Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Wszystkie zwierzęta są równe. Ale niektóre zwierzęta są równiejsze od innych.”
Zwierzęta z angielskiego gospodarstwa mają dość głodu, bata i pracy dla cudzego zysku. Przeganiają właściciela, przejmują folwark i zaczynają wszystko od nowa, na własnych zasadach. Rządzić będą świnie, bo ktoś przecież musi.
Nowy porządek trwa dopóty, dopóki ktoś pamięta, jak brzmiały jego zasady na początku.
Opublikowana w 1945 roku satyra Orwella to jedna z najczęściej czytanych książek XX wieku i jedna z najkrótszych. Można ją przeczytać w jeden wieczór i wracać do niej przez całe życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 137
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
George Orwell
Folwark Zwierzęcy
Przetłumaczył Marcin Gołda
WROTA WYOBRAŹNI · 2026
Folwark Zwierzęcy
Autor: George Orwell
Tytuł oryginału: Animal Farm
Tłumaczenie: Marcin Gołda
Projekt okładki: Miriam Gołda
Wydanie I
ISBN: 978-83-68914-65-8
Copyright
© 2026 by Wrota Wyobraźni
Wszelkie prawa zastrzeżone
Pan Jones, właściciel Folwarku Dworskiego, zamknął na noc kurniki, lecz był zbyt pijany, by pamiętać ozasunięciu okienek dla kur. Zkręgiem światła latarni tańczącym mu unóg to wjedną, to wdrugą stronę, przetoczył się chwiejnie przez podwórze, zrzucił buty pod tylnymi drzwiami, nacedził sobie wspiżarni ostatnią szklankę piwa zbeczki ipowlókł się na górę do łóżka, wktórym pani Jones już pochrapywała.
Ledwie zgasło światło wsypialni, przez wszystkie zabudowania folwarku przebiegł szmer itrzepot. Już za dnia rozniosła się wieść, że stary Major, nagradzany na wystawach knur rasy średniej białej, miał minionej nocy niezwykły sen ipragnie opowiedzieć go pozostałym zwierzętom. Umówiono się, że wszyscy zbiorą się wwielkiej stodole, gdy tylko pan Jones zejdzie im bezpiecznie zdrogi. Stary Major (tak go zawsze nazywano, choć na wystawy zgłaszano go jako Dumę Willingdonu) cieszył się na folwarku takim poważaniem, że każdy gotów był poświęcić godzinę snu, byle usłyszeć, co ma do powiedzenia.
W głębi wielkiej stodoły, na czymś wrodzaju podwyższenia, Major rozsiadł się już wygodnie na posłaniu ze słomy, pod latarnią zwieszającą się zbelki. Miał dwanaście lat iostatnimi czasy nieco się roztył, wciąż jednak był wieprzem omajestatycznej postawie, zktórego biła mądrość iżyczliwość, mimo że kłów nigdy mu nie przycinano. Wkrótce zaczęły schodzić się pozostałe zwierzęta isadowić się, każde na swój sposób. Pierwsze przybiegły trzy psy – Dzwoneczek, Jessie iKąsacz – apo nich świnie, które ułożyły się wsłomie tuż przed podwyższeniem. Kury przycupnęły na parapetach, gołębie sfrunęły na krokwie, owce ikrowy legły za świniami izabrały się do przeżuwania. Dwa konie pociągowe, Bokser iKoniczyna, weszły razem, stąpając bardzo powoli istawiając ogromne, kosmate kopyta znajwyższą ostrożnością, by nie przygnieść jakiegoś małego stworzenia ukrytego wsłomie. Koniczyna była zażywną klaczą omacierzyńskim sercu, zbliżającą się do wieku średniego, która po czwartym źrebięciu nie odzyskała już dawnej figury. Bokser zaś był zwierzęciem potężnym, na blisko osiemnaście dłoni wysokim, asilnym jak dwa zwykłe konie razem wzięte. Biała strzałka na nozdrzach nadawała mu wygląd nieco tępawy irzeczywiście nie grzeszył on bystrością umysłu, powszechnie jednak szanowano go za stałość charakteru iniesłychaną pracowitość. Po koniach nadeszły Muriel, biała koza, iosioł Beniamin. Beniamin był najstarszym zwierzęciem na folwarku imiał najgorszy charakter. Odzywał się rzadko, ajeśli już, to zwykle po to, by rzucić jakąś cyniczną uwagę – mawiał na przykład, że Bóg dał mu ogon do odganiania much, ale on wolałby nie mieć ani ogona, ani much. Jako jedyny ze zwierząt na folwarku nigdy się nie śmiał. Pytany dlaczego, odpowiadał, że nie widzi nic śmiesznego. Ajednak, choć otwarcie nigdy by się do tego nie przyznał, był szczerze oddany Bokserowi; niedziele spędzali zazwyczaj razem na małym wygonie za sadem, pasąc się obok siebie wmilczeniu.
Ledwie oba konie zdążyły się ułożyć, do stodoły wmaszerował gęsiego wyląg kacząt, które straciły matkę; popiskując żałośnie, dreptały to tu, to tam wposzukiwaniu miejsca, gdzie nikt by ich nie podeptał. Koniczyna otoczyła je niczym murem swą wielką przednią nogą, akaczęta zagnieździły się wtym schronieniu inatychmiast zasnęły. Wostatniej chwili wkroczyła, pląsając afektowanie ichrupiąc kostkę cukru, Mollie – ładna, próżna biała klacz, która ciągnęła bryczkę pana Jonesa. Zajęła miejsce blisko przodu izaraz zaczęła potrząsać białą grzywą wnadziei, że wszyscy zauważą wplecione wnią czerwone wstążki. Ostatni zjawił się kot, który – jak zwykle – rozejrzał się za najcieplejszym kątem iw końcu wcisnął się między Boksera aKoniczynę; tam też mruczał zzadowoleniem przez całą mowę Majora, nie słuchając ani jednego słowa.
Byli już wszyscy prócz Mojżesza, oswojonego kruka, który spał na żerdzi za tylnymi drzwiami. Gdy Major spostrzegł, że zwierzęta rozsiadły się wygodnie iczekają wskupieniu, odchrząknął izaczął:
– Towarzysze, słyszeliście już odziwnym śnie, jaki nawiedził mnie ubiegłej nocy. Ale do snu wrócę później. Najpierw mam wam co innego do powiedzenia. Nie sądzę, towarzysze, bym pozostał wśród was jeszcze wiele miesięcy, iczuję, że przed śmiercią winien jestem przekazać wam mądrość, jaką zdołałem zgromadzić. Życie miałem długie, wiele było czasu na rozmyślania, gdy leżałem samotnie wswoim chlewie, iśmiem twierdzić, że rozumiem naturę życia na tej ziemi nie gorzej niż jakiekolwiek żyjące dziś zwierzę. Otym właśnie chcę zwami mówić.
Jakaż więc jest, towarzysze, natura tego naszego życia? Spójrzmy prawdzie woczy: życie nasze jest nędzne, znojne ikrótkie. Rodzimy się, dostajemy jedzenia akurat tyle, by tchu wnas nie zabrakło, aci znas, którzy są do tego zdolni, zmuszani są do pracy do ostatniego atomu sił; zchwilą zaś, gdy przestajemy być użyteczni, zarzyna się nas zohydnym okrucieństwem. Żadne zwierzę wAnglii, po ukończeniu pierwszego roku życia nie wie, co znaczy szczęście albo wypoczynek. Żadne zwierzę wAnglii nie jest wolne. Życie zwierzęcia to nędza iniewola – oto cała prawda.
Ale czy taki jest po prostu porządek natury? Czyżby ziemia nasza była tak uboga, że nie stać jej na godziwe życie dla tych, którzy ją zamieszkują? Nie, towarzysze, po tysiąckroć nie! Gleba Anglii jest żyzna, klimat łagodny, aziemia ta zdolna jest wyżywić wobfitości nieporównanie więcej zwierząt, niż jej dziś przypada. Sam nasz folwark utrzymałby tuzin koni, dwadzieścia krów, setki owiec – awszystkim żyłoby się wdostatku igodności, jakich dziś ledwie umiemy sobie wyobrazić. Czemuż więc trwamy wtej nędzy? Bo niemal cały owoc naszej pracy kradną nam ludzie. Oto, towarzysze, odpowiedź na wszystkie nasze pytania. Zamyka się ona wjednym słowie: Człowiek. Człowiek jest naszym jedynym prawdziwym wrogiem. Usuńcie Człowieka, agłód imordęga znikną raz na zawsze, wyrwane zkorzeniami.
Człowiek jest jedynym stworzeniem, które konsumuje, niczego nie wytwarzając. Nie daje mleka, nie znosi jaj, jest za słaby, by ciągnąć pług, iza wolny, by złapać królika. Aprzecież jest panem wszystkich zwierząt. Zaprzęga je do pracy, oddaje im tylko tyle, by nie zdechły zgłodu, aresztę zatrzymuje dla siebie. Nasza praca uprawia ziemię, nasz nawóz ją użyźnia – ażadne znas nie ma na własność nic prócz gołej skóry. Wy, krowy, które widzę przed sobą – ileście to tysięcy galonów mleka oddały wminionym roku? Ico się stało zmlekiem, które powinno było wykarmić dorodne cielęta? Spłynęło co do kropli do gardeł naszych wrogów. Awy, kury – ileście jaj zniosły przez ten rok iz ilu wykluły się kurczęta? Cała reszta poszła na targ, by przynieść pieniądze Jonesowi ijego parobkom. Ity, Koniczyno – gdzie są twoje cztery źrebięta, podpora ipociecha twojej starości? Każde sprzedano, ledwie skończyło rok – iżadnego już nigdy nie zobaczysz. Wzamian za cztery połogi icały twój trud na polach cóż dostałaś prócz głodowych racji iboksu wstajni?
A nawet temu nędznemu życiu nie pozwala się dobiec naturalnego kresu. Ja sam nie narzekam, bo należę do szczęśliwców. Mam dwanaście lat iprzeszło czterysta dzieci. Takie jest przyrodzone życie wieprza. Ale żadne zwierzę nie ujdzie wkońcu okrutnemu nożowi. Wy, młode tuczniki, siedzące tu przede mną – każdy zwas wciągu roku wykwiczy życie na szlachtuzie. Ta groza czeka nas wszystkich: krowy, świnie, kury, owce – wszystkich bez wyjątku. Nawet koni ipsów los lepszy nie spotka. Ciebie, Bokserze, wdniu, wktórym te potężne mięśnie odmówią posłuszeństwa, Jones sprzeda rzeźnikowi, aten poderżnie ci gardło iwygotuje cię na strawę dla psów gończych. Psom zaś, gdy się zestarzeją istracą zęby, Jones przywiązuje cegłę do szyi itopi je wnajbliższym stawie.
Czyż nie jest więc jasne jak słońce, towarzysze, że całe zło tego naszego życia bierze się ztyranii ludzi? Pozbądźmy się Człowieka, aowoc naszej pracy będzie należał do nas. Niemal zdnia na dzień staniemy się bogaci iwolni. Cóż zatem czynić? Ano pracować dniem inocą, ciałem iduszą, nad obaleniem rodzaju ludzkiego! Oto moje posłanie do was, towarzysze: Bunt! Nie wiem, kiedy ten Bunt nadejdzie – może za tydzień, amoże za sto lat – ale wiem, tak jak pewnie widzę tę słomę pod nogami, że prędzej czy później sprawiedliwości stanie się zadość. Wtym wpatrujcie się, towarzysze, przez krótką resztę waszego życia! Anade wszystko przekażcie to moje posłanie tym, którzy przyjdą po was, aby przyszłe pokolenia toczyły walkę aż do zwycięstwa.
I pamiętajcie, towarzysze: wasze postanowienie nie może się nigdy zachwiać. Żaden wywód nie śmie sprowadzić was na manowce. Nie słuchajcie, gdy będą wam mówić, że Człowieka izwierzęta łączy wspólny interes, że pomyślność jednego jest pomyślnością drugich. Wszystko to kłamstwa. Człowiek nie służy niczyim interesom prócz własnych. Niech więc zapanuje między nami, zwierzętami, doskonała jedność, doskonałe braterstwo wwalce. Wszyscy ludzie to wrogowie. Wszystkie zwierzęta to towarzysze.
W tej chwili wybuchła straszliwa wrzawa. Podczas przemowy Majora cztery wielkie szczury wypełzły ze swych nor iprzysiadłszy na zadkach, przysłuchiwały mu się. Nagle dostrzegły je psy itylko błyskawiczna ucieczka do nor ocaliła szczurom życie. Major uniósł racicę, nakazując ciszę.
– Towarzysze – rzekł – oto sprawa, którą trzeba rozstrzygnąć. Czy dzikie stworzenia, jak szczury ikróliki, są naszymi przyjaciółmi, czy wrogami? Poddajmy to pod głosowanie. Stawiam przed zebraniem pytanie: czy szczury są towarzyszami?
Głosowano od razu iprzygniatającą większością uchwalono, że szczury są towarzyszami. Sprzeciwiły się tylko cztery głosy: trzy psy oraz kot, októrym później wyszło na jaw, że głosował po obu stronach. Major ciągnął dalej:
– Niewiele mam już do dodania. Powtórzę tylko: pamiętajcie zawsze owaszej powinności wrogości wobec Człowieka iwszystkich jego obyczajów. Co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem. Co chodzi na czterech nogach albo ma skrzydła, jest przyjacielem. Ipamiętajcie też, że walcząc zCzłowiekiem, nie wolno nam się do niego upodobnić. Nawet gdy go zwyciężycie, nie przejmujcie jego przywar. Żadnemu zwierzęciu nie wolno nigdy mieszkać wdomu ani sypiać włóżku, ani nosić ubrania, ani pić alkoholu, ani palić tytoniu, ani tykać pieniędzy, ani parać się handlem. Wszystkie obyczaje Człowieka są złe. Anade wszystko żadne zwierzę nie śmie nigdy tyranizować własnych braci. Słabi czy silni, mądrzy czy prości – wszyscyśmy braćmi. Żadne zwierzę nie śmie nigdy zabić innego zwierzęcia. Wszystkie zwierzęta są równe.
A teraz, towarzysze, opowiem wam omoim śnie zubiegłej nocy. Opisać wam tego snu nie potrafię. Był to sen oziemi, jaką się stanie, gdy zniknie zniej Człowiek. Ale przypomniał mi on coś, oczym dawno zapomniałem. Przed wielu laty, gdy byłem małym prosięciem, moja matka iinne maciory śpiewały starą pieśń, zktórej znały jedynie melodię itrzy pierwsze słowa. Znałem tę melodię wdzieciństwie, lecz zczasem wywietrzała mi zpamięci. Ubiegłej nocy jednak wróciła do mnie we śnie. Co więcej, wróciły także słowa pieśni – słowa, jestem tego pewien, które śpiewały zwierzęta przed wiekami iktóre od pokoleń były zapomniane. Zaśpiewam wam teraz tę pieśń, towarzysze. Jestem stary igłos mam ochrypły, ale gdy nauczę was melodii, sami zaśpiewacie ją lepiej. Pieśń zwie się „Zwierzęta Anglii”.
Stary Major odchrząknął izaczął śpiewać. Głos miał, jak zapowiedział, ochrypły, ale śpiewał całkiem nieźle, amelodia była porywająca – coś pomiędzy „Clementine” a„La Cucarachą”. Słowa brzmiały tak:
Zwierzęta Anglii iIrlandii,Zwierzęta wszelkich stron iras,Słuchajcie radosnego posłaniaO złotym czasie, co czeka nas.
Prędzej czy później dzień ten przyjdzie:Człowiek-tyran padnie wprochI po żyznych polach AngliiStąpać będzie zwierzęcy krok.
Znikną kółka znaszych nozdrzy,Z karków spadnie jarzma cień,Bicz okrutny już nie świśnie,Rdza wędzidło zje wten dzień.
Skarby większe niż marzenie –Pszenica, jęczmień, siana stóg,Koniczyna, bób, buraki –W dniu tym legną unaszych nóg.
Jaśniej zabłysną pola Anglii,Czystsza popłynie woda rzek,Słodszy powieje wiatr nad łąkąW dniu, wktórym wolny będzie zwierz.
Dla tego dnia musimy orać,Choć go nie doczeka wielu znas –Krowy, konie, gęsi, indyki,Wszyscy dla wolności, póki czas.
Zwierzęta Anglii iIrlandii,Zwierzęta wszelkich stron iras,Słuchajcie inieście posłanieO złotym czasie, co czeka nas.
Pieśń wprawiła zwierzęta wnieopisane uniesienie. Nim jeszcze Major dobrnął do końca, już zaczęły śpiewać ją same. Nawet najtępsze pochwyciły melodię ipojedyncze słowa, ate bystrzejsze, jak świnie ipsy, wkilka minut umiały całą pieśń na pamięć. Ipo paru wstępnych próbach cały folwark zagrzmiał „Zwierzętami Anglii” wpotężnej harmonii. Krowy ryczały pieśń, psy ją skomlały, owce beczały, konie rżały, kaczki kwakały. Zwierzęta były nią tak zachwycone, że odśpiewały ją pięć razy zrzędu ipewnie śpiewałyby całą noc, gdyby im nie przerwano.
Na nieszczęście wrzawa zbudziła pana Jonesa, który wyskoczył złóżka przekonany, że po podwórzu grasuje lis. Porwał strzelbę, stojącą zawsze wkącie sypialni, iposłał wciemność ładunek śrutu. Śruciny utkwiły wścianie stodoły izebranie rozpierzchło się wpopłochu. Każdy czmychnął na swoje legowisko. Ptactwo sfrunęło na grzędy, zwierzęta ułożyły się wsłomie ipo chwili cały folwark spał.
Trzy noce później stary Major umarł spokojnie we śnie. Ciało jego pochowano uskraju sadu.
Działo się to na początku marca. Przez następne trzy miesiące wrzała potajemna krzątanina. Mowa Majora otworzyła bystrzejszym zwierzętom na folwarku zupełnie nowe spojrzenie na życie. Nie wiedziały, kiedy nadejdzie przepowiedziany przez Majora Bunt, nie miały powodu sądzić, że doczekają go za własnego życia, ale rozumiały jasno, że ich obowiązkiem jest się do niego sposobić. Trud nauczania iorganizowania pozostałych przypadł, rzecz naturalna, świniom, powszechnie uznawanym za najmądrzejsze ze zwierząt. Wśród świń celowały zaś dwa młode knury, Śnieżek iNapoleon, które pan Jones hodował na sprzedaż. Napoleon był rosłym knurem rasy Berkshire, odość groźnym wejrzeniu – jedynym Berkshirem na folwarku – małomównym, lecz znanym ztego, że zawsze postawi na swoim. Śnieżek był od Napoleona żywszy, obrotniejszy wmowie ipomysłowszy, nie przypisywano mu jednak równej głębi charakteru. Wszystkie pozostałe samce wśród świń folwarcznych były tucznikami. Najbardziej znany znich był mały, tłusty wieprzek imieniem Kwikacz, okrągłych policzkach, błyszczących oczkach, zwinnych ruchach ipiskliwym głosie. Mówca był zniego świetny, agdy roztrząsał jakąś zawiłą kwestię, miał zwyczaj podrygiwać zboku na bok iwywijać ogonkiem, co było wjakiś sposób nadzwyczaj przekonujące. Mawiano oKwikaczu, że potrafiłby zczarnego zrobić białe.
Ta trójka rozwinęła nauki starego Majora wzwarty system myślowy, któremu nadała miano Animalizmu. Kilka razy wtygodniu, nocą, gdy pan Jones już spał, urządzali wstodole tajne zebrania iwykładali pozostałym zasady Animalizmu. Zpoczątku natrafiali na wiele głupoty iobojętności. Jedne zwierzęta rozprawiały o
