Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
93 osoby interesują się tą książką
SIERPIEŃ 1955 R.
Kiedy panna Darcy O’Sullivan, nauczycielka języka angielskiego z Bostonu, otrzymuje list z wiadomością o śmierci biologicznego ojca, ze zdziwieniem odkrywa, że została uwzględniona w jego testamencie. Otrzymanie spadku wiąże się jednak z pewnym wymogiem: kobieta musi uczestniczyć w pogrzebie.
Darcy, skuszona perspektywą pokaźnej fortuny, postanawia wyruszyć do małego nadmorskiego miasteczka skrywającego tajemnicę jej narodzin. Niestety sprawy się komplikują, gdy tylko stawia stopę w Fairydale.
Dziwni mieszkańcy. Dziwne plotki. Dziwne… zgony. Wszystko w tym miejscu jest dziwne.
Nawet ponury Caleb Hale – członek okrytej złą sławą rodziny Hale’ów. Za dnia Darcy coraz bardziej ulega jego urokowi, a on z kolei zmusza ją do opuszczenia strefy komfortu i odkrycia swojej zmysłowości. Nocą jednak w jej snach pojawia się ktoś inny – Amon d’Artan, szlachcic żyjący dwa wieki wcześniej.
Amon jest słodki i uprzejmy, a Caleb gwałtowny i niebezpieczny, a to sprawia, że Darcy czuje się rozdarta jak nigdy dotąd. Wkrótce zostaje uwikłana w sieć kłamstw, oszustw i niewytłumaczalnych wydarzeń, przez co zaczyna wątpić we własny rozsądek.
Kiedy starożytne zło zaczyna zagrażać miastu i temu, co dla Darcy najdroższe, dziewczyna musi dokonać ostatecznego wyboru. Tylko czy wyjdzie z tego żywa?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1221
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Fairydale
Copyright © Veronica Lancet 2022
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
Copyright © for the Cover by Simon & Schuster
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Katarzyna Chybińska, Martyna Góralewska, Dominika Kalisz-Sosnowska
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Projekt okładki: Sarah Hansen / Okay Creations
ISBN 978-83-8470-044-0 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Drogi Czytelniku,
Fairydale to mieszanka powieści gotyckiej, horroru, fantasy i literatury o zjawiskach nadprzyrodzonych z domieszką historii, ale w gruncie rzeczy to po prostu historia o miłości. To prawdopodobnie moja ulubiona opowieść spośród wszystkich, jakie napisałam, i mam nadzieję, że czytanie jej sprawi Ci tyle samo radości, ile mi przyniosło jej pisanie.
Zanim przejdziemy dalej, muszę poruszyć kilka kwestii.
Jeśli szukasz typowego romansu, to ta książka nie jest dla Ciebie.
To długa podróż (a mam tu na myśli prawie dziewięćset stron), więc jeśli nie przepadasz za zawiłymi wątkami fabularnymi, obszernymi opisami lub niezwykle powolnym tempem akcji, to ta książka nie będzie dla Ciebie.
Nie jest to również książka, którą można czytać pobieżnie, bo łatwo zgubić się w morzu informacji, które czasami celowo wprowadzają w błąd. Fabuła jest skomplikowana, z wieloma bohaterami, a akcja toczy się w trzech różnych liniach czasowych.
Chociaż historia składa się z akcji dziejących się w kilku epokach, ze względu na charakter poruszanego tematu nie należy traktować jej jako dzieła opartego na autentycznych wydarzeniach historycznych. Starałam się, aby te fragmenty były jak najbardziej przystępne, zachowując jednocześnie pewien realizm historyczny.
Fabuła może być momentami dość mroczna i poruszająca, dlatego zachęcam do uważnego zapoznania się z ostrzeżeniami dotyczącymi treści przed rozpoczęciem tej lektury.
Mam nadzieję, że książka Ci się spodoba i proszę, nie zdradzaj fabuły innym!
Ostrzeżenia dotyczące treści: krew (krwawe sceny), sceny związane z fetyszem krwi i fetyszem menstruacji, śmierć, poniżające określenia, dyskryminacja, narkotyki, drastyczne sceny tortur, drastyczne sceny przemocy, drastyczne sceny o charakterze seksualnym (z udziałem ludzi i istot niebędących ludźmi), kazirodztwo, bezpłodność, porwanie, morderstwo, gwałt, broń, zespół stresu pourazowego (PTSD), samobójstwo.
Słońce zaczęło zachodzić, a Lizette wciąż nie mogła zebrać się w sobie, by wrócić do domu. Zwłaszcza że gdyby jej najbliżsi tylko na nią spojrzeli, od razu by się domyślili, co się stało.
To nie jej wina – to wiedziała na pewno. Nie miała jednak pewności, czy rodzina podzieliłaby tę opinię. Na pewno nie można powiedzieć tego o jej matce, która przez większość życia z trudem znosiła widok własnego dziecka. Gdyby się o tym dowiedziała, miałaby tylko kolejny powód, by nią gardzić – i być może kolejny powód, by ją odesłać.
Znalazła się sama nocą w lesie, w miejscu dość niebezpiecznym dla płci pięknej, ale doświadczyła już najgorszego, co może spotkać kobietę. Nawet teraz nie przestawała krwawić bez względu na to, ile razy próbowała się osuszyć kawałkiem podartego swetra.
Zmierzając w kierunku wodospadu ukrytego głęboko w lesie, myślała tylko o tym, by zmyć z ciała wszelkie ślady jego obecności.
Dźwięk wody powoli docierał do jej uszu. Miała zaczerwienione policzki, a łzy zdążyły już wyschnąć. Lecz gdy zbliżyła się do nurtu, nie mogła powstrzymać kolejnych łez.
Delikatnie zdjęła ubranie, dbając o rany, które wciąż bardzo jej dokuczały. Złożyła starannie sukienkę, położyła ją na ziemi, podeszła do brzegu rzeki i zanurzyła palce stóp w toni. Początkowo zaskoczyło ją uczucie chłodu, ale cóż, sama była sobie winna, próbując kąpać się w strumieniu na początku grudnia.
Miała jednak w zanadrzu jeszcze jedną tajną broń.
Pocierając o siebie dłonie, skierowała ciepło ciała do rzeki, tak aby woda osiągnęła pożądaną temperaturę.
Lizette może nie była tak potężna jak matka, ale miała tę jedną zdolność i czuła się z niej dumna – zdolność rozgrzewania przedmiotów. Niestety, nawet to nie wystarczyło, by zatrzymać jego atak.
Kiedy ciecz wystarczająco się ogrzała, cała się w niej zanurzyła. Zaczęła szorować skórę, marząc, by móc pozbyć się wspomnień tak łatwo, jak jego zapachu.
Spędziła tam dłuższą chwilę, przerażona myślą, że po wszystkim zostanie zmuszona zmierzyć się z rzeczywistością.
Powoli wyszła z wody i przez chwilę po prostu stała na brzegu obok sukienki, nie mogąc się zmusić, by ponownie ją włożyć. Na szczęście dzięki własnej zdolności mogła utrzymać ciepło bez potrzeby noszenia ubrań.
Kiedy tak tam stała, rozmyślając o swoim życiu, zauważyła kolorowego motyla fruwającego tuż nad taflą.
Nie miała pojęcia, jak mógłby przetrwać tu zimę, ale zbyt zauroczył ją ten piękny widok, by go kwestionować.
Wydawało się, że motyl miał jasny cel, bo kierował się prosto w jej stronę, trzepocząc błyszczącymi, niebieskimi skrzydłami, aż zatrzymał się tuż przed oczami dziewczyny. Zanim się zorientowała, co zamierza, owad pofrunął niżej i przysiadł na jej podbrzuszu.
– Co robisz?
Znalazła w sobie siłę, by znów się uśmiechnąć, bo czuła się szczęśliwa, że to piękne stworzenie przyleciało właśnie do niej.
– Oczywiście, że nie odpowiesz – skarciła się, wzdychając z rezygnacją.
Kiedy wpatrywała się w owada, ten nagle przekręcił główkę w jej stronę, niemal jakby ją rozumiał. Lecz to nie to wydało się jej najdziwniejsze.
Powoli wtapiał się w jej skórę, aż po jego pięknej formie nie pozostało już nic.
Zaskoczona Lizette odskoczyła. Obawiała się, że mogła go skrzywdzić posiadanym darem.
Pewnego dnia zda sobie sprawę, że nie zabiła motyla.
Ofiarowała mu życie.
Sierpień 1955 r., Boston, Massachusetts
– Panno O’Sullivan, panno O’Sullivan!
Odwracam głowę w stronę głosu kogoś, kto mnie woła, i na twarzy pojawia mi się szeroki uśmiech, gdy dostrzegam Steviego, jednego z moich uczniów, pędzącego w moim kierunku.
– To do pani, panno O’Sullivan! – Zatrzymuje się obok, ciężko dysząc, i wyciąga grubą, brązową kopertę. – Pani Jennings powiedziała, że to dla pani.
Marszczę brwi, zdezorientowana. Ale kiedy biorę przesyłkę do ręki, widzę, że na górze widnieje moje imię i nazwisko, zapisane nieskazitelnym pismem.
Panna Darcy O’Sullivan.
Jeszcze dziwniejsze wydaje się to, że nie ma ani nadawcy, ani adresu zwrotnego.
– Dziękuję, Stevie. Może wrócisz do reszty? Niedługo zacznie się lunch. – Uśmiecham się do chłopca, gładząc mu gęste loki.
Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech, gdy obejmuje mnie mocno w pasie.
– Kocham panią, panno O’Sullivan – szepcze stłumionym głosem, po czym pędzi dalej z rumieńcem na policzkach.
Kręcąc głową z powodu małego chłopięcego wybryku, wkładam kopertę pod pachę i kieruję się z powrotem do swojego pokoju w kwaterach dla personelu.
Szkoła z internatem Saint Russell to jedna z najlepszych placówek tego typu w kraju i choć zgodnie z wymogami stanowiska musiałam zamieszkać na jej terenie, nie miałam nic przeciwko temu, biorąc pod uwagę, że i tak nie posiadałam innej opcji zakwaterowania.
Gdy docieram do korytarza, podchodzę do trzecich drzwi i ostrożnie pukam trzy razy.
Dzielę pokój z Allison, inną nauczycielką, która dołączyła do kadry w tym samym czasie co ja. Dopisało mi ogromne szczęście, że mam tylko jedną współlokatorkę.
Kiedy byłam mała, zawsze spałam w pokoju z mamą, a po jej śmierci, gdy skończyłam już dziesięć lat, trafiłam do sierocińca. Tam w jednym pomieszczeniu mieszkało czasem nawet osiem lub dziesięć osób. W porównaniu z tamtym miejscem warunki w Saint Russell są po prostu fantastyczne.
– Wejdź! – woła Allison sennie. Otwieram drzwi, a ona wierci się w łóżku, próbując wstać.
– Nie – natychmiast ją powstrzymuję. – Nie podnoś się.
– Chyba codziennie widzisz mnie tylko w łóżku – dodaje sucho, wykrzywiając usta w uśmiechu.
– To nie twoja wina, że złapałaś grypę – upominam, kładąc kopertę na swojej pościeli, zanim podchodzę do współlokatorki. Dotykam dłonią jej czoła i przesuwam palcami po skórze, sprawdzając temperaturę.
– Już nie jesteś rozpalona – przyznaję, zauważając jej spierzchnięte usta. Odwracam się do stolika, nalewam trochę wody i podaję dziewczynie szklankę. – Teraz musisz tylko się nawodnić, a będziesz jak nowa.
– Co ja bym bez ciebie zrobiła? – Uśmiecha się, kręcąc głową. – Powinnaś ubiegać się o stanowisko pielęgniarki, a nie nauczycielki angielskiego. Każdy już od dawna wie, że potrafisz leczyć dotykiem.
– Wiesz przecież, że nie mogłam. – Rumienię się lekko, słysząc ten komplement. – Nie posiadam do tego odpowiednich kwalifikacji.
Miałam szczęście, że zakonnice z sierocińca, w którym dorastałam, sfinansowały mi studia nauczycielskie, a po ich ukończeniu pomogły znaleźć pracę w Saint Russell.
Gdyby nie one, nigdy nie znalazłabym się tu, gdzie jestem dzisiaj, i pozostanę im dozgonnie wdzięczna za wszystko, co zrobiły – szczególnie siostrze Mary i siostrze Anne. Od samego początku były moimi największymi orędowniczkami, pomagały osiągnąć sukces, gdy wszystko sprzysięgało się przeciwko mnie.
– Nie wyobrażam sobie nikogo bardziej odpowiedniego od ciebie. Gorączka nie spadła po lekach przepisanych przez lekarza, ale odpuściła po twojej herbacie.
– To chyba po prostu kwestia szczęścia. – Uśmiecham się, poprawiając jej koc.
Zawsze fascynowała mnie medycyna oraz kunszt lekarza i być może nawet rozważałam kiedyś związać z tym swoją przyszłość. Nie mogłam jednak odrzucić propozycji sióstr, wiedząc, jak bardzo troszczyły się o mnie przez te wszystkie lata. Postanowiłam więc zostać nauczycielką. Choć bardzo lubię przygotowywać herbatki i nalewki, to jeszcze bardziej cenię sobie czas spędzony z dziećmi na uczeniu ich o cudach literatury.
Jakkolwiek na to nie patrzę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nieustannie spotyka mnie szczęście.
– Co to? – Allison wskazuje na kopertę.
– Och, zapomniałam. Dostałam przesyłkę – odpowiadam entuzjastycznie.
Oprócz sióstr nie mam nikogo, kto mógłby mi coś wysłać, więc najprawdopodobniej to paczka od nich.
– Zazdroszczę ci. Te twoje zakonnice traktują cię lepiej niż moja własna matka mnie – narzeka, ale wiem, że nie mówi tego złośliwie.
Siostra Mary zawsze wysyła mi tkaniny, abym mogła coś sobie uszyć, a siostra Anna co miesiąc podrzuca nową książkę. W ten sposób dają mi znać, że nieustannie o mnie myślą. W zamian wysyłam im nalewki z lokalnych roślin.
– Są urocze, prawda? – wzdycham roztargniona.
Mimo że tak wcześnie straciłam rodziców, uważam, że dopisało mi ogromne szczęście. Mam pracę i ludzi, którym na mnie zależy. Posiadam dach nad głową, łóżko do spania i ciepły posiłek każdego dnia. Niezależnie od tego, z jakiej perspektywy ocenia się moją sytuację, jest ona znacznie lepsza od przeciętnej – z pewnością lepsza niż to, czym może poszczycić się sporo osób.
Być może właśnie dlatego niechętnie przyznaję, że czegoś mi brakuje.
Kocham i jestem kochana, a jednak w moim sercu zieje ogromna pustka zdająca się sączyć niewidzialną krwią.
To coś, z czym żyję od zawsze – to poczucie, że brakuje mi czegoś niezbędnego dla istnienia. Ale to też coś, czego nigdy nikomu nie wyznałam. Gdybym to zrobiła, zaczęłabym uchodzić za niewdzięczną, a to ostatnie, co mnie definiuje.
Jestem po prostu… niespokojna.
Z trudem wykrzywiając usta w uśmiechu, siadam na łóżku, otwieram szufladę i szukam nożyka do listów. Ostrożnie rozcinam górną część koperty i wkładam do środka palce, by wyjąć zawartość.
Moje oczy robią się coraz większe, gdy dostrzegam trzy różne mniejsze koperty – jedną bardzo grubą i dwie cienkie – wraz z pudełkiem na biżuterię.
– Czy to od zakonnic? – pyta Allison.
Powoli kręcę głową, mrugając, gdy przyglądam się zawartości przesyłki. Jeszcze raz obracam kopertę, szukając nadawcy, ale nigdzie go nie ma. Nawet te mniejsze nie mają żadnych danych.
– To od kogo?
– Nie wiem – odpowiadam cicho.
Ciekawość bierze górę i otwieram najpierw grubą paczkę; z moich ust wydobywa się westchnienie, gdy dostrzegam zielony odcień banknotów. A kiedy je wyjmuję, ogarnia mnie szok na widok ilości gotówki. Nigdy w życiu nie widziałam takiej sumy.
– Darcy, to jest…
– Kto mógłby mi wysłać tyle pieniędzy? – szepczę.
Zamieram pod wpływem emocji i nie mogę oderwać wzroku od banknotów.
Allison okazuje się szybsza ode mnie; podchodzi, siada na łóżku i zaczyna liczyć pieniądze.
– To tysiąc – szepcze, a zdumienie w jej głosie odzwierciedla moje. – Tysiąc dolarów, Darcy. To jedna czwarta tego, co zarabiamy w ciągu roku.
– Ale jak…
– Sprawdź pozostałe. – Wskazuje na dwie kolejne koperty.
Za pomocą nożyka otwieram pierwszą i wyjmuję z niej starannie złożony list oraz coś, co wygląda jak bilet kolejowy.
– I? Co tam napisano? – pyta niecierpliwie, podczas gdy ja przeskakuję spojrzeniem po treści listu.
– To od pana Vaughana. Prawnika – mamroczę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. – Twierdzi, że pisze w imieniu mojego biologicznego ojca, Leo Pierce’a, który… – Przełykam ślinę z niepokojem. – Niedawno zmarł.
– Twój biologiczny ojciec? – Marszczy brwi.
Powiedziałam jej już, że nigdy nie poznałam tożsamości swojego ojca. Matka nigdy mi tego nie zdradziła, a gdy zdarzyło mi się o niego zapytać, odpowiadała tylko, że nie był dobrym człowiekiem.
– To nie wszystko – szepczę, zwilżając usta. – Prosi, żebym pojawiła się na pogrzebie Leo Pierce’a, mającym odbyć się za trzy dni, oraz na odczytaniu testamentu, ponieważ zostałam w nim uwzględniona. Ale w tym celu chce, żebym przyjechała do rodzinnego miasta ojca. Do Fairydale.
– Fairydale – dziwi się. – Nigdy nie słyszałam o takim miejscu.
– Najwyraźniej leży gdzieś w Massachusetts – mówię, patrząc na bilet.
Na bilecie widnieje napis „Boston-Fairydale”, a okres ważności jest elastyczny – od dwudziestego ósmego do trzydziestego pierwszego sierpnia.
– I po co dał ci tysiąc dolarów? To nie ma sensu – komentuje dziewczyna.
– Twierdzi, że to po to, żebym nie musiała się o nic martwić, dopóki nie dotrę do Fairydale.
I to nie wszystko.
Pan Vaughan wspomina, że istnieją jeszcze inni członkowie mojej rodziny – dwoje przyrodniego rodzeństwa. Ale biorąc pod uwagę ich wiek…
Z trudem powstrzymuję westchnienie, gdy sobie uświadamiam, że nie tylko jestem dzieckiem z nieślubnego związku, lecz także najprawdopodobniej owocem romansu. Poza tym spotkam tam też jego żonę.
Nie, nie mogę tam pojechać, skoro wiem, że nie będę mile widziana, ale w dalszej części pan Vaughan zapewnia, że jest odwrotnie.
– Rodzina pragnie jak najszybciej panią poznać – czytam na głos.
– Więc jedziesz? – pyta Allison, wyrywając mnie z zamyślenia. – Musisz. Jeśli dał ci tysiąc dolarów na wszystko, czego potrzebujesz, to kto wie, co zapisał w tym testamencie.
– Nie wiem… – sapię, ogarnięta niepewnością.
Kiedy kończę czytać list, zaczynam od nowa. Coś nieprzyjemnego ściska mnie za serce, ale nie wiem, co to takiego.
Przez głowę przelatuje mi tysiąc pytań naraz.
Dlaczego teraz?
Ojciec, kiedy jeszcze żył, nie zadał sobie trudu, by się ze mną skontaktować, więc dlaczego miałby się fatygować, by zapisać mi coś w testamencie?
Ale przede wszystkim, w jaki sposób ten pan Vaughan namierzył mnie w Saint Russell? Skąd mógł wiedzieć, gdzie mieszkam, chyba że…
– Musiał wiedzieć od początku – szepczę, mrugając, by pozbyć się niespodziewanej wilgoci pokrywającej rzęsy.
Mój ojciec, ten Leo Pierce, musiał przez cały ten czas zdawać sobie sprawę, gdzie się podziewam. A mimo to pozwolił, by wychowywali mnie obcy ludzie, pozostawiając zupełnie samą na tym świecie.
Ta świadomość sprawia, że czuję oszołomienie.
Zamiast radości związanej z faktem, że mam nową rodzinę lub że mogę odziedziczyć sporą sumę pieniędzy, odczuwam jedynie niepokój.
Kiedy jednak zaczynam się nad tym głębiej zastanawiać, nic nie może powstrzymać natłoku myśli.
Pieniądze na moje studia pedagogiczne. Miejsce w Saint Russell. Czy to wszystko też okaże się fikcją? Czy siostry również zostały w to wtajemniczone?
Zawsze się zastanawiałam, dlaczego właśnie ja. Dlaczego tylko ja miałam to szczęście, że ktoś opłacił mi tak wiele rzeczy, podczas gdy inni mogli o tym tylko pomarzyć?
Wtedy myślałam, że uznano mnie za najbardziej obiecującą i że wszystko odbyło się w oparciu o moje osiągnięcia. Teraz… nadchodzi fala wątpliwości.
Allison wyrywa mi list i błyskawicznie czyta go od początku do końca.
– Pisze, że musisz koniecznie stawić się na odczytanie testamentu. – Wskazuje na wyraz „koniecznie” w liście.
Przeoczyłam to słowo, gdy próbowałam to wszystko ogarnąć.
– A jeśli się nie stawię?
– Może nie mogliby go odczytać? A co, jeśli obecność wszystkich stanowi warunek konieczny, by go poznać?
– Masz rację – wzdycham.
Ale zanim podejmuję decyzję, zwracam uwagę na drugą kopertę i pudełko z biżuterią.
– Nie mów mi, że wysłali ci też jakąś drogą błyskotkę? – jęczy Allison. – Twój ojciec musiał być cholernie bogaty.
Nie odzywam się, ostrożnie otwierając pudełko, i niemal się boję tego, co znajdę w środku.
I tak jak podejrzewałam, jest to coś, co musi być warte fortunę. Broszka w kształcie łabędzia wysadzana diamentami – a przynajmniej tym, co uznaję za diamenty. Tył w całości wykonano ze złota, podczas gdy biały przód to zapewne jakiś rodzaj porcelany.
Gdy muskam palcami gładką, luksusową powierzchnię, po plecach przebiega mi dreszcz – tak jakbym robiła to już niezliczoną ilość razy.
Zarówno Allison, jak i ja wpatrujemy się z podziwem w tę małą ozdobę, świadome tego, że prawdopodobnie nigdy w życiu nie widziałyśmy czegoś tak pięknego.
Gdy początkowy szok mija, ogarnia mnie rozczarowanie, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałam.
Chociaż w ciągu całego życia doświadczyłam różnych wspaniałych chwil, zawsze czułam, że sama na nie zapracowałam. Owszem, szczęście miało w tym swój udział, ale zrobiłam też wszystko, co w mojej mocy, by zasłużyć na ten los.
List od pana Vaughana, pieniądze, a teraz ta bezcenna broszka mówią mi, że całe to wcześniejsze szczęście to nic więcej niż dobrze zaplanowana intryga.
– Otwórz list. – Dziewczyna wkłada mi małą kopertę do rąk.
Drżącymi palcami rozcinam paczkę, raniąc się przy tym.
– Ach. – Wzdrygam się, gdy kropla krwi spada na biały papier. Zbliżam palec do ust i ssę niewielkie skaleczenie.
– Dajesz się ponieść emocjom. To normalne – zapewnia mnie koleżanka. – Pomogę ci – mówi, wyjmując kwadratową czarną kartkę i klucz. Na jednej stronie widnieje moje imię i nazwisko zapisane złotymi literami, a na drugiej adres: Astor Place 12.
– Co to? – pyta przyjaciółka, marszcząc brwi. – Klucz do czego? – dodaje, mrugając.
– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, Allison. Nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć – odpowiadam szczerze.
Serce wali mi w piersi, a im więcej myślę o wszystkich konsekwencjach tej sytuacji, tym większy zamęt zapanowuje w mojej głowie.
Dzisiaj się dowiedziałam, że mam ojca. Dzisiaj dowiedziałam się również, że go straciłam.
I choć żadna z tych informacji nie wydaje się wywierać na mnie większego wrażenia, myśl, że Leo Pierce musiał zdawać sobie sprawę z mojego istnienia – musiał mnie śledzić – wydaje się niepokojąca.
– Dlaczego się mną nie zajął? – wyrażam swoje największe rozczarowanie. – Jeśli wiedział, gdzie jestem i co robię, dlaczego się nie odezwał? Dlaczego dowiaduję się o nim dopiero teraz, kiedy już nie żyje?
Allison przez chwilę milczy, tylko wpatrując się we mnie intensywnie. Chociaż jeszcze nie płaczę, frustracja, udręka i ból muszą malować się na mojej twarzy.
– Dowiesz się tego tylko wtedy, jeśli tam pojedziesz.
Zaciskam zęby na dolnej wardze, spoglądając na wszystko, co otrzymałam – informacje, które właśnie wywróciły moje życie do góry nogami. W tej chwili pieniądze są ostatnim, o co się martwię, mimo że właśnie podarowano mi tysiąc dolarów, jakby to były grosze. Po prostu przeraża mnie prawda i to, jak zmieni ona wszystko, co dotychczas wiedziałam o swoim życiu.
– Nie wiem. – Kręcę głową.
Fakty wyglądają tak, że boję się tego, co mogę odkryć. Ale jeśli nie pojadę… wątpliwości nie dadzą mi spokoju.
Biorę głęboki wdech i wkładam wszystko z powrotem do kopert, niechcący rozmazując krew z palca na czarnej kartce. Wycieram ją najdokładniej, jak potrafię, zanim schowam wszystko do szafki nocnej.
– Nie mogę teraz podjąć takiej decyzji – mówię Allison. – Czuję się zbyt rozdarta. – Zaciskam usta.
– Nie spiesz się, ale nie wydaje mi się, byś mogła zwlekać zbyt długo – zauważa ostrożnie, a ja wiem, że ma rację.
Bo skoro koniecznie muszę tam być, moje poczucie odpowiedzialności nie pozwala mi tam nie pojechć.
Przed wyjściem parzę współlokatorce kolejną filiżankę mojej specjalnej herbaty i informuję, że potrzebuję trochę czasu, aby wszystko przemyśleć.
Mam wolne popołudnie, więc mogę udać się w swoje stałe miejsce na dachu Albert Hall. Tylko wykładowcy mają dostęp do kluczy, ale nikt tam nigdy nie zagląda.
Najpierw wpadam do stołówki, żeby zabrać coś do jedzenia, a potem wymykam się tylnymi schodami na dach. Od razu czuję na twarzy powiew pachnącego, ciepłego letniego wiatru, co wprowadza mnie w zwodnicze poczucie spokoju.
Siadam na posadzce, opieram się plecami o ścianę i z ulgą wypuszczam powietrze.
Chociaż moje ciało odpręża się w tym znanym otoczeniu, umysł nieustannie toczy walkę sam ze sobą.
Dlaczego dopiero teraz?
Dlaczego Leo Pierce nigdy wcześniej się nie odezwał? Z pewnością, skoro zostawił mi coś w testamencie, musiał darzyć mnie jakimś uczuciem.
Odpowiedź jednak leży na wyciągnięcie ręki – a przynajmniej na tyle, na ile potrafię ją zrozumieć.
Był żonaty, gdy związał się z moją matką i sprawił, że zaszła w ciążę. Z pewnością czuł się wtedy zażenowany tym faktem, więc go zatuszował. Dopiero po śmierci znalazł odwagę, by przyznać się przed światem, że miał jeszcze jedno dziecko i ani razu nie spojrzał mu w oczy. W końcu to tylko wyrzuty sumienia umierającego człowieka.
Lecz bez względu na moje odczucia na ten temat, wydaje się, że muszę tam pojechać – dla innych członków rodziny mogących czekać, aż załatwię tę sprawę, a także dla własnego spokoju ducha.
Znam siebie.
W końcu to „co by było, gdyby” zaczęłoby mnie dręczyć, żerując w podświadomości, aż przeniknęłoby do świadomości i już nigdy nie dało spokoju. Im bardziej próbowałabym tę sprawę wyprzeć, tym bardziej ona próbowałaby powrócić.
No i jest jeszcze ta ciekawość.
Mam… rodzeństwo.
Przykładam palec do ust i bezmyślnie przesuwam językiem po ranie, próbując złagodzić lekkie pieczenie.
Pan Vaughan wspomniał o dwojgu przyrodniego rodzeństwa – bracie Auguście i siostrze Grace.
Trudno uwierzyć, że gdzieś istnieją inni ludzie mający w żyłach tę samą krew – ta myśl wydaje się niemal surrealistyczna.
Chociaż miałam kilku przyjaciół w sierocińcu, zazdrość i dystans ostatecznie zerwały wszystkie więzi. Nie utrzymywałam już kontaktu z nikim i skłamałabym, mówiąc, że to nie bolało.
Allison pozostawała darem niebios i odnalazłam w niej prawdziwą przyjaciółkę.
August i Grace to jednak moje rodzeństwo. Jedyni żyjący krewni.
Czy mogłabym dożyć swoich dni, nie wiedząc o nich? Być może tak, gdyby nie fakt, że wcześniej nie miałam o nich pojęcia. Ale teraz, kiedy już to wiem, nie mogę tego zwyczajnie zignorować.
Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej czuję się zdecydowana. Muszę pojechać do Fairydale. Powinnam się jednak upewnić, że treść tych listów jest prawdziwa, a w tym celu należy porozmawiać z siostrą Mary i siostrą Anne.
Następnego dnia zaczynam porządkować swoje sprawy, aby wkrótce móc wyjechać.
Rozmawiam z dyrektorką, a ona przyznaje mi miesięczny urlop – oczywiście z potrąceniem wynagrodzenia. Następnie pakuję do małej walizki część ubrań i niezbędne rzeczy.
Chociaż otrzymany bilet kolejowy obejmował trasę z Bostonu do Fairydale, zamierzam trochę zboczyć z trasy i najpierw udać się do sierocińca w Worcester, aby porozmawiać z siostrami. Jeśli potwierdzą, że informacje zawarte w listach są prawdziwe, pojadę prosto do Fairydale przez Boston. Być może podróż się wydłuży, ale wolę zachować ostrożność. Czytałam w gazetach o wielu oszustwach związanych z dziedziczeniem i choć wątpię, by oszuści dali mi z góry tysiąc dolarów, to prawdą pozostaje, że jestem niezamężną kobietą bez najbliższej rodziny, co czyni mnie idealnym celem.
– To ogromna odwaga z twojej strony – zauważa Allison, patrząc, jak pakuję złożone ubrania do walizki. – Ale mądrze postępujesz, pytając o zdanie siostry zakonne. Ja skusiłabym się na każdą okazję do zarobienia dodatkowych pieniędzy – stwierdza szczerze.
– To naprawdę spora suma – przytakuję, myśląc, że spadek musi być dużo większy niż to, co już dostałam. – Ale nigdy mi na tym nie zależało. Dobrze mi tak, jak jest. – Lekko wzruszam ramionami. – Lubię swoją pracę i nie mam żadnych wydatków wymagających dużych nakładów finansowych.
– Może dlatego, że nie znasz innego życia – zauważa Allison. – Pomyśl o wszystkich rzeczach, które mogłabyś kupić, sukienkach, torebkach, butach! – wykrzykuje z rozmarzeniem. – Albo o podróżach. Czy nie mówiłaś, że chciałabyś kiedyś odwiedzić Europę?
Przytakuję.
Odkąd po raz pierwszy przeczytałam Dziwne losyJane Eyre, bardzo pragnę odwiedzić Anglię. Jednocześnie jednak od początku zdawałam sobie sprawę, jak głupie mam marzenie.
Jestem nauczycielką. I choć otrzymuję całkiem niezłą pensję, to i tak nie wystarczyłoby mi na zagraniczną wycieczkę.
– Może by się udało, gdyby dali ci dużo kasy – chichocze. – Mogłabyś pojechać do Londynu. Zobaczyć te eleganckie pałace. Może nawet zakochać się w Angliku. – Mruga do mnie porozumiewawczo.
Rumienię się i odwracam wzrok, czując, że czerwienię się od stóp do głów.
Allison ma chłopaka i spotyka się z nim w weekendy. Jest bankierem, pracuje w Banku Bostońskim, ma prawie trzydzieści lat i wszystko wskazuje na to, że czeka go wielka kariera. Od jakiegoś czasu rozmawiają o ślubie, a moja przyjaciółka nabrała przekonania, że on wkrótce poprosi ją o rękę.
Dzięki niej mogłam pośrednio doświadczyć, co to znaczy się zakochać i wejść w związek. I pomimo że sporadycznie protestowałam, to ona dzieliła się nawet szczegółami ich życia intymnego.
Dla moich niedoświadczonych uszu wszystko to brzmiało tak skandalicznie, a jednak nie mogłam oprzeć się tej urzekającej wizji – znalezienia tej jednej osoby, z którą mogłabym dzielić się całą sobą.
Chociaż czuję satysfakcję ze swojego życia, takiego jakie jest, muszę przyznać, że zawsze marzyłam o spotkaniu księcia z bajki. Może jakiegoś uroczego pana Rochestera albo ponurego Heathcliffa. Mimo to nigdy nie podjęłam wysiłku, by się z kimś umówić.
Byłam na kilku przyjęciach towarzyskich, zapraszali mnie nawet na randki przystojni panowie. Za każdym razem, z jakiegoś nieznanego mi powodu, odmawiałam.
Oto znalazłam się tu i teraz, mam dwadzieścia cztery lata i nigdy nie poszłam na randkę.
Ale nawet gdybym zgarnęła jakąś sumkę, czy moje życie zmieniłoby się aż tak radykalnie?
Czy w końcu zdobyłabym się na odwagę, by wyruszyć w świat i robić to, o czym zawsze marzyłam? Jakoś wątpię.
Natomiast w końcu otrzymam taką możliwość.
– Może – mamroczę. – Pieniądze z pewnością potrafią kupić wiele.
Ale jest coś, o czym się nie mówi. Czy naprawdę mogą kupić szczęście?
Wiem, że Allison bez wahania by się z tym zgodziła i obiektywnie rzecz biorąc, sama też powinnam tak zrobić. Jednak coś nie daje mi spokoju. Ten sam niepokój, z którym od zawsze się zmagam, podpowiada, że chodzi o coś więcej. O wolność niepodobną do żadnej innej, niemającą nic wspólnego z tym, co materialne, a może nawet z tym, co cielesne.
Gdzieś na świecie istnieje pisane mi szczęście i mnie wzywa – coś nieuchwytnego, co przemawia raczej do mojej duszy niż do umysłu. Być może teraz nie wiem, co to takiego, ale coś we mnie podpowiada, że się dowiem, kiedy okażę się na to gotowa.
– Mam nadzieję, że nie zapomnisz o mnie, jeśli nagle zostaniesz milionerką – żartuje Allison, a ja kręcę głową z rozbawieniem.
– Jego rodzina mieszka w miasteczku o nazwie Fairydale. Wątpię, by było to ulubione miejsce milionerów – mówię, składając kilka czystych koszul.
W przypływie impulsu rozłożyłyśmy mapę i próbowałyśmy zlokalizować Fairydale. To historyczne miasteczko w północno-wschodniej części stanu Massachusetts, około godziny drogi na wschód od Ipswich, ale nie udało nam się odszukać na jego temat zbyt wielu informacji.
– Poza tym musiałabym podzielić się pieniędzmi z jego pozostałymi dziećmi. One prawdopodobnie zasługują na nie bardziej niż ja, biorąc pod uwagę fakt, że są z legalnego związku i…
– Czekaj, zatrzymaj się. – Dziewczyna nagle wstaje, po czym znów siada, gdy ogarnia ją fala zawrotów głowy.
Chcę do niej podejść, ale podnosi rękę, by powstrzymać te zamiary.
– Dlaczego miałabyś zasługiwać na mniej? Jeśli już, to powinien dać ci więcej, bo nigdy go przy tobie nie było. Przynajmniej jego pozostałe dzieci mogły spędzać z nim czas. A co ty dostałaś?
Zaciskam usta.
Ma rację. Ale za każdym razem, gdy myślę o tych pieniądzach, czuję niepokój – prawie jakby nie należały do mnie, niezależnie od tego, czy mi je przekazano. Odczuwam też zaniepokojenie, gdy myślę o tysiącu dolarów schowanym na dnie walizki.
– Myślisz, że mnie znienawidzą? – pytam szeptem.
Jak mogliby nie? Pozostawałam owocem romansu i wybierałam się do ich domu, by zabrać część ich pieniędzy. Pomimo tego, że pan Vaughan zapewnił, iż rodzina wie o moim istnieniu i pragnie poznać, wciąż czuję się nieco niepewnie.
– Kto wie. – Allison wzrusza ramionami. – Może tak, a może nie. Jedziesz tam, żeby się przekonać.
Chichoczę nerwowo. Czasami jej szczerość boli. Wybierając się w nieznane miejsce, już i tak podjęłam się największego ryzyka w życiu. Nie chcę nawet myśleć o tym, że mogę stać się najbardziej znienawidzoną osobą w miasteczku.
– Gotowe. – Biorę głęboki wdech, gdy zamykam bagaż.
Nie mam zbyt wielu rzeczy, ale ponieważ spotykam się z tymi ludźmi po raz pierwszy, chcę zrobić dobre wrażenie. Dlatego spakowałam tylko ubrania najlepszej jakości – kilka koszul i parę spodni, spódnicę, dwie sukienki, koszulę nocną i trochę bielizny.
Następnego dnia jem śniadanie z Allison, zanim wyruszę na dworzec.
– Uważaj na siebie. Zadzwoń, jeśli tylko pojawi się możliwość – prosi, obejmując mnie mocno ramionami.
– Oczywiście. Komu innemu miałabym o tym opowiedzieć, jeśli nie tobie? – Uśmiecham się i całuję ją w policzek.
– Bezpiecznej podróży, Darcy. Wiem, że znajdziesz to, czego szukasz.
Machając na pożegnanie, wsiadam do pociągu. Podróż do Worcester trwa prawie dwie godziny. Zadzwoniłam już wcześniej do siostry Mary i siostry Anne, żeby dać im znać, że przyjadę, a one obiecały, że poczekają na stacji.
I rzeczywiście, gdy tylko wysiadam z pociągu, widzę je – promienne i piękne jak zawsze.
– Moja droga Darcy! – wykrzykuje siostra Anne, przytulając mnie mocno. – Nie sądziłam, że zobaczymy się tak szybko.
– Bardzo dziękuję, że na mnie czekałyście.
– Ależ to nic takiego. Widujemy się teraz tak rzadko, że naturalnie przyjechałyśmy po naszą ulubioną pannę – oznajmia siostra Mary.
Uśmiecham się do nich słodko i zaczynamy rozmawiać, kierując się w stronę głównej ulicy, by złapać taksówkę. Koniecznie chcę zapłacić, a one trochę się na mnie gniewają, ale wkrótce nasze stosunki wracają do normy, gdy opowiadają mi o nowych podopiecznych i o tym, że z darowizn zbudowały kolejne skrzydło w akademiku. Chcą mi je pokazać, gdy tylko dotrzemy do sierocińca.
Zaledwie kilka godzin później zamykamy się w ich biurze, aby przeprowadzić poważną rozmowę, o którą prosiłam. Kiedy zajmujemy miejsca przy małym stoliku, z opóźnieniem dostrzegam zmartwienie malujące się na ich twarzach oraz fakt, że cała ta bezcelowa pogawędka pozostawała niczym innym jak tylko grą na czas.
– Wiemy, dlaczego tu jesteś – zapewnia siostra Anne bez owijania w bawełnę.
Otwieram szeroko oczy, spoglądając to na jedną, to na drugą. Z zaciśniętymi ustami i surowymi minami wydają się mieć wyrzuty sumienia.
– Jak… – szepczę.
Siostra Mary wstaje z krzesła, podchodzi do jednej z szafek i wyjmuje z ukrytej przegródki małe pudełko.
Kładzie je przede mną, otwiera i pokazuje mi zawartość.
Zastygam, dostrzegając dokładną replikę broszki w kształcie łabędzia, otrzymanej pocztą od pana Vaughana.
Ale przede wszystkim czuję, jak ogarnia mnie chłód, gdy wszystko zaczyna się układać w całość; ta broszka stanowi potrzebne potwierdzenie.
– Wiedziałyście, kim był mój ojciec – szepczę, powoli podnosząc wzrok.
Siostra Mary zaciska usta, ale w końcu lekko kiwa głową.
– Twoja matka zdawała sobie sprawę, że umiera, kiedy poprosiła nas, byśmy się tobą zaopiekowały – zaczyna, siadając ponownie naprzeciwko. – Była chora i bez centa przy duszy, nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić. Jedyne, co jej pozostało, to ta broszka, część identycznego zestawu, jak się później dowiedziałam. Nie mówiła wtedy zbyt wiele o twoim ojcu. Nie wspomniała nawet, że mógłby on ubiegać się o prawo do opieki nad tobą, więc nie drążyłyśmy tematu.
– Po jej śmierci miałyśmy sprzedać broszkę i przeznaczyć pieniądze na twoje utrzymanie i edukację – kontynuowała siostra Anne. – Wiedząc, że może się okazać sporo warta, poszłam zlecić wycenę profesjonalistom, a kiedy czekałyśmy na odpowiedź od jubilera, otrzymałyśmy anonimową wiadomość z pytaniem, skąd ją mamy. Przez jakiś czas korespondowałyśmy, po czym pojawił się prawnik, pan Vaughan, aby osobiście obejrzeć broszkę. Wtedy pokazał nam jej bliźniaczą kopię i powiedział, że zostały wykonane na zamówienie, a jedyną osobą mogącą posiadać drugą, była twoja matka. Kiedy opowiedziałyśmy mu o Lizette i o tobie, przeżył szok.
– Z tego, co udało nam się ustalić, twoja matka odeszła od twojego ojca, będąc jeszcze w ciąży, a on nie mógł jej odnaleźć – dodaje siostra Mary.
Mrugam, powoli przyswajając tę informację. Matka uciekła od ojca?
Mam mgliste wspomnienia dotyczące tego, że ojciec był złym człowiekiem, ale nigdy nie powiedziała mi dlaczego. A ja nie pytałam o więcej. Wyczuwając jej skrępowanie tematem, po prostu zachowywałam się tak, jakbym nie miała drugiego rodzica – i nawet nie chciałam go mieć.
Czy to możliwe, że nie wiedziała o jego żonie? Że dowiedziała się dopiero po tym, jak romans został skonsumowany? To by wyjaśniało, dlaczego nazwała go złym człowiekiem – za złamanie przysięgi małżeńskiej i potencjalne wprowadzenie jej w błąd.
Gdy tylko ta myśl pojawia się w mojej głowie, czuję spokój.
Może nie mam zbyt wielu wspomnień o mamie, ale zapamiętałam ją jako wspaniałą kobietę. Mimo trudnych okoliczności robiła wszystko, co w jej mocy, by mnie wychować. Była niezamężna i żyła na skraju ubóstwa, a mimo to udało jej się dać mi miłość i zapewnić bezpieczne środowisko do dorastania. Cieszę się, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż nie brała w tym romansie udziału z własnej woli – a przynajmniej nie wiedziała, że to romans.
– To nie wyjaśnia, dlaczego nigdy się nie zjawił – zauważam powoli, starając się zachować racjonalność pomimo burzy emocji.
Powiedzieć, że ostatnie kilka dni to prawdziwe zamieszanie, to nie powiedzieć nic.
Siostra Mary i siostra Anne wymieniają znaczące spojrzenia, po czym ta druga zabiera głos.
– Miał żonę i rodzinę. Uznał, że u nas będzie ci lepiej – wyjaśnia, choć nie potrafię dostrzec w tym logiki.
Komu mogłoby być lepiej w sierocińcu niż wśród bliskich? Mimo że udało mi się trafić na dwie siostry, wiem, że mój przypadek to szczęśliwy zbieg okoliczności. W większości domów dziecka brakuje miłości i ciepła, a także jakiegokolwiek pozoru rodzinnej atmosfery.
– Obiecał cię utrzymywać i przekazał kilka darowizn na rzecz placówki, a także regularnie pokrywał twoje osobiste wydatki i koszty edukacji. – Siostra Mary potwierdza to, co podejrzewałam od początku. Na nic nie zasłużyłam.
– Wszystkie? – pytam cichym głosem.
Kiwają głowami.
– Chciał, żebyś miała to, co najlepsze, mimo że nie mógł być przy tobie. – Uśmiecha się ze smutkiem. – I miał nadzieję, że spotkacie się kiedyś, gdy dorośniesz.
– To już nieaktualne – dodaję, a ich miny pozostają niezmienne.
One wiedzą.
– Otrzymałyśmy list od jego prawnika, że zmarł i że zostałaś uwzględniona w testamencie. Pan Vaughan wiedział, że może to okazać się dla ciebie szokiem, więc wysłał ci broszkę, aby to potwierdzić.
Kiwam powoli głową.
Wszystko wydaje się mieć sens – aż nazbyt. I choć nie dostrzegam żadnych luk w tej historii, to jednak ten przebieg wydarzeń pozostaje zbyt przypadkowy.
Te dwie kobiety wychowały mnie tak, bym była rozsądna i zawsze wszystko kwestionowała. Mimo to patrzą mi teraz prosto w oczy i oczekują, że uwierzę w każde ich słowo.
Jeśli liczył na to, że się spotkamy, gdy dorosnę, to dlaczego nigdy się nie odezwał, kiedy już skończyłam osiemnaście lat? Albo gdy dostałam pracę jako nauczycielka? Przez te wszystkie lata, kiedy byłam już dorosła, nadarzyło się mnóstwo okazji, by do mnie dotrzeć.
Z jakiegoś powodu nie potrafię pojąć tego tłumaczenia.
Gdy wątpliwości zaczynają mnie przytłaczać, próbuję się otrząsnąć.
To są moje mentorki – matki zastępcze. Nie mogę po prostu w nie wątpić. Jeśli mówią, że tak właśnie się stało, to tak musiało być.
– Musisz to przetrawić, droga Darcy. – Siostra Mary bierze mnie za ręce. – Bardzo mi przykro, że musiałaś się o tym dowiedzieć w ten sposób i że nie spotkasz ojca. Ale przynajmniej możesz poznać resztę swojej rodziny – dodaje z nadzieją w głosie.
– Spotkałyście go kiedyś?
– Nie – wzdycha. – Spotkałyśmy pana Vaughana i korespondowałyśmy z twoim ojcem, ale nigdy nie poznałyśmy go osobiście.
– Rozumiem. – Kiwam powoli głową, zmuszając się do uśmiechu. – Jeśli twierdzicie, że to słuszna decyzja, to pojadę.
– Wspaniale! – wykrzykują zgodnie.
– Jest jeszcze jedna rzecz – przypominam sobie. – Czy wiecie coś o Fairydale, jego rodzinnym mieście? Leży dalej, niż dotąd podróżowałam i…
– To tylko miasteczko. Nie martw się tym zbytnio – przerywa siostra Mary, machając lekceważąco ręką. – Z tego, co wywnioskowałam, to oaza bogatych ludzi pragnących spędzić trochę czasu z dala od cywilizacji. A wiesz, jacy są ci bogaci ludzie. Cenią sobie prywatność – komentuje niemal żartobliwie.
– Rzeczywiście – odpowiadam sucho.
– Ale jeśli napotkasz jakieś trudności, wiesz, że wystarczy jeden telefon, kochanie – dodaje siostra Anne, rzucając surowe spojrzenie na drugą zakonnicę.
Znów zmuszam się do uśmiechu i powstrzymuję od dodania, że wątpię, by w małym miasteczku znajdowało się wiele działających telefonów.
Resztę dnia spędzamy na rozmowach, a one proponują mi nocleg przed porannym pociągiem.
Wygląda na to, że jednak wybieram się do Fairydale. A kiedy następnego dnia wsiadam do wagonu, staram się dodać sobie otuchy przed nową przygodą i odłożyć na bok wątpliwości.
Allison miała rację. Muszę skupić się na pozytywach. Najprawdopodobniej dostanę trochę pieniędzy – według zakonnic sporą sumę – a do tego poznam przyrodnie rodzeństwo.
Co mogłoby pójść nie tak w miasteczku, którego nazwa kojarzy się ze słowem „bajka”?
Dwie godziny po opuszczeniu sierocińca docieram z powrotem do Bostonu, gdzie czekam na pociąg do Fairydale z przystankiem w Ipswich. Korzystając z wolnej godziny do odjazdu następnego pociągu, kupuję lunch i przekąski na drogę, ponieważ czeka mnie około pięciu godzin w trasie.
Kiedy wsiadam do wagonu, zajmuję miejsce i wydobywam z torebki książkę. Opactwo Northanger Jane Austen. To moja pierwsza tak długa podróż, więc mam ze sobą przekąski i coś do czytania, żeby się nie nudzić.
Kilka godzin później, mimo że wmawiałam sobie, iż dam radę to wytrzymać, mój pęcherz nie mógł dłużej czekać. Oczywiście, gdy patrzę, jak wskazówki zegarka poruszają się w ślimaczym tempie, niepokój rośnie, aż w końcu jedyne, co słyszę, to szum spływającej wody…
Wzdychając, odkładam rzeczy na bok, wyjmuję chusteczki z torebki i ruszam na poszukiwanie toalety.
Warunki sanitarne w pociągu nie są zbyt higieniczne, ale muszę się z tym pogodzić. Podłoga drga pod moimi stopami wraz z ruchem składu, a ten hałas wypełnia mi uszy, sprawiając, że nie jest to najprzyjemniejsze doświadczenie.
Po spłukaniu toalety podchodzę do umywalki, myję ręce i patrzę na swoje odbicie w lustrze.
Blada skóra pod powiekami ma niebieskawy odcień i widać, że przez ostatnie kilka dni prawie nie zmrużyłam oka.
Nie tylko martwiłam się tą podróżą w nieznane, ale też dręczyły mnie myśli o ojcu – o drugiej rodzinie. Chcę ich poznać i jednocześnie się tego obawiam – boję się, że mnie nie polubią.
Dłońmi zwilżonymi wodą dotykam twarzy, by się odświeżyć.
Właśnie w tym momencie ciasna przestrzeń toalety pogrąża się w ciemności, gdy pociąg wjeżdża do tunelu. Teren staje się nierówny, przez co podłoga trzęsie się jeszcze bardziej.
Łapię się uchwytu na ścianie, próbując utrzymać równowagę, i czekam, aż skład wyjedzie z tunelu, zanim spróbuję wyjść. Trzymam się mocno i zaciskam powieki, gdy w powietrzu rozlega się pisk hamulców, dźwięk tak irytujący jak odgłos drapania paznokciami po tablicy.
Chociaż moje zmysły pozostają nadmiernie pobudzone, nie mam wątpliwości, że coś musnęło moją szyję, podobnie jak czuję delikatne, ciepłe powietrze owiewające skórę. Oddycham coraz szybciej, a mięśnie się napinają, gdy przełykam ślinę.
To, co początkowo wydawało się lekkim muśnięciem, staje się coraz śmielsze, aż czuję delikatny nacisk tuż pod tętnicą.
Otwieram gwałtownie oczy.
Dwa promienie światła wpadają przez małe okienko toalety, a reszta pomieszczenia pogrążona jest w ciemności.
Przez sekundę – jedną sekundę – mogłabym przysiąc, że dostrzegam zarys postaci w lustrze. Lecz kiedy mrugam ponownie, postać znika.
Nigdzie jej nie ma, a światło znów zalewa pomieszczenie, gdy pociąg wyjeżdża z tunelu.
Lustro zaparowało przez moje niekontrolowane oddechy, ale gdy się rozglądam, okazuje się, że stoję tu zupełnie sama.
– O rany – wydaję z siebie westchnienie i jest mi głupio, że tak bardzo wstrząsnęła mną zwykła gra cieni i własna nadmierna wyobraźnia.
Odzyskując spokój, wygładzam dłońmi spódnicę, po czym otwieram drzwi i wracam na miejsce.
To pewnie nerwy. I fakt, że po raz pierwszy w życiu robię coś tak odważnego.
Uśmiechając się do siebie, biorę książkę i znów zatapiam się w opowieści. Niestety, wygląda na to, że zarażam się od Catherine głupimi pomysłami.
Jestem tak pochłonięta lekturą, że ledwo zauważam, kiedy pociąg się zatrzymuje, a konduktor zapowiada stację Ipswich.
Odkładam książkę, rozglądam się i widzę, że wszyscy wstają, by wysiąść. Marszczę brwi, ale nie wydaje mi się to dziwne, ponieważ Ipswich to największe miasto w okolicy. Wątpię, by Fairydale stanowiło cel podróży wielu osób.
Wzruszam ramionami i ponownie skupiam uwagę na książce.
– Psze pani? – Nie minęła nawet minuta, a zaskakuje mnie jakiś głos.
Podnoszę wzrok i widzę przed sobą konduktora.
– Tak? – pytam, zmuszając się do uprzejmego uśmiechu, choć jedyne, na co mam ochotę, to rzucić mu ostrym tonem, że przerwał mi właśnie w momencie, gdy generał Tilney był gotów wyrazić zgodę na ślub Catherine i Henry’ego.
– Musi pani wysiąść. To ostatnia stacja – oznajmia szorstkim tonem.
– Co? – Marszczę brwi. – To niemożliwe. Jadę do Fairydale – wyjaśniam, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu biletu. Wyjmuję go i podaję mężczyźnie. – Widzi pan? – Wskazuję na trasę.
– Przykro mi, ale musiała zajść jakaś pomyłka. – Mruga, patrząc na mój bilet. – Nie ma linii kolejowej przebiegającej przez Fairydale. Ktokolwiek wydał ten bilet, musiał popełnić błąd – kwituje, drapiąc się po karku.
– Jak to możliwe, skoro konduktor go sprawdzał? – pytam oburzona.
– Musiał przeoczyć miejsce docelowe. Przykro mi, psze pani, ale to koniec trasy.
To niemożliwe. Tamten mundurowy dokładnie obejrzał mój bilet. Wiem, że nie mógł przeoczyć nazwy Fairydale wydrukowanej pogrubioną czcionką. Ale załóżmy, że rzeczywiście przeoczył cel podróży, to dlaczego pan Vaughan wysłałby mi wadliwy bilet? Jeśli sam mieszka w tym mieście, to powinien wiedzieć, że w pobliżu nie ma linii kolejowej.
– Co w takim razie mam zrobić? Muszę dostać się do Fairydale.
– Nie mogę pani pomóc. Może spróbuje pani znaleźć autokar lub kierowcę jadącego w tym kierunku. Chociaż powinienem panią ostrzec. – Przerywa, zaciskając usta.
Unoszę brwi w zdziwieniu.
– W dzisiejszych czasach niewiele osób jeździ do Fairydale. Radziłbym pani to przemyśleć.
– Dlaczego? – pytam, zaskoczona jego słowami.
– Podejrzewam, że nie słyszała pani o Jokerze z Ipswich?
Marszczę brwi i kręcę głową.
– Był mordercą lubującym się w okaleczaniu swoich ofiar. Samych kobiet – rzuca cichym głosem, kiwa głową w moją stronę i robi pauzę, jakby czekał na moją reakcję.
Kiedy nie okazuję żadnego zaskoczenia, tylko patrzę na niego z oczekiwaniem, odchrząkuje i kontynuuje:
– Kilka lat temu znaleźli go w Fairydale, w jego domu odkryto około tuzina zwłok.
Chociaż to, co mi zdradza, jest straszne, nie rozumiem, dlaczego miałoby to sprawić, że Fairydale stało się miejscem, dokąd nikt nie chce się udać. Zadaję mu zatem to pytanie.
– Ale skoro go złapano, to dlaczego ludzie mieliby unikać tej okolicy?
– Widzi pani, to nie pierwszy kryminalista schwytany w tym mieście. Ono przyciąga złych ludzi jak magnes. – Kręci głową. – Nie znajdzie pani zbyt wielu osób pragnących tam pojechać.
Siostra Mary wspominała, że to raj dla milionerów. Konduktor twierdzi teraz, że to raj dla przestępców. Z drugiej strony, kto powiedział, że te dwie grupy nigdy się nie przenikają?
– Rozumiem – odpowiadam, zachowując niewzruszony wyraz twarzy. Boże drogi, w co ja się wpakowałam? – Dziękuję. – Kiwam głową, wkładając rzeczy do torebki, po czym wstaję i zdejmuję walizkę z półki pod sufitem.
– Życzę powodzenia, ale na pani miejscu unikałbym tego miejsca. Zwłaszcza jeśli podróżuje pani sama… – Urywa, ale aluzja jest jasna.
– Wezmę to pod uwagę. Miłego dnia. – Pochylam się, po czym przedzieram między rzędami siedzeń.
Zanim wyjdę z pociągu, poświęcam chwilę, by się rozejrzeć i zaplanować kolejne kroki. Przez cały czas w myślach nie przestaje mi dzwonić alarm, a ta krótka chwila strachu w toalecie sprawia, że przyspiesza mi puls.
To właśnie się dzieje, gdy po raz pierwszy w życiu próbuję być odważna. Powinnam zostać w domu, w moim – może zbyt – wygodnym życiu. Żadne pieniądze świata nie są warte stresu, jaki towarzyszy samotności w obcym miejscu.
Jako kobieta.
Czyż nie przeczytałam już wystarczająco wielu historii o zaginionych młodych dziewczynach? Albo nie słyszałam w radiu o najnowszych przypadkach zaginięć? Ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba, jest dołączenie do statystyk, bo wątpię, by ktokolwiek odnalazł w sobie motywację do poszukiwania sieroty bez żadnych żyjących krewnych.
Moja ostrożna, rozsądna natura podpowiada, żebym kupiła kolejny bilet i wróciła do Bostonu – do swojego bezpiecznego życia.
Ale jest też inna część mnie – ta tłumiona przez całe życie. Ta pragnąca przygody, rodziny i poczucia przynależności. Część mnie szukająca celu, wiedząca doskonale, że nie odnajdę go w murach Saint Russell.
Być może jestem dumna ze swojej pracy i czerpię satysfakcję z tego, że się w niej sprawdzam, ale to niekoniecznie odzwierciedla to, kim jestem. To nie moja tożsamość. A przynajmniej nie cała.
Czytałam i marzyłam o przygodach, ale nigdy nawet nie próbowałam na żadną wyruszyć. Na litość boską, najdalej pojechałam z Worcester do Bostonu. Nie wspominając o tym, że wszystkie moje wyprawy pozostawały ściśle związane z pracą. Nigdy nie wybrałam się w podróż dla własnej przyjemności. A biorąc pod uwagę, że pracuję już ponad rok i otrzymuję pensję, z łatwością mogłam to zrobić.
A jednak się na to nie zdecydowałam.
Zamknięta w małej bańce, zadowalałam się obserwowaniem świata z daleka, czytaniem o nim i słuchaniem opowieści, ale nigdy nie odważyłam się zrobić czegokolwiek na własną rękę.
Ten niepokój czający się w moim wnętrzu przez całe życie, postanowił właśnie w tej chwili wysunąć głowę, popychając mnie do przodu. Krok po kroku maszeruję naprzód, pełna nowej pewności siebie i zdeterminowana, by znaleźć kogoś, kto powie mi, jak dotrzeć do Fairydale.
Nie będę już biedną sierotą Darcy, ale odważną dziedziczką majątku Darcy.
Ledwie ta myśl przemyka mi przez głowę, tracę równowagę, gdy ktoś na mnie wpada. Zanim zdążę się pozbierać, jakiś człowiek wyrywa mi walizkę z rąk.
Reaguję zbyt wolno i zanim udaje mi się złapać bagaż, mężczyzna z potarganymi włosami i przekrwionymi białkami spogląda na mnie z obrzydzeniem, pluje mi w twarz i popycha tak mocno, że upadam na plecy.
Dysząc ciężko, patrzę szeroko otwartymi oczami, jak ucieka z moją własnością, a ja nie jestem w stanie nic zrobić, by go powstrzymać. Ludzie na stacji wszystko obserwują, ale nikt nawet nie drgnie. Kilka współczujących spojrzeń, kilka ruchów głową, ale żadna osoba nie pyta, czy wszystko w porządku.
Powstrzymując łzy frustracji i zażenowania, próbuję wstać, chwiejąc się przy tym lekko. Bolą mnie plecy, a rany na łokciach pieką po uderzeniu o chodnik, bo to one przyjęły cały impet upadku. Kiedy je oglądam, widzę łuszczącą się skórę i ślady krwi.
– Niech to szlag – mruczę, głośno pociągając nosem i tłumiąc przekleństwo, zdolne wprawić zakonnice w osłupienie.
Przynajmniej nie zabrał mi torebki. Tylko to mogę sobie powtarzać, szukając chusteczki, by zetrzeć obrzydliwą ślinę ze skóry. Lecz nawet ta pozytywna myśl nie trzyma się mnie długo, gdy uświadamiam sobie, że większość pieniędzy została schowana na dnie walizki. Nie wspominając o ubraniach – wszystkich ukochanych rzeczach, na które oszczędzałam miesiącami.
Łzy zalewają moje rzęsy, a gniew narasta.
– Ech. – Zgrzytam zębami, gotowa kopnąć budynek przed sobą, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję, bo zdaję sobie sprawę, że tylko jeszcze bardziej bym sobie zaszkodziła.
Dopiero co się dowiedziałam, że do Fairydale nie jeździ żaden pociąg, a teraz jeszcze zostałam ofiarą kradzieży.
Cóż. Za. Cudny. Początek.
W portfelu mam mniej niż pięćdziesiąt dolarów. Rozglądam się i z ulgą wypuszczam powietrze, gdy palcami muskam małe etui na biżuterię.
Wciąż mam tę broszkę.
Ale jak mogę cieszyć się z tak drobnej rzeczy, skoro straciłam prawie cały swój dobytek?
Jeśli jeszcze przed chwilą byłam w siódmym niebie, teraz moje samopoczucie szoruje po dnie, a ja nie wiem, jak to się dzieje, że jeszcze nie obróciłam się w kompletną ruinę. To pewnie przez tych wszystkich gapiów… Już znalazłam się w centrum uwagi – widzę, jak kilka kobiet chichocze w kącie, natomiast mężczyźni gwiżdżą i rzucają nieprzyzwoite propozycje.
Jeśli tak właśnie zachowują się tutejsi ludzie… To boję się pomyśleć, czy w Fairydale wygląda to lepiej. Ale nie pozwolę, by mi to przeszkodziło, skoro już postanowiłam, że dam radę.
Zaciskając zęby, podnoszę wysoko podbródek i wchodzę do budynku stacji kolejowej, kierując się prosto do punktu informacyjnego.
– Przepraszam. – Pukam w szybę.
Znudzona kobieta, głośno żująca gumę, unosi w moim kierunku brew.
Zaniepokojona przełykam ślinę, próbując zachować spokój.
– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, jak dojechać do Fairydale? – Używam najbardziej przyjaznego tonu, mając nadzieję, że uda mi się uzyskać przydatne informacje.
Ale nawet to nie wystarcza, bo kobieta spogląda na mnie z góry na dół, warga drga jej nerwowo.
– Jeśli nie masz samochodu, skarbie, to nie – odpowiada, a słowa wypływają z niej z irytującą łatwością.
Kiedy zamierzam zadać kolejne pytanie, odwraca się plecami, skutecznie mnie ignorując.
Mrugam ze zdziwienia. Z pewnością nie tak traktuje innych, skoro jej praca polega na odpowiadaniu na pytania.
– Przepraszam – mówię głośniej i odchrząkuję.
Odwraca się lekko, rzucając mi spojrzenie w stylu „czego jeszcze?”.
– Jak mogę wynająć samochód?
– Skarbie – podkreśla to słowo. – Czy to wygląda ci na wypożyczalnię?
Rozchylam usta ze zdziwienia z powodu jej tonu.
– Może bardziej poszczęści ci się przy głównej drodze – sarka, po czym znów mnie ignoruje.
Zdając sobie sprawę, że nic z niej nie wyciągnę, rozglądam się i kierując się znakami, wychodzę na główną drogę.
Pięćdziesiąt dolarów powinno wystarczyć na dotarcie do Fairydale i zostanie jeszcze na powrót, gdyby coś poszło nie tak. Nie zmniejsza to jednak mojej frustracji po stracie ponad dziewięciuset dolarów ani ulubionych ubrań.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły w sekundę.
W kącikach oczu zbierają mi się łzy, więc podnoszę dłoń, by je otrzeć. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, jest podporządkowanie się coraz bardziej zmiennym nastrojom lub okazywanie słabości, gdy pozostaje jasne, że wszyscy w tej okolicy są nieczuli wobec przestępstw.
Biorę głęboki wdech i powoli kieruję się w stronę głównej drogi, licząc, że znajdę taksówkarza, który zawiezie mnie do Fairydale. Może wyjdzie to drożej, ale poczuję się bezpieczniej, niż łapiąc okazję i wsiadając do samochodu przypadkowego kierowcy.
Przede mną rozciąga się długa – i raczej pusta – jezdnia. Słońce wisi wysoko na niebie, a upał staje się niemal nie do zniesienia.
Przykładam chusteczkę do czoła, ocierając kilka kropel potu.
Mam na sobie granatową bluzkę i długą, czarną spódnicę i wiem, że w tych ubraniach się ugotuję, jeśli przyjdzie mi błąkać się w tym upale w poszukiwaniu transportu.
Lecz gdy tylko ruszam przed siebie, w powietrzu rozlega się ryczący dźwięk silnika. Nie minęła nawet sekunda, a tuż przede mną zatrzymuje się czarny Bentley Continental. Może nie znam się zbytnio na samochodach, ale rozpoznaję ten model – i wiem, że to niezwykle droga marka widywana zwykle tylko w filmach lub na billboardach.
Z zaciekawieniem obserwuję mężczyznę w czteroczęściowym garniturze wysiadającego z samochodu. Wygląda na około pięćdziesiąt lat, dzięki siwym pasmom widocznym na skroniach.
– Panna Darcy O’Sullivan? – pyta, robiąc krok w moim kierunku.
Instynktownie się cofam, marszcząc brwi w zakłopotaniu.
Skąd on wie, kim jestem?
– Kim pan jest? – rzucam ostro, rozglądając się po okolicy i snując w głowie plan ucieczki.
Jeśli zrobi jeszcze jeden krok w moją stronę albo spróbuje złapać, zacznę krzyczeć. Uderzę go torebką w głowę, może kopnę go w interes, a potem zwieję tak szybko, jak tylko potrafię.
Przytakuję w duchu i przyjmuję pozycję bojową, spoglądając na niego podejrzliwie.
– Przepraszam – odzywa się mężczyzna z uśmiechem. – Nazywam się Mordechai Vaughan, prawnik pana Pierce’a. Wysłałem pani list w sprawie jego śmierci.
Ma łagodny ton, prawie jakby próbował mnie uspokoić, aby wzbudzić zaufanie. Ale osiąga odwrotny skutek, bo co to za diabelski zbieg okoliczności?
Bilet nie miał określonej daty. Nie mógł wiedzieć, w którym dniu i o której godzinie przyjadę – o ile w ogóle przyjadę.
– Udowodnij to – rzucam wyzywająco.
Uśmiecha się nieśpiesznie.
– Oczywiście. Oprócz listu wysłałem panience też broszkę w kształcie łabędzia i klucz – odpowiada, co zgadza się z tym, co znalazłam w kopercie.
– No dobrze – rzucam z irytacją. – Załóżmy, że jest pan panem Vaughanem. Skąd pan wiedział, kiedy po mnie przyjechać? Skąd się pan tu wziął tak punktualnie? – dociekam, obserwując go zmrużonymi oczami.
Nie traci rezonu, a jego mina pozostaje niezmienna. Wydaje się zrelaksowany i uśmiecha się szeroko.
– Zadzwoniła do mnie siostra Anne. Martwiła się o panienkę – odpowiada. – To, że dotarłem tu punktualnie, to zwykły zbieg okoliczności. – Śmieje się cicho. – Myślałem, że się spóźnię.
Kiwam powoli głową. Chociaż jego wyjaśnienie ma sens, nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś tu nie gra.
Tak, siostra Anne zadzwoniłaby do niego, by się upewnić, że dotarłam bezpiecznie, i prawdopodobnie namawiałaby go, żeby po mnie przyjechał. Ale to nie wyjaśnia drugiej kwestii.
– Przez Fairydale nie przebiega żadna linia kolejowa – stwierdzam beznamiętnym tonem. – Dlaczego bilet został wystawiony do Fairydale?
– Och, naprawdę? – Wygląda na szczerze zaskoczonego. – Musiała zajść pomyłka drukarska. Poprosiłem asystenta, żeby załatwił ci bilet. Nie miałem na myśli biletu prosto do miasta. Wszyscy wiedzą, że w Fairydale nie ma stacji kolejowej.
– No dobrze – mamroczę, wciąż analizując jego zachowanie. Mówi wszystko, jak należy, i zachowuje odpowiednią mimikę. Czy mogę mu zaufać? – W porządku. Zanim wsiądę do samochodu, mam jeszcze jedno pytanie – oznajmiam, starając się brzmieć jak najbardziej stanowczo.
– Tak?
– Czy mogę zobaczyć pański dokument tożsamości, żeby mieć pewność, że jest pan tym, za kogo się podaje?
– Oczywiście – zgadza się bez wahania, pochylając się, i sięga do wnętrza płaszcza.
Przez chwilę przemyka mi myśl, że może wyciąga broń, a oczy mi się rozszerzają, gdy w głowie pojawia się milion scenariuszy – w tym chęć uchylenia się i ucieczki.
Ale kiedy wyciąga elegancki, skórzany portfel, wysuwa prawo jazdy z pierwszej przegródki i podaje mi je, zdaję sobie sprawę, że Catherine Morland mi nie dorównuje.
Powoli wariuję. Analizując informacje, przełykam ślinę, próbując ukryć zakłopotanie.
Zdjęcie się zgadza. Imię też. Podobnie jak adres w Fairydale.
– Jeśli jest jeszcze coś, co mogę zrobić, żeby panienka się uspokoiła…
– Nie. – Wykrzywiam usta w wymuszonym uśmiechu. – To wystarczy, dziękuję.
– Świetnie. W takim razie możemy ruszać. Rodzina nie może się doczekać, żeby panią poznać, panno O’Sullivan.
– Może mi pan mówić Darcy – szepczę, wślizgując się na tylne siedzenie.
Nie zwraca uwagi na moją prośbę, wsiada za kierownicę i uruchamia silnik.
– Zauważyłem, że nie ma panienka żadnego bagażu – oznajmia kilka minut później, najwyraźniej próbując podjąć rozmowę.
Wciąż obolała po poprzednim doświadczeniu, wzdycham głośno w odpowiedzi.
Unosi brwi, co dostrzegam w lusterku wstecznym.
– Zostałam okradziona – wykrztuszam. – Ktoś wyrwał mi walizkę, kiedy wysiadałam z pociągu.
– O nie. – Nagle zatrzymuje samochód. – Powinniśmy więc zawrócić i sprawdzić, czy uda nam się ją odzyskać.
– Nie. – Kręcę głową. – Ten człowiek już dawno zniknął. Nigdy nie uda nam się jej dostać z powrotem. Poza tym sam pan mówił, że liczy się każda minuta.
– Jest panienka pewna? Mogę popytać…
– Dam sobie radę. – Zmuszam się do uśmiechu. – W Fairydale na pewno znajdę jakiś sklep z ubraniami, by coś kupić, prawda?
– Oczywiście. Zobaczy pani, że nasze małe miasteczko ma wszystko, czego można potrzebować. – Uśmiecha się ciepło, a kiedy wspomina o Fairydale, cała jego twarz się zmienia.
Jeśli wcześniej wydawał się nieco sztywny i kurtuazyjny, teraz staje się bardziej ożywiony.
– Czy może mi pan o nim opowiedzieć? Jak tam jest?
– W Fairydale? Najlepsze miejsce, jakie kiedykolwiek panienka odwiedzi – chwali z entuzjazmem.
– Mieszka pan tam od dawna?
– Całe życie – odpowiada. – To małe i spokojne miasteczko, w którym panuje szczególna, przesiąknięta historią atmosfera. Oczywiście to tylko moja opinia – zapewnia, widząc, jak marszczę brwi.
– Wspominano mi coś o przestępcach – podsuwam ostrożnie, ale nie wydaje się, żeby mu to przeszkadzało.
– Ach, sprawa z Jokerem? – Śmieje się cicho. – W końcu złapali tego drania, proszę wybaczyć mi język. To, że akurat wtedy zatrzymał się w Fairydale, to zwykły zbieg okoliczności. Nie pochodził stąd. Jesteśmy bardzo zżytą społecznością, wszyscy się tu znają. Wynajmował mieszkanie dopiero od kilku miesięcy, zanim go namierzyli.
– Trochę mnie to uspokaja. – Po raz pierwszy uśmiecham się do niego szczerze i z ulgą wypuszczam powietrze.
– Proszę nie traktować plotek poważnie. Zła reputacja Fairydale wynika wyłącznie z licznych aresztowań w okolicy. Zawsze jednak odpowiadam, że przynajmniej dochodzi do zatrzymań. To oznacza, że nasz szeryf wypełnia obowiązki. A inne miejsca? Chwalą się zerową przestępczością nie dlatego, że jej nie ma, ale dlatego, że pozostaje niewykryta.
– Ma pan rację. – Kiwam głową.
– Na pewno panience się tu spodoba. Wszyscy nie mogą się doczekać, żeby panienkę poznać.
– Łącznie z rodziną? – upewniam się cicho, obejmując się ramionami w odruchu obronnym.
– Oczywiście, że tak – zapewnia. – August, panienki przyrodni brat, razem ze mną nadzorował wszystkie przygotowania i wiem, że od dawna chciał poznać siostrę.
To mnie zaskakuje.
– Czy już długo wiedzą, że istnieję?
Po raz pierwszy się waha, zaciska usta i bierze głęboki wdech.
– August wiedział. Grace i Vicky, żona Leo, dowiedziały się dopiero po jego śmierci.
Nie odpowiadam. Jeśli odkryli prawdę stosunkowo niedawno, to na pewno nie są zbyt zachwyceni, że pojawia się ktoś obcy i domaga się części ich pieniędzy.
Pan Vaughan mówi dalej, wychwalając miasto pod niebiosa i zapewniając, że podczas mojej wizyty będę miała mnóstwo zajęć.
– Wiem, że nie może się to równać z takim miejscem jak Boston, ale nasze małe miasteczko też ma swoje atrakcje. Znajdujemy się tuż obok rezerwatu przyrody, a na rzece jest wspaniały wodospad. Samo miasteczko ma wiele zabytkowych budynków. Co najmniej połowa z nich pochodzi z osiemnastego wieku.
– Naprawdę? To imponujące! – wykrzykuję, podekscytowana perspektywą ich obejrzenia.
Zawsze pasjonowała mnie dawna architektura, i cóż, ogólnie rzecz biorąc, stare rzeczy.
– Rodzina Hale’ów pozostaje właścicielem posiadłości mogącej konkurować z prawdziwym zamkiem. Znajduje się na wzgórzu; ciężko ją przegapić, stanie się widoczna, gdy tylko wjedziemy do miasta. Mamy też stary kościół zbudowany w siedemnastym wieku. To najstarszy w mieście i jeden z najbardziej zabytkowych kościołów w kraju. Nie jest udostępniony dla zwiedzających, ale robi ogromne wrażenie.
Pochylam się, zafascynowana tą informacją. Kiedy usłyszałam, że Fairydale to historyczne miasteczko, ogarnęło mnie podekscytowanie na myśl o zwiedzaniu prawdziwych ruin. Boston też szczyci się wieloma zabytkowymi budynkami, ale istnieje znacząca różnica między architekturą miejską a wiejską.
– Brzmi ekscytująco. Nie mogę się doczekać, by je zobaczyć – rzucam żartobliwie, unosząc kąciki ust.
– Rozumiem, że lubi pani tego typu rzeczy?
Kiwam głową z entuzjazmem.
– Uczę angielskiego, ale zawsze miałam słabość do historii – wyznaję.
– Jakiś konkretny okres?
– Hmm. – Stukam palcem w brodę, zastanawiając się. – Wczesny dziewiętnasty wiek. I chyba starożytna historia basenu Morza Śródziemnego? Chociaż wątpię, żebym w najbliższym czasie mogła odwiedzić Włochy czy Grecję. – Chichoczę.
– Dlaczego nie? Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi panienkę życie – zauważa z porozumiewawczym uśmiechem.
– Ma pan rację. – Wzruszam ramionami. – Nie powinnam się ograniczać.
– To właściwe podejście. Ale jeśli interesuje panienkę początek dziewiętnastego wieku, to może zaciekawi panią cmentarz ofiar dżumy, położony na obrzeżach Fairydale. Znajdują się tam jedne z najbardziej ozdobnych grobowców, jakie kiedykolwiek widziałem – dodaje z zachwytem.
– Cmentarz ofiar dżumy? – powtarzam, marszcząc brwi.
– W tysiąc osiemset piątym roku okolicę dotknęła epidemia i zdziesiątkowała całą populację. Większość osób mieszkających tam obecnie to potomkowie rodzin, które osiedliły się tu już po epidemii.
– To brzmi fascynująco. – Kiwam głową, spoglądając ukradkiem na zegarek i dziwiąc się, jak szybko minął czas.
Jesteśmy w drodze już prawie od godziny, ale wydaje mi się, że minęło zaledwie dziesięć minut.
– I oto jest. – Wskazuje na znak przed nami.
WITAMY W FAIRYDALE. MIASTO ZAŁOŻONE W 1805 ROKU.
– Skąd nazwa Fairydale? – dociekam.
Zastanawiałam się nad tym od samego początku.
Pan Vaughan się śmieje.
– To całkiem ciekawa historia. Wspomnianą wcześniej rezydencję na wzgórzu zbudował dla żony jeden z założycieli miasta. Tutejsi nadali kobiecie przydomek „wróżka”, więc w ten sposób przyjęła się nazwa miasta.
– Zbudował dla niej rezydencję? – Uśmiecham się. – To takie romantyczne.
Kiwa głową z zamyśleniem.
– Tak się stało. Nawet teraz miasto celebruje ich pamięć, organizując Festiwal Wróżek. Odbywa się on zawsze pierwszego października.
Idealnie w chwili, kiedy chcę coś powiedzieć, mijamy znak „Witamy w Fairydale”.
Odwracam się w stronę okna, by popatrzeć na krajobraz, i uderza mnie niespodziewane nagromadzenie chmur. Jeszcze przed chwilą świeciło słońce i niebo było przejrzyste, a teraz jest szare i ponure.
Nagłe dudnienie nad głową sprawia, że podskakuję na siedzeniu tuż przed tym, jak błysk pioruna rozjaśnia ciemniejącą okolicę. Niczym gałąź drzewa opadająca nie wiadomo skąd, niebieskawo-białe światło rozlewa się po całym horyzoncie.
Jedno uderzenie. Dwa uderzenia. Jedno po drugim, niczym pląs łabędzi na niebie, migotania błyskawic wijących się po sklepieniu, a cała ta scena kontrastuje z ponurym tłem.
– Cholera – przeklina pan Vaughan, uderzając w kierownicę, a mina zmienia mu się na chwilę; nie widać już tego beztroskiego uśmiechu, teraz rysy mężczyzny wykrzywiają się w grymasie.
Kiedy dostrzega moje zaskoczone spojrzenie, przez jego twarz przemyka coś nieokreślonego, po czym wraca do normy, a usta wygina w szerokim uśmiechu.
– To tylko przelotna burza, panienko Darcy. Jesteśmy blisko oceanu, więc przez cały rok często się one zdarzają.
Opadam na siedzenie, wpatrując się z przerażeniem w lusterko wsteczne i złowrogą minę prawnika. Moją uwagę wkrótce znów przykuwa zbliżająca się burza, a grzmoty rozdzierają niebo niczym celnie wymierzony cios biczem.
W dźwiękach natury tkwi pewna melodyjność i choć wiem, że każdy głośny huk powinien brzmieć dla moich uszu jak nieznośna kakofonia, dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Czuję się ukojona, ogarnia mnie przyjemny komfort – wrażenie przynależności. Wokół buzują dźwięki, a ja słyszę tylko ciszę.
Wiatr szaleje na polach, wyginając trawę niemal na płasko. Wkrótce po tym ulewny deszcz akompaniuje miażdżącym grzmotom i oślepiającym błyskawicom. Widok przez przednią szybę natychmiast zamazuje się od kropel deszczu, a ich stukot odbija się echem we wnętrzu samochodu.
Wraz ze wściekłą ulewą wiatr nabiera siły, porywając ze sobą śmieci i bezlitośnie rozrzucając je na wszystkie strony.
Pan Vaughan nagle hamuje, gdy kilka kartek zasłania mu cały widok. Trzyma kierownicę w żelaznym uścisku, a jego twarz napina się i rozluźnia.
Wiedząc, jak zareagowałam na jego wybuch, stara się opanować.
– To tylko burza. – Wiem, że muszę to powiedzieć, by rozładować napięcie.
– Tak, oczywiście – odpowiada niemal mechanicznie.
Włącza wycieraczki i próbuje zebrać kartki, jednak nie chcą się ruszyć.
– Chyba przykleiły się do przedniej szyby – dodaję cicho.
Papiery są zbyt mokre i prawdopodobnie mocno przywarły.
– Być może musimy wyjść na zewnątrz i je zdjąć.
Zaciska usta, a wzrokiem przeskakuje na tył, na mnie. Przez chwilę się zastanawiam, czy poprosi, żebym wyszła, ale zamiast tego mruczy coś pod nosem, kopie drzwi, otwierając je, i wysiada na szalejącą burzę.
W tej chwili, wycie wiatru się nasila. Trudno mu utrzymać równowagę, gdy walczy z żywiołem. Robi jeden krok do przodu i dwa do tyłu.
Wydaje się, że mija wieczność, zanim dociera na przód samochodu i chwyta dłońmi białe kartki. Bez względu jednak na to, jak zaciekle usiłuje je odkleić, drapiąc paznokciami, te wysiłki nie przynoszą żadnego rezultatu.
Kiedy mijają kolejne minuty, a jemu nadal się nie udaje, ogarnia mnie współczucie i postanawiam wyjść, by pomóc. W końcu dwie osoby z pewnością poradzą sobie lepiej niż jedna. Widzę, jak przemókł i stał się wyraźnie niezadowolony, zrobiło mi się go żal.
Otwieram drzwi, zsuwam nogi z siedzenia i wyskakuję na zewnątrz. Czekam na zimne krople na skórze – naprawdę się na to przygotowuję – ale kiedy stoję w deszczu, nie czuję ani zimna, ani wilgoci, ani jak wiatr nieustępliwie mnie szarpie.
W tej chwili przypisuję to zjawisko swojemu zniekształconemu postrzeganiu rzeczywistości oraz własnej determinacji, by to załatwić, żebyśmy mogli ruszyć dalej. Podchodzę do pana Vaughana i oferuję pomoc.
– Może ja spróbuję? Mam dłuższe paznokcie. – Macham wypielęgnowanymi dłońmi.
Raz w miesiącu chodzimy z Allison do salonu kosmetycznego. Moja pozycja nie pozwala mi na ekstrawagancję, więc zawsze wybieram klasyczny francuski manicure.
