże ryzyko, że w młodym wieku zapadnie na agresywną odmianę nowotworu skóry. Ma osteoporozę, syndaktylię (zrośnięcie palców) i łagodną niewydolność serca.

Ta konkretna odmiana pęcherzowego oddzielania się naskórka występuje u mniej niż jednego na milion niemowląt. Te, które przeżyją, nie wchodzą w zbyt wiele interakcji z innymi ludźmi, istnieje zatem małe prawdopodobieństwo, żebyśmy mogli poznać kogoś cierpiącego na tę chorobę. Dla większości z nas spektrum stanów normalności jest przesunięte w stronę łagodnych schorzeń, ponieważ nie uwzględniamy chorób podobnych do pęcherzowego oddzielania się naskórka. Gdybyśmy uwzględniali, być może bardziej byśmy doceniali skórę i prosty fakt, że trzyma się reszty ciała.

Skóra przeciętnego człowieka waży około trzech kilogramów. Jak większość organów (choć nie wszystkie) jest nam niezbędna do życia. Gdybyście obudzili się rano bez skóry, szybko byście umarli. W tym krótkim czasie poprzedzającym śmierć napotkalibyście szereg problemów w kontaktach społecznych. Skóra jest największym i najbardziej dynamicznym narządem ludzkiego ciała, nieustannie pracującym i regenerującym się. Spośród wszystkich innych narządów wyróżnia się tym, że podobnie jak włosy, składa się z martwych komórek. Ze wszystkich pozostałych narządów martwe komórki są usuwane, tymczasem komórki skóry i włosów zostają z nami przez jakiś czas i pełnią ważną funkcję, zwłaszcza związaną z naszą tożsamością społeczną. Stanowią przez to fundament, na którym wznosimy rozumienie samych siebie.

Skóra, którą wyprodukowaliśmy w zeszłym roku – a nawet w poprzedniej porze roku – różni się od tej, którą mamy na sobie w tej chwili. Większość komórek składających się na nasze ciało nieustannie umiera i jest zastępowana nowymi. Około 8 procent naszych genów nie ma pochodzenia ludzkiego, tylko wirusowe. Rodzimy się z wirusami wplecionymi w DNA. W naszych ciałach żyją biliony bakterii, które odpowiadają między innymi za wyraz twarzy, wagę i stany umysłu. Nasze organizmy są dynamicznymi sieciami informacji genetycznych formowanych przez doświadczenie i mikroorganizmów nieustannie wpływających na to, kim jesteśmy. Rodzimy się z genami, które sprawią, że wyłysiejemy, choć większość ludzi oceniałaby nas korzystniej, gdybyśmy zachowali włosy, że będziemy się niepokoić w sytuacjach, gdy nie będzie to konieczne albo zapadać na nowotwory, których usilnie próbowaliśmy uniknąć. Nie zostaliśmy sprawiedliwie obdzieleni wiekiem, zdrowiem i szczęściem.

Te z pozoru powierzchowne sprawy i nasza wizja samych siebie, a także nasz społeczny wizerunek składają się na nasze ja, a w rezultacie na sposób, w jaki kroczymy przez świat i traktujemy innych ludzi.

W jaki sposób mogę określić, czy jestem piękny?W takim czysto powierzchownym, fizycznym sensie, którym nie powinienem sobie zawracać głowy, ale który mnie mimo wszystko interesuje, bo żyję wśród ludzi.

W 1909 roku Maksymilian Faktorowicz otworzył salon piękności w Los Angeles. Działając pod pseudonimem Max Factor, zasłynął jako producent kosmetyków, które sprzedawał przy okazji pseudonaukowego procesu „diagnozowania” anomalii ludzkich (głównie kobiecych) twarzy. Wykorzystywał do tego zaprojektowane przez siebie urządzenie zwane mikrometrem urody. Tę skomplikowaną konstrukcję z metalowych pasków przytrzymywanych szeregiem regulowanych pokręteł zakładano na głowę kobiety. I wtedy – jak zachwalała jedna z ówczesnych reklam – z miejsca objawiały się wady w normalnych warunkach dla ludzkiego oka niemal niewidoczne[1]. Factor mógł zalecić wówczas jeden ze swoich produktów „make-upowych”. Termin ten został wymyślony właśnie przez Factora i miał opisywać poprawianie wyglądu: „Jeżeli badana kobieta ma, powiedzmy, lekko przekrzywiony nos, tak delikatnie, że zwykły obserwator nie zwróci na to uwagi, wada zostaje szybko wychwycona przez mój instrument, a doświadczony laborant aplikuje korygujący makeup”. Jeśli nawet pominąć to, że zakładanie ludziom metalowego kaptura, żeby określić dokładnie, dlaczego nie są piękni, wydaje się z wielu powodów niewłaściwe, należy pamiętać, że mikrometr Factora odwoływał się do empirycznej definicji piękna. Jeżeli twierdzimy, że można zbudować urządzenie, które zdiagnozuje niedoskonałości naszego wyglądu, musimy zakładać, że sami potrafimy określić, jaki wygląd jest prawidłowy. Podejście Maxa Factora to wzorcowy przykład taktyki handlowej, która do dziś znakomicie sprawdza się przy sprzedaży produktów upiększających: należy przekonać ludzi, że czegoś im brakuje, a następnie sprzedać im antidotum na ten problem.

Jeżeli chodzi o kwestię symetryczności, niektórzy biologowie ewolucyjni faktycznie sądzą, że podobają nam się twarze symetryczne, ponieważ mogą wskazywać na dobry stan zdrowia, a przez to na zdolności reprodukcyjne. Z ortodoksyjnej perspektywy biologii ewolucyjnej osoba z wyraźnie widoczną naroślą poniżej oka może na przykład uchodzić za „nieodpowiedniego” kandydata na partnera. Instynkt ostrzega, że ktoś taki może nie przeżyć ciąży i okresu wychowywania potomstwa, a także poczęcia. Najlepiej szukać dalej.

Tyle że dziś większość ludzi spokojnie dożywa wieku rozrodczego i opiekuje się nie tylko swoimi dziećmi, ale również wnukami, prawnukami, a nawet udomowionymi kotami. Do kwestii wyboru partnera seksualnego nie musimy podchodzić z aż takim wyrachowaniem. Możemy sobie pozwolić – i pozwalamy sobie – na odczuwanie pociągu nie do standardu normalności, ale do tego, co nowe i odbiegające od normy.

O ile Factor przekonywał ludzi, że są empirycznie niedoskonali z punktu widzenia standardu normalności, który stworzył, aby sprzedawać swoje produkty, socjolog z Uniwersytetu Michigan, Charles Horton Cooley, zaproponował bardziej wyrafinowane podejście, zwane koncepcją jaźni odzwierciedlonej. Według niego postrzegamy samych siebie nie w oparciu o empiryczne wyobrażenie na temat tego, co jest w nas dobre, a co złe, ale w oparciu o to, jak reagują na nas inni. Trudno uwierzyć, że jest się fizycznie atrakcyjnym, jeśli świat traktuje nas, jakbyśmy nie byli (i na odwrót). „To, co skłania nas ku dumie czy wstydowi – pisał w 1922 roku Cooley – nie jest zwykłym mechanicznym odbiciem nas samych, lecz imputowanym sentymentem, wyobrażonym rezultatem oddziaływania tego odbicia na umysł kogoś innego”[2].

Cooley ożywił tym samym ponadczasową myśl, że inni ludzie nie są jedynie częścią naszego świata ani nawet postaciami odgrywającymi ważną rolę w naszym rozumieniu samych siebie, ale że są wszystkim. Formalnie rzecz biorąc, są pojedynczymi istotami ludzkimi, podobnie jak koralowiec jest, formalnie rzecz biorąc, zbiorem bilionów sąsiadujących ze sobą polipów wielkości główki od szpilki. W morskiej głębinie pojedynczy polip byłby niczym. Razem tworzą rafy barierowe, które zatapiają statki.

Ktoś mógłby powiedzieć, że idea jaźni odzwierciedlonej stawia nas w słabszej pozycji, ponieważ stwierdza, że nasze wyobrażenie o samych sobie zasadza się na opinii innych ludzi. Jeśli przyjmiemy mniej druzgocącą dla naszego ego wizję świata wypełnionego odzwierciedlającymi się ludźmi, możemy, jak sądzę, powiedzieć, że gdziekolwiek się udajemy, nie tylko jesteśmy otoczeni przez lustra, ale sami stajemy się lustrami. Nie to jest najważniejsze, jak wygląda twarz, na którą nałożono urządzenie Maxa Factora, ale to, jak ta twarz jest postrzegana przez innych. Nie zawsze możemy wybierać lustra, ale możemy przynajmniej decydować o tym, jakimi lustrami sami będziemy – życzliwymi, złośliwymi czy trochę takimi, a trochę takimi.

Dlaczego mam dołeczki w policzkach?

Mięsień, który podciąga kąciki ust do góry i opuszcza je (uśmiech), nosi nazwę jarzmowego. U ludzi z dołeczkami jest krótszy niż u innych i może się rozwidlać na obu końcach. Jeden z tych końców jest przymocowany do skóry właściwej policzka, która, kiedy się uśmiechamy, zostaje wessana do środka. Czasami właśnie tak rodzi się piękno.

Mamy tu do czynienia z anatomiczną anomalią: niektórzy mówią nawet o wadzie[3]. Takie rozumienie sprawy wynika z często przywoływanej w biologii prawidłowości: forma musi współgrać z funkcją. Wszystko istnieje z jakiegoś powodu, prawda? Jeżeli dołeczki w policzkach są formą pozbawioną wyraźnej funkcji, łatwo uznać je za wadę. Napisanie tej książki byłoby łatwiejsze, gdyby każda część ciała rzeczywiście miała wyraźną funkcję albo reprezentowała wadę lub chorobę. Na szczęście jesteśmy ciekawszymi i bardziej skomplikowanymi istotami.

Funkcja biologiczna odgrywa zasadniczą rolę w rozumieniu zdrowia i choroby. Najczęściej służy nam do uzasadniania, dlaczego jakaś struktura albo proces występuje w danym systemie. Etiologiczna teoria funkcji biologicznej wyjaśnia, że mamy przeciwstawne kciuki, ponieważ dają nam przewagę w posługiwaniu się niektórymi narzędziami.

Forma może nam pomóc w zrozumieniu funkcji, ale mało jest przypadków równie jednoznacznych jak wspomniane kciuki. Niektóre brody rosną, niektóre naskórki się złuszczają, a w niektórych policzkach robią się dołeczki, ponieważ wyewoluowały w taki sposób u pewnych ludzi pod wpływem określonych warunków. Nie istnieje teleologiczny „cel” rośnięcia bród, łuszczenia się skóry ani powstawania zagłębień w policzkach.

Teoretycznie wszystkie funkcje powinny zwiększać naszą sprawność fizyczną – pomagać nam jako populacjom przeżyć i zachować zdrowie – ale kiedy zaczynamy je rozpatrywać osobno, okazuje się, że wcale nie musi tak być. Pewne funkcje organizmu – na przykład sen – mogą się wydawać wręcz słabościami. Podczas snu możemy zostać zjedzeni przez ptaki. Mimo to sen istnieje, ponieważ – jak twierdzą główni teoretycy zajmujący się tą wciąż nierozstrzygniętą kwestią – wzmacnia funkcje innych części ciała.

Niektóre części naszych ciał mają z kolei charakter szczątkowy, na przykład zęby mądrości czy wyrostki robaczkowe. Są pozostałościami po funkcjach, które zaniknęły wraz ze zmianami warunków. Szczątkowość może przybierać różne odcienie – niektóre części tracą na znaczeniu, ale wciąż pozostają jakoś użyteczne. Inne mogły nigdy nie pełnić żadnych funkcji, ale powstać jako efekt uboczny funkcji innych części. (Po angielsku mówi się o nich czasami spandrels, przez odniesienie do ozdobnych elementów architektonicznych, które nie pełnią funkcji nośnych w strukturze budowli).

Generalna zasada mówi, że funkcji w zasadzie żadnej części ciała nie można wyjaśnić w oderwaniu od pozostałych. Jej istnienie nabiera sensu dopiero w odniesieniu do całego człowieka, podobnie jak cały człowiek nabiera sensu dopiero w odniesieniu do całej populacji. W jakimś równoległym wszechświecie dołeczki w policzkach są anomalią, której powstawaniu próbowalibyśmy zapobiegać albo którą próbowalibyśmy usuwać. Ale w tym miejscu i w tym czasie uznajemy je raczej za coś upragnionego i wzbudzającego zazdrość. Czasami nawet tworzymy je na siłę.

Czy mogę sobie zrobić dołeczki w policzkach, jeśli ich nie mam?

W 1936 roku businesswoman Isabella Gilbert z Rochester w stanie Nowy Jork zaczęła reklamować „maszynę do dołeczków”, która składała się z „opinającej twarz sprężyny z dwiema gałkami uciskającymi policzki”[4]. Z czasem siła nacisku miała doprowadzić do powstania „pary efektownych dołeczków”.

Tyle że tak się wcale nie działo, ponieważ powstawanie dołeczków nie opiera się na takiej zasadzie.

Mamy to szczęście – choćby dlatego, że dysponujemy alternatywą dla tego koszmarku z przeszłości – że w dzisiejszych czasach chirurg może przeprowadzić dwudziestominutowy zabieg przyszycia mięśnia policzkowego do wewnętrznej części policzka, tworząc w ten sposób dołeczek. Nie wymaga to nawet przekłucia policzka od zewnątrz: wycina się niewielki kawałek mięśnia od strony jamy ustnej, a następnie przyszywa go do wewnętrznej powierzchni policzka. Wystarczy dociągnąć nitkę i skóra się zmarszczy. Wszystko to nie wymaga nawet uśpienia pacjenta.

Chirurdzy plastyczni przez lata doskonalili się w sztuce zakładania szwów w taki sposób, aby uniknąć takiego marszczenia się skóry. Potrzeba było dopiero naprawdę nieszablonowego umysłu, aby wpaść na odwrotny pomysł. Pracujący w Beverly Hills chirurg plastyczny Gal Aharonov uważa się za ojca mody na dołeczki w policzkach w Stanach Zjednoczonych. „Nie było to modne, dopóki ja nie zacząłem tego robić”, przekonuje mnie. Zwykle nie wierzę w takie zapewnienia, ale technikę robienia dołeczków chyba rzeczywiście opracował właśnie Aharonov mniej więcej dziesięć lat temu.

„Kiedy zaczynałem, na całym świecie zajmowały się tym może jeszcze ze dwie osoby, ale bez większych rezultatów. Według mnie wyglądało to nieporadnie i dziwacznie – mówi. – Wymyśliłem, jak powinno się to robić, wspomniałem o tym na swojej stronie, i ledwie się obejrzałem, jak zaczęły się ze mną kontaktować media”.

W 2010 roku wystąpił w programie The Doctors w telewizji CBS ze swoją pacjentką Felicią, która postanowiła „ulepszyć sobie uśmiech”. W zarejestrowanym na potrzeby tego odcinka materiale Aharonov wręcza jej lusterko i oznacza miejsca, gdzie Felicia chciałaby mieć dołeczki. „To prawdziwa frajda dawać ludziom coś, czego zawsze pragnęli”, mówi, a ton jego głosu zdradza, że ta myśl napawa go absolutnym samouwielbieniem. Kilka minut później kończy zabieg. Felicia spogląda w lusterko i mówi: „Mój Boże, mam dołeczki”. I rzeczywiście ma. Wygląda na szczęśliwą. Choć pewności mieć nie możemy.

Dziś Aharonov zachwala swoją metodę jako bezpieczną i skuteczną, mimo że, jak sam przyznaje, „po zabiegu chirurgicznym należy się zazwyczaj liczyć z okresem przejściowym, kiedy dołeczek pojawia się nawet wtedy, kiedy człowiek się nie uśmiecha”. Co może być irytujące. Domyślam się jednak, że komuś, kto zazdrości innym ludziom dołeczków, pewne ukojenie musi przynosić świadomość, że istnieje zabieg pozwalający je uzyskać w czasie przerwy na lunch.

To oczywiście nie wszystko: za tę przyjemność trzeba zapłacić dwa tysiące dolarów. W Wielkiej Brytanii, gdzie zabieg zyskał chwilową popularność po okraszonym dołeczkami wstąpieniu Kate Middleton w okolice królewskiego tronu, koszt wynosi w przeliczeniu jakieś tysiąc dwieście, dwa i pół tysiąca dolarów. Aharonov bierze cztery.

Oczywiście, jak w przypadku każdego kosztownego zabiegu wykonywanego przez chirurga plastycznego, można znaleźć tani odpowiednik. Na drugim końcu świata chirurg Krishna Chaudhari z Centrum Laserowej Chirurgii Kosmetycznej w Punie w Indiach – gdzie bollywoodzkie filmy rozbudziły zapotrzebowanie na dołeczkoplastykę – stosuje alternatywne rozwiązanie, które demonstruje zresztą na swoim kanale na YouTubie. Mimo że to dość prosty zabieg chirurgiczny, oglądanie go jest surrealistycznym doświadczeniem, którego nikomu nie polecam. Film Chaudhariego to montaż fotografii wykonanych w czasie operacji. Najpierw w policzku młodego mężczyzny zostaje wykonany ośmiomilimetrowy otwór (na wylot), a następnie przez skórę właściwą przeprowadzony szew, który ma do niej przymocować mięsień policzkowy. Wrażenia estetyczne pogarsza oświetlenie: wygląda to tak, jakby zabieg wykonywano w piwnicy albo jaskini, a może w piwnicy pod jaskinią. Wszystkiemu towarzyszy transcendentalna muzyka instrumentalna, która z powodzeniem mogłaby pochodzić z albumu Dark Side of the Moon Pink Floyd. (Jeżeli koniecznie chcecie sobie zrobić dołeczki, a wcześniej obejrzeć filmik z zabiegu, poproście swojego chirurga, żeby wam jakiś polecił, zanim na własną rękę zanurzycie się w świecie internetowych nagrań operacji chirurgicznych).

Wielu chirurgów plastycznych wykonujących dziś dołeczkoplastykę posługuje się własnymi technikami. Abdul-Reda Lari, praktykujący w Kuwejcie, nie stosuje metody z przebijaniem policzka na wylot. Opracowana przez niego technika zyskała taką sławę, że uczą się od niego nawet chirurdzy z odległych Indii.

„Dawniej wkładałem pacjentowi do ust nożyczki i rozcinałem mięśnie – mówi mi Lari. – Teraz raczej tego unikam. Wkładam do ust nóż i podrażniam wewnętrzną stronę policzka wertykalnymi ruchami, a prowadnica (przyrząd zaprojektowany przez niego) utrzymuje mięsień w odpowiedniej pozycji przez nawet dwa tygodnie. Jeżeli pacjentka zacznie narzekać, mogę usunąć prowadnicę wcześniej”.

Zdradził się, używając w ostatnim zdaniu rodzaju żeńskiego. Niemal wszyscy klienci wykonujący u niego operacje tworzenia dołeczków to kobiety. Ale tak samo jest wszędzie, nie tylko w Kuwejcie.

Lari stosuje bardziej skomplikowaną technikę niż większość chirurgów. Wymaga ona założenia nie jednego, a kilku szwów, i użycia prowadnicy, która zostaje przymocowana do wewnętrznej strony policzka na dwa tygodnie. Ponieważ założenie pojedynczego szwu może spowodować, że dołeczek przybierze nienaturalny wygląd, jakby ktoś wgniótł w skórę główkę od szpilki, Lari uważa, że uzyskuje znacznie lepszy rezultat niż inni: pionowy dołeczek, który pojawia się tylko wtedy, kiedy człowiek się uśmiecha. Jego metoda nie cieszy się wielką popularnością, ponieważ wymaga ponownej wizyty i wiąże się z trochę większymi dolegliwościami. Wykonał niecałe sto operacji. Przeważnie ludzie decydują się na prostszą technikę, gdyż wolą natychmiastowy rezultat. Poza tym, jak mówi Lari: „Biorę chyba więcej niż większość, tysiąc dolarów za obie strony. Zabieg trwa dwie minuty”, dodaje ze śmiechem.

„Ile ta operacja kosztuje w Stanach?”, pyta. Kiedy odpowiadam, sprawia wrażenie trochę zniechęconego.

Chirurg plastyczny z Wirginii Morad Tavallali porównuje anatomię dołeczka do cellulitu, który powstaje na skutek odkładania się tłuszczu w skórze. Znajduje się tam potencjalna przestrzeń mogąca wypełniać się tłuszczem, który nie ma się gdzie podziać. Niemniej w skórze właściwej mieszczą się również włókniste pasy powstrzymujące rozrastanie się grudek tłuszczu, przez co właśnie powstają charakterystyczne dołeczki. Tavallali potrafi je usuwać z ud i tworzyć na policzkach.

Piękno zależy wyłącznie od kontekstu.

Tavallali ma pewne wątpliwości co do chirurgicznego tworzenia dołeczków, nawet jeśli sam potrafi z łatwością przeprowadzić taki zabieg. „W niektórych przypadkach dyplomowany lekarz może opracować nową technikę” – stwierdza na swoim blogu i opisuje ze szczegółami, w jaki sposób można przeprowadzić zabieg stworzenia dołeczków[5]. Zaraz potem zastrzega: „Zabieg wykonuje niewielu chirurgów plastycznych. Rezultaty bywają urocze, ale zabieg też bywa problematyczny! Przekonałem się o tym na własnej skórze! Nie wykonuję już tego zabiegu!”.

Każdy zabieg wiążący się dla pacjentów z ryzykiem, a wykonywany wyłącznie z powodu chęci dostosowania się do społecznie przyjętych norm piękności, „bywa problematyczny”. Tavallali raczej nie ma na myśli wspomnianego kontekstu kulturowego, ale to, że operacja nie zawsze daje miłe dla oka rezultaty. Zwłaszcza w miarę upływu czasu. Wygląd sztucznych dołeczków zmienia się w sposób nieprzewidywalny, ponieważ zależy od tkanki bliznowatej. A skóra każdego człowieka zabliźnia się inaczej. Jak powiedział rzecznik brytyjskiego towarzystwa chirurgów plastycznych: „Sztucznie utworzone dołeczki już po kilku latach stają się sztucznie utworzonymi katastrofami”[6].

Bardziej klarowny argument przeciwko sztucznym dołeczkom przedstawia chirurg z Beverly Hills, Aharonov. Dziesięć lat po rozbudzeniu mody na ten zabieg okazuje skruchę.

„Przez jakiś czas mówiłem sobie: to wspaniała sprawa. Sam to wymyśliłem” – stwierdza. Inni chirurdzy do dziś kontaktują się z nim, prosząc o rady. To mało ryzykowny, wysoce intratny i niezwykle popularny zabieg. Aharonov twierdzi, że nawet dziś zgłasza się do niego w tej sprawie dwadzieścia, trzydzieści osób dziennie. Ale podobnie jak Tavallali, niemal całkowicie zaprzestał wykonywania tego zabiegu. Wyniki okazały się zwyczajnie niezadowalające. Wedle jego szacunków 90 procent operacji zakończyło się powodzeniem. W pozostałych dziesięciu dołeczki okazały się asymetryczne, nierównej głębokości albo zbyt głębokie i nie zanikały, kiedy pacjent przestawał się uśmiechać. „Dziewięćdziesięcioprocentowa skuteczność to dla mnie zwyczajnie za mało, kiedy mówimy o zabawie czyjąś twarzą”.

Aharonov zagłębia się w egzystencjalne rozmyślania na temat chirurgii plastycznej. Dlaczego ludzie pragną czegoś anormalnego? Dlaczego robią sobie tatuaże i zakładają kolczyki? „Stoi za tym pragnienie, żeby się wyróżniać. Potrzeba bycia nietypowym”. Albo wręcz przeciwnie: pragnienie upodobnienia się do kogoś, kogo chce się naśladować.

Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, nie możemy uznać, że mamy do czynienia z idiotycznymi modami, a robienie sobie tego rodzaju operacji jest głupotą. U podstaw takich zachowań leży kwestia tożsamości społecznej. Ale, jak mówił wujek Spider-Mana, z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. Chirurdzy plastyczni powinni myśleć o motywacji swoich pacjentów. „Muszę się zastanowić, czy robię coś, co będzie korzystne dla tej osoby – wyjaśnia mi Aharonov. – Czy chce ona tej operacji ze słusznych powodów”.

Słuszne powody to coś, co trudno precyzyjnie określić – być może ktoś decyduje się na zabieg wyłącznie dlatego, że rezultat sprawi mu radość. Niemniej istnieją powody, które bez żadnych wątpliwości uznamy za niewłaściwe. Podstawowa reguła w chirurgii plastycznej mówi, że nie wolno dążyć do doskonałości. Nawet komentatorzy z YouTube’a  – najbardziej krytyczni, bezwzględni ludzie na Ziemi, a może nie tylko – wpisujący się pod filmikami Chaudhariego okazują zrozumienie dla jego pacjentów. „To bolesne i możecie sobie zniszczyć twarz, no ale jeśli właśnie tego chcecie, to nie będę hejtować, bo to w końcu wasze ciała”.

Dlaczego tatuaże nie zanikają?

Pewnego słonecznego poranka w moim ulubionym barze w dzielnicy Fort Greene na nowojorskim Brooklynie spotkałem się z mocno wytatuowaną kobietą. Pracowała nad książką dla dzieci opowiadającą o tym, dlaczego ludzie się tatuują. Tatuaże miała nawet na powiekach. Za każdym razem, gdy mrugała albo mrużyła oczy, oślepiona promieniami słońca, mogłem przeczytać słowa NOFEAR (bez lęku). Jakiż proces myślowy mógł doprowadzić kogoś do decyzji o zrobieniu sobie takiego tatuażu? Właścicielka mogła go zobaczyć, tylko stojąc przed lustrem z zamkniętym jednym okiem. Nie ma tatuażu, którego zrobienie byłoby bardziej bolesne niż tego na powiece. Czy był wart pieniędzy, które wydała, i bólu, który wycierpiała? Żeby poznać odpowiedź na to pytanie, będę musiał przeczytać jej książkę.

Podobnie jak chirurdzy plastyczni, poważni tatuażyści odradzają klientom robienie sobie tatuażu albo wręcz odmawiają wykonania rysunku na skórze, kiedy uważają to za zły pomysł albo decyzję podjętą w pośpiechu – zwłaszcza jeśli chodzi o miejsce rzucające się w oczy, jak szyja albo twarz. Takiemu podejściu przyświeca filozofia mówiąca, że tatuaż powinno się wykonywać dla siebie, a nie po to, żeby zaimponować innym albo cokolwiek im udowodnić. Tatuaż na powiece ociera się o tę granicę. Dziewczyna dzieli się swoim życiowym mottem z każdą napotkaną osobą. Taka ostentacja mówi mi, że prawdopodobnie dręczy ją JAKIŚLĘK, może nawet OGROMNYLĘK. W przeciwnym razie po co zadawałaby sobie tyle trudu, żeby głosić życiową nieulękłość?

Tatuaż podpowiada mi również, że jego właściciel może cierpieć na zapalenie wątroby. Jedna z najbardziej interesujących statystyk z dziedziny wirusologii mówi, że ludzie z tatuażami sześciokrotnie częściej zapadają na wirusowe zapalenie wątroby typu C[7]. Nie oznacza to oczywiście, że tatuowanie się prowadzi do zakażenia wirusowym zapaleniem wątroby typu C (choć czasami tak się właśnie dzieje). Może to spowodować każda igła przebijająca skórę. Igły stosowane przy wykonywaniu tatuażu zagłębiają się poniżej naskórka, czyli zewnętrznej części skóry, która się stopniowo złuszcza, i docierają do skóry właściwej, bogatej w naczynia krwionośne, nerwy, a kiedy tatuażysta skończy pracę – również w grudki barwnika.

Białe krwinki uznają barwnik za intruza, potencjalne zagrożenie, i atakują go. Tyle że grudki są za duże, aby organizm potrafił je samodzielnie usunąć. Te daremne próby objawiają się widocznym na skórze zapaleniem: świeżo wykonany tatuaż jest przez kilka pierwszych dni zaczerwieniony. Rozsądne osoby powstrzymują się wtedy przed wrzuceniem jego zdjęć na Instagrama. Jeżeli zaczerwienienie nie ustępuje po kilku dniach, prawdopodobnie przyplątała się tak popularna w dawnych czasach infekcja. Co kilka lat w Stanach Zjednoczonych wybucha epidemia zakażeń u osób, które zrobiły sobie tatuaż. Stoi za tym, jak się potem okazuje, zakażona partia barwnika. Ponieważ barwnik jest wstrzykiwany głęboko w skórę, musi być całkowicie sterylny, podobnie jak sól fizjologiczna podawana dożylnie pacjentom w szpitalach. Właśnie dlatego Centra Kontroli i Prewencji Chorób zalecają korzystanie z salonów, które „mogą wykazać, że stosowane w nich barwniki zostały oczyszczone ze szkodliwych zanieczyszczeń mikrobiologicznych”. Kwestii tych nie regulują żadne przepisy, więc każdy może je interpretować, jak chce. Niektóre salony dla oszczędności rozpuszczają barwniki w wodzie z kranu, ale można wymóc na nich obietnicę, że w naszym przypadku tego nie zrobią. NOFEAR.

Niezależnie od tego, czy barwnik będzie sterylny czy nie, białe krwinki go zaatakują. Tyle że nie uda im się go pokonać. Grudki barwnika są, jak by powiedziały białe krwinki, cholernie duże. Układ odpornościowy ostatecznie daje za wygraną i niechętnie godzi się na obecność intruzów w skórze. Tatuaż symbolizuje nieposłuszeństwo i indywidualizm, ale również rezygnację.

Jak mogę się pozbyć tatuażu?

W wielu stanach człowiek znajdujący się pod wpływem alkoholu oficjalnie nie może sobie zrobić tatuażu. Jeden na pięciu Amerykanów ma tatuaż i choć nie istnieją rzetelne badania mówiące o tym, jaki odsetek z nich był trzeźwy podczas wizyty w salonie, z moich doświadczeń wynika, że wynosi on mniej niż sto procent. A zresztą ludziom zdarza się żałować decyzji podejmowanych na trzeźwo – wstępują i występują z różnych grup, zakochują się i odkochują. Złota zasada robienia sobie tatuaży – według salonu Fallen Ink Tattoo Removal (Usuwanie Nieudanych Tatuaży) z Minneapolis – mówi, że pod żadnym pozorem nie wolno wypisywać sobie na skórze imienia partnera ani niczego, „co miałoby symbolizować miłość do niego”[8]. Niewątpliwie jest to jedna z możliwych życiowych filozofii.

Branża usuwania tatuaży w Stanach Zjednoczonych rozrosła się w ciągu ostatniej dekady o 440 procent. Z szacunków wynika, że w 2018 roku ludzie wydadzą na ten cel 83,2 miliona dolarów[9]. To całkiem niezły pomysł na biznes. Niezbędne umiejętności potrafiłaby opanować w czasie weekendowego kursu większość szympansów. Wystarczy wycelować w tatuaż laser i nacisnąć guzik. Laser rozbija duże grudki barwnika na mniejsze. W końcu zostaną one wchłonięte przez białe krwinki zwane makrofagami, a następnie wysłane ze skóry do tatuażowego nieba. (Czyli, ściślej rzecz biorąc, wydalone z kałem właściciela). Proces ten wymaga zazwyczaj kilku wizyt w salonie i wydania kilkuset dolarów. Co powinno mimo wszystko wystarczyć, żeby uznać zrobienie sobie tatuażu za do pewnego stopnia trwałe zobowiązanie.

Czy od żucia gumy może mi urosnąć szczęka?

Jak się okazuje, to dość często zadawane pytanie w środowisku kulturystów. Na przykład na stronie Bodybuilding.com anonimowy dwudziestopięciolatek pyta: „Moi silnoszczęcy brachowie: czy żucie gumy poszerza podbródek/mięśnie?”.

Choć zwykle nie zalecam szukania informacji na forach, których użytkownicy do każdego wpisu dołączają informację o swoim rekordzie w wyciskaniu na ławeczce, kiedy natykamy się na wyrażenie „moi silnoszczęcy brachowie”, warto przeczytać resztę. Inny mięśniak z forum podrzuca coś, co na pierwszy rzut oka wygląda na zboczenie z głównego wątku: „Słyszałem coś o żuciu skóry”. Pozostali kulturyści, którzy odpowiadają na pytanie młodego aspiranta do silnoszczękości, udzielają zwięzłej i kompetentnej odpowiedzi: „Nikogo normalnego ni *** nie interesuje, jaką masz wydatną szczękę”. (Gwiazdki wstawili sami, zapewne na wypadek gdyby któryś z czytających forum kulturystów był dzieckiem).

Katherine Zink i Daniel Lieberman z harwardzkiego Wydziału Ewolucyjnej Biologii Człowieka twierdzą, że silnoszczęcy druhowie mogą mieć słuszność. W 2016 roku badacze poinformowali w czasopiśmie „Nature”, że od wielu wieków kształt ludzkich twarzy wynika z nawyków żywieniowych[10]. Podbródki i zęby pierwszych gatunków z rodzaju Homo były ogromne w porównaniu z naszymi. Zmniejszały się stopniowo, odkąd Homo erectus zaczął używać narzędzi, które pozwoliły mu polować i jeść zwierzęta. Ich bogate w kalorie mięso wymagało mniej przeżuwania. Gdy mięso stanowiło już jedną trzecią spożywanych kalorii, co roku wykonywali dwa miliony ruchów szczękami mniej. Jeżeli dodamy do tego skutki używania kamiennych narzędzi do „przetwarzania” jedzenia – prymitywnego siekania i rozgniatania – trudno się dziwić, że gwałtownie spadła siła i wytrzymałość, jaką wcześniej musiały się odznaczać nasze aparaty szczękowe.

Również dziś narządy nieużywane zanikają. Wielu antropologów uważa, że gros osób musi korzystać z aparatów ortodontycznych, ponieważ przeżuwamy znacznie mniej od naszych przodków[11]. Z pokolenia na pokolenie ludzie poświęcali na tę czynność coraz mniej czasu, ponieważ zaczęli stosować obróbkę termiczną i hodować zwierzęta. W rezultacie nasze szczęki powoli się cofały i zmniejszały, zagęszczając znajdujące się w jamie ustnej zęby. Mało komu mieści się dziś na przykład w szczęce trzeci ząb trzonowy (tak zwany ząb mądrości). Ustawiają się zatem pod dziwnymi kątami i rozpychają inne zęby, robiąc w szeregu zamieszanie. Konieczność usuwania zębów mądrości, aby temu zapobiec, jest relatywnie nowym zjawiskiem.

Zink i Lieberman twierdzą, że coraz mniejsze twarze mogły się wręcz stać czymś pożądanym. Oznacza to, że nasi dalecy przodkowie zaczęli być może preferować drobniejsze szczęki. Wydaje się zatem, że ludziom podoba się twarz Brada Pitta ze względu na jego wyraźnie zarysowaną szczękę z powodu relatywnej rzadkości tej cechy, a nie za sprawą jakiejkolwiek funkcjonalnej logiki. Adam Levine z zespołu Maroon 5 niemal na pewno nie zdobył tytułu „najseksowniejszego żyjącego mężczyzny” przyznawanego przez czasopismo „People” z uwagi na swoje talenty wokalne. Niektórzy przekonują, że zachodnie upodobanie do kanciastych twarzy wywodzi się zapewne ze skojarzenia z wysokim poziomem testosteronu, który wskazuje na jurność, a co za tym idzie, na zdolności reprodukcyjne.

Gdyby wasze żuchwy nadal znacząco się powiększały w dorosłym wieku, oznaczałoby to, że cierpicie na znaczącą nierównowagę hormonalną zwaną akromegalią. Cierpiał na nią francuski aktor i zdobywca tytułu mistrzowskiego World Wrestling Federation z 1988 roku, André „the Giant” Roussimoff. Jego przysadka mózgowa wytwarzała nadmierne ilości hormonu wzrostu, kiedy był dzieckiem, a w dorosłym wieku produkowała go tyle, ile powinna w dzieciństwie. W rezultacie mierzył ponad dwieście dwadzieścia centymetrów i ważył dwieście dwadzieścia pięć kilogramów. Po tym, jak płytki wzrostu w jego rękach i nogach uległy zamknięciu, kości jego twarzy nadal się powiększały, nadając mu zwalisty wygląd bajkowego olbrzyma. Tego rodzaju postacie wzorowano prawdopodobnie właśnie na ludziach cierpiących na akromegalię. Filmowy ogr Shrek również odznaczał się typowym wyglądem osoby, której życie jest naznaczone nadmiarem naturalnego, potrzebnego nam w mniejszych ilościach hormonu.

Nie każdy człowiek cierpiący na akromegalię staje się olbrzymem. Czasami choroba ta przejawia się mniej wyraźnie: dużymi dłońmi, dużym nosem i wyraźnie zarysowaną szczęką. Cechy te obserwujemy u sportowców przyjmujących hormon wzrostu jako środek dopingujący. Narażają się w ten sposób na przedwczesną śmierć. André the Giant urósł tak bardzo, że jego serce nie było już w stanie pompować krwi do całego organizmu. Ściany komór jego serca stały się tak grube i umięśnione, że nawet ich nie dało się skutecznie zaopatrywać w krew. Aktor zmarł w wieku czterdziestu sześciu lat.

Żucie gumy wywiera zatem niewielki wpływ na rozmiar szczęki w porównaniu z przyjmowaniem hormonu wzrostu. Może się nawet okazać skuteczne dla tych, którzy chcieliby uchodzić za silnoszczękich druhów. Nasze żuchwy często kurczą się w miarę upływu lat i akurat temu możemy zapobiegać. Podobnie jak można powstrzymać osteoporozę za pomocą ćwiczeń fizycznych, kurczeniu się dolnej szczęki można zapobiec częstym przeżuwaniem. (Otaczający żuchwę na końcach mięsień żwacz, jak każdy inny mięsień, rozrasta się przynajmniej trochę pod wpływem ćwiczeń).

Wszystko to powinno nam przede wszystkim uzmysłowić, że jesteśmy przystosowani do spożywania pokarmów z dużą zawartością błonnika. Jeśli wspólnym wysiłkiem zaczniemy często żuć gumę, skórę albo liście, a także nauczymy tego swoje dzieci i będziemy to powtarzać przez wiele pokoleń, może w końcu doczekamy się rezultatów.

No a mój podbródek?Nie dałoby się czegoś zrobić, żeby wyglądał atrakcyjniej?

Jesteśmy jedynymi hominidami z podbródkami z prawdziwego zdarzenia. Jeżeli wyewoluowały w związku z mową i przeżuwaniem, należałoby się spodziewać, że między mężczyznami i kobietami nie będą występowały większe różnice. A przecież jest inaczej. Ewolucyjna koncepcja dymorfizmu płciowego wyjaśnia, że podbródki wyewoluowały w związku z preferencjami w doborze partnerów. Nie warto się zatem zamartwiać powierzchownością dzisiejszych czasów: płytcy jesteśmy od tysiącleci.

Jeżeli chodzi o kształt brody lub jej brak, lekarze posługują się terminem „pełności podbródkowej”. Jak wyjaśnił mi wykształcony na Harvardzie dermatolog Omar Ibrahimi: „Obszar podbródkowy doskwiera wielu mężczyznom i kobietom”.