Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kiedy rodzi się moc, pojawia się żądza…
Świat zrodził się z chaosu. Oni zaś zostali stworzeni, by utrzymywać harmonię między dobrem a złem.
Dysponowali Magią Żywiołów oraz posiadali kodeks, któremu byli wierni. Do czasu… Kiedy dwójka Strażników sprzeciwia się zasadom, rodzi się moc, której nikt nie jest w stanie przezwyciężyć…i którą ktoś pragnie posiąść.
Kiedy Eresteja rozpoczyna szkolenie swojej następczyni, nawet nie podejrzewa, jak bardzo zmieni się jej życie…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 219
Rok wydania: 2017
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Część I
Eresteja
Narodziłam się z wojny
W moich żyłach krew najstarszych
Popiół zgliszcz sczerniałych
I czas bez początku i końca
Moc ognia
Z kronik Maadstensena
Chaos. Na początku był chaos. Nieogarnięta i niekształtna materia. Bez nazwy i przydziału. Każda jednakowoż rzecz we wszechświecie musi przynależeć, ale nie w chaosie. Chaos rozpostarł się na przestrzeni czasu. Lecz przyszli Oni i położyli kres. Uformowali w kształty i formy, panując nad materią. Nazywali i pielęgnowali swoje Stworzenie. Tak powstał Świat. I każdy z Tych władał jedną mocą, lecz razem panowali nad całością. Poznali elfa, krasnoluda, człowieka i wielu, wielu innych. I przekazali przedstawicielom ras cząstkę materii i siły stwórczej. Nie, nie byli oni bogami, byli ponad innymi, a Stwórcy dali im przykaz strzeżenia harmonii. W mowie elfów zwali się Ka’emms, w mowie krasnoludów Umgrun, w mowie ludzi i istot nieludzkich – Strażnikami Żywiołów.
Czwarte stulecie po Czasach Wielkiej Tęsknoty – czasy obecne, Hereneas, miesiąc Eddy
– Mówili, że Łowczy ścigają Strażników. Teraz to ty jesteś zwierzyną… – powiedziała dziewczyna z długimi po pas, brązowymi włosami i śniadą twarzą. Opierała się o ścianę karczmy, mrużąc czarne oczy podkreślone mocnym, wyzywającym makijażem.
Wokół panował mrok. Co jakiś czas uliczkę rozświetlało światło z górnych okien budynku, w którym znajdowały się pokoje dla gości, którzy nie chcąc wracać nietrzeźwymi do domu, zasypiali nieprzytomnie z takimi właśnie kobietami jak ta brunetka. Obok niej stała druga kobieta, w całkiem jednak odmiennym stroju – tamta miała suknię z gorsetem, ta zaś nosiła męski strój, składający się z czarnych zwężanych spodni, wysokich butów do jazdy konnej i ciemnej koszuli. Miała czarne, kręcone, opadające do ramion włosy i zielone, przenikliwe oczy. Spod włosów wystawały zaś spiczaste elfie uszy.
– Prawie mnie złapali. – Pokiwała głową czarnowłosa. – W porcie, a przecież Cereus jest terenem wspólnym. Łowczy nie powinni zapuszczać się tak daleko, Zatraceni to tylko pretekst. Ale… Sereno, czy słyszałaś coś o innych Strażnikach?
– Tylko pogłoski. – Serena spuściła wzrok na ziemię.
– Mów, co wiesz – powiedziała ostrym tonem druga. – Jakie pogłoski?
– Strażnicy Wody, ponoć na prośbę króla, pojawili się w krainie krasnoludów, w Gartbues… jakiś miesiąc temu.
– Wtedy przestałam słyszeć ich w myślach, straciłam kontakt.
– Krążą słuchy, że znaleźli coś w kopalniach, gdy wezbrały wody podziemne – dodała Serena i dopowiedziała szybko: – Nie pytaj mnie co, bo tego nie wiem. Jeszcze…
– Popytaj klientów. Będzie mi ciężko przedrzeć się do królestwa krasnoludów przez Tereny Pogranicza, zajęte przez szeregi Zatraconych i bandy Łowczych. Jest nas coraz mniej, Sereno, zaginął już jeden ze Strażników Ziemi, a Denonan sprzeciwił się swojemu powołaniu i stanął przeciwko nam.
– O ile nie wiem nic o reszcie twoich pobratymców, o tyle o Denonanie jest dość głośno. To anarchista w obozie czarodziejów na wyspie Knox. Mając poparcie Strażnika, nawet kuglarskie sztuczki magików wyglądają groźnie.
– Tak, to następna niepokojąca wiadomość. Czarodzieje od stuleci próbowali się sprzymierzyć i poznać moc żywiołów. Nie wiadomo, co planują, zwłaszcza że Knox to zamknięty teren i nikt się tam nie przedostanie.
– Sereno! – dobiegł je krzyk z górnych okien karczmy.
– Już idę, ma’am! – odkrzyknęła brunetka i zwróciła się do swojej towarzyszki: – Praca czeka… – Z karczmy dobiegły wesołe i rechoczące głosy.
– Do zobaczenia. Przed tobą chyba ciężka noc – odpowiedziała Eresteja z krzywym uśmiechem.
Gdy dziewczyna zniknęła, Eresteja rozejrzała się po ciemnym zaułku i wyszła na główną ulicę Hereneas – krainy ludzi. Przeszła szybko między pogrążonymi w ciszy domami, kierując się ostrożnie do budynku przy końcu ulicy. Skręciła w prawo i znalazła się przed dębowymi drzwiami starego domu. Otworzyła je cicho i wspięła się po schodach do pokoju na poddaszu. Nocowała tu od dwóch dni – chciała spotkać się ze swoją informatorką, by poznać wieści na temat jej przyjaciół. Znalazła się w nieciekawym położeniu. Dwóch Strażników zniknęło bez śladu, jeden został porwany, Denonan zdradził. Strażnicy Powietrza natomiast rozpłynęli się, wypływając w morze, gdzie wezwał ich Bóg Wiatru, ten, któremu służyli. Nie mogła się z nikim skontaktować. W dodatku zaczęli na nią polować.
Strażnicy zapewniali porządek na Terenach Pogranicza. Nikomu nie służyli. Choć ten świat, ukształtowany po Czasach Wielkiej Tęsknoty, miał znów swoich królów, Strażnicy byli oddani tylko jednej sile – Magii Żywiołów, którymi władali. Było ich ośmioro, należeli do różnych ras. Parami okiełznali żywioły. Nad każdym z nich panowały dwie osoby przeciwnej płci. Eresteja i Denonan byli Strażnikami Ognia, Akren i Dopra wody, Krygos i Hereja ziemi, a Sentres i Porena powietrza. Gdy kobieta kierowała się emocjami, jej partner gasił te emocje rozsądkiem. Mieli też dodatkowy talent – mogli porozumiewać się między sobą w myślach, po zawarciu przymierza krwi. Każdy Strażnik szkolił jednego ucznia, gdy zaś uczeń przeszedł szkolenie, jego nauczyciel umierał, przekazując mu swoje kompetencje. Eresteja pamiętała ten moment, gdy przed nią umierała jej nauczycielka. W głowie usłyszała głosy reszty Strażników: „Witaj, Strażniczko Ognia, nasza siostro”, usłyszała też modlitwę do Boga Ognia, wyrytą od tamtej chwili w jej głowie. To była jedyna inkantacja, której nie zapomni do śmierci, jedyna droga porozumienia z siłami wyższymi, bowiem Bogowie Żywiołów nie byli tak niedostępni, jak ludzki bóg, jak bogowie krasnoludów czy bóstwa elfów. Jej Bogowie odpowiadali na wezwania i pojawiali się pod ludzką postacią („wypożyczali” ciała ludzi na kilka dni, by móc skontaktować się ze Strażnikami). Władali ogromną mocą, lecz starali się nie mieszać w sprawy między rasami. To Strażnicy byli ich uszami i oczami, ich przedstawicielami w świecie żywych. Świat, o którym mowa, składał się z krain zamieszkiwanych i władanych przez różne rasy, każda z nich starała się ograniczać do swojego królestwa, jednakże kupcy i uciekinierzy mieszkali także w nieprzypisanych dla ich ras krainach, i tak dla przykładu w krainie krasnoludów mieszkali ludzcy jubilerzy, a elfy w krainie ludzi.
Były trzy główne krainy: Hereneas – kraina ludzi, Gartbues – kraina krasnoludów i Scheleas – kraina elfów. Osobnym królestwem była wyspa Knox, zamieszkana przez czarodziejów. Czarodzieje nie władali jednak magią – prawdziwą magią, znali tylko kuglarskie sztuczki. Jedyną prawdziwą magią była Magia Żywiołów i właśnie tę chcieli posiąść. Między krainami znajdowały się rozległe Tereny Pogranicza, ziemie niczyje, o których porządek dbali Strażnicy, by nie zostały zajęte przez Zatraconych. Gdyby jednak im się to udało, komunikacja między krainami stałaby się niemożliwa, doszłoby do anarchii wewnątrz królestw. Na to nie mogli sobie znowu pozwolić.
Łowczy zaś polowali na Zatraconych, a teraz również, na czyjeś zlecenie – na Strażników. Ciężko bowiem przyszło im ustabilizowanie świata po Czasach Wielkiej Tęsknoty, sprzed kilkuset lat. Obecnie Tereny Pogranicza są zajęte przez różne rasy, niemające swych krain, walczące między sobą o każdy skrawek terenu. Świat ten okala Morze Carreas, a jedynym portem jest Cereus. Z portu korzystają przeważnie rybacy. Ten, kto wypuści się w morze w pojedynkę, chcąc odkryć nowe ziemie, zazwyczaj nigdy nie wraca.
Eresteja zrzuciła buty i położyła się w zimnym łóżku, rozmyślając. Po jakimś czasie zasnęła. W środku nocy obudziło ją dziwne uczucie. Wiedziała już jednak, co to jest – zew. Poczuła silne pulsowanie żywiołu w swojej krwi i, uśmiechając się, powiedziała do siebie:
– Będę miała ucznia.
O stworzeniu świata
Bóg Wody zaś w swej mądrości obwieścił swym współbraciom Ognia, Ziemi i Powietrza, że każdy Strażnik powinien być powołany przez sam żywioł. Dziwili się Bogowie, nie rozumiejąc, lecz Bóg Wody w swej mądrości pokazał im. Uniósł dłoń i rozpostarł palce, a między nimi pojawiła się kropla najczystszej wody. I rzucił tą kroplą przed siebie. Kropla spadała razem z deszczem na świat. Przechodził tedy mieszkaniec świata i spojrzał w górę, kropla zaś, którą to sam Bóg posłał, wpadła mu do oka. I wiedzieli Bogowie, że on to zostanie Strażnikiem. A wybór ten nazwali Zewem.
Miesiąc Millo, Gartbues
–Osiągnęliśmy czterdziesty poziom, gdy woda się podniosła – mówił gburowato wyglądający jegomość krasnolud, z rudą brodą sięgającą do pasa, za który zamocowane były solidny młotek, dłuto i maleńki kilof – typowe narzędzia krasnoluda pracującego w kopalni diamentów. Oprócz tych atrybutów krasnal – jak nazywały ich inne rasy, ubrany był tradycyjnie, w szerokie spodnie i skórzaną kamizelkę, spod której wystawała brudna koszula. Na głowie nosił kwadratową czapkę uszatkę.
– Nie wiecie, co spowodowało takie wzburzenie wody? Nie dokopaliście się za głęboko? – zapytał idący obok krasnala wysoki, czarnowłosy mężczyzna w sile wieku, w błękitnej tunice, skórzanych, brązowych spodniach i butach, z mieczem u pasa. Miał na imię Akren. Po jego lewej stronie, nieco z tyłu, szła kobieta-elf, dorównująca wzrostem swojemu towarzyszowi i podobnie ubrana, z tym że pod błękitną tuniką wyraźnie były zarysowane kobiece kształty. Blond włosy przewiązane były złotą opaską.
– Panie Strażniku, myśmy i głębiej kopali w innych miejscach, tylko tu opór spotkaliśmy. Gdy zaś jeden z nas przebił się przez południową ścianę, natrafiliśmy na wodę. Najpierw był to wąski strumień, a potem cała rzeka. Zalała nam już dziesięć poziomów i nie możem tego zahamować, tośmy po was posłali z rozkazu jaśnie panującego. My nie takie chciwe, jako elfy o nas mówią. – Kobieta spojrzała na niego przelotnie, z drwiną w niebieskich oczach. Krasnolud zdawał się tego nie zauważyć. – My chcem tylko tę wodę zahamować, by nie stracić wszystkiego.
– Rozumiem. Próbowaliście to powstrzymać jakąś zaporą, odciąć kilka poziomów?
– My zrobili tamę na poziomie trzydziestym drugim. Ale się przebiła.
– Prowadź zatem, zobaczymy, co możemy zrobić.
Szli oświetlonym przez pochodnie tunelem z niskimi sklepieniami tak długo, aż tunel zaczął się zwężać i w butach poczuli wodę.
– Już tu podeszła – rzekł krasnolud. – Dalej nie pójdziem, bo tu koniec tunelu, a windą w dół zjeżdżać się nie da, przez wodę nie przejedziem.
Wskazał ręką na drewniany podest, ogrodzony „płotkiem”, na którym może zmieściłoby się pięciu krasnoludów. Siłę pociągową stanowiły konie zaprzężone w kierat, które za pomocą lin podnosiły i opuszczały windę.
– Wyprowadzilim konie – kontynuował przewodnik. – Jesteśmy poziom dwadzieścia dziewięć.
– Dziękujemy – powiedział Akren do krasnala. – Zostaw nas, proszę, samych i każ reszcie zakończyć pracę na dziś, niech nikt tu nie wchodzi. Sami trafimy do wyjścia.
Krasnolud zdziwił się, ale kiwnął głową i odszedł. Po chwili zobaczyli jego cień, zarysowany pod blaskiem pochodni, a następnie kroki umilkły. Zostali sami.
– Co o tym sądzisz, Dopra? – zapytał mężczyzna.
Kobieta zamyśliła się moment, nim odpowiedziała:
– Powinniśmy spróbować zaklęcia lokalizującego źródło… z tym że prócz tego, że zewsząd otacza nas woda, nie czuję mocy żywiołu. Tak jakby woda pojawiła się znikąd…
– Krasnolud mówił, że wytrysnęła ze ściany. Mogło mu się tak wydawać. Zalewa kopalnię, jakby było tu coś, co nie powinno zostać odkryte.
– Czy myślisz o naszym Panu?
– Lepiej sprawdźmy to. Zaklęcie lokalizujące źródło nie przyda się tutaj, a spowodowałoby spustoszenie. Zostaje nam tylko jeden sposób – musimy udać się do miejsca, gdzie to się zaczęło.
Mężczyzna popatrzył uważnie na swą towarzyszkę. Poziom czterdziesty. Zbliżyli się do prowizorycznej windy. Spod podestu wyzierał otwór zalany wodą.
– Panie przodem – rzekł Akren i wszedł za Doprą na podest. Ze skupieniem na twarzy, szepcząc inkantację zaklęcia, rozgarnął rękami powietrze przed sobą i woda spod platformy ustąpiła, wsiąkając w ściany. Dopra kiwnęła palcem i kierat zaczął się obracać, a oni opadali, słysząc szum wody i skrzypienie lin mocujących podest.
Tereny Pogranicza, ten sam czas
Przez las, skąpany w promieniach wschodzącego słońca, na karym koniu jechał jeździec. Jego oczy wpatrzone były w ścieżkę przed nim, a brodata twarz wyrażała skupienie. Mężczyzna był niski i krępy, jak na krasnoluda przystało, jedyną zaś rzeczą, która wyróżniała go spośród reszty jego plemienia, był miecz (zamiast topora czy narzędzi górniczych), przymocowany do skórzanego pasa. Nosił też ciepły, szary płaszcz z kapturem ozdobionym kożuchem. Mężczyzna wyglądał, jakby z kimś rozmawiał, szepcząc pod nosem niezrozumiałe słowa.
– Herejo, czy mnie słyszysz? To ja, Krygos.
– Słyszę cię, mój bracie, nawet w najdalszym krańcu świata.
– Dlaczego nie mogłem cię znaleźć? Twoje myśli były przede mną zasłonięte.
– Wybacz mi, mój drogi, byłam na wschodniej równinie Pogranicza.
– I ja tam zmierzam. Uprzedziłaś moje kroki…
– Zawróć więc, jesteś w niebezpieczeństwie. Nie tylko Zatraceni na nas polują…
– Kto jeszcze…? – zapytał głośniej krasnolud.
Nagle z transu wyrwał go hałas, dobiegający z dwóch stron ścieżki, i szum strzał, a przed nim jak z ziemi wyrosło troje zakapturzonych ludzi, w starych przetartych strojach, z mieczami w dłoniach.
– Otóż, bracie Strażniku… my.
Z lasu wyłoniła się reszta kompanii Łowczych. Dwoje ludzi trzymało pod łokcie ludzką kobietę z szarymi, krótkimi włosami i niezwykle zielonymi oczami. Jej ubranie było w strzępach, twarz posiniaczona, na imię jej było…
– Hereja – wydusił krasnolud i zeskoczył z konia. Zdziwiony zaistniałą sytuacją nie spostrzegł, gdy dwoje Łowczych zaszło go od tyłu i zarzuciło na niego siatkę, krępując ruchy.
Spłoszony koń popędził w las.
Wyspa Knox
Stał oparty o stół w przestronnym pomieszczeniu o wysokich ścianach. Zza okien roztaczał się widok na całą wyspę i dostrzegalny nawet z tej odległości port. Niegdyś, jako dziecko, spędzał w nim całe dnie. Nie chciał wracać wspomnieniami do tamtych lat – nie był już dzieckiem, chociaż wyglądał na siedemnastolatka. Przeczesał dłonią włosy w kolorze słomy – jedną z zalet bycia Strażnikiem było to, iż z chwilą pojawienia się zewu czas przestawał odciskać na Strażnikach swoje piętno. Z zamyślenia wyrwało go pojawienie się gońca.
– Panie. – Mężczyzna w żołnierskim kubraku skłonił się przed nim. – Łowczy złapali ich na wschodniej równinie.
– Obydwoje?
– Tak, za jakiś tydzień dotrą do wyspy.
– Doskonale – odrzekł blondyn i gestem dłoni odprawił gońca.
Już niedługo mój plan się ziści, pomyślał…
Cereus
Dwoje mieszańców o blond włosach i szarych oczach stało na statku – był to niewielki jednomasztowiec. Nie sądzili, że będą musieli płynąć tak daleko. Wezwał ich Bóg i na wezwanie trzeba było się stawić, tym bardziej że mieli sprzyjający wiatr. Zawsze im sprzyjał, to był ich żywioł. Młode rodzeństwo, pół elfów, pół ludzi, patrzyło przed siebie.
– Zabierzemy kogoś ze sobą? – zapytała dziewczyna.
– Zabronili nam, Poreno – odrzekł młodzieniec.
– Ale czy nie byłoby bezpieczniej zabrać jakiegoś człowieka, który zna się na żegludze? My posługujemy się tylko żywiołem, Sentresie, nie znamy się na tych ludzkich wynalazkach.
– Nie możemy nikogo zabrać. Wystarczy, że skontaktowaliśmy się z Eresteją. Ona przekaże innym, dokąd płyniemy. Nie możemy ryzykować odkrycia.
Dopiero świtało, w porcie było pusto. Idealna pora, by wypłynąć. Porena chciała jeszcze przedyskutować ten temat z bratem, ale on już odcumował ich niewielki statek. Zrezygnowana wniknęła w myśli towarzysza i wspomogła jego zaklęcie swoją siłą – statek zachybotał się i powoli opuszczał port, znikając wkrótce za linią horyzontu.
Cereus, jak co dzień, znów zatętnił życiem, gdy na ulicy pojawili się mieszkańcy, nieświadomi, że przed chwilą dwoje samotnych żeglarzy wyruszyło w nieznane.
Tereny Pogranicza między Hereneas a Scheleas, miesiąc Eddy
Jechała konno przez las. Czarne włosy, ukryte pod kapturem, omiatały jej twarz. Spieszyła się, by poznać swoją przyszłość i swój koniec. Galopowała między drzewami po leśnej ścieżce pogrążonej w cieniu. Był początek jesieni. Eresteja jechała ubrana jedynie w koszulę i ciemne spodnie, a wysokie buty, zatknięte w strzemiona, ciągle bodły konia obcasami, zmuszając go do większego wysiłku. Ciemna peleryna powiewała za nią. Każdemu byłoby zimno w tym ubiorze, ale nie jej. Rozgrzewał ją wewnętrzny ogień, płomień żywiołu, którym władała. Myślała o tym, co ją czeka, gdy już dotrze na miejsce. Czuła podekscytowanie, wspominała swoje własne szkolenie, jednak jej myśli coraz bardziej oddalały się ku innemu ze wspomnień – przywoływała w myślach ukochaną twarz jej partnera, Kaya, drugiego Strażnika Ognia, oraz trening jego następcy, Denonana… Kay nigdy nie dowiedział się, co do niego czuła. Strażnicy nie mogą stworzyć rodziny i nie powinni kochać, ponieważ tak silne uczucia mogły doprowadzić do destabilizacji emocjonalnej, a rozhukane emocje nie są w stanie zapanować nad żywiołem. Jednakże każdy z nich, nie dając się ponieść uczuciom, mimo wszystko czuł, bo wciąż pozostawał istotą żywą, rozumną. Ona kochała Kaya, a Kay kochał tylko jedną osobę – Denonana. Jak syna i przyjaciela. Eresteja odtwarzała w pamięci twarz, jego siwą brodę i krótko przystrzyżone włosy oraz szare oczy. Kay był rosłym, wysokim i krzepkim mężczyzną. Zawsze wzbudzał podziw i szacunek dzięki swojej sile, niezłomności i mądrości. Był ideałem Strażnika, niosącym pokój przyjaciołom, śmierć wrogom, wierność zasadom. W czasie, gdy Kay znalazł ucznia i zaczął szkolenie, Eresteja walczyła na ziemiach Pogranicza, które zaczęli plądrować Zatraceni. Gdy wróciła, zobaczyła Denonana zaznajamianego ze sztuką Magii Żywiołów, w połowie szkolenia.
– Przyjaciółko… – Kay uśmiechnął się do niej i podniósł się z kamienia, na którym siedział. Ćwiczyli przy kaskadach Szerene. Było to kilka niedużych wodospadów, utworzonych na niewielkich potokach, które łączyły się za nimi w jedną rzekę, Enegu, wpadającą do morza.
Eresteja podeszła do niego rozpromieniona. Kay odwrócił się w stronę kogoś za swoimi plecami, kiwnął głową i zza jego pleców wyłonił się szczupły, wysoki, jasnowłosy ludzki młodzieniec. Włosy miał rozczochrane, trochę dłuższe, w kolorze słomy oraz niepokojące, niebieskie oczy.
– Erestejo, chciałbym przedstawić ci mojego ucznia, Denonana.
Nowo przedstawieni popatrzyli sobie w oczy. Nie wiedziała dlaczego, ale odniosła wrażenie, iż za tym spojrzeniem kryje się nieszczerość i tajemnica. Nie podobało jej się to, zwłaszcza że Kay bardzo lubił tego chłopaka. Przez to oddalili się od siebie, a niegdyś byli bliskimi przyjaciółmi.
– Denonan właśnie uczył się wzniecać ogień w przytłaczającej obecności drugiego żywiołu i całkiem dobrze sobie radził. Kanne (tak Strażnicy nazywali swoich uczniów), pokaż, czego się nauczyłeś.
Młodzieniec ze skupieniem na twarzy wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. Gdy przymknął oczy, Eresteja zobaczyła nikły płomień unoszący się nad jego dłonią.
– Gratuluję, Kanne – rzekła. – To dość duży krok naprzód. Ciężko jest wyczuć źródło przy takim nadmiarze mocy żywiołu wody. Skąd pochodzisz? – zadała szybkie pytanie, nim zdążyła się ugryźć w język.
– Z krainy elfów – odpowiedział za niego Kay. – Z twojej ojczyzny, Erestejo.
– Więc jesteś moim krajanem. Skąd dokładnie?
– Z portu. Jestem synem rybaka – odparł Denonan.
Eresteja pomyślała, że coś jest nie tak z tym chłopcem, gdyż żywioł wody jest żywiołem silnym i nie pozwala na zrodzenie się ognia w jego pobliżu.
– Idę odpocząć, Kay, ale później chciałabym z tobą porozmawiać… w cztery oczy – powiedziała, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę świątyni.
Z zamyślenia wyrwał ją szelest, który wychwyciła uchem. Popatrzyła w prawo i zdawało jej się, że zobaczyła ruch w zaroślach przy ścieżce. Pośpieszyła konia – nie czuła się bezpiecznie w tych leśnych ostępach. Nie dane jej było jednak długo czekać na jakąś akcję – po chwili przed Eresteją szybko przemknęła smukła sylwetka. Zobaczyła tylko blond czuprynę.
– Tylko nie Łowczy, proszę, tylko nie Łowczy – wymruczała pod nosem.
Nie bała się konfrontacji, tylko tego, że walka ją spowolni, a ona czuła, że jej uczeń jest już blisko. Nie mogła pozwolić sobie na to, by zew osłabł.
Nagle przed koniem na ścieżce pojawił się młodzieniec, którego widziała przed chwilą. Koń stanął dęba, a ona, zaskoczona, zsunęła się z jego grzbietu. Gdy się wyprostowała w jej ręce zalśnił krótki miecz, ale chłopak zniknął. Eresteja zostawiła spłoszonego wierzchowca, który galopował już przed siebie, i przeklinając w duchu nieznajomego, pobiegła w kierunku, z którego dochodziły odgłosy szamotaniny. Dotarła na niewielką leśną polanę, gdzie znalazła chłopaka. Coś jednak było nie tak.
Młody elf, jak zdążyła zauważyć, trzymał w prawej ręce miecz i wymachiwał nim na wszystkie strony, jakby walczył z niewidzialnym przeciwnikiem. Po chwili tego dziwacznego tańca młodzieniec zgiął się wpół i opuszczając miecz, rękami, po omacku, próbował dosięgnąć swojej szyi, jak gdyby coś się na niej zacisnęło. Cały czerwony na twarzy nie mógł się uwolnić, dusił się. Eresteja skoczyła mu na ratunek – wiedziała, z kim walczył. Z Zatraconymi. Były to stwory żyjące na Terenach Pogranicza. Wyłoniły się z Podziemia w Czasach Wielkiej Tęsknoty, wojny ras i żywiołów, spowodowanej buntem dwójki Strażników Ziemi. Zabijały wszystko, co spotkały na swojej drodze. Karmiły się strachem, wywoływały panikę. A nie ma większego strachu niż strach przed śmiercią. Nie atakowały tylko Strażników, ponieważ ci, wspierani mocą żywiołów, nie znali tego uczucia. To Strażnicy polowali na nich, próbując zapobiec anarchii. Łowczy też na nich polowali, głównie w celu pozbawienia ich terytorium, do którego sami rościli sobie prawo. Eresteja miała wprawę w walce z niewidocznymi, rzuciła więc zaklęcie i z jej dłoni buchnął strumień płomieni, które nie zapalały drzew i krzewów. Zimny podmuch skierowała w stronę atakowanego elfa. Płomienie nie robiły krzywdy, ale otaczały i wskazywały tym samym Zatraconych, zarysowując ich kształt. Skoczyła w tamtą stronę, podtrzymując zaklęcie. Stworów była trójka. Jeden zaciskał ręce na szyi elfa, stojąc za nim, drugi uderzał go pięściami w brzuch, trzeci szukał miecza, który upuścił młodzieniec. Zaatakowała trzeciego. Skoczyła i szybkim ruchem przecięła miejsce, w którym głowa łączyła się z resztą ciała. Był to jedyny sposób na zabicie Zatraconych – nie można ich było spalić, okaleczyć, bo na miejscu odciętych kończyn odrastały nowe. Stwory były ślepe, ale nie głuche. Dwa pozostałe wyczuły ruch elfki i, pozostawiwszy młodzieńca, zaczęły jej szukać. Gdy były już blisko, zaszła jednego od tyłu i skróciła go o głowę. Kiedy trzeci wreszcie ją znalazł, wybił jej miecz z ręki, a gdy próbowała zrobić unik, kopniakiem zbił ją z nóg. Upadła na trawę i przetoczyła się na plecy. Ręką odnalazła miecz. Kiedy niewidzialne dłonie zaczęły sięgać ku jej szyi, nachylając się nad nią, podniosła miecz, prześlizgnęła się między dłońmi potwora i skoczyła na równe nogi, a potem przecięła schylającego się niedawno nad nią potwora. Rozejrzała się. Chłopak zdążył podnieść miecz z trawy i odwrócił się w jej kierunku. Z lasu wyszli ubrani w czarne stroje ludzie, będący przedstawicielami różnych ras. Eresteja zganiła się w duchu. Stała teraz pośrodku polany, a Łowczy zataczali krąg wokół niej. Myśląc nad sposobem ucieczki, usłyszała głos należący do człowieka o brązowych włosach, który wystąpił z kręgu. Prawy policzek mężczyzny przecinała blizna.
– A mówią, że Strażnicy nie dają się złapać… i nie mieszają się w nie swoje sprawy… – Uśmiechnął się krzywo przywódca bandy.
– A mówią, że Łowczy dbają o swoich i nie wystawiają ich na głupią śmierć – odpowiedziała na zaczepkę. Młody elf oblał się rumieńcem.
– Nic ci do naszych praktyk, Strażniczko. Przerwałaś próbę tego młodzieńca. I zdążylibyśmy zareagować, ale ty musiałaś się wtrącić.
– Nie pozwalamy na śmierć. Nawet Strażnik miałby problem z trzema Zatraconymi.
– Pozwól, że sami ocenimy, według naszych praw, słuszność tych prób. – Rozmówca zrobił krótką przerwę i rozejrzał się dookoła. – Jednakowoż wiesz, że nie możemy puścić cię wolno. Sporo nam za to płacą.
Nim Eresteja zdążyła wykonać jakiś ruch, poczuła, jak silne ręce krępują jej dłonie, wiążąc z tyłu tak mocno, że straciła czucie w palcach. Uniemożliwili jej rzucanie zaklęć. Ktoś inny nałożył jej worek na głowę.
Czuła, że idą leśną ścieżką. Po długim marszu zeszli z niej i poczuła kamienie pod butami – trakt. Nikt nic nie mówił. Ktoś prowadził ją pod ramię, skręcili. Usłyszała, że ktoś przepycha się do dowódcy i że zaczynają rozmawiać. Jeden głos należał do człowieka z blizną, drugi był głosem kobiecym. Nie słyszała, co mówią, nie dziwiło jej jednak, że ta dziewczyna należy do bandy. Łowczy nie gardzili nikim, kto potrafił walczyć i nie miał rodziny – tacy ludzie byli oddani i nie sprawiali problemów. Dziwiło ją tylko uczucie, którego doznała już wcześniej, a które nasiliło się, gdy pojawiła się nowa uczestniczka tego pochodu. Zew stał się silniejszy. Niemożliwe, żeby to była ona, pomyślała.
Szli tak jeszcze kawałek, aż skręcili i usłyszała dźwięk skrzypiących drzwi. Wepchnięto ją do środka jakiegoś pomieszczenia. Upadła na coś, co prawdopodobnie było słomą. Zdjęto jej worek z głowy i nim oczy przyzwyczaiły się do półmroku, panującego w pomieszczeniu, dwóch mężczyzn przyciągnęło ją do słupa i przywiązało dość ciasno łańcuchem. W usta wepchnięto jej knebel, a słomę dokoła polano wodą. Zabezpieczenie przeciwpożarowe, pomyślała Strażniczka. Łowczy wiedzieli, że bliskość wody nie sprzyja władaniu Żywiołem Ognia. Gdy opuścili pomieszczenie, Eresteja rozejrzała się po wnętrzu. Znajdowała się w starej stodole. U góry była przerwa w deskach, wielkości okna, przez którą sączyły się ostatnie promienie zachodzącego słońca. Eresteja, przemoczona do suchej nitki, myśląc o swoim położeniu, zasnęła.
Obudziło ją ponowne skrzypienie drzwi. Do środka weszła dziewczyna. Eresteja musiała przyznać, że to nie było jedynie przeczucie – przed nią, z oliwną lampą w ręku, stanęła jej uczennica. Gdy dziewczyna się zbliżyła, Strażniczka mogła zobaczyć ją lepiej. Była to wysoka i szczupła elfka o pięknej twarzy, z dużymi piwnymi oczyma i kasztanowymi włosami. Uosobienie Żywiołu Ognia – tylko to określenie oddawało jej istotę. Eresteja wyczuła w niej moc, świeżą, uśpioną, gotową, by się rozwijać. Jej godna następczyni. Dziewczyna ubrana była w ciemne spodnie i kubrak opinający jej szczupłe ciało. Spod niego widać było cienką koszulę w kolorze spodni. Przyniosła jej w zawiniątku trochę chleba i kubek mleka. Kolacja. Wyjęła jej knebel z ust i zaczęła kruszyć chleb i karmić więźniarkę, która z uwagą się jej przyglądała. Dziewczyna odezwała się pierwsza.
– Uratowałaś mojego brata. Terenes opowiedział mi, co się stało. – Przyłożyła kubek z mlekiem do ust Erestei, a ta łapczywie wypiła. Dziewczyna kontynuowała swoją wypowiedź: – Dziękuję. W zamian za ocalenie mu życia poprosił, bym cię uwolniła. Niestety, jestem Łowczynią i muszę podporządkować się naszym prawom.
Eresteja słuchała jej uważnie, nie śmiąc przerywać.
– Jednakże taki dług musi być spłacony. Dlatego pomogę ci uciec, ale musisz zabrać ze sobą Terenesa. Mogłaby mu się stać krzywda…
– A co zrobią tobie, gdy odkryją prawdę?
– Nic… – Zmieszała się nieco. – Jestem wybranką Kryna. – Podniosła się z kolan i stanęła nad nią, z powrotem umieszczając knebel w jej ustach. – Jutro przyniosę ci coś do jedzenia i przedstawię mój plan.
Dwa dni później zabrali Eresteję do niewielkiego budynku nieopodal stodoły, w której ją przetrzymywano. W środku panował półmrok – na dworze zapadał wieczór. Jedynym światłem był blask ognia z kominka, wokół którego ustawione zostały ławy i stoły. Z pomieszczenia obok dotarły do niej przyjemne zapachy pieczonego mięsa i przypraw. Prawdopodobnie budynek stanowił miejsce spotkań członków bandy. Na ławach usadowiło się kilku Łowczych, dla niej zaś przygotowali miejsce przy kominku. Siedziała tyłem do ognia. Przed nią stanął przywódca, człowiek z blizną, Kryn.
– Dotarły do mnie ciekawe informacje… Może domyślasz się jakie?
Eresteja zrobiła zdziwioną minę i podejrzliwie spojrzała na człowieka przed sobą.
– Ponoć proponowałaś naszej kompance wspólną ucieczkę.
Eresteja zaczęła poruszać dłońmi, które dzięki pomocy młodej elfki nie były już tak mocno skrępowane. Strażniczka starała się zachować kamienny wyraz twarzy, by nikt nie zorientował się, jaki jest ich plan. Odpowiedziała Krynowi:
– Powiedziałabym, że to nieprawda, ale i tak mi nie uwierzycie, więc prościej będzie, jeśli się przyznam.
W sali rozległy się pomruki. Eresteja już prawie uwolniła ręce. Wystarczyło teraz wyszeptać zaklęcie, a do tego trzeba było odwrócić uwagę. Teraz zareagowała dziewczyna. Stanęła obok swojego brata.
– Krynie, nie dyskutujmy z więźniami. To przesłuchanie nie ma sensu. I tak oddamy ją Hennenasze.
Mężczyzna odwrócił się w stronę dziewczyny. Eresteja wyszeptała zaklęcie i ruchem dłoni podniosła popiół z paleniska. Ogień przygasł, ale teraz nikt nie zwracał na to uwagi. Łowczy wpatrywali się w swojego przywódcę, który podszedł do pierwszej ławy i swojej wybranki.
– Syl, przestań się wtrącać. Nie obchodzi mnie, że nie przesłuchujemy jeńców, tylko fakt, że chciano mi odebrać moją własność. Kryn nie pozwala, by go okradano, obojętnie, czy po złodzieja posłał Hennenasze, czy sam diabeł.
