Egzorcyzmy wróżek - J. L. Vampa - ebook
NOWOŚĆ

Egzorcyzmy wróżek ebook

J.L. Vampa

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Bestsellerowa autorka J.L. Vampa nadchodzi z mrocznym romansem dark academia idealnym dla fanów Nocticadii, Dziewiątego domu i A jeśli jesteśmy złoczyńcami.

 

Atta to córka właścicieli kostnicy. Studiuje botanikę w Kolegium Świętej Trójcy w Dublinie, gdzie profesor Murdoch prowadzi zajęcia z anatomii patologicznej. Jest błyskotliwy, tajemniczy i absolutnie nie powinien zawładnąć jej myślami.

Miasto pogrąża się w coraz większym chaosie, a liczba ofiar niewytłumaczalnych zgonów nieustannie rośnie. Atta i profesor Murdoch jako pierwsi dostrzegają, że za śmiertelną Plagą kryje się coś więcej. Każda sekcja zwłok przybliża ich nie tylko do odkrycia przerażającej prawdy, lecz także do siebie, a uczucie kiełkujące między studentką a wykładowcą może się okazać równie niebezpieczne jak siły, z którymi przyszło im walczyć.

 

Mówią, że to tylko legenda.

Mówią, że to demony.

A to nic innego jak plaga.

Zbłąkane dusze. Duchy. Zjawy. Ghule.

A prawda wzywa.

 

Tik-tak

Zegar i świeca czas odmierzają

Aż wszyscy powoli umierają

Wosk spływa po złoconym pniu

A wróżki szturmują gąszcz jeżyn

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 434

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Exorcism of Faeries

Copyright © J.L. Vampa 2025

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Joanna Błakita

Korekta: Martyna Góralewska, Magdalena Kłodowska, Monika Baran

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Projekt okładki: Simon Maverick, an Imprint of Simon & Schuster, LLC

Ilustracja na okładce: Jana Heidersdorf

Ilustracje w książce: J.L. Vampa

ISBN 978-83-8470-069-3 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

[email protected]

Wydawnictwo Nowe Strony

wydawnictwonowestrony

nowe_strony

Będzie to trwać, aż po wsze czasy.

– motto dublińskiego Kolegium Świętej Trójcy

5 listopada 1993

Zawsze czyta na stojąco, tuż przed regałem. Jedną rękę trzyma w kieszeni, aż do chwili gdy trzeba przewrócić stronę. To pierwsza rzecz, którą w nim zauważyłam, choć powinnam była się uczyć. Zamiast tego obserwowałam, jak przechodzi od półki do półki, od książki do książki. Nie miałam wtedy pojęcia, że pewnego dnia go poznam, a on absolutnie wszystko zmieni.

Razem zmienimy absolutnie wszystko.

– fragment dziennika Ariatne Morrow, odnalezionego wśród ruin Poziomu Zero

Chora róża

Różo, tyś chora.

Robak niewidzialny,

Co nocą buszuje

Przez wicher huczny:

Odkrył twe łoże

Szkarłatnej rozkoszy:

I swą mroczną, sekretną miłością

Życie twe pustoszy.

– William Blake

Atta

Wrzesień 1993

Przenoszenie zwłok podczas deszczu to wyjątkowo uciążliwa i śliska sprawa.

Duże krople wpadały Atcie do oczu, gdy w blasku księżyca wlokła za sobą trupa. Stężenie pośmiertne jeszcze bardziej utrudniało to zadanie. Nie widziała błota ochlapującego jej tweedowe spodnie i karmelowy trencz – tak samo zresztą jak nie potrafiła dostrzec twarzy dwa razy większego od siebie martwego mężczyzny.

– To były nowe buty, ty sukinsynu – wycedziła, opierając go o bagażnik swojego samochodu, i wbiła biodro w martwe ciało, by się nie zsunął.

Wiedziała, że to nie była jego wina. Martwi nie kontrolują pogody.

Próbując utrzymać zwłoki w miejscu, wyszarpała klucze z kieszeni i po omacku wcisnęła ten właściwy w zamek. Palce zdrętwiały jej już niemal całkowicie, ale zdołała otworzyć klapę bagażnika starej Granady z 77. roku.

To nie było jej pierwsze doświadczenie ze zwłokami. Nie, to wydarzyło się dwadzieścia pięć lat wcześniej, gdy miała zaledwie trzy lata. Nie po raz pierwszy również wymykała się z trupem w środku nocy – choć na ogół miała ze sobą nosze na kółkach, na których je przewoziła. Dzisiejszej nocy daleko było do ideału. Nic nie poszło zgodnie z planem.

Aczkolwiek Atcie nie sposób odmówić sprytu.

Krawędzie jej pola widzenia pociemniały, a wzrok zaszedł znajomą mgłą. Skrzywiła się i w tym momencie ciało osunęło się na nią – klatka piersiowa zderzyła się z jej ramieniem, co zmusiło ją do zrobienia kroku w tył. Stękając z wysiłku, Atta siłą woli próbowała odgonić ostry ból głowy, a wraz z nim – potworne halucynacje.

Choć raz, na szczęście, poskutkowało.

Zwłoki jednak wyślizgnęły jej się z rąk i uderzyły o asfalt w tej samej chwili, gdy Atta przeklęła cicho. Choć była wdzięczna za zepsute latarnie oraz złowieszcze chmury skrywające parking – a tym samym te niecne uczynki – w takim tempie nie dotrze do Domu Achillesa przed świtem. Powinna była zaczekać na pogodną noc – czy też raczej wczesny ranek – ale ten John Doe zdawał się zbyt kuszący, by z niego zrezygnować.

Atta zgięła się wpół, niezdarnie oplotła trupa ramionami w pasie i go dźwignęła. Stękając oraz przeklinając w sposób, który sprawiłby, że jej matka wylałaby na nią kubeł wody święconej, uniosła martwego mężczyznę do piersi. Mięśnie wyły jej z wysiłku.

Może powinna zacząć chodzić na siłownię.

Niemal znów upuściła zwłoki, gdy parsknęła na tak absurdalną myśl.

Ostatecznie Atta zdołała unieść go jeszcze wyżej.

– Już prawie – dodawała sobie otuchy.

Coś w sposobie, w jaki jego pięty szorowały o asfalt, gdy go ciągnęła, przyprawiało ją o mdłości. Wnętrzności oraz kości pod skalpelem lub piłą sekcyjną nigdy nie robiły na niej najmniejszego wrażenia, ale to coś innego. Nie powinna była słyszeć tego szurania przez szum deszczu, jednak ulewa słabła, a dźwięk skóry trącej o nawierzchnię drogi wydawał się aż nazbyt ludzki.

Nie miało znaczenia, że ten mężczyzna w niczym nie przypominał człowieka. Już nie. Jego dusza odeszła do miejsca, do którego odchodzą wszystkie dusze – miała nawiedzać lub dostąpić świętości.

Atta zdołała wcisnąć jego barki do bagażnika, gdy znów wyślizgnął jej się z rąk. Powstrzymała okrzyk frustracji. Deszcz prawie ustał i teraz ledwie mżyło, a zza chmur wyłonił się księżyc w pełni, który zalał okolicę jedwabistym blaskiem na tyle, że mogła dostrzec poskręcane, nagie ciało z niezdarnie zszytą klatką piersiową.

Kolejny Niezidentyfikowany Zmarły. Następny, który dołączył do stosu ciał przepełnionej kostnicy.

To Atta przyjęła jego ciało, oznaczyła je identyfikatorem i zgodnie z protokołem przeprowadziła procedury przygotowawcze. Planowała umieścić go z pozostałymi, by rano odebrali go grabarze i dostarczyli do krematorium – tak jak od niej oczekiwano. Ale gdy nadszedł czas zamknięcia i wszyscy wyszli, Atta po prostu musiała dowiedzieć się więcej o anatomicznych sekretach nieznajomego. Aż palce ją świerzbiły z desperacji, by przyjrzeć mu się bliżej.

Dlatego przemyciła go na dół, do swojego ukrytego, prowizorycznego laboratorium pod Kostnicą Gallagherów, które wyposażyła w narzędzia otrzymane w ramach zapłaty od Domu Achillesa, i z krążącą w żyłach ekscytacją przystąpiła do badań.

Kiedy otworzyła klatkę piersiową, na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało zgodnie z przewidywaniami. Krew sczerniała przez Plagę, a narządy przestały funkcjonować z powodu infekcji.

Wtedy Atta to zauważyła.

Kwiat kiełkujący z jego płuc.

To nie było złudzenie ani gra światła. Żaden pęd, który można by zbyć jako zmianę patologiczną. Nie, to był makabryczny kwiat obcej flory – zapuścił korzenie w płucu mężczyzny i rozkwitł.

Deszcz spływał Atcie po policzkach, skapywał z jej rzęs. Oderwała wzrok od przemoczonej, zszytej klatki piersiowej i nakazała sobie nie wyciągać z kieszeni tej rośliny. Nie teraz. Z pewnością zdążyła już nasiąknąć wodą, zresztą w ogóle nie powinna była usuwać jej z ciała. Nie przypominała ona jednak żadnego z tysiąca gatunków, o których czytała w podręcznikach, ani tego z dzienników dziadka, w które od dziecka wciskała nos.

Ale co się stało, to się nie odstanie.

Nie chcąc już dłużej na niego patrzeć, Atta dźwigała, ciągnęła i siłowała się ze zwłokami, aż wepchnęła je do bagażnika. Zamknęła klapę i podskoczyła, by naprzeć na nią całym ciężarem ciała – niczym na przepełnioną walizkę – aż wreszcie usłyszała kliknięcie zamka. Wypuściła głośno powietrze i wślizgnęła się na miejsce kierowcy, zastanawiając się, jak duże zakwasy będzie później miała.

Samochód odpalił dopiero za trzecim razem.

Przynajmniej dzięki całemu temu wysiłkowi przestała odczuwać zimno. Mimo to przekręciła ogrzewanie na maksimum z nadzieją, że chociaż trochę wysuszy przemoczone buty. Dmuchawa odpowiedziała okropnym sykiem, jakby się z niej naśmiewała, i buchnęła wyłącznie lodowatym powietrzem. Atta walnęła pięścią w deskę rozdzielczą, a nawiew po prostu zgasł.

– Psiakrew – mruknęła i ustawiła grymaśną skrzynię biegów na wsteczny.

Ulice wciąż były skąpane w mroku, ale migoczący na desce rozdzielczej zegar wskazywał 5:42. Niedługo zrobi się jasno. W trakcie jazdy Atta oczami wyobraźni widziała, jak zwłoki w bagażniku trzęsą się i drgają na każdej nierówności drogi, lecz ani przez chwilę nie mogła sobie pozwolić na rozmyślania o swoim świętokradztwie wobec zmarłego. Stłumiła gorzki śmiech. Ten pociąg już dawno odjechał.

Zbliżając się do swojego celu podróży, Atta wyłączyła światła, po czym zatrzymała się na krótkim, żwirowym podjeździe ukrytym za regularnie przycinanymi drzewami olszy czarnej.

Kiedy po raz pierwszy przebyła tę drogę, uznała te rodzime dla Irlandii drzewa o zębatych liściach za znak szczęścia. Za znak, że dokonała właściwego wyboru.

Tego ranka wyglądały, jakby z niej drwiły.

W odpowiedzi obnażyła zęby i zaparkowała na tyłach Domu Achillesa – budowli o okazałych łukach i żebrowych sklepieniach, szorstkim, nierównym kamieniu oraz z milionem okien.

Budynek był piękny, nie mogła temu zaprzeczyć, nawet jeśli budził w niej niepokój. Wysiadła z auta, nie zaprzątając sobie głowy zamknięciem drzwi, i otworzyła bagażnik. Zaparkowała tak, że ciało było doskonale widoczne. Odwinęła całun, jakby prezentowała podarunek.

Usatysfakcjonowana podeszła do gotyckiej ościeżnicy, która idealnie pasowała do tej widocznej od frontu przy Placu Merrion. Nie to, żeby ona lub ktokolwiek inny zbliżał się do budynku inaczej niż od ukrytego tyłu.

Zapukała kołatką o kształcie rozdziawionej paszczy gargulca w grube, wypolerowane ciemne drewno drzwi Domu Achillesa. Minęła długa chwila, zanim dobiegł ją chropowaty zgrzyt wizjera przesuwającego się po słojach drewna. Zasłonka natychmiast opadła na miejsce, a drzwi ustąpiły z jękiem i odsłoniły coraz bardziej znajomą maskę doktora plagi.

W Domu Achillesa wszyscy je nosili – był to wyraźny znak, że należeli do jednego z sekretnych Stowarzyszeń Świętej Trójcy – jednak ta należąca do tego anatoma była wariacją klasycznego skórzanego dzioba i gogli. Jego maska została zszyta nicią czerwoną, a nie czarną. Choć Atta widziała również takie z białymi szwami. Założyła, iż pewnie był to sposób identyfikacji rangi w hierarchii Stowarzyszenia.

Skąpany w ciepłym świetle bijącym z wnętrza domu, mężczyzna wyglądał, jakby był cały ze złota, a czarna krew na jego skórzanym fartuchu gęstniała niczym smoła. Nic nie powiedział. Lampy gazowe okalające drzwi lśniły w okrągłych, metalowych goglach, sprawiając wrażenie, jakby zza nich mrugał. Uniósł podbródek, przez co odsłonił ciemną szyję.

– Tak? – Głos był stłumiony przez maskę, ale i tak z łatwością go zrozumiała.

– Mam dla was kolejne zwłoki.

– Kogoś po nie wyślę. – Ten Czerwony Szew nigdy nie przebierał w słowach. Żaden z nich tego nie robił. – Zapłata w standardowej stawce.

Chciał już zamknąć drzwi, ale wyciągnęła rękę i je pchnęła, dzięki czemu odkryła, że dołączyła do nich kolejna maska. Stała w westybule. Atta nie potrafiła stwierdzić, jaki kolor mają szwy tej postaci, ale z pewnością nie były czerwone, czarne ani białe. Ciekawe.

– Ten Zainfekowany jest inny – powiedziała pośpiesznie. – Wykazywał oznaki… – Uświadomiła sobie, że nie ma zielonego pojęcia, jak to wyjaśnić. – W płucach miał narośl. Pochodzenia botanicznego.

Stoicki spokój mężczyzny skrytego za Czerwonym Szwem nagle pękł. W jego barkach pojawiło się coś nieuchwytnego – delikatne spięcie, przypominające pierwsze wzdrygnięcie płoszącego się konia. Szybko jednak skorygował postawę, a Atta pomyślała, że może po prostu ma omamy. Nieznajomy odprawił gestem Czerwony Szew i podszedł do Atty.

Złoty. Jego maska została zszyta mieniącym się złotem.

– Toż to istne szaleństwo – oznajmił cichym i groźnym głosem, uprzejmym oraz śpiewnym tonem, który wręcz krzyczał, że jest ze starego, irlandzkiego, bogatego rodu.

Z trudem powstrzymując się przed atakiem na tę sugestię, którą słyszała już zbyt wiele razy w swoim dwudziestoośmioletnim życiu, Atta wzięła głęboki wdech, zanim zaczęła:

– Ja… sir, nie jestem SZALONA. Wiem, co widziałam.

Ale czy na pewno? Sięgnęła do przemoczonej kieszeni płaszcza i poczuła roślinę. Była prawdziwa.

Tym razem ból rozpoczął się w skroniach – tępy, któremu z każdą chwilą zaczęły wyrastać coraz to ostrzejsze kły – i upuściła kwiat z powrotem w zakamarki swojej kieszeni.

Złoty Szew wyszedł na schody i zamknął za sobą drzwi. Spojrzał ponad ramieniem Atty na zwłoki znajdujące się w bagażniku samochodu.

– Dlaczegóż to, powiedz mi, proszę, miałabyś otwierać zwłoki? Nie możemy zapłacić za zbezczeszczone ciało.

Obawy Atty zaczęły narastać i przybierać na sile.

– Nic takiego nie zrobiłam. Jestem biegła w sztukach pośmiertnych oraz autopsji, dlatego też byłam w stanie w ogóle wam pomóc. – Wyprostowała się, kiedy spojrzał na nią znad zakrzywionego dzioba maski. – Używam wyłącznie tych narzędzi, które otrzymałam od Domu Achillesa, i chcę jedynie dotrzeć do sedna tej Plagi, tak samo jak wy. – Uniosła brodę i dodała: – DOKTORZE. – Tak na wszelki wypadek.

Złoty Szew syknął:

– Jakie NARZĘDZIA ci dano? – Jego słowa były gęste niczym szlam i coś się w nich wiło.

– Poprosiłam o nie. Zamiast pieniędzy – wyjaśniła Atta.

– Poprosiłaś o nie kogo?

Nie żeby znała ich imiona czy widziała ich twarze, pamiętała jednak, że był to Biały Szew, ale kto mógł wiedzieć, ile takich tam przebywało. W każdym razie Atta nie zamierzała na kogokolwiek donosić, ale jej milczenie stanowiło wystarczające obciążenie. Zawsze miała do czynienia z tym samym mężczyzną co dziś oraz Białym Szwem – tyczkowatym chłopakiem.

– Rozumiem – powiedział powoli Złoty Szew, kiedy nie udzieliła odpowiedzi. – Za te zwłoki nie dostaniesz żadnej zapłaty oraz bezzwłocznie zwrócisz wszystkie narzędzia, które masz.

Tętno Atty przyspieszyło. Kobieta musiała walczyć z przemożną chęcią wywarczenia słów, gdy odparła:

– Z całym szacunkiem, teraz należą do mnie. Dostarczyłam wam ciało, a narzędzia były zapłatą za nie.

Niemal zupełnie przestało padać, mimo to wiedziała, że wygląda jak zmokła kura, co raczej nie działało na jej korzyść.

Doktor Domu Achillesa zrobił krok w jej stronę. Atta zacisnęła pięści. Górował nad nią, ale gdyby teraz się ugięła, straciłaby swój jedyny dostęp do niezbędnych narzędzi. W końcu mama nie przesyłała w paczkach przyborów do sekcji zwłok, a z kostnicy, w której pracowała, nie mogła ich tak po prostu ukraść.

W przeciwieństwie do nadmiaru niezidentyfikowanych zwłok, piętrzących się w Kostnicy Gallagherów, brak narzędzi zostałby natychmiast dostrzeżony.

– Zwrócisz je lub je skonfiskujemy. – Musiała unieść wzrok, by spojrzeć mu w oczy. – I chyba nie chcielibyśmy, by rektor Kolegium Świętej Trójcy odkrył, co ich wzorowa studentka wyczynia, nielegalnie otwierając ciała, czyż nie?

Atta zacisnęła zęby. Skąd wiedział, że była studentką? Czy to tylko szczęśliwy traf?

– A dlaczego miałoby mnie obchodzić, że porozmawiasz z rektorem, co?

Oparł się o framugę i ten nonszalancki gest sprawił, że znienawidziła go jeszcze bardziej.

– Masz podręczniki na przednim siedzeniu auta. – Skinął maską w stronę drzwi, które głupio zostawiła rozchylone. Światło lampki sufitowej padało prosto na ułożony na siedzeniu stos sześciu książek. – Wydajesz się nieco za STARA na licealistkę. A nawet na studentkę studiów licencjackich. – Przechylił głowę na bok, ruchem ptasim i niepokojącym. – A zatem musisz być magistrantką.

– Po prostu zabierz ciało i daj mi moją zapłatę – warknęła Atta.

Złoty Szew się odwrócił i wszedł do środka, a jej zatrzasnął drzwi przed nosem.

Pozwoliła sobie na mały wybuch emocji – obnażyła zęby na gargulcową kołatkę i kopnęła żwir. Była w połowie drogi do samochodu, gdy boczne drzwi się otworzyły i wyszedł z nich Czarny Szew, ciągnący za sobą nosze. W przeciwieństwie do tych metalowych i winylowych u Gallagherów wózki mortualne kostnicy Domu Achillesa były stare, jakby skradziono je z opuszczonego szpitala psychiatrycznego w 1893 roku.

Atta obserwowała, jak doktor ładuje zwłoki na nosze, gdy Czerwony Szew wyszedł z powrotem, by wręczyć jej zapłatę.

– Zrzęda zmienił zdanie, co?

Nie odpowiedział. Odwrócił się tylko na pięcie i wszedł ponownie do środka. W ciągu kilku chwil było po wszystkim. Atta znów stała samotnie na zewnątrz w mżystym zimnie.

Przeszedł ją niepokojący dreszcz na samą myśl o tym, co czeka tego tyczkowatego chłopaka – Białego Szwa – jeśli pozostali się zorientują, że to zwykle on wychodził do niej z pieniędzmi.

Ale to nie była jej sprawa.

Zziębnięta, zmęczona oraz rozdrażniona wróciła do auta i otworzyła jeden ze swoich podręczników, by schować gotówkę w jego wnętrzu – tuż obok schematu budowy zewnętrznej i anatomicznej Hyacinthus Orientalis, zwanego też hiacyntem północy.

– Gotówka jest przydatna – wmawiała sobie, jadąc w stronę kampusu.

Oczywiście, że tak, ale narzędzia do autopsji również były jej niezbędne. To przyjaciele, których dobrze znała. Dzięki nim mogła prowadzić swoje badania.

To nie tak, że miała własny zestaw, gdy wróciła z Galway do Dublina. Wcześniej po prostu używała narzędzi z rodzinnej kostnicy, a kiedy ojciec wykorzystał swoje wpływy i załatwił jej posadę w Kostnicy Gallagherów, zaczęła posługiwać się ich sprzętem.

Kilka dni po przeprowadzce do Dublina i rozpoczęciu pracy u Gallagherów Atta podsłuchała rozmowę dwóch konwojentów. Mówili o filii otoczonego ścisłą tajemnicą Centrum Badań nad Plagą, które potocznie nazywano „Stowarzyszeniem”. Według nich placówkę otwarto, by wynaleźć lek, i do prowadzenia dalszych badań potrzebowano więcej obiektów.

Atta dostrzegła okazję.

Gdy po raz pierwszy drzwi Domu Achillesa się otworzyły, a zamaskowany mężczyzna trzymający piłę do sternotomii zapytał „Ile?” za zwłoki, które zwędziła ze stosu Ciał Do Spalenia, Atta wykorzystała tę okazję ciut bardziej i zawarła układ.

Zwrócenie narzędzi miało być bolesne, ale przecież nie mogła pozwolić, by wyrzucono ją ze studiów albo wtrącono do więzienia. Musiała sobie jakoś poradzić. Mogła oszczędzić coś ze swojej skromnej pensji i kupić własne narzędzia lub zostawać po godzinach i korzystać z tych należących do kostnicy.

Celem miało być odłożenie pieniędzy na własne mieszkanie i wyprowadzka z akademika – tak, aby nie musiała już dłużej modlić się o to, by Siobhan i Seamus Gallagherowie nie zapuścili się do piwnicznego schowka na środki czystości, w którym urządziła sobie prowizoryczne laboratorium. Przy jej natłoku zajęć na uczelni zrealizowanie tego planu nie należało do łatwych, ale dorabianie na boku kradzieżami dla Domu Achillesa dawało na to przynajmniej cień szansy.

Semestr trwał zaledwie od dwóch tygodni, a Atta już miała zaległości w nauce. Może udobruchanie Złotego Szwa i jego anatomów w ostatecznym rozrachunku wyjdzie jej na dobre.

Sonder

Drzazga weszła mu pod skórę, gdy oddalił się od okna. Sonder zsunął swoją maskę doktora plagi i wyciągnął tę cholerną zadrę zębami. Rzucił rekwizyt na stos papierów leżących na jego biurku i ruszył w stronę zatęchłego korytarza, ssąc maleńką kroplę krwi, która pojawiła się na opuszce palca.

– Gibbs – rzucił na powitanie po wejściu do jego spokojnego zakątka w Domu Achillesa. – Czy dałeś komuś narzędzia medyczne w formie zapłaty za zwłoki?

Bernard Fitzgibbon był życzliwym chłopakiem o dużych brązowych oczach i głowie do statystyki oraz organizacji. Niestety jednocześnie ten nieśmiały jak potulna owieczka młokos potrafił schrzanić absolutnie wszystko, czego się dotknął. Sondera doprowadzało to do szewskiej pasji. Miał ochotę potrząsnąć nim, żeby wreszcie poszedł po rozum do głowy.

– Ta. – Gibbs zaryzykował i zerknął z przestrachem na mężczyznę, zanim z powrotem wbił wzrok w biurko. Okulary zsunęły mu się na nos, gdy zgarbił się nad otwartą księgą rachunkową. – Tej ładnej, upiornej dziewczynie? Poprosiła o nie zamiast pieniędzy, a ja pomyślałem, że zaoszczędzenie trochę gotówki to dobry pomysł – wyjąkał.

Sonder spojrzał ponad jego ramieniem na korytarz. Szczury zawsze słuchały. Raportowały. Może jeśli powie to wolno, chłopak wreszcie zrozumie.

– Wiesz, że wszystko w Domu musi być odpowiednio zutylizowane.

Gibbs w końcu oderwał wzrok od dokumentów, ale wciąż nie spojrzał mu w oczy. Sonder za nic nie potrafił zrozumieć, co, do diabła, ten człowiek robił w tych księgach przez cały dzień. Przynosiło to jednak korzyści Achillesowi i jego suwerenom, podczas gdy reszta anatomów brudziła sobie ręce, więc trzymał Gibbsa przy sobie.

Sonder usłyszał wreszcie trzask tylnych drzwi i chrzęst żwiru pod oponami auta dziewczyny. Przeszedł przez mały pokój, zbliżył się do chłopaka i podniósł go za ramię, ignorując jego niemrawe protesty.

– Musisz stąd zniknąć. – Sonder pociągnął go za sobą. Krew na jego skórzanym fartuchu zaplamiła nieskazitelnie białą koszulę Gibbsa. – Jeśli Walsh piśnie choć słowem o tym, co zrobiłeś, sroga kara będzie nieunikniona.

– Wyjdę – szepnął roztrzęsiony chłopak. – Tylko, proszę, puść mnie, zaraz całego ubrudzisz mnie tą posoką.

Młokos podążył za nim na dół po frontowych schodach.

– Zostawiłem idealne zwłoki, żeby ratować twoją nędzną rzyć – mruknął przez ramię Sonder – więc myślę, że dasz radę przeżyć plamę lub dwie. – Sprawnie otworzył frontowe drzwi, przez co odsłonił widok na pustą ulicę Merrion. – Przejdź przez park – poinstruował Gibbsa. Jego ton zdradzał, że kończyła mu się cierpliwość. – W ten sposób szybciej znikniesz z pola widzenia. Źle się poczułeś, więc wyszedłeś dziś wcześniej. Nie widziałem cię od północy.

Gibbs niemal wkroczył już na ścieżkę dla pieszych, ale Sonder nagle szarpnął go w tył. Zerwał z wieszaka maskę z białymi przeszyciami i z impetem cisnął mu ją w pierś.

– Załóż ją, ty idioto. Prawie świta.

Chłopak zrobił, co mu kazano, i ruszył w stronę parku po drugiej stronie ulicy, ale odwrócił się i bezmyślnie poprawiając okulary pod maską, by ta lepiej się dopasowała, spytał:

– Dlaczego mi pomogłeś? Sądziłem, że wszystkich nienawidzisz.

Sonder rozważał, czy nie powiedzieć mu prawdy – o bólu, jaki go czeka, jeśli ktoś na niego doniesie – jednak nie znał Gibbsa na tyle dobrze, a ten naprawdę narobił problemów.

– Tak jest. – Klepnął go w ramię. – Tyle że nie cierpię też ksiąg rachunkowych i nie napawa mnie radością perspektywa zajmowania się nimi, jeśli bym cię zwolnił. A teraz spieprzaj.

Drażniło go to, że chłopak spojrzał na niego z taką wdzięcznością. Przesadną wdzięcznością – jakby nikt nigdy nie podał mu pomocnej dłoni i jakby teraz sądził, że Sonder będzie dla niego wsparciem.

Młokos zdołał w końcu poprawić maskę i skinął głową, po czym puścił się pędem przez ulicę w stronę parku przy Placu Merrion. Mknął przy tym w sposób, który utwierdził Sondera w przekonaniu, że ten człowiek nigdy w życiu nie zerwał się do biegu. Anatom dostrzegł jeszcze niknącą w mroku sylwetkę Gibbsa, gdy ten padł jak długi w grządkę tulipanów. Sonder skrzywił się tylko i odwrócił, by wrócić do środka.

– Doktorze Murdoch. – Dobiegł go głos doktora Lyncha, gdy zamknął za sobą masywne, dębowe drzwi. Mężczyzna taksował go wzrokiem od zabrudzonego fartucha aż po twarz. Sonder starał się nie zacisnąć szczęk. – Jak idzie twoja autopsja na piętrze?

Diabelski inwestor prawie nigdy tu nie zaglądał, a już na pewno nie o tak nieludzkich porannych godzinach, tuż przed świtem. Nigdy go nie lubił. Sonder nienawidził Finneasa Lyncha od pierwszego dnia, gdy na studiach wepchnięto ich razem do Domu Bryzejdy – dokładnie tak samo, jak ich rodziców czy dziadków przed nimi.

Anatom wsunął dłonie do kieszeni.

– Moje aktualne zwłoki są dość soczyste. Zbyt soczyste, by się do czegokolwiek przydały. – Tutaj w każdym razie.

Doktorowi drgnęły wąsy, ale skinął głową.

– Cokolwiek wartego uwagi?

Mnóstwo.

– Nic a nic – skłamał gładko. – Ten Zainfekowany zdaje się dokładnie taki sam jak ostatni tuzin ciał, który przestudiowałem.

– Nie trać ducha, Murdoch! – rzucił Lynch tak zagorzale, że Sonder pomimo swoich wysiłków zaczął przy zgrzytaniu ścierać trzonowce. – Wkrótce znajdziesz odpowiedzi. – Obcasy jego butów szurały po deskach podłogowych, gdy odchodził. Przez ramię jeszcze krzyknął: – Plaga nie może wiecznie zwyciężać!

Nie, nie jeśli to Sonder Murdoch będzie miał w tym temacie coś do powiedzenia. Aczkolwiek naprawdę chciał mieć te świeże zwłoki. Te, które wystraszyły tamtą dziewczynę. Te, które, co intrygujące, zdecydowała się otworzyć własnoręcznie.

– Doktorze! – zawołał, a mężczyzna przystanął, już w połowie drogi do tego kapusia, od którego tym razem otrzymywał informacje. – Nie rozpraszaj moich anatomistów, hm? Są zajęci. – I nie potrzebowali pieprzonego pachołka Stowarzyszenia Agamemnona kręcącego się wokół.

– Tak, oczywiście. – Lynch machnął lekceważąco ręką. – Wpadam i wypadam, stary.

Sonder pokazał plecom skurczybyka środkowy palec.

Pokonując po dwa stopnie naraz, dotarł na półpiętro i z bluźnierczym uśmiechem przyklejonym do twarzy zatarł dłonie niczym prawdziwy szalony naukowiec. Kiedy stanął nad obdartym ze skóry trupem na stole sekcyjnym, nie potrafił opanować gwałtownego łomotania serca. Jak mógłby zareagować inaczej, skoro wokół kręgosłupa mężczyzny oplecione były pnącza? Pnącza. Torowały sobie drogę w górę, ku sercu – jedno z nich wręcz wyciągało do niego pędy. Jakby do celu brakowało mu dosłownie, dosłownie, kilku centymetrów, zanim ten człowiek wyzionął ducha.

– Wygląda na to, że wracasz dziś ze mną do domu, mój przyjacielu.

A jednak, przygotowując zwłoki do transportu do posiadłości Murdochów, nie potrafił się pozbyć natrętnego uczucia, które wierciło mu dziurę w głowie – myśli o martwym ciele przywiezionym przez dziewczynę. Przeklinając własną ciekawość oraz brak cierpliwości, by odczekać z tym chociaż do rana i po prostu dobrze się wyspać, zostawił swój kąt w Domu Achillesa i zszedł po cichu do chłodni. Od chwili gdy dziewczyna zostawiła zwłoki, minęło już dobre pół godziny. Przy odrobinie szczęścia Walsh z archiwum zdążył już je zakatalogować i zapewne wyszedł do domu.

Istotnie, trup leżał w najbliższej szufladzie chłodniczej, niemal na widoku. Sonder ze zdziwieniem stwierdził, że zwłoki nie zostały poszatkowane tak niedbale, jak przypuszczał. Świeżemu cięciu sekcyjnemu co prawda daleko było do precyzji, z jaką pracowano w Achillesie, ale nie była to też całkowicie rzeźnicka robota. Za to szwy… szwy graniczyły z archaizmem. Sklecone na łeb na szyję.

Sonder obchodził ciało, robiąc w myślach skrupulatne notatki. Zatrzymał się przy zawieszce na palcu u nogi. Walsh wypisał ją tak niedawno, że atrament wciąż był wilgotny.

John Doe #452, wykazuje oznaki Stadium 3 Infekcji

Sonder wciągnął głośno powietrze, aż w końcu cicho gwizdnął z wrażenia. Stadium 3. A to oznaczało kolejnego zakażonego ze śladami flory.

Na jego twarzy wykwitł uśmiech tak niegodziwy, że matka, widząc go, przewróciłaby się w grobie.

Atta

Zegar na desce rozdzielczej zamrugał, wskazując 7:06. Atta zaklęła i skierowała samochód na najdalsze od jej akademika wolne miejsce. Jeśli się pośpieszy, zdąży jeszcze wziąć prysznic, przebrać się i pojawić na wykładzie o bioróżnorodności o ósmej. O ile Imogen albo Colin nie zajmowali łazienki. Albo któryś z degeneratów, których zaciągnęli do domu. Gdy mijała drzwi, nie usłyszała jednak szumu wody, więc sytuacja zaczynała wyglądać całkiem obiecująco.

Rzuciła torbę na łóżko i ostrożnie wyjęła roślinę, którą znalazła w płucach zwłok. Nie chcąc po raz kolejny przeżywać tego co przedtem, zostawiła pąk owinięty w woskowany papier i schowała go do szuflady biurka, by przyjrzeć mu się później. Chwyciła szlafrok i pognała do łazienki, zanim któreś ze współlokatorów zdołałoby ją ubiec.

Zamiast się rozbierać, Atta uznała, że wskoczy pod prysznic w ubraniu i pozwoli, by gorąca woda zmyła do odpływu większość błota i mazi. Po przemoknięciu na lodowatym deszczu to parzące ciepło było po prostu rozkoszne. Lato jeszcze nie minęło na dobre, ale bez wątpienia zbierało się już do odejścia.

Zawinęła ociekające wodą ubrania w ręcznik i wcisnęła je pod szafkę, by zgarnąć je później, kiedy w domu nikogo nie będzie. Ledwo wróciła pod prysznic i zaczęła myć włosy, gdy drzwi do łazienki otworzyły się na oścież. Wraz z cichym nuceniem do środka wdarł się chłód i wywiał całe przyjemne ciepło skondensowanej pary.

– Rany boskie – warknęła Atta. – Jestem pod prysznicem.

– To tylko ja – wyśpiewała Imogen.

Atta wcierała szampon w swoje długie, orzechowe loki, próbując trzymać irytację w ryzach.

– Wcześnie wstałaś – rzuciła dość głupio.

Imogen z zasady nie podnosiła się z łóżka przed dziesiątą rano i prawdopodobnie nie miała zajęć przed jedenastą, odkąd zyskała możliwość własnoręcznego ułożenia sobie planu.

– Późno chodzę spać. – Słowa współlokatorki były nieco bełkotliwe. Zapewne brzmiała tak już od późnego wieczora.

– Ach.

Po braku hałasu przy umywalce i szufladach Atta podejrzewała, że Imogen pewnie się rozbiera. Albo sika. Westchnęła. Mieszkanie ze współlokatorami zdecydowanie nie było jej bajką. Co prawda między pierwszym stopniem studiów a powrotem do domu rodzinnego nigdy wcześniej nie mieszkała sama, ale nie musiała tego doświadczać, by wiedzieć, że to o niebo lepsze niż dzielenie z kimś łazienki.

Zimny podmuch powietrza sprawił, że pisnęła, gdy zasłona prysznica została gwałtownie odsunięta.

– Imogen!

– Widzisz to? – Dziewczyna ignorując protest Atty, wskazała na bardzo widoczną, nakrapianą fioletem plamę w kształcie ust na swojej szyi.

– Oczywiście. – Atta zaciągnęła zasłonę i przycupnęła pod strumieniem gorącej wody, ale wcześniej zauważyła, w co była ubrana jej współlokatorka. – Naprawdę nie powinnaś chodzić na imprezy, Imogen.

– Bla, bla. Nie ma żadnych restrykcji co do IMPREZ.

Atta zakręciła wodę i chwyciła ręcznik, po czym owinęła nim ciało i wyszła z kabiny na pluszową matę, którą sama kupiła, po tym jak jeden z kumpli Colina narzygał na starą. Często zadawała sobie pytanie, dlaczego jej współlokatorzy w ogóle zdecydowali się na studia magisterskie.

Colin, jak się domyślała, próbował wrócić do łask ojca – i jego konta bankowego. Co do Imogen nie była pewna. Może dziewczyna bała się zderzenia z prawdziwym światem.

Atta po licencjacie spędziła sześć lat poza akademicką bańką i mogła potwierdzić, że świat nie był tak wspaniały, jak go malowano. Z Plagą czy też bez niej.

Imogen przyglądała się malince w odbiciu.

– Czy mogę pożyczyć jeden z twoich workowatych golfów, żeby ją zakryć? – Spojrzała na Attę w lustrze, złociste włosy dziewczyny wciąż wyglądały idealnie, za to makijaż był w wyraźnej rozsypce po nocy spędzonej na robieniu rzeczy, o których Atta wolała nawet nie myśleć.

– Moje golfy nie są workowate.

– Eee, okej – prychnęła Imogen.

Atta odpuściła i przeszła do znacznie poważniejszej kwestii, którą Imogen tak gładko zignorowała.

– Może i nie ma żadnych ZASAD zabraniających spotkań, jednak wciąż niemądrze jest szlajać się po nocach wśród tłumów, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej o Pladze.

– Ale z ciebie sztywniara. Mówią, że ona tak się nie przenosi. – Imogen przewróciła oczami i zaczęła ściągać koszulkę z takim trudem, że od razu było widać, iż dziewczyna wciąż jest wstawiona.

Nie myliła się jednak. Centrum Nadzoru Ochrony Zdrowia oddelegowało do badań nad Plagą kilka swoich oddziałów, między innymi Dom Achillesa, zaraz po tym jak pierwsza osoba zapadła na tę dziwną chorobę. Wiele z tych jednostek CNOZ to utajnione, działające w cieniu organizacje, o których zwykli ludzie nie mają zielonego pojęcia – aż dziw, że Atta w ogóle usłyszała o Domu Achillesa – ale wszystkie ustalenia trafiają bezpośrednio do Centrum. I choć w Dublinie zalecono pewne środki ostrożności, organ ten jednoznacznie zaznaczył, że Plaga nie przenosi się z człowieka na człowieka, tak jak ma to miejsce w przypadku chorób zakaźnych.

W ciągu ostatnich sześciu lat to właściwie wszystko, co CNOZ ogłosiło.

Jeśli odkryli tę florę, podejrzewała, że to może się niebawem zmienić.

– Imogen – naciskała Atta, odwracając wzrok od odbicia nagich piersi współlokatorki. – Z Plagą będzie tylko gorzej. Nie możesz tak po prostu narażać nas wszystkich. Owszem, nie rozprzestrzenia się jak wirus, ale wymienianie się płynami ustrojowymi z ludźmi, by potem wrócić do domu i napić się mleka z kartonu, to już przesada. – Atta nienawidziła tego, że Imogen zachowywała się, jakby wciąż była dzieckiem.

Dziewczyna zmarszczyła nos i popatrzyła na odbicie koleżanki w lustrze.

– Skąd wiesz, że będzie tylko gorzej?

Atta pomyślała o obcej roślinie ukrytej w szufladzie biurka. W jej żyłach brzmiała melodia, która wzywała ją do zbadania okazu pod soczewką mikroskopu.

– Po prostu przestań chodzić ciągle na imprezy. I tak jesteś tu, by się uczyć.

Imogen stęknęła i odwróciła się twarzą do ociekającej wodą współlokatorki.

– Byłaś bardziej zabawna na licencjacie? Kiedy byłaś młoda? – Zrobiła jedną z tych swoich idiotycznych min, które zarezerwowała dladziewczyn z D41 i tych żerujących na pieniądzach tatusia. Co było dość zabawne, ponieważ Imogen tylko udawała, że należy do którejś z tych kategorii. A czasami do obu.

– Och, no proszę – wycedziła Atta. – Wytrzymałaś niemal dwadzieścia cztery godziny bez wspominania o moim podeszłym wieku.

Imogen zachichotała, a Atta wyszła, zanim zdążyła zobaczyć jeszcze więcej ciała rozbierającej się współlokatorki, niż by chciała.

Przynajmniej od drugiego roku nikt jej nie zmusił, aby dzieliła z kimś pokój. Jednak nauczona przykrym doświadczeniem pamiętała, by poświęcić tę jedną dodatkową sekundę i przekręcić zamek. Pierwszej nocy, jaką spędzili we trójkę w studiu, Colin wrócił z jakiejś imprezy powitalneji wszedł, gdy Atta się przebierała. Do dziś nie miała pewności, czy był aż tak wstawiony, że pomylił pokoje, czy po prostu założył, że w razie czego zawsze będzie mógł się tym usprawiedliwić. Atta mająca na sobie jedynie stanik i czarne pończochy – o ironio, dokładnie taki sam strój jak teraz – uderzyła Colina kolanem w krocze i wywaliła go wyjącego z bólu na korytarz. Zamek w drzwiach stał się odtąd najlepszym przyjacielem dziewczyny, a Colin zaczął się do niej znów odzywać dopiero tydzień temu. Nie żeby jakoś specjalnie brakowało jej tych fascynujących konwersacji.

Znoszenie bezczelnych współlokatorów było jednak warte zachodu – widok z okien w pełni to rekompensował. Wsunęła na siebie spódnicę w brązowo-szarą kratę i zapinając szylkretowe guziki, Atta spoglądała przez korony drzew w stronę Placu Przedniego, pełnego gotyckich kamienic oraz ze stojącą dumnie majestatyczną dzwonnicą. Pamiętała, jak po ukończeniu pierwszych studiów w Kolegium Świętej Trójcy w 1987 roku uroczystym krokiem przechodziła pod Łukiem Campanile, pamiętała też promienny uśmiech ojca oraz cichy klik i warkot aparatu w rękach matki.

To miało miejsce przed wypadkiem jej ojca. Przed Plagą. Zanim potrzebowali jej z powrotem w Galway.

Atta otrząsnęła się z własnych myśli i odwróciła wzrok od widoku za oknem, by przenieść go na biurko – na niedokończony esej i kilka zgniecionych kartek z nieudanymi próbami tekstu. Tym nie musiała się jednak martwić aż do końca zajęć i swojej zmiany u Gallagherów. Esej nie szedł jej najlepiej, za to przy okazji stworzyła uroczy dziennik botaniczny. Przejechała z czułością palcem po fioletowym kwiecie zasuszonym na płasko w woskowanym papierze – uwięzionym w wiecznym, pięknym niebycie – pod którym widniał nakreślony jej ręką opis.

Przygryzając dolną wargę, otworzyła szufladę biurka i wyciągnęła roślinę powleczoną czarną, Zainfekowaną krwią. Ostrożnie odchyliła wierzchnią warstwę poplamionego już na dobre papieru woskowanego i zastanowiła się, czy zdąży jeszcze oczyścić okaz oraz włożyć go do prasy. Szybkie spojrzenie na antyczny zegar stojący na blacie natychmiast wybił jej ten pomysł z głowy. Z żalem schowała roślinę z powrotem do kryjówki.

Wypuszczając ze świstem powietrze przez zęby, Atta wyjęła swój najmilszy w dotyku golf, ulubioną tweedową marynarkę i najwygodniejsze czarne oksfordki. Zapięła cienki pasek zegarka, uparcie unikając ponownego spoglądania na tarczę – doskonale wiedziała, że ma za mało czasu. Szybkie przeciągnięcie szczotką po wciąż wilgotnych włosach musiało wystarczyć. Zresztą na zewnątrz i tak wciąż siąpił deszcz.

Wepchnęła książki do skórzanej torby, zgarnęła z wieszaka przy drzwiach wejściowych parasol Imogen i zbiegła po schodach, po drodze rzucając jednemu z sąsiadów krótkie „cześć”.

Atta

Po kampusie kręcili się studenci zmierzający na różne wykłady i zajęcia, wciąż podekscytowani nowym rokiem akademickim w Świętej Trójcy lub po prostu samym początkiem dorosłego życia. Zawsze łatwo było dostrzec świeżaków. Przez cały pierwszy semestr oscylowali pomiędzy czystą radością – gdy z podekscytowaniem tulili książki do piersi – a nerwowym wyczerpaniem, z torbami ciążącymi na ramionach i z kofeinowym hajem, który niczym mroczna aura wyzierał z ich obłąkanych oczu.

Pod butem chrupnął jej samotny, brązowy liść. Uśmiechnęła się. Drzewa jeszcze nie zmieniły barw, trzymały się resztkami sił ostatniego tchnienia lata, ale powietrze było rześkie, a mżawka na razie ustała. Atta należała do tych osobliwych studentów, którzy ekscytację nauką czują przez cały rok. Przez ostatnie sześć lat – bez dostępu do uświęconych uniwersyteckich murów, prac do napisania i książek do przestudiowania – czuła się zagubiona. Nie oznaczało to, że w tym czasie nie pisała artykułów, nie prowadziła własnych badań czy nie pochłaniała niezliczonych tomów, ale czymś zupełnie innym było przebywanie w miejscu i wśród ludzi oddanych pogoni za wiedzą – zwłaszcza w czasach takich jak te.

Kiedy Atta studiowała w Kolegium, Plaga była zaledwie odległym straszakiem. Chorobą, która dotykała jedynie nieliczne, wybrane jednostki tu i tam. Jednak w połowie wakacji, po uzyskaniu przez nią dyplomu, przypadków pojawiło się już tak wiele, że rządzący powołali do życia specjalne ośrodki badawcze CNOZ – utajnione placówki skupione wokół nauki, medycyny i immunologii. O samej organizacji wiedziano niewiele, a jej postępy w zwalczaniu Plagi były jak dotąd znikome.

Atta nie należała do osób, które bezdyskusyjnie akceptują tłumaczenie, że coś jest „objęte tajemnicą”, dlatego jesienią `87 roku spędziła mnóstwo czasu na prześwietlaniu samych badaczy. Nie udało jej się wprawdzie odkryć nazwy tej tajnej organizacji, ustaliła jednak, że jej członkowie wiedzą o pochodzeniu Plagi niewiele więcej od reszty. Jedyne, do czego doszli, to fakt, że podczas wstępnej sekcji zwłok Pacjenta Zero – przeprowadzonej jeszcze przed kremacją – wykryli osobliwy zarodnik.

Zarodnik nieznanego pochodzenia.

Zarodnik, który zrodził w Atcie sześcioletnią obsesję.

Ani przez sekundę nie wierzyła, że był on pochodzenia bakteryjnego. I ani przez chwilę nie dopuszczała myśli, by Dom Achillesa jeszcze o tym nie wiedział. Musieli wiedzieć – w przeciwnym razie popełniła śmiertelny błąd, zanosząc im te zwłoki z zakwitającym płucem.

Jakaś studentka potrąciła ją w przejściu, uderzyła ramieniem w jej ramię i nawet się nie obejrzała. W końcu stała bezczynnie przed wejściem do sali wykładowej, a do rozpoczęcia zajęć zostało zaledwie kilka sekund.

Ból zaczął się u podstawy czaszki, pulsował w górę i ku przodowi, by wreszcie spłynąć na jej oczy w formie makabrycznej halucynacji. Młoda kobieta spoczywała w półleżącej pozycji na pękniętym, winylowym krześle – takim w stylu lat 50. Mały telewizor z wyprostowanymi antenami pokazywał jedynie ziarnisty szum statyczny. Ściany za dziewczyną były nagie, jeśli nie liczyć pasa pnączy pełznących po tynku. Przypominały coś pomiędzy Acanthus Spinosus a bluszczem pospolitym. Wizja się rozmyła i zmieniła, a Atta dostrzegła, że pnącza pełzną po ciele nieznajomej – jej dłonie leżały bezwładnie wzdłuż tułowia, a paznokcie były posiniałe. Nie, rośliny wcale po niej nie pełzły – one stanowiły jej część, tworzyły kręgosłup. Głowa, oderwana od szyi, unosiła się w górze podtrzymywana przez łodygi, a szkliste, pozbawione życia oczy były szeroko otwarte.

Atta sapnęła i wizja wyparowała, lecz zostawiła po sobie ostry ból w skroniach. Zapowiadało się, że dopadnie ją paskudna migrena. Powinna była lepiej się wyspać. Wypić kawę. Albo podkraść Imogen jedną z jej tabletek pobudzających.

Po otrząśnięciu się Atta weszła do środka i wślizgnęła się na jedno z ostatnich wolnych miejsc z tyłu sali. Wytarte drewniane biurko połączone z krzesłem zaskrzypiało pod jej ciężarem. Zawsze się zastanawiała, ilu studentów zdobywało wiedzę przy tych pulpitach na przestrzeni lat. Gdyby poszukać odpowiednich danych – poznać rok, w którym sprowadzono te konkretne meble, oraz liczbę osób uczęszczających na zajęcia w tej sali – dałoby się wyliczyć dokładną wartość, ale miała na głowie ważniejsze sprawy. A konkretnie: profesora przy tablicy, który zwracał się do niewielkiej grupy studentów, polecając im otworzyć podręczniki do bioróżnorodności na stronie 394.

Atta wyciągnęła z torby zeszyty, długopisy i podręcznik, po czym ułożyła je starannie na blacie, podczas gdy profesor zaczął szkicować na tablicy poszczególne części rośliny naczyniowej. Rysunek na stronie 394 przedstawiał podobną ilustrację, choć znacznie bardziej dopracowaną i naprawdę urokliwą. Obok paproci profesor wypisywał kolejne pojęcia, a kredowy stukot towarzyszący każdej kreślonej literze wzbijał tyle pyłu, że dziewczyna w pierwszym rzędzie kichnęła. Kiedy wykładowca odwrócił się z powrotem w stronę studentów, Atta zaczęła już notować to, co napisał – zanim jeszcze zdążył wydać im wszystkim takie polecenie.

Ksylem

Łyko

Sporofity

Reszta grupy siedziała z pochylonymi nisko głowami i bazgrała z przejęciem w zeszytach, podczas gdy profesor jednostajnie wygłaszał wywód o cechach charakterystycznych roślin naczyniowych, ich tkankach i fazach rozwoju. Atta jednak po prostu słuchała. Pozwalała, by wykład potwierdzał to, co wiedziała już jako mała dziewczynka, odkąd dziadek zaczął wprowadzać ją w zawiłości botaniki – a w przerwach od nauki pokazywał jej, jak przeprowadzać sekcję zwłok.

Do czasu zakończenia zajęć Atta zdążyła już wykonać własny szkic na marginesie podręcznika i stworzyć dwustronicową ilustrację w zeszycie – tuż nad nagłówkiem zadania domowego: „Esej na 3000 słów o fazach rozwoju roślin naczyniowych, termin oddania: 12 września”.

Przynajmniej jedne z jej zajęć okazały się dziecinnie proste. Choć wstęp do bioróżnorodności był kursem podstawowym, jej studia licencjackie miały zupełnie inny profil. Ale aby ubiegać się o tytuł magistra bioróżnorodności, musiała mieć w indeksie zaliczone te podstawowe przedmioty. Atta nie miała jednak nic przeciwko powtórce, która bezpośrednio łączyła się z jej prywatnymi projektami. Nie żeby ostatnio zostawało na nie zbyt wiele czasu.

Gdy wyszła z powrotem na dziedziniec, spojrzała na zegarek. Kolejne zajęcia miała dopiero o czternastej, więc powinna zdążyć przekąsić coś w biegu, zanim ruszy do biblioteki. Do końca tygodnia musiała oddać dwie prace, z czego jedna szła jej wyjątkowo opornie – jeśli za dowód w sprawie przyjąć stan biurka w pokoju Atty.

Choć Stołówka była XVIII-wiecznym, kamiennym budynkiem – dokładnie takim, w którym człowiek spodziewałby się zastać pana Darcy’ego obserwującego z ukrycia tańczącą Lizzie – serwowano w niej wyłącznie obiady. Atta zjawiała się tam w porze przypadającej dokładnie na drugie śniadanie: nieco przed dziesiątą, stanowczo za wcześnie na obiad, a już tym bardziej na wytworny lunch.

Kiedy zdecydowała się wejść do Bufetu, wsypała do stołówkowej miski rozkruszone resztki płatków Banana Bubbles i zalała je odrobiną mleka, które prawdopodobnie zbliżało się już do granicy terminu ważności. Usiadła z brzegu jednego z długich stołów, podczas gdy wokoło kręciło się zaledwie kilku innych studentów. Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegał zapach czegoś pysznego, przez co pożałowała, że nie poszła najpierw do biblioteki, by na obiad udać się już bezpośrednio do Stołówki. Po bezmyślnym mieszaniu niechcianych płatków postanowiła po prostu je wyrzucić i sprawdzić swoją skrzynkę na listy. Rzadko znajdowała w niej cokolwiek po pierwszym tygodniu zajęć – gdy opadła już fala ulotek z napisem „Witajcie!” i ogłoszeń zachęcających do dołączenia do studenckich kół – dlatego zaglądała tam raz na parę dni. Podczas pierwszych studiów matka co miesiąc przysyłała jej paczki z domu, a teraz Atta czuła lekką tęsknotę za rodzinnymi stronami i łapała się na tym, iż żywi nadzieję, że mama podtrzyma tę tradycję także na studiach magisterskich.

Niestety, w środku czekała na nią jedynie ulotka zapowiadająca studenckie przedstawienie za parę tygodni oraz czerwona koperta. Zaciekawiona Atta rozdarła tę i odkryła, że to wezwanie do pilnego stawienia się u jej opiekunki roku – pani O’Sullivan.

Westchnęła, po czym złożyła ulotkę wraz z wiadomością i schowała je do torby. Tyle wyszło z tak bardzo potrzebnej jej nauki w bibliotece.

Gabinet pani O’Sullivan znajdował się na drugim końcu kampusu, kawał drogi od budynku botaniki. Pogoda zapowiadała się jednak wspaniale, a rześki wiatr delikatnie mierzwił jej włosy. Atta założyła słuchawki i wcisnęła przycisk odtwarzania w swoim Stowawayu. Skomponowana przez nią składanka uczyniła ten spacer jeszcze przyjemniejszym, a dźwięki Nokturnu op. 27 nr 2 Chopina wprowadziły jej umysł w idealny stan do rozmyślań nad prywatnymi badaniami. Najpierw spotka się z opiekunką roku, potem na wykładzie o czternastej będzie robić notatki, aż rozboli ją ręka, a w przerwie między obowiązkami na dyżurze w Kostnicy Gallagherów zejdzie na dół, by wreszcie sprawdzić stan zwłok.

Niemal dotarła do budynku biura do spraw studentów, kiedy po raz pierwszy zauważyła nowy szyld.

Bądź czujny. Natychmiast informuj CNOZ o wszelkich symptomach Plagi, dzwoniąc na infolinię.

Pokręciła głową. Byłoby lepiej, gdyby wiedzieli, jakie to są objawy, zanim będzie za późno.

W pierwszych dniach Plagi cały Dublin uległ niebezpiecznemu myśleniu grupowemu, podążając podstępnym tokiem rozumowania: Mnie to nigdy nie spotka. I, co trzeba im przyznać, większości faktycznie to nie dotknęło. Jednak ci, w których Plaga uderzyła, byli zazwyczaj całkowitym zaskoczeniem – wybór wydawał się zupełnie losowy. Choroba nie rozwijała się wcale w ubogich dzielnicach, nie dotykała wyłącznie osób mających bliski kontakt z Zakażonymi ani tych, którzy już wcześniej zmagali się ze złym stanem zdrowia. Była prawdziwą zagadką. To osobliwe, budzące konsternację schorzenie miało swój początek w niezidentyfikowanym zarodniku u Pacjenta Zero i rozprzestrzeniało się dokładnie tak, jak samo uważało za stosowne. Zakażeni najpierw przechodzili lekką infekcję, która jednak błyskawicznie zmieniała się w niewydolność narządów i prowadziła do śmierci, a po sobie pozostawiała ich zęby pokryte czarną krwią oraz żółcią, które nieszczęśnicy wykrztuszali przed zgonem.

Zarodnik.

Czarna krew.

To właśnie na tych objawach skupiła się Atta.

– Dzień dobry! – Została powitana przez radosną kobietę, siedzącą za biurkiem recepcji, gdy weszła do biura rekrutacyjnego w Budynku 5. – Dokąd mogę panią skierować?

– Do gabinetu pani O’Sullivan, poproszę.

– Jasna sprawa, złotko. Imię?

– Atta… – Zdała sobie sprawę ze swojego błędu. – Przepraszam, nawyk. Ariatne Morrow. Magistrantka, botanika.

Szatynka o wesołym usposobieniu podniosła słuchawkę telefonu, podczas gdy Atta odwróciła się w stronę okna. Przyglądała się przechodzącym poniżej studentom – nad którymi czuwała charakterystyczna Wieża Campanile – trzymającym w rękach ulotki CNOZ.

Gdyby Dom Achillesa, albo ktokolwiek inny, zdołał odkryć, co właściwie łączyło wszystkich Zakażonych, sytuacja stałaby się znacznie jaśniejsza. Atta podejrzewała jednak, że komunikaty CNOZ to zwykłe mydlenie oczu – stworzone tylko po to, by uśpić czujność ludzi i dać im złudzenie, że badania przynoszą jakiekolwiek rezultaty. A to z kolei oznaczało, że w rzeczywistości nie osiągnięto zupełnie niczego.

Ta myśl była przygnębiająca.

– Panno Morrow?

Atta odwróciła się twarzą do recepcjonistki.

– Pani O’Sullivan cię przyjmie. Trzecie drzwi po prawej.

Ponieważ była tam już wcześniej, bez trudu odnalazła odpowiedni pokój i wchodząc przez otwarte drzwi, przygotowywała się psychicznie na widok mnóstwa figurek kotów, które wypełniały małe biuro.

– Witam – rzuciła do niej uprzejma, urocza i krągła opiekunka studentów. – Usiądź, Ariatne. – Pani O’Sullivan się uśmiechała, wskazując jedyne krzesło znajdujące się w tym ciasnym gabinecie.

– Och, wystarczy Atta – poprawiła, unikając kontaktu wzrokowego z upiornymi kotami.

Kochała koty równie mocno, co każda inna samotna molica książkowa, ale stawiała granicę, jeśli chodzi o figurki.

Upuściła torbę na podłogę i usiadła na tapicerowanym fotelu, którego obicie nie widziało odświeżenia co najmniej od wczesnych lat 70. Miał okropny odcień różu i stał naprzeciwko porcelanowej figurki kota zastygłego w trakcie mycia łapy.

– Nikt nie zwraca się do mnie Ariatne poza moją babką, a ona robi to tylko z powodu tego, że mam imię po niej.

Opiekunka otworzyła przed nią teczkę z imieniem, które Atta otrzymała podczas chrztu, oraz jej nazwiskiem, przybitymi pieczątką, z tuszem lekko rozmazanym na literze „w” w słowie Morrow.

– Wiesz, sądziłam, że nazwano cię na cześć bohaterki Agathy Christie.

– Ach, nieee. Jej imię pisze się przez „d”, nie przez „t”. Ale jeśli zapytałaby pani o to moją babkę, powiedziałaby pani, że Ariadne Oliver dostała imię po niej.

Pani O’Sullivan się zaśmiała.

– Twoja babka wydaje się urocza.

– I taka jest. – Atta bezmyślnie skubała skórkę przy kciuku. – Em. – Odchrząknęła i się wyprostowała. – Przepraszam, ale nie jestem pewna, dlaczego tu się znalazłam.

– W Świętej Trójcy? – Brwi pani O’Sullivan zeszły się nad jej czerwonymi, kocimi okularami.

Sama Atta była daleko w tyle za modą, ale miała nieodparte wrażenie, że te okulary kupiono dokładnie w tym samym roku co fotel, na którym właśnie siedziała.

– Nie, w pani gabinecie.

– Och! – Opiekunka podskoczyła i zakołysała się na krześle. – Racja. Cóż, kochaniutka. – Splotła palce, położyła dłonie na teczce Atty i spojrzała na nią z czymś malującym się w jej oczach, co musiało być litością. – Obawiam się, że nie mam dobrych wieści.

Głowę Atty zalała fala tysiąca myśli. Jej ojciec miał kolejny wypadek. Jej matka nie żyje. Przez Plagę zamykają Kolegium…

– Większość twojego funduszu nie została zaakceptowana.

Atta rozkrzyżowała nogi i pochyliła się do przodu.

– Co?

Pani O’Sullivan uniosła uspokajająco rękę.

– Nie całość, ale większa część, na którą liczyłyśmy, została odrzucona. Granty oraz stypendia naukowe.

– Ja… nie rozumiem. – Jej głos był chrapliwy, niczym śmiech, taki histeryczny, który pojawia się po przerażających informacjach, gdy mózg odmawia działania i pozostaje jedynie obłęd. – Otrzymałam niemal idealne oceny na studiach licencjackich.

– Tak, Ariatne…

– ATTO – warknęła. – Proszę.

– Racja, tak. Oczywiście, ATTO, twoje oceny były wybitne, ale sześć lat temu.

– No i? – Kurwa, była nieuprzejma. – Przepraszam. – Zaczęła się wiercić na krześle. – Przepraszam. Po prostu nie rozumiem.

Spojrzenie, jakie otrzymała od opiekunki, miało w sobie jeszcze więcej litości niż wcześniej.

– Wiele młodych ludzi rywalizuje o te pieniądze, Atto. Co robiłaś przez ostatnie sześć lat? W twoich dokumentach znajduje się informacja, że pracowałaś w kostnicy oraz że tę samą posadę obejmujesz tutaj, w Dublinie.

– To… to rodzinny interes – wyjąkała, czując, że robi się jej słabo.

– W porządku, okej. Ale to nie ma nic wspólnego z twoim dyplomem licencjackim ani programem magisterskim. – Spuściła wzrok na teczkę leżącą na biurku, a potem z powrotem spojrzała znad okularów na dziewczynę. – Tu jest napisane, że licencjat zdobyłaś z folkloru z elementami religii.

Atta miała zbyt sucho w ustach, by odpowiedzieć, zdołała jedynie lekko skinąć głową.

– To sprawia, że twoje plany podjęcia studiów magisterskich z botaniki wydają się bardziej rozrywką niż wyborem zawodowym. Rozumiesz?

Atta rozumiała, że chciałaby uderzyć panią O’Sullivan w jej cholerne gardło.

– Chodzi o to, że to nie wygląda dobrze w oczach władz. Odmówiono ci.

– Gorąco tu? – Atta pociągała za kołnierz golfu, rozglądając się wokół za… Za czym? Nie była pewna. Za oknem, z którego mogłaby wyskoczyć?

Pani O’Sullivan wstała i nalała wody ze stojącego w kącie dzbanka ozdobionego malutkimi czarnymi kotami, po czym przesunęła szklankę po biurku w stronę Atty.

– Mamy kilka opcji.

– Och? – Trzymała szkło tylko ze względu na zimno, które czuła na dłoniach.

– Zawsze możesz rozważyć zaciągnięcie kredytu.

Prychnięcie wyrwało się Atcie, zanim zdążyła nad nim zapanować, przez co odrobina wody chlusnęła na jej rajstopy i przesiąkła na skórę nóg.

– Nie zarabiam wystarczająco dużo, by zakwalifikować się do czegoś takiego.

– A co z rodzicami? Być może mogliby pomóc. Prowadzą własny biznes, prawda?

Atta mrugała, patrząc na tę pełną dobrych chęci kobietę, która najwyraźniej wychowała się bez tego typu problemów. Bez konieczności modlenia się o to, by jakoś związać koniec z końcem, czy zastanawiania się, skąd wziąć pieniądze na kolejny posiłek.

– Opieka nad zmarłymi nie przynosi wielkich zysków. – Spojrzała w dół, na wodę, i obserwowała, jak fale na powierzchni pojawiają się w tym samym rytmie, co pulsowanie w jej rękach. – Pani raczej chodzi o domy pogrzebowe.

…które wyzyskują ludzi pogrążonych w żałobie dla własnych korzyści. Na szczęście Atta zachowała tę ostatnią część dla siebie.

– Rozumiem. – Pani O’Sullivan zacisnęła różowe usta, zamyślona. – Istnieje jeszcze jedna opcja.

Atta się rozpromieniła, jednak opiekunka uniosła dłoń.

– Zajęcia trwają już dwa tygodnie, więc nie sądzę, by było to możliwe, ale zobaczymy, co da się zrobić.

– Wszystko. Zrobię wszystko, by tu zostać. – By zostać w miejscu pełnym wiedzy, książek i informacji. Gdzie mogła zgłębiać swoje dociekliwe badania.

Pani O’Sullivan westchnęła.

– Na kampusie są wakaty.

– Ale ja już mam pracę. – Taką, z której nie mogła zrezygnować. To całkowicie przekreśliłoby cel, do którego dążyła, a przynajmniej odcięłoby jej dostęp do tego, czego potrzebowała.

– A czy zarabiasz tam tyle, by pokryć czesne? – Pani O’Sullivan straciła swoje dobroczynne nastawienie.

– Nie. Ma pani rację. Proszę kontynuować.

– Istnieją stanowiska asystentów nauczycieli, które oferują znaczną obniżkę czesnego w ramach wynagrodzenia, a także zakwaterowanie oraz trzy ciepłe i trzy zimne posiłki tygodniowo serwowane w Stołówce lub w Bufecie.

Tętno Atty zaczęło zwalniać. Nie wiedziała, jak poradzi sobie z pełnym tokiem studiów i dwoma etatami, ale była pewna, że coś wymyśli. Nadzieja jeszcze nie umarła.

– Nie pokryje to wszystkiego, jednak to świetny początek.

– Tak. Oczywiście. – Przesunęła się na skraj krzesła. – Zgadzam się na to.

– Nie wiem, czy jakieś stanowiska są jeszcze wolne, ale opłaciłaś wpisowe… – sprawdziła dokumenty, by poznać kwotę, którą Atta znała, bo to były jej całe oszczędności – …a to wystarczy na kolejne dwa tygodnie. – Pani O’Sullivan spojrzała poważnie na dziewczynę. – Dziś idź na resztę zajęć, a ja zobaczę, co da się zrobić.

Jak odrętwiała Atta opuściła Budynek 5 i roztargniona przeszła przez kampus. Jeśli będzie kontynuować pracę w kostnicy i nadal podkradać ciała dla Achillesa, gdy tylko będzie taka możliwość, być może wystarczy to na pokrycie tego, czego nie zapewni posada asystentki.

O ile pani O’Sullivan w ogóle zdoła jakąś dla niej znaleźć.

Stary irlandzki wiersz

Mówią, że to tylko legenda.

Mówią, że to demony.

A to nic innego jak plaga.

Zbłąkane dusze. Duchy. Zjawy. Ghule.

A prawda wzywa.

Tik-tak

Zegar i świeca czas odmierzają

Aż wszyscy powoli umierają

Wosk spływa po złoconym pniu

A wróżki szturmują gąszcz jeżyn

Atta

Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak trudno jest zamknąć powieki zmarłemu. To nie wygląda tak jak na filmach. Często odskakują z powrotem. A zamknięcie powiek Zainfekowanemu jest jeszcze bardziej niepokojące.

1 D4 girls – irlandzki stereotyp młodych kobiet wywodzących się z wyższej warstwy klasy średniej i mieszkających w Dublin 4 (m.in. Ballsbridge, Donnybrook czy Sandymount). Charakteryzowały się szczególnym stylem ubioru, akcentem z wyższych sfer oraz zamożnym stylem życia (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).