Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa - Rafał Kosik - ebook + audiobook

Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa audiobook

Rafał Kosik

4,8

Opis

Czy chcesz zajrzeć w przyszłość?

Po wielkiej szkolnej aferze trójka nastolatków wyjeżdża na zasłużone wakacje. W sennej nadmorskiej miejscowości Felix, Net i Nika odkrywają tajemnicze instalacje, które mogły zmienić historię świata. Czy tak się stało?

Jeśli podróżować w czasie to w przeszłość czy w przyszłość? A dlaczego nie wybrać obu opcji? Ekscytująca, tajemnicza, trzymająca w napięciu i… bardzo zabawna opowieść o tym, że jedno drobne i pozornie nieistotne zdarzenie może wywrócić do góry nogami nie tylko życie bohaterów, ale i przyszłość całej ludzkości.

***

Dwie dekady fantastycznych przygód, osiemnaście tomów, niezrównany humor, dwa miliony sprzedanych egzemplarzy i pierwsza lektura szkolna, którą przed próbą całkowitego usunięcia z ministerialnej listy obronili sami uczniowie. Seria „Felix, Net i Nika” Rafała Kosika dawno przekroczyła granice wyznaczone przez rynek książki. To popkulturowy fenomen!

Książkę można czytać niezależnie od innych tomów serii.

Nowe wydanie z barwionymi brzegami.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 21 godz. 8 min

Lektor: Grzegorz Damięcki

Oceny
4,8 (605 ocen)
493
89
16
2
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
dabrowkowa

Nie oderwiesz się od lektury

Serię o trochę niezwykłych przyjaciół poznałam już kilka lat temu, na początku gimnazjum. Praktycznie przeżywałam swoje początki nowej szkoły wraz z bohaterami, które poznajemy na kartach książki autorstwa Rafała Kosika. Co ciekawe, książki podpatrzyłam u kolegi, który miał fryza jak Felix i również konstruował roboty. W tamtym momencie dużo osób zaczytywało się w serie FNiN. Nie dziwie się temu nawet dzisiaj, jako już studentka. Historia o tej nietuzinkowej przyjaźni wciągnęła mnie po latach ponownie, nawet bardziej niż poprzednio. Widzę masę „mrugnięć okiem” do czytelników, a także smaczków, które dla nastolatka były niezrozumiałe lub niewidoczne. Ponad to, FNiN gwarantuje ogromną dawkę humoru! Nawet nie pamiętałam, jak dobrze można się bawić przy tej serii. Oprócz tego, szczególnie ta cześć, TMK, zawiera ogrom informacji na tle fizyki, fizyki kwantowej oraz astrofizyki. Jako duża miłośniczka tych tematów, nie mogłam się oderwać od kolejnych stron, które opisują w końcu to, co otac...
Hendoslaw

Dobrze spędzony czas

Drugie spotkanie z super ekipą nastolatków, którzy wpadanie w kłopoty mają we krwi. Dokąd tym razem zaprowadzi ich przygoda? Fabuła pokazana jest bardziej jako całość niż zbiór opowiadań jak poprzednio. Niestety książkę można podzielić na dwie części. Pierwsza zwana “początek” jest mniej fascynująca. Bardziej zanudza terminami technicznymi. Druga o podróżach jest bardziej ciekawa i trzyma w napięciu do samego końca. Autor umiejętnie potrafi wszystko połączyć i po przeczytaniu kolejnych stron odkrywamy, że pewne zdarzenia, które miały miejsce wcześniej mają swoje konsekwencje w przyszłości. Wielkim plusem po raz kolejny jest odpowiednio wyważone poczucie humoru. Dostajemy też lekcje klimatyczną. Postacie wydają się bardziej rozwinięte mimo iż od ostatniego tomu minął krótki odstęp czasowy. Dowiadujemy się więcej na temat rodziny Niki, poznajemy zmiany w życiu Neta, a Felix wyrasta na lidera grupy. Więcej miejsca dostaje Manfred i jego cybernetyczne odmiany. Szereg postaci pobocznych tyl...
20
monikapobiega

Nie oderwiesz się od lektury

Kiedy bohaterowie trafiali do różnych światów, książka była nieco straszna. Jeden ze światów był pustynią, a ludzie mieszkali tylko na biegunach. Bardzo zaciekawił mnie Bezkształt, ponieważ nie wiedziałem, co to jest – ale w książce zostało to wytłumaczone.
20
Ani16

Dobrze spędzony czas

Polecam! Ciekawa książka z ciekawym pomysłem dla młodszej młodzieży
10
marciunia85

Dobrze spędzony czas

bardzo fajna i pełna niesamowtych przygód! 👍🏻 Bardzo mi się podobała. - Hania
10



Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa ISBN: 978-83-68599-38-1 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2005–2026 by Rafał Kosik Copyright © 2005–2026 by Powergraph Copyright © 2026 for the cover by Jan Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Jan Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Dotychczas w serii ukazały się:

Wykaz tytułów serii

1. Felix, Net i Nika oraz Gang Nie­wi­dzial­nych Ludzi

2. Felix, Net i Nika oraz Teo­re­tycz­nie Moż­liwa Kata­strofa

3. Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów

4. Felix, Net i Nika oraz Pułapka Nie­śmier­tel­no­ści

5. Felix, Net i Nika oraz Orbi­talny Spi­sek

6. Felix, Net i Nika oraz Orbi­talny Spi­sek 2. Mała Armia

7. Felix, Net i Nika oraz Trze­cia Kuzynka

8. Felix, Net i Nika oraz Bunt Maszyn

9. Felix, Net i Nika oraz Świat Zero

10. Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alter­nauci

11. Felix, Net i Nika oraz Nad­pro­gra­mowe Histo­rie

12. Felix, Net i Nika oraz Sekret Czer­wo­nej Hań­czy

13. Felix, Net i Nika oraz Klą­twa Domu McKil­lia­nów

14. Felix, Net i Nika oraz (nie)Bez­pieczne Dora­sta­nie

15. Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy

16. Felix, Net i Nika oraz Zero Szans

17. Felix, Net i Nika oraz Zero Szans 2. Inne Jutro

18. Felix, Net i Nika oraz Fan­to­lo­gia

UWAGA: Każdy tom można czy­tać nie­za­leż­nie od zna­jo­mo­ści poprzed­nich tomów serii!

ROZDZIAŁ 1

Poranek tryfida

— Muszę lecieć — powie­działa smutno mama, popra­wia­jąc Feli­xowi blond fry­zurę. — Mam ważne spo­tka­nie i nie pora­dzą sobie beze mnie. Bądź grzeczny i słu­chaj pani.

Poca­ło­wała go jesz­cze w czoło, wsia­dła do swo­jej czer­wo­nej Alfy Romeo i szybko odje­chała. Zda­niem Felixa mama jeź­dziła zde­cy­do­wa­nie za szybko. Pomy­ślał też, że pew­nego dnia mama odwie­zie go na zaję­cia na uni­wer­sy­te­cie, poca­łuje w czoło i powie jak zwy­kle „Bądź grzeczny i słu­chaj pani”. Czy ona nie widzi, że on doro­śleje?

Była połowa kwiet­nia. Minęły dwa tygo­dnie od znisz­cze­nia Mor­tena i jego Gangu Nie­wi­dzial­nych Ludzi. Odna­le­zie­nie Trzy­na­stej Księgi pro­fe­sora Kusz­miń­skiego zostało utaj­nione, a sama księga tra­fiła w ręce naukow­ców z Insty­tutu Badań Nad­zwy­czaj­nych, któ­rzy zajęli się ana­li­zo­wa­niem zawar­tych w niej wzo­rów i sche­ma­tów stwo­rzo­nych przez genial­nego wyna­lazcę. Teraz trzeba wró­cić do codzien­no­ści, a z tym Felix i jego przy­ja­ciele mieli pewne trud­no­ści. Nie­ła­two zapo­mnieć dra­ma­tyczne wyda­rze­nia, które roze­grały się na ostat­nim pię­trze wie­żowca Silver Tower, można tylko sta­rać się zacho­wy­wać i myśleć jak zwy­czajni nasto­lat­ko­wie.

Felix był szczu­płym, jasno­wło­sym chłop­cem o piw­nych oczach. Miał na sobie spodnie z wie­loma kie­sze­niami i bluzę na suwak. Odwró­cił się w kie­runku sza­rego gma­szy­ska szkoły. Było jesz­cze dość wcze­śnie, do roz­po­czę­cia ponie­dział­ko­wych lek­cji zostało ponad dwa­dzie­ścia minut. Chło­pak wes­tchnął i wspiął się po sze­ro­kich scho­dach do wiel­kich drzwi szkoły imie­nia pro­fe­sora Ste­fana Kusz­miń­skiego. Wszedł do środka zapewne jako jeden z pierw­szych i od razu tra­fił na cie­kawą scenkę. Zatro­skany dyrek­tor szkoły, magi­ster inży­nier Juliusz Sto­krotka, stał pośrodku hallu, w bor­do­wym gar­ni­tu­rze opi­na­ją­cym jego pokaźny brzu­szek. Gar­ni­tur uzu­peł­niały kami­zelka, błę­kitna koszula i czer­wona muszka. Dyrek­tor zawsze był ele­gancki do prze­sady, choć ele­gan­cja w jego wyda­niu spo­ty­kała się z róż­nymi reak­cjami oto­cze­nia. Przy­glą­dał się, jak dwóch robot­ni­ków demon­tuje z por­tierni kon­struk­cję zło­żoną z foteli, pudeł kar­to­no­wych, a nawet wewnętrz­nego skrzy­dła drzwi na patio.

Pan Syl­we­ster, stróż nocny, miał w ostat­nich mie­sią­cach sporo pro­ble­mów zwią­za­nych z nie­co­dzien­nymi wyda­rze­niami roz­gry­wa­ją­cymi się w szkole. Naj­pierw były to duchy, potem wędru­jące kory­ta­rzami mecha­niczne frag­menty robo­tów. Dwa razy omal nie stra­cił pracy, bo nikt mu nie wie­rzył, że to nie przy­wi­dze­nia. Wyglą­dało na to, że bary­kada jest jego dzie­łem, a to zapo­wia­dało kolejne kło­poty. Co tym razem? Felix posta­no­wił zapy­tać o to Wik­tora, który był naj­le­piej poin­for­mo­wa­nym czło­wie­kiem w szkole.

W powie­trzu uno­sił się zapach pasty do pod­łóg. Widocz­nie pani Pum­per­ni­kiel zapa­sto­wała w week­end wszyst­kie kory­ta­rze. Pod­łoga lśniła jak lustro, co ozna­czało, że przez kilka dni trzeba będzie uwa­żać, żeby nie wyrżnąć na drew­nia­nym lodo­wi­sku.

W końcu kory­ta­rza stała zna­joma postać – dziew­czyna o rudych lokach. Nika, jak zwy­kle w swo­ich czar­nych mar­ten­sach, jesz­cze bar­dziej błysz­czą­cych niż pod­łoga, poma­chała do Felixa. Cały strój Niki, poza mar­ten­sami, pocho­dził zapewne z lum­pexu, ale dziew­czyna nosiła swoje spód­niczki i jean­sowe kur­teczki z takim wdzię­kiem, że nawet starsi chłopcy czę­sto się za nią oglą­dali.

— Cześć! — Uśmiech­nęła się, gdy Felix do niej pod­szedł. Jej zie­lone oczy wesoło błysz­czały. — Ja jadę z dru­giego końca mia­sta, to mogę być za wcze­śnie, ale ty?

— Mama chciała mnie pod­wieźć — odparł. — Rzadko ma na to czas, więc sobie pomy­śla­łem, że się ucie­szy. Za to Net będzie sam jechał auto­bu­sem. Widzia­łaś bary­kadę?

— Nie zdzi­wię się — przy­tak­nęła smutno Nika, gdy wcho­dzili na pierw­sze pię­tro — jeżeli teraz pan Syl­we­ster na dobre wyleci.

— Tym razem to już musiało mu się coś przy­wi­dzieć. — Uśmiech­nął się Felix. — Myślę, że na długo wyczer­pa­li­śmy limit dziw­nych akcji.

W tym momen­cie usły­szeli wrzask i tupot dam­skich obca­sów. Zatrzy­mali się w poło­wie kory­ta­rza.

— Albo i nie wyczer­pa­li­śmy… — wes­tchnęła Nika.

Zza zakrętu kory­ta­rza wypa­dła Ekierka, ich mate­ma­tyczka, pochy­lona jak sprin­ter na łuku bieżni. Wal­cząc ze sporą nad­wagą i łapiąc na wypa­sto­wa­nym par­kie­cie lekki poślizg, wyszła na pro­stą. Jakimś cudem nie wywró­ciła się, ale obcasy jej pan­to­fli nie wytrzy­mały prze­cią­żeń. Naj­pierw jeden, potem drugi, odpa­dły i wystrze­liły w powie­trze. Nawet tego nie zauwa­żyła, tylko z obłę­dem w oczach, wyma­chu­jąc rękoma i ciężko dysząc, prze­bie­gła obok Felixa i Niki. Podmuch szarp­nął ich wło­sami, dopiero gdy mate­ma­tyczka dopa­dła scho­dów.

— Co znowu? — zapy­tał cicho Felix.

— Biedna kobieta — szep­nęła Nika. — Pew­nie Butle­rowi znów ucie­kła taran­tula.

Zdała sobie sprawę z sensu tych słów i zbla­dła – prze­cież sama bała się pają­ków. Pro­fe­sor Butler, który uczył ich bio­lo­gii, trzy­mał w swo­jej pra­cowni okazy mniej lub bar­dziej obrzy­dli­wych roślin i zwie­rząt, a nawet orga­ni­zmów, o któ­rych trudno było powie­dzieć, czym w ogóle są. Na zaję­ciach dodat­ko­wych z bota­niki pro­gre­syw­nej byli świad­kami eks­pe­ry­men­tów z kil­koma naprawdę tajem­ni­czymi gatun­kami.

Ze strony, z któ­rej nad­bie­gła mate­ma­tyczka, zaczęły docho­dzić dziwne dźwięki. Przy­po­mi­nało to odgłos, jakby ktoś ude­rzał w pod­łogę na prze­mian kub­kiem do her­baty i gumową wycie­raczką. Stuk, plask, stuk, plask…

Po chwili dźwięki uci­chły. Felix i Nika w napię­ciu wpa­try­wali się w zakręt kory­ta­rza. Zza rogu, na wyso­ko­ści ludz­kiej głowy, wychy­liło się coś czer­wo­nego, wyglą­da­ją­cego jak kie­lich wiel­kiego kwiatu. Patrzyli z zacie­ka­wie­niem, ocze­ku­jąc ujaw­nie­nia się autora dow­cipu. Zacie­ka­wie­nie prze­szło w nie­po­kój, gdy wyło­niła się reszta: gruba na kilka cen­ty­me­trów, wygięta łodyga, cięż­kie, mię­si­ste liście i nie­pro­por­cjo­nal­nie maleńka doniczka, z któ­rej na wszyst­kie strony wyła­ziły korze­nie. Nic nie wska­zy­wało na to, by ktoś popy­chał to dziwo.

Z par­teru dał się sły­szeć jesz­cze jeden wrzask Ekierki i łomot, oznaj­mia­jący, że nie wyro­biła się na kolej­nym zakrę­cie i wpa­dła na robot­ni­ków demon­tu­ją­cych bary­kadę. Kie­lich kwiatu obró­cił się w stronę, z któ­rej dobiegł dźwięk. Roz­le­gło się mruk­nię­cie i dwa dolne liście poru­szyły się. Dotknęły pod­łogi i… unio­sły roślinę tak, że doniczka ode­rwała się od ziemi. Łodyga zgięła się moc­niej, wypy­cha­jąc doniczkę do przodu. Gli­niane naczy­nie stuk­nęło o pod­łogę.

— Nie ruszaj się! — syk­nął Felix i zła­pał Nikę za rękaw. — Ona pew­nie reaguje na ruch.

Wstrzy­mu­jąc oddech, stali jak wmu­ro­wani, a roślina wyko­nała kilka kolej­nych „kro­ków”. Stuk, plask, stuk, plask…

Za ich ple­cami, z toa­lety umiesz­czo­nej obok scho­dów, roz­legł się odgłos spusz­cza­nej wody. Roślina znie­ru­cho­miała, zale­d­wie kilka kro­ków od przy­ja­ciół. Felix zoba­czył kątem oka, jak ktoś opusz­cza toa­letę i scho­dzi po scho­dach. Roślina wyprę­żyła się i z nie­sa­mo­witą pręd­ko­ścią rzu­ciła do przodu, odpy­cha­jąc się doniczką i liśćmi. Sadziła kil­ku­me­trowe susy. Stuk, plask, stuk, plask, stuk, plask… Minęła o metr ska­mie­nia­łych przy­ja­ciół i pognała w kie­runku scho­dów. Wyha­mo­wała, szo­ru­jąc doniczką po pod­ło­dze, i odwró­ciła „głowę”. Nasłu­chi­wała szumu wody, napeł­nia­ją­cej zbior­nik spłuczki. Obró­ciła się w stronę, gdzie zni­kła poten­cjalna ofiara, potem znów „zer­k­nęła” ku otwar­tym drzwiom i wresz­cie pod­jęła decy­zję. Weszła do toa­lety.

Felix drgnął i na pal­cach ruszył w kie­runku scho­dów. Nika, trzy­ma­jąc go za tył bluzy, postę­po­wała krok za nim.

— Zoba­czy nas — szep­nęła nie­mal bez­gło­śnie, ale nie zwol­niła.

Felix nie skrę­cił jed­nak w stronę scho­dów, tylko wolno pod­szedł do drzwi toa­lety. Nika wychy­liła się i zaj­rzała do środka.

— Bleee! — skrzy­wiła się. — Pije wodę z kibla!

„Głowa” rośliny gwał­tow­nie wynu­rzyła się z wnę­trza muszli klo­ze­to­wej i odwró­ciła w ich kie­runku. Z płat­ków kwiatu kapała woda. Zamarli, a roślina rzu­ciła się ku nim, otwie­ra­jąc pasz­czę pełną ostrych zębów. Stuk, plask, stuk, plask! Felix pchnął drzwi. Zatrza­snęły się z hukiem i w tej samej chwili coś rąb­nęło w nie od środka.

— Pora się ewa­ku­ować — stwier­dził cicho Felix.

Nika zamru­gała i z zapa­łem przy­tak­nęła. Coś znów łomot­nęło o drzwi, aż posy­pał się tynk wokół futryny. Zaczęli cofać się do scho­dów.

— Jest chyba za głu­pia, żeby naci­snąć klamkę, co? — zapy­tała z nadzieją w gło­sie Nika.

Jakby w odpo­wie­dzi na jej słowa, klamka drgnęła i zaczęła opa­dać. Felix rzu­cił się, by ją zła­pać, i pocią­gnął w górę. Zaparł się moc­niej o pod­łogę, zaci­snął zęby. Mimo to klamka powoli opa­dała. Nika oparła się ple­cami o drzwi.

— A jesz­cze pięć minut temu myśla­łam, że teraz to już nic się nam nie przy­trafi — jęk­nęła.

Klamka wresz­cie opa­dła, a drzwi zaczęły się, mili­metr po mili­metrze, otwie­rać. Pode­szwy przy­ja­ciół wolno prze­su­wały się po wypa­sto­wa­nej pod­ło­dze.

— Przy­dałby się ktoś do pomocy — stęk­nął Felix, pusz­cza­jąc klamkę i sku­pia­jąc się na pcha­niu. Mię­dzy drzwiami a fra­mugą poja­wiły się dwa liście, zaczęły pod­wa­żać i posze­rzać szcze­linę.

Felix zer­k­nął w stronę scho­dów. Dzie­liło je od nich z pięć metrów.

— Na trzy bie­gniemy na dół — powie­dział. — Mam nadzieję, że się zwali ze scho­dów. — Nika przy­tak­nęła. — Więc uwa­żaj… raz… dwa…

— Felix i Nika! Bez Neta?

Na dźwięk tego głosu liście nagle cof­nęły się, a drzwi zatrza­snęły. W toa­le­cie zapa­no­wał spo­kój. Pro­fe­sor Butler, w swoim bia­łym (nie­gdyś) far­tu­chu, kro­czył wolno w ich stronę. Rzad­kie, tłu­ste i siwe włosy zwi­sały mu smęt­nie z głowy.

— Uciekł mi pewien okaz. — Uśmiech­nął się, jakby cho­dziło o rzadki gatu­nek kanarka. — Warto by go odszu­kać, zanim pojawi się tu wię­cej uczniów. Jesz­cze się ktoś prze­stra­szy… Nie widzie­li­ście mojej rosiczki tygry­siej?

— Rosiczki tygry­siej?! — powtó­rzyli jed­no­cze­śnie, wciąż opie­ra­jąc się ple­cami o drzwi.

— Nie pamię­ta­cie? Dro­sera supe­riora. To taka mała, uro­cza roślinka polu­jąca na muchy.

— Mała? — jęk­nęła Nika.

— Na muchy? — Felix prze­łknął ślinę.

— Chyba zde­cy­do­wała się sama zapo­lo­wać. Że tak powiem, poetycko, wyszła spod klo­sza, he, he. — Pro­fe­sor wło­żył palec do ucha i chwilę w nim dłu­bał. — Nie spo­dzie­wa­łem się, że to gatu­nek wędrowny.

— Nie wiem, czym ją pan kar­mił — powie­dział wolno Felix — ale „małą” to już na pewno nie można jej nazwać.

— Przez cały week­end nic nie jadła — przy­znał Butler, oglą­da­jąc z bli­ska wycią­gnięty z ucha palec. — Może być nieco hm… wygłod­niała.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli na sie­bie, a potem moc­niej wsparli drzwi.

— Chyba spę­dziła week­end bar­dzo pra­co­wi­cie — kon­ty­nu­ował Felix. — Założę się, że w piw­nicy nie ma już szczu­rów.

— A na stry­chu gołębi — dodała Nika.

— Pozo­staje mieć nadzieję, że pan Syl­we­ster jesz­cze żyje.

— O czym wy mówi­cie? — zapy­tał pro­fe­sor, mru­żąc oczy. Z uwagą przyj­rzał się przy­ja­cio­łom, prze­niósł wzrok na drzwi, które blo­ko­wali, i wyraz praw­dzi­wego zanie­po­ko­je­nia poja­wił się na jego twa­rzy.

— Ona tam jest? — zapy­tał.

Przy­tak­nęli szybko.

— Ktoś ją widział?

— Ekierka — odparła Nika, ale szybko się popra­wiła. — To zna­czy pani Bąk.

— Czy bar­dzo uro­sła? — Rozej­rzał się nie­spo­koj­nie. — Pytam, rzecz jasna, o dro­serę, nie o eee… panią Bąk.

— Tro­chę… — Skrzy­wiła się Nika.

— Jak „tro­chę”? — Pro­fe­sor nachy­lił się nad nią, nie­mal groź­nie. — O pięć cen­ty­me­trów? — Zaprze­czyła ruchem głowy. — O dzie­sięć? Może łatwiej będzie w pro­cen­tach?

Nika zacięła się w obli­cze­niach i spoj­rzała na Felixa.

— Powie­dział­bym, że… eee… o jakiś tysiąc pro­cent. — Felix odsu­nął się od drzwi.

— Nie… To by zna­czyło, że jest teraz dzie­sięć razy więk­sza. Coś źle poli­czy­łeś. — Nagle zbladł, choć wyda­wało się, że przy jego bla­dej cerze jest to nie­moż­liwe. — O nieba, naja­dła się mega­na­wozu…

Się­gnął do klamki, ale Nika pokrę­ciła szybko głową i jesz­cze moc­niej przy­le­piła plecy do drzwi.

— Jest więk­sza od nas — powie­działa.

— Mimo to chcę ją zoba­czyć…

Dziew­czyna roz­po­starła ramiona, zabra­nia­jąc wstępu.

— To krwio­żer­cza bestia! Nie wypusz­czę jej.

Z dołu dało się sły­szeć zamie­sza­nie, pod­nie­sione głosy. Pro­fe­sor obej­rzał się na schody i szybko zapy­tał:

— A jak prze­gry­zie drewno?

Nika natych­miast odsko­czyła od drzwi, a Butler otwo­rzył je szybko i znik­nął w środku. Przy­ja­ciele cof­nęli się, wbi­ja­jąc wzrok w wolno zamy­ka­jące się drzwi. Chwilę pano­wała cisza.

— Wyłaź w tej chwili z kabiny! — roz­legł się sta­now­czy głos pro­fe­sora.

Skrzyp­nęły zawiasy. Stuk, plask, stuk, plask. Pro­fe­sor z wra­że­nia gło­śno wcią­gnął powie­trze, a potem gło­śno je wypu­ścił.

— I co ty sobie wyobra­żasz? — zapy­tał z dziw­nym, zwa­żyw­szy oko­licz­no­ści, spo­ko­jem. — Chcesz skoń­czyć jako kom­post? Wstydź się…

Przy­ja­ciele, prze­ła­mu­jąc strach, zbli­żyli się do drzwi, a Felix ostroż­nie uchy­lił je. Rosiczka stała na środku toa­lety w kałuży wody zmie­sza­nej z zie­mią. Wyglą­dała jak kupka nie­szczę­ścia. Zgar­biła się, liście jej okla­pły, opu­ściła smutno głowę.

— Co ja mam z tobą zro­bić? — Pro­fe­sor pogła­skał ją po ojcow­sku.

Roślina wzru­szyła łody­gami. Widać było, że szcze­rze żałuje.

— Dobra­łaś się do mega­na­wozu — bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał pro­fe­sor.

Przy­tak­nęła, prze­krzy­wia­jąc lekko głowę, co miało zapewne zna­czyć „Skoro stał na wierz­chu…”.

— Co robi­cie?

Felix i Nika pod­sko­czyli i nie­mal krzyk­nęli, czu­jąc czy­jeś dło­nie na swo­ich ramio­nach. Odwró­cili się gwał­tow­nie. Za nimi stał Net. Uśmie­chał się, co zna­czyło, że nie zaj­rzał jesz­cze do toa­lety. Miał na sobie bor­dową bluzę z kap­tu­rem i zie­lone, za luźne spodnie. Jego ciem­no­blond fry­zura tra­dy­cyj­nie wyglą­dała tak, jakby w dro­dze do szkoły zde­rzył się z tor­na­dem.

— Dla­czego Syl­we­ster się zaba­ry­ka­do­wał? — zapy­tał, popra­wia­jąc oku­lary. Nie rozu­miał ich wystra­szo­nych min. — Dla­czego nic nie mówi­cie?

Nika nogą przy­mknęła drzwi.

— Chodź, to sam zoba­czysz — roz­legł się z dołu głos mate­ma­tyczki.

— Ekierka znów się cze­goś spe­niała. — Net wska­zał za sie­bie kciu­kiem. — No, co macie takie miny?!

Wepchnęli go tyłem do toa­lety i zamknęli drzwi. Rosiczka spoj­rzała na nich. Słowo „patrzeć” nie do końca do niej paso­wało, bo nie miała oczu, jed­nak w jakiś spo­sób „widziała” oto­cze­nie.

— Co wy robi­cie? — Net zaczy­nał się poważ­nie nie­po­koić. Za jego ple­cami roślina wypro­sto­wała się nieco. Pro­fe­sor cze­kał, zacie­ka­wiony.

— Zało­żymy się o dychę? — zapro­po­no­wał Felix. — Dycha, że zaczniesz wrzesz­czeć w ciągu następ­nej minuty.

— Co ty! — Net mach­nął ręką. — Mor­ten poko­nany, Gang Nie­wi­dzial­nych Ludzi nie ist­nieje. Czego mogę się jesz­cze bać po spo­tka­niu z trans­for­mu­ją­cymi robo­tami modu­ło­wymi?

— Przyj­mu­jesz?

— Jasne! — Net przy­kle­pał zakład. — Dla­czego sądzisz, że miał­bym wrzesz­czeć?

— Pamię­tasz taki stary angiel­ski film Dzień try­fi­dów? — Felix włą­czył sto­per w zegarku. — Była też książka.

— Pamię­tam film… — Net zmarsz­czył brwi. — O takich wiel­kich rośli­nach ludo­żer­cach.

— A pamię­tasz rosiczkę tygry­sią? — zapy­tała Nika.

— No, taki malutki kwia­tu­szek pod klo­szem. Łapał muchy na zaję­ciach u tego sta­rego obrzy­dliwca.

Nika przy­gry­zła wargę i spoj­rzała w sufit.

— Chyba nie chcesz zali­czyć zajęć z bota­niki — mruk­nęła.

Net zasta­no­wił się, zaczy­nał już coś podej­rze­wać. Odwró­cił się i zoba­czył Butlera, nie­zbyt prze­ję­tego dopiero co usły­sza­nym nie­po­chleb­nym okre­śle­niem wła­snej osoby, i już miał zacząć prze­pra­szać, gdy zauwa­żył sto­jącą obok nauczy­ciela rosiczkę. Otwo­rzył sze­rzej oczy i wrza­snął nieco piskli­wie. Felix wyłą­czył sto­per i zasło­nił mu usta ręką.

— Trzy­dzie­ści dwie sekundy — oznaj­mił. — Jesteś mi winien dyszkę. A teraz się zamknij, bo ścią­gniesz tu całą szkołę. Będziesz cicho?

Net przy­tak­nął, więc Felix go puścił. Rosiczka nie wyglą­dała teraz aż tak groź­nie, przy­gnie­ciona cię­ża­rem kry­tyki swo­jego twórcy.

— To przez nią ta bary­kada… — wyszep­tał Net, gapiąc się jak zahip­no­ty­zo­wany na roślinę. — Syl­we­ster ją widział i znów naro­bił zamie­sza­nia… Co ona zeżarła?

Za drzwiami dały się sły­szeć kroki dwóch par nóg.

— Sły­sza­łam krzyk… To mon­strum kogoś zaata­ko­wało!

— Cecy­lio… pro­szę cię…

Wszy­scy zamarli, ocze­ku­jąc, aż kroki i roz­mowa się oddalą.

— Panie pro­fe­so­rze, mamy dzie­sięć minut, żeby ją stąd jakoś zabrać. — Felix popa­trzył na zega­rek. — Potem ten kib… ta toa­leta zamie­nia się w palar­nię.

— Ekierka ze Sto­krotką wła­śnie skrę­cili do sali bio­lo­gicz­nej. — Nika pod­glą­dała przez szparę w nie­do­mknię­tych drzwiach. — To zaraz za rogiem. Nie możemy stąd wyjść.

Pro­fe­sor wes­tchnął i spoj­rzał na rosiczkę.

— Teraz zadam ci jedno bar­dzo ważne pyta­nie. — Nachy­lił się, a ona sku­liła się tak, że była od niego niż­sza. — I żądam szcze­rej odpo­wie­dzi. Czy zja­dłaś pana Syl­we­stra?

Rosiczka gwał­tow­nie zaprze­czyła, krę­cąc głową i macha­jąc gór­nymi liśćmi. Pro­fe­sor ode­tchnął. Net za to spra­wiał wra­że­nie kogoś, kto pod­czas waka­cji przy­pad­kiem wmie­szał się w wycieczkę pen­sjo­na­riu­szy domu dla umy­słowo cho­rych.

— Panie pro­fe­so­rze — pona­glił Felix. — Musimy się stąd wyno­sić.

— Tak, to nie­zły pomysł… — przy­znał Butler.

— Prze­cież nas ktoś zoba­czy — zaprze­czyła Nika.

— Zawińmy ją w far­tuch — zapro­po­no­wał Felix.

Butler zdjął far­tuch i zało­żył na „grzbiet” rosiczki. Przyj­rzał się, zmarsz­czył nos i poru­szył kilka razy uszami, w wyniku czego oku­lary pod­je­chały parę mili­me­trów wyżej.

— Wygląda jak ET w szla­froku — oce­niła Nika. — Nic z tego.

Net wciąż gapił się na roślinę jak zahip­no­ty­zo­wany.

— Sprawdź, która sala jest wolna na pierw­szej lek­cji — rzu­cił w jego stronę Felix.

Net ock­nął się, się­gnął do ple­caka i roz­su­nął suwak, ozdo­biony bre­lo­kiem zro­bio­nym z kom­pu­te­ro­wej karty pamięci. Wycią­gnął lap­top, otwo­rzył go i zaczął stu­kać w kla­wi­sze.

— Sala sto trzy­na­ście — oznaj­mił. — Kory­ta­rzem pro­sto, dru­gie drzwi na prawo.

— OK, prze­cze­kamy tam, aż zaczną się lek­cje.

Kroki na kory­ta­rzu znów zaczęły się zbli­żać. W toa­le­cie zapa­no­wało nagłe zamie­sza­nie. Felix i Nika rzu­cili się do pierw­szej kabiny. Po chwili Felix cof­nął się i pocią­gnął za koł­nierz Neta. Pro­fe­sor zdą­żył wbiec do dru­giej kabiny. Rosiczka, wciąż ubrana w far­tuch, roz­glą­dała się, zdez­o­rien­to­wana. W tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi i weszło trzech roz­ba­wio­nych uczniów. Wło­żyli do ust jointy, jeden z nich przy­pa­lił. Wypu­ścili pierw­sze obłoczki dymu i zamarli – dopiero teraz zoba­czyli postać w bia­łym far­tuchu sto­jącą na środku toa­lety. Zamiast głowy miała wielki czer­wony kie­lich kwiatu.

Jointy wypa­dły z otwar­tych ust. Chłopcy spoj­rzeli na sie­bie.

— Prze­pra­szamy — wydu­kali i kła­nia­jąc się nisko, wyco­fali za drzwi. Z kory­ta­rza dobie­gły odgłosy sza­mo­ta­niny.

— Mówi­łem?! Mówi­łem?! Halu­cy­na­cje! Mózg nam wypali! Wyrzuć to! Wysyp wszystko do kosza…

Przy­ja­ciele i Butler wyszli z kabin. Felix skrzy­wił się i przy­dep­tał dymiące jesz­cze skręty.

— Oj wypali, wypali… — mruk­nął pod nosem pro­fe­sor. Zdjął z rosiczki far­tuch i narzu­cił na sie­bie.

— Spraw­dzę — powie­dział Felix i wyj­rzał na kory­tarz. — Droga wolna.

Wybie­gli, roz­glą­da­jąc się na wszyst­kie strony. Stuk, plask, stuk, plask. Nagle zatrzy­mali się, na dole scho­dów poja­wiły się bowiem dwie dziew­czyny z dru­giej klasy. Szcze­bio­cząc coś, minęły rosiczkę i niczego nie zauwa­ża­jąc, weszły na kolejny bieg scho­dów. Rosiczka odpro­wa­dziła je wzro­kiem, obli­zu­jąc się łako­mie. Ruszyli dalej. Stuk, plask, stuk, plask. Schy­leni, prze­my­kali kory­ta­rzem jak oddział par­ty­zancki. Do drzwi sali zostało jesz­cze dzie­sięć metrów, gdy nagle jak spod ziemi wyrósł histo­ryk, pro­fe­sor Cedy­nia. Zmru­żył oczy za swo­imi gru­bymi szkłami i przyj­rzał się rosiczce.

— Nie za wcze­śnie na cho­inkę? — zapy­tał nie­przy­tom­nie Butlera. — Prze­cież dopiero co była Wiel­ka­noc. Któ­rego dzi­siaj mamy?

Butler spoj­rzał, jakby miał ochotę udu­sić go wzro­kiem.

— Dwu­dzie­stego trze­ciego grud­nia — powie­dział gro­bo­wym gło­sem.

Cedy­nia zmarsz­czył brwi i prze­krzy­wił głowę, licząc coś w myślach, a oddział par­ty­zancki wymi­nął go i ruszył dalej. Stuk, plask, stuk, plask. Nika pierw­sza dopa­dła drzwi sali 113 i szarp­nęła klamkę.

— Zamknięte! — jęk­nęła.

— Wyglą­dało jak wielki try­fid. — Zza rogu kory­ta­rza roz­legł się zde­ner­wo­wany głos Ekierki.

Felix gwał­tow­nie prze­trzą­sał swój ple­cak. Wycią­gnął srebrne coś wiel­ko­ści gru­bego dłu­go­pisu – klucz uni­wer­salny. Wepchnął koń­cówkę do zamka i włą­czył. Mecha­nizm zabrzę­czał i zachro­bo­tał, poru­sza­jąc róż­nego kształtu blasz­kami. Szu­kał kom­bi­na­cji odpo­wied­niej dla tego zamka.

— A cho­dziło jak głodny goryl. — Głos mate­ma­tyczki był coraz wyraź­niej­szy. — Jakby się opie­rało na rękach, prze­rzu­ca­jąc nogi… zna­czy doniczkę, do przodu.

— Nie możesz szyb­ciej? — syk­nął Net.

Rosiczka zaczęła pod­ska­ki­wać z napię­cia, stu­ka­jąc doniczką o pod­łogę. Patrzyła to na klucz, to na zakręt kory­ta­rza.

— Rzu­ciło się na mnie, Juliu­szu! — Musieli być zale­d­wie kilka kro­ków od zakrętu. — Czy ty mi wie­rzysz?

Zamek wresz­cie ustą­pił i wszy­scy wpa­dli do sali. Felix zatrza­snął drzwi i zamknął zamek. Net ode­tchnął z ulgą i odwró­cił się, spo­ty­ka­jąc się twa­rzą w twarz z rosiczką. Odsko­czył jak opa­rzony.

— Ciii… — Nika przy­ło­żyła palec do ust.

Sły­chać już było kroki dyrek­tora i mate­ma­tyczki.

— Pytam, czy ty mi wie­rzysz, Juliu­szu?

— No wiesz… zasad­ni­czo…

— Patrz! Ślady ziemi! Jest tam…

Kroki zbli­żyły się. Klamka wolno opa­dła i drzwi drgnęły. Rosiczka spoj­rzała w dół i unio­sła korze­nie, jakby to były palce u nóg w san­da­łach. Z doniczki wysy­pało się tro­chę ziemi. Była dosko­nale widoczna na czy­ściut­kiej pod­ło­dze.

— Zamknięte — oświad­czył Sto­krotka. — Skoro to dla cie­bie tak ważne, to pójdę po klucz.

— Zacze­kaj! Za nic nie zostanę tu sama!

Blum, blum, blum…

— Komu bur­czy w brzu­chu? — szep­nął Net, roz­glą­da­jąc się. Spoj­rzał na roślinę i odsu­nął się o krok, odru­chowo uno­sząc ręce w obron­nym geście. — Jezu! Ona patrzy na mnie i się ślini!

— Ma tygrysi ape­tyt — wyja­śnił Butler. — Zja­dła mega­na­wóz i rośnie.

— To będzie jesz­cze więk­sza?!

— Nie możemy tu zostać — jęk­nęła Nika.

Rosiczka pokrę­ciła głową.

— Na kory­ta­rzu jest już mnó­stwo osób — zauwa­żyła dziew­czyna. — Bie­gnąca roślina nie wcho­dzi w grę.

— Kla­syczny pat — wes­tchnął Net, z nie­po­ko­jem nasłu­chu­jąc, jak rosiczka co chwila prze­łyka ślinę.

Felix klep­nął się w czoło.

— Prze­cież to roślina donicz­kowa. Możemy ją prze­nieść i nikt się nie zdziwi.

— Scho­waj głowę w liście — pole­cił Butler. Rosiczka przy­tak­nęła i posłusz­nie sku­liła się, uda­jąc zie­loną liścia­stą kulę.

Felix chwy­cił brzeg doniczki i spoj­rzał na Neta.

— Bur­czy jej w łody­dze — stwier­dził Net. — Mam podejść do głod­nego ludo­jada?

— Nic ci nie zrobi — zapew­niła go bez prze­ko­na­nia Nika.

— Te korze­nie się ruszają… — Net skrzy­wił się, ale zła­pał doniczkę i pod­niósł ją razem z Feli­xem. Zaci­snął usta, gdy rosiczka pod­parła się na ich ramio­nach gór­nymi liśćmi.

Nie wzbu­dza­jąc szcze­gól­nego zain­te­re­so­wa­nia, donie­śli rosiczkę do sali bio­lo­gicz­nej i posta­wili ją na zaple­czu pod oknem, gdzie od razu się wypro­sto­wała.

Ściany na zaple­czu, podob­nie jak w całej sali, zasta­wione były rega­łami peł­nymi kla­tek, oświe­tlo­nych halo­ge­nami ter­ra­riów, pó­łek z tajem­ni­czo wyglą­da­ją­cymi sło­ikami oraz sza­fami i szaf­kami zamknię­tymi na klucz. W rogu stał nawet stary sejf z trzema szy­fro­wymi pokrę­tłami. W oknach zamon­to­wano drew­niane żalu­zje, teraz do połowy zasu­nięte – jasne świa­tło nie było tu mile widziane.

Butler omi­nął resztki potłu­czo­nego klo­sza, któ­rym była przed­tem nakryta roślina, i pod­szedł do dłu­giego blatu robo­czego, zasta­wio­nego mikro­sko­pami i róż­nego rodzaju sprzę­tem labo­ra­to­ryj­nym. Pod­niósł prze­wró­cone, puste pudełko z reszt­kami nie­bie­skiego proszku. Spoj­rzał groź­nie na rosiczkę, ale ta zapa­trzyła się aku­rat w sufit, uda­jąc, że nie zauważa tego, co trzyma pro­fe­sor.

— To mega­na­wóz — wyja­śnił, prze­no­sząc wzrok na uczniów. — Dodaje się led­wie szczyptę do wody w konewce. Szczyptę! A ona zeżarła dzienną por­cję dla hek­tara lasu!

— Po co komu taki nawóz? — zapy­tał Net.

— Dzięki mega­na­wo­zowi miało się stać moż­liwe szyb­kie zale­sia­nie wiel­kich obsza­rów ugo­rów. Wystar­czy­łyby nasionka drzew, mega­na­wóz, woda i tro­chę skład­ni­ków orga­nicz­nych. Po mie­siącu na pustyni szu­miałby las. Taka moja pry­watna dłu­ba­nina…

— Oni tu wrócą — rzu­ciła nagle Nika. — Dyrek­tor i eee… pani Bąk. Nie znajdą nic w sali 113, więc przyjdą tutaj.

Butler wyce­lo­wał palec w rosiczkę i pole­cił sta­now­czym tonem:

— Uda­waj roślinę.

Roz­legł się dzwo­nek.

— Co mamy pierw­sze? — zapy­tał Net, po czym opu­ścił ramiona i zre­zy­gno­wany sam sobie odpo­wie­dział. — Infor­ma­tykę z panem Efte­pem.

— A! Jesteś jed­nak. — Dyrek­tor sta­nął w progu.

Pro­fe­sor Butler i trójka przy­ja­ciół zasty­gli, nie­na­tu­ral­nie wypro­sto­wani, z nie­win­nymi minami opie­ra­jąc się o blat robo­czy, jak grupka dzieci przy­ła­pana na pod­ja­da­niu w kuchni. Rosiczka rów­nież znie­ru­cho­miała, po raz pierw­szy zasłu­gu­jąc w pełni na miano rośliny.

— Musimy poroz­ma­wiać — powie­dział dyrek­tor. Wszedł na zaple­cze i sta­nął wprost pod rosiczką.

Blum, blum, blum-blum, blu­uum…

— Co to było? — zapy­tał, odwra­ca­jąc się gwał­tow­nie. Z pyska wyprę­żo­nej na bacz­ność rosiczki wysą­czyła się strużka śliny i dotknęła rękawa nie­ska­zi­tel­nie czy­stej bor­do­wej mary­narki.

— Nie jadłem śnia­da­nia — skła­mał Net.

— Nawet jakoś tak kiep­sko wyglą­dasz… Dro­gie dzieci, chyba czas iść do klasy.

Przy­ja­ciele posłusz­nie wyszli z zaple­cza. Zatrzy­mali się jed­nak przy drzwiach sali, więc sły­szeli każde słowo.

Dyrek­tor prze­cha­dzał się po pomiesz­cze­niu, zało­żyw­szy ręce z tyłu. Rosiczka szyb­kim ruchem liścia prze­rwała nitkę śliny, ucze­pio­nej jego rękawa, po czym znów znie­ru­cho­miała, bacz­nie obser­wu­jąc gościa i pró­bu­jąc poko­nać głód.

— Musimy poroz­ma­wiać o tym, co się tu dzieje… — zaczął Sto­krotka. — W zeszłym mie­siącu taran­tula, teraz jakieś zie­lone mon­strum… Co ty tu wła­ści­wie robisz, Zeno­nie?

— Nauczam — odpo­wie­dział Butler. Ścią­gnął oku­lary i wytarł je rąb­kiem far­tu­cha. Nic a nic nie popra­wiło to czy­sto­ści szkieł.

— Nie reali­zu­jesz pro­gramu, a to ja będę się tłu­ma­czył w kura­to­rium. — Dyrek­tor rozej­rzał się po oka­zach zgro­ma­dzo­nych na zaple­czu i prze­szedł go dreszcz. — Rodzice kilku dziew­czy­nek skar­żyli się na różne obrzy­dli­stwa i potwor­no­ści, jakie tu trzy­masz. Co będzie, jak coś z tych two­ich… spe­cja­łów wyj­dzie i zaata­kuje jakie­goś ucznia?

— Wszystko jest dosko­nale zabez­pie­czone i nie sta­nowi zagro­że­nia.

Blum, blum, blum…

— A teraz to co to było?! — Dyrek­tor roz­glą­dał się ner­wowo po ter­ra­riach i sło­ikach z dzi­wac­twami.

— Kalo­ry­fer! — odpa­ro­wał szybko Butler. — Zapo­wie­trzony.

— Aha… Za każ­dym razem, gdy tu wcho­dzę, odczu­wam jakiś dziwny nie­po­kój… Wra­ca­jąc do celu mojej wizyty, roz­ma­wia­łem z Syl­we­strem. Wiesz, co powie­dział? Że widział w nocy zie­lone coś, bie­ga­jące po kory­ta­rzach i polu­jące na szczury w piw­nicy. A, ehem… — odkaszl­nął — wiesz, co widziała Cecy­lia? Też zie­lone coś, bie­ga­jące po kory­ta­rzach.

— Psy­choza indu­ko­wana — odparł śmier­tel­nie poważ­nie Butler. — Cecy­lia usły­szała to od Syl­we­stra i uwie­rzyła.

— Co więc widziała?

— Ucznia w zie­lo­nym swe­trze. Wyobraź­nia dopo­wie­działa resztę.

Sto­krotka zamru­gał i w zamy­śle­niu spoj­rzał na żalu­zje. Pod­szedł do okna. Rosiczka wal­czyła z gło­dem, ale w końcu nie wytrzy­mała. Otwo­rzyła pasz­czę, wielką jak u tygrysa, pełną ostrych zębów i nachy­liła się, celu­jąc w łysinę dyrek­tora. Butler rzu­cił się, zła­pał ją za szyję, czyli za górny frag­ment łodygi, i przy­ci­snął do ściany.

Sto­krotka cof­nął się, wystra­szony.

— Prze­wró­ci­łaby się — wyja­śnił szybko bio­log. — Ma za małą doniczkę i nie jest sta­bilna. Lepiej ją przy­wiążę do rury.

Rosiczka posłała mu mor­der­cze „spoj­rze­nie”, ale Butler i tak przy­wią­zał ją wstążką do rury cen­tral­nego ogrze­wa­nia.

— Tak lepiej — oce­nił, otrze­pu­jąc ręce. — Ina­czej mógł­byś pomy­śleć, że chciała się na cie­bie rzu­cić. He, he — zaśmiał się.

Dyrek­tor zawtó­ro­wał mu, ale jakoś tak bez prze­ko­na­nia. Polu­zo­wał muszkę, zer­k­nął podejrz­li­wie na wyprę­żoną na bacz­ność rosiczkę i powoli wyco­fał się z zaple­cza.

— Tak więc — powie­dział jesz­cze, odzy­sku­jąc pozory pew­no­ści sie­bie — pozbądź się węży, jado­wi­tych pają­ków i temu podob­nych rze­czy. Można je poka­zy­wać uczniom na zdję­ciach.

I z wyraźną ulgą wyszedł z sali bio­lo­gicz­nej.

— Kalo­ry­fer? — mruk­nął jesz­cze. — Prze­cież sezon grzew­czy się skoń­czył…

Felix, Net i Nika cof­nęli się, uda­jąc, że nagle zain­te­re­so­wał ich widok za oknem. Gdy dyrek­tor znik­nął za rogiem, ruszyli w kie­runku sali infor­ma­tycz­nej.

— Sto­krotka chce się pozbyć tych wszyst­kich obrzy­dlistw Butlera — stwier­dziła smutno Nika.

— Jakoś nie bar­dzo się cie­szysz — zauwa­żył Felix.

— Bo mi go szkoda.

— Ale znikną pająki, węże, skor­piony i wszystko, czego się boisz.

— Jak są za szkłem, to mogę prze­żyć. — Mach­nęła ręką. — Sia­dam pod oknem i nie widzę. A on by tego nie prze­żył.

— Powin­ni­śmy mu pomóc — zasta­no­wił się Felix. — To w sumie przy­zwo­ity facet. I wymy­ślił parę nie­złych… gatun­ków.

— No, ta rosiczka na podwórku byłaby sku­tecz­niej­sza od rot­twe­ilera — przy­znał Net.

Weszli do sali. Cała klasa już tam była. Pan Eftep zer­k­nął na zega­rek, z wyrzu­tem spoj­rzał na spóź­nial­skich i wska­zał im miej­sca przy usta­wio­nych w wyspę sto­łach z kom­pu­te­rami. Pan Eftep był wyso­kim, chu­dym męż­czy­zną peł­nym samo­uwiel­bie­nia. Pierw­szy kwa­drans nie­mal każ­dej lek­cji prze­zna­czał na opo­wia­da­nie o wła­snych zale­tach i suk­ce­sach z cza­sów, gdy jesz­cze nie uczył w szkole. Kie­dyś pra­co­wał w kilku dużych fir­mach, gdzie zaj­mo­wał się bez­pie­czeń­stwem danych. Ni­gdy nie wyja­śnił, dla­czego już tam nie pra­cuje. Na lek­cjach infor­ma­tyki naj­bar­dziej cier­piał Net, który znał się na kom­pu­te­rach lepiej niż nie­je­den doświad­czony infor­ma­tyk. Musiał to skrzęt­nie ukry­wać, by nie wyszły na jaw nie­które z jego podej­rza­nych akcji.

— Coś się działo? — Felix zapy­tał szep­tem sie­dzą­cego obok Lucjana, naj­więk­szego chło­paka z klasy.

— Nudy jak zwy­kle — odparł tam­ten roz­le­ni­wio­nym gło­sem. — W tej szkole ni­gdy nie dzieje się nic cie­ka­wego.

* * *

Na prze­rwie pół szkoły zeszło na par­ter, do skle­piku. Z powodu braku auto­matu z bato­nami kolejka zro­biła się dwa razy dłuż­sza niż zwy­kle. Felix, Net i Nika dotarli na miej­sce, gdy już nie było szansy kupie­nia cze­go­kol­wiek przed dzwon­kiem. Na początku kolejki nie­śmiało trzy­mali się za ręce Celina i Kle­mens. Łączyła ich skłon­ność do sie­bie nawza­jem i do sło­dy­czy pod każdą posta­cią.

— Spa­damy stąd, spró­bu­jemy na następ­nej prze­rwie — mruk­nął Net.

Weszli na pierw­sze pię­tro. Koło męskiej toa­lety stał pan Czwar­tek i słu­chał pani Pum­per­ni­kiel. Tłu­ma­czyła mu coś, co chwila wska­zu­jąc szmatą drzwi do toa­lety.

— Jak stado świń — dobie­gło uszu przy­ja­ciół. — Star­czyła jedna lek­cja i pod­łoga ześwi­niona!

— Chyba „zaświ­niona” — mruk­nął nauczy­ciel.

Czwar­tek uczył fizyki. Lekki brzu­szek, oku­lary i siwe wąsy nada­wały mu sym­pa­tyczny wygląd. Był lubiany przez uczniów za cie­kawe lek­cje i ponad­prze­ciętne poczu­cie humoru. Teraz jed­nak wyglą­dał na poważ­nie zde­ner­wo­wa­nego. Poru­szał wąsami i przy­ta­ki­wał. Wresz­cie gestem ręki prze­rwał potok słów pły­nący z ust sprzą­taczki i wszedł do toa­lety. Chwilę póź­niej wewnątrz bły­snął kilka razy flesz apa­ratu w tele­fo­nie.

— To do niego nie­po­dobne — stwier­dził Felix. — Tak się prze­jął zaświ­nioną pod­łogą?

Czwar­tek wyszedł z toa­lety, prze­glą­da­jąc zdję­cia na ekra­nie tele­fonu. W dru­giej ręce niósł małą torebkę foliową. Posłał przy­ja­cio­łom prze­lotne spoj­rze­nie i zszedł na par­ter.

— Próbki ziemi do ana­lizy? — zapy­tał Net. — Chyba Sto­krotka jed­nak zarzą­dził śledz­two.

— Pomo­żemy Butle­rowi — powie­działa sta­now­czo Nika. — Zała­mie się, jak będzie musiał się pozbyć swo­ich skar­bów.

Następną lek­cją była fizyka wła­śnie z panem Czwart­kiem. Spóź­nił się dobrych pięć minut i wyglą­dał na zde­ner­wo­wa­nego, jed­nak gdy zaczął pro­wa­dzić lek­cję, wyraź­nie się roz­luź­nił. Wyjął z kie­szeni swój srebrny dłu­go­pis, który w razie potrzeby roz­su­wał się tele­sko­powo jak antena, zamie­nia­jąc się we wskaź­nik.

Ławki w sali fizycz­nej były usta­wione w pod­kowę, tak by wszy­scy mogli dokład­nie widzieć, co dzieje się na wiel­kim stole doświad­czal­nym, sto­ją­cym na środku sali.

Nauczy­ciel, ruchem pre­sti­di­gi­ta­tora, ścią­gnął mate­riał okry­wa­jący podłużny przed­miot. Oka­zało się nim akwa­rium, ale o dość dziw­nym kształ­cie. Dłu­gie na pół­tora metra, wyso­kie na jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, a sze­ro­kie na zale­d­wie pięć. Nie było też w nim żad­nych ryb, tylko woda, wypeł­nia­jąca je do połowy wyso­ko­ści.

— Dziś opo­wiem o falach elek­tro­ma­gne­tycz­nych — zaczął nauczy­ciel. — Fale elek­tro­ma­gne­tyczne towa­rzy­szą nam na co dzień. Pamię­ta­cie jesz­cze, co to jest fala?

Wło­żył do akwa­rium długą deseczkę, tak by dotknęła dna, i deli­kat­nie w nią puk­nął. Po powierzchni wody roze­szły się drob­niut­kie fale. Gdy woda się uspo­ko­iła, pchnął deseczkę wol­niej, ale i moc­niej. Tym razem fale były łagod­niej­sze.

— Odle­głość mię­dzy grzbie­tami nazy­wamy dłu­go­ścią fali — powie­dział fizyk, poka­zu­jąc czub­kiem wskaź­nika akwa­rium. — Można też poli­czyć, jak czę­sto grzbiety fal nastę­pują po sobie – będziemy to nazy­wać czę­stotliwością. Fale mogą być oczy­wi­ście krót­sze i dłuż­sze. Tak samo jest z falami elek­tro­ma­gne­tycz­nymi, tyle że one roz­cho­dzą się w prze­strzeni wokół nas. Wypeł­niają teraz tę salę, a nie­które z nich prze­ni­kają nawet przez ściany i nasze ciała.

— Jak Matrix… — szep­nął Oskar.

Roz­le­gło się kilka chi­cho­tów z końca sali.

Fizyk nie miał jed­nak zamiaru nikogo uci­szać ani besz­tać.

— Masz rację — powie­dział. — To dobre sko­ja­rze­nie. Zaraz do tego wró­cimy.

— Nie widzimy ich? — zapy­tał ni z tego, ni z owego Kle­mens. Nie rozej­rzał się po sali, w poszu­ki­wa­niu fal, ale nie­wiele bra­ko­wało.

— Nie­które z nich możemy zoba­czyć, a wła­ści­wie… jedyne, co możemy zoba­czyć, to wła­śnie fale elek­tro­ma­gne­tyczne.

— Jak Matrix… — powtó­rzył Oskar.

— Świa­tło, to nic innego jak fale elek­tro­ma­gne­tyczne o pew­nej czę­sto­tli­wo­ści — cią­gnął fizyk. — Wszystko w tej sali i za oknem widzi­cie dzięki temu, że do waszych oczu docie­rają wła­śnie te fale.

— Skąd się biorą? — zapy­tał znów Kle­mens.

— Ze słońca albo z żarówki. Wysy­łają je gorące obiekty. Odbi­jają się na przy­kład od… Oskara i docie­rają do naszych oczu. Dzięki temu widzimy, że Oskar sie­dzi wła­śnie tam. Widzimy nawet, że teraz dłu­bie w nosie.

W kla­sie roz­le­gły się śmie­chy, a Oskar scho­wał ręce pod stół i wypro­sto­wał się nie­na­tu­ral­nie.

— Fale drga­jące nieco szyb­ciej wydają się naszym oczom bar­dziej nie­bie­skie, a te drga­jące wol­niej, czyli o niż­szej czę­sto­tli­wo­ści, bar­dziej czer­wone. Tak roz­po­zna­jemy kolory. Ale, jak to traf­nie zauwa­żył kolega Oskar, z falami elek­tro­ma­gne­tycz­nymi jest tro­chę jak z Matri­xem. Możemy zoba­czyć tylko to, co pozwolą nam zoba­czyć. Nie widzimy na przy­kład wia­tru ani szyby, bo fale prze­cho­dzą przez nie nie­mal bez prze­szkód. Gor­sza sprawa, że nie widzimy wszyst­kich zakre­sów fal. — Fizyk prze­cha­dzał się wzdłuż sto­łów, bawiąc się swoim dłu­go­pi­sem-wskaź­ni­kiem. — Jeśli fale mają wysoką czę­sto­tli­wość, czyli ich grzbiety są bar­dzo bli­sko sie­bie, świa­tło staje się fio­le­towe, a potem prze­cho­dzi w ultra­fio­let. Ultra­fio­letu już nie możemy zoba­czyć. Fale ultrafio­le­towe przy­dają się za to latem. Gdy leży­cie na plaży, to wła­śnie one powo­dują, że się opa­la­cie. Jeśli fale ści­śniemy jesz­cze bar­dziej, otrzy­mamy pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie, takie samo jak to, które służy do prze­świe­tla­nia zła­ma­nej ręki.

— A w drugą stronę — zapy­tał znów Kle­mens, zwy­kle nie­udzie­la­jący się na lek­cjach. — Co ze świa­tłem, które jest za bar­dzo czer­wone?

— Takie fale, bar­dziej roz­cią­gnięte niż czer­wień, nazy­wamy pod­czer­wie­nią — wyja­śnił fizyk. — Pod­czer­wieni też nie widzimy, ale możemy ją poczuć…

Się­gnął do szafki pod sto­łem i wycią­gnął stam­tąd żelazko. Wetknął je do kon­taktu i zacze­kał, aż się nagrzeje. Następ­nie prze­szedł wzdłuż sto­łów i kazał wszyst­kim wycią­gnąć dło­nie. Prze­jeż­dżał żelaz­kiem w odle­gło­ści pół metra od nich, tak by wszy­scy poczuli cie­pło.

— Cie­pło bijące od roz­grza­nego żelazka — powie­dział — albo od słońca to wła­śnie pod­czer­wień. Bar­dzo słabe fale pod­czer­wone są sto­so­wane w pilo­tach do tele­wi­zo­rów. Jeśli fale elek­tro­ma­gne­tyczne roz­cią­gniemy jesz­cze bar­dziej, to otrzy­mamy mikro­fale. Zja­wi­sko bar­dzo przy­datne w kuchen­kach mikro­fa­lo­wych i tele­fo­nach komór­ko­wych. Dalej je roz­cią­ga­jąc, otrzy­mamy fale radiowe.

— Zaraz! — Oskar poczuł w sobie ducha odkrywcy. — Fale radiowe i świa­tło to to samo?

— Tak jest. — Fizyk poki­wał głową. — Odbior­nik radiowy anteną wyła­puje z prze­strzeni wokół sie­bie fale elek­tro­ma­gne­tyczne o kon­kret­nej czę­sto­tli­wo­ści. Szu­ka­jąc innej sta­cji radio­wej, tak naprawdę zmu­sza­cie odbior­nik, by odbie­rał fale o nieco innej czę­sto­tli­wo­ści.

— I nie ma żad­nych maszyn — zapy­tał Net — takich, żeby zoba­czyć te… inne czę­sto­tli­wo­ści?

— Nok­to­wi­zor umoż­li­wia widze­nie nocą dzięki pod­czer­wieni. Woj­sko bar­dzo lubi tę zabawkę, bo dosko­nale widać prze­ciw­ni­ków. Innym urzą­dze­niem jest radar, któ­rego dzia­ła­nie chyba dosko­nale zna­cie. Są też radio­te­le­skopy, które prze­szu­kują prze­strzeń kosmiczną w bar­dzo wielu zakre­sach fal. Może w ten spo­sób odkry­jemy kie­dyś inną cywi­li­za­cję?

Lek­cję, na któ­rej nikt się nie nudził, prze­rwał dopiero dzwo­nek. Pan Czwar­tek zło­żył swój tele­sko­powy dłu­go­pis i oznaj­mił:

— Na następ­nych zaję­ciach omó­wimy zja­wi­ska towa­rzy­szące roz­cho­dze­niu się fal.

* * *

Felix, Net i Nika, zacho­wu­jąc nie­zbędne środki ostroż­no­ści, by nikt ich nie zoba­czył, weszli na strych. Zamknęli za sobą drzwi na klucz i wąskimi drew­nia­nymi schod­kami wdra­pali się do swo­jej kwa­tery głów­nej. Kwa­tera główna była rodza­jem tajem­nej kry­jówki, klubu dla wta­jem­ni­czo­nych, w któ­rym mogli spę­dzać wolny czas i spo­koj­nie roz­ma­wiać. Urzą­dzili ją na początku roku szkol­nego w przy­tul­nym pomiesz­cze­niu, które wyda­wało się od dawna przez wszyst­kich zapo­mniane. Z dwóch stron spa­dzi­sty dach, w któ­rym umiesz­czone były małe pół­okrą­głe okienka, scho­dził nie­mal do pod­łogi. Z pozo­sta­łych dwóch stron pomiesz­cze­nie koń­czyło się ścia­nami oddzie­la­ją­cymi je od sali gim­na­stycz­nej i reszty stry­chu. Było tu sporo gra­tów, głów­nie pod­nisz­czo­nych mebli. Na dwóch wyż­szych ścia­nach usta­wiono bar­dzo stare szafy i regał. Na środku stały trzy krzywe fotele i niski sto­lik, oparty z jed­nej strony na cegłach – te meble przy­ja­ciele wtar­gali tu oso­bi­ście. Wystroju wnę­trza dopeł­niał wielki, pęk­nięty glo­bus, jakieś archa­iczne przy­rządy do fizyki, kilka wypcha­nych zwie­rząt i mnó­stwo dro­bia­zgów o nie­zna­nym prze­zna­cze­niu. Przez szcze­liny mię­dzy deskami ścianki dzia­ło­wej widać było długi zagra­cony strych.

Przy­ja­ciele usie­dli w fote­lach.

— Od czasu kiedy ostat­nio sie­dzie­li­śmy w tych fote­lach, sporo się wyda­rzyło — wes­tchnęła Nika.

Nie przy­cho­dzili tu od Świąt Wiel­ka­noc­nych.

— Wydaje mi się, że coś zna­leźli w Trzy­na­stej Księ­dze pro­fe­sora Kusz­miń­skiego — powie­dział Felix. — Wczo­raj, póź­nym wie­czo­rem, zadzwo­nili do mojego taty z Mini­ster­stwa Spraw Spe­cjal­nych. Spa­ko­wał się w pół godziny i wyje­chał nad morze.

— Po co nad morze? — zdzi­wiła się Nika. — Myśla­łam, że w księ­dze są obli­cze­nia do tego napędu… anty­coś­tam.

— Anty­gra­wi­ta­cyj­nego — pod­su­nął Felix. — Zdaje się, że kil­ku­na­stu naukow­ców miało pra­co­wite dwa tygo­dnie. Czy­tali księgę, pró­bu­jąc zro­zu­mieć wzory i sche­maty. Wygląda na to, że wczo­raj wie­czo­rem wresz­cie je roz­pra­co­wali. To musiało być coś waż­nego, bo tata nie lubi jeź­dzić nocą. W innej sytu­acji zacze­kałby do rana.

— Będziesz wie­dział coś wię­cej? — Netowi zabły­sły oczy. — Powiesz nam, prawda?

Felix pokrę­cił głową.

— Ni­gdy jesz­cze nie udało mi się nic z niego wycią­gnąć. Obse­syj­nie docho­wuje tajem­nic.

— Ale o czymś mniej taj­nym to chyba ci powie?

— Pomyślmy lepiej, jak pomóc Butle­rowi — przy­po­mniała Nika.

— To już nie jest sta­rym oble­śnia­kiem? — zapy­tał zło­śli­wie Net.

— Może i jest, ale to niczego nie zmie­nia. Jemu się cią­gle coś przy­da­rza. Tro­chę mi go szkoda.

— Mam taką teo­rię — zaczął Felix. — Teo­re­tycz­nie Moż­liwa Kata­strofa, w skró­cie TMK. Wystar­czy popeł­nić kilka pozor­nie nie­istot­nych błę­dów, zapo­mnieć o jakimś dro­bia­zgu albo odło­żyć coś do zro­bie­nia na póź­niej. Można też mieć dobre inten­cje, ale nie prze­my­śleć sprawy. Te wszyst­kie zanie­dba­nia łączą siły prze­ciwko nam i pro­wa­dzą do cze­goś… total­nie, mak­sy­mal­nie kata­stro­fal­nego.

— Cza­sem sta­wiam szklankę z wodą na obu­do­wie kom­pu­tera — przy­znał Net. — Jak się wywali, to będzie TMK.

— Coś w ten deseń.

— Albo jak się tan­kuje ben­zynę, paląc papie­rosa — pod­su­nęła Nika. — Pra­wie na pewno nastąpi TMK.

— Wła­śnie — przy­tak­nął Felix. — TMK to kata­strofa, któ­rej można było unik­nąć, gdyby wcze­śniej chwilę pomy­śleć.

— Butle­rowi zda­rza się to dość czę­sto — przy­znał Net. — Jest roz­tar­gniony.

— Nam też się to czę­sto przy­da­rza — dodała Nika.

— Dobra — prze­rwał im Felix. — Pod­sta­wowe pyta­nie brzmi: czego potrze­bu­jemy, żeby Sto­krotka zmie­nił decy­zję?

— No nie wiem, Ekierka jest uparta — skrzy­wił się Net. — Pamię­ta­cie robota peł­za­cza, do któ­rego wezwała ekipę od dezyn­sek­cji?

— Są jesz­cze rodzice tych dziew­czyn — przy­po­mniała Nika.

— Pomyślmy… — Net teatral­nie zła­pał się za brodę i uniósł jedną brew. — Można pod­cią­gnąć pająki pod plu­szaki. Samo­bieżne, inte­rak­tywne plu­szaki. Szkoda, że nie mru­czą, jak się je głasz­cze… Wy lubi­cie takie rze­czy.

Nika wywró­ciła oczami.

— Dziew­czyn raczej nie prze­ko­namy, nawet jak się dowiemy które to — oświad­czył Felix. — A może być też coś, o czym w ogóle nie wiemy. Zacznijmy od Sto­krotki. Jak jego prze­ko­nać?

— Nie o to cho­dzi — zaprze­czyła Nika. — Trzeba prze­ko­nać rodzi­ców tych dziew­czyn i Ekierkę. Wtedy Sto­krotce nie będzie się chciało szar­pać z Butle­rem.

— Czy my się nie zamie­niamy w jakieś przed­się­bior­stwo dobro­czynne? — zapy­tał z rezy­gna­cją Net.

— Potrzeba solid­nego argu­mentu — zasta­no­wił się Felix. — Cze­goś, co prze­kona wszyst­kich… Na zara­bia­nie pie­nię­dzy będzie jesz­cze czas. — Uśmiech­nął się.

— Znam tę minę — Net rów­nież się uśmiech­nął. — Genialny pomysł, kupa roboty i zero zysku.

— Mate­ria­li­sta — mruk­nęła Nika.

— Mam to po ojcu.

— Powiesz nam, co wymy­śli­łeś? — zapy­tała.

— Dowie­cie się — odparł Felix. — Ale sam się tym zajmę. To sprawa oso­bi­sta. Ktoś jest mi coś winien, tak przy­naj­mniej myślę.

W tym momen­cie roz­legł się dzwo­nek na trze­cią lek­cję.

* * *

Przed szkołę pod­je­chała tak­sówka. Wysia­dła z niej na oko trzy­dzie­sto­let­nia blon­dynka, z małym dyk­ta­fo­nem cyfro­wym i papie­ro­wym note­sem w ręku. Felix, cze­ka­jący od kilku minut na scho­dach, pod­szedł do niej.

— Felix Polon — przed­sta­wił się.

— Jagoda Jesio­now­ska. — Uśmiech­nęła się, wycią­ga­jąc rękę na powi­ta­nie. — Pamię­tam tę szkołę, ale cie­bie nie pamię­tam. A tak… ktoś się pod cie­bie pod­szy­wał. Cho­dziło o tę aferę z duchami. Przy­kra sprawa…

— Dzię­kuję, że pani przy­je­chała. I to tak szybko.

— Nic się aku­rat nie dzieje. — Dzien­ni­karka wzru­szyła ramio­nami. — Żad­nego tsu­nami, żad­nej kata­strofy, żad­nej nowej komi­sji śled­czej w Sej­mie, ter­ro­ry­ści też nic nie wysa­dzili. Bez kon­tentu nie ma kli­ków, więc i kasy z reklam. Z braku sen­sa­cji repor­taż o szkole jest nie­zły. Gdzie ten szur­nięty pro­fe­sor?

Felix zapro­wa­dził ją na pierw­sze pię­tro.

— Pierw­sze drzwi po pra­wej stro­nie — powie­dział, zatrzy­mu­jąc się przed zakrę­tem. — Tylko pro­szę nie zdra­dzić, że to ja do pani zadzwo­ni­łem.

— OK. Zoba­czymy, czy było warto…

Popra­wiła obci­sły żakiet i mini­spód­niczkę. Ruszyła w kie­runku drzwi, ale zanim do nich dotarła, pro­fe­sor wyszedł z sali z pochy­loną głową, naj­wy­raź­niej gdzieś się spie­sząc. Nagle zoba­czył repor­terkę i zatrzy­mał się w miej­scu.

— Pan pro­fe­sor Butler? — zapy­tała, wycią­ga­jąc do niego rękę. — Jagoda Jesio­now­ska, Kro­nika Sen­sa­cyjna. Chcia­łam poroz­ma­wiać o pań­skiej pracy z mło­dzieżą.

Pro­fe­sor wolno podał jej rękę, jed­no­cze­śnie pro­stu­jąc plecy i wcią­ga­jąc brzuch.

— Cała przy­jem­ność jest wyłącz­nie moim udzia­łem — powie­dział zupeł­nie zmie­nio­nym tonem i szar­mancko cmok­nął ją w dłoń. Wska­zał drzwi do sali.

Gdy weszła, rozej­rzał się po kory­ta­rzu, przy­gła­dził tłu­ste włosy, po czym wytarł dłoń o bok far­tu­cha. Zapiął guzik pod szyją, uśmiech­nął się i wszedł za nią. Felix widział to wszystko, wychy­la­jąc się dys­kret­nie zza rogu. Nie spo­dzie­wał się po pro­fe­so­rze takiego zacho­wa­nia.

— Jak pan wyho­do­wał taką piękną paproć? — usły­szał jesz­cze pyta­nie repor­terki.

— Ooo… Droga pani, to nie było łatwe…

Felix uznał, że wszystko jest na jak naj­lep­szej dro­dze i zosta­wił sprawę wła­snemu losowi.

* * *

Pani Kon­stan­cja Kon­stan­ty­no­pol­ska roz­po­częła lek­cję geo­gra­fii od przed­sta­wie­nia sytu­acji poli­tycz­nej w Wene­zu­eli. Roz­wi­jała wła­śnie wątek podzia­łów spo­łecz­nych w Cara­cas, sto­licy tego kraju, gdy drzwi do sali otwo­rzyły się.

— Prze­pra­szam, Kon­stan­cjo — powie­dział dyrek­tor. Wszedł, trzy­ma­jąc w ręku kartkę. — To zaj­mie kilka chwil… Pro­szę teraz, żeby wszy­scy wstali i poka­zali mi swoje pode­szwy.

— Chyba Pum­per­ni­kiel wście­kła się o pod­łogę — szep­nął Felix. — Spraw­dzają, kto ją tak zaświ­nił.

— Co, może mamy cho­dzić w ciżem­kach, jak nasi pra­dzia­do­wie? — odszep­nął Net.

Sto­krotka szedł wzdłuż ławek. Każdy musiał zgiąć kolano i poka­zać pode­szwę. Dyrek­tor porów­ny­wał ją z wydru­kiem, który miał na kartce.

Gdy pod­szedł do Aure­lii, ta unio­sła błysz­czącą różową szpilkę ze zło­tymi kla­mer­kami.

— Moja panno — dyrek­tor pokrę­cił głową — regu­la­min szkoły zabra­nia nosze­nia tak wyso­kich obca­sów i… — prze­łknął ślinę — tak krót­kich spód­ni­czek. Jutro ubierz się nor­mal­nie.

— To ta szkoła ma jakiś regu­la­min? — szep­nął ze szcze­rym zdzi­wie­niem Net.

Aure­lia, czar­no­włosa pięk­ność kla­sowa, uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco, szcze­rząc bie­lut­kie ząbki. Nice, nie wie­dzieć czemu, przy­po­mniał się film Szczęki.

Gdy dyrek­tor doszedł do Niki i zoba­czył jej pode­szwę, zmarsz­czył brwi, przy Necie zmarsz­czył je jesz­cze bar­dziej, a oglą­da­jąc but Felixa, puf­nął i scho­wał kartkę.

— Felix, Net i Nika. Pój­dzie­cie ze mną — pole­cił, a po chwili dodał — zabierz­cie rze­czy.

Spoj­rzeli na sie­bie, zasko­czeni, ale spa­ko­wali się szybko i wyszli. Odpro­wa­dziło ich pełne zasko­czenia mil­cze­nie. Z drzwi sąsied­niej sali wyszedł pan Czwar­tek. W dłoni też trzy­mał kartkę.

— Nie szu­kaj dalej — wes­tchnął Sto­krotka.

Fizyk spoj­rzał, zdzi­wiony, na przy­ja­ciół. Zło­żył swoją kartkę na czworo i wsu­nął ją do kie­szeni.

— Jesteś pewien, Juliu­szu? — zapy­tał.

— Wszystko się zaraz okaże — odparł dyrek­tor i dał znak ręką, by Felix, Net i Nika szli za nim.

Pro­wa­dził ich, zama­szy­ście macha­jąc rękoma. Był niż­szy od uczniów, ale ważył pew­nie tyle, co cała trójka razem wzięta. Zeszli na par­ter i dotarli do sekre­ta­riatu. Pani Helenka, sekre­tarka dyrek­tora, posłała im nie­chętne spoj­rze­nie znad bute­le­czek z kosme­ty­kami. Dło­nie trzy­mała w górze, z roz­cza­pie­rzo­nymi pal­cami, a zapach wypeł­nia­jący sekre­ta­riat świad­czył, że przed chwilą skoń­czyła malo­wać paznok­cie. Dyrek­tor skar­cił ją kry­tycz­nym spoj­rze­niem i otwo­rzył drzwi obite sztuczną skórą. Gestem naka­zał uczniom wejść do gabi­netu. Znali to wnę­trze dobrze. Byli tu już kilka razy, ale na wła­sne życze­nie. Wystrój gabi­netu trą­cił tanią ele­gan­cją – na tyle pozwa­lały skromne środki finan­sowe szkoły. Jedy­nie skó­rzana kanapa i dwa fotele były naprawdę porządne.

— Felix Polon, Net Bie­lecki i Nika Mic­kie­wicz… — powie­dział Sto­krotka, wska­zu­jąc im miej­sca na kana­pie. Sam usiadł w fotelu naprze­ciwko. — Wasza trójka ma wybitny talent do wpa­da­nia w kło­poty. Tym razem jed­nak naprawdę prze­sa­dzi­li­ście.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki