Fuga - Lauren Groff - ebook
NOWOŚĆ

Fuga ebook

Lauren Groff

4,1

Opis

Bohaterkami opowiadań w tym debiutanckim zbiorze są fascynujące kobiety mierzące się z niespodziewanymi wydarzeniami i zaplątane w wir historii – wychowana na farmie dziewczyna zakochuje się w bogatym playboyu; adwokatka, która przerwała karierę i opiekuje się dziećmi, rozpoczyna wieczorowy kurs twórczego pisania; dziennikarka ucieka z ogarniętego wojną Paryża na prowincję; siedemnastoletnia pływaczka próbuje wyrwać się z małego miasteczka, a mażoretka z Pensylwanii szuka dla siebie miejsca w męskim świecie. To także opowieści o ludziach pozornie bezsilnych, którzy – jak pokazuje Groff – potrafią zmieniać świat wokół siebie. Zbiór łączy również motyw metamorfozy bohaterów i ich otoczenia, utraconych iluzji i często niespodziewanego szczęścia lub tragedii.

Fuga” to debiutancki zbiór wielokrotnie nagradzanych opowiadań Lauren Groff, mistrzyni krótkiej formy, autorki zbioru opowiadań „Floryda” oraz wydanych po polsku powieści „Fatum i furia” oraz „Wyspa kobiet”. Niezwykle oryginalne prozy rozgrywające się w różnych okresach XX wieku, nie tylko w Stanach Zjednoczonych i znanym czytelnikom Templeton, ale też we Francji czy w Argentynie.

„Już po kilku stronach widać, że Groff potrafi pisać – naprawdę pisać.”

„New York Observer”

Fuga” to popis wspaniałej wyobraźni, subtelny i precyzyjny, portrety odważnych i fascynujących kobiet. Oszałamiający zbiór, który sprawi, że czytelnik ostrożnie podchodzący do opowiadań będzie musiał zmienić zdanie.”

„newbooks”

„W swojej najlepszej prozie Groff pokazuje magię gotyckich poprzedników.”

„Financial Times”

„Proza Groff jest doskonała, a kiedy udaje jej się opowiedzieć historię – na przykład tę o dziennikarzach uciekających z okupowanego przez Niemców Paryża – rezultat jest wyjątkowy.”

„Publishers Weekly”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (19 ocen)
10
4
3
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Olajanuszkiewicz

Nie oderwiesz się od lektury

świetna!
00
Dzazik

Nie oderwiesz się od lektury

Już dawno nie miałem w ręku zbioru opowiadań, w którym wszystkie byłby rewelacyjne - te takie są. Wspaniałe opowiedziane historie kobiet.
00

Popularność




Gerard Manley Hopkins, Epitalamium, przełożył Franek Wygoda, wiersz niepublikowany.

Kwiatki św. Franciszka z Asyżu w przekładzie Leopolda Staffa.

Tytuł oryginału Delicate Edible Birds

Przekład Dobromiła Jankowska

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

DELICATE EDIBLE BIRDS © 2009 by Lauren Groff

First published by Hyperion

Translation rights agreed by AJA Anna Jarota Agency and The Clegg Agency, Inc., USA.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2024

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2024

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Megan Brown

Skład i łamanie Dariusz Ziach

ISBN 978-83-970592-1-4 (EPUB); 978-83-970592-1-4 (MOBI)

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2024

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151

03-948 Warszawa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Lucky Chow Fun

Każde miasto żyje swoim rytmem, a w Templeton powtarzał się on każdego roku. Lato oznaczało turystów w muzeum baseballu, spowolniony ruch na Main Street, a nawet pijaną sopranistkę wyrzucającą w noc swoją arię w chwiejnej drodze powrotnej do opery. Jesienią tłum turystów się przerzedzał, a fani Philadelphia Phillies z rodzinami oddawali miasto parom emerytów wyposażonych w lornetki, którzy przyjeżdżali obserwować wzgórza buntujące się kolorami.

Zimą Templeton chowało się w sobie. My, miejscowi, byliśmy tak wdzięczni za tę ciszę – gdy dźwięk dzwonków przy saniach w muzeum rolnictwa dochodził aż nad Susquehanna – że prawie nie przeszkadzały nam zamykające się sklepy. Zimą wierzyliśmy we własną doskonałość, wychwalając się za to, że oddaliśmy wygody miejskiego życia w zamian za niewielką społeczność i spektakularne piękno. Obkładaliśmy się zimowym tłuszczykiem i czekaliśmy na wiosnę, aż odmarznie tafla jeziora, aż zakwitną wiśnie, aż miasto wybuchnie tym swoim amerykańskim urokiem z nagłym crescendo turystów.

Taki przynajmniej był rytm naszego życia do czasu dziewcząt z Lucky Chow Fun. W tamtym roku śnieg stopniał dopiero w połowie maja, a męska drużyna liceum Templeton High zdobyła mistrzostwo stanu. W tamtym roku my, miejscowi, przestaliśmy patrzeć sobie nawzajem w oczy.

Tamtej wiosny miałam siedemnaście lat i byłam pełna tęsknoty – próbowałam ją zaspokoić książkami o mitach i legendach, które pochłaniałam całymi stertami. Nigdy nie miałam dość tych opowieści, maleńkich drzwi uchylających się, bym mogła zobaczyć miejsce, o którego istnieniu nie wiedziałam, że wiem; opowieści tak starych, że zdawały się wrośnięte w moje geny. Uwielbiałam Medeę, Izoldę, Wieloskórkę. Wyobrażałam sobie, że jestem piękną Kasandrą, kroczącą po przestronnych pustych salach i wygłaszającą proroctwa, z których wszyscy się śmieją, a potem muszą patrzeć, jak tragicznie się spełniają. To uczucie stłumienia, niesprawiedliwości było we mnie wyjątkowo silne, choć nie miałam konkretnych proroctw do przekazania ani przejmujących ostrzeżeń do wygłoszenia. W te noce, kiedy napychałam się mitami, śniłam o studiach, o tym, jak do pełna tankuję w siebie całą tę niegdysiejszą wiedzę, aż dowiem się wszystkiego, czego można się dowiedzieć, a wszystkie te dawne kultury obgryzę do czysta jak kostki pysznych pieczonych kurczaków.

Przez cały marzec pędziłam ślizgiem do domu ze szkoły tak szybko, jak dawała radę moja stara honda civic, by zajrzeć do skrzynki pocztowej, w której miały się znaleźć listy z informacją o przyjęciu na studia. Wszyscy koledzy dostali je już wcześniej, ale ponieważ rekrutowano mnie jako pływaczkę, musiałam czekać na standardowe terminy. Przez cały marzec nic nie przyszło. Kiedy moja młodsza siostra Petra (nazywana w domu Pot) pieszo docierała przez śnieżne zaspy do domu, ja zwykle siedziałam przy kuchennym stole po zjedzeniu całego pudełka płatków oraz miseczki lodów i było mi niedobrze.

– Mój Boże, Lollie – mówiła, rzucając plecak na podłogę. – Ciągle nic?

– Nie – odpowiadałam. – Nic.

A ona wzdychała i siadała naprzeciwko. Jej także nie było lekko, bo pozostałym czwartoklasistom wydawała się zbyt dziwna, zbyt pulchna, zbyt nadpobudliwa. Ani razu nie nocowała u koleżanki, nie miała też najlepszej przyjaciółki. Ale zamiast narzekać, Pot próbowała mnie rozweselić, naśladując nowe odgłosy ptaków, których nauczyła się tego dnia. „Trijo, trijo, tru lu” – śpiewała, po czym wyjaśniała, że to przedrzeźniacz rudy, a jej kluseczkowata twarz nagle się rozświetlała. W tamtym czasie Pot miała dziwną obsesję ornitologiczną, jakby cała jej pyzata istota obrosła piórkami. Zasypiała do nagrań z odgłosami ćwierkania i gwizdania, miała w pokoju rosnącą kolekcję wypchanych ptaków. Nie wiedziałam, jak je zdobyła, ale za bardzo zadręczałam się własnymi problemami, by o to zapytać. Unikałam zresztą jej sypialni, gdy tylko się dało, bo na toaletce siedział tam pewien białozór, który wydawał się wredny, o ile nie z gruntu zły, i gotów dziabnąć cię w tętnicę, jeśli niechcący podejdziesz zbyt blisko.

W te melancholijne popołudnia Pot świergotała dalej, dopóki nasza matka nie weszła do domu po kiepskim dniu w liceum w Van Hornesville, gdzie uczyła biologii. A nie, matka nigdy po prostu nie wchodziła, tylko wpadała jak wir pyłowy, którym była, wytupywała śnieg z kozaków i strzepywała z ramion całe jego chmury.

– Mój Boże, Lollie. Ciągle nic? – pytała, uwalniając spod czapki sprężyste siwe włosy.

– Nic – ćwierkała Pot, a potem biegła na górę, by dołączyć do swojej małej sztywnej ptaszarni.

Matka patrzyła na resztki mojej przekąski, marszczyła czoło i mnie przytulała.

– Elizabeth – mawiała i słyszałam wibracje tych słów w jej piersi, czułam nacisk każdej pojedynczej kości w klatce. – Nie martw się. Wszystko się w końcu ułoży. Nie jesteś przecież jakąś idiotką z zadupia jak dzieciaki, które uczę...

– Daruj – przerywałam, całując ją w podbródek.

Potem wstawałam, spóźniona na trening pływacki, zostawiałam moją nerwową drobną matkę wyglądającą przez okno i odjeżdżałam. Tamtej wiosny spotykała się ze Śmieciarzem, więc po powrocie do domu czasami się widywałyśmy, zanim poszłam spać, albo nie widziałam jej aż do rana, kiedy podśpiewując, przygotowywała się do szkoły.

Na całym świecie krążą setki wersji historii Kopciuszka: serbska Pepeljuga, norweska Kari Trestakk, chińska Ye Xian, niemiecka Aschenputtel, francuska Cendrillon. Większość tych opowieści łączy postać dobrej nieobecnej matki i żyjącej złej macochy. Bajki nie przypominają prawdziwego życia w całej jego pięknej niejednoznaczności. Nie ma pół dobrych, pół nieobecnych matek. A w tym przypadku – półobecnych bardzo dobrych matek.

Tamtej zimy czułam się dobrze tylko w basenie, kiedy moje ciało prześlizgiwało się i przerzucało się przez wodę. Tylko tam mogłam uciec przed uporczywym strachem o to, co stanie się z matką i siostrą, kiedy je zostawię. Smutne kolacje, Pot gadająca tylko o ptakach, matka tylko smęcąca o gównianym dniu w szkole, niesłuchające się nawzajem, niesłyszące się nawzajem.

Byłam kapitanem i jedyną dziewczyną w szkolnej drużynie pływackiej, choć raczej marną liderką. Podczas długich podróży autokarem tylko nerwowo chichotałam, kiedy chłopcy chwalili się, że przelecieli laski, których – wiedziałam – nigdy nie tknęli. Nie wybrano mnie na kapitana, ponieważ miałam cechy przywódcze, raczej z powodu małomiasteczkowej kurtuazji kolegów z drużyny i mojej minicelebryckiej obecności w miejscowych gazetach, gdzie stałam się lokalną osobliwością. W okolicy nikt szybciej ode mnie nie pływał motylkiem, a w regionie mogłam pokonać każdego – chłopców i dziewczyny – oprócz jednego szybkiego jak błyskawica pływaka z Glens Falls. Gazety stąd do Albany nie przestawały zachwycać się tym faktem. Co tydzień publikowały zdjęcia, uważając, by zmieścić w kadrze tylko moją nie najbrzydszą twarz, a ciało – spójrzmy prawdzie w oczy – z nadwagą wycinając w programie graficznym. Byłam potężna. „Rubensowska” – mówiła moja matka, lecz chłopcy najwyraźniej nie należeli do estetów, bo nigdy nie spoglądali na mnie wprost, nawet wtedy, gdy stałam na słupku startowym. Ale też nie dawałam sobą pomiatać. Jeśli jakiś chłopak nabijał się, że mam opięty kostium, i nazywał mnie na przykład „Moby Dickiem bez fiutka”, chwilę później lądował na dnie basenu po tym, jak zepchnął go tam ten wielki biały wieloryb.

W któryś marcowy piątek wieczorem, po wyjątkowo wyczerpującym treningu sztafet, Tim Summerton nachylił się nad basenowym odpływem, kiedy powoli wracałam z ostatniego wyścigu. Tim nie był specjalnie przystojny, zezował i miał pryszcze, jednak dzięki wielkiemu urokowi na żadną szkolną dyskotekę nie musiał chodzić sam. Splunął mi w twarz strumieniem ciepłej wody, ale uchyliłam się i ze śmiechem odpowiedziałam tym samym. Zadowolony wyszczerzył zęby.

– Hej – powiedział. – Skoczkowie i ja idziemy do Lucky Chow Fun. Chcesz się zabrać?

Spojrzałam na niewielką grupkę skoczków okładających się akurat ręcznikami. Oni w drużynie odsłaniali się najbardziej. Ta trójka chowała w swoich kusych kąpielówkach nieco więcej niż pływacy. Coś o tym wiedziałam, bo pod wodą miałam doskonały wzrok.

– Fan, fan, tulipan – powtarzali teraz, chyba próbując przedrzeźniać obcy akcent. – Będzie fan w Fun Fun.

Nasi skoczkowie nie byli najmądrzejsi na świecie, ale pewnie każdemu, kto próbuje sobie obciąć łeb końcem trampoliny, musi z założenia brakować piątej klepki.

– Tak – odparłam. – Pewnie.

– Super. To do zobaczenia na miejscu – powiedział Tim, pukając bojką w mój czepek.

Poczułam ogromne pragnienie, by złapać go za tę rękę, przycisnąć do ust, obsypać pocałunkami i śmiać się jak szalona. Zamiast tego uśmiechnęłam się tylko i wróciłam pod wodę, wstrzymując oddech tak długo, aż już naprawdę więcej nie mogłam, potem wypuściłam powietrze wspaniałą bańką, srebrzystą jak meduza. Gdy się wynurzyłam, Tima nie było.

Tamtego wieczoru dokładniej niż zwykle myłam się pod prysznicem, spłukując chlor, posmarowałam się balsamem i talkiem. A kiedy wychodziłam w zimną noc, wszystkie światła na basenie zgasły, a za moimi plecami ostatni pracownik zamknął drzwi na klucz. Nie włożyłam czapki, pozwalając włosom zamarznąć w cienkie małe wężyki, które lubiłam kruszyć palcami, i pomyślałam o moo goo gai pan.

Był piątkowy wieczór, ale w liceum rozgrywali jeszcze mecz koszykówki, więc gdy przejeżdżałam przez miasto, panował w nim spokój. Tylko w rezydencji Ambasadora dostrzegłam oznaki życia – wszystkie okna płonęły złotem. Właściciel był tutejszym bohaterem, eksambasadorem we Francji i w Gujanie, a dawno, dawno temu – wielkim przyjacielem mojego ojca, dlatego zawsze myślałam o nim z wielką sympatią, mijając piękny kamienny dom nad rzeką. Ambasador był wysokim siwym mężczyzną koło osiemdziesiątki, miał szczupłe niebieskawe palce i przebiegły wzrok. Ludzie mówili, że posiada ogromną kolekcję rzadkich przedmiotów z całego świata: jeden pokój w całości zajmowały różne maski, drugi – kryształowe misy, kolejny – wazony, a osobne pomieszczenie dostał nawet jego miniaturowy sznaucer i tam wisiały obrazy tej małej szczekliwej bestii namalowane przez znanych artystów. Nikt nie wiedział tego jednak na pewno, bo zawsze widzieliśmy tylko parter posiadłości. Zresztą po odejściu ojca i tak już nas tam nie zapraszano.

Teraz na Main Street świeciło się tylko kilka witryn, które nadawały gładki blask kijom baseballowym w sklepach z pamiątkami i oświetlały sztuczne kwiaty w markecie. Red Dragoon Saloon był otwarty, w śniegowej ciapie na Pioneer Street stały trzy harleye, ale i tak udało mi się zaparkować dokładnie naprzeciwko Lucky Chow Fun, za volvem należącym do Tima Summertona.

Restauracja działała od niedawna, może od jakichś dwóch lat, i była pierwszym, ostrożnym ukłonem tego miasta w kierunku kuchni etnicznej, jeśli nie liczyć pizzerii Gina i menonickiej piekarni przy Main Street. Tania knajpa z linoleum na podłodze i brzydkim, ręcznie wypisanym i podświetlonym na czerwono szyldem łopoczącym na wietrze dmuchającym znad jeziora. Podawano tu mnóstwo kleistej amerykańskiej chińszczyzny w rodzaju kurczaka generała Tso i smażonego ryżu – uwielbiałam wszystkie ich dania, tłuste i słodkie, tę grzeszną przyjemność z powodu jedzenia fast foodu w okolicy, gdzie zakazano działalności wszelkich sieciówek, i miniaturową mitotwórczość ciasteczek z wróżbą.

Tamtego wieczoru, kiedy wysiadłam z samochodu i przeszłam na chodnik, prawie wpadłam na drobną drżącą z zimna postać w za dużym T-shircie, zamiatającą świeży opad z trotuaru. „Przepraszam” – mruknęłam i zeszłam na bok, nie przyglądając się dziewczynie, którą niemal przewróciłam, kątem oka zauważając tylko krzywe zęby i nierówno ostrzyżone włosy. Pracowała w Lucky Chow Fun, była żoną albo córką któregoś z właścicieli. Nikogo w Templeton nie obchodziło, kim właściwie są te dziewczyny, podobnie jak nikogo nie obchodziło, kim są dwaj mężczyźni prowadzący lokal – nazywano ich po prostu Pierwszym Chenem i Drugim Chenem albo Okularnikiem Chenem i Grubym Chenem. Dopiero później zdaliśmy sobie sprawę, że żadna część ich nazwiska nawet nie przypomina słowa „Chen”, podobnie jak żadna z dziewczyn pod żadnym względem nie przypominała tych mężczyzn.

Czuję, że konieczne jest wyjaśnienie naszej obojętności, ale nie potrafię tego zrobić. Templeton zawsze miało kamienne serce dla obcych, ponieważ widziało zbyt wielu przyjezdnych najeżdżających nasze jezioro, niszczących starożytny stadion – Cartwright Field, zaśmiecających nasze ulice, a potem odjeżdżających beztrosko. Ta nieufność dotykała nawet tych, którzy z nami mieszkali – podejrzanym był każdy, kto nie miał tutaj wystarczająco wielu krewnych. „Nowymi” nazywano ludzi mieszkających w okolicy od zaledwie piętnastu lat. Jedyna czarna rodzina, która w moim dzieciństwie żyła w Templeton, szybko zabrała manatki i po roku się wyprowadziła, a z tego, co wiedziałam, do szkoły uczęszczała zaledwie trójka żydowskich dzieci. Jedynymi Azjatami były zaś nienaturalnie radosne i popularne adoptowane dzieciaki najbogatszych lekarskich rodzin w okolicy. To miasto zaciekle trzymało się wstydliwej licealnej maskotki Redskinsów, choć jeśli mielibyśmy stanąć w prawdzie, to mogliśmy jedynie być Whiteskinsami. Urodziłam się i wychowałam w takim przekonaniu. Tamtego wieczoru bez zastanowienia obeszłam dziewczynę, wchodząc w opasłą jaskrawość restauracji, i minęłam starego Chena Okularnika drzemiącego przy drzwiach nad jakąś chińską gazetą.

W knajpie było prawie pusto, z długiej kuchni na tyłach dobiegał odgłos boskiego tłustego smażenia. Dziewczyny niczym duchy w białych uniformach siekały coś, smażyły i cicho z sobą rozmawiały. Podświetlone fotografie nad kasą tak mocno uderzyły we mnie wodnymi kasztanami i cudownie smażonymi kawałkami mięsa, że nie od razu dostrzegłam skoczków, którzy akurat udawali morsy, trzymając w ustach pałeczki zamiast kłów. Na mój widok wyjęli pałeczki tak szybko, że stało się jasne, kogo naśladują. Przyzwyczaiłam się. W czwartej klasie bliźniaczki Garrettów nazwały swój projekt naukowy – miniaturowego zeppelina – The Lollie. Tamtego wieczoru zrobiłam to, co zawsze, stłumiłam ukłucie w sercu i udałam uśmiech.

– Bardzo zabawne, chłopaki – powiedziałam. – Zamówiliście już?

– Tak – rzucił Brad Huxley. Chodził do mojej klasy, a Bozia pobłogosławiła go rzęsami tak pięknymi, że zazdrościły mu wszystkie dziewczyny w szkole. Uśmiechnął się, pokazując dołeczki, i dodał: – Każdy zamawia dla siebie. Te dwa świry nie lubią się dzielić. – Wskazał brodą pozostałych.

Niestety, nie było mu dane w życiu cieszyć się dobrą koordynacją wzrokowo-ruchową, bo w przeciwnym razie znajdowałby się teraz raczej na hali do koszykówki z pozostałymi fajnymi dzieciakami. Kompensował to sobie w basenie i na trampolinie, a za kilka tygodni, na mistrzostwach stanowych, miał skoczyć tak blisko niej podczas robienia salta w tył w pozycji kucznej, że zdarł sobie pasek skóry od karku do połowy pleców i dostał za ten skok maksymalną notę.

Stałam z przodu, zastanawiając się, co zamówić u mrukliwego i pogardliwego starego Grubego Chena w brudnym fartuchu, kiedy Tim Summerton wrócił z tyłu knajpy, gdzie znajdowały się toalety. Miał ściągniętą bladą twarz, wyglądał na podekscytowanego i przerażonego jednocześnie. Chyba mnie nie zauważył, przeszedł obok, nie zaszczycając nawet spojrzeniem. Usiadł z pozostałymi przy stoliku i zaczął coś syczeć pod nosem, ale nie zrozumiałam, co dokładnie.

Huxley oparł się z drwiącym uśmieszkiem.

– No raczej – rzucił tak, bym usłyszała. – Każdy to wie. – Pozostali dwaj skoczkowie byli bladzi, ale na ich twarzach pojawiły się uśmiechy.

Chciałam zapytać, o czym gadają, ale wtedy Gruby Chen zachrząkał i odwróciłam się w jego stronę. Trzymał długopis nad bloczkiem i miał opuszczone powieki. Nie do końca wiedziałam, czy na mnie patrzy, czy nie.

– Poproszę kurczaka generała Tso – powiedziałam. – I colę.

Mruknął, wybił kwotę na starej kasie, a ja wygrzebałam swoje ciężko zarobione na opiece nad dziećmi pieniądze, dwa dolary za godzinę przy diablątkach Bauerów. Kiedy usiadłam, chłopcy już zabierali się za jedzenie, a kelnerka, która je przyniosła, wycofywała się ze spuszczonym wzrokiem, trzymając przed sobą okrągłą tacę niczym tarczę. Ta dziewczyna była ładna, delikatna, miała spiczaste małe uszy i spękane wargi, ale oni i tak jej nie zauważali. Tim Summerton tylko grzebał w talerzu swojej wieprzowiny i wyglądał fatalnie.

– Wszystko okej? – zapytałam. Spojrzał na mnie i odwrócił wzrok.

– Ciota z niego – odezwał się Huxley, z ziarenkiem ryżu na ustach. – Denerwuje się przed jutrzejszym okręgowym. Nie chce płynąć na pięćset dowolnym.

– Serio? – zapytałam. – Tim, przecież nie mamy nikogo lepszego.

– Eee. – Tim wzruszył ramionami. – Wcale się nie denerwuję. – Potem zamrugał i wyraźnie chcąc zmienić temat, zapytał, gdy stanął przede mną talerz z chrupiącym pysznym kurczakiem: – Z kim idziecie na zimowy bal? – Żaden z chłopaków nie chciał o tym gadać, ale rzucali jakieś imiona: Gretchen, Melissa, może Gina, może Steph. Tim spojrzał na mnie: – A ty z kim idziesz, Lollie?

Wzruszyłam ramionami.

– Nie wiem. Może tylko z kumpelami.

Co za przygnębiająca myśl: moimi kumpelami były dziewczyny, z którymi jadłam lunch, wyłącznie koleżanki z przedszkola – znałyśmy się tak dobrze, że nie byłyśmy pewne, czy w ogóle się jeszcze lubimy.

Huxley rzucił mi jeden ze swoich czarujących uśmiechów i zapytał:

– No bo jesteś lesbą, nie? Lubisz laski? Nie ma sprawy, nam możesz powiedzieć.

Zaśmiał się, a pozostali zawtórowali.

– Nie – odparłam, odkładając pałeczki i czując oblewający twarz rumieniec. – Co ty gadasz? Nie jestem niczym takim, przecież lubię chłopaków, Jezu.

Cała ekscytacja, zaproszenie na wspólne jedzenie, cisnęły mnie w żołądku. Wgapiałam się w zawijaski kurczaka na talerzu.

– Wyluzuj, Lollie – wtrącił Tim, szczerząc się do mnie, zezującym okiem odjeżdżając w stronę okna, za którym świat nad szyldem świecił na różowo. – On się tylko z tobą droczy. Brad to palant.

Niezmiennie uroczy Huxley mrugnął do mnie i pokazał otwarte usta pełne na wpół przeżutego jedzenia.

– Przecież wiem, że nie jesteś lesbą – oznajmił. – Ale gdybyś była, mogłabyś nam powiedzieć.

– Właśnie – odezwał się jeden z pozostałych. – To jest superseksowne.

A kiedy wszyscy spojrzeliśmy na niego trochę krzywo, zarumienił się i dodał:

– No dobra, może nie ty, Lollie. Ale lesbijki ogólnie.

Kumple zaczęli przybijać z nim piątki i pohukiwać, dopóki coś we mnie nie pękło, zasunęłam mu małą piątkę w policzek, aż usiadł z powrotem, speszony.

W chińskiej mitologii bogini Nüwa stworzyła pierwszych ludzi z żółtej gliny, starannie kształtując ich własnymi rękoma. Choć jej się podobali, to rękodzieło zajmowało zbyt wiele czasu, więc by przyspieszyć cały proces, bogini zanurzyła sznur w ciemniejszej ziemi i machała nim wokół swojej głowy. W ten sposób zaludniła ziemię ciemniejszymi ludzikami, którzy stali się pospolitymi plebejuszami, a ci ulepieni własnoręcznie przez boginię – bogatymi i szlachetnymi obywatelami wyższej kasty.

Nüwa według legend od pasa w górę jest kobietą, a reszta jej ciała to wąż lub rybi ogon. To ona wynalazła organki ustne i irygację oraz instytucję małżeństwa. Jakież to potworne, że również ta bogini o wężowej łusce daje matkom dzieci, że ta niecierpliwa snobka jest pośredniczką między mężczyznami i kobietami.

Po jedzeniu siedzieliśmy jeszcze długo przy stole, jakby czekając, aż coś się wydarzy, więc do domu wróciłam późno. Kiedy Tim w końcu wstał i powiedział: „Odprowadzę cię, Lollie”, przez krótką chwilę czułam ekscytację na myśl, że zaprosi mnie na zimowy bal. Ale on tylko otworzył mi drzwi hondy i odjechał, wyrzucając spaliny z wydechu volva. Po oblodzonej jezdni w końcu dotarłam i zaparkowałam na podjeździe naszego domku przy Eagle Street.

Samochodu matki nie było, a gdy weszłam, świeciło się tylko w kuchni. Pot siedziała w półmroku i patrzyła na mnie ze zrozpaczoną miną.

– Potty? – zapytałam. – Co się stało, skarbie? – Jej mała buzia krzywiła się coraz bardziej, aż w końcu oczy, wielkie i rozmazane, wypełniły się łzami.

– Chciałam ci podgrzać jedzenie – odparła – więc wstawiłam je na gaz. Ale nie wracałaś, i trochę się przypaliło, to je zdjęłam. A potem zaczęłam się bać, bo dalej cię nie było, więc znów podkręciłam i teraz wszystko jest do śmieci. – Zdjęła folię z talerza i zobaczyłam, że drży jej warga.

– O rany, strasznie mi przykro. Poszliśmy na chińszczyznę – wyjaśniłam, spoglądając na spalone resztki kurczaka i kuskus, które zostawiła dla mnie matka. Przytulałam siostrę, aż zaczęła śmiać się sama z siebie. Potem dodałam: – Petra-Pot, gdzie mama?

– U Śmieciarza – odparła niezadowolona Pot, marszcząc czoło.

Nowego chłopaka matki nazywałyśmy Śmieciarzem, choć tak naprawdę miał doktorat z zarządzania odpadami i był właścicielem dochodowego monopolistycznego przedsiębiorstwa wywożącego śmieci w pięciu okolicznych hrabstwach. Zdecydowanie nie wyglądał też jak śmieciarz, pedantyczny aż do przesady, z włosami zaczesanymi na niewielką łysinę, nadgarstkami spryskanymi drogą wodą kolońską i pięknymi koszulami na miarę szytymi na Manhattanie. Choć Pot go nie znosiła, ja próbowałam cieszyć się z namiętnego romansu naszej matki: odkąd ojciec odszedł, z nikim się nie spotykała i przez to, tak zakładałam, zrobiła się w ostatnich latach taka nerwowa i wybuchowa.

Mówiąc, że ojciec odszedł, nie mam na myśli tego, że umarł. Mam na myśli to, że straciłyśmy go, gdy podczas urlopu naukowego w Anglii zniknął w czeluściach domu towarowego Harrods. Pot miała wtedy pięć lat i bardzo cierpiała z powodu dysleksji oraz ADHD. Nie potrafiła połączyć w głowie słów i na niczym się skoncentrować, dlatego często wpadała w tak ogromną frustrację, że zamiast normalnie mówić, krzyczała i wybuchała. Nazywaliśmy ją Pepperpot, pieprzniczką, potem skracając czułe przezwisko do P-pot, a później „Pot” lub „Potty”. Dzień, w którym odszedł ojciec, był wyjątkowo trudny, ponieważ przez cały ranek Pot krzyczała, krzyczała i krzyczała. Tata zapragnął kurtki Barbour, bo przez całe lato widywał tę markę u ludzi dookoła, zabrał nas więc do Harrodsa, gdzie chciał znaleźć podobną. Jednak kiedy próbował opisać sprzedawcy, czego właściwie szuka, ten tylko wyniośle go ignorował.

– Bah-Bah – powtarzał ojciec, to bowiem właśnie słyszał w odpowiedzi, gdy pytał Brytyjczyków, jaką kurtkę mają na sobie. – Brązowa, olejowana. Kurtka Bah-Bah.

– Przykro mi, sir – z indolencją odpowiadał sprzedawca. – Nigdy nie słyszałem o marce Bah-Bah.

Dlatego ojciec był już wściekły, kiedy moja młodsza siostra dostała wyjątkowo głośnego napadu złości i tupała zawzięcie w podłogę. I ojciec w końcu się na nas wściekł. Miał czerwoną twarz, wybałuszone oczy za szkłami okularów – ten łagodny z natury radiolog sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał kogoś zadusić na śmierć.

– Czekajcie tu – syknął i odszedł.

Czekałyśmy. Czekałyśmy długo. Matka, przestraszona i zła, pocierała chude ręce, a mnie wysłała po kanapki do ogromnych delikatesów urządzonych w podziemiach budynku. Cheddar z czatnejem, rukiew z szynką. Czekałyśmy, a nie miałyśmy jak się skontaktować z ojcem, więc kiedy zbliżała się godzina zamknięcia sklepu, wzięłyśmy taksówkę i wróciłyśmy do wynajmowanego mieszkania. Okazało się, że rzeczy ojca zniknęły. Zadzwonił później, by wyjaśnić, że mieszka w hotelu. Kupił nam bilety do domu. Matka zamknęła przesuwne drzwi do maleńkiej kuchni, a ja i Pot próbowałyśmy oglądać w telewizji jakiś kiepski film kostiumowy, kiedy zaś matka wyszła, wiedziałyśmy już bez pytania, że to koniec. Obecnie ojciec mieszka w kamienicy w Oxfordzie z kobietą o imieniu Rita, która niedługo urodzi ich pierwsze dziecko. „Słodka Rita, służka-pita” – tak złośliwie nazywa ją moja matka, choć Rita jest neurolożką i wygląda na surową, tak po brytyjsku, najdalej jak można od słodkości.

Jednak w wieczór Lucky Chow Fun to nie ojciec okazał się tym złym. Zła okazała się matka, bo kto zostawia samą dziesięciolatkę z problemami w wielkim starym domu w środku zimy? W mieście przebywało jeszcze trochę turystów i przez nasze frontowe drzwi z zawsze niedomkniętym zamkiem mógł wejść każdy. Wypełnił mnie potworny gniew, miałam ochotę zadzwonić do mieszkania Śmieciarza, udać nagły wypadek, żeby matka musiała nago przybiec przez śnieg. A potem, po zastanowieniu się, zdałam sobie sprawę, że to ja jestem tą złą: matka uznała, że powinnam już być w domu, kiedy ona będzie wychodzić – tak powiedziała mi Pot.

Dręczona wyrzutami sumienia pozwoliłam, by Pot zabrała mnie na górę, do swojego upiornego muzeum ornitologicznego. W ciemności szklane ptasie oczy odbijały tylko światło ulicznych latarni i miałam dziwne wrażenie, że mi się przyglądają. Zadrżałam. Pot jednak włączyła światło i prowadziła mnie od jednego ptaka do drugiego, z powagą wymawiając kolejne nazwy gatunków i z szacunkiem lekko dygając, zanim poszła dalej. W końcu przystanęła przed nowym eksponatem w swojej kolekcji – rdzawobrązowym ptakiem o przenikliwym spojrzeniu.

– To jest pipil rudoboczny. Śpiewa na przykład: „Pójdź, pójdź w dołek pod kościołek” – powiedziała i pogładziła jego główkę.

– Ekstra – odparłam, czując na najwrażliwszej części karku spojrzenie białozora.

– „Kręci wici, kręci wici” – ciągnęła Pot. – Piranga szkarłatna.

– Super – rzuciłam. – Podoba mi się. Piranga szkarłatna. Hej, może obejrzymy jakiś film?

– „Ratuuunku, ratunku” – zachichotała Pot. – Wireonek białooki.

– Pots, słuchaj. Chcesz obejrzeć Dirty Dancing? Zrobię popcorn.

– „Tata bije, tata bije, zbił zbił zbił, kto to widział” – odparła moja siostra, uśmiechając się tak szeroko, że niemal pękły jej pulchne małe policzki.

Zamrugałam, wstrzymując oddech.

– Uhm – mruknęłam. – Skąd to wytrzasnęłaś, Pot?

– Tak ćwierka wireonek szary – odparła z wielkim zadowoleniem. – Obejrzyjmy Narzeczoną dla księcia.

Następnego dnia matka obudziła się przed nami i kiedy weszłam do kuchni, przewracała akurat omlet i śpiewała piosenkę Led Zeppelin. Chyba Kashmir. Uśmiechnęła się szeroko na mój widok, a gdy podeszłam bliżej i schyliłam się, by pocałować ją w czubek głowy, wciąż zalatywało od niej wodą kolońską Śmieciarza.

– Fuj – wzdrygnęłam się. – Powinnaś wziąć prysznic, zanim wstanie Pot.

Spojrzała na mnie, marszcząc brwi.

– Wzięłam – odparła, podsuwając pod nos sprężynkę siwiejących włosów. – Dwa razy.

Usiadłam przy stole.

– Najwyraźniej wielka jest siła zapachu Śmieciarza – oznajmiłam. – Niezatartego. Spryskuje cię jak dziki kot i odtąd należysz do niego.

– Elizabeth – powiedziała matka, posypując jajka pokrojonym szczypiorkiem. – Czy mogłabyś spróbować cieszyć się moim szczęściem?

– Cieszę się – odparłam, ale wpatrywałam się w swoje dłonie.

Nie byłam pewna, czy naprawdę się cieszę, przecież nigdy nie zaproszono mnie na randkę, nie mówiąc już o robieniu czegokolwiek choćby odrobinę seksualnego, i to nie tylko dlatego, że byłam gruba. Bolesna prawda brzmiała: w liceum Templeton High nikt nie randkował. Pary były razem albo zrywały, ale tak naprawdę nie randkowały. Nie było dokąd pójść, najbliższe kino znajdowało się w Oneonta, pół godziny drogi od nas. I choć podejrzewałam, że odbywają się tu jakieś czynności seksualne, nie miałam pojęcia, jak się je inicjuje.

Matka szybkim gestem złapała moją dłoń, pocałowała ją i podeszła do schodów, by zawołać Pot. Moja siostra zawsze twardo spała i wszystko w niej zaciskało się przez sen – twarz, kończyny, pięści – i nie budziła się, dopóki ktoś nią nie potrząsnął. Jednak tego ranka sama zeszła na dół, pogwizdując, z włosami związanymi w niedbałego kucyka, ubrana cała na biało, z lornetką na szyi. Obie się na nią gapiłyśmy.

– Idę obserwować ptaki na szlaku – oznajmiła, biorąc talerz. – Ubrałam się na biało, by wtopić się w śnieg. Pyszne omlety, mamo.

– Aha. No dobrze, skarbie. Fajny pomysł – odparła matka, siadając do swojej porcji i kubka z kawą.

Kiedy ojciec odszedł, postanowiła prowadzić rodzicielską politykę nieingerencji i podczas gdy mnie zawsze nerwowo pilnowała, mojej młodszej siostrze pozwalała robić niemal wszystko.

– Moment. Idziesz sama, Pot? – zapytałam.

Wbiłam wzrok w matkę, tę potworną osobę, która zamierzała pozwolić dziesięciolatce samotnie szwendać się po lasach. Co zrobi, kiedy pójdę na studia? Pozwoli małej szlajać się nocami po ulicach? Organizować pijackie imprezy w ogródku, zostać squatterką w porzuconym Sugar Shack przy Estli Avenue, ćpunką i dziwką?

– Uhm – przytaknęła Pot. – Całkiem sama.

– Mamo – zaczęłam – ona nie może iść sama. Przecież ktoś się tam może czaić.

– Skarbie, Lollie, to jest Templeton. Na Boga, tutaj nic się nie dzieje. A park to jakieś dwa hektary. Maks.

– Na dwóch hektarach może czaić się wielu gwałcicieli, mamo.

– Pot nic nie będzie – oznajmiła matka. Wymieniły z Pot porozumiewawcze spojrzenia. Spojrzała na zegar na mikrofalówce i dodała: – Czy ty za kwadrans nie musisz być na sali?

Zdusiłam w sobie protest, kazałam Pot wziąć gaz pieprzowy, który mama zabierała na psy, gdy biegała poza miastem, i wcisnęłam się w kurtkę. Przełknęłam jeszcze z trudem kawałek tosta i z rykiem ruszyłam moją rozgraconą hondą. Mijając rezydencję, zobaczyłam Ambasadora wracającego z kawiarni Purple Pickle z parującym kubkiem w jednej dłoni i miniaturowym sznaucerem na smyczy w drugiej. Oboje – człowiek i jego zwierzę – ubrani cali na biało, w takich samych białych beretach z pomponami. Ciekawe – pomyślałam, ale nic więcej, musiałam się już skupić, skoncentrować na ruchach swojego ciała w wodzie, wyobrazić sobie setkę motylkiem i zobaczyć, jak zostawiam tych wszystkich chłopaków z tyłu o długość ciała.

W bajce braci Grimm o Jasiu i Małgosi to nie czarownica z domku z piernika jest najbardziej nikczemną postacią – szczególnie że biedne błąkające się rodzeństwo z łatwością pokonuje ją sprytem. To raczej rodzice tych dzieci w czasie głodu nie raz, ale dwa razy uknuli przecież plan, by zaprowadzić malców do ciemnego lasu i zostawić ich tam, gdzie miały umrzeć z głodu. Za pierwszym razem rodzeństwo upuszczało kamyki i odnalazło drogę powrotną. Za drugim razem zostawione na ścieżce okruszki zostały zjedzone przez ptaki. Czarownica robiła to, co zwykle robią czarownice. Właśnie rodzice zachowali się wbrew naturze. To budzi głęboki i zakorzeniony w środku strach: że rodzice, dbając tylko o siebie, zapomną o obowiązkach, jakie mają wobec dzieci. Gotowi byli sprzedać je ciemnej i wilgotnej dziczy, wysłać do lasu, pozwolić im tam umrzeć z głodu. I za każdym razem ta dwójka maluchów, tęskniąca za domem, tak dzielnie walczyła, by odnaleźć drogę powrotną.

Tamtego dnia Pot nic się nie stało, a my wygraliśmy zawody regionalne, bo nikt nie mógł się z nami równać. Wracaliśmy do domu późnym wieczorem, a ja po raz enty czytałam Bulfinch’s Mythology z tyłu autobusu, pod czerwoną lampką wyjścia awaryjnego. Zachwycałam się krótkim akapitem o Danae:

Córka Akrizjosa, króla Argos, uwięziona przez ojca, który nie chciał, by wyszła za mąż, ponieważ powiedziano mu, że zginie z ręki wnuka. Przyszedł do niej Zeus pod postacią złotego deszczu i tak została matką Perseusza. Król kazał zamknąć oboje w skrzyni i wrzucić do morza, jednak ocalił ich rybak na wyspie Serifos.

W tej opowieści było coś fascynującego, dramat upchany w słowa tak ciasno, że obrazy wybuchały w mojej głowie: ciemna cela, dziewczyna o białych kończynach, szpara w dachu, złoty deszcz opadający na jej olśnione ciało, później mroczna skrzynia, dziecko wiercące się na jej brzuchu, potworne tarcie łusek morskich potworów o drewno. Historia o świetle i ciemności. Wtedy wydawała mi się czystym pięknem.

Kiedy toczyliśmy się po Main Street, byłam tak pogrążona w snach na jawie, że nie od razu zauważyłam, co się dzieje, dopóki nie krzyknął jeden z pierwszoroczniaków. Kiedy objeżdżaliśmy maszt na Pioneer Street, kierowca autobusu zwolnił, by się pogapić, i wtedy zobaczyłam: wszystkie osiem miejskich radiowozów stało na podjeździe po naszej lewej stronie, migając na czerwono i niebiesko w synkopowanych błyskach, które lśniły na lodzie i śniegu, do tego karetka z noszami, które wsuwano do środka, biegający policjanci, wyciągnięte pistolety, Chenowie, i Gruby, i Okularnik, oparci w rozkroku o winylowy siding Lucky Chow Fun. Na schodkach ściśnięty wianuszek knajpianych dziewczyn. Dostrzegłam tę z nierówno ostrzyżonymi włosami, obejmowała pulchną koleżankę z włosami do pasa.

– Ooo, szlag – sapnął siedzący przede mną Brad Huxley.

Potem autokar minął całą tę scenę i potoczyliśmy się dalej Main Street w stronę jedynych świateł drogowych w miasteczku. Z tego miejsca miasto wydawało się niewinne i nieskazitelne, chmurki nawiewanego śniegu zmieniały światła w śnieżne kulki i lukrowały drzewa. Nad wzgórzami wisiał przyczepiony marcowy księżyc, stoicki i żółty, odbity w kawałkach na wpół lśniącego jeziora.

Byliśmy już w połowie Chestnut Street, milcząco wyglądając przez okna, gdy ktoś rzucił:

– O jedno zatrucie za dużo?

I choć to wcale nie było śmieszne, choć wszyscy mieliśmy gdzieś w głębi serca wyryty obrazek migającej czerwieni i błękitu, zaśmialiśmy się – wszyscy.

W niedzielę spałam długo, aż do popołudnia. Nigdy nie śpię tak długo i wiem, co to oznacza: największymi tchórzami są ci, którzy nie chcą mierzyć się z tym, czego się boją. Kiedy zeszłam na dół, matka i siostra wciąż były w piżamach. Choć Pot rozmiarem niemal równała się naszej drobnej matce, a szerokością dwukrotnie ją przewyższała, siedziała teraz skulona na jej kolanach, ssała kciuk, drugą ręką w dziecięcym geście gładziła matkę po uchu. Oglądały telewizję z wyłączonym dźwiękiem. Stałam w drzwiach, spoglądając na ekran, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że zaśnieżone drogi, które widzę, to drogi, które znam jak własną kieszeń, a odwrócone twarze mężczyzn na ekranie to twarze mężczyzn, którzy dobrze mnie znali, śledzili moje wyniki w gazetach, pozwalali sobie nawet mnie całować na przywitanie. Teraz pospiesznie przemykali po ulicach, ze wstydem na twarzy, ze wstydem w opuszczonych ramionach.

[...]

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Fuga to siedemdziesiąta druga książka

Wydawnictwa Pauza.

Wcześniej ukazały się:

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Édouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Édouard Louis

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård

Pełnia miłości – Sigrid Nunez

Przejście – Pajtim Statovci

Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros

Dziennik upadku – Michel Laub

2021

Halibut na Księżycu – David Vann

Zabierz mnie do domu – Marie Aubert

Utonęła – Therese Bohman

Koniec dnia – Bill Clegg

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez

Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh

Ostatnie stadium – Nina Lykke

Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell

Wyznanie – Domenico Starnone

Za otrzymane łaski – Valeria Parrella

Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg

Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis

Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli

2022

Komodo – David Vann

Londyn – David Szalay

Wyspa kobiet – Lauren Groff

Wizyta – Katharina Volckmer

Ostatni wywiad – Eshkol Nevo

Strega – Johanne Lykke Holm

Intymności – Lucy Caldwell

Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride

Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride

Dla Rouenny – Sigrid Nunez

Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis

2023

Odmawiam myślenia – Lotta Elstad

Elmet – Fiona Mozley

Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz

Urugwajka – Pedro Mairal

Andromeda – Therese Bohman

2023

Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li

Wcale nie jestem taka – Marie Aubert

Fatum i furia – Lauren Groff

Nędza – Andrzej Tichý

Długa odpowiedź – Anna Hogeland

W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel

Zmiana – Édouard Louis

Dostatek – Jakob Guanzon

Lapvona – Ottessa Moshfegh

Ptaki – Samanta Schweblin

2024

Słabsi – Sigrid Nunez

Eileen – Ottessa Moshfegh

Ostatni dzień na Ziemi – David Vann

Szczegóły – Ia Genberg