Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi - Rafał Kosik - ebook + audiobook

Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi audiobook

Rafał Kosik

4,4

Opis

Szkolne przyjaźnie, szalone wynalazki i przygodowy rollercoaster!

Miastem wstrząsa seria tajemniczych napadów na banki. Policja jest bezradna. Zuchwali gangsterzy pojawiają się i znikają niepostrzeżenie.

Felix projektuje dziwne gadżety i nigdy nie traci zimnej krwi. Wiecznie wpadający w kłopoty Net to niezrównany haker systemów bezpieczeństwa. A niezależna i intrygująca Nika jest chodzącą tajemnicą. Razem trafiają do nowej szkoły, gdzie czeka ich masa kłopotów, a uczniowie i nauczyciele są gronem niezłych indywidualności…

Czy Manfred, program sztucznej inteligencji, pomoże im ująć Gang Niewidzialnych Ludzi? Ryzykowne decyzje tworzą najlepsze historie!

***

Dwie dekady fantastycznych przygód, osiemnaście tomów, niezrównany humor, dwa miliony sprzedanych egzemplarzy i pierwsza lektura szkolna, którą przed próbą całkowitego usunięcia z ministerialnej listy obronili sami uczniowie. Seria „Felix, Net i Nika” Rafała Kosika dawno przekroczyła granice wyznaczone przez rynek książki. To popkulturowy fenomen!

Książkę można czytać niezależnie od innych tomów serii.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 15 min

Lektor: Grzegorz Damięcki

Oceny
4,4 (1625 ocen)
1064
303
159
54
45
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mpa12

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem trochę starszym czytelnikiem, który nie miał tej książki jako lekturę szkolną, ale pozycja ta pierwszy raz w życiu przywróciła mi chęci do czytania książek.
90
flastic

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, serdecznie polecam, dużo tajemnic i zwrotów akcji
60
borear

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa książka. Przesłuchałam już ją trzy razy a jednak dalej mnie nie nudzi. Polecam tę książkę do słuchania ale i też do czytania. ☺️
50
MUHLM5

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna książka👍
51
PaulinaOlgaLukaszewska79

Nie oderwiesz się od lektury

Czytałem w realu bardzo fajna
40



Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi ISBN: 978-83-68599-37-4 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2004–2026 by Rafał Kosik Copyright © 2004–2026 by Powergraph Copyright © 2026 for the cover by Jan Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Jan Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Dotych­czas w serii uka­zały się:

1. Felix, Net i Nika oraz Gang Nie­wi­dzial­nych Ludzi

2. Felix, Net i Nika oraz Teo­re­tycz­nie Moż­liwa Kata­strofa

3. Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów

4. Felix, Net i Nika oraz Pułapka Nie­śmier­tel­no­ści

5. Felix, Net i Nika oraz Orbi­talny Spi­sek

6. Felix, Net i Nika oraz Orbi­talny Spi­sek 2. Mała Armia

7. Felix, Net i Nika oraz Trze­cia Kuzynka

8. Felix, Net i Nika oraz Bunt Maszyn

9. Felix, Net i Nika oraz Świat Zero

10. Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alter­nauci

11. Felix, Net i Nika oraz Nad­pro­gra­mowe Histo­rie

12. Felix, Net i Nika oraz Sekret Czer­wo­nej Hań­czy

13. Felix, Net i Nika oraz Klą­twa Domu McKil­lia­nów

14. Felix, Net i Nika oraz (nie)Bez­pieczne Dora­sta­nie

15. Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy

16. Felix, Net i Nika oraz Zero Szans

17. Felix, Net i Nika oraz Zero Szans 2. Inne Jutro

18. Felix, Net i Nika oraz Fan­to­lo­gia

UWAGA: Każdy tom można czy­tać nie­za­leż­nie od zna­jo­mo­ści poprzed­nich tomów serii!

Prolog

Przez szklane drzwi banku wyszedł ostatni klient. Znu­dzony straż­nik zamknął je na klucz, leni­wie pod­cią­gnął obwie­szony bro­nią pas i spraw­dził, czy wszyst­kie kom­pu­tery zostały wyłą­czone oraz czy nikt nie­po­wo­łany nie pozo­stał w budynku. Potem poczła­pał w stronę kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego na zaple­cze. Codzien­nie wła­śnie o tej porze otwie­rano skar­biec i cho­wano do niego wszyst­kie pie­nią­dze ze wszyst­kich kas.

— Dzień dobry, pani Lucynko — pozdro­wił sprzą­taczkę, która dopiero teraz zaczy­nała pracę, i znik­nął za drzwiami w dru­gim końcu kory­ta­rza.

— Dzień dobry, panie Ste­fa­nie — odpo­wie­działa pani Lucynka z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie opóź­nie­niem.

Była już star­szą kobietą i wszystko robiła z opóź­nie­niem. Pra­co­wała w banku od trzy­dzie­stu lat. Jakieś trzy, może cztery lata temu prze­stała nadą­żać odpo­wia­dać „Dzień dobry”. Cią­gle też myliła imiona – pan Ste­fan tak naprawdę nazy­wał się zupeł­nie ina­czej.

Otwo­rzyła drzwi nie­wiel­kiego schowka, prze­ci­snęła się mię­dzy ogrom­nym odku­rza­czem a fro­terką do pod­łogi i wycią­gnęła wózek z kubłami i mopami. Pani Lucynka nie miała już naj­lep­szej pamięci. Prze­szła połowę dłu­go­ści kory­ta­rza, zatrzy­mała się i pal­nęła otwartą dło­nią w czoło, aż kla­snęło. Narze­ka­jąc na swoje roz­tar­gnie­nie, zawró­ciła po butelkę płynu do mycia pod­łóg. Codzien­nie zapo­mi­nała o pły­nie i codzien­nie po niego wra­cała. Zwy­kle musiała wra­cać po różne rze­czy dwu- albo i trzy­krot­nie, za każ­dym razem akcen­tu­jąc moment olśnie­nia kla­śnię­ciem. Wie­czo­rem zasta­na­wiała się, dla­czego boli ją czoło. Nikt jed­nak nie zamie­rzał jej zwal­niać z pracy, bo sprzą­tała wolno, ale dokład­nie.

Otwo­rzyła scho­wek i wytrzesz­czyła oczy. W cia­snym pomiesz­cze­niu stało trzech rosłych męż­czyzn w nie­bie­sko­sza­rych kom­bi­ne­zo­nach. Wyszli na kory­tarz i oto­czyli osłu­piałą sprzą­taczkę. Pierw­szy roz­wi­nął sze­roką taśmę kle­jącą i przy­kleił jej koniec do rękawa pani Lucynki. Prze­ka­zał rolkę dru­giemu, drugi – trze­ciemu, a trzeci – znów pierw­szemu. W kilka sekund trzy pary rąk, współ­dzia­ła­jąc jak ramiona jakie­goś wiel­kiego pająka, okle­iły kobietę tak, że nie mogła się poru­szyć.

— Prze­pra­szam, chyba pomy­li­łam drzwi — powie­działa dopiero teraz pani Lucynka.

Pierw­szy męż­czy­zna uniósł rolkę na wyso­kość twa­rzy kobiety, drugi odwi­nął kawa­łek taśmy, a trzeci odciął noży­kiem. Uży­wa­jąc trzech par rąk, zakle­ili pani Lucynce usta, przy­kle­pali taśmę z dwóch stron, żeby się lepiej trzy­mała, i wyjęli z kie­szeni far­tu­cha sprzą­taczki kartę magne­tyczną, która otwie­rała wszyst­kie drzwi w banku. Wresz­cie wsta­wili nie­szczę­sną kobietę do schowka i zamknęli drzwi na klucz. Popra­wili kom­bi­ne­zony i rów­nym kro­kiem poma­sze­ro­wali w stronę końca kory­ta­rza, skąd wła­śnie roz­legł się szczęk otwie­ra­nych drzwi skarbca.

Przed wej­ściem do banku zatrzy­mała się z piskiem opon biała fur­go­netka. Wysia­dło z niej kolej­nych trzech męż­czyzn w nie­bie­sko­sza­rych kom­bi­ne­zo­nach.

ROZDZIAŁ 1

Pierwszy dzień w szkole

— Muszę lecieć — powie­działa smutno mama, popra­wia­jąc Feli­xowi klapy mary­narki. — Mam w fir­mie mały kry­zys i nie pora­dzą sobie beze mnie. Bądź grzeczny i słu­chaj pani.

Poca­ło­wała go w czoło, wsia­dła do swo­jej czer­wo­nej Alfy Romeo i odje­chała z piskiem opon. Zda­niem Felixa mama jeź­dziła zde­cy­do­wa­nie za szybko.

Felix Polon był szczu­płym jasno­wło­sym trzy­na­sto­lat­kiem o piw­nych oczach. Wyglą­dał cał­kiem prze­cięt­nie. Może z wyjąt­kiem ubra­nia – dziś z oka­zji roz­po­czę­cia roku szkol­nego miał na sobie ele­gancki ciemny gar­ni­tur i białą koszulę.

Samo­chód mamy znik­nął za zakrę­tem. Felix odwró­cił się i spoj­rzał na swoją nową szkołę. Budy­nek wydał mu się zbyt duży. Poprzed­nia szkoła, do któ­rej cho­dził wcze­śniej, mie­ściła się w par­te­ro­wym dworku oto­czo­nym ogro­dem z pia­skow­ni­cami, zjeż­dżal­niami i drew­nia­nymi dom­kami do zabaw. Przy­po­mi­nała przed­szkole. Ta wyglą­dała zupeł­nie ina­czej. Szary czte­ro­kon­dy­gna­cyjny budy­nek miał chyba ze sto lat. Spra­wiał ponure wra­że­nie i wyglą­dał tro­chę jak zamek. Przy odro­bi­nie wyobraźni nie­wiel­kie pod­wyż­sze­nia dachu w każ­dym rogu budynku można było uznać za baszty. Wiatr poru­szał gałę­ziami dwóch topoli rosną­cych po obu stro­nach wej­ścia. Szkoła imie­nia pro­fe­sora Ste­fana Kusz­miń­skiego – miej­sce, gdzie będzie przycho­dził pra­wie codzien­nie przez następne lata.

Wzru­szył ramio­nami i wszedł po sze­ro­kich scho­dach pro­wa­dzą­cych do olbrzy­mich drzwi. Klamka znaj­do­wała się na wyso­ko­ści jego czoła. Otwo­rzył skrzy­piące skrzy­dło i nie­pew­nie wszedł do środka. Mimo że do roz­po­czę­cia uro­czy­sto­ści zostało jesz­cze ponad dwa­dzie­ścia minut, w hallu było już kil­ka­na­ścioro uczniów. Nie­mal wszy­scy z rodzi­cami. Tata Felixa nie mógł z nim przyjść. Był wyna­lazcą i wła­śnie na dziś zapla­no­wano pokaz jed­nej z jego maszyn przed waż­nym mini­strem. Mama zna­la­zła tylko tyle czasu, by pod­wieźć Felixa pod szkołę. Bab­cia Lusia z chę­cią by z nim przy­je­chała auto­bu­sem, ale Felix grzecz­nie odmó­wił. Tylko tego bra­ko­wało, żeby pierw­szego dnia w nowej szkole wszy­scy zoba­czyli go z bab­cią.

Rozej­rzał się wokoło. Wszystko było tu duże. Pod wyso­kim sufi­tem wisiał wielki ozdobny żyran­dol, teraz zga­szony. Na wprost wej­ścia, za por­tier­nią, znaj­do­wały się prze­szklone drzwi pro­wa­dzące na patio zaro­śnięte sta­rymi, kar­ło­wa­tymi drze­wami. Na prawo i lewo pro­wa­dziły sze­ro­kie kory­ta­rze. Felix pod­szedł do pożół­kłego ze sta­ro­ści planu, który wisiał na ścia­nie, by w razie pożaru każdy wie­dział, któ­rędy ucie­kać. Budy­nek widziany z lotu ptaka miał kształt kwa­dratu, pośrodku któ­rego usy­tu­owano patio. Pierw­sze i dru­gie pię­tro można było obejść dookoła kory­ta­rzem. Trze­ciego obejść się nie dawało, bo całą sze­ro­kość fron­to­wego skrzy­dła zaj­mo­wała sala gim­na­styczna wraz z szat­niami. Par­ter, z kolei, prze­ci­nało przej­ście łączące patio z ogro­dem na tyłach.

Na naj­wyż­szej kon­dy­gna­cji roz­po­ście­rał się praw­do­po­dob­nie strych, któ­rego nie umiesz­czono na pla­nie. Felix, zanim wszedł do budynku, dostrzegł małe pół­okrą­głe okienka w spa­dzi­stym dachu. Strych musiał więc być cał­kiem spory.

Felix poczuł na sobie czyjś wzrok. Po dru­giej stro­nie hallu stała drobna rudo­włosa dziew­czyna w jean­so­wej kurtce. Nie­sforne loki wyła­ziły na wszyst­kie strony spod spinki pró­bu­ją­cej okieł­znać jej fry­zurę. Gdy Felix na nią spoj­rzał, umknęła zie­lo­no­okim spoj­rze­niem, uda­jąc, że wcale na niego nie patrzyła. Przy­szło mu do głowy, że śmiesz­nie wyglą­dają jej chude nóżki w cięż­kich mar­ten­sach. Kobieta z cha­rak­te­rem, pod­su­mo­wał w duchu.

Uczniów przy­by­wało i robiło się już cia­sno. Ktoś dał sygnał, żeby iść na górę, bo tam, w sali gim­na­stycz­nej, ma się odbyć powi­ta­nie pierw­sza­ków. Tłum ruszył scho­dami na trze­cie pię­tro.

W sali usta­wio­nych było kil­ka­na­ście rzę­dów krze­seł i ławek, na któ­rych sia­dali ucznio­wie i rodzice.

— Pro­szę pań­stwa! — Kiedy w sali gim­na­stycz­nej roz­legł się dono­śny głos, nie było jesz­cze widać, do kogo należy. — Pro­szę pań­stwa! Nazy­wam się magi­ster inży­nier Juliusz Sto­krotka i jestem dyrek­to­rem tej szkoły. Miło mi przy­wi­tać naszych uczniów wraz z rodzi­cami. Pro­po­nuję, aby rodzice prze­szli na prawo i usie­dli na przy­go­to­wa­nych tam krze­słach. Dzieci zapra­szam na ławki po stro­nie lewej.

Zapa­no­wał chaos. Rodzice i ich pocie­chy prze­sia­dali się z prawa na lewo albo odwrot­nie. Po dłuż­szej chwili powró­cił jaki taki porzą­dek. Felix, razem z innymi uczniami, usiadł po lewej stro­nie. Wła­ści­cie­lem dono­śnego głosu oka­zał się niski pulchny męż­czy­zna w gra­na­to­wym za cia­snym gar­ni­tu­rze, ze sta­ran­nie zawią­zaną pod szyją muszką w rado­snym zie­lo­nym kolo­rze. Na jego gło­wie lśniła ele­gancka łysinka.

Dyrek­tor szkoły magi­ster inży­nier Juliusz Sto­krotka, trzeba to zapa­mię­tać, pomy­ślał Felix.

— Teraz lepiej — powie­dział dyrek­tor. — Nie weź­miemy już żad­nego rodzica za ucznia.

Kilka cichych wes­tchnień z tyłu było jedyną reak­cją na dow­cip. Dyrek­tor mono­ton­nym gło­sem zaczął opo­wia­dać o histo­rii szkoły, o osią­gnię­ciach peda­go­gicz­nych, o regu­la­mi­nie, ale Felix szybko stra­cił zain­te­re­so­wa­nie jego sło­wami. Waka­cje się skoń­czyły. Teraz cze­kała go nauka i dys­cy­plina. Trzeba się będzie przy­zwy­czaić. Na osłodę pozo­sta­wało kie­szon­kowe, które dostał dziś rano.

Cała uro­czy­stość, razem z wno­sze­niem i pre­zen­to­wa­niem sztan­daru szkoły, trwała około dwu­dzie­stu minut. Potem tłum wstał i wolno wylał się na schody. Gdzieś w poło­wie kory­ta­rza na pierw­szym pię­trze Felix zorien­to­wał się, że wła­ści­wie to nie wie, dokąd idzie. Rodzice, roz­ma­wia­jąc, scho­dzili, by wró­cić do swo­ich spraw, a grupki uczniów, pro­wa­dzone przez nauczy­cieli, roz­cho­dziły się do klas.

Po chwili Felix stwier­dził, że został sam. No tak, duża szkoła ozna­cza też samo­dziel­ność i zarad­ność. Trzeba było słu­chać, pomy­ślał.

— Te, Milky! — usły­szał za ple­cami.

Odwró­cił się i ujrzał dwóch wyso­kich chło­pa­ków. Musieli być dwa albo trzy lata starsi.

— Masz kaskę? — zapy­tał wyż­szy, chudy, z jasno­ru­dymi wło­sami i wysta­ją­cymi, krzy­wymi zębami.

— To moje kie­szon­kowe — odparł nie­pew­nie Felix, doty­ka­jąc kie­szeni. Od razu zro­zu­miał, że wła­śnie popeł­nił błąd.

Drugi z chło­pa­ków, niż­szy, ale za to dość potężny, miał czarne krę­cone włosy i za duże spodnie, któ­rych krok zwi­sał gdzieś na wyso­ko­ści kolan. Uśmiech­nął się i z szyb­ko­ścią, o jaką trudno go było podej­rze­wać, wyrwał z ręki Felixa bank­not.

— Dzięki — powie­dział i odwró­cił się, wpy­cha­jąc pie­nią­dze do kie­szeni. Ode­szli, jakby nic się nie stało.

— Hej! — zawo­łał Felix i zro­bił krok w ich stronę. — To moje…

Tamci zawró­cili i pode­szli do Felixa, pra­wie na niego wpa­da­jąc. Byli wyżsi co naj­mniej o głowę. Felix pomy­ślał o Caba­nie, wiel­kim, czar­nym, kudła­tym psie, który teraz zapewne smacz­nie spał w jego pokoju. Gdyby tu był, nie pozwo­liłby na takie trak­to­wa­nie swo­jego pana.

— Coś mówi­łeś? — zapy­tał rudy.

— Zostaw­cie go — powie­dział chło­pak w sza­rej blu­zie, sta­jąc obok Felixa.

Spoj­rzeli na intruza, splu­nęli w jego stronę i ode­szli z ocią­ga­niem. Niż­szy, wal­cząc z nad­wagą, bujał się przy każ­dym kroku.

— Dzięki — powie­dział Felix, wycią­ga­jąc rękę. — Jestem Felix… z „X” na końcu.

— Ernest — przed­sta­wił się tam­ten i uści­snął Feli­xowi dłoń — z „T” na końcu. Lepiej na nich uwa­żaj. Rodzą się tacy nie­do­ro­bieni, a potem i tak muszą iść do jakiejś szkoły. Padło na naszą budę, ale wszę­dzie takich znaj­dziesz. Ten wyż­szy, rudy, to Mar­cel, a gru­bas nazywa się Ruben.

— Zabrali mi dzie­sięć zło­tych.

— Możesz iść do swo­jej wycho­waw­czyni — zapro­po­no­wał Ernest.

— Nie chcę skar­żyć.

— No to dyszka odpły­nęła w siną dal.

Pokle­pał go po ramie­niu, uśmiech­nął się współ­czu­jąco i odwró­cił, by odejść.

— Zacze­kaj! — zawo­łał Felix. — Dla­czego on nazwał mnie „Milky”?

— To taki dow­cip, że niby masz jesz­cze mleczne zęby.

Witaj­cie w nowej szkole, pomy­ślał Felix. Wró­cił na par­ter do hallu, wciąż pró­bu­jąc zna­leźć infor­ma­cje o swo­jej kla­sie. Ale był tam tylko wysoki i chudy chło­pak w luź­nych bojów­kach, z łań­cusz­kiem zwi­sa­ją­cym przy pasku i w wytar­tej brą­zo­wej blu­zie z kap­tu­rem. Jego ciem­no­blond fry­zura wyglą­dała, jakby cze­sał się, odpa­la­jąc we wło­sach petardę.

— O, prze­pra­szam — powie­dział Felix. — Szu­kam mojej klasy.

— Lista jest w gablo­cie — odparł tam­ten, patrząc na Felixa błę­kit­nymi oczami zza oku­la­rów. — Chodź, pokażę ci.

W gablo­cie, wśród setki innych wywie­szek, rze­czy­wi­ście przy­pięta była lista klas i uczniów.

— Klasa „A” — prze­czy­tał Felix.

— To tak jak ja! — Ucie­szył się chu­dzie­lec. — No to jeste­śmy kole­gami. Nazy­wam się Net Bie­lecki.

— Felix Polon. Felix z „X” na końcu.

Podali sobie ręce.

— Sta­rzy dali ci tego iksa?

— Sam sobie dałem. Tak jest faj­niej.

— Masz rację. Ja całego „Neta” sam sobie dałem. Nie­na­wi­dzę mojego praw­dzi­wego imie­nia.

— Dla­czego nie jesteś na lek­cji?

— Tu jest słaby zasięg. Trans­fer się rwie i zeszło mi parę minut.

— Co…?

Net otwo­rzył swój ple­cak i wycią­gnął mały czarny lap­top.

— Nie boisz się, że ci ukradną? — zapy­tał Felix.

— To stary grat. Nie­zin­te­gro­wany sys­tem. Noszę go wła­śnie dla­tego, żeby nie było szkoda, jak zgi­nie. Wszystko zaha­sło­wane, ulega auto­de­struk­cji w przy­padku nie­au­to­ry­zo­wa­nego…

Felix uniósł dło­nie w obron­nym geście i powie­dział:

— Wytłu­ma­czysz mi kiedy indziej. Gdzie jest nasza klasa? Na liście nie ma numeru.

— Rze­czy­wi­ście — przy­znał Net. — Nauczy­cielki po prze­mó­wie­niu dyra zebrały uczniów i zapro­wa­dziły do sal. Sze­dłem na końcu, pró­bu­jąc dokoń­czyć jedną rzecz… Masz rację, potem ci wytłu­ma­czę. No i, jak unio­słem wzrok znad ekranu, sta­łem sam na pustym kory­ta­rzu.

— Teraz trzeba zna­leźć tę naszą salę. — Felix wyjął tele­fon i chwilę stu­kał w ekran. — Na szkol­nej stro­nie też nie ma infor­ma­cji.

— Da się to spraw­dzić ina­czej. — Net otwo­rzył lap­top. — Nie pytaj, skąd znam hasło do wewnętrz­nej sieci — zastrzegł, uno­sząc palec i zaczął w nie­sa­mo­wi­tym tem­pie ude­rzać w malut­kie kla­wi­sze.

— Jest! Sala 115. Pierw­sze pię­tro.

Scho­wał lap­top z powro­tem do ple­caka i ruszył w stronę scho­dów. Onie­miały Felix dogo­nił go po kilku kro­kach. Weszli na pię­tro i od razu zoba­czyli dwóch „zna­jo­mych” Felixa szar­pią­cych się z rudą dziew­czyną w mar­ten­sach.

— Spo­tka­łem ich już dziś — rzu­cił nie­pew­nie Net.

— Ja też — dodał Felix i przy­spie­szył kroku, chcąc im wytłu­ma­czyć, co myśli o szar­pa­niu dziew­czyn, jed­nak Net pocią­gnął go za ple­cak.

— Daj spo­kój — szep­nął ze stra­chem w oczach. — Ich jest dwóch, a my sami… Mózgiem ich zała­twmy. Prze­sta­wię zegar kom­pu­tera szkoły na ósmą czter­dzie­ści pięć.

Przy­klęk­nęli za rogiem. Net wycią­gnął swój „nie­zin­te­gro­wany” lap­top i zaczął kle­pać w kla­wi­sze.

— I nikt się nie zorien­tuje?

— Tu nie ma żad­nych zabez­pie­czeń — odparł bez­tro­sko Net. — Tutej­szy infor­ma­tyk to musi być ameba, a ja nie zosta­wiam za sobą śla­dów.

— Ale… po co? I co z nią?

Roz­legł się dzwo­nek. Podzwo­nił chwilę i ucichł, gdy Net wci­snął „Enter”. Felix wytrzesz­czył oczy.

— Włą­czy­łeś szkolny dzwo­nek lap­to­pem?

— Włą­czył się sam. — Net wzru­szył ramio­nami, robiąc nie­winną minę. — Ja tylko prze­sta­wi­łem na chwilę czas.

— Nie znam się tak dobrze na kom­pu­te­rach.

Wyj­rzeli zza rogu. Drzwi kilku klas otwo­rzyły się i na kory­tarz wyj­rzało kil­ku­na­stu zasko­czo­nych uczniów i kil­koro nauczy­cieli. Mar­cel i Ruben pospiesz­nie odda­lali się od zamie­sza­nia. Dziew­czyna zbie­rała książki do poprze­cie­ra­nej torby. Felix i Net pode­szli do niej. Kory­tarz szybko pusto­szał.

Rudo­włosa popra­wiła sfa­ty­go­waną kurtkę jean­sową i pli­so­waną spód­nicę.

— Wszystko OK? — zapy­tał Felix.

— OK. Dzięki, że włą­czy­li­ście dzwo­nek. — Odgar­nęła z czoła nie­sforne loki. Miała duże, zie­lone oczy, lekko zadarty nos i nieco pie­gów. Obiek­tyw­nie oce­nia­jąc, była naprawdę ładna.

— Dro­biazg — uśmiech­nął się Net, ale chwilę potem zmarsz­czył brwi. Felix zresztą zro­bił to samo.

— Skąd wiesz? — zapy­tali jed­no­cze­śnie.

— Kobieca intu­icja — wyja­śniła, uśmie­cha­jąc się tajem­ni­czo.

Chłopcy wymie­nili zdzi­wione spoj­rze­nia.

— Czego od cie­bie chcieli? — zapy­tał Felix.

— Zabrać mi dru­gie śnia­da­nie, ale nie odda­łem. Zresztą i tak nie mam dru­giego śnia­da­nia.

— Mnie pró­bo­wali zabrać tele­fon — powie­dział Net — ale chyba doszli do wnio­sku, że jest zbyt cenny i będzie zadyma.

— A mnie ZABRALI dzie­sięć zło­tych — dodał Felix.

— Miło było poznać — powie­dział Net — ale, sorry, musimy iść na pierw­szą lek­cję.

— Z któ­rej jeste­ście klasy? — zapy­tała dziew­czyna, zapi­na­jąc torbę.

— A — powie­dział Felix. — A ty?

— Ja też. — Uśmiech­nęła się sze­roko. — Nika Mic­kie­wicz.

Chłopcy rów­nież się przed­sta­wili i cała trójka pobie­gła kory­ta­rzem. Zna­leźli odpo­wied­nie drzwi, zapu­kali i weszli do sali. Led­wie prze­kro­czyli próg, zamarli. Wpa­try­wało się w nich kil­ka­na­ście par oczu i nauczy­cielka sto­jąca przy tablicy.

— Czy to nasi spóź­nial­scy? — zapy­tała. — Felix, Net i Nika?

Przy­tak­nęli nie­pew­nie. Wycho­waw­czyni była młoda, miała dłu­gie jasne włosy. Patrzyła na nich przy­jaź­nie, może nawet z lek­kim roz­ba­wie­niem.

— Sia­daj­cie. Są miej­sca… nie­stety już tylko w ostat­nich ław­kach — powie­działa. — Będę was uczyć języka pol­skiego. Nazy­wam się Jolanta Cha­ber, ale może­cie do mnie mówić „pani Jolu”. — Zacze­kała, aż usiądą, i zapy­tała — dla­czego przy­szli­ście dopiero teraz?

— Tro­chę się… eee… zgu­bi­li­śmy — wyja­śnił Felix.

— Ale spraw­dzi­li­śmy w inter­ne­cie numer sali i tra­fi­li­śmy — dodał szybko Net.

— Spraw­dza­li­ście w inter­ne­cie numer sali? — uno­sząc brwi, zapy­tała z nie­do­wie­rza­niem pani Jola. — A wystar­czyło zapy­tać por­tiera albo sekre­tarkę.

Ucznio­wie zaczęli chi­cho­tać, a Felix poczuł, jak robi się czer­wony. Kątem oka zauwa­żył, że Net ma ten sam pro­blem.

— Numer sali powi­nien być w gablo­cie — mruk­nął pod nosem Net. — Rany! Co to?

To ostat­nie było skie­ro­wane do Felixa, który wyjął z kie­szeni czarne pióro wieczne, odkrę­cił skuwkę i zaczął noto­wać.

— Notuję — Felix wzru­szył ramio­nami.

— Ale… pió­rem wiecz­nym? Jak w dzie­więt­na­stym wieku? To na maxa nie­prak­tyczne.

— Wcale nie ma być prak­tyczne.

Przez resztę lek­cji pani Jola tłu­ma­czyła zasady obo­wią­zu­jące w szkole i wypi­sy­wała na tablicy listę potrzeb­nych i niepotrzeb­nych rze­czy do kupie­nia. Przy­naj­mniej wycho­waw­czyni wyda­wała się w porządku.

Gdy zabrzmiał praw­dziwy dzwo­nek, wszy­scy pobie­gli do drzwi, jakby ogło­szono ewa­ku­ację.

— Far­cia­rze — rzu­cił jakiś chło­pak, prze­cho­dząc obok ostat­nich ławek. — Macie naj­lep­sze miej­sca. Pierw­sze, co zro­biła, to prze­sa­dziła wszyst­kich do przodu.

— To wy przy­szli­ście bez rodzi­ców? — zapy­tał inny. — Celowo się spóź­ni­li­ście, żeby usiąść na końcu.

Pokrę­cili z dez­apro­batą gło­wami i wyszli.

— Mie­li­śmy chyba złe wej­ście — zauwa­żyła Nika, gdy zostali sami w kla­sie.

— Nie da się ukryć — przy­znał Felix.

Net mach­nął ręką.

— Przy­naj­mniej wycho­waw­czyni nie­zła. W sen­sie este­tycz­nym.

We trójkę wyszli na kory­tarz i od razu zoba­czyli odda­la­ją­cych się Mar­cela i Rubena. Po prze­ciw­nej stro­nie pła­kała niska, pulchna dziew­czyna. Nika pode­szła zapy­tać, co się stało. Wysłu­chała, pocie­szyła tamtą i wró­ciła.

— Zabrali jej nowy dłu­go­pis — oznaj­miła. — To Celina od nas z klasy.

— Trzeba będzie naprawdę na nich uwa­żać — poki­wał głową Net — i omi­jać z daleka.

— Są zło­dzie­jami! — obu­rzył się Felix. — Zło­dziei trzeba tępić, a nie omi­jać.

— Ale jak? — zapy­tał Net. — Są sil­niejsi, wyżsi i… szersi. Olać i obcho­dzić łukiem.

— Typowa tak­tyka zastra­sza­nia — poki­wała głową Nika. — Wsta­wisz się za kimś, to rzucą się na cie­bie. Może powin­ni­śmy dzia­łać wspól­nie?

— Dobrze ci mówić — wes­tchnął Net. — Jesteś dziew­czyną i tobie nie wtłuką.

— Ich jest tylko dwóch! — upie­rała się Nika. — Liczą wła­śnie na to, że jak zastra­szą każ­dego z osobna, to nikt się już nie wychyli.

— I dla­tego powin­ni­śmy dzia­łać razem — oświad­czył Felix — ale nie tak. Musimy zna­leźć spo­sób, żeby dać im nauczkę! Żeby wszy­scy zoba­czyli, jacy oni są. Ina­czej przez resztę szkoły nie dadzą nam żyć. Zasta­nówmy się, w czym jeste­śmy lepsi?

— Patrząc na nich… — zasta­no­wiła się Nika — to we wszyst­kim.

— Z wyjąt­kiem bez­po­śred­niego star­cia — dodał Net.

* * *

Wie­czo­rem tata Felixa był w fatal­nym nastroju. Pokaz jego wyna­lazku przed mini­strem spraw spe­cjal­nych nie wypadł naj­le­piej. Urzą­dze­nie do skle­ja­nia prze­stęp­ców miało uła­twiać pracę poli­cji. Przy­kle­jało buty ucie­ka­ją­cego do ziemi, mogło też przy­kleić do jezdni opony samo­chodu. Zadzia­łało dosko­nale, ale po poka­zie nie udało się go wyłą­czyć i zro­biło się zamie­sza­nie, w któ­rego wyniku mini­ster przy­kleił się do wice­mi­ni­stra i dwóch dorad­ców.

— Wszy­scy się na mnie poobra­żali — wes­tchnął tata, sie­dząc nad pod­grzaną w mikro­fa­lówce zupą. — Muszę się pospie­szyć, bo ostat­nio Gang Nie­wi­dzial­nych Ludzi okradł w naszym mie­ście kilka ban­ków.

— Nie martw się, tato — spró­bo­wał pocie­szyć go Felix. — I tak jesteś naj­lep­szy.

Tata wes­tchnął ciężko, grze­biąc łyżką w tale­rzu. Był męż­czy­zną, który nie ema­no­wał ener­gią. Jego wewnętrzna siła obja­wiała się w jego wyna­laz­kach, w genial­nych pomy­słach i upo­rze, z jakim parł do celu. Na pierw­szy rzut oka wyglą­dał na zupeł­nie nor­mal­nego, zmę­czo­nego wyczer­pu­ją­cym dniem czter­dzie­sto­latka. Był śred­niego wzro­stu, miał lekko zazna­czony brzu­szek, odro­binę prze­rze­dzone włosy. Dziś wyda­wał się jesz­cze bar­dziej pozba­wiony ener­gii niż zwy­kle.

Mama nie wró­ciła jesz­cze z pracy. Była dyrek­to­rem mar­ke­tingu w bar­dzo dużym banku i nie pra­co­wała prak­tycz­nie tylko wtedy, kiedy spała. Choć i to nie było cał­kiem pewne. Na domiar złego poprzed­niego dnia Gang Nie­wi­dzial­nych Ludzi napadł wła­śnie na jej bank i ukradł ze skarbca masę pie­nię­dzy. To zna­czyło, że dziś mama wróci jesz­cze póź­niej.

— Nie wiesz, jak to jest skleić mini­stra z wice­mi­ni­strem — wes­tchnął ponow­nie tata. — Ale wymy­śli­łem już bez­piecz­niej­sze roz­wią­za­nie. — Oży­wił się. — Wycie­raczka w wej­ściu do banku chwy­ta­jąca zło­dziei za buty, gdy już ucie­kają z wor­kami peł­nymi pie­nię­dzy. To nawet lep­sze od skle­ja­cza, bo nie jest potrzebny żaden pościg. Ale teraz nikt nie będzie chciał ze mną roz­ma­wiać. Może nawet odsuną mnie od innego, waż­niej­szego, mię­dzy­na­ro­do­wego pro­jektu. Z nim też nie idzie mi naj­le­piej. Bra­kuje zasad­ni­czego ele­mentu, bez któ­rego cały ten pro­jekt może się zała­mać. Tego bym chyba nie zniósł… A jak tam w nowej szkole?

— W porządku. — Felix nie chciał dokła­dać tacie zmar­twień. Obie­cał sobie, że o zabra­niu kie­szon­ko­wego opo­wie przy następ­nej oka­zji. Spoj­rzał na Cabana. Pies poło­żył mu łeb na nodze i łypał spod czar­nych kudłów wiel­kim brą­zo­wym okiem, jakby chciał wyczuć, skąd u jego pana ten smu­tek.

* * *

Następ­nego dnia rano Felix, ubrany już nor­mal­nie, w nie­bie­skie jeansy i bluzę, pod­szedł do cze­ka­ją­cych na niego przed szat­nią Neta i Niki. Zaspany Net był chyba jesz­cze bar­dziej potar­gany niż wczo­raj, a Nika znów miała na nogach mar­tensy.

— Cześć — zaczął kon­spi­ra­cyj­nie Felix. — Słu­chaj­cie. Mam coś, co powinno ich oduczyć kra­dzieży.

— Kanapkę z mydłem zamiast masła? — zapy­tał Net. — To ich z pew­no­ścią powstrzyma!

— Mój tata skon­stru­ował kie­dyś zabez­pie­cze­nie przed zło­dzie­jami kie­szon­ko­wymi — powie­dział Felix i wycią­gnął coś z kie­szeni.

Nachy­lili się – Felix trzy­mał w dłoni małe czarne pudełko i monetę pię­cio­zło­tową.

— W kie­szeni będę miał ukryty ten nadaj­nik — wyja­śnił, cho­wa­jąc pudełko. — Gdy oddali się od monety na wię­cej niż pięć metrów, włą­czy się alarm.

Podał monetę Netowi i gestem poka­zał, by prze­szedł na drugą stronę kory­ta­rza.

— Zło­dziej! Zło­dziej! — zaskrze­czała moneta, a Net czym prę­dzej wró­cił do nadaj­nika.

— Po dro­dze moneta zaczęła krzy­czeć w auto­bu­sie — powie­dział Felix. — Prze­jeż­dża­li­śmy chyba pod linią wyso­kiego napię­cia i były zakłó­ce­nia. Wszy­scy patrzyli na mnie, jak­bym naprawdę coś ukradł.

— Myślę, że mamy to, o co cho­dzi. — Net uśmiech­nął się mści­wie.

* * *

— Masz dla nas kaskę? — zapy­tał na prze­rwie po czwar­tej lek­cji Mar­cel, sta­jąc przed Feli­xem z sze­roko roz­sta­wio­nymi nogami i groźną miną. Felix udał, że jest zasko­czony, choć tak naprawdę celowo nie­mal wpadł na niego. Wycią­gnął z kie­szeni pię­cio­zło­tówkę i z uda­wa­nym waha­niem podał chło­pa­kowi. Tam­ten wyszcze­rzył żół­tawe zęby i odszedł z monetą w stronę szkol­nego skle­piku.

— Zło­dziej! Zło­dziej! — roz­le­gło się na cały kory­tarz. — Zosta­łam skra­dziona!

Felix, Net i Nika wymie­nili trium­falne spoj­rze­nia. Mar­cel scho­wał głowę mię­dzy ramio­nami i rozej­rzał się, nie wie­dząc, co zro­bić z wrzesz­czącą monetą.

— Ale jazda! — krzyk­nął jakiś chło­pak, zaglą­da­jąc mu przez ramię. — Skąd to masz?

Zanim Mar­cel zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, zro­biło się zbie­go­wi­sko. Nikt nie pró­bo­wał odbie­rać zło­dzie­jowi monety. Wszy­scy byli zachwy­ceni.

Zre­zy­gno­wany Felix wyco­fał się do miej­sca, gdzie cze­kali przy­ja­ciele.

— Czy oni nie sły­szą, co ona krzy­czy? — zde­ner­wo­wała się Nika.

— Jak jesteś niskim nomi­na­łem, to nikt nie trak­tuje cię poważ­nie — stwier­dził ponuro Net.

Moneta powta­rzała swoją kwe­stię coraz ciszej, aż zaczęła chry­pieć. Zachar­czała ostatni raz i umil­kła. Mar­cel spoj­rzał na Felixa i pod­szedł do niego.

— Masz zapa­sowe bate­rie? — zapy­tał.

Felix z rezy­gna­cją pokrę­cił głową. Mar­cel przyj­rzał się mone­cie z głup­ko­wa­tym wyra­zem twa­rzy i odszedł. Gdy znik­nął za zało­mem kory­ta­rza, zbie­go­wi­sko zaczęło się roz­pra­szać.

— Rodzice wycho­wy­wali go bez­stre­sowo — mruk­nął ponuro Felix.

Nika wychy­liła się za róg.

— Kupił sobie w skle­piku pączka — oznaj­miła.

— Za fał­szywą monetę? — zdzi­wił się Net.

— Nie jest fał­szywa — obu­rzył się Felix. — To praw­dziwa moneta, tylko z wkładką.

— No to jesteś bied­niej­szy o kolejne pięć peele­nów.

— Porażka na całej linii — pod­su­mo­wała Nika. — Trzeba wymy­ślić coś lep­szego.

— Wpad­nij­cie do mnie po lek­cjach — zapro­po­no­wał Felix. — Coś pokom­bi­nu­jemy.

Pokrę­cił z rezy­gna­cją głową. Pomy­ślał, że chciałby, żeby byli tu teraz mama, tata i Caban. A potem wstał i poszedł wyku­pić ze skle­piku swoją monetę z wkładką.

* * *

Ostat­nią lek­cją dru­giego dnia szkoły była infor­ma­tyka. Ucznio­wie sie­dzieli przed kom­pu­te­rami przy sto­łach zesta­wio­nych w wielką wyspę. Niki w ogóle nie inte­re­so­wała lek­cja. Z wypie­kami na twa­rzy czy­tała pod ławką Angiel­skiego pacjenta – pasjo­nu­jącą książkę o wiel­kiej roman­tycz­nej i nie­szczę­śli­wej miło­ści. Net znał przed­miot lepiej od nauczy­ciela. Jedy­nie Felix sta­rał się wyko­ny­wać ćwi­cze­nia, które demon­stro­wał na wiel­kim ekra­nie pan Wier­szew­ski, nazy­wany przez uczniów Efte­pem1. Nauczy­ciel był wysoki i chudy, miał wysta­jące zęby i krótko przy­cięte czarne włosy na małej gło­wie. Czer­wony polar zupeł­nie nie paso­wał do czar­nych jean­sów i butów „trum­nia­ków”.

Felix zdą­żył już poznać więk­szość nowych kole­gów. Naj­wyż­szy z całej klasy był Lucjan i na razie to on wiódł prym. Ciem­no­włosy Wik­tor był znacz­nie niż­szy, nie­mal cały czas się uśmie­chał i spra­wiał wra­że­nie zawsze chęt­nego do pomocy. Za to drobny blon­dyn, Oskar, wyglą­dał na wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nego. Z tego, co zauwa­żył Felix, Oskar musiał mieć wszystko naj­lep­sze. Naj­lep­sze buty, zega­rek, ple­cak, dłu­go­pis. Ta ambi­cja nie doty­czyła jed­nak samej jego osoby, więc nie wyka­zy­wał więk­szego zain­te­re­so­wa­nia lek­cjami. Ciem­no­włosy, niski i krępy Horacy dotych­czas nie wypo­wie­dział chyba ani jed­nego słowa. Na końcu sie­dział Kle­mens, który był tak otyły, że pod szyją robił mu się dodat­kowy pod­bró­dek. Zawsze miał pod ręką bato­nik lub paczkę chip­sów i nie­ustan­nie coś żuł albo chru­pał. Był jesz­cze drobny Kuba, który mania­kal­nie inte­re­so­wał się spor­tem. Z dziew­czyn naj­le­piej pre­zen­to­wała się Aure­lia. Wysoka, o dłu­gich kru­czo­czar­nych wło­sach, skrę­co­nych w drobne loczki. Zapewne musiała wkła­dać w tę fry­zurę dużo pracy. Miała nie­praw­do­po­dob­nie białe zęby. Klau­dia, dłu­go­włosa blon­dynka, trzy­mała się zawsze bli­sko Aure­lii i sta­rała się ją we wszyst­kim naśla­do­wać. Były jesz­cze Celina – niska, pucu­ło­wata, ale za to zde­cy­do­wa­nie sym­pa­tycz­niej­sza od tam­tych dwóch razem wzię­tych – i przy­gar­biona, drobna Zosia, sie­dząca na końcu cichutko jak myszka. Rów­nież urodą przy­po­mi­nała myszkę.

— Widzia­łem, jak Ruben zabrał jakie­muś chło­pa­kowi piłkę i gdzieś z nią poszedł — ode­zwał się cicho Net. Stu­kał w kla­wia­turę, pozo­ru­jąc, że coś robi. — Gdzieś ją scho­wał, bo potem jej już nie miał.

— Mogli­śmy o tym wcze­śniej pomy­śleć — powie­dział Felix. — Muszą mieć tu w szkole jakąś kry­jówkę.

— Dla­tego nie można im nic udo­wod­nić — zauwa­żyła Nika, odry­wa­jąc się na chwilę od lek­tury.

— Ale będzie można, jak znaj­dziemy tę kry­jówkę — szep­nął Net. — Od tego trzeba zacząć!

— Pan Bie­lecki jest chyba czymś bar­dzo zajęty — wyce­dził Eftep, patrząc na Neta. — O czym ja przed chwilą mówi­łem?

— O spo­so­bie zapi­sy­wa­nia infor­ma­cji na pły­cie DVD — odparł bez zająk­nię­cia Net, wsta­jąc.

— No więc jaki to jest spo­sób?

Net uśmiech­nął się i już otwie­rał usta, by odpo­wie­dzieć, i to ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, ale poczuł kop­nię­cie w kostkę.

— Uda­waj kre­tyna — syk­nął Felix.

Net zmarsz­czył brwi, jakby się nad czymś zasta­na­wiał, i odpo­wie­dział nie­pew­nie:

— Magne­tyczny?

— Źle, panie Bie­lecki — zatrium­fo­wał infor­ma­tyk. — Optyczny. Zde­cy­do­wa­nie optyczny. Musisz zro­zu­mieć, że kom­pu­tery to nasza przy­szłość. Jeśli nie nauczysz się z nimi pra­co­wać, to niczego w życiu nie osią­gniesz. Sia­daj.

Krę­cąc głową i cmo­ka­jąc, wró­cił z zatro­skaną miną do swo­jego wykładu. Felix zauwa­żył, że sie­dzący na wprost nich Lam­bert gra na ukry­tej za moni­to­rem kon­soli, ale jed­no­cze­śnie przy­ta­kuje Efte­powi w odpo­wied­nich momen­tach. To się dopiero nazywa podzielna uwaga.

— Dla­czego mam uda­wać kre­tyna? — wyszep­tał Net, popra­wia­jąc oku­lary na nosie.

— Żeby nikt cię nie podej­rze­wał, jak coś zma­lu­jesz — odparł Felix. — Ten facet praw­do­po­dob­nie zaj­muje się szkol­nymi kom­pu­te­rami.

— O! To by wyja­śniało, dla­czego tak łatwo obejść zabez­pie­cze­nia.

— Bie­lecki i Polon. — Pan Eftep znów pod­niósł głos. — Ostat­nie ostrze­że­nie.

Spu­ścili głowy i zajęli się ćwi­cze­niami.

* * *

Nika dotarła na miej­sce pierw­sza i teraz, sie­dząc na scho­dach, czy­tała książkę. Obok leżał poobi­jany rower, który zapewne wiele już prze­szedł. Przed­nia opona była poma­rań­czowa, tylna czarna i nie­mal łysa. Nika nawet na wyprawę rowe­rową zało­żyła mar­tensy, choć zre­zy­gno­wała ze spód­niczki na rzecz powy­cie­ra­nych spodni w nie­okre­ślo­nym kolo­rze. Włosy spięła z tyłu starą srebrną spinką z zie­lo­nym oczkiem.

Felix i Net przy­je­chali nie­mal jed­no­cze­śnie, kilka minut po cza­sie. Net miał na nosie oku­lary z jaskra­wo­żół­tymi opraw­kami.

— Oglą­da­łem w tele­wi­zji pro­gram o UFO nad Tatrami — uspra­wie­dli­wił się Felix. — A potem tro­chę pobłą­dzi­łem. Wyso­kie budynki zakłó­cają nawi­ga­cję.

Net uśmiech­nął się, jakby usły­szał dow­cip, i powie­dział:

— Ja musia­łem wró­cić po kask. Jak będę jeź­dził bez, to mam szla­ban na rower.

— Ty też powin­naś mieć kask — dodał Felix, patrząc na Nikę.

— Zepsułby mi fry­zurę — odparła, wzru­sza­jąc ramio­nami. Spoj­rzała na rower Felixa i unio­sła brwi.

Net powiódł wzro­kiem za jej spoj­rze­niem. Rze­czy­wi­ście, coś się tu nie zga­dzało. Felix sie­dział na sto­ją­cym w miej­scu rowe­rze, ale nie pod­pie­rał się nogą! Nie mógł już dłu­żej uda­wać, że nie widzi ich zdzi­wio­nych spoj­rzeń.

— Mój wyna­la­zek — powie­dział z dumą i popu­kał w nie­wiel­kie pół­okrą­głe pudełko pod sio­deł­kiem. — Czuj­nik prze­chyłu, sil­nik elek­tryczny i koło zama­chowe – żyro­stat. Aku­mu­la­tor ładuje się pod­czas hamo­wa­nia.

— Sam to zro­bi­łeś? — zapy­tał z nie­do­wie­rza­niem Net. — Jakiego pro­ce­sora uży­łeś?

— Już mówi­łem, nie znam się na kom­pu­te­rach. To pro­sty układ elek­tryczny. Począt­kowo uży­wa­łem wysu­wa­nych auto­ma­tycz­nie kółek, ale… głu­pio to wyglą­dało. Tak jest znacz­nie lepiej. Gdy rower zaczyna się mini­mal­nie prze­chy­lać, wykrywa to czuj­nik i uru­cha­mia sil­nik z kołem zama­cho­wym. To tak, jak­byś stał na linie i machał rękami, żeby zła­pać rów­no­wagę.

— Bez kom­pu­tera? — Net ukuc­nął obok i przyj­rzał się bli­żej wyna­laz­kowi.

— Warto było? — zapy­tała Nika z nie­do­wie­rza­niem. — Tyle roboty, żeby się nie pod­pie­rać nogą?

— Zależy, jak na to patrzeć — odparł Felix. — Ty wkła­dasz dużo pracy we fry­zurę.

— Włosy same mi się tak kręcą! — zapro­te­sto­wała obu­rzona Nika.

I Net, i Nika musieli sami się prze­ko­nać, że urzą­dze­nie naprawdę działa. Net obej­rzał dokład­nie cały rower i zwró­cił uwagę na małe coś przy­pięte do kie­row­nicy, obok zestawu prze­łącz­ni­ków. Wyglą­dało jak bar­dzo stary tele­fon komór­kowy. Wyświe­tlacz z mapą i kilka przy­ci­sków.

— Nie możesz uży­wać smart­fona? — zdzi­wił się Net.

— Ten GPS jest wszyst­ko­od­porny.

Net był pod wra­że­niem, ale nic wię­cej już nie powie­dział. Wsie­dli na rowery i ruszyli, sta­ra­jąc się omi­jać ruchliw­sze ulice.

Podróż zajęła im pra­wie godzinę. Dom Felixa stał przy ulicy Ser­decz­nej, na przed­mie­ściach, w oko­licy, gdzie jest tyle prze­strzeni, że budynki nie muszą sty­kać się bocz­nymi ścia­nami. Stary, pię­trowy, miał spa­dzi­sty dach – dziw­nie błę­kitny i błysz­czący oraz małą, obro­śniętą dzi­kim winem werandę od frontu. Do budynku przy­le­gał spory garaż, a z tyłu znaj­do­wał się nie­duży, zaro­śnięty drze­wami i krza­kami ogród. Za tyl­nym ogro­dze­niem, led­wie prze­świ­tu­ją­cym mię­dzy gałę­ziami, zaczy­nał się las.

Felix naci­snął dzwo­nek przy furtce. Z domu roz­le­gło się dono­śne szcze­ka­nie.

Na sąsied­niej pose­sji ubrany w dres facet z brzusz­kiem mył gąbką maskę błysz­czą­cego Polo­neza2. Felix ukło­nił mu się.

— To pan Sobo­lak — wyja­śnił cicho. — Kupił samo­chód w dobrym sta­nie i teraz codzien­nie go myje.

Cze­kali jesz­cze chwilę, ale naj­wy­raź­niej nikogo nie było w domu. Felix otwo­rzył furtkę klu­czem. Weszli na wyło­żoną kamie­niami alejkę i zosta­wili rowery na traw­niku.

— Co to za dachówka? — Net zadarł głowę. — Wygląda jak szkło.

— Bate­rie sło­neczne — wyja­śnił Felix. — Tro­chę kosz­to­wały, ale i tak się opłaca.

Kiedy zna­leźli się na weran­dzie, Felix naci­snął przy­cisk przy drzwiach. Obok prze­su­nęła się meta­lowa płytka, odsła­nia­jąc pod­świe­tlaną kla­wia­turę. Chło­pak, uda­jąc, że nie zwraca uwagi na zasko­czone spoj­rze­nia, wpi­sał kod i zamek otwo­rzył się sam.

Zna­leźli się w wyso­kim hallu z lustrem w ozdob­nych ramach i kil­koma rzeź­bio­nymi krze­słami.

— Usiądź­cie, wypusz­czę psa — powie­dział Felix.

— Czy to aby konieczne? — zanie­po­koił się Net, ale szybko usiadł, bo Felix już się­gał do klamki na drzwiach, za któ­rymi nie­cier­pli­wił się pies.

— Nazywa się Caban3 — zaanon­so­wał Felix i wpu­ścił do pokoju wielką czarną i kudłatą bestię. — To czarny terier rosyj­ski.

Pies szczek­nął raz, ale tak, że zatrzę­sły się szyby. Nie­uf­nie pod­szedł do Niki i Neta. Obwą­chał ich, po czym pomer­dał ogo­nem.

— Pierw­szy etap za nami — oznaj­mił Felix. — Może­cie wstać, ale bez gwał­tow­nych ruchów.

— Ja sobie tu tro­chę posie­dzę — pisnął dziw­nie Net.

— On coś w ogóle widzi przez te kudły? — zapy­tała Nika. Nachy­liła się nad psem i podra­pała go za uchem. Caban sam nad­sta­wiał łeb, poda­jąc do piesz­czoty naj­wła­ściw­sze miej­sca.

— Chodź­cie do kuchni — powie­dział Felix. — Tylko… nie prze­strasz­cie się.

— Ja już się boję. — Net wstał ostroż­nie, cały czas obser­wu­jąc psa. — Nie jestem pewien, czy on jest do mnie odwró­cony gry­zącą stroną.

Pies ponow­nie zama­chał ogo­nem. Dzięki temu przy­naj­mniej było widać, gdzie ma tył.

— Jesz­cze ni­gdy nikogo nie ugryzł.

— Więc nie pro­wo­kujmy zmian — odparł Net, ale czuj­nie ruszył za Feli­xem i Niką.

Kuch­nia wyglą­dała nie­zwy­kle. Przy­po­mi­nała maga­zyn na wpół roze­bra­nych urzą­dzeń. Goście usie­dli przy stole, a Felix włą­czył zapa­rzacz her­baty. Urzą­dze­nie miało wiel­kość małej walizki i wyglą­dało jak coś, z czego zdjęto frag­ment obu­dowy i wymon­to­wano połowę czę­ści. Z wnę­trza docho­dziły dźwięki prze­su­wa­ją­cych się i obra­ca­ją­cych mecha­ni­zmów. Ze szcze­liny w dol­nej czę­ści urzą­dze­nia wysu­nęła się meta­lowa łapka trzy­ma­jąca spode­czek. Posta­wiła go na bla­cie przed urzą­dze­niem. Druga, podobna, się­gnęła po fili­żankę i wsu­nęła ją pod otwór dyszy. Roz­legł się szum wrzą­cej wody i po chwili paru­jący aro­ma­tyczny płyn wypeł­nił fili­żankę. Łapka posta­wiła ją na spodeczku i prze­su­nęła w bok. Zapa­rzacz zro­bił to samo z kolej­nymi dwiema fili­żan­kami.

Felix prze­niósł naczy­nia na stół i posta­wił przed gośćmi. Nika pierw­sza, dys­tyn­go­wa­nym gestem, unio­sła fili­żankę do ust i ostroż­nie upiła łyk.

— Bar­dzo dobra — przy­znała. — Ale czy zwy­kły czaj­nik nie byłby prost­szy w uży­ciu?

— Naj­bar­dziej wycze­sana kuch­nia, jaką widzia­łem — oce­nił Net, roz­glą­da­jąc się. — I to wszystko działa bez kom­pu­te­rów?

Felix posta­wił na stole miskę z chip­sami i usiadł.

— Mój tata jest wyna­lazcą — wyja­śnił. — To, co tu widzi­cie, to urzą­dze­nia, które pew­nie ni­gdy nie wejdą do seryj­nej pro­duk­cji. Kon­stru­uje je dla wła­snej przy­jem­no­ści. Wszystko mecha­niczno-elek­tryczne. Bez kom­pu­te­rów.

Goście chru­pali chipsy, popi­jali her­batą i oglą­da­jąc wyna­lazki, pró­bo­wali się domy­ślić ich prze­zna­cze­nia.

— Koszty naszej ope­ra­cji wzro­sły zna­cząco — ode­zwał się w końcu Felix. — I cierpi na tym mój budżet.

— Dobra — przy­znał Net. — Zro­bimy zrzutkę. Już liczę…

Wyjął tele­fon, ale Felix go powstrzy­mał.

— Cho­dzi mi o to, że musimy nie tylko wymy­ślić spo­sób ich uka­ra­nia, ale i odzy­skać pie­nią­dze.

— Twoje już wydali — zauwa­żyła Nika. — Możemy im ode­brać tylko pie­nią­dze, które zabrali komuś innemu.

— A czy to ma zna­cze­nie, do kogo nale­żała jakaś moneta wcze­śniej? — zapy­tał Net, wpy­cha­jąc w usta kolejny chips.

— Ma — odparła dziew­czyna — bo to nie będą pie­nią­dze Felixa.

— Pie­nią­dze rzecz umowna — upie­rał się Net, wyplu­wa­jąc nie­chcący kilka okrusz­ków na stół. — Liczy się suma.

Roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Caban pode­rwał się, zaczął mer­dać ogo­nem i popi­ski­wać jak szcze­niak.

— Bab­cia — wyja­śnił Felix, obser­wu­jąc zacho­wa­nie psa. — Bab­cia Lusia. Zejdźmy jej z oczu, bo zaraz zacznie nas kar­mić…

— Nie lubisz swo­jej babci? — zdzi­wiła się Nika.

— Bar­dzo lubię — zapro­te­sto­wał Felix — ale jest nado­pie­kuń­cza i myśli, że wciąż mam sześć lat.

Zer­k­nął na ekran wiszący na ścia­nie i przy­ci­skiem otwo­rzył furtkę. Caban, szcze­ka­jąc rado­śnie, pobiegł wiel­kimi susami do hallu.

— Poznaj moich przy­ja­ciół, bab­ciu — powie­dział Felix, gdy star­sza pani weszła do domu. — Nika i Net.

Ukło­nili się i przy­wi­tali. Bab­cia Lusia wyglą­dała tak, jak powinna wyglą­dać wzor­cowa bab­cia. Pełne dobroci spoj­rze­nie, siwiu­teń­kie włosy upięte w kok i mocno zaokrą­glona syl­wetka. Cią­gnęła za sobą oso­bli­wej kon­struk­cji dwu­ko­łowy wózek, w któ­rego trzech kon­te­ne­rach znaj­do­wały się torby z zaku­pami.

— To my pój­dziemy do piw­nicy — oznaj­mił Felix, dając przy­ja­cio­łom dys­kretne pona­gla­jące znaki.

— Zacze­kaj­cie, skar­beńki — powie­działa bab­cia. — Może coś zje­cie? Mam w lodówce pysz­niut­kie gołąbki. A może woli­cie zupkę pomi­do­rową? Jest też kapu­śnia­czek i kur­czak. Ziem­niaczki zaraz upiekę…

— Naprawdę dzię­ku­jemy. Już jedli­śmy.

— Pew­nie chipsy — wes­tchnęła bab­cia, wie­sza­jąc płaszcz.

Pomo­gli jej wnieść torby do kuchni i po cichu ulot­nili się. Caban spał już przy ścia­nie, nie zwra­ca­jąc na nic uwagi. Udo­wod­nił tym samym, że uznał Neta i Nikę za przy­ja­ciół domu. Wyglą­dał teraz jak wielki czarny kłąb kudłów zmie­cio­nych na kupkę w salo­nie fry­zjer­skim.

— Kie­dyś mie­li­śmy sąsia­dów, któ­rych pies nazy­wał się Wyziew — powie­dział cicho Net. — Tak mu jechało z pyska, że zeza można było dostać. Już ze dwa razy miał walizki wysta­wione przed drzwi, ale szkoda im się robiło.

— Tata cza­sem myje Caba­nowi zęby — odparł Felix, już na scho­dach do piw­nicy. — Źle się do tego zabie­ramy. Mówię o Mar­celu i Rube­nie. Zobaczmy naj­pierw, co mamy do dys­po­zy­cji.

Spro­wa­dził ich do spo­rego warsz­tatu, miesz­czą­cego się w piw­nicy.

— Łał! — krzyk­nął z podzi­wem Net. Wyprze­dził Nikę i sta­nął na środku, nie wie­dząc, od czego zacząć zwie­dza­nie.

— Wygląda, jakby roz­biła się tu cię­ża­rówka wio­ząca złom — z kon­ster­na­cją stwier­dziła Nika.

— Nie czu­jesz kli­matu, kobieto… — Net lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką.

Pod kil­koma małymi okien­kami stał długi stół z naj­róż­niej­szymi narzę­dziami. Wzdłuż pozo­sta­łych ścian zamon­to­wano solidne regały, aż do sufitu zasta­wione pudłami i frag­men­tami prze­dziw­nych mecha­ni­zmów. Były tu modele samo­lo­tów, małe roboty, tele­wi­zor, głowa mane­kina, nie­zi­den­ty­fi­ko­wane wiązki prze­wo­dów, sil­niki elek­tryczne, tryby i coś, jakby czę­ści samo­cho­dowe. Urzą­dze­nia spra­wiały wra­że­nie, że są nie­do­koń­czone lub uszko­dzone. W kącie, oparta o ścianę, stała zaku­rzona mecha­niczna ręka, a obok niej coś, co mogło być mode­lem woj­sko­wej amfi­bii. W cie­niu, obok scho­dów, które pro­wa­dziły zapewne wprost do garażu, przy­kryty szmatą stał człe­ko­kształtny robot wiel­ko­ści doro­słego męż­czy­zny.

Nika zer­k­nęła na jedną z pó­łek, pisnęła cicho i cof­nęła się.

— Tam jest pająk gigant — szep­nęła.

— To robot kro­czący — wyja­śnił Felix i zdjął z półki czarny mecha­nizm wiel­ko­ści dłoni z ośmioma meta­lo­wymi odnó­żami. — Przy­datny, kiedy coś wpad­nie pod kanapę.

Teraz widać było, że to mecha­nizm, ale dziew­czyna i tak nie chciała nawet na niego spoj­rzeć. Obok „pająka” leżały mały pojazd gąsie­ni­cowy, kulka z wysta­ją­cymi anten­kami, coś, co wyglą­dało jak mecha­niczny wąż i para pół­okrą­głych, kar­bo­wa­nych kloc­ków wiel­ko­ści dłoni. Była też para dam­skich butów ze sprę­ży­nami w miej­scu obca­sów.

— Hop­sasy — wyja­śnił Felix — czyli obcasy na sprę­ży­nach.

— Tu są też myszy — jęk­nęła Nika.

Felix zbli­żył się do leżą­cych w ciem­no­ści nie­ru­cho­mych bia­łych myszek i oświe­tlił je latarką. Natych­miast zaczęły popi­ski­wać i krą­żyć po półce. Gdy dojeż­dżały do kra­wę­dzi albo do ściany – zawra­cały.

— Co jest w tym czar­nym pudełku? — zapy­tała Nika, odsu­wa­jąc się od myszy.

— Nega­tywka. To takie coś jak pozy­tywka, tylko gra heavy metal. Pre­zent dla nie­grzecz­nych dzieci.

— A to?

— Mecha­niczny pies. Moje dzieło, pra­wie go skoń­czy­łem.

— Twój tata nie ma nic prze­ciwko temu, że wcho­dzisz do jego pra­cowni? — zapy­tała Nika.

— Nie ma, jeśli nic nie ruszam — odparł Felix i wywa­lił zawar­tość dużego kar­tonu wprost na pod­łogę. — Praw­dziwą pra­cow­nię ma w Insty­tu­cie. Tutaj wyżywa się po pracy.

— Musi być mania­kiem — zauwa­żyła Nika.

— Jest — przy­znał Felix. — Wystar­czy, że sie­dzi w jed­nym miej­scu dłu­żej niż pięć minut, i już zaczyna coś kon­stru­ować z tego, co ma pod ręką. Kie­dyś musiał spę­dzić noc na lot­ni­sku pod Pary­żem i prze­ro­bił dwa rzędy krze­se­łek na huś­tawkę i zjeż­dżal­nię dla dzieci. Hm… Zresztą, jak się lepiej zasta­no­wić, mógł tę histo­rię zmy­ślić. Jest tro­chę zakrę­cony, cza­sem nie wia­domo, co jest prawdą, a co żar­tem.

Zdjął z regału tek­tu­rowe pudełko i wycią­gnął z niego mały heli­kop­ter, który razem ze śmi­głem mie­ścił się na dłoni.

— To mikro­he­li­kop­ter — wyja­śnił. — Zdal­nie ste­ro­wany dron szpie­gow­ski, uda­jący zabawkę. Z przodu ma kamerę mniej­szą od paznok­cia. Możemy nim śle­dzić ruchy wroga.

Się­gnął po kolejne pudełko i wycią­gnął z niego dłu­go­pis z prze­wo­dem zakoń­czo­nym małą słu­chawką.

— Mikro­fon kie­run­kowy — wyja­śnił, bio­rąc następne pudełko.

— Czy twój tata zaopa­truje agen­tów Jej Kró­lew­skiej Mości? — zapy­tał Net, z każdą chwilą coraz bar­dziej zafa­scy­no­wany.

— Nie wszystko nadaje się dla Jamesa Bonda — uśmiech­nął się Felix. — To tutaj — wyjął szary podłużny przed­miot z gumo­wym wał­kiem na końcu — to przy­rząd do wycią­ga­nia „X” przed nawias. Tata zro­bił go kie­dyś, żeby zde­ner­wo­wać kilku pro­fe­so­rów, któ­rzy kry­ty­ko­wali jego pracę. Oczy­wi­ście nie działa.

Wycią­gał i poka­zy­wał kolejne wyna­lazki. Kie­szon­kowe sola­rium, kli­ma­ty­za­cja do butów, latarka na bate­rie sło­neczne, apa­rat do gasze­nia zapa­łek, mikro­my­śli­wiec do zwal­cza­nia koma­rów, samo­jezdna golarka, i tak dalej.

Net przy­glą­dał się gadże­tom z sze­roko otwar­tymi oczami.

— Apa­rat do gasze­nia zapa­łek? — zdzi­wił się. — Prze­cież to idio­tyczne.

— Być może — przy­znał Felix. — Tata czę­sto trak­tuje swoje wyna­lazki jako ćwi­cze­nie. Naj­pierw wymy­śla czyn­ność, jaka jest do zro­bie­nia, a potem kon­stru­uje urzą­dze­nie, które wyko­nuje ją lepiej.

— Ale gasze­nie zapa­łek…?

— Jeśli gasisz zapałkę, macha­jąc nią, może ci się wyśli­zgnąć i spo­wo­do­wać pożar.

Net pokrę­cił głową.

— A latarka na bate­rie sło­neczne? — nie dawał za wygraną. — Po co komu latarka, która może świe­cić tylko wtedy, gdy jest słońce?

— To nie tak. Ona się tylko ładuje na słońcu. Potem może świe­cić w ciem­no­ści.

— Daj­cie spo­kój — prze­rwała im Nika, znacz­nie mniej zain­te­re­so­wana gadże­tami. — Zasta­nówmy się, co może nam się przy­dać.

— Po pierw­sze, potrze­bu­jemy cen­trum dowo­dze­nia — stwier­dził Felix. — Pro­po­nuję strych. Stam­tąd naj­le­piej będzie dzia­łało zdalne ste­ro­wa­nie.

— Masz już jakiś plan? — zapy­tał Net.

Felix się­gnął po notes z odry­wa­nymi kart­kami, wycią­gnął z kie­szeni pióro, odkrę­cił skuwkę i zaczął noto­wać.

— Pierw­szy etap ope­ra­cji to przy­go­to­wa­nie naszej kwa­tery. Punkt drugi to zlo­ka­li­zo­wa­nie kwa­tery wroga. Trzeci – odbi­cie zakład­ni­ków… to jest… odzy­ska­nie skra­dzio­nych przed­mio­tów. Czwarty – danie wro­gowi nauczki. Ten punkt wymaga osob­nego prze­my­śle­nia.

— To już coś — zgo­dził się Net. — Od czego zaczniemy?

— Od początku — trzeźwo zauwa­żyła Nika, któ­rej zabawa zaczy­nała się podo­bać. — W ponie­dzia­łek po lek­cjach zre­ali­zu­jemy punkt pierw­szy, a potem pomy­ślimy co dalej.

* * *

Wie­czo­rem Felix z tatą sie­dzieli w salo­nie i oglą­dali w tele­wi­zji pro­gram infor­ma­cyjny. Auto­ma­tyczny odku­rzacz mysz­ko­wał pod fote­lami, szu­miąc cicho.

— Jak wiesz, Gang Nie­wi­dzial­nych Ludzi obra­bo­wał bank, w któ­rym pra­cuje mama — ode­zwał się tata, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać rado­ści. — Jedy­nym świad­kiem jest pani, która sprząta, ale ma taką skle­rozę, że cudem pamięta wła­sne imię. Powie­działa, że ban­dyci weszli przez scho­wek na szczotki, a to prze­cież nie­moż­liwe. Szefa gangu szuka cała nasza poli­cja, a nawet Inter­pol. Facet ma ksywkę Mor­ten i jest nie­zwy­kle nie­bez­pieczny. Nie­we­soło.

— To dla­czego się cie­szysz? — zapy­tał Felix.

— Wresz­cie, po dwóch dniach, zadzwo­nili do mnie z Mini­ster­stwa Spraw Spe­cjal­nych. Potrze­bują mojej pomocy. Pod warun­kiem, że prze­pro­szę mini­stra i wicemini­stra. O tych dwóch dorad­cach nie wspo­mnieli.

— I prze­pro­sisz?

— Już prze­pro­si­łem. Ofi­cjal­nie i kilka razy nie­ofi­cjal­nie.

— A jak zamie­rzasz zła­pać ten gang?

— To nie jest pro­ste. — Tata podra­pał się za uchem. — Wciąż nad tym myślę. Dzia­łają na tere­nie całego mia­sta. Poja­wiają się w banku dosłow­nie zni­kąd, przed otwar­ciem lub po zamknię­ciu i nie sta­rają się nawet wyłą­czyć alarmu. Nim przy­je­dzie poli­cja, ucie­kają fur­go­netką. Fur­go­netka nagle, w samym środku poli­cyj­nej obławy, skręca w boczną uliczkę i… znika. W dodatku nikt nie potrafi podać ich dokład­nych ryso­pi­sów. I tak za każ­dym razem. Dla­tego nazwano ich Gan­giem Nie­wi­dzial­nych Ludzi.

— Jak mogą tak po pro­stu poja­wiać się albo zni­kać? — zdzi­wił się Felix.

Tata wzru­szył ramio­nami, ale wciąż się lekko uśmie­chał.

— Gdyby poli­cja to wie­działa, nie potrze­bo­wa­liby mojej pomocy.

* * *

Ponie­dział­kowe lek­cje cią­gnęły się nie­mi­ło­sier­nie. Na szczę­ście naj­pierw był raczej przy­jemny angiel­ski. Pani od angiel­skiego, Chri­stina, zamiast kazać im wku­wać gra­ma­tykę, pró­bo­wała namó­wić wszyst­kich do zwy­kłej roz­mowy. Była chyba naj­lep­szą nauczy­cielką angiel­skiego, jaką kie­dy­kol­wiek mieli. Nie­mal nie znała pol­skiego albo uda­wała, że nie zna. Więc naj­prost­sze pyta­nie było jed­no­cze­śnie ćwi­cze­niem. Miła i bar­dzo cier­pliwa, miała nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat i dłu­gie, błysz­czące czarne włosy. Jak szybko się zorien­to­wali, jej pasją było ucze­nie naj­bar­dziej kla­sycz­nego, bry­tyj­skiego akcentu i sta­ran­nej wymowy.

Więk­szość uczniów nie wybrała jesz­cze dodat­ko­wego języka obcego. Mógł to być nie­miecki, fran­cu­ski, wło­ski lub hisz­pań­ski.

— Założę się, że hisz­pań­skie dzieci nie muszą się uczyć pol­skiego — narze­kał Net na prze­rwie, gdy stali przed tablicą ogło­szeń. — Nie wiem, co wybrać. Mógł­bym się uczyć eski­mo­skiego. Pew­nie jest bar­dzo pro­sty.

— No i jesz­cze zaję­cia dodat­kowe — przy­po­mniała Nika. — Wybierzmy coś, na co będziemy mogli cho­dzić razem. Myśla­łam o histo­rii…

— Widzia­łaś histo­ryka? Zaśniemy — skrzy­wił się Felix. — Spójrz­cie na listę, nic tam nie ma. Kurs kroju i szy­cia, coś, co się nazywa „Zostań mistrzem ori­gami”, nauka goto­wa­nia „Pomóż mamie”, kurs tań­ców ludo­wych. Na sza­chy chyba się nie zapi­szemy, zaję­cia ze śpiewu też odpa­dają. Może fizyka?

— Ja nie wytrzy­mam — szybko zazna­czyła Nika.

— To może matma? — zapro­po­no­wał Net. — Mam w gło­wie cały pro­gram mate­ma­tyki aż do stu­diów.

— Po co ci zaję­cia dodat­kowe z matmy, jeśli jesteś z niej dobry? — zdzi­wiła się Nika.

— Żeby się nie prze­mę­czać. A co innego zostaje? Z infor­ma­tyki by mnie wyrzu­cili za ataki śmie­chu. Jest jesz­cze tro­chę czasu na zasta­no­wie­nie.

Obok stał zroz­pa­czony Kuba. Chyba miał pro­blemy decy­zyjne, a wybra­nie wła­ści­wych zajęć zupeł­nie go prze­ro­sło.

* * *

Dobrnęli do ostat­niej lek­cji – geo­gra­fia zapo­wia­dała się inte­re­su­jąco. Nie­stety, w poło­wie pani Kon­stan­cja Kon­stan­ty­no­pol­ska zaczęła wywo­ły­wać uczniów do tablicy, by wska­zy­wali na mapie mia­sta, któ­rych nazwy poda­wała. Celina, wywo­łana jako trze­cia, z tru­dem wygra­mo­liła się zza swo­jego stołu, obcią­ga­jąc kusy różowy swe­te­rek. Zawa­dziła szpi­cza­stym buci­kiem o podest przed tablicą i runęła jak długa wprost przed stopy nauczy­cielki.

— Wygod­niej ci będzie odpo­wia­dać na sto­jąco — pora­dziła pani Kon­stan­cja, któ­rej nie drgnął ani jeden mię­sień twa­rzy.

Przez salę prze­bie­gły stłu­mione chi­choty.

— Ale rwie się do odpo­wie­dzi — sko­men­to­wała cicho Aure­lia. — Każ­dym kilo­gra­mem swo­jego ciała.

— O jeden bato­nik za daleko — dra­ma­tycz­nie oznaj­mił Net.

Nika spio­ru­no­wała go wzro­kiem. Celina wstała i przy­gnę­biona, musiała wska­zać aż trzy mia­sta.

Pod koniec lek­cji nauczy­cielka zapo­wie­działa, że za tydzień będzie test i muszą znać na pamięć nazwy sto­lic, języki urzę­dowe i liczby miesz­kań­ców wszyst­kich państw Ame­ryki Połu­dnio­wej. W kla­sie zapa­no­wała ponura atmos­fera. Tylko Felix i Net nie stra­cili humoru. Wymie­nili poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, uśmie­cha­jąc się tajem­ni­czo.

— Bez­prze­wo­dowe słu­chawki douszne — powie­dział Felix po dzwonku, jakby to wszystko wyja­śniało.

Nika domy­ślała się, co chcą zro­bić.

— Zamier­za­cie ścią­gać? — zapy­tała z nie­do­wie­rza­niem.

— Czemu nie? — Net był zdzi­wiony. — W jakim celu mam znać liczbę miesz­kań­ców Chile albo Ekwa­doru? Wiem, gdzie to spraw­dzić w kilka sekund.

— Może cho­dzi o ćwi­cze­nie pamięci?

— Znam na to sto lep­szych spo­so­bów. Mam w gło­wie kil­ka­dzie­siąt kodów dostępu do… no, nie­ważne. Jeżeli cho­dzi o zaję­cia dodat­kowe, geo­gra­fia odpada.

— Jeśli nie będziesz się uczył, zosta­niesz nie­oga­rem życio­wym — pod­su­mo­wała Nika.

* * *

Gdy zabrzmiał ostatni dzwo­nek, trójka przy­ja­ciół dys­kret­nie prze­do­stała się na wąskie schody pro­wa­dzące na strych. Nie­stety, drzwi były zamknięte na solidny zamek.

— No to kapota — oznaj­mił z pewną ulgą Net. — Odwo­łu­jemy akcję, a tam­tych dwóch omi­jamy łukiem.

— Nie­ko­niecz­nie — powie­dział powoli Felix, grze­biąc w ple­caku. Wycią­gnął meta­lowy przed­miot przy­po­mi­na­jący bar­dzo grube pióro wieczne. Zdjął skuwkę i zatknął ją z dru­giej strony.

— Chcesz napi­sać poda­nie do Sto­krotki o udo­stęp­nie­nie nam stry­chu na tajną sie­dzibę? — zapy­tał Net.

— To klucz uni­wer­salny — odpo­wie­dział Felix i naci­snął przy­cisk z boku przed­miotu. Z wąskiej przed­niej czę­ści, z cichym szczęk­nię­ciem wysu­nęło się w róż­nych kie­run­kach kil­ka­na­ście bla­szek. Felix uśmiech­nął się, scho­wał blaszki, wło­żył klucz do zamka i naci­ska­jąc kil­ka­krot­nie przy­cisk, pokrę­cił klu­czem, aż usły­szeli prze­su­wa­jące się zapadki. Wyjął urzą­dze­nie i przyj­rzał się ukła­dowi bla­szek.

— Zapa­mię­tał wzór zamka — wyja­śnił. — Wie­czo­rem doro­bię dla nas zwy­kłe klu­cze.

Nika i Net spoj­rzeli na niego z podzi­wem. Net naci­snął klamkę i drzwi, z przy­krym skrzy­pie­niem, otwo­rzyły się, uka­zu­jąc ciem­ność. Na kory­ta­rzach było za gło­śno, by ktoś to usły­szał – star­sze klasy miały jesz­cze lek­cje. Felix wszedł pierw­szy i bez powo­dze­nia spró­bo­wał wyma­cać włącz­nik świa­tła. Stwier­dził jed­nak, że wzrok szybko przy­zwy­czaił się do pół­mroku, a gdy prze­szedł kilka kro­ków, zro­biło się jaśniej. Świa­tło wpa­dało przez pół­okrą­głe okna w dachu, które dotych­czas oglą­dali tylko z zewnątrz.

Z tyłu trza­snęły drzwi i roz­le­gło się kar­cące psyk­nię­cie Niki. Net wymam­ro­tał jakieś prze­pro­siny, że trza­snął nie­chcący, i oboje ostroż­nie pode­szli do Felixa. Przed nimi cią­gnął się zasta­wiony sta­rymi gra­tami, zaku­rzony strych. Poczuli gęsią skórkę i przy­su­nęli się bli­żej sie­bie.

— Prze­dzie­ra­jąc się przez te rupie­cie, można pew­nie przejść nad całą szkołą — powie­dział Net z prze­ję­ciem, ale szybko zazna­czył — nie, żebym miał ochotę…

— Z wyjąt­kiem sali gim­na­stycz­nej — odparł Felix i wska­zał pio­nową ścianę zaraz za rogiem. — Jest wyż­sza od reszty pomiesz­czeń na trze­cim pię­trze.

Prze­szli obok usta­wio­nych bez­ład­nie szaf, minęli kilka bar­dzo sta­rych ławek szkol­nych, takich przed­wo­jen­nych, dwu­dzie­sto­wiecz­nych, z uno­szo­nym bla­tem i okrą­głym otwo­rem4. Za nimi pię­trzyły się tek­tu­rowe pudła. Na pokry­tej kurzem pod­ło­dze widać było tylko poje­dyn­cze ślady ginące gdzieś w kącie. Zawró­cili. Nie­da­leko drzwi zna­leźli za pudłami wąskie drew­niane schodki pro­wa­dzące na coś w rodzaju pół­pię­tra, któ­rego pod­łoga znaj­do­wała się dwa metry ponad pod­łogą stry­chu. Było to na oko naj­cie­kaw­sze miej­sce, więc nie­wiele myśląc, weszli tam.

Pomiesz­cze­nie oka­zało się jedną z czte­rech naroż­nych nad­bu­dó­wek widocz­nych z ulicy. Z dwóch stron spa­dzi­sty dach docho­dził nie­mal do pod­łogi, gdzie wsta­wiono dwa pół­okrą­głe okienka z kil­koma zma­to­wio­nymi bru­dem i sta­ro­ścią szyb­kami. Z trze­ciej strony dach nad­bu­dówki przy­le­gał do sali gim­na­stycz­nej, a z czwar­tej – koń­czył się pio­nową, drew­nianą ścianą oddzie­la­jącą ją od reszty stry­chu.

Pod­łogę i więźbę dachową wyko­nano z drewna. Przez szpary pomię­dzy deskami jed­nej ze ścian widać było długi zagra­cony strych. Nad­bu­dówka, pełna sta­rych mebli, miała pięć na pięć metrów. Przy dwóch wyż­szych ścia­nach usta­wiono prze­szklone szafy, któ­rych zawar­tość suge­ro­wała, że nie uży­wano ich od kil­ku­dzie­się­ciu lat. Dalej stał wielki pęk­nięty glo­bus, jakieś archa­iczne przy­rządy do fizyki, w tym sty­lowo wyglą­da­jąca maszyna elek­tro­sta­tyczna, i… szkie­let ludzki na sto­jaku. Były też wypchane zwie­rzęta, nad­je­dzone przez mole: duża sowa, orzeł przedni i lis. Wszystko pokry­wała bar­dzo gruba war­stwa kurzu.

Prze­zwi­sko Eftep powstało dawno temu, kiedy popu­larny był pro­to­kół FTP, słu­żący do trans­feru pli­ków w inter­ne­cie. [wróć]

Polo­nez to nie­pro­du­ko­wany od dawna pol­ski samo­chód. Kie­dyś był uzna­wany za luk­su­sowy, potem już nie­ko­niecz­nie. [wróć]

Imię Caban wyma­wia się tak, jak się je pisze. [wróć]

Otwór słu­żył do umiesz­cze­nia w nim kała­ma­rza. Dawno temu nie uży­wano dłu­go­pi­sów, a pióra wieczne były za dro­gie, by dosta­wali je ucznio­wie. W szko­łach uży­wano spe­cjal­nych drew­nia­nych obsa­dek ze sta­lówką, którą maczano w atra­men­cie znaj­du­ją­cym się w kała­ma­rzu. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki