Dzwonki, gwiazdki i słomki - Renata Kosin - ebook

Dzwonki, gwiazdki i słomki ebook

Renata Kosin

4,1

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Białe Boże Narodzenie na podlaskiej wsi, gdzie nadal pielęgnowane są dawne obyczaje, tradycja i staropolska gościnność.
Święta Bożego Narodzenia na wsi to jedno z największych marzeń Matyldy, dwudziestokilkuletniej, warszawskiej singielki. Aby je zrealizować, podstępem wprasza się na nie do rodzinnego domu Halszki – koleżanki z pracy, pochodzącej z podlaskiej prowincji.
Niestety, gdy dociera na miejsce, okazuje się, że wymarzona wieś pod wieloma względami odstaje od wyidealizowanych wyobrażeń typowego mieszczucha, zaczerpniętych głównie z książek i filmów. Mimo to Matylda nie poddaje się i za wszelką cenę stara się dopasować zastaną rzeczywistość do swojej wizji, co prowadzi do wielu nieoczekiwanych i zabawnych zdarzeń. Dziewczyna wywraca do góry nogami nie tylko życie goszczących ją gospodarzy, w tym starszego brata koleżanki – zadeklarowanego kawalera, ale też przy okazji własne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (136 ocen)
68
33
23
11
1
Sortuj według:
Silenzjo

Z braku laku…

Okropnie irytująca główna bohaterka, aż odbiera chęć czytania.
10
Aszanti

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam, lekka świąteczna książka, z poczuciem humoru 👍
11
wandalka

Nie oderwiesz się od lektury

ciepła, piekna i mądra tak po prostu. polecam gorąco
00
MartaOstrowska79

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z milszych książek. Coprawda zakończenie mocno przewidywalne, ale sposób opisania regionalnych zwyczajów bożonarodzeniowych jest cudowny.
00
Ktmp99

Całkiem niezła

Lekka i spokojna
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

– Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań!

Matylda nuciła cichutko polską wersję Jingle Bells, piosenkę zapamiętaną z dzieciństwa. Pewnie dlatego, że cieszyła się jak dziecko na to, co ją czekało, a było to coś absolutnie, niewyobrażalnie i niezaprzeczalnie wyjątkowego!

Dzień dobry przygodo!, krzyknęłaby najchętniej ile sił w płucach, ale rozsądek jej podpowiadał, by tego nie robić. Mogłaby zbudzić jakiegoś niedźwiedzia, wystraszyć ptaki i zające, konie lub – co gorsza – woźnicę Macieja. Siedział na koźle, tyłem do niej, i wydawał się pogrążony w zadumie. Miał zresztą do tego prawo, nie było lepszego czasu na refleksję niż ten, który się właśnie zaczynał, czyli radosne oczekiwanie na najpiękniejsze w roku święta, zwłaszcza że okoliczności przyrody wyjątkowo temu sprzyjały.

Wokół było tak pięknie, że wprost zapierało dech! Cały świat tonął w białym puchu, a ten mienił się cudownie w słońcu, udekorowany milionami diamencików. Oślepiająca białość nie była jednak monotonna, bo tu i ówdzie przybierała delikatne, landrynkowe tony, natomiast chmury na różowawym niebie wyglądały jak słodka wata cukrowa.

Matylda nie miała dotąd pojęcia, że istnieje aż tyle odcieni bieli i nie potrafiła zdecydować, który jest najpiękniejszy. Ani co ekscytuje ją bardziej – wspaniała droga czy magiczne miejsce, do którego wiodła. Nie mogła się doczekać, kiedy je zobaczy i niecierpliwie przebierała nogami w takt mruczanej melodii.

Tegoroczne święta Bożego Narodzenia miały być inne niż wszystkie. Pod każdym względem. Poczynając od śniegu, którego w tych stronach zawsze było więcej niż gdzie indziej, przez choinkę prosto z lasu, przystrojoną pięknie w słomiane ozdoby, pierniki i anielskie włosy, po tradycyjny wigilijny stół z siankiem pod obrusem i dwunastoma postnymi potrawami.

A najwspanialsze i najmilsze ze wszystkiego było to, że Matylda miała zasiąść przy nim jako honorowy gość, strudzony wędrowiec, na którego czekało dodatkowe nakrycie.

Właśnie tak to sobie wyobrażała, planując pierwszą w życiu podróż na wieś, po tym, jak Halszka – nowa przyjaciółka – wielkodusznie zaprosiła ją do rodzinnego domu na święta.

To było jak spełnienie najskrytszych dziecięcych marzeń. Cudowne zwieńczenie niezbyt udanego roku, gęstego od porażek w życiu osobistym i miłosnym, bo zawodowe na szczęście układało się nieźle. To jednak było za mało dla kogoś takiego, jak Matylda. Głównie ze względu na jej wrażliwą i skomplikowaną osobowość oraz to, że nie przywykła do uczuciowych rozterek.

Zwykle to ona je powodowała u innych, u mężczyzn, którzy na ogół tracili dla niej głowę. Niestety ostatnio trafiali się jej sami udzielni książęta, samolubni manipulanci o zbyt wygórowanych oczekiwaniach. Wyczerpywało ją to psychicznie i emocjonalnie. Wyjście zatem było tylko jedno. Należało odpocząć od własnej, ociupinkę beznadziejnej rzeczywistości, przemyśleć sobie co nieco i zgrabnie zaplanować najbliższą przyszłość.

A nie było na to lepszego miejsca niż Boguduchy – cudowna, sielska, spokojna podlaska wioseczka, gdzieś na krańcu mało ucywilizowanego świata, ale z życzliwymi mieszkańcami słynącymi z gościnności.

Dlatego Matylda, pełna pozytywnej energii, nabrała w płuca mnóstwo rześkiego, mroźnego powietrza i powiodła pełnym zachwytu wzrokiem po ośnieżonym lesie, skrzących się ślicznie gałązkach sosen, świerków, jodeł, czy co tam rosło, bo nie znała się zbytnio na gatunkach drzew. Nie przeszkadzało to jednak się nimi zachwycać, zwłaszcza gdy w pewnym momencie przemieniły leśną drogę w magiczny biało-zielony tunel. Wtedy dopiero można było poczuć się jak w zaczarowanej bajce!

Ach! Cóż to za dzień! Najprawdziwsza sanna, specjalnie dla Matyldy! Wspaniałe sanie, wyścielone pasiastymi kilimami i baranim futrem, pruły przez śnieżne zaspy jak wicher! Co prawda, to, co miało milutko otulać, było trochę wilgotne, szorstkie i sztywne od mrozu oraz nieco dziwnie pachniało, lecz wcale nie przeszkadzało Matyldzie wczuć się głęboko w rolę i stać się na tę chwilę Oleńką Billewiczówną z sienkiewiczowskiej trylogii.

Do szczęścia brakowało tylko przystojnego Kmicica, który obsypałby ją pocałunkami i rozgrzał płomiennymi miłosnymi wyznaniami szeptanymi do ucha. Mogłaby położyć głowę na silnym męskim ramieniu i zapomnieć o bożym świecie. Och, jak bardzo żałowała, że nie miała obok siebie kogoś takiego. Ale kto wie, może uda się go znaleźć tam, na miejscu? W Boguduchach?

Zerknęła tęsknie na białą drogę przed sobą. Musiała troszkę się wychylić, bo widok przesłaniały szerokie plecy woźnicy Macieja.

Wyjechał po nią na dworzec autobusowy, na prośbę Halszki. Poczciwy chłopina wydawał się nieco onieśmielony widokiem dziewczyny z miasta, tak innej od tych, które zapewne widywał na co dzień. Zresztą sam również był całkiem niepodobny do mężczyzn, znanych dotąd Matyldzie, pod każdym możliwym względem. Wysławiał się po wiejsku i raczej mało subtelnie. Takie też miał obycie, nie zawracał sobie głowy manierami ani konwenansami.

Nie raziło to jednak nic a nic; jego prostolinijność pasowała do całej reszty, w tym do zewnętrznego wizerunku chłopiny. Ubrany był zgodnie z tutejszym obyczajem w obszerny kożuch bez guzików, wacianą kufajkę, walonki i czapę uszankę zawiązaną pod brodą. Miał ją tak głęboko naciśniętą na oczy, że ledwie było widać twarz, wystawał tylko czerwony (pewnie od bimbru) nos, fragment niechlujnego zarostu i wymiętolony papieros zwisający z kącika ust.

– Jeżeli to nie problem, wolałabym, żeby pan go zgasił. Nikotyna szkodzi również biernym palaczom, niektórzy mówią, że nawet bardziej – oświadczyła uprzejmym, acz kategorycznym tonem w trakcie powitania.

Zdjęła skórzaną rękawiczkę i podała mężczyźnie dłoń, zdziwiona, że nią zwyczajnie potrząsnął, zamiast staroświecko z czcią ucałować. Szczerze mówiąc, po cichu liczyła na coś takiego, więc czuła się odrobinę zawiedziona.

– Toć zagaszony – mruknął zrzędliwie.

Pokazał wymemłany niedopałek i ponownie wsunął go sobie między zęby.

– Ach rzeczywiście, przepraszam pana najmocniej – odparła zakłopotana. Przyszło jej do głowy, że jest to zapewne sposób na rzucenie palenia, słyszała, że niektórzy tak robią, zwłaszcza mężczyźni. – Cieszę się, że ma pan tyle samozaparcia i trzymam kciuki za powodzenie – dorzuciła krzepiąco.

– Zaparcia, chwalić Boga, mnie się nie zdarzają – oznajmił z powagą. – Już prędzej w drugą stronę, jak tył mocno obmarźnie. Ale jakby co, najwyżej prędzej pociśniem i zdążem na pewno.

– Pociśniem? – powtórzyła strwożona, niepewna, co to oznacza. Przede wszystkim dla niej. – Powinnam spodziewać się jakichś kłopotów?

– A gdzie tam! Bo i jakich niby? – Machnął ręką. – No, chyba że się paniusia obawia, że majtnie gdzie po drodze i zleci mi z sanek w zaspę! – Zaśmiał się rubasznie. – Jak tak, to niech się nie boi. Nie zostawię na pastwę zwierzyny. Raz i wyciągnę! Za nogi i do góry! – zawołał podejrzanie wesoło, ładując niedbale jej bagaż do sań.

Matylda zadrżała zlękniona, gdy to sobie wyobraziła. Również z powodu nagłych podejrzeń. Czyżby mężczyzna skrywał za pazuchą piersióweczkę z samogonem, którym zdążył się uraczyć?

Pociągnęła dyskretnie nosem, lecz nie zarejestrowała woni alkoholu. A zmysł węchu miała wyjątkowo wrażliwy, zwłaszcza na podobne zapachy. Mimo to przez bardzo krótką chwilę wydało jej się, że wyczuwa aromat dobrej wody po goleniu, co oczywiście musiało być złudzeniem. Zatem w kwestii trzeźwości woźnicy też mogła się mylić.

Miała tylko nadzieję, że nie jest pijany i że żartuje z tym wyciąganiem z zaspy. Wolała jednak na wszelki wypadek nie dopytywać, zwłaszcza że szybko zapomniała o obawach, gdy wreszcie z głównej drogi skręcili w las.

Spodziewała się tam spotkać urocze jelonki, sarenki i słodkie zajączki kicające po śniegu w prześwicie drzew. Podekscytowana wypatrywała ich niecierpliwie, trzymając w pogotowiu telefon, by nie przegapić okazji do zrobienia ślicznego zdjęcia, które mogłaby potem wrzucić na Instagrama albo Facebooka i zebrać miliony lajków.

Trochę żałowała, że przez brak zasięgu nie może udostępnić ich natychmiast, pokazać światu, gdzie właśnie dotarła i wywołać lawinę zazdrości. Miała nadzieję, że na miejscu będzie z tym choć trochę lepiej i drżała na myśl, że mogłoby nie być w ogóle internetu. To oznaczałoby kompletną katastrofę!

Niestety zapomniała zagadnąć o to Halszkę, by móc się przygotować przynajmniej psychicznie, a Macieja wolała nie wypytywać, pewnie niespecjalnie się orientował. Zresztą, w tej chwili co innego było ważniejsze. Zajęta wrzucaniem nowych postów i zaaferowana śledzeniem aktywności followersów, przegapiłaby wiele uroczych widoków. I co gorsza, przepadłoby jej mnóstwo fantastycznych ujęć.

Zrobiła więc na wszelki wypadek kilka spektakularnych selfie na tle bajkowego krajobrazu, upewniając się przedtem, że sama również wygląda zjawiskowo w stylowej futrzanej czapie kupionej specjalnie na tę okazję. Reszta też prezentowała się tak, jak powinna, czyli idealnie. Zielony płaszczyk z wełny merynosów pasował do koloru sosen, świerków i jodeł, a błękit kaszmirowego szala współgrał z barwą pogodnego nieba i roziskrzonych z przejęcia oczu oraz pięknie kontrastował z delikatnymi rumieńcami na policzkach dziewczyny.

Otuliła się szczelniej, chociaż prawie przestała marznąć. Była na to zbyt podekscytowana. Entuzjazm i ciekawość wprost rozsadzały ją od środka! Co za wspaniała jazda!

– Jaka pyszna saaanna, parska raźno koooń! – zaintonowała teraz głośniej i śmielej z nadzieją, że woźnica się przyłączy do śpiewania, po czym pociągnęła nerwowo nosem.

Ach, co za okropna woooń! – spontanicznie ułożyła własny rym, przytomnie już tylko w myślach.

Szybko odkryła źródło przykrego zapachu, który ni stąd, ni zowąd wdarł się do jej delikatnych i nienawykłych do tego nozdrzy. Oto ujrzała koński ogon, który odchylił się niczym klapka wizjera i odsłonił pupę zwierzęcia. Na drogę posypały się parujące bobki wielkości (Matylda wytrzeszczyła oczy ze zdumienia) choinkowych bombek.

– O fuj! – jęknęła i zakryła twarz szalikiem. – Czy on musi robić to akurat teraz?

– A juści! Żre to i sra, jak każdy. Wiadomo – odparł Maciej lekko filozoficznie.

– Ale dlaczego tutaj?

– A widzi tu gdzieś paniusia tualetę? No! – Cmoknął głośno trzy razy z wyraźnym zadowoleniem, jakby dla podkreślenia, że jemu nie przeszkadza to nic a nic, a może nawet pasuje. – Wio! Wio, malusie!

Nagle zaczął dopisywać mu humor. Przez większą część drogi mężczyzna był posępny, prawie się nie odzywał, a teraz obrócił się do tyłu i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. W miarę równe i całkiem białe, zdziwiła się w duchu Matylda, bo wyobrażała sobie, że pewnie co drugiego brakuje. Maciej rozwiązał też wreszcie troki czapki, dzięki czemu można było nieco lepiej mu się przyjrzeć.

Wcale nie był taki stary, jak się wydawało na początku, a to, co Matylda wzięła za siwiznę, okazało się szronem na wąsach i brodzie. Ponadto woźnica nie był wcale brzydki. Wręcz przeciwnie. Wąsik i wystające spod uszanki ryżawe kędziory sprawiały, że przypominał trochę młodego Daniela Olbrychskiego w roli Kmicica z Potopu.

Kiedy zauważył, że dziewczyna mu się przygląda, odwrócił się gwałtownie, a wówczas Matylda skorzystała z okazji i zjechała wzrokiem dużo, dużo niżej.

I do tego ma całkiem niezły tyłek – skonstatowała rozmarzona, po czym ofuknęła się surowo w myślach.

Obiecała sobie szukać duchowej równowagi, a nie nowych miłosnych wrażeń, których ostatnio miała po kokardkę. A na pewno nie powinna pozwalać sobie na amory z nieokrzesanymi wioskowymi podrywaczami!

Zwłaszcza że woźnica Maciej wcale jej nie podrywał, dodała sprawiedliwie i z mimowolnym żalem. Już prędzej z niej drwił na swój jowialny sposób, nienawykły do ludzi z miasta, zwłaszcza miejskich kobiet. Bez wątpienia go onieśmielały, więc próbował dodać sobie w ten sposób animuszu i zatuszować zakłopotanie, usprawiedliwiała go dobrodusznie i wyrozumiale Matylda.

Uśmiechnęła się pod nosem, trochę tym ubawiona, i dla zabicia czasu uniosła wysoko obie ręce, i zaczęła muskać palcami kolczaste gałązki, które chwilami prawie ocierały się o sanie, gdy droga się zwężała. Jedną nawet udało jej się pochwycić mocniej, ale wtedy niespodziewanie spadła jej na głowę potężna czapa śniegu. Biały puch wdarł się pod kaszmirowy szal, za kołnierz wełnianego płaszczyka i jeszcze głębiej.

O wiele za głęboko!

– Aaaaj! Ajajaj! Ojejkuuu! – piszczała, otrzepując się gorączkowo. Z wierzchu, bo to, co wpadło pod spód, musiało niestety samo się rozpuścić. Oby szybko! Aj!

Natomiast Maciej, który też przy tym ucierpiał, ale przecież powinien być przyzwyczajony, rzucił Matyldzie krótkie i – ku jej zdumieniu – pełne politowania spojrzenie. Spokojnie strącił opadły śnieg z własnych ramion i wydobył go, ile mógł, spod koszuli.

– I tak to jest – mruknął pod nosem, po czym westchnął ciężko.

Matylda z kolei nic już nie powiedziała. A gdy tylko doprowadziła się do jako takiego ładu i odkleiła z rzęs ostatnią grudkę śniegu, wbiła w plecy woźnicy wzrok niczym niewidzialny sztylet, niebotycznie oburzona i zdumiona, że nie zatrzymał sań i jej nie pomógł, nie sprawdził, jak mocno ucierpiała, nie zatroszczył się o nią, co było przecież jego rolą, również jako mężczyzny!

Gdy tylko ochłonęła i odegnała gorące pragnienie wyrwania chłopu z ręki bata i obicia gościa porządnie, postanowiła w miarę delikatnie uświadomić mu, że nie zachował się właściwie, by wyciągnął wnioski na przyszłość. Ale wtedy jakaś zabłąkana gałąź pacnęła ją boleśnie w twarz. Otrząsnęła się i rozejrzała wokół. Zdziwiona zdała sobie sprawę, że sanie jadą podejrzanie blisko linii drzew. W dodatku zboczyły z drogi raczej nieprzypadkowo, bo woźnica przesunął się na przeciwległy skraj kozła, żeby samemu przy okazji nie oberwać.

Co za złośliwiec! – Matylda ze zdumienia zapomniała się głośno oburzyć, w zasadzie na moment odebrało jej mowę.

Całe szczęście, bo lepiej było udawać, że niczego nie zauważyła, a ocierające się o nią gałązki nie przeszkadzają jej nic a nic. Znosiła to z godnością, jak skazaniec niesprawiedliwą chłostę. Inteligentna riposta, którą miała na końcu języka, również nie miałaby sensu. Szkoda było zachodu i należało zostawić ją sobie na lepszy moment; ten prosty chłopina pewnie i tak by nie zrozumiał.

Dlatego Matylda postanowiła przez resztę drogi zachowywać się tak, jakby złośliwości woźnicy w ogóle jej nie dotknęły ani nie obeszły, głównie jemu na złość.

– Cudowne miejsce, jak z bajki o Królowej Śniegu – oznajmiła jak gdyby nigdy nic, na wszelki wypadek nie odrywając wzroku od drogi, dzięki czemu mogła na czas się uchylić i uniknąć bolesnego spotkania z igiełkami jakiejś przydrożnej sosenki albo świerku.

Maciej na to pociągnął głośno nosem, ale nic nie powiedział. Dalej też jechał skrajem drogi, przy drzewach, choć cały środek miał wolny i porządniej ubity.

Na szczęście nie trwało to długo, ponieważ wreszcie wynurzyli się z lasu. Odsłonił się wspaniały, rozświetlony słońcem bezkres, a chwilę później zza śnieżnych zasp wyłoniły się dymy z kominów, domy i wreszcie dało się słyszeć szczekanie psów.

Boguduchy!

Wzruszenie i ekscytacja ponownie odebrały Matyldzie głos. W przeciwnym razie z radości znów zaczęłaby śpiewać. Może coś z repertuaru Skaldów? Pasowałoby!

– Z kopyta kulig rwie, z kopyta kulig rwie! – zanuciła prawie bezgłośnie, zawiedziona, że nie pamięta, co było dalej. Zresztą i tak chętniej zaśpiewałaby coś w stylu: „Ludzie zejdźcie z drogi, bo Matylda jedzie!”, ale przeczucie podpowiadało jej, że nie zostałoby to dobrze przyjęte, więc się powstrzymała.

Ponadto w pobliżu nie było żywego ducha, chociaż wjeżdżali do wsi. Niecierpliwie wyciągnęła szyję, by jak najwięcej zobaczyć, ogromnie ciekawa miejsca, które tyle razy sobie wyobrażała, małych uroczych domków pośród brzóz wzdłuż zaśnieżonej wiejskiej drogi.

Jako pierwsza w całej okazałości jej oczom ukazała się cudowna drewniana chatynka – malutka, kryta strzechą i baaardzo klimatyczna. Idealna! Matylda patrzyła na nią urzeczona i niemal pewna, że właśnie tutaj spędzi święta, tak, jak sobie wymarzyła. Podpowiadała jej to intuicja, a ta rzadko ją zawodziła.

Dlatego wyprostowała się i wygładziła płaszczyk, prawie gotowa do wysiadki, po czym… opadła zrezygnowana i rozczarowana, gdy sanie nawet nie zwolniły.

Zatrzymały się dopiero kilka minut później.

– Prrr! No, i tyle tego! Dojechalim – oznajmił Maciej, ściągając gwałtownie wodze. – Wysiadka!

Zatrzymał się przed murowanym parterowym budynkiem – szarym z białymi narożnikami i takimi samymi obramowaniami wokół okien. Brama ze zwykłych metalowych prętów pomalowanych na żółto i zielono była otwarta na oścież, lecz woźnica nie wjechał na podwórze.

Zeskoczył z kozła i, przez chwilę tupiąc i parskając, wytrząsnął spod ubrania resztki śniegu, który osypał się na niego z choinki. Wcześniej zdjął kożuch i kufajkę, i rzucił je do sanek. Ku zaskoczeniu Matyldy, pod spodem miał całkiem zwyczajne miejskie ciuchy, zdecydowanie modne i na czasie, zamiast zgrzebnego i skromnego odzienia kupionego na bazarku w miasteczku. Pomyślała, że pewnie wystroił się tak specjalnie dla niej i teraz zdjął okrycie, żeby się zaprezentować. Uznała zatem szlachetnie, że wbrew temu, co zdarzyło się wcześniej, powinna to docenić.

Wyrozumiale odczekała, aż skończy swoje zabiegi. A potem z wdzięcznym i niby nieśmiałym uśmiechem wyciągnęła ku niemu drobną zziębniętą dłoń (dla lepszego efektu zdjęła rękawiczkę), jednak on, zamiast pomóc jej wysiąść, ominął ją i złapał za walizkę. Tym sposobem sprowadził ją na ziemię, ale po swojemu.

Nieprzyjemnie zdziwiona, z honorowym postanowieniem, że sama da sobie radę, już przymierzała się zeskoczyć na udeptany śnieg tak, by się nie poślizgnąć, gdy Maciej nieoczekiwanie pochwycił ją wolnym ramieniem i zrzucił z sań niemalże jak worek kartofli. Tylko cudem wylądowała szczęśliwie na własnych nogach, a nie na pupie. W porę zaparła się obcasami.

Mimo to znów wielkodusznie wybaczyła mężczyźnie brak obycia, nadal zbyt poruszona i podekscytowana tym, że jest u celu, by się przejmować głupotami. Otrzepała demonstracyjnie płaszczyk z futrzanych kłaków i słomy, poprawiła kaszmirowy szaliczek, czapkę, zawiesiła sobie w zgięciu łokcia torebkę i ruszyła dziarsko za Maciejem. Od połowy drogi szła już jednak sama, ciągnąc za sobą walizkę i kosmetyczkę, które mężczyzna porzucił na środku świeżo odśnieżonej ścieżki, żeby wrócić do sanek po kufajkę. Widać zimno wygrało z chęcią popisania się modnym ubraniem.

Matylda tymczasem rozglądała się ciekawie po obejściu, ociupinkę zawiedziona, że dom koleżanki jest murowany, a nie drewniany, i kryty blachą, a nie strzechą, na co miała największą nadzieję. Kolejnym niezbyt miłym zaskoczeniem było to, że Halszka nie czekała w gościnnym progu z szeroko otwartymi ramionami, a drzwi okazały się zamknięte na głucho.

Maciej, który znów zjawił się obok, bez słowa wyjął Matyldzie z rąk bagaż i wniósł na ganek, ale zamiast zapukać, odwrócił się i huknął przez zwiniętą w trąbkę dłoń.

– Hala! Przywiozłem ci ją! Tak jak kazałaś!

Z niskiego budyneczku natychmiast wysypało się stadko kur i kaczek, a za nimi pokazała się gospodyni w krótkim kożuszku, w chusteczce na głowie i z przerzuconym przez ramię luźno zaplecionym warkoczem. Niosła wiklinowy kosz, jak się po chwili okazało, pełen jajek upstrzonych kurzymi kupami.

– Idę, już idę – mruczała zrzędliwie. – I wcale nie kazałam, tylko po ludzku prosiłam. Przypominam, że wisiałeś mi przysługę, więc bez łaski.

Rzuciła niedbałe „cześć” w stronę Matyldy i uśmiechnęła się łobuzersko do Macieja. On na to rozpogodził się jak majowy poranek, chociaż była druga połowa grudnia.

Halszka również jaśniała jak nigdy przedtem. W ogóle wyglądała nadzwyczaj promiennie i świeżo. Chyba lepiej niż kiedykolwiek, choć była piękną, ponętną kobietą i Matylda nie raz zazdrościła jej naturalnej urody, która dopiero teraz uwidoczniła się w pełni. To było dość niezwykłe, bo przecież Halszka miała na sobie codzienne, podniszczone ubranie, a na jej twarzy nie było nawet śladu makijażu. Oblicze zdobiły jedynie rumieńce namalowane przez mróz i kropelki wody na rzęsach mieniące się niczym brylanty.

Matylda, wciąż tłumiąc poczucie zawodu, że koleżanka nie powitała ją jak należy, ale tak, by jednak było zauważalne, przyglądała się dziewczynie z niemym zachwytem, podobnie zresztą jak Maciej. Wcale tego nie ukrywał. Cmoknął nawet parę razy z aprobatą, w zasadzie identycznie jak wcześniej na swoje konie.

– Za to teraz ty masz u mnie dług – oznajmił i mrugnął szelmowsko.

– Ja? A za co? – udała, że nie rozumie, bo jej mina podpowiadała, że doskonale wie, o co mu chodzi.

Wprost przeciwnie do Matyldy, która zmarszczyła czoło w zastanowieniu. Niestety żadne z dwojga nie kwapiło się do wyjaśnień.

– Sama się domyśl – odparł Maciej z przekąsem, ściągając z głowy uszankę i demonstracyjnie ocierając z czoła nieistniejący pot. – Albo najlepiej idź i sobie zobacz. Wiadro śniegu do wymiecenia, a drugie tyle miałem dopiero co pod koszulą. O majtaniu saniami wte i wewte, żeby cyknąć selfie, i śpiewaniu przez całą drogę tej samej piosenki przez grzeczność nie wspomnę. – Nie dość, że wspomniał, to jeszcze dla lepszego efektu zaintonował piskliwie kilka taktów.

Matylda coraz bardziej oszołomiona i zbita z tropu słuchała tego z rozdziawionymi nieelegancko ustami. Z niebotycznego oburzenia odebrało jej mowę i tylko dlatego nie zareagowała na tak jawne i niesprawiedliwe zniewagi. Dlatego Maciej swobodnie perorował dalej:

– Ale nic to, niech będzie moja strata – westchnął z przesadną rezygnacją. – Najważniejsze, że wytrzymałem. I jak zwykle nie oczekuję prawie niczego w zamian. Skromny chłopak jestem, przecież wiesz. Wystarczy, że mi coś dobrego ugotujesz. Cokolwiek z tradycyjnej kuchni śródziemnomorskiej, może być z delikatnym nowoczesnym akcentem, choć nie musi. Nie jestem zbyt wybredny. W zasadzie wszystko zjem.

– Jaaasne. Zadzieram kiecę i lecę pichcić specjalnie dla ciebie małże we francuskim sosie, oczywiście w wersji molekularnej. – Halszka przewróciła oczami. – W podskokach. Matylda na pewno mi pomoże, we dwie uwiniemy się jeszcze prędzej.

– Ja? – wykrztusiła tamta nadal zbyt skonsternowana i zdumiona, by się bronić przed tak bezpodstawnymi oskarżeniami. Przecież nic złego nie zrobiła! Śpiewanie to żadna zbrodnia! Zwłaszcza gdy robi się to po cichutku, prawie bezgłośnie. – Ale ja chyba nie umiem – bąknęła. – Nie potrafię za bardzo gotować, a takich rzeczy to już w ogóle. Mam na myśli kuchnię molekularną – dodała wbrew sobie, bo wcale nie zamierzała się tłumaczyć.

– Ależ to nic trudnego. Naprawdę! Wystarczy trochę cierpliwości, ciekłego azotu, alginatu sodowego, odrobineczkę chlorku wapnia, et voilà! – Pstryknął palcami i posłał Matyldzie czarujący uśmiech. – Et voilà, je t’ai bien fait marcher!

– Eee… Chyba nie rozumiem – wyszeptała, otwierając szeroko oczy.

– Tylko żartowałem! Dałaś się złapać – powtórzył po polsku, lecz ona nadal nie pojmowała nic a nic z tego, co się działo.

Francuski? Jak? Skąd? Kuchnia molekularna? Nawet ona nie miała o tym zbyt wielkiego pojęcia, choć bywała w najmodniejszych i najbardziej wykwintnych restauracjach. Obiło jej się jedynie kiedyś coś o uszy, widziała też jakieś dania w internecie. Bardzo wyszukane, dlatego nie przypuszczała, że można przyrządzać je w zwykłym, w dodatku wiejskim domu. Nie sądziła też, że ktoś będzie oczekiwał tego od niej. To było absolutnie niedorzeczne!

Szukając wsparcia, zerknęła wymownie na Halszkę, ta jednak, zamiast cokolwiek wyjaśnić, wstawić się za nią czy choćby podzielić oburzenie i przemówić bezczelnemu, aroganckiemu woźnicy do słuchu, machnęła lekceważąco ręką.

– Nie martw się. Jego tu mało kto rozumie – oznajmiła. – W tym ja.

– Cóż. Taki już los wioskowego głupka – westchnął Maciej z udawanym smutkiem, bo po oczach widać było, że w środku pęka ze śmiechu.

Nieźle się bawił, i to kosztem Matyldy. Zapewne od chwili, gdy wsiadła do tych jego zakichanych sań. Zaczęła zastanawiać się gorączkowo nad zemstą, niestety nie zdążyła niczego sensownego wymyślić, ponieważ wioskowy głupek sobie poszedł. Nagle przypomniał sobie, że się bardzo śpieszy i czmychnął do swoich koni. Może zrozumiał, że przeholował i wolał nie czekać na efekty? Przynajmniej tyle dobrego.

– Kto to był? – Matylda zwróciła się z pretensją do Halszki. – Bo raczej nie jest tym, za kogo się podaje.

– Oczywiście, że jest. To Maciek. Mówiłam ci przecież, mój stary znajomy.

– Dlaczego po mnie przyjechał?

– Gdyż go o to poprosiłam.

– I musiałaś akurat jego?

– Chciałaś przejażdżki saniami, a tylko on się u nas tym zajmuje.

– Nie wierzę. Na pewno jakiś uczynny sąsiad zgodziłby się użyczyć sań, gdybyś się do niego zwróciła w tej wyjątkowej sytuacji. W końcu ludzie na wsi są z natury mili i uczynni.

– To mit. Są tacy sami, jak wszędzie – mruknęła Halszka. – No i jak wszędzie nie każdy ma sanie. W zasadzie mało kto ma.

– Serio? – Matylda spoglądała z niedowierzaniem. – Wy też nie macie?

– A cóż w tym dziwnego? Dużo lepiej sprawdza się auto z napędem na cztery koła. Świetnie daje sobie radę na bezdrożach, nawet zimą.

– Ale to przecież nie to samo! Nie da się urządzić prawdziwego wiejskiego kuligu samochodem! A chyba czasem je urządzacie prawda?

– Czasem tak – zgodziła się Halszka. – I właśnie wtedy przydaje się Maciek.

– I jego sanie.

Halszka pokręciła przecząco głową.

– Nie są jego. Należą do stadniny w Brzostowicach. Maciek dorabia tam sobie między innymi jako woźnica. Organizuje kuligi dla turystów i wozi ludzi do miasteczka, jak zasypie drogę.

– Tylko że on nie wygląda jak typowy woźnica… To znaczy, może i trochę wygląda, powierzchownie, ale nie zachowuje się i nie wysławia jak typowy woźnica. A przynajmniej nie cały czas.

– A jak powinien według ciebie zachowywać się typowy woźnica?

– Nie wiem. Ale na pewno nie może gadać o molekułach, chlorkach i… amalgatach! To… nienormalne!

– O alginatach – poprawiła ją koleżanka. – Pozyskuje się je z alg. Kto jak kto, ale ty powinnaś to wiedzieć, bo stosuje się je w kosmetyce – dodała znacząco, na co Matylda wzruszyła ramionami. Nie miała obowiązku znać na pamięć składu kosmetyków, wystarczy, że pamiętała czego unikać, SLS-ów, parabenów, silikonów i takich tam. – A Maciek ma lekkiego hopla na punkcie kuchni molekularnej – kontynuowała Halszka tonem, jakby mówiła o czymś zwyczajnym i absolutnie oczywistym. – Nauczył się tego we Francji. Studiował na Sorbonie.

– Gdzie???

– Przecież mówię. We Francji. A dokładnie w Paryżu.

– Wiem, gdzie jest Sorbona – sarknęła Matylda. Nie znosiła, gdy ktoś traktował ją jak idiotkę, a od dobrej chwili sama się tak czuła. W zasadzie to wkurzało ją najbardziej. – Tylko nie wiem, co ktoś taki jak on, tak doskonale wykształcony, robi tutaj?

– Różne rzeczy. Od kiedy napadało, powozi saniami, a jak nie ma śniegu, obsługuje bryczki. Albo czyści boksy w stajni, zajmuje się końmi.

– Czyli jest pracownikiem tutejszej stadniny?

– Między innymi. Zaczął tam pracować jeszcze w liceum, a po studiach wrócił z sentymentu. Bo lubi, a to chyba wystarczający powód.

– A poza tym? – przypomniała Matylda. – Powiedziałaś, że to jedynie część tego, co robi.

– Uczy w tutejszej szkole, na pół etatu, na więcej nie starcza mu czasu. Ma jeszcze swoje pasje, między innymi eksperymentuje w kuchni, czy też raczej w laboratorium, gdzie pracuje jego znajomy, też fanatyk podobnych doświadczeń, spędzają tam masę czasu.

– Dalej nie rozumiem, dlaczego został tutaj? Lubienie to jedno, a potencjał intelektualny to drugie. Z takimi możliwościami bez trudu mógłby to połączyć i zatrudnić się… gdziekolwiek! W porządnej korporacji czy czymś podobnym, zarabiać niezłe pieniądze.

– Mógłby. Dostał nawet jakieś oferty z Doliny Krzemowej. Ale nie chce wyjeżdżać. Woli być tu. Przynajmniej na razie, dopóki nie zdecyduje, co chce w życiu robić. Zresztą on uważa, że jeżeli człowiek pragnie się rozwijać, może to robić gdziekolwiek. A przerzucanie gnoju w niczym nie przeszkadza, wręcz bywa inspirujące. I nie pytaj jak, bo nie mam pojęcia. Próbował mi to tłumaczyć, ale nie ogarnęłam. Sama zauważyłaś, że Maciek jest inny niż większość facetów.

– Zauważyłam? – sarknęła. – Raczej boleśnie przekonałam się o tym na własnej skórze. Mogłaś mnie uprzedzić!

– O czym?

– Że to nie jest jakiś zwyczajny wieśniak. Przez ciebie zrobiłam z siebie kretynkę.

– Ale to przecież jest zwyczajny wieśniak! Mieszka w Boguduchach od urodzenia. Chodziliśmy razem do podstawówki i liceum. Potem wyjechał na studia, ale wrócił dwa lata temu i został. Tak jak parę innych osób. To całkiem normalne. – Rzuciła Matyldzie lekko rozbawione spojrzenie. – A co ty sobie myślałaś? Że my tu wszyscy kończymy edukację na podstawówce? A potem już tylko uczymy się doić krowy i sadzić kartofle?

– Nie! No coś ty, wcale nie! – zapewniła gorliwie Matylda, trochę speszona, bo nie to miała na myśli, chociaż, jak musiała przyznać w duchu, właśnie tak to zabrzmiało. – Przecież ty też skończyłaś studia, a jesteś ze wsi, więc czemu miałabym tak sądzić o reszcie? – usiłowała naprawić nietakt z dość marnym skutkiem, bo Halszka nie wyglądała na przekonaną. – Chodziło mi o to, że on wyglądał, mówił i celowo zachowywał się tak, żebym wzięła go za prostego wieśniaka. Jestem o tym przekonana!

– Jasne, a ty dałaś się wkręcić jak dziecko. – Halszka znów się roześmiała i poklepała dziewczynę krzepiąco po ramieniu, strącając przy okazji z jej eleganckiego płaszcza resztki śniegu i słomy z sań. – Pociesz się, że nie ty jedna. Prawie każdy się nabiera. Maciek jest doskonałym aktorem. To jego kolejny talent.

– Ale przecież to… to okropne! I takie pretensjonalne! Tak samo jak gadanie o molekułach do kogoś, kto się na tym nie zna, jeszcze po francusku. Dlaczego on to robi? – spytała, teraz jeszcze bardziej rozgoryczona.

Chciała też dodać, że to nieeleganckie, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Coś jej podpowiadało, że Maciej po prostu się popisywał i usiłował błysnąć inteligencją, jednak nie przed Matyldą, ale przed Halszką, na której widok tak bardzo rozbłysły mu oczy.

– Ludzie z reguły tego oczekują, przaśnego wiejskiego folkloru, więc czemu miałby im go nie dać? Zwłaszcza że zwykle świetnie się przy tym bawią. Podobnie jak on.

Halszka, mówiąc to, roześmiała się szczerze. Nadal nie widziała niczego niestosownego w zachowaniu przyjaciela, a Matylda postanowiła nie burzyć tego obrazu. Uznała po cichu, że może wyniknąć z tego więcej korzyści niż strat.

– Może inni tak, ja nie! – burknęła dla zasady.

– Jak to? Przecież marzył ci się prawdziwy kulig i go miałaś.

– Właśnie, prawdziwy, a nie taki… na niby. Dlatego czuję się oszukana. To dotyczy też innych rzeczy, o których opowiadałaś, a których wcale tu nie ma – oznajmiła Matylda, nie kryjąc zawodu.

Nie była zła, ale było jej przykro i chciała, by Halszka to odczuła. Ona jednak okazała wyłącznie zdziwienie.

– Jakie inne rzeczy? Przecież jeszcze nic nie widziałaś.

Nadal stały na ganku. Zagadały się, zamiast wejść do środka, dlatego gospodyni, gdy zdała sobie z tego sprawę, odrobinę zakłopotana wykonała gościnny gest, otwierając drzwi, lecz Matylda w ogóle nie zwróciła na to uwagi.

– Opowiadałaś o drewnianej chatce, starej jak świat. A to jest zwyczajny dom, jakich pełno w niejednym mieście – dodała tonem pełnym żalu. – Oszukałaś mnie.

Westchnęła przeciągle i dla lepszego efektu pociągnęła żałośnie nosem.

– Tak uważasz? – Halszka w odpowiedzi postawiła koszyk z jajkami obok różowej walizki Matyldy i chwyciła się pod boki. – No to chodź!

– Dokąd?

– Zobaczysz.

Matylda kolejny raz westchnęła, znów na pokaz, tym razem z rezygnacją, i ruszyła nieśpiesznie za koleżanką.

Okrążyły wydeptaną ścieżką dom i przez rozklekotaną furtkę weszły do ogrodu, pustego i trochę smutnego o tej porze roku, bo pewnie latem i wiosną tętnił zielenią. Teraz ze zbitego śniegu wystawały tylko jakieś suche badyle i bezlistne krzaki. Nie było tu nic atrakcyjnego do oglądania, a już na pewno nie było się czym zachwycać. A tego właśnie oczekiwała Halszka, na co wskazywała jej mina.

– Co? – Matylda zatrzymała się i splotła ręce na piersiach.

– No masz! To, po co przyjechałaś. Wsiową chałupę.

– Gdzie? Tam? – Kiwnęła brodą i zerknęła podejrzliwie na niewielki budyneczek widoczny w prześwicie drzew.

Właściwie zauważyła go wcześniej, ale uznała za szopę ogrodową, drewutnię albo chlewik. Jednak gdy podeszła bliżej i przyjrzała się lepiej, z emocji wstrzymała oddech i dotknęła ściągniętych gęsią skórką policzków.

– Chatka z drewna i gliny! – wykrzyknęła radośnie. – Prawdziwa wiejska chałupa!

Nie była co prawda kryta strzechą, na co po cichu liczyła Matylda, tylko szarawym gontem, lecz wydawała się odpowiednio stara, zapadnięta, pociemniała, przekrzywiona i dzięki temu… idealna! Wprost przeurocza, bo choć brakowało jej malowanych okiennic, przez oszronione szyby można było dostrzec szydełkowe firaneczki i kwiaty doniczkowe na parapetach. Niektóre nawet kwitły!

Cudownie!

Halszka stanęła na palcach i sięgnęła po klucz leżący na framudze. Otworzyła drzwi. Skrzypnęły przyjemnie i swojsko. Odsunęła się, żeby Matylda mogła wejść pierwsza. Zrobiła to czym prędzej i aż pisnęła z emocji. W środku chatynka prezentowała się jeszcze lepiej niż na zewnątrz. Wszystko bez wyjątku było bardzo stare i pokryte delikatnie kurzem jak patyną.

Stary był zielony kredens zastawiony glinianymi naczyniami, nierówny drewniany stół i dwie ławy przykryte szmaciakami. Jeszcze starszy wydawał się rozłożysty piec z częścią do gotowania i przytulnym zapieckiem – w dodatku wyglądał, jakby ktoś ledwie przed chwilą wygasił w nim ogień. Stały na nim okopcone garnki, patelnie i rondle, a na okapie wisiały pęki ziół i nawleczone na sznurek grzyby. Przy żeliwnych drzwiczkach ktoś zostawił zabrudzoną węglarkę z popiołem, krzywy pogrzebacz, pleciony kosz pełen drewna i… pieniek z wbitą siekierą. Z kolei na przytulonej do pieca ogromnej zielonej skrzyni z siedziskiem i haftowanymi poduszkami można było przysiąść i ogrzać sobie plecy albo nawet się położyć.

Nieco dalej, nad wiadrem wypełnionym do połowy wodą wisiała makatka mówiąca o tym, że: Świeża woda zdrowia doda. Inne słowa, niestety niezbyt czytelne, można było dostrzec na kilku surowych tabliczkach wypalonych z gliny, powieszonych lub ustawionych w różnych miejscach.

Dziwne, dziwne – mruknęła Matylda. Dotąd nigdy się z czymś takim nie spotkała i już miała zapytać o ów zwyczaj, ale wtedy jej uwagę przykuło coś innego.

Przez uchylone drzwi dojrzała jeszcze jedną małą izbę, a tam szafę, malowany kufer i łóżko z wysokim zagłówkiem. Piętrzyły się na nim pierzyny przykryte kapą, niemalże pod sam sufit. Pomalowane na seledynowo ściany udekorowano świętymi obrazami oraz uroczym monidłem przedstawiającym parę nieśmiało uśmiechniętych nowożeńców, jak można było się domyślić, właścicieli chałupy, dawnych lub może obecnych?

Do nich zapewne należały też pozostałe wiekowe przedmioty, zdobiące oba pomieszczenia, część pewnie wykonana ręcznie, na przykład pasiaste chodniki, którymi zaścielono podłogę z desek pomalowanych farbą olejną.

Dzięki nim staroświeckie wnętrze, mimo panującego w domu chłodu, wydawało się ciepłe i przytulne.

Wprost idealne. Lepszego Matylda nie mogła sobie wymarzyć!

– Pójdę po walizkę – oznajmiła, obracając się na pięcie.

– A po co? – zdziwiła się Halszka.

– No jak to po co? Żeby się rozpakować.

– Ale że tutaj?

– Oczywiście. Przecież od początku mówiłam, że chcę do chatki.

– Myślałam, że to taka jakby metafora… wsi. Nie sądziłam, że na serio marzysz o tym, by zamieszkać w chałupie bez łazienki i innych wygód.

– Jak to, bez łazienki? – Matylda zrobiła wielkie oczy. – Znaczy, że nie ma tu gdzie się umyć?

– Jest. O tutaj. – Halszka wskazała wiadro i blaszaną miskę.

– A co z… no wiesz… z innymi sprawami?

– Za stodołą jest wychodek. Znaczy wygódka.

– Bez ogrzewania?

– Tyle, ile sama sobie nachuchasz. Do mycia też, rzecz jasna, trzeba zagrzać wodę na kuchni, jeśli nie chcesz pluskać się w zimnej. A wcześniej przynieść ją ze studni, jeżeli oczywiście akurat nie zamarznie.

– Wtedy najwyżej roztopię sobie trochę śniegu – oznajmiła niezrażona Matylda.

– Najpierw trzeba by napalić w piecu.

– Dam radę. Pokaż mi tylko co i jak.

Chwyciła dziarsko za siekierę, stęknęła i puściła trzonek, gdy nie udało się wydobyć ostrza z pieńka. Było jak przyklejone, choć nie wydawało się mocno wbite.

– Właśnie widzę – oznajmiła z przekąsem Halszka i wyciągnęła do niej rękę. – Nie wygłupiaj się i chodź do domu. Przygotowałam ci pokój. Żartowałam z tym wychodkiem i paleniem w piecu. Mamy łazienkę i centralne ogrzewanie. Serio, serio!

– Ale ja też nie żartowałam. Wolę zostać tutaj! Naprawdę!

– Nie możesz.

– Dlaczego?

– Bo tu mieszka Stefan, mój brat. Nie ma go akurat, odwiózł rodziców do naszej siostry, do Białegostoku, ale jutro wróci i nie będzie zadowolony, że ktoś zajął jego chałupę.

– Poproszę, żeby mi ją wynajął. Zapłacę.

– Przestań! Jesteś tu gościem. To znaczy w domu. – Halszka skinęła za siebie i zerknęła trochę nerwowo na zegarek. – I naprawdę musimy już iść, babcia zaraz skończy odmawiać różaniec.

– A co to ma do rzeczy?

– Nie powinna być długo sama. Nie czuje się ostatnio najlepiej. Trochę miesza jej się w głowie i bywa nieprzewidywalna. Może zrobić coś głupiego.

– I dopiero teraz sobie o tym przypomniałaś?

– Przecież mówię, że się modli. To jedyny czas, kiedy mogę pokręcić się dłużej po obejściu, nakarmić kury i w ogóle. Potem muszę prędko wracać, bo jak babunia zauważy, że mnie nie ma, rozpocznie poszukiwania. Szkoda czasu, chodź! – ponagliła. – Zjesz coś ciepłego, odświeżysz się, odpoczniesz i potem sobie tu wrócisz, jeżeli nadal będziesz chciała.

– Czyli jednak mogę tu zamieszkać? – Matylda zatarła z radości ręce.

– Do jutra. Potem… to już zależy od Stefana. Ale raczej nie zechce wyprowadzić się z chaty nawet na trochę. To jego miejsce. Nie lubi, jak ktoś się tu kręci.

– Przekonam go. Zobaczysz.

Halszka nie odpowiedziała, zacisnęła usta i potrząsnęła głową.

Matylda zastanawiała się, co to może oznaczać. Niewiele wiedziała o bracie koleżanki. Tylko że był od niej sporo starszy. I pewnie nie miał żony, skoro mieszkał w chacie sam. Jednak wcale nie musiał być singlem. Niektóre pary żyły ze sobą na odległość. Z drugiej strony, ludzie ze wsi bywali pod tym względem bardzo konserwatywni. Każdy związek kobiety i mężczyzny prędzej czy później musiał skończyć się ślubem. Po bożemu. Najlepiej z hucznym weselichem na czterysta osób i koniecznie z chrzcinami dziewięć miesięcy później.

Zachichotała cicho, gdy porównała to z własnym trybem życia. Pewnie gdyby tutejsi wieśniacy wiedzieli o jej niemoralnym prowadzeniu się, nazwaliby ją gorszycielką i wywieźli na wozie z gnojem, jak Jagnę Borynową. Lepiej więc było stworzyć należyte pozory i zachowywać się przyzwoicie, udawać cnotliwą i pobożną pannę. Nie wydawało się to trudne, wobec braku potencjalnych pokus, jak to na wsi, i w dodatku mogło okazać się zabawne. Zwłaszcza że Matylda i tak nie planowała w najbliższym czasie żadnych miłosnych przygód ani tym bardziej romansów.

A co, jeżeli brat Halszki okaże się przystojny i do tego zacznie ją uwodzić? Znów uśmiechnęła się do siebie. Wtedy już na pewno nie musiałaby wyprowadzać się z chałupy.

Taki scenariusz wydał jej się całkiem możliwy. Pewnie tutaj, na wsi rzadko spotykał tak zadbane i eleganckie kobiety, pachnące drogimi perfumami i miejskim szykiem, o ile mężczyzna nie był drugim Maciejem, który bywał w świecie i w przeciwieństwie do innych widział wiele. Ale jeżeli nie był i przez całe życie mieszkał przykładnie na wsi, należało się spodziewać, że zechce skorzystać z okazji i posmakować nowego.

Dla niej zresztą byłoby to też całkiem nowe doświadczenie. Co prawda obiecała sobie przez jakiś czas ignorować mężczyzn, ale co szkodziło raz zrobić wyjątek? Mogłaby się przy okazji trochę rozerwać, na początku niby się opierać, nieśmiało krygować, by podsycić apetyt adoratora, a potem wydzielać mu miłosny tort po kawałeczku. Brzmiało całkiem zabawnie, urozmaiciłoby pobyt na wsi i zrekompensowało lichy, jak zdążyła się zorientować, internet.

Podążając po schodach za milczącą Halszką, Matylda rozmarzyła się tak bardzo, że omal nie zapomniała zabrać po drodze walizki pełnej stonowanych ubrań – dresowych spodni, długich spódnic i szerokich swetrów, ponieważ głównie takie ze sobą zabrała. Innych, bardziej szykownych, wzięła tylko parę sztuk, na wszelki wypadek, bo raczej nie zamierzała ich wkładać. Planowała ubierać się skromnie i tak też zachowywać.

Ta myśl ją nieco otrzeźwiła i przywołała do porządku.

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! – zrugała się w duchu za to, co jeszcze chwilę temu chodziło jej po głowie. Żadnych facetów! Przez najbliższy tydzień będzie żyć jak mniszka albo przynajmniej tak, jak tutejsi ludzie. Przykładnie i przyzwoicie, bez szaleństw i miejskich ekstrawagancji.

– Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak, jak ony, czy jakoś tak – mruknęła do siebie.

Ponadto obiecała sobie odpocząć od mężczyzn, nabrać dystansu do nich i ogólnie do życia. Odetchnąć wreszcie pełną piersią zdrowym wiejskim powietrzem.

– Auć! – jęknęła, gdy jej równowaga, nie tylko ta wewnętrzna, nieoczekiwanie została zachwiana, i to dosłownie, a nerwy wystawione na kolejną próbę.

– Dorcia przyjechała!

Krzyk rozległ się tuż przy uchu Matyldy. Gdy przekroczyła próg domu, ktoś rzucił jej się na szyję i przyciągnął do siebie tak mocno, że omal nie udusił.

– Nie, nie, babuniu, to nie Dorcia – powiedziała Halszka, odrywając delikatnie od Matyldy maleńką, drobniuteńką, i jak się okazywało, zadziwiająco silną i zwinną staruszkę. – To jest Matylda, moja koleżanka.

– Nie Dorcia?

Babunia przyglądała się podejrzliwie okutanej szalikiem Matyldzie, wciąż nieprzekonana. Do piersi przyciskała różaniec z drewnianych koralików, który chwilę wcześniej, przy okazji uścisku wbiła gościowi pod obojczyk.

– Tak, tak, nie Dorcia – potwierdziła skwapliwie Matylda, odsłaniając na dowód twarz i masując przy okazji obolałą szyję.

Zastanawiała się, kim jest Dorcia i czy rzeczywiście są do siebie tak podobne, że ktoś je pomylił.

– Nie Dorcia – zgodziła się staruszka, przyglądając się jej badawczo. W jej głosie dało się słyszeć zawód, a na twarzy odmalował się smutek. – A gdzie Dorcia? – zwróciła się do wnuczki.

– No właśnie? – Matylda zdjęta współczuciem przyłączyła się do pytania.

Ponadto sama też była ciekawa, choć nie tego, gdzie jest, ale kim jest.

– Mówiłam, babciu, Dorcia nie przyjedzie. Przecież wiesz, ma nowego dzidziusia, musi się nim opiekować – odparła Halszka znużonym tonem, jakby powtarzała to setki razy. – To moja starsza siostra – wyjaśniła Matyldzie. – Urodziła miesiąc przed terminem. Z małym jest już dobrze i pewnie na święta wypiszą go ze szpitala, ale ona nadal nie czuje się najlepiej. Dlatego Stefan zawiózł do niej rodziców, żeby pomogli przy starszych dzieciakach.

– Jest samotną matką? – Matylda pokiwała ze zrozumieniem głową.

– Oczywiście, że nie! Skąd ten pomysł?

– Skoro potrzebuje opieki do dzieci, uznałam, że tatusia nie ma. Ale jeśli jest, jak widać, nie ma ochoty się nimi zajmować. Naprawdę mi przykro i bardzo współczuję twojej siostrze.

– Niepotrzebnie, bo mój szwagier nie jest jakimś samolubnym draniem, zajmuje się dziećmi i domem. Nie musisz powielać stereotypów i łapać mnie za słówka, jak jakaś nawiedzona feministka. I nie myśl, że nie popieram równouprawnienia, bo popieram, i to bardzo, ale wkurza mnie nadgorliwość. Nie da się wszystkich obowiązków podzielić równo na pół, zwłaszcza gdy trzeba chodzić do pracy. W takiej sytuacji ciężko ogarnąć cały dom.

– Dlaczego? Wiele kobiet pracuje, a mimo to ogarnia i dzieci, i dom.

– Mężczyźni z zasady bywają gorzej zorganizowani – odparła niecierpliwie Halszka, nim zdążyła ugryźć się w język.

– O to, to! – podchwyciła babcia, kiwając poważnie głową. – Chłop, to zawsze chłop. Nie ma bata.

– Oj tam! Bez przesady. – Matylda przewróciła demonstracyjnie oczami. – Poradziłby sobie, gdyby musiał.

– Pewnie tak. Na szczęście nie musi, bo ktoś mu pomoże. I przede wszystkim Dorocie. Przez najbliższe dni na pewno będzie jej ciężko, zwłaszcza w tak szczególny czas, kiedy rodzina powinna być razem, jak co roku.

– Czy to znaczy, że twoi rodzice nie wrócą do domu na święta?

– Na to wygląda.

– Ale jak to? Co ty mówisz?! To nie będzie prawdziwej wigilii? Przy rodzinnym stole i… tak w ogóle? – zmartwiła się Matylda, do której dopiero teraz dotarło, z czym wiąże się nieobecność gospodarzy. – To po co ja tu właściwie przyjechałam?

– Myślałam, że chcesz sobie odpocząć na wsi.

– I posmakować tutejszej tradycji. Poczuć klimat prawdziwych rodzinnych świąt!

– Nie jesteśmy twoją rodziną, więc jakie to ma znaczenie? – zdziwiła się Halszka. – To znaczy, chodziło mi o to, że przecież nikt nie odwoła Bożego Narodzenia tylko dlatego, że będzie nas trochę mniej. Zwłaszcza że w tym roku mamy specjalnego gościa, ciebie – poprawiła się szybko na widok nieszczęśliwej miny koleżanki i poklepała ją krzepiąco po ramieniu. – Będzie fajnie, zobaczysz. Urządzimy prawdziwe i baaardzo klimatyczne święta we czwórkę. Ja, ty, babunia i Stefan.

– Jesteś pewna, że wróci do tej pory? Chociaż on? – spytała Matylda niby od niechcenia, pociągając demonstracyjnie nosem.

Z jakiegoś powodu nie mogła przestać myśleć o bracie Halszki i o przelotnym romansie, którego miało nie być, bo tak sobie obiecała.

– Mówiłam przecież, przyjedzie jutro. Do tego czasu możesz cieszyć się chatką, ile zechcesz.

– Potem też nie oddam jej bez walki – oznajmiła z przekonaniem.

– Albo uciekniesz stamtąd jeszcze tej nocy.

– Bo co?

– Sama zobaczysz. – Halszka uśmiechnęła się tajemniczo i odrobinę złowieszczo.

– Ale że co? Że niby w chacie straszy? Bo ja wcale się nie boję! Nawet chętnie spotkałabym takiego ducha. Byłoby to całkiem ciekawe doświadczenie. Miałabym o czym pisać na Facebooku. Może udałoby się mu cyknąć fotkę? – zażartowała, myśląc o tym, że najwyższy czas na nowego posta. Nie odzywała się do swoich followersów od wczoraj, a to było zdecydowanie za długo, mogli zacząć się martwić.

No cóż, trudno, westchnęła. W tej chwili miała na głowie ważniejsze sprawy.

– Duchy, to nic w porównaniu z tym, co cię tam spotka naprawdę – oznajmiła Halszka ku jej zaskoczeniu.

– Tym bardziej nie mogę się doczekać – odparła zdecydowanie Matylda, kładąc dłoń na uchwycie walizki na znak, że nic nie skłoni jej do zmiany zdania.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Renata Kosin, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Emotion Media

Zdjęcie na okładce: © malykalexa777/Adobe Stock

 

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Skład, łamanie i korekta: „DARKHART”

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8195-790-8

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.