Wydawca: Muza Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 152 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Folwark Zwierzęcy - George Orwell

Orwell pisał: "Folwark Zwierzęcy miał być przede wszystkim satyrą na rewolucję rosyjską. Jednak, jak podkreślam, przesłanie utworu jest szersze: chciałem wyrazić w nim myśl, iż ów s z c z e g ó l n y  r o d z a j  rewolucji (gwałtowna rewolucja oparta na konspiracji, z motorem napędowym w postaci nieświadomie żądnych władzy osób) może doprowadzić jedynie do zmiany władców. Mój morał brzmi tak oto: rewolucje mogą przynieść radykalną poprawę, gdy masy będą czujne i będą wiedzieć, jak pozbyć się swych przywódców, gdy tamci zrobią, co do nich należy. [...] Nie można robić rewolucji, jeśli nie robi się jej dla siebie; nie ma czegoś takiego jak dobrotliwa dyktatura".

Opinie o ebooku Folwark Zwierzęcy - George Orwell

Cytaty z ebooka Folwark Zwierzęcy - George Orwell

Nie istnieje wprawdzie oficjalny zakaz wspominania o tym, tamtym czy owym, lecz takie wspominanie, jak już zauważyłem, nie uchodzi, podobnie jak w czasach wiktoriańskich nie uchodziło w obecności dam wymawianie słowa „spodnie”.
Kościół katolicki ma poważne wpływy w prasie i w pewnych granicach potrafi stłumić krytykę skierowaną przeciw sobie. Jeżeli w jakiś skandal zamieszany został ksiądz rzymskokatolicki, informację tę trzyma się pod korcem, gdy jednak powinie się noga anglikańskiemu kapłanowi (tak jak rektorowi Stiffkey [4] ), wówczas trąbi się o tym na pierwszych stronach gazet.
recenzenci biegli w sztuce szkalowania nie wytkną jej uchybień politycznych, tylko niedostatki literackie. Orzekną, iż jest to utwór nudny i głupi i że wręcz szkoda było nań papieru. Oczywiście, nie utrzymuję bynajmniej, iż Folwar k jest arcydziełem, chcę jednakowoż zaznaczyć, że problem jest znacznie szerszy.
Powodzenie, jakim w okresie ostatnich czterech czy pięciu lat cieszą się, na przykład, tytuły wydawane przez Klub Książki Lewicowej, dowodzi, jak skwapliwie moi krytycy gotowi są zaakceptować pisarstwo o charakterze wręcz rynsztokowym i samo w sobie miernej jakości, byleby tylko zawierało to, co pragną przeczytać.
Wolność jednak, według słów Róży Luksemburg, „jest zawsze wolnością dla inaczej myślącego” [5] . Tę samą zasadę wyraził Wolter w swoim słynnym powiedzeniu: „Nienawidzę twoich poglądów, jednak będę bronić do śmierci twojego prawa do ich wygłaszania”
Jeśli nie chcemy, by wolność intelektualna, która jest niewątpliwie jedną z cech wyróżniających zachodnią cywilizację, stała się jałowym pojęciem, w jej ramach każdy powinien mieć prawo powiedzieć i opublikować to, co uważa za prawdziwe i słuszne, pod warunkiem, iż jego poglądy wyraźnie nie zaszkodzą pozostałej części społeczeństwa.
Zwierzęta podzieliły się na dwa stronnictwa, głosząc takie oto hasła: „Głosuj za Snowballem i trzema dniami pracy”, oraz „Głosuj za Napoleonem i pełnym żłobem”. Tylko Benjamin nie wypowiedział się po żadnej ze stron. Nie wierzył ani w to, że żywności będzie w bród, ani w to, że dzięki wiatrakowi zwierzętom będzie lżej. Z wiatrakiem czy bez wiatraka, filozofował, życie pójdzie tak, jak szło zawsze, to znaczy kiepsko.
Mimo wstrząsu, którego zwierzęta doznały po wygnaniu Snowballa, słowa Napoleona wywołały pewne zaskoczenie. Niektórzy z obecnych może by i protestowali, jednak brakowało im jakoś odpowiednich argumentów.
P rzez cały rok zwierzęta harowały bez wytchnienia. Jednak na nic nie narzekały, nie szczędziły trudu i poświęceń, dobrze wiedząc, że pracują wyłącznie dla własnej korzyści oraz dla dobra przyszłych zwierzęcych pokoleń, a nie dla bandy ludzi – próżniaków i złodziei.
Zwierzęta mozoliły się przy odbudowie wiatraka tak ciężko, jak potrafiły, dobrze wiedząc, że obserwują je dziesiątki zawistników i że zazdrośni ludzie będą się cieszyć i triumfować, jeśli wiatrak nie zostanie ukończony na czas.
Napoleon przypomniał na koniec dwie ulubione maksymy Boxera: „Będę pracować jeszcze więcej” i „Towarzysz Napoleon ma zawsze rację”, które to maksymy, kontynuował, każde zwierzę powinno przyjąć za swoje.
Wierzyły we wszystko, co im opowiadano o Powstaniu i zasadach animalizmu – chętnie słuchały zwłaszcza starej klaczy, której okazywały niemal synowski szacunek – jednak wydawało się wątpliwe, czy wiele zrozumiały.
Otóż zarówno on sam, jak i (czego jest pewien) pozostali obecni, czerpie, powiedział, ogromną satysfakcję z tego, iż długi okres nieufności oraz nieporozumień dobiegł końca. Był bowiem czas – oczywiście należy zastrzec, iż ani on, ani ktokolwiek z gości nie żywi dziś podobnych przekonań – był więc czas, gdy szanowni właściciele Folwarku Zwierzęcego spotykali się z pewną – słowo „wrogością” nie jest tu chyba na miejscu, ale być może z niejaką rezerwą ze strony sąsiadów – ludzi. Miały miejsce niezbyt fortunne incydenty, szerzyły się błędne poglądy.

Fragment ebooka Folwark Zwierzęcy - George Orwell

George Orwell

Folwark zwierzęcy

Tytuł oryginału: Animal Farm

Projekt okładki: Michał Brzozowski

Redakcja techniczna: Sławomir Grzmiel

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta:Redaktornia.com

Corrected readings in this edition have been provided

by Prof. Peter Davison, editor of

The Complete Works of George Orwell

Zdjęcie na okładce

© Hulton Archive/Flash Press Media

© The Estate of the Late Sonia Brownell Orwell

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2000, 2012

© for the Polish translation by Bartłomiej Zborski

ISBN 978-83-7758-305-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2012

Wydanie I

Wolność prasy

Pomysł napisania tej książki, a właściwie jej zasadniczy wątek, przyszedł mi do głowy w roku 1937, jednak pracę nad tekstem zakończyłem dopiero pod koniec roku 1943. W tym czasie zrozumiałem też, iż niezmiernie trudno przyjdzie mi ją opublikować (mimo ówczesnego niedoboru książek na rynku, który to fakt powoduje, że wszystko, co od biedy można określić mianem „książki”, zawsze, jak mawiają księgarze, „zejdzie”). Wydania jej odmówiły cztery oficyny. Tylko pierwsza tłumaczyła swoją negatywną decyzję względami ideologicznymi. Dwie pozostałe publikowały od lat literaturę antyradziecką, a co do ostatniej, to na pierwszy rzut oka trudno jej było przypisać jakieś określone sympatie polityczne. Jeden z wydawców początkowo zainteresował się Folwarkiem, jednakże po wstępnym zapoznaniu się z maszynopisem postanowił zasięgnąć opinii Ministerstwa Informacji, które, jak się wydaje, przestrzegło go przed publikowaniem książki, a w każdym razie mocno mu to przedsięwzięcie odradziło. Oto fragment listu, jaki nadesłała mi ta oficyna:

„Wspomniałem Panu, jak zareagował na Folwark urzędnik wysokiego szczebla z Ministerstwa Informacji[1]. Muszę przyznać, iż jego opinia dała mi dużo do myślenia […] Jednak, jak dostrzegam obecnie, wydanie książki w dzisiejszych czasach mogłoby zostać uznane za posunięcie wysoce nierozważne. Gdyby ta bajeczka traktowała ogólnie o dyktatorach i dyktaturach, wszystko byłoby w porządku, lecz jak się przekonałem, jej fabuła odpowiada tak dalece dziejom i rozwojowi rosyjskich Sowietów […], iż nie ma wątpliwości, że odnosi się ona wyłącznie do Rosji, a nie do innych dyktatur. I jeszcze jedno: sprawę można by znacznie załagodzić, gdyby kasta panująca w Folwarku nie składała się wyłącznie ze świń[2]. Świnie jako warstwa rządząca – obrazi to wielu ludzi, zwłaszcza drażliwych, a do takich należy bezsprzecznie zaliczyć Rosjan”.

To wszystko, niestety, wróży jak najgorzej. Nie jest oczywiście pożądane, by jakakolwiek instytucja rządowa miała uprawnienia do cenzurowania książek (nie dotyczy to oczywiście cenzury wojskowej, której istnienia w czasie wojny nikt nie kwestionuje) wydawanych bez dotacji państwowych. Jednakże głównym zagrożeniem wolności myśli i słowa nie są obecnie bezpośrednie ingerencje Ministerstwa Informacji czy też innych oficjalnych instytucji. Jeśli wydawcy i redaktorzy za wszelką cenę nie chcą dopuszczać do poruszania w druku pewnych kwestii, nie powoduje nimi bynajmniej obawa o narażenie się na odpowiedzialność karną. W Anglii najgorszym wrogiem pisarza i dziennikarza jest tchórzostwo intelektualne, o którym to fakcie nie dyskutuje się, jak sądzę, tak szeroko, jak by na to zasługiwał.

Każdy uczciwy człowiek z doświadczeniem dziennikarskim przyzna bez wahania, iż w latach wojny cenzura oficjalna nie była szczególnie dokuczliwa. Wbrew bowiem uzasadnionym oczekiwaniom nie poddano nas, ludzi pióra, żadnej totalitarnej „koordynacji”. Owszem, prasa miała słuszne powody, by uskarżać się na pewne szkodliwe i krzywdzące ją praktyki, jednak poczynaniom rządu nie sposób było właściwie zarzucić zbyt wiele; powiem więcej: nasz Gabinet okazał wręcz nadspodziewaną tolerancję dla opinii mniejszości. Ponurą cechą cenzury literackiej w Anglii jest to, iż najczęściej odbywa się ona dobrowolnie. W rezultacie można łatwo zamknąć usta głosicielom niepopularnych idei i ukryć przed społeczeństwem niewygodne prawdy bez potrzeby stosowania jakichkolwiek zapisów cenzorskich. Każdy, kto przebywał długo za granicą, zna przypadki pomijania na łamach brytyjskiej prasy sensacyjnych informacji – dotyczących spraw, które same przez się zasługiwały na wielkie nagłówki – o czym nie decydowały bynajmniej ingerencje rządowe; rzecz w tym, iż istnieje u nas ciche porozumienie, zakładające, że o pewnych faktach wspominać po prostu nie uchodzi. W wypadku gazet codziennych można to jeszcze zrozumieć. Prasa brytyjska jest ogromnie scentralizowana, większość zaś tytułów należy do zamożnych osób, mających wszelkie powody, by w pewnych ważnych kwestiach oszukiwać społeczeństwo. Jednakże w ten sam – nieoficjalny, rzekłbym – sposób cenzuruje się w naszym kraju książki, czasopisma, a także spektakle teatralne i audycje radiowe. Zawsze bowiem obowiązuje jakaś ortodoksja, zestaw idei, które – co uznaje się za pewnik – ludzie zaakceptują bez zmrużenia oka. Nie istnieje wprawdzie oficjalny zakaz wspominania o tym, tamtym czy owym, lecz takie wspominanie, jak już zauważyłem, nie uchodzi, podobnie jak w czasach wiktoriańskich nie uchodziło w obecności dam wymawianie słowa „spodnie”. Każdy śmiałek, który zaatakuje tę panującą ortodoksję, zostaje natychmiast skutecznie uciszony. Jeśli czyjeś poglądy godzą zdecydowanie w obowiązującą ideologię, niemal zawsze stają się one przedmiotem nieuczciwej krytyki i nagonki, już to na łamach prasy popularnej, już to w poważnych periodykach.

W chwili obecnej ta obowiązująca ortodoksja żąda od nas wyrażania bezkrytycznego podziwu dla Rosji radzieckiej. Wszyscy o tym wiedzą i nieomal wszyscy dostosowują swoje działania do tego wymogu. Wszelką poważną krytykę radzieckiego reżimu, każde ujawnienie faktów, których rząd radziecki wolałby nie ujawniać, uważa się za akty nieomal niecenzuralne.

Osobliwe jest zaś to, iż tło owego wszechnarodowego spisku, którego celem jest obrzydliwe schlebianie naszemu sojusznikowi, stanowi prawdziwa intelektualna tolerancja. Choć bowiem nie pozwala się nam krytykować radzieckiego rządu, możemy – w rozsądnych granicach – krytykować nasz Gabinet. Nikt nie opublikuje u nas drukiem napaści na Stalina, lecz atakowanie Churchilla (przynajmniej w książkach i w prasie) nie grozi żadnymi przykrymi konsekwencjami. Przez pięć lat wojny, z których przez dwa albo trzy my, naród brytyjski, walczyliśmy o fizyczne przetrwanie, ukazała się u nas bez żadnych przeszkód nieprzeliczona liczba książek, broszur i artykułów nawołujących do zawarcia z Niemcami kompromisowego pokoju. Na tym jednak nie koniec: otóż cała ta literatura nie budziła żadnej dezaprobaty. Dopóki prestiż ZSRR pozostaje nienaruszony, dopóty nasi obywatele mają zagwarantowaną swobodę wypowiedzi. Istnieją wprawdzie inne zakazane tematy, o których za chwilę, najgroźniejszym jednak odzwierciedleniem wspomnianej groźnej nietolerancji jest powszechny stosunek do ZSRR. Zjawisko to ma charakter, że tak powiem, spontaniczny i nie wchodzą tu w rachubę działania żadnej grupy nacisku.

Służalczość, z jaką przeważająca część angielskiej inteligencji, poczynając od roku 1941, przełykała i głosiła rosyjską propagandę, byłaby zjawiskiem doprawdy zdumiewającym, gdyby nie to, że ta sama grupa osób w przeszłości kilkakrotnie postępowała w podobny sposób. Rosyjski punkt widzenia na rozmaite kontrowersyjne kwestie przyjmowano wielekroć bez żadnej refleksji, potem zaś propagowano te opinie, zupełnie nie dbając o prawdę historyczną oraz lekceważąc przyzwoitość intelektualną. Oto i przykład. Rozgłośnia BBC w okolicznościowych programach nadanych z okazji 25. rocznicy utworzenia Armii Czerwonej całkowicie przemilczała nazwisko Trockiego. Choć było to tak, jakby obchodząc rocznicę bitwy pod Trafalgarem, ani razu nie wspomnieć o Nelsonie, angielscy intelektualiści nabrali wody w usta. Jeśli chodzi o walki wewnętrzne toczone w różnych krajach okupowanych przez Niemcy, prasa brytyjska niemal w każdym wypadku zajmowała stronę frakcji popieranych przez Moskwę, oczerniając ugrupowania im przeciwne; niekiedy, by ułatwić sobie zadanie, ukrywała fakty świadczące na niekorzyść rosyjskich popleczników. Za najbardziej skandaliczny uważam przypadek pułkownika Mihailovicia[3], przywódcy jugosłowiańskich czetników. Rosjanie, którzy mieli w Jugosławii swojego protegowanego w osobie marszałka Tity, oskarżyli Mihailovicia o kolaborację z hitlerowcami. Oskarżenie to podjęła natychmiast prasa brytyjska; obrońcom Mihailovicia uniemożliwiono replikę, a fakty obalające rosyjskie zarzuty po prostu poddano cenzurze. W lipcu 1943 Niemcy wyznaczyli za głowę Tity nagrodę w wysokości 100 tysięcy sztuk złota, podobnej wysokości nagrodę wyznaczyli również za głowę pułkownika. Prasa brytyjska z punktu „wywaliła” na czołówki wiadomość o nagrodzie za Titę, lecz tylko jedna gazeta wspomniała (podając tę wiadomość drobnym drukiem) o drugiej nagrodzie; Mihailoviciowi nadal zarzucano kolaborację z Niemcami. Incydenty o podobnym charakterze zdarzyły się również w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Frakcje stojące po stronie Republiki, które Rosjanie starali się za wszelką cenę zniszczyć, na łamach angielskiej prasy lewicowej bezmyślnie oczerniano, odmawiając publikowania wszelkich oświadczeń w ich obronie, nawet w postaci listu do redakcji. Obecnie za niedopuszczalną i naganną uznaje się nie tylko dogłębną krytykę ZSRR, utajnia się nawet niekiedy sam fakt istnienia takiej krytyki. Oto i przykład: krótko przed śmiercią Trocki ukończył pisanie biografii Stalina. Należy domniemywać, iż dzieło to raczej nie grzeszyło bezstronnością, jednak niewątpliwie na rynku osiągnęłoby sukces. Pewna amerykańska oficyna poczyniła starania, by je wydać, i maszynopis przekazano już do drukarni – o ile mi wiadomo, zostały już nawet rozesłane egzemplarze recenzenckie – gdy ZSRR przystąpił do wojny. Biografię natychmiast wycofano. Prasa brytyjska nie wspomniała na ten temat ani słowem, choć nie ulega wątpliwości, iż istnienie takiej książki oraz jej losy stanowiły wiadomość wartą doprawdy kilkunastu akapitów druku.

Kwestią istotnej wagi jest odróżnienie cenzury, którą brytyjscy ludzie pióra sami sobie narzucili, od cenzury, którą mogą niekiedy narzucać grupy nacisku. Powszechnie bowiem wiadomo, iż pewne tematy nie podlegają dyskusji i roztrząsaniu z uwagi na naruszanie „czyichś ukrytych interesów”. W tym wypadku najlepszym przykładem jest szwindel związany z obrotem opatentowanymi specyfikami medycznymi oraz ich reklamowaniem. Oto inny przykład: Kościół katolicki ma poważne wpływy w prasie i w pewnych granicach potrafi stłumić krytykę skierowaną przeciw sobie. Jeżeli w jakiś skandal zamieszany został ksiądz rzymskokatolicki, informację tę trzyma się pod korcem, gdy jednak powinie się noga anglikańskiemu kapłanowi (tak jak rektorowi Stiffkey[4]), wówczas trąbi się o tym na pierwszych stronach gazet. Treści o antykatolickim wydźwięku bardzo rzadko można spotkać w sztukach teatralnych i w filmach. Każdy aktor potwierdzi, że spektakl czy film zawierający ataki na Kościół katolicki jest narażony na bojkot prasowy, toteż najprawdopodobniej zrobi klapę. Wszystko to jest jednak niezbyt szkodliwe, a w każdym razie zrozumiałe. Każda bowiem duża organizacja dba jak najusilniej o swoje interesy; poza tym, czy warto toczyć polemiki z otwartą propagandą? Nie należy wszak oczekiwać, że „Daily Worker” ujawni fakty niewygodne i niekorzystne dla ZSRR, tak jak „Catholic Herald” nigdy nie skrytykuje papieża. Wszelako każdy rozsądny czytelnik prasy wie, czego może się spodziewać po każdej z tych gazet. Niepokoi atoli fakt, iż nie można oczekiwać inteligentnej krytyki, a nawet, w wielu przypadkach, zwykłej uczciwości od liberalnych pisarzy i dziennikarzy, od których nikt nie wymaga głoszenia poglądów niezgodnych z prawdą. Uznano, iż atakowanie Stalina to świętokradztwo, a niektóre aspekty prowadzonej przezeń polityki nie mogą podlegać żadnym poważniejszym dyskusjom. Do powyższych reguł od roku 1941 stosują się niemal wszyscy, warto jednak zauważyć, iż praktyki tej zaczęto przestrzegać (i to w znacznie większym stopniu, niż na ogół sądzimy) dziesięć lat wcześniej. Przez cały ten czas krytyka reżimu sowieckiego prowadzona z pozycji lewicowych jedynie z najwyższym trudem docierała do szerszej publiczności. Owszem, ukazywały się u nas potężne ilości literatury antyrosyjskiej, jednakże niemal wszystkie te książki pisano z pozycji zachowawczych, na dobitkę zaś były one jawnie nieuczciwe, a autorami kierowały niskie motywy. Równocześnie płynął u nas równie potężny i niemal w równej mierze zakłamany strumień propagandy proradzieckiej; doprowadziło to do sytuacji, w której każdego, kto próbował poddać rozważnej i przemyślanej dyskusji pewne arcydoniosłe kwestie, natychmiast bojkotowano. Nikt, oczywiście, nie zabraniał nikomu publikowania książek antyrosyjskich, śmiałkowi, który się jednak na to poważył, groziło nieuchronnie przemilczenie jego dzieł albo też opaczna i nieuczciwa krytyka całej brytyjskiej poważnej prasy. Autorowi wypominano publicznie i w prywatnych rozmowach, że pisanie podobnych rzeczy nie uchodzi. Tak, tak, słyszał, może nawet napisałeś prawdę, jednak twoje opinie są niewczesne, no i są wodą na młyn tej lub innej reakcyjnej grupy. Taką krytykę tłumaczy się zwykle wymogami sytuacji międzynarodowej oraz pilną potrzebą zawiązania sprzymierzenia anglorosyjskiego, jednak i ślepy by dostrzegł, iż podawane przyczyny mają wyraźnie charakter zastępczy. Inteligencja brytyjska, czy też jej znaczna część, wykształciła w sobie poczucie nacjonalistycznej lojalności w stosunku do ZSRR; ludzi tych opanowało niezachwiane wewnętrzne przeświadczenie, iż wątpienie w mądrość Stalina graniczy ze świętokradztwem. Wydarzenia w Rosji osądzano wedle zgoła innych kryteriów niż te, które mają miejsce gdzie indziej. Nieustanne egzekucje będące następstwem czystek lat 1936–1938 spotykały się z aprobatą przysięgłych przeciwników kary śmierci, uznawano również za dopuszczalne szerokie informowanie opinii publicznej o klęsce głodu w Indiach przy jednoczesnym przemilczaniu głodu na Ukrainie. Takie właśnie praktyki stosowano przed wojną; dzisiejsza atmosfera intelektualna nadal, niestety, im sprzyja.

Powróćmy jednak do mojej książki. Większość anglosaskich intelektualistów oceni ją zapewne jednym zdaniem: „To w ogóle nie powinno ukazać się drukiem”. Ma się rozumieć, recenzenci biegli w sztuce szkalowania nie wytkną jej uchybień politycznych, tylko niedostatki literackie. Orzekną, iż jest to utwór nudny i głupi i że wręcz szkoda było nań papieru. Oczywiście, nie utrzymuję bynajmniej, iż Folwark jest arcydziełem, chcę jednakowoż zaznaczyć, że problem jest znacznie szerszy. Nikomu bowiem nie wolno twierdzić, iż jakakolwiek książka „w ogóle nie powinna ukazać się drukiem” tylko dlatego, że jest to książka niedobra. Ostatecznie codziennie publikuje się tony literackiej makulatury i nikogo to szczególnie nie wzrusza. Rzecz w tym, iż brytyjska inteligencja, a w każdym razie jej większość, przypuści atak na Folwark ze względu na zawartą w nim negatywną ocenę ich uwielbianego przywódcy oraz ze względu na to, iż godzi ona (w ich mniemaniu) w ideę postępu. Gdyby moja książka była wolna od tych „wad”, nie spotkałaby się z ich strony z żadnym potępieniem, nawet gdyby jej niedostatki formalne nieporównanie wyraźniej rzucały się w oczy. Powodzenie, jakim w okresie ostatnich czterech czy pięciu lat cieszą się, na przykład, tytuły wydawane przez Klub Książki Lewicowej, dowodzi, jak skwapliwie moi krytycy gotowi są zaakceptować pisarstwo o charakterze wręcz rynsztokowym i samo w sobie miernej jakości, byleby tylko zawierało to, co pragną przeczytać.

Zachodzi bardzo proste pytanie: czy powinna istnieć wolność wyrażania każdego poglądu niepopularnego, a nawet idiotycznego? Jeśli zadamy je w powyższej formie angielskim intelektualistom, niemal każdy z nich uzna, iż należy odpowiedzieć „tak”. Gdy jednak pytanie to skonkretyzujemy – „Dobrze, lecz w takim razie co z atakowaniem Stalina? Czy dopuszczalne jest swobodne głoszenie poglądów antystalinowskich?” – najczęściej usłyszymy w odpowiedzi „nie”. W tym bowiem wypadku godzimy w obowiązującą ortodoksję, toteż zasada swobody wypowiedzi wędruje na śmietnik. Jednakże domagając się wolności głoszenia poglądów, jak również wolności prasy, nie żądamy bynajmniej, by była ona absolutna. Dopóki bowiem istnieją zorganizowane społeczeństwa, dopóty zawsze musi obowiązywać (a w każdym razie zawsze będzie istnieć) jakaś forma cenzury. Wolność jednak, według słów Róży Luksemburg, „jest zawsze wolnością dla inaczej myślącego”[5]. Tę samą zasadę wyraził Wolter w swoim słynnym powiedzeniu: „Nienawidzę twoich poglądów, jednak będę bronić do śmierci twojego prawa do ich wygłaszania”[6]. Jeśli nie chcemy, by wolność intelektualna, która jest niewątpliwie jedną z cech wyróżniających zachodnią cywilizację, stała się jałowym pojęciem, w jej ramach każdy powinien mieć prawo powiedzieć i opublikować to, co uważa za prawdziwe i słuszne, pod warunkiem, iż jego poglądy wyraźnie nie zaszkodzą pozostałej części społeczeństwa. Zarówno demokracja kapitalistyczna, jak również zachodnie wersje socjalizmu uznawały do niedawna tę zasadę za zrozumiałą samą przez się. Nasz rząd, jak już wspomniałem, nadal poniekąd demonstracyjnie jej przestrzega. Zwykli szarzy obywatele – częściowo być może ze względu na obojętność, jaką wykazują wobec ideologii (co z kolei powoduje, iż obca im jest nietolerancja), powiedzą ogólnikowo: „Chyba każdy ma prawo do własnego zdania, czyż nie?”. Jedynie – a w każdym razie głównie – inteligencja humanistyczna lub naukowa, czyli nie kto inny, tylko ci ludzie, którzy powinni stać na straży tej wolności, zaczynają ją potępiać, czemu dają wyraz również w praktyce.

Jednym z osobliwszych zjawisk naszych czasów jest liberał-zaprzaniec. Obok znajomego marksistowskiego frazesu, głoszącego, iż „wolność burżuazyjna” to mrzonka, coraz większą popularność osiąga pogląd, jakoby demokracji można było bronić, stosując wyłącznie metody totalitarne. Jeśli bowiem – utarło się sądzić – miłujesz demokrację, twoją powinnością jest miażdżenie jej przeciwników, i to bez przebierania w środkach. Lecz któż to taki, ci przeciwnicy? Ano, zawsze się okazuje, iż nie są nimi wyłącznie ci, którzy atakują demokrację jawnie i świadomie, lecz również ci, którzy, „obiektywnie rzecz biorąc”, godzą w nią, szerząc fałszywe idee. Innymi słowy, obrona demokracji implikuje konieczność tłumienia wszelkiej niezależnej myśli. Argument ów stosowano na przykład celem usprawiedliwienia rosyjskich czystek. Nawet najbardziej zatwardziali rusofile nie wierzyli w to, że wszystkie ofiary czystek rzeczywiście popełniły zarzucane im przestępstwa, wyznając jednak heretyckie poglądy, ludzie ci, „obiektywnie rzecz biorąc”, przysporzyli szkód reżimowi, toteż słuszne i chwalebne było nie tylko ich wymordowanie, lecz i zdyskredytowanie za pomocą fałszywych oskarżeń. W ten sam ton uderzali ci, którzy w pełni świadomie usprawiedliwiali kłamstwa publikowane na łamach prasy lewicowej, kłamstwa dotyczące trockistów oraz członków innych mniejszości ideologicznych, walczących po stronie Republiki w hiszpańskiej wojnie domowej. Argumenty te usłyszeliśmy ponownie w roku 1943 z ust osób jazgotliwie protestujących przeciw powołaniu się przez sąd na ustawę habeas corpus po zwolnieniu Mosleya z więzienia[7].

Głosiciele tych poglądów nie dostrzegają tego, iż skoro dopuszczają stosowanie metod totalitarnych, pewnego dnia mogą się one obrócić przeciwko nim. Jeśli wtrącanie faszystów do więzień bez sądu wejdzie w trwały obyczaj, być może nie skończy się to tylko na faszystach. Wkrótce po ponownym otwarciu zamkniętego przez władze dziennika „Daily Worker” wygłaszałem odczyt w pewnej wszechnicy robotniczej w południowym Londynie. Publiczność składała się z robotników oraz inteligentów pochodzących z niższych warstw klasy średniej; właśnie tacy słuchacze są zwykle bywalcami prelekcji organizowanych przez lokalne oddziały Klubu Książki Lewicowej. Mój wykład dotyczył między innymi wolności prasy; gdy skończyłem, kilka osób zapytało, ku mojemu zdumieniu, czy nie sądzę, że przywrócenie debitu „Daily Worker” było jednak poważnym błędem władz. Kiedy odpowiedziałem pytaniem, dlaczego właściwie miałoby uchodzić to za błąd, usłyszałem, że jest to przecież gazeta o wątpliwej lojalności, a więc w czasie wojny nie powinna się ukazywać. No i proszę, ja, którego „Daily Worker” tak często szkalował, stanąłem w jego obronie. Skąd jednak u moich słuchaczy takie totalitarne zapatrywania? Dałbym głowę, że przejęli je od komunistów! Tolerancja i przyzwoitość zakorzeniły się wprawdzie głęboko w świadomości Anglików, nie są one jednak nienaruszalne, utrzymanie ich przy życiu zaś wymaga również podejmowania świadomego wysiłku. Głoszenie doktryn totalitarnych ma to do siebie, że osłabia instynkt, który pomaga wolnym ludziom odróżnić to, co jest groźne dla wolności, od tego, co w niczym jej nie zaszkodzi. Dobrym przykładem jest tutaj sprawa Mosleya. W roku 1940 jego internowanie stanowiło posunięcie jak najbardziej uzasadnione i dopuszczalne, bez względu na to, czy naruszył on prawo, czy też go nie naruszył. Prowadziliśmy wtedy walkę o przetrwanie, toteż niedopuszczalne było przebywanie na wolności potencjalnych Quislingów. Jednakowoż przetrzymywanie Mosleya za kratami aż do roku 1943 zakrawa na czyn karygodny. Ogólne niedostrzeganie tego faktu świadczyło nie najlepiej o stanie naszej świadomości społecznej, choć prawdą jest również to, iż agitacja przeciwko uwolnieniu Mosleya miała poniekąd charakter wyłącznie pokazowy, w pewnej mierze zaś stanowiła, by tak rzec, psychiczne zadośćuczynienie za inne urazy. W jakiej jednak mierze obecna tendencja do myślenia i rozumowania na faszystowską modłę stanowi efekt „antyfaszyzmu” z ostatnich dziesięciu lat oraz niegodziwości intelektualnej, jaką zrodził ów prąd?

Ważne, by uświadomić sobie, iż obecna rusofilia jest jedynie objawem ogólnego osłabienia zachodniej tradycji liberalnej. Gdyby nasze Ministerstwo Informacji wkroczyło zdecydowanie, nie dopuszczając do opublikowania drukiem Folwarku, większość angielskich intelektualistów przeszłaby nad tym faktem do porządku dziennego. Tak się bowiem składa, iż bezkrytyczna lojalność wobec ZSRR stanowi obowiązującą obecnie ortodoksję, ilekroć zaś wchodzą w rachubę domniemane interesy ZSRR, inteligencja nasza chętnie zgodzi się nie tylko na cenzurowanie historii, lecz również na jej świadome fałszowanie. Oto i przykład. Po śmierci Johna Reeda, autora Dziesięciu dni, które wstrząsnęły światem, relacji z pierwszej ręki, dotyczącej początkowego okresu Rewolucji Październikowej, prawa autorskie do książki przeszły na własność Brytyjskiej Partii Komunistycznej, co nastąpiło, o ile mnie pamięć nie myli, z woli samego autora. Kilka lat później brytyjscy komuniści, po wycofaniu z rynku jak największej liczby egzemplarzy, wydali jej zniekształconą wersję, pozbawioną wszelkich wzmianek o Trockim, jak również przedmowy pióra Lenina[8]. Gdyby w Anglii nie wyginęła niemal ze szczętem radykalna inteligencja, wówczas szalbierstwo to zostałoby należycie wyeksponowane i potępione na łamach wszystkich naszych czasopism literackich. Jednak koniec końców mało kto zaprotestował. Wielu angielskich intelektualistów uznało przemilczenie tego skandalu za zgoła naturalne postępowanie. Owo tolerowanie jawnego oszukaństwa jest znacznie groźniejsze w skutkach aniżeli dzisiejsza moda na bezkrytyczne ubóstwianie Rosji. Zachodzi bowiem duże prawdopodobieństwo, iż moda ta przeminie. Nie wykluczam też, że gdy Folwark się ukaże, przeważająca większość Anglików będzie wyznawać moje poglądy na reżim radziecki. Lecz jakie przyniosłoby nam to korzyści? Zamiana jednej ortodoksji na inną niekoniecznie oznacza postęp. Najgorszą rzeczą na świecie jest umysł przypominający patefon; nie ma przy tym znaczenia, czy komuś odpowiada grana w danej chwili płyta, czy nie.

Dobrze