Dziewiąty dom - Leigh Bardugo - ebook

Dziewiąty dom ebook

Leigh Bardugo

4,3

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Hipnotyzujący debiut w powieściach dla dorosłych Leigh Bardugo. Opowieść o władzy, przywilejach, mrocznej magii i morderstwie pośród elity z Ivy League.

Alex Stern to ostatnia dziewczyna, jaka mogłaby znaleźć się na pierwszym roku w Yale. Rzuciła szkołę i jako jedyna przeżyła potworną, niewyjaśnioną zbrodnię. Ostatnie, czego chce, to sprawiać kłopoty, zwłaszcza kiedy Yale może być dla niej nowym początkiem. Jednak darmowa nauka na jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów wiąże się z pewnym haczykiem.

Alex ma za zadanie monitorować tajemnicze poczynania tajnych stowarzyszeń w Yale, stowarzyszeń, z których wywodzi się wielu najsłynniejszych i najbardziej wpływowych ludzi świata. Teraz na kampusie znaleziono martwą dziewczynę i wydaje się, że tylko Alex nie akceptuje sposobu, w jaki policja i uniwersytecka administracja wyjaśniły jej śmierć.

Alex wie, że tajne stowarzyszenia są o wiele bardziej złowieszcze i nadzwyczajne, niż ktokolwiek sobie wyobraża.

Tajne stowarzyszenia parają się zakazaną magią. Wskrzeszają umarłych. A czasem żerują na żywych…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 588

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Od autorki

Od autorki

Sto­wa­rzy­sze­nia na Uni­wer­sy­te­cie Yale i ich wybitni wycho­wan­ko­wie to rzecz jak naj­bar­dziej praw­dziwa, ale postaci i wyda­rze­nia opi­sane na tych stro­nach to owoc wyobraźni autorki i o ile mi wia­domo, nikt ni­gdy nie posłu­żył się magią, żeby usta­wiać wyniki wybo­rów.

Ay una moza y una moza que nonse espanta de la muerte porque tiene padre y madre y sus doge her­ma­nos caza­dos. Caza de tre taba­ca­des y un cor­tijo enla­driado. En medio de aquel cor­tijo havia un man­sa­nale que da man­sa­nas de amo­res en vierno y en verano. Adien­tro de aquel cor­tijo siete gru­tas hay fra­gu­ada. En cada gruta y gruta ay echado cade­nado… El huerco que fue ligero se entró por el cade­nado.

La Moza y El Huerco

Jest taka dziew­czyna, która nie boi się śmierciBo ma ojca i matkę, i dwu­na­stu braci myśli­wych,Dom z trzema pię­trami i zagrodę,A pośrodku farmy jabłoń, co rodzi jabłka miło­sne zimą i latem.Na far­mie jest sie­dem pie­czar,A każda z nich zamknięta na kłódkę…Śmierć była świa­tłem i zakra­dła się przez dziurkę od klu­cza.

Śmierć i dziew­czyna, bal­lada sefar­dyj­ska

Pro­log. Począ­tek wio­sny

Pro­log

POCZĄ­TEK WIO­SNY

Zanim Alex zdo­łała pozbyć się krwi ze swo­jego porząd­nego weł­nia­nego płasz­cza, zro­biło się za cie­pło na jego nosze­nie. Wio­sna nade­szła nie­chęt­nie; bla­do­nie­bie­skim poran­kom nie uda­wało się nabrać inten­syw­no­ści, zamiast tego od razu prze­cho­dziły w wil­gotne, posępne popo­łu­dnia, upo­rczywy mróz obrę­biał drogę wyso­kimi, brud­nymi be­zami. Jed­nak gdzieś w poło­wie marca kawałki traw­nika mię­dzy kamien­nymi ścież­kami Sta­rego Kam­pusu zaczęły wynu­rzać się spod top­nie­ją­cego śniegu wil­gotne, czarne i pokryte kęp­kami zmierz­wio­nej trawy, a Alex zła­pała się na tym, że tkwi na sie­dzi­sku w oknie w jed­nym z poko­jów ukry­tych na ostat­nim pię­trze budynku nr 268 przy York Street i czyta Suge­ro­wane wyma­ga­nia dla kan­dy­da­tów do Domu Lete.

Sły­szała tyka­nie zegara na kominku oraz dźwięki dzwonka, gdy klienci wcho­dzili do sklepu odzie­żo­wego na dole i z niego wycho­dzili. Tajne pokoje nad skle­pem człon­ko­wie Lete nazy­wali czule Klitką, zaś w lokalu poni­żej w róż­nych okre­sach mie­ścił się sklep obuw­ni­czy, sklep ze sprzę­tem myśliw­skim i tury­stycz­nym oraz czynny cało­do­bowo mini­mar­ket Wawa z okien­kiem Taco Bell. Pamięt­niki człon­ków Lete z tego okresu pełne są narze­ka­nia na smród odsma­ża­nej fasoli i gril­lo­wa­nej cebuli prze­sią­ka­jący z dołu – aż do 1995 roku, kiedy ktoś zacza­ro­wał Klitkę oraz tylną klatkę scho­dową pro­wa­dzącą do zaułka, żeby zawsze pach­niały pły­nem do zmięk­cza­nia tka­nin i goź­dzi­kami.

Alex odkryła bro­szurkę z zale­ce­niami dla Domu Lete w cza­sie tych męt­nych tygo­dni po incy­den­cie w rezy­den­cji przy Orange Street. Od tam­tego czasu tylko raz spraw­dziła swoją pocztę na sta­rym kom­pu­te­rze w Klitce – zoba­czyła długi łań­cu­szek wia­do­mo­ści od dzie­kana San­dowa i zaraz się wylo­go­wała. Pozwo­liła, żeby bate­ria w jej tele­fo­nie roz­ła­do­wała się, igno­ro­wała zaję­cia i patrzyła, jak gałę­zie wypusz­czają pączki liści na knyk­ciach niczym kobieta przy­mie­rza­jąca pier­ścionki. Wyja­dła całe jedze­nie ze spi­żarki i zamra­żarki – naj­pierw deli­ka­te­sowe sery i wędzo­nego łoso­sia, a potem puszki z fasolką i z brzo­skwi­niami w syro­pie z pude­łek opi­sa­nych jako żela­zne racje. Kiedy i one się skoń­czyły, zaczęła gorącz­kowo zama­wiać jedze­nie na wynos, obcią­ża­jąc za wszystko wciąż aktywne konto Dar­ling­tona. Zej­ście scho­dami i powrót były dla niej dosta­tecz­nie męczące, żeby musiała odpo­cząć, zanim rzu­cała się na lunch albo obiad. Cza­sem w ogóle nie zawra­cała sobie głowy jedze­niem i po pro­stu zasy­piała na sie­dzi­sku w oknie albo na pod­ło­dze obok pla­sti­ko­wych toreb i zawi­nię­tych w folię pojem­nicz­ków. Nikt nie przy­szedł spraw­dzić, co u niej. Nie został nikt, kto mógłby to zro­bić.

Bro­szurkę wydru­ko­wano tan­det­nie, spięto w sko­ro­szy­cie z czarno-bia­łym obraz­kiem przed­sta­wia­ją­cym Hark­ness Tower na okładce i napi­sem „Jeste­śmy paste­rzami” poni­żej. Wąt­piła, żeby zało­ży­ciele Domu Lete mieli na myśli Johnny’ego Casha, gdy wybie­rali motto, ale za każ­dym razem, gdy widziała te słowa, myślała o okre­sie Bożego Naro­dze­nia, gdy leżała na sta­rym mate­racu u Lena w Van Nuys, pokój się krę­cił, nie­do­je­dzona puszka sosu żura­wi­no­wego stała obok niej na pod­ło­dze, a Johny Cash śpie­wał: „Jeste­śmy paste­rzami, prze­wę­dro­wa­li­śmy przez góry. Zosta­wi­li­śmy nasze stada, gdy poja­wiła się nowa gwiazda”. Myślała o Lenie, który obró­cił się do niej, wsu­nął rękę pod jej koszulkę i zamru­czał jej do ucha: „Do bani ci paste­rze”.

Wytyczne doty­czące kan­dy­da­tów do Domu Lete umiesz­czono pod koniec bro­szurki i ostat­nim razem uak­tu­al­niano je w 1962 roku.

Wyso­kie osią­gnię­cia aka­de­mic­kie, w szcze­gól­no­ści w histo­rii i che­mii.

Zdol­no­ści języ­kowe i prak­tyczna zna­jo­mość łaciny i greki.

Dobre zdro­wie fizyczne i higiena oso­bi­sta. Mile widziane oznaki regu­lar­nej dba­ło­ści o spraw­ność fizyczną.

Widoczne prze­jawy sta­tecz­nego cha­rak­teru i zami­ło­wa­nie do dys­kre­cji.

Zain­te­re­so­wa­nie wie­dzą tajemną nie jest dobrze widziane, ponie­waż czę­sto sta­nowi wskaź­nik skłon­no­ści do bycia „wyrzut­kiem”.

Brak nad­mier­nej wraż­li­wo­ści, gdy w grę wcho­dzą realia ludz­kiej ana­to­mii.

MORS VIN­CIT OMNIA.

Alex, któ­rej zna­jo­mość łaciny była dalece nie­za­do­wa­la­jąca, musiała spraw­dzić zna­cze­nie tej sen­ten­cji: „Śmierć wszystko zwy­cięża”. Jed­nak na mar­gi­ne­sie ktoś naba­zgrał irru­mat nad vin­cit, nie­mal cał­ko­wi­cie zama­zu­jąc ory­gi­nalne słowo nie­bie­skim dłu­go­pi­sem.

Pod wyma­ga­niami Lete wid­niał dopi­sek: „Wymogi wobec kan­dy­da­tów obni­żono w dwóch wypad­kach: Lowella Scotta (licen­cjat z lite­ra­tury angiel­skiej, 1909) i Sinc­la­ira Bella Bra­ver­mana (bez dyplomu, 1950) z mie­sza­nymi skut­kami”.

Dopi­sano tam też drugą adno­ta­cję na mar­gi­ne­sie, kan­cia­stymi jak zapis EKG bazgro­łami, nie­wąt­pli­wie nale­żą­cymi do Dar­ling­tona: „Alex Stern”. Pomy­ślała o nasią­ka­ją­cym krwią dywa­nie w sta­rej rezy­den­cji Ander­sona. Pomy­ślała o dzie­ka­nie, który pobie­lał na widok wysta­ją­cej mu z nogi kości udo­wej, i o smro­dzie dzi­kich psów wypeł­nia­ją­cym powie­trze.

Alex odsta­wiła pojem­nik z folii alu­mi­nio­wej z zim­nym fala­fe­lem z Mamoun’s, otarła ręce o dres Domu Lete. Pokuś­ty­kała do łazienki, otwo­rzyła fiolkę z zol­pi­de­mem i wło­żyła jedną pigułkę pod język. Pod­su­nęła zło­żoną dłoń pod kran i patrzyła, jak woda opływa jej palce, słu­chała ponu­rego bul­gotu dobie­ga­ją­cego z odpływu. „Wymogi wobec kan­dy­da­tów obni­żono w dwóch wypad­kach”.

Po raz pierw­szy od tygo­dni spoj­rzała, jak posi­nia­czona dziew­czyna w obry­zga­nym wodą lustrze pod­ciąga pod­ko­szulkę. Ropa popla­miła bawełnę na żółto. Rana w boku Alex była głę­boką wklę­sło­ścią pokrytą zakrze­płą czer­nią. Ugry­zie­nie zosta­wiło widoczny łuk, o któ­rym wie­działa, że źle się zagoi, o ile w ogóle. Jej mapa się zmie­niła, linia brze­gowa się prze­kształ­ciła. Mors irru­mat omnia. Śmierć dyma nas wszyst­kich.

Alex deli­kat­nie dotknęła roz­pa­lo­nej czer­wo­nej skóry wokół śla­dów zębów. Rana była zaka­żona. To ją tro­chę mar­twiło, umysł pró­bo­wał obu­dzić jej instynkt samo­za­cho­waw­czy, ale myśl o się­gnię­ciu po tele­fon i poje­cha­niu do przy­chodni dla stu­den­tów – o sekwen­cji dzia­łań, jakie każde nowe dzia­ła­nie zapo­cząt­kuje – była przy­tła­cza­jąca, a przy­tę­pione cie­płe rwa­nie w ciele, które wznie­cało w sobie pożar, stało się nie­mal kojące. Może dosta­nie gorączki i zacznie mieć zwidy.

Obrzu­ciła spoj­rze­niem łuk żeber. Nie­bie­skie żyłki pod bled­ną­cymi sinia­kami przy­po­mi­nały zrzu­cone druty wyso­kiego napię­cia. Jej usta wyglą­dały jak pokryte puchem z powodu spierzch­nię­tej skóry. Pomy­ślała o swoim imie­niu i nazwi­sku wypi­sa­nych na mar­gi­ne­sie bro­szurki – trzeci przy­pa­dek.

– Skutki są zde­cy­do­wa­nie mie­szane – powie­działa i zdzi­wiła się, jak zgrzy­tli­wie brzmi jej wła­sny głos.

Roze­śmiała się i odnio­sła wra­że­nie, że odpływ umy­walki jej zawtó­ro­wał. Może już miała gorączkę.

W sil­nym jarze­nio­wym świe­tle lamp łazien­ko­wych zła­pała brzegi ugry­zie­nia i wbiła palce w ranę, szczy­piąc ciało przy szwach, aż ból okrył ją niczym pele­ryna i wycze­ki­wana ciem­ność gwał­tow­nie napły­nęła.

To była wio­sna. Jed­nak kło­poty zaczęły się nocą w samym środku ciem­nej zimy, kiedy Tara Hut­chins umarła, a Alex wciąż myślała, że wszystko jej się upie­cze.

Czaszka i Kości, naj­star­sze ze sto­wa­rzy­szeń rezy­den­cjal­nych, pierw­szy z ośmiu Domów Zasłony, zało­żony w 1832 roku. Kościeje mogą szczy­cić się więk­szą liczbą pre­zy­den­tów, wydaw­ców, magna­tów prze­my­sło­wych i człon­ków rządu niż jakie­kol­wiek inne sto­wa­rzy­sze­nie (pełna lista wycho­wan­ków znaj­duje się w Anek­sie C) i być może słowo „szczy­cić się” jest tu naj­wła­ściw­sze. Kościeje są świa­domi swo­ich wpły­wów i ocze­kują sza­cunku ze strony dele­ga­tów Lete. Powinni jed­nak pamię­tać wła­sne motto: „Bogaci i biedni – wszy­scy są równi w obli­czu śmierci”. Zacho­wuj­cie się powścią­gli­wie i postę­puj­cie dyplo­ma­tycz­nie, jak naka­zuje wasz urząd i zwią­zek z Lete, ale zawsze pamię­taj­cie, że naszym obo­wiąz­kiem nie jest umac­niać naj­lep­szych i naj­by­strzej­szych z Yale w ich próż­no­ści, ale stać mię­dzy żywymi i umar­łymi.

z Życie Lete: pro­ce­dury i pro­to­koły Dzie­wią­tego Domu

Kościeje uwa­żają się za tyta­nów pośród pro­stacz­ków i to może wner­wiać. Jed­nak kim jestem, żeby się cze­piać, kiedy drinki są mocne, a dziew­częta śliczne?

Pamięt­nik Geo­rge’a Petita z cza­sów w Lete (Say­brook Col­lege ’56)

1. Zima

1

ZIMA

Alex prze­mie­rzała pośpiesz­nie roz­le­głą, nie­ziem­ską płasz­czy­znę Beinecke Plaza, jej buty łomo­tały na pła­skich kwa­dra­tach czy­stego betonu. Gigan­tyczny sze­ścian ze zbio­rem ksiąg rzad­kich wyda­wał się szy­bo­wać nad par­te­rem. Za dnia jego panele jarzyły się bursz­ty­nowo jak wypo­le­ro­wany złoty ul; bar­dziej przy­po­mi­nał świą­ty­nię niż biblio­tekę. Nocą wyglą­dał po pro­stu jak gro­bo­wiec. Ta część kam­pusu nie paso­wała do reszty Yale; bra­ko­wało tu sza­rego kamie­nia i gotyc­kich łuków, małych bun­tow­ni­czych ostań­ców w postaci budyn­ków z czer­wo­nej cegły, które – jak wyja­śnił jej Dar­ling­ton – nie były naprawdę kolo­nialne, a jedy­nie miały tak wyglą­dać. Wymie­nił powody, dla któ­rych Biblio­tekę Beinecke zbu­do­wano wła­śnie w taki spo­sób – budy­nek miał być zwier­cia­dłem dla pozo­sta­łych budowli i dzięki temu wpa­so­wać się w archi­tek­turę kam­pusu, ale dla niej na­dal wyglą­dał jak coś rodem z fil­mów fan­ta­styczno-nauko­wych z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Łapała się na tym, że stu­denci powinni tam nosić try­koty albo za krót­kie tuniki, pić coś, co się nazywa Eks­trak­tem, i spo­ży­wać jedze­nie w postaci pigu­łek. Nawet wielka meta­lowa rzeźba, która – jak teraz wie­działa – była dzie­łem Ale­xan­dra Cal­dera, przy­po­mi­nała jej ogromną lampę lawę w nega­ty­wie.

– To Cal­der – mruk­nęła pod nosem.

W taki spo­sób ludzie mówili tutaj o sztuce. Nic nie było tu czy­imś dzie­łem. Ta rzeźba to jest Cal­der. Ten obraz to Rothko. Ten dom to Neu­tra.

A Alex była spóź­niona. Zaczęła wie­czór z naj­lep­szymi inten­cjami. Posta­no­wiła sobie wziąć się solid­nie za esej na zaję­cia ze współ­cze­snej powie­ści bry­tyj­skiej i wyjść odpo­wied­nio wcze­śnie, żeby mieć mnó­stwo czasu na dotar­cie na wiesz­cze­nie. Zasnęła jed­nak w jed­nej z czy­telni w Biblio­tece Ster­linga z egzem­pla­rzem Nostromo w wiot­kiej ręce i sto­pami opar­tymi o prze­wód grzew­czy. O wpół do jede­na­stej obu­dziła się rap­tow­nie ze śliną ście­ka­jącą jej po policzku. „Psia­krew”, które jej się wyrwało, ponio­sło się w ciszy biblio­teki jak wystrzał ze strzelby. Scho­wała twarz w sza­liku, zarzu­ciła torbę na ramię i chył­kiem ucie­kła.

Teraz szła na skróty przez Jadal­nię i pod rotundą, gdzie głę­boko wyżło­bio­nymi w mar­mu­rze lite­rami wypi­sano nazwi­ska pole­głych w woj­nie. Czu­wały tam kamienne posągi, per­so­ni­fi­ka­cje Pokoju, Poświę­ce­nia, Pamięci i wresz­cie Odwagi, która miała hełm, tar­czę i nie­wiele wię­cej i zawsze koja­rzyła się Alex bar­dziej ze strip­ti­zerką niż żałob­ni­kiem. Alex zbie­gła po scho­dach i prze­mknęła przez skrzy­żo­wa­nie Col­lege Street i Grove Street.

Kam­pus miał skłon­ność do zmie­nia­nia twa­rzy z godziny na godzinę i wraz z kolej­nymi prze­czni­cami, przez co Alex wiecz­nie miała wra­że­nie, że widzi go po raz pierw­szy. Tego wie­czoru wyglą­dał jak luna­tyk, który oddy­cha głę­boko i spo­koj­nie. Ludzie, któ­rych mijała po dro­dze do SSS, spra­wiali wra­że­nie zamknię­tych we śnie, patrzyli łagod­nie, twa­rze mieli zwró­cone ku sobie nawza­jem wśród pary uno­szą­cej się z kub­ków z kawą, trzy­ma­nych w dło­niach w ręka­wicz­kach. Ogar­nęło ją upiorne wra­że­nie, że śnią o niej – o dziew­czy­nie w ciem­nym płasz­czu, która znik­nie, gdy oni się obu­dzą.

Shef­field-Ster­ling-Stra­th­cona Hall też drze­mał, sale wykła­dowe były szczel­nie zamknięte, kory­ta­rze zalane ener­go­osz­częd­nym pół­świa­tłem. Alex weszła scho­dami na pierw­sze pię­tro i usły­szała hałas nio­sący się echem z jed­nej z sal wykła­do­wych. Yale Social wyświe­tlał tam w czwart­kowe wie­czory filmy. Mercy przy­cze­piła pinez­kami pro­gram do ich drzwi w aka­de­miku, ale Alex nie zawra­cała sobie głowy jego czy­ta­niem. Była zajęta w czwartki.

Tripp Hel­muth gar­bił się przy ścia­nie obok drzwi do sali wykła­do­wej. Ski­nął do niej głową, patrząc spod cięż­kich powiek. Nawet w sła­bym świe­tle widziała, że ma prze­krwione oczy. Nie­wąt­pli­wie palił, zanim przy­szedł tu dziś wie­czo­rem. Może dla­tego starsi Kościeje posta­wili go przy drzwiach, żeby pil­no­wał wej­ścia. A może zgło­sił się na ochot­nika.

– Spóź­ni­łaś się – powie­dział. – Już zaczęli.

Alex udała, że go nie sły­szy. Obej­rzała się przez ramię, żeby mieć pew­ność, że kory­tarz jest pusty. Nie musiała tłu­ma­czyć się Trip­powi, zresztą wyszłaby na sła­be­usza, gdyby spró­bo­wała. Przy­ci­snęła kciuk do led­wie widocz­nego nacię­cia w boaze­rii. Ściana powinna otwo­rzyć się gładko, ale jak zawsze się zacięła. Alex popchnęła ją mocno ramie­niem i potknęła się, gdy przej­ście nie­spo­dzie­wa­nie się otwo­rzyło.

– Spo­koj­nie, kozaku – powie­dział Tripp.

Alex zatrza­snęła za sobą drzwi i prze­pchnęła się wąskim przej­ściem w ciem­no­ści.

Nie­stety Tripp miał rację. Wiesz­cze­nie już się zaczęło. Alex weszła do daw­nej sali ope­ra­cyj­nej naj­ci­szej, jak zdo­łała.

To była sala pozba­wiona okien, wci­śnięta mię­dzy salę wykła­dową i salę lek­cyjną, w któ­rej dok­to­ranci spo­ty­kali się na semi­na­riach. To była zapo­mniana pozo­sta­łość daw­nej szkoły medycz­nej, któ­rej zaję­cia odby­wały się tutaj, w SSS, zanim prze­nio­sła się do wła­snych budyn­ków. Zarządcy fun­da­cji, która zało­żyła sto­wa­rzy­sze­nie Czaszki i Kości, na stałe zamknęli wej­ście do sali i ukryli pod nową boaze­rią około 1932 roku. Wszyst­kie te fakty Alex poznała dzięki lek­tu­rze kom­pen­dium Lete: Spu­ści­zna, cho­ciaż pew­nie powinna czy­tać w tym cza­sie Nostromo.

Nikt nawet nie zer­k­nął w jej stronę. Wszy­scy patrzyli na haru­spika, jego szczu­pła twarz była ukryta za maseczką chi­rur­giczną, bla­do­nie­bie­ski strój był zbry­zgany krwią. Jego oble­czone w latek­sowe ręka­wiczki dło­nie poru­szały się meto­dycz­nie we wnętrz­no­ściach… pacjenta? Bada­nego obiektu? Ofiary? Alex nie bar­dzo wie­działa, jakim ter­mi­nem okre­ślić męż­czy­znę na stole. Nie „ofiara”. „Ten czło­wiek powi­nien prze­żyć” – pomy­ślała. Dopil­no­wa­nie tego to część jej zada­nia. Zadba, żeby prze­brnął przez tę ciężką próbę i wró­cił bez­piecz­nie na szpi­talny oddział, z któ­rego go zabrano. „A co będzie za rok? – zasta­na­wiała się. – Za pięć lat?”.

Zer­k­nęła na męż­czy­znę na stole. Michael Reyes. Czy­tała jego teczkę dwa tygo­dnie temu, kiedy wybrano go do rytu­ału. Płaty skóry na brzu­chu roz­chy­lono mu sta­lo­wymi klam­rami i jego wnętrz­no­ści wyglą­dały jak roz­kwi­tła, pulchna różowa orchi­dea, plu­szowa i czer­wona pośrodku. „Powiedz­cie mi, że nie zosta­nie po tym ślad”. Musiała jed­nak mar­twić się o wła­sną przy­szłość. Reyes jakoś sobie pora­dzi.

Alex odwró­ciła wzrok, sta­rała się oddy­chać przez nos, kiedy żołą­dek jej się burzył i ślina o mie­dzia­nym posmaku wypeł­niła jej usta. Widziała mnó­stwo potwor­nych obra­żeń, ale zawsze na mar­twych. Było coś znacz­nie gor­szego w żywej ranie, ludz­kim ciele trzy­ma­ją­cym się życia jedy­nie za pomocą mia­ro­wego, meta­licz­nego pika­nia moni­tora. Miała w kie­szeni sło­dzony imbir na mdło­ści – jedna z rad od Dar­ling­tona – ale nie mogła zmu­sić się, żeby go wyjąć i odwi­nąć z papierka.

Zamiast tego zawie­siła wzrok gdzieś w prze­strzeni, pod­czas gdy haru­spik wypo­wia­dał serię cyfr i liter – sym­bole akcji i gieł­do­wych kur­sów firm, które weszły na nowo­jor­ską giełdę pie­niężną. Póź­niej tego wie­czoru przej­dzie do NASDAQ, Euro­ne­xtu i ryn­ków azja­tyc­kich. Alex nie zawra­cała sobie głowy ich roz­szy­fro­wy­wa­niem. Pole­ce­nia, żeby kupo­wać, sprze­da­wać lub zacho­wać, poda­wano w nie­prze­nik­nio­nym języku holen­der­skim, języku han­dlu, pierw­szej giełdy papie­rów war­to­ścio­wych, sta­rego Nowego Jorku i w ofi­cjal­nym języku Koście­jów. Kiedy zakła­dano sto­wa­rzy­sze­nie Czaszki i Kości, zbyt wielu stu­den­tów znało grekę i łacinę. Dzia­łal­ność sto­wa­rzy­sze­nia wyma­gała cze­goś trud­niej­szego do prze­nik­nię­cia.

– Wymowa w języku holen­der­skim jest trud­niej­sza – wyja­śnił jej wcze­śniej Dar­ling­ton. – Poza tym Kościeje mają dzięki temu pre­tekst, żeby odwie­dzać Amster­dam.

Oczy­wi­ście Dar­ling­ton znał łacinę, grekę i holen­der­ski. Mówił też po fran­cu­sku, chiń­sku i względ­nie przy­zwo­icie znał por­tu­gal­ski. Alex wła­śnie zaczęła hisz­pań­ski na dru­gim pozio­mie. Spo­dzie­wała się, że dzięki lek­cjom w pod­sta­wówce i misz­ma­szowi bab­ci­nych powie­dzo­nek w ladino zaję­cia okażą się pro­ste do zali­cze­nia. Nie­stety nie wzięła pod uwagę takich rze­czy jak tryb łączący. Potra­fiła jed­nak zapy­tać, czy Glo­ria mia­łaby ochotę pójść jutro wie­czo­rem na dys­ko­tekę.

Seria stłu­mio­nych strza­łów dobie­gła zza ściany, z sali, gdzie wyświe­tlano film. Haru­spik pod­niósł wzrok znad ośli­zgłego, różo­wego cha­osu jelita cien­kiego Micha­ela Rey­esa, nie kry­jąc iry­ta­cji.

„Czło­wiek z bli­zną” – zdała sobie sprawę Alex, kiedy muzyka stała się gło­śniej­sza i hała­śliwe głosy zagrzmiały chó­ral­nie: „Chce­cie sobie ze mną pogry­wać? W porządku. Chce­cie zaba­wić się ostro?”. Widow­nia skan­do­wała dia­logi, jakby to był Rocky Hor­ror. Alex obej­rzała Czło­wieka z bli­zną z setkę razy. To był jeden z ulu­bio­nych fil­mów Lena. Był pod tym wzglę­dem prze­wi­dy­walny: lubił wszystko, co ostre – jakby zamó­wił sobie pocztą zestaw „Jak zostać gang­ste­rem”. Kiedy spo­tkali w pobliżu dep­taka w Venice Hel­lie o zło­tych wło­sach oka­la­ją­cych spek­takl jej nie­bie­skich oczu, Alex natych­miast pomy­ślała o Michelle Pfe­if­fer w jej saty­no­wej sukience. Bra­ko­wało jej tylko gład­kiej kur­tyny grzywki. Alex nie chciała jed­nak myśleć o Hel­lie tego wie­czoru, kiedy w powie­trzu uno­sił się smród krwi. Len i Hel­lie to jej dawne życie. Yale to nie miej­sce dla nich. Z dru­giej strony nie było to też miej­sce dla Alex.

Mimo tych wspo­mnień Alex była wdzięczna za hałas, który zagłu­szał mla­ska­nie i chlu­pot, kiedy haru­spik grze­bał w trze­wiach Micha­ela Rey­esa. Co on tam widział? Dar­ling­ton twier­dził, że wiesz­cze­nie nie różni się od czy­ta­nia przy­szło­ści z kart tarota albo gar­ści zwie­rzę­cych kości. Z pew­no­ścią jed­nak ina­czej to wyglą­dało. I brzmiało o wiele kon­kret­niej. „Tęsk­nisz za kimś. Znaj­dziesz szczę­ście w nowym roku”. Wróż­bici mówili tego typu rze­czy – ogól­ni­kowe, pocie­sza­jące.

Alex przyj­rzała się Koście­jom w sza­tach i kap­tu­rach, tło­czą­cych się wokół ciała na stole. Jakiś stu­den­ciak wyzna­czony na Skrybę zapi­sy­wał prze­wi­dy­wa­nia, które zostaną prze­ka­zane zarząd­com fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych i pry­wat­nym inwe­sto­rom na całym świe­cie, żeby zapew­nić Koście­jom i wycho­wan­kom sto­wa­rzy­sze­nia bez­pie­czeń­stwo finan­sowe. Byli pre­zy­denci, dyplo­maci, przy­naj­mniej jeden dyrek­tor CIA – to wszystko byli Kościeje. Alex pomy­ślała o Tonym Mon­ta­nie, moczą­cym się w jacuzzi i pero­ru­ją­cym: „Wiesz, co to jest kapi­ta­lizm?”. Alex zer­k­nęła na roz­cią­gnięte ciało Micha­ela Rey­esa. „Tony, nie masz zie­lo­nego poję­cia” – pomy­ślała.

Wychwy­ciła jakiś ruch na ław­kach nad salą ope­ra­cyjną. Sala miała dwoje swo­ich wła­snych Sza­rych, któ­rzy zawsze sie­dzieli na tych samych miej­scach, kilka rzę­dów od sie­bie. Pacjentkę psy­chia­tryczną, któ­rej usu­nięto jaj­niki i macicę w ramach histe­ro­to­mii w 1926 roku, za co miała otrzy­mać sześć dola­rów, jeśli prze­żyje, oraz stu­denta medy­cyny. Zamarzł na śmierć w palarni opium tysiące mil stąd około 1880 roku, ale sia­dy­wał na swoim daw­nym miej­scu w szkole i patrzył na to, co ucho­dziło za życie w tej sali. Wiesz­cze­nie odby­wało się w sali ope­ra­cyj­nej tylko cztery razy w roku, z począt­kiem każ­dego kwar­tału fiskal­nego, ale naj­wy­raź­niej jemu to wystar­czało.

Dar­ling­ton lubił mawiać, że zada­wa­nie się z duchami jest jak jeż­dże­nie metrem: „Nie nawią­zuj kon­taktu wzro­ko­wego. Nie uśmie­chaj się. Nie inte­re­suj się. Bo w prze­ciw­nym wypadku ni­gdy nie wia­domo, co pole­zie za tobą do domu”. Łatwiej powie­dzieć niż zro­bić, kiedy jedyną inną rze­czą w sali, na którą można popa­trzeć, jest męż­czy­zna bawiący się wnętrz­no­ściami dru­giego czło­wieka, jakby to były tabliczki do madżonga.

Pamię­tała wstrząs, jaki prze­żył Dar­ling­ton, kiedy zdał sobie sprawę, że nie dość, iż Alex widzi duchy bez pomocy żad­nej mik­stury czy zaklę­cia, to jesz­cze widzi je w kolo­rze. Był tym prze­dziw­nie roz­sier­dzony. To jej spra­wiło przy­jem­ność.

– Jakiego rodzaju są te kolory? – zapy­tał, zdej­mu­jąc nogi ze sto­lika kawo­wego, a jego cięż­kie czarne buty zadud­niły o par­kiet w salo­nie Il Bastone.

– Po pro­stu kolory. Jak na pola­ro­idzie. Dla­czego pytasz? Co ty widzisz?

– Są sza­rzy – wark­nął. – Dla­tego nazy­wamy ich Sza­rymi.

Alex wzru­szyła wtedy ramio­nami, wie­dząc, że jej non­sza­lan­cja tylko jesz­cze bar­dziej roz­zło­ści Dar­ling­tona.

– To nic takiego – powie­działa.

– Dla cie­bie – mruk­nął i wyszedł, gło­śno tupiąc.

Resztę dnia spę­dził w sali tre­nin­go­wej, wypa­ca­jąc z sie­bie złość.

Alex była wtedy zado­wo­lona z sie­bie, cie­szyła się, że nie wszystko przy­cho­dzi Dar­ling­to­nowi z łatwo­ścią. Teraz jed­nak, gdy prze­su­wała się po obwo­dzie sali ope­ra­cyj­nej i spraw­dzała drobne znaki kredą na każ­dym z kie­run­ków róży wia­trów, czuła się roz­trzę­siona i nie­przy­go­to­wana. Takich wła­śnie uczuć dozna­wała, odkąd posta­wiła pierw­sze kroki w kam­pu­sie. Nie, nawet wcze­śniej. Od chwili, kiedy dzie­kan San­dow usiadł obok jej szpi­tal­nego łóżka, popu­kał w kaj­danki na jej rękach żół­tymi od niko­tyny pal­cami i powie­dział: „Mamy dla cie­bie pro­po­zy­cję”. To jed­nak była stara Alex. Alex od Hel­lie i Lena. Alex z Yale ni­gdy nie nosiła kaj­da­nek, ni­gdy nie wdała się w bójkę, ni­gdy nie zerżnęła nie­zna­jo­mego w łazience, żeby zaro­bić na działkę dla swo­jego chło­paka. Alex z Yale z tru­dem sobie radziła, ale nie narze­kała. Była dobrą dziew­czyną, która stara się nadą­żać.

„I nie udaje jej się” – pomy­ślała. Powinna była przyjść tu wcze­śniej i obser­wo­wać ryso­wa­nie zna­ków, przy­pil­no­wać, żeby krąg był bez­pieczny. Sza­rzy tak sta­rzy, jak ci nad nią, błą­ka­jący się po wzno­szą­cych się stop­niowo ław­kach, nie spra­wiali zwy­kle kło­po­tów, nawet kiedy przy­cią­gała ich krew. Wiesz­cze­nie jed­nak to potężna magia i zada­niem Alex było pil­no­wa­nie, żeby Kościeje trzy­mali się sto­sow­nych pro­ce­dur i zacho­wy­wali ostroż­ność. Tyle że ona tylko uda­wała. Poprzed­niej nocy zaku­wała, pró­bu­jąc wyuczyć się na pamięć wła­ści­wych zna­ków oraz pro­por­cji kredy, węgla i kości. Na miłość boską, zro­biła sobie nawet fiszki do nauki i zmu­siła się do prze­glą­da­nia ich w prze­rwach w zma­ga­niach z prozą Jose­pha Con­rada.

Pomy­ślała, że znaki wyglą­dają w porządku, ale znała się na sym­bo­lach ochron­nych rów­nie dobrze jak na współ­cze­snej bry­tyj­skiej powie­ści. Czy kiedy brała udział w jesien­nym wiesz­cze­niu z Dar­ling­to­nem, naprawdę uwa­żała? Nie. Była zbyt zajęta ssa­niem imbi­ro­wego cukierka, w gło­wie jej się krę­ciło z powodu dziw­no­ści całej sytu­acji i modliła się, żeby nie naro­bić sobie wstydu i nie zwy­mio­to­wać. Myślała, że będzie miała mnó­stwo czasu na naukę, kiedy Dar­ling­ton będzie zer­kał jej przez ramię. Jed­nak oboje mylili się w tej spra­wie.

– Voor­ho­ofd! – zawo­łał haru­spik i jeden z Koście­jów śmi­gnął do przodu. Melinda? Miranda? Alex nie pamię­tała imie­nia rudzielca, wie­działa tylko, że należy do zespołu skła­da­ją­cego się z samych dziew­czyn i śpie­wa­ją­cego a cap­pella, który nazy­wał się Whim’n Rhy­thm. Dziew­czyna otarła haru­spikowi czoło białą ście­reczką i znik­nęła z powro­tem w gru­pie.

Alex sta­rała się nie patrzeć na męż­czy­znę na stole, ale i tak jej wzrok padł na jego twarz. Michael Reyes, lat czter­dzie­ści osiem, zdia­gno­zo­wana schi­zo­fre­nia para­no­idalna. Czy Reyes będzie coś z tego pamię­tał po prze­bu­dze­niu? Czy kiedy będzie pró­bo­wał komuś o tym opo­wie­dzieć, to zosta­nie po pro­stu uznany za wariata? Alex dosko­nale wie­działa, jak to jest. Rów­nie dobrze to ona mogła wylą­do­wać na tym stole.

– Kościeje wybie­rają sobie tych naj­bar­dziej stuk­nię­tych – powie­dział jej wcze­śniej Dar­ling­ton. – Uwa­żają, że to sprzyja lep­szemu wiesz­cze­niu.

Kiedy zapy­tała go dla­czego, odparł tylko:

– Im bar­dziej vic­tima jest sza­lona, tym bli­żej Boga stoi.

– To prawda?

– „Tylko poprzez tajem­nicę i sza­leń­stwo zostaje odsło­nięta dusza” – zacy­to­wał Dar­ling­ton, a potem wzru­szył ramio­nami. – Stan ich kont naj­wy­raź­niej to potwier­dza.

– I nam to nie prze­szka­dza? – zapy­tała go wtedy. – Że roz­pruwa się ludzi, żeby Chaun­cey mógł odno­wić sobie letni dom?

– Ni­gdy nie pozna­łem żad­nego Chaun­ceya – odparł. – Ale nie tracę nadziei. – Potem zamilkł, sta­jąc w zbro­jowni z poważną miną. – Nic tego nie powstrzyma. Zbyt wielu potęż­nych ludzi polega na tym, czego mogą doko­nać sto­wa­rzy­sze­nia. Przed poja­wie­niem się Lete nikt nad tym nie czu­wał. Możesz więc albo wyda­wać z sobie daremne pobe­ki­wa­nia pro­te­stu i stra­cić sty­pen­dium, albo możesz tu zostać, wyko­ny­wać swoje zada­nie i zdzia­łać jak naj­wię­cej dobrego.

Nawet wtedy zasta­na­wiała się, czy to nie jest tylko część prawdy, czy pra­gnie­nie Dar­ling­tona, żeby dowie­dzieć się dosłow­nie wszyst­kiego, wią­zało go z Lete rów­nie mocno jak poczu­cie obo­wiązku. Sie­działa jed­nak cicho i zamie­rzała sie­dzieć cicho także teraz.

Micha­ela Rey­esa zna­le­ziono w jed­nym z łóżek szpi­tala uni­wer­sy­tec­kiego. Dla świata zewnętrz­nego wyglą­dał jak każdy inny pacjent: bez­domny z rodzaju tych, któ­rzy krążą mię­dzy oddzia­łami psy­chia­trycz­nymi, pogo­to­wiami i wię­zie­niami, raz będąc na lekach, innym razem nie. Miał brata w New Jer­sey, któ­rego podał jako naj­bliż­szego krew­nego i który wyra­ził zgodę na coś, co miało być ruty­no­wym zabie­giem koniecz­nym z powodu zro­stów jelita.

Rey­esem zaj­mo­wała się wyłącz­nie jedna pie­lę­gniarka, która nazy­wała się Jean Gat­dula i która pra­co­wała trzy noce z rzędu. Nawet nie mru­gnęła okiem i nie pod­nio­sła rabanu, kiedy oka­zało się, że naj­wy­raź­niej doszło do pomyłki w gra­fiku i wpi­sano ją na dwie kolejne noce na oddziale. W tym tygo­dniu jej kole­dzy mogli zauwa­żyć, że przy­cho­dziła do pracy z ogrom­nia­stą torebką. Znaj­do­wało się w niej małe naczy­nie chło­dzące, w któ­rym nosiła posiłki dla Micha­ela Rey­esa: serce gołę­bicy dla kla­row­no­ści, korzeń gera­nium, potrawę z gorz­kich ziół. Gat­dula nie miała poję­cia, jak dzia­łało to jedze­nie ani jaki los cze­kał Micha­ela Rey­esa, tak samo jak nie wie­działa, co się dzieje z innymi „spe­cjal­nymi” pacjen­tami, któ­rymi się zaj­mo­wała. Nie miała nawet poję­cia, dla kogo pra­cuje, wie­działa tylko, że raz w mie­siącu otrzy­muje bar­dzo potrzebny czek, rów­no­wa­żący długi hazar­dowe, jakich naro­bił jej mąż, gra­jąc w oczko w Foxwo­ods.

Alex nie była pewna, czy to jej wyobraź­nia, czy naprawdę czuje zapach mie­lo­nej pie­truszki z wnętrz­no­ści Rey­esa, ale jej wła­sny żołą­dek znowu szarp­nął się ostrze­gaw­czo. Despe­racko potrze­bo­wała świe­żego powie­trza i pociła się pod war­stwami ubrań. W sali ope­ra­cyj­nej było lodo­wato zimno, chło­dzono ją osob­nymi od reszty budynku prze­wo­dami wen­ty­la­cyj­nymi, ale ogromne prze­no­śne lampy halo­ge­nowe, któ­rymi oświe­tlano pro­ce­dury, pro­mie­nio­wały cie­płem.

Roz­legł się cichy jęk. Alex natych­miast spoj­rzała na Micha­ela Rey­esa i strasz­liwy obraz roz­bły­snął w jej myślach: Reyes budzi się i widzi sie­bie przy­wią­za­nego do stołu, oto­czo­nego przez postaci w kap­tu­rach, i swoje wnętrz­no­ści wywle­czone na wierzch. Jed­nak wciąż oczy miał zamknięte, a jego pierś mia­rowo pod­no­siła się i opa­dała. Jęk na­dal roz­brzmie­wał, teraz gło­śniej. Może komuś innemu zro­biło się nie­do­brze? Jed­nak żaden z Koście­jów nie robił wra­że­nia roz­trzę­sio­nego. Ich twa­rze jaśniały jak pilne księ­życe w pół­mroku sali, żaden nie ode­rwał oczu od poczy­nań haru­spika.

Jed­nak jęk nara­stał, cichy wiatr przy­bie­rał na sile, burzył się w sali i odbi­jał od pokry­tych ciem­nym drew­nem ścian. „Nie nawią­zuj kon­taktu wzro­ko­wego – prze­strze­gła samą sie­bie Alex. – Zer­k­nij tylko, czy Sza­rzy…”. Led­wie zdła­wiła okrzyk zasko­cze­nia.

Sza­rzy opu­ścili swoje miej­sca.

Pochy­lali się nad porę­czą, która ota­czała salę ope­ra­cyjną, zaci­skali palce na drew­nie, wycią­gali szyje, ich ciała wychy­lały się ku brze­gowi kre­do­wego kręgu, jakby byli zwie­rzę­tami, które usi­łują napić się z kra­wę­dzi wodo­poju.

„Nie patrz”. To był głos Dar­ling­tona, który ją prze­strze­gał. „Nie przy­glą­daj się zbyt uważ­nie”. Sza­rym aż zbyt łatwo przy­cho­dziło stwo­rzyć więź, przy­wią­zać się do czło­wieka. A było to tym nie­bez­piecz­niej­sze, że już znała histo­rie tych Sza­rych. Byli tu od tak dawna, że kolejne poko­le­nia dele­ga­tów Lete udo­ku­men­to­wały ich prze­szłość. Jed­nak ich imiona usu­nięto ze wszyst­kich doku­men­tów.

– Jeśli nie znasz imie­nia – wyja­śnił jej wcze­śniej Dar­ling­ton – nie możesz go pomy­śleć, a wtedy nie będzie cię kusić, żeby je wypo­wie­dzieć.

Imię ozna­czało swego rodzaju bli­skość.

„Nie patrz!”. Nie­stety Dar­ling­tona tu nie było.

Szara była naga, jej drobne piersi pomarsz­czyły się z zimna – tak to pew­nie wyglą­dało w chwili jej śmierci. Unio­sła rękę do otwar­tej rany na swoim brzu­chu, dotknęła czule ciała jak kobieta, która nie­śmiało daje do zro­zu­mie­nia, że spo­dziewa się dziecka. Nie zaszyto jej. Chło­pak – bo rze­czy­wi­ście był to led­wie chło­piec, chudy i o deli­kat­nych rysach – nosił nie­chlujną mary­narkę w kolo­rze butel­ko­wej zie­leni i popla­mione spodnie. Sza­rzy zawsze wyglą­dali tak, jak pre­zen­to­wali się w chwili śmierci. Było jed­nak coś obsce­nicz­nego w tym, jak stali obok sie­bie – jedno nagie, a dru­gie ubrane.

Wszyst­kie mię­śnie w cia­łach Sza­rych były napięte, oczy sze­roko roz­warte, wargi roz­dzia­wione. Czarne dziury ich ust były jaski­niami i stam­tąd doby­wało się ponure zawo­dze­nie, nie cał­kiem podobne do jęku, lecz mono­tonne i nie­ludz­kie. Alex pomy­ślała o gnieź­dzie os, które pew­nego lata zna­la­zła w garażu pod miesz­ka­niem matki w Stu­dio City, o bez­myśl­nym brzę­cze­niu owa­dów w ciem­nym kącie.

Haru­spik na­dal recy­to­wał po holen­der­sku. Pewien Kościej pod­su­nął szklankę do ust Skry­bie, który nawet na chwilę nie prze­stał pisać. Zapach krwi, ziół i gówna wisiał gęstą chmurą w powie­trzu.

Sza­rzy cal po calu wychy­lali się coraz moc­niej, drżąc, z roz­cią­gnię­tymi ustami, które teraz otwie­rały się za sze­roko, jakby szczęki wypa­dły im z zawia­sów. Cała sala wyda­wała się wibro­wać.

Jed­nak tylko Alex ich widziała.

To dla­tego Dom Lete ją tu spro­wa­dził, to dla­tego dzie­kan San­dow nie­chęt­nie zło­żył swoją cudowną pro­po­zy­cję dziew­czy­nie w kaj­dan­kach. Mimo to Alex rozej­rzała się, mając nadzieję, że ktoś jesz­cze zro­zu­mie sytu­ację, zapro­po­nuje pomoc.

Cof­nęła się o krok z ser­cem biją­cym sza­leń­czo w piersi. Sza­rzy byli zwy­kle potulni, roz­tar­gnieni, zwłasz­cza tak sta­rzy Sza­rzy. Przy­naj­mniej Alex tak uwa­żała. Czy to jedna z tych lek­cji, do któ­rych Dar­ling­ton nie doszedł?

Łamała sobie głowę, szu­ka­jąc paru inkan­ta­cji, któ­rych Dar­ling­ton nauczył ją w zeszłym seme­strze, zaklęć ochron­nych. W razie koniecz­no­ści mogła się posłu­żyć sło­wami śmierci. Czy zadzia­ła­łyby na Sza­rych w takim sta­nie? Powinna była wziąć tro­chę soli do kie­szeni, kar­melki dla odwró­ce­nia ich uwagi, cokol­wiek. „To pod­sta­wowe rze­czy – ode­zwał się w jej gło­wie Dar­ling­ton. – Łatwe do opa­no­wa­nia”.

Drewno pod pal­cami Sza­rych zaczęło się wygi­nać i skrzy­pieć. Teraz ruda dziew­czyna z zespołu a cap­pella pod­nio­sła wzrok, zasta­na­wia­jąc się, skąd się bie­rze skrzy­pie­nie.

Drewno popęka. Znaki musiano wyko­nać nie­pra­wi­dłowo, krąg ochronny nie wytrzyma. Alex rozej­rzała się na prawo i lewo, popa­trzyła po bez­u­ży­tecz­nych Koście­jach w ich idio­tycz­nych sza­tach. Gdyby Dar­ling­ton tu był, zostałby i wal­czył, zapa­no­wałby nad Sza­rymi i dopil­no­wałby, żeby Rey­esowi nic się nie stało.

Halo­geny pociem­niały i poja­śniały.

– Wal się, Dar­ling­ton – mruk­nęła pod nosem Alex, już odwra­ca­jąc się na pię­cie, gotowa do ucieczki.

Bum!

Cała sala zady­go­tała. Alex się potknęła. Haru­spik i pozo­stali Kościeje spoj­rzeli na nią z dez­apro­batą.

Bum!

Odgłos cze­goś dobi­ja­ją­cego się z następ­nego świata. Cze­goś wiel­kiego. Cze­goś, czego nie należy prze­pu­ścić.

– Czy nasz Dante jest pijany? – mruk­nął haru­spik.

Bum!

Alex otwo­rzyła usta do krzyku, żeby powie­dzieć im, że mają ucie­kać, zanim to, co powstrzy­muje tamtą istotę, ustąpi.

Jęk ucichł nagle, cał­ko­wi­cie, jakby zakor­ko­wano go w butelce. Moni­tor pikał. Świa­tła szu­miały.

Sza­rzy znaj­do­wali się na swo­ich miej­scach, igno­ru­jąc się wza­jem­nie, igno­ru­jąc Alex.

Alex czuła, że pod płasz­czem cał­kiem prze­po­cona bluzka lepi jej się do skóry. Czuła kwa­śny zapach wła­snego stra­chu, odkła­da­jący się grubą war­stwą na jej ciele. Halo­geny na­dal świe­ciły bia­łym roz­pa­lo­nym świa­tłem. Sala pul­so­wała żarem jak mocno ukrwiony organ. Kościeje gapili się. W sąsied­niej sali leciały koń­cowe napisy.

Alex widziała miej­sce, w któ­rym Sza­rzy ści­skali poręcz, białe drza­zgi jak wąsy kuku­ry­dzy.

– Prze­pra­szam – wybą­kała.

Ugięła kolana i zwy­mio­to­wała na kamienną posadzkę.

***

Kiedy wresz­cie Micha­ela Rey­esa zaszyto, docho­dziła pra­wie trze­cia nad ranem. Haru­spik i więk­szość pozo­sta­łych Koście­jów wyszła wiele godzin wcze­śniej, żeby zmyć pod prysz­ni­cem smród rytu­ału i przy­go­to­wać się do przy­ję­cia, które prze­cią­gnie się do póź­nych godzin ran­nych.

Haru­spik mógł od razu wró­cić do Nowego Jorku na sie­dze­niu z kre­mo­wej skóry w czar­nej limu­zy­nie albo zostać na przy­ję­ciu i wybrać sobie do towa­rzy­stwa jakie­goś chęt­nego stu­denta, stu­dentkę albo jedno i dru­gie. Powie­dziano jej, że „obsłu­gi­wa­nie” haru­spika uważa się za zaszczyt, i Alex uznała, że jeśli jest się dosta­tecz­nie pija­nym albo nawa­lo­nym, to można tak to odbie­rać, ale dla niej ewi­dent­nie wyglą­dało to jak sprze­da­wa­nie się face­towi, który płaci rachunki.

Rudzie­lec – Miranda, jak się oka­zało, „jak boha­terka Burzy” – pomo­gła Alex uprząt­nąć wymio­ciny. Była naprawdę miła i Alex pra­wie było przy­kro, że nie pamię­tała jej imie­nia.

Rey­esa wywie­ziono z budynku na noszach na kół­kach, osło­nię­tego welo­nami uro­ków, przez co wyglą­dał jak sprzęt audio­wi­zu­alny pod pla­sti­kową osłoną. To była naj­bar­dziej ryzy­kowna część całego wie­czor­nego przed­się­wzię­cia, jeśli idzie o bez­pie­czeń­stwo Koście­jów. Sto­wa­rzy­sze­nie Czaszki i Kości znało się wła­ści­wie tylko na wiesz­cze­niu, a człon­ko­wie Manu­skryptu nie byli, rzecz jasna, zain­te­re­so­wani dzie­le­niem się swo­imi uro­kami z innym sto­wa­rzy­sze­niem. Magiczne więzy woali na Rey­esie chwiały się przy każ­dym pod­skoku noszy, nosze to sta­wały się ostre, to się roz­my­wały, pika­nie i pul­so­wa­nie sprzętu medycz­nego i respi­ra­tora na­dal było sły­szalne. Gdyby kto­kol­wiek zatrzy­mał się, żeby przyj­rzeć się uważ­nie temu, co wie­ziono kory­ta­rzem, Kościeje mie­liby poważne kło­poty. Cho­ciaż Alex wąt­piła, żeby było to coś, z czego nie zdo­ła­liby się wykpić.

Powinna spraw­dzić stan Rey­esa, gdy już powróci na oddział, a potem jesz­cze raz tydzień póź­niej, żeby mieć pew­ność, że wraca do zdro­wia bez żad­nych kom­pli­ka­cji. Zda­rzały się już ofiary śmier­telne po wiesz­cze­niu, ale tylko jedna, odkąd zało­żono Lete w 1898 roku, żeby moni­to­ro­wało poczy­na­nia innych sto­wa­rzy­szeń. Grupa Koście­jów zabiła nie­chcący włó­częgę w cza­sie pośpiesz­nie zapla­no­wa­nego awa­ryj­nego czy­ta­nia po zała­ma­niu się rynku w 1929 roku. Zaka­zano wiesz­cze­nia na następne cztery lata i Koście­jom gro­ziła utrata wiel­gach­nego gro­bowca z czer­wo­nego kamie­nia przy High Street.

– To dla­tego ist­nie­jemy – powie­dział wtedy Dar­ling­ton, kiedy Alex obra­cała stro­nice w archi­wach Lete, na któ­rych wypi­sano imiona wszyst­kich vic­tima i daty wiesz­czeń. – Jeste­śmy paste­rzami.

Skrzy­wił się jed­nak, gdy Alex poka­zała dopi­sek na mar­gi­ne­sie infor­ma­tora Lete: Spu­ści­zna.

– NWMW?

– Ni­gdy wię­cej mar­twych włó­czę­gów – odpo­wie­dział z wes­tchnie­niem.

Tyle jeśli idzie o szla­chetną misję Domu Lete. Mimo to Alex nie mogła napa­wać się swoją wyż­szo­ścią tej nocy – nie wtedy, kiedy bra­ko­wało sekund, żeby porzu­ciła Micha­ela Rey­esa i rato­wała wła­sny tyłek.

Alex znio­sła długi ciąg żar­tów na temat jej zwy­mio­to­wa­nej kola­cji skła­da­ją­cej się z gril­lo­wa­nego kur­czaka i Twiz­zle­rów i została w sali ope­ra­cyj­nej. Chciała dopil­no­wać, żeby ci z Koście­jów, któ­rzy też zostali, prze­strze­gali tego, co jak miała nadzieję, jest wła­ściwą pro­ce­durą oczysz­cza­nia prze­strzeni.

Obie­cała sobie, że wróci tu, żeby posy­pać salę pyłem z kości. Przy­po­mnie­nie śmierci to naj­lep­szy spo­sób, żeby trzy­mać Sza­rych na dystans. To dla­tego cmen­ta­rze są jed­nym z naj­mniej nawie­dza­nych miejsc na świe­cie. Pomy­ślała o otwar­tych ustach duchów i strasz­li­wym owa­dzim brzę­cze­niu. Coś pró­bo­wało się prze­bić do kre­do­wego kręgu. Przynaj­mniej tak to wyglą­dało. Sza­rzy – czyli duchy – byli nie­groźni. Prze­waż­nie. Przy­bra­nie jakiej­kol­wiek formy w świe­cie śmier­tel­nych wyma­gało od nich wiel­kiego wysiłku. A prze­kro­cze­nie ostat­niej Zasłony, żeby przy­brać postać fizyczną, zdolną do dotyku? Zdolną wyrzą­dzić krzywdę? Ow­szem, to było wyko­nalne. Alex dobrze to wie­działa. Tyle że było to pra­wie nie­moż­liwe.

Jed­nakże wiesz­cze­nie w tej sali ope­ra­cyj­nej prze­pro­wa­dzano setki razy i ni­gdy nie sły­szała o żad­nych Sza­rych, któ­rzy przy­bra­liby nama­calną formę albo zakłó­ci­liby prze­bieg rytu­ału. Dla­czego dzi­siaj ich zacho­wa­nie się zmie­niło?

„O ile się zmie­niło” – pomy­ślała.

Naj­więk­szym darem, jaki Dom Lete dał Alex, nie było zafun­do­wa­nie stu­diów w Yale ani nowy począ­tek, który wyczy­ścił jej prze­szłość jak żrące che­mi­ka­lia. To była wie­dza, pew­ność, że rze­czy, które widziała, ist­nieją naprawdę i że zawsze tak było. Jed­nak za długo żyła, zasta­na­wia­jąc się, czy nie zwa­rio­wała, żeby teraz tego zaprze­stać. Dar­ling­ton by jej uwie­rzył. On zawsze jej wie­rzył. Nie­stety Dar­ling­ton prze­padł.

„Ale nie na zawsze – powie­działa sobie. – Za tydzień zacznie się nów i wtedy spro­wa­dzą go z powro­tem do domu”.

Alex dotknęła popę­ka­nej porę­czy, zasta­na­wia­jąc się, jak opi­sać prze­bieg wiesz­cze­nia dla archi­wów Domu Lete. Dzie­kan San­dow prze­glą­dał wszyst­kie wpisy, a ona nie miała ochoty zwra­cać jego uwagi na cokol­wiek nie­ty­po­wego. Poza tym jeśli pomi­nąć bez­rad­nego czło­wieka, któ­remu prze­kła­dano wnętrz­no­ści, wła­ści­wie nie stało się nic złego.

Kiedy wyszła z przej­ścia na kory­tarz, Tripp Hel­muth rap­tow­nie się wypro­sto­wał.

– Zaraz tam skoń­czą? – spy­tał.

Alex ski­nęła głową i wzięła głę­boki wdech względ­nie świe­żego powie­trza. Aż się rwała, żeby wyjść na zewnątrz.

– To dość maka­bryczne, co? – zapy­tał Tripp ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem. – Jeśli chcesz, mogę ci pod­su­nąć parę rad, kiedy już zostaną prze­pi­sane. Tro­chę to przy­tępi ostrze stu­denc­kiej pożyczki.

– A co ty, kurwa, wiesz o stu­denc­kich pożycz­kach?

Słowa wyrwały jej się z ust, zanim zdą­żyła się ugryźć w język. Dar­ling­ton nie byłby zado­wo­lony. Alex powinna pozo­stać uprzejma, chłodna, dyplo­ma­tyczna. Zresztą zacho­wała się jak hipo­krytka. Dom Lete dopil­no­wał, żeby skoń­czyła stu­dia bez wiszą­cej nad nią chmury długu – o ile prze­trwa cztery lata egza­mi­nów, pisa­nia prac i takich nocy jak ta.

Tripp uniósł ręce, pod­da­jąc się i śmie­jąc ner­wowo.

– Ej, tylko pró­buję jakoś tu wyżyć.

Tripp nale­żał do dru­żyny żeglar­skiej, był w trze­cim poko­le­niu Koście­jem, dżen­tel­me­nem i uczo­nym, czy­stej krwi gol­den retrie­ve­rem – głup­ko­wa­tym, lśnią­cym i dro­gim. Był roz­czo­chrany, miał różowe policzki jak zdrowy maluch, zło­ci­ste włosy i skórę wciąż opa­loną po poby­cie na jakiejś tam wyspie, na któ­rej spę­dził zimowe ferie. Zacho­wy­wał się ze swo­bodą kogoś, u kogo wszystko zawsze było i będzie w porządku – chło­piec z tysią­cem dru­gich szans.

– Wszystko gra? – zapy­tał ocho­czo.

– Jasne – odpo­wie­działa, cho­ciaż u niej nic nie grało. Na­dal czuła wibra­cje brzę­kli­wego jęku wypeł­nia­jące jej płuca, nio­sące się echem w czaszce. – Tam jest po pro­stu duszno.

– Prawda? – przy­tak­nął Tripp, zawsze gotowy się zakum­plo­wać. – Może sta­nie tutaj przez całą noc nie jest takie naj­gor­sze. – Nie robił jed­nak wra­że­nia prze­ko­na­nego.

– Co ci się stało w rękę? – Alex zauwa­żyła kawa­łek ban­daża wysta­jący spod wia­trówki Trippa.

Pod­cią­gnął rękaw, odsła­nia­jąc kawa­łek tłu­stego celo­fanu przy­kle­jony do wewnętrz­nej strony przed­ra­mie­nia.

– Zro­bi­li­śmy sobie dzi­siaj z paroma chło­pa­kami tatu­aże.

Alex przyj­rzała się uważ­niej. Para­du­jący dum­nie bul­dog w nie­bie­skiej lite­rze „Y”. Sam­czy odpo­wied­nik „przy­ja­ció­łek na całe życie!”.

– Ładny – skła­mała.

– Ty masz jakieś obrazki? – Obrzu­cił zaspa­nym wzro­kiem jej postać, pró­bu­jąc prze­nik­nąć war­stwy zimo­wych ubrań; w niczym nie róż­nił się od dup­ków krę­cą­cych się po Stre­fie Zero, muska­ją­cych pal­cami jej oboj­czyki, bicepsy, wodzą­cych pal­cami po rysu­ją­cych się tam kształ­tach. „A co ten zna­czy?”.

– Nie. To nie w moim stylu. – Alex owi­nęła sza­li­kiem szyję. – Zaj­rzę jutro na oddział do Rey­esa.

– Hę? A, racja. Świet­nie. A gdzie wła­ści­wie podziewa się Dar­ling­ton? Zawsze wtyka ci gów­nianą robotę?

Tripp tole­ro­wał Alex i sta­rał się być dla niej miły, bo chciał, żeby każdy napo­tkany czło­wiek podra­pał go po brzu­chu, ale Dar­ling­tona naprawdę lubił.

– Jest w Hisz­pa­nii – odpo­wie­działa, bo tak jej kazano mówić.

– Milu­sio. Prze­każ mu moje buenos días.

Gdyby Alex mogła cokol­wiek powie­dzieć Dar­ling­to­nowi, to powie­dzia­łaby „wra­caj”. Powie­dzia­łaby to po angiel­sku i po hisz­pań­sku. Posłu­ży­łaby się try­bem roz­ka­zu­ją­cym.

– Adiós – powie­działa do Trippa. – Baw się dobrze na przy­ję­ciu.

Kiedy już wyszła z budynku, zerwała ręka­wiczki i roz­wi­nęła dwa lep­kie cukierki z imbi­rem, żeby wło­żyć je do ust. Miała dość myśle­nia o Dar­ling­to­nie, ale zapach imbiru, pie­cze­nie, jakie wywo­łał w tyle gar­dła, przy­wo­łały go z jesz­cze więk­szą wyra­zi­sto­ścią. Widziała jego dłu­gie ciało wycią­gnięte przed wiel­kim kamien­nym komin­kiem w Black Elm. Zdjął buty, żeby wysu­szyć skar­petki na kominku. Leżał na ple­cach z zamknię­tymi oczami, opie­ra­jąc głowę na skrzy­żo­wa­nych rękach, machał pal­cami stóp w rytm muzyki uno­szą­cej się w pomiesz­cze­niu, cze­goś z muzyki poważ­nej, czego Alex nie znała, melo­dii gęstej od wal­torni, które zosta­wiały emfa­tyczne pół­księ­życe dźwięku w powie­trzu.

Alex sie­działa na pod­ło­dze obok niego, obej­mu­jąc rękami kolana, z ple­cami przy­ci­śnię­tymi do pod­stawy sta­rej sofy. Pró­bo­wała roz­luź­nić się i prze­stać gapić się na jego stopy. Wyda­wały się takie nagie. Dar­ling­ton pod­wi­nął nogawki czar­nych dżin­sów, żeby nie moczyły mu skóry, i te smu­kłe, białe stopy z wło­skami na pal­cach spra­wiały, że Alex czuła się nie­przy­zwo­icie, jak zbo­cze­niec w odcie­niach sepii, któ­rego dopro­wa­dza do sza­leń­stwa prze­lotny widok kostek u nóg.

„Wal się, Dar­ling­ton” – pomy­ślała. Ze zło­ścią wło­żyła z powro­tem ręka­wiczki.

Przez chwilę stała jak spa­ra­li­żo­wana. Powinna wró­cić do Domu Lete i napi­sać raport dla dzie­kana San­dowa do przej­rze­nia, ale tak naprawdę to chciała paść na wąskie dolne łóżko w pokoju, który dzie­liła z Mercy, i wyci­snąć tyle snu, ile się da przed zaję­ciami. O tej porze nie musia­łaby się tłu­ma­czyć cie­kaw­skim współ­lo­ka­tor­kom. Jeśli jed­nak prze­śpi się w sie­dzi­bie Lete, to Mercy i Lau­ren będą doma­gały się wyja­śnie­nia, gdzie i z kim spę­dziła noc.

Dar­ling­ton zasu­ge­ro­wał, żeby wymy­śliła sobie chło­paka, który tłu­ma­czyłby jej dłu­gie nie­obec­no­ści i późne powroty.

– Jeśli to zro­bię, to w pew­nej chwili będę musiała stwo­rzyć sobie istotę ludzką w kształ­cie chło­paka, która wpa­try­wa­łaby się we mnie z uwiel­bie­niem – odpo­wie­działa sfru­stro­wana Alex. – Jak ty sobie radzi­łeś przez ostat­nie trzy lata?

Dar­ling­ton wzru­szył ramio­nami.

– Moi współ­lo­ka­to­rzy uznali, że jestem pod­ry­wa­czem.

Gdyby Alex zdo­łała prze­wró­cić oczami jesz­cze bar­dziej, to zaczę­łaby patrzeć do tyłu.

– Dobra, już dobra. Powie­dzia­łam im, że gram w zespole z chło­pa­kami z uni­werka sta­no­wego i sporo ćwi­czymy.

– A grasz w ogóle na jakimś instru­men­cie?

– Jasne.

Na wio­lon­czeli, kon­tra­ba­sie, for­te­pia­nie i na czymś, co nazy­wało się ud.

Przy odro­bi­nie szczę­ścia Mercy będzie spała jak suseł, kiedy Alex wróci do pokoju, będzie więc mogła zakraść się do środka, wziąć koszy­czek z rze­czami pod prysz­nic i prze­mknąć nie­po­strze­że­nie kory­ta­rzem. To będzie trudne. Zawsze, gdy maj­struje się przy Zasło­nie pomię­dzy tym świa­tem i następ­nym, pozo­staje smród, który przy­po­mina nieco elek­tryczne iskrze­nie ozonu po burzy połą­czone ze zgni­li­zną dyni, która za długo stała na para­pe­cie. Za pierw­szym razem, kiedy popeł­niła błąd i wró­ciła do pokoju bez prysz­nica, musiała skła­mać, że pośli­zgnęła się na śmie­ciach, żeby jakoś się wytłu­ma­czyć. Mercy i Lau­ren śmiały się z niej tygo­dniami.

Alex pomy­ślała o brud­nym prysz­nicu cze­ka­ją­cym w aka­de­miku… a potem o mocze­niu się w sta­rej wan­nie na nóż­kach w nie­ska­zi­tel­nej łazience Il Bastone i o łóżku z bal­da­chi­mem, które było tak wyso­kie, że musiała się na nie wdra­py­wać. Podobno Dom Lete miał kry­jówki i azyle roz­siane po całym kam­pu­sie Yale, ale Alex zapo­znano tylko z Klitką i Il Bastone. Klitka znaj­do­wała się bli­żej jej aka­de­mika i więk­szo­ści zajęć, ale to były po pro­stu sfa­ty­go­wane, cho­ciaż wygodne pokoje nad skle­pem odzie­żo­wym, zawsze pełne paczek chip­sów i pro­te­ino­wych bato­ni­ków Dar­ling­tona – miej­sce, do któ­rego można było zaj­rzeć na szybką drzemkę na nie­wy­god­nej kana­pie. Il Bastone zaś to było coś spe­cjal­nego: dwu­pię­trowa rezy­den­cja pra­wie milę od serca kam­pusu, która była główną sie­dzibą Domu Lete. Ocu­lus będzie tam cze­kać tej nocy z zapa­lo­nymi lam­pami, tacą z her­batą, brandy i kanap­kami. Taka była tra­dy­cja i nie mia­łoby zna­cze­nia, gdyby Alex nie przy­szła, żeby się roz­ko­szo­wać tymi luk­su­sami. Jed­nak ceną za te wszyst­kie zbytki było towa­rzy­stwo Ocu­lusa, a ona nie znio­słaby tej nocy mil­cze­nia i zaci­śnię­tych zębów Dawes. Lepiej wró­cić do aka­de­mika ze smro­dem po dzi­siej­szej pracy.

Prze­szła przez ulicę i potem pod rotundą. Trudno jej było nie oglą­dać się za sie­bie, gdy myślała o Sza­rych sto­ją­cych przy kra­wę­dzi kręgu z sze­roko roz­war­tymi ustami, z któ­rych czar­nych cze­lu­ści doby­wał się niski, owa­dzi odgłos. Co by się stało, gdyby poręcz pękła, gdyby kre­dowy krąg nie wytrzy­mał? Co ich spro­wo­ko­wało? Czy zna­la­złaby siłę i wie­dzę, żeby ich powstrzy­mać? Pasa punto, pasa mundo.

Alex cia­śniej owi­nęła się płasz­czem, cho­wa­jąc twarz w sza­liku; jej oddech zosta­wiał wil­goć na weł­nie, gdy pośpiesz­nie mijała Biblio­tekę Beinecke.

– Jeśli dasz się tam zamknąć w cza­sie pożaru, to wiedz, że cały tlen zosta­nie stam­tąd wyssany – powie­działa jej kie­dyś Lau­ren. – Żeby chro­nić książki.

Alex wie­działa, że to bujdy. Dar­ling­ton jej to wyja­śnił. Znał całą prawdę na temat tego budynku, poznał wszyst­kie jego aspekty – wie­dział, że został zbu­do­wany zgod­nie z pla­toń­skimi ide­ałami (budy­nek był świą­ty­nią), że zasto­so­wano te same pro­por­cje, jakie sto­so­wali nie­któ­rzy zece­rzy, ukła­da­jąc strony (budy­nek był książką), i że mar­mur pozy­skano z Ver­mont (budy­nek był pomni­kiem). Wej­ście stwo­rzono tak, żeby mogła wejść tam na raz tylko jedna osoba, poko­nu­jąc obro­towe drzwi jak supli­kant. Przy­po­mniała sobie, jak Dar­ling­ton wło­żył białe ręka­wiczki, któ­rych nale­żało uży­wać w kon­tak­cie z rzad­kimi ręko­pi­sami, i poło­żył z nabo­żeń­stwem dłu­gie palce na stro­nie. W taki sam spo­sób Len obcho­dził się z gotówką.

W Beinecke ist­niało pomiesz­cze­nie ukryte na… Nie mogła sobie przy­po­mnieć, na któ­rym pię­trze. Nawet gdyby pamię­tała, nie poszłaby tam. Nie miała dość odwagi, żeby zejść na patio, dotknąć pal­cami okna w taj­nym kodzie i wejść w ciem­ność. To miej­sce było dro­gie Dar­ling­to­nowi. Nie było miej­sca bar­dziej magicz­nego. Ni­gdzie indziej na kam­pu­sie nie czu­łaby się bar­dziej oszustką niż wła­śnie tam.

Się­gnęła po tele­fon, żeby spraw­dzić godzinę; miała nadzieję, że nie minęła jesz­cze trze­cia. Gdyby udało jej się umyć i pójść do łóżka przed czwartą, na­dal mia­łaby szansę na trzy porządne godziny snu, zanim musia­łaby znowu wstać i przejść przez kam­pus na hisz­pań­ski. To były rachunki, które prze­pro­wa­dzała co wie­czór, nie­ustan­nie. Ile czasu ma na wyko­na­nie tej pracy? Ile czasu ma na odpo­czy­nek? Jej obli­cze­nia ni­gdy się nie spraw­dzały. Led­wie sobie radziła, żyła na pożycz­kach, wiecz­nie była w nie­do­cza­sie i cią­gle towa­rzy­szyła jej panika, dep­tała jej po pię­tach.

Alex spoj­rzała na jarzący się ekran i zaklęła. Był zalany wia­do­mo­ściami. Wyłą­czyła dzwo­nek na czas wiesz­cze­nia i zapo­mniała go włą­czyć.

Wszyst­kie wia­do­mo­ści przy­szły od tej samej osoby: Ocu­lusa, Pameli Dawes, dok­to­rantki, która opie­ko­wała się rezy­den­cjami Lete i peł­niła funk­cję asy­stentki poma­ga­ją­cej dele­ga­tom w bada­niach. „Pam­mie”, cho­ciaż tylko Dar­ling­ton ją tak nazy­wał.

„Zadzwoń”.

„Zadzwoń”.

„Zadzwoń”.

Wia­do­mo­ści przy­cho­dziły dokład­nie co pięt­na­ście minut. Albo Dawes trzy­mała się jakie­goś pro­to­kołu, albo była jesz­cze sztyw­niej­sza, niż Alex myślała.

Zasta­na­wiała się, czy nie zigno­ro­wać wia­do­mo­ści. Nie­stety to była czwart­kowa noc, noc spo­tkań sto­wa­rzy­szeń, a to zna­czyło, że pew­nie jakiś gno­jek paskud­nie naroz­ra­biał. Z tego, co wie­działa, jacyś zmien­no­kształtni idioci z Wil­czego Łba mogli zamie­nić się w stado bizo­nów i stra­to­wać stu­den­tów wycho­dzą­cych z Bran­ford Col­lege.

Sta­nęła za jedną z kolumn pod­trzy­mu­ją­cych sze­ścian Beinecke, żeby zasło­niła ją od wia­tru, i wybrała numer.

Dawes ode­brała po pierw­szym dzwonku.

– Mówi Ocu­lus.

– Odpo­wiada Dante – powie­działa Alex, czu­jąc się jak osioł.

Ona była Dan­tem. Dar­ling­ton był Wergi­liu­szem. Tak dzia­łał Dom Lete i tak miało być, dopóki Alex nie dotrwa do ostat­niego roku stu­diów i nie przyj­mie tytułu Wergi­liu­sza, żeby nauczać nowi­cju­sza z pierw­szego roku. Poki­wała głową i odwza­jem­niła uśmie­szek Dar­ling­tona, gdy wyja­wił jej ich kryp­to­nimy, nazy­wa­jąc je „urzę­dami”. Uda­wała, że rozu­mie żart. Póź­niej to spraw­dziła i odkryła, że Wergi­liusz był prze­wod­ni­kiem Dan­tego w pie­kle. Jak zwy­kle nie doce­niła humoru typo­wego dla Domu Lete.

– Mamy ciało przy Payne Whit­ney – powie­działa Dawes. – Cen­tu­rion jest na miej­scu.

– Ciało – powtó­rzyła Alex, zasta­na­wia­jąc się, czy zmę­cze­nie pozba­wiło ją zdol­no­ści rozu­mie­nia pro­stej ludz­kiej mowy.

– Tak.

– W sen­sie „mar­twe ciało”?

– T-tak. – Dawes ewi­dent­nie siliła się na spo­kój, ale zatkało ją tro­chę, przez co poje­dyn­cze słowo zabrzmiało tak, jakby wła­śnie dostała czkawki.

Alex przy­ci­snęła plecy do kolumny, zimno z kamie­nia prze­ni­kało przez płaszcz. Przy­pływ gniew­nej adre­na­liny był jak dźgnię­cie nożem.

Pogry­wasz sobie ze mną? O to chciała zapy­tać. Tak wła­śnie się czuła. Jakby ktoś sobie z nią pogry­wał. Jak dzi­wa­dło, które mówi do sie­bie, które tak roz­pacz­li­wie szuka przy­ja­ciół, że zgo­dziła się na prośbę Sarah McKin­ney: „Możesz spo­tkać się ze mną pod Tres Mucha­chos po szkole? Może mogła­byś poroz­ma­wiać z moją bab­cią. Kie­dyś cho­dzi­ły­śmy tam bar­dzo czę­sto i strasz­nie za nią tęsk­nię”. Czuła się jak dzie­ciak, który stał samot­nie pod naj­gor­szą mek­sy­kań­ską knajpą w naj­bar­dziej zapy­zia­łym cen­trum han­dlo­wym w Val­ley. Stała tam tak długo, aż musiała zadzwo­nić po mamę, żeby ją zabrała, bo nikt nie przy­szedł. No jasne, że nikt nie przy­szedł.

„To się dzieje naprawdę” – upo­mniała sie­bie w myślach. A o Pameli Dawes można powie­dzieć wiele rze­czy, ale nie to, że jest dup­kiem w rodzaju Sarah McKin­ney.

Co zna­czyło, że ktoś nie żyje.

I co ona miała w związku z tym zro­bić?

– Ehm, to był wypa­dek?

– Praw­do­po­dob­nie zabój­stwo. – Dawes robiła wra­że­nie, jakby tylko cze­kała na to pyta­nie.

– W porządku – powie­działa Alex, bo nie miała poję­cia, co innego powie­dzieć.

– W porządku – odpo­wie­działa z zakło­po­ta­niem Dawes.

Wypo­wie­działa swoją naj­waż­niej­szą kwe­stię i teraz była gotowa zejść ze sceny.

Alex roz­łą­czyła się i stała w ponu­rej, wietrz­nej ciszy pustego placu. Zapo­mniała co naj­mniej połowę tego, czego pró­bo­wał nauczyć ją Dar­ling­ton, zanim znik­nął, ale z całą pew­no­ścią nie omó­wił z nią reguł postę­po­wa­nia przy oka­zji mor­der­stwa.

Nie miała poję­cia dla­czego. Skoro idziesz z kimś do pie­kła, to mor­der­stwo wydaje się dobrym począt­kiem.

2. Zeszła jesień

2

ZESZŁA JESIEŃ

Daniel Arling­ton szczy­cił się tym, że jest przy­go­to­wany na wszystko, ale gdyby miał wybrać frazę do opi­sa­nia Alex Stern, musiałby powie­dzieć, że to „nie­miła nie­spo­dzianka”. Mógłby wymy­ślić mnó­stwo innych okre­śleń dla niej, ale żadne nie byłoby uprzejme, a Dar­ling­ton zawsze sta­rał się być uprzejmy. Gdyby został wycho­wany przez swo­ich rodzi­ców – ojca dyle­tanta i wyga­daną, ale genialną matkę – może miałby inne prio­ry­tety, ale wycho­wał go jego dzia­dek, Daniel Tabor Arling­ton III, który wie­rzył, że więk­szość pro­ble­mów można roz­wią­zać za pomocą posta­rzo­nej w beczce szkoc­kiej, mnó­stwa lodu i nie­na­gan­nych manier.

Jego dzia­dek ni­gdy nie poznał Galaxy Stern.

Dar­ling­ton odna­lazł pokój Alex na par­te­rze aka­de­mika w Van­der­bilt Hall w upalny, bez­na­dziejny dzień w pierw­szym tygo­dniu wrze­śnia. Mógł pocze­kać, aż sama zgłosi się do domu przy Orange Street, ale kiedy on był na pierw­szym roku, jego men­torka, nie­zrów­nana Michelle Ala­med­dine, która była jego Wergi­liu­szem, powi­tała go w Yale i wśród tajem­nic Domu Lete, przy­cho­dząc do jego aka­de­mika dla pierw­szo­rocz­nia­ków w Sta­rym Kam­pu­sie. Dar­ling­ton posta­no­wił sobie, że zrobi wszystko jak należy, nawet jeśli wszystko, co wią­zało się ze Stern, od początku źle się zapo­wia­dało.

Nie wybrał sobie Galaxy Stern na swo­jego Dan­tego. Wię­cej – przez sam fakt swo­jego ist­nie­nia Galaxy Stern okra­dła go z cze­goś, na co cze­kał przez całe trzy lata w Lete: z chwili, kiedy obda­rzy kogoś nowego pracą, którą sam kochał, kiedy otwo­rzy świat nie­zwy­kło­ści przed jakąś godną tego, cho­ciaż niczego nie podej­rze­wa­jącą duszą. Rap­tem kilka mie­sięcy temu roz­pa­ko­wał pudła z apli­ka­cjami przy­szłych stu­den­tów pierw­szego roku i uło­żył je w sto­sach w salo­nie w Black Elm. Z pod­nie­ce­nia krę­ciło mu się w gło­wie. Obie­cał sobie prze­czy­tać, a przy­naj­mniej przej­rzeć wszyst­kie ponad tysiąc osiem­set teczek, zanim przed­stawi swoje reko­men­da­cje absol­wen­tom Domu Lete. Zamie­rzał być spra­wie­dliwy i skru­pu­latny, zacho­wać otwarty umysł i osta­tecz­nie wybrać dwu­dzie­stu kan­dy­da­tów do roli Dan­tego. Potem Dom Lete zba­dałby ich pocho­dze­nie, spraw­dził stan zdro­wia, wychwy­cił ewen­tu­alne oznaki cho­roby psy­chicz­nej i kło­po­tów finan­so­wych, aż wresz­cie zosta­łaby pod­jęta osta­teczna decy­zja.

Dar­ling­ton przy­go­to­wał sobie plan, ile podań dzien­nie przej­rzy, dzięki czemu ran­kami na­dal mógłby pra­co­wać w posia­dło­ści, a popo­łu­dniami w Muzeum Peabody’ego. I tego dnia w lipcu wyprze­dzał plan – był przy poda­niu nr 324: Mac­ken­zie Hof­fer, 800 punk­tów z angiel­skiego, 720 z mate­ma­tyki, dzie­więć kur­sów zaawan­so­wa­nych na przed­ostat­nim roku, blog na temat Tka­niny z Bay­eux pro­wa­dzony po angiel­sku i po fran­cu­sku. Była obie­cu­jącą kan­dy­datką, dopóki nie doszedł do jej oso­bi­stego eseju, w któ­rym porów­ny­wała się do Emily Dic­kin­son. Dar­ling­ton wła­śnie rzu­cił jej teczkę na kupę „nie”, kiedy dzie­kan San­dow zadzwo­nił, żeby powie­dzieć, że poszu­ki­wa­nia się skoń­czyły. Zna­leźli kan­dy­data. Wycho­wan­ko­wie Lete pod­jęli decy­zję jed­no­gło­śnie.

Dar­ling­ton chciał zapro­te­sto­wać. Do dia­bła, chciał coś potłuc. Zamiast tego popra­wił stos teczek przed sobą i zapy­tał:

– Kto to taki? Mam tu wszyst­kie teczki.

– Nie masz jej teczki. Ni­gdy nie zło­żyła poda­nia. Nie skoń­czyła nawet szkoły śred­niej. – Zanim Dar­ling­ton zdo­łał wyrzu­cić z sie­bie słowa obu­rze­nia, San­dow dodał: – Daniel, ona widzi Sza­rych.

Dar­ling­ton zawa­hał się z ręką na­dal na teczce Mac­ken­zie Hof­fer (dwa razy pra­co­wała latem dla orga­ni­za­cji Habi­tat for Huma­nity). Nie cho­dziło tylko o to, że San­dow posłu­żył się jego imie­niem, co rzadko robił. „Ona widzi Sza­rych”. Jedyny spo­sób, żeby żywi widzieli umar­łych, to napić się Oroz­ce­rio, nie­zmier­nie zło­żo­nego elik­siru, któ­rego stwo­rze­nie wyma­gało nad­zwy­czaj­nych umie­jęt­no­ści i skru­pu­lat­no­ści. Sam tego pró­bo­wał, gdy miał sie­dem­na­ście lat, zanim w ogóle usły­szał o Lete, kiedy jedy­nie żywił nadzieję, że na tym świe­cie ist­nieje coś wię­cej, niż pozwo­lono mu wie­rzyć. Jego wysiłki spra­wiły, że wylą­do­wał na pogo­to­wiu i krwa­wił z uszu i oczu przez dwa dni.

– Zdo­łała uwa­rzyć elik­sir? – zapy­tał pod­eks­cy­to­wany i (mógł się do tego przy­znać) odro­binę zazdro­sny.

Zapa­dło mil­cze­nie, które trwało dość długo, żeby Dar­ling­ton wyłą­czył lampkę na biurku dziadka i wyszedł na tylną werandę Black Elm. Stąd widział domy na stoku łagod­nie opa­da­ją­cym wzdłuż Edge­wood w kie­runku kam­pusu, a znacz­nie dalej wody zatoki Long Island Sound. Wszyst­kie zie­mie aż po Cen­tral Ave­nue sta­no­wiły kie­dyś część posia­dło­ści Black Elm, ale roz­sprze­dano je po kawałku, w miarę jak for­tuna Arling­to­nów top­niała. Dom, różane ogrody, pobo­jo­wi­sko znisz­czo­nego labi­ryntu na skraju lasu – tylko tyle się ostało i tylko on pozo­stał, żeby zaj­mo­wać się nimi, żeby je przy­strzy­gać i hołu­bić, aż z powro­tem ożyją. Zapa­dał wła­śnie powolny letni zmierzch, gęsty od koma­rów i bły­sków świe­tli­ków. Dar­ling­ton widział znak zapy­ta­nia bia­łego ogona Cosmo, gdy kot szedł przez wysoką trawę, skra­da­jąc się za jakimś małym stwo­rze­niem.

– Bez elik­siru – powie­dział San­dow. – Ona po pro­stu ich widzi.

– Rozu­miem… – mruk­nął Dar­ling­ton, patrząc, jak drozd dzio­bie coś bez prze­ko­na­nia u potrza­ska­nej pod­stawy cze­goś, co kie­dyś było fon­tanną w kształ­cie obe­li­sku.

Nie miał nic wię­cej do powie­dze­nia. Cho­ciaż Dom Lete powstał, żeby moni­to­ro­wać dzia­łal­ność taj­nych sto­wa­rzy­szeń Yale, jego dru­gim zada­niem było roz­wi­kła­nie tajem­nic tego, co leży poza Zasłoną. Od lat doku­men­to­wali histo­rie ludzi, któ­rzy rze­czy­wi­ście widzieli zjawy. Nie­które histo­rie były potwier­dzone, inne oka­zy­wały się nie­wiele wię­cej niż plotką. Zatem jeśli zarząd zna­lazł dziew­czynę, która potrafi coś takiego, i mógł spra­wić, że będzie miała u nich dług wdzięcz­no­ści… Cóż, to by było na tyle. Powi­nien się cie­szyć, że ją pozna.

Miał ochotę się upić.

– Ja też nie jestem z tego powodu szcze­gól­nie ura­do­wany – powie­dział San­dow. – Wiesz jed­nak, w jakim znaj­du­jemy się poło­że­niu. To ważny rok dla Lete. Potrze­bu­jemy, żeby wszy­scy byli zado­wo­leni.

Dom Lete spra­wo­wał pie­czę nad Domami Zasłony, ale jed­no­cze­śnie zale­żał od nich finan­sowo. To był rok odno­wie­nia umów finan­so­wych, a sto­wa­rzy­sze­nia od dawna dzia­łały bez żad­nych incy­den­tów, więc zaczęto szem­rać i suge­ro­wać, że może nie trzeba się­gać do szka­tuł i dalej utrzy­my­wać Lete.

– Przy­ślę ci jej dane. Nie jest… Nie jest Dan­tem, na jakiego mogli­śmy mieć nadzieję, ale sta­raj się zacho­wać otwarty umysł.

– Oczy­wi­ście – odpo­wie­dział Dar­ling­ton, bo tak uczy­niłby dżen­tel­men. – Tak wła­śnie zro­bię.

Sta­rał się to mówić szcze­rze. Sta­rał się nawet po prze­czy­ta­niu jej teczki, nawet po obej­rze­niu prze­pro­wa­dzo­nej przez San­dowa roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, nagra­nej w szpi­talu w Van Nuys w Kali­for­nii, gdy usły­szał jej chra­pliwy głos podobny do brzmie­nia popsu­tego instru­mentu dętego. Zna­le­ziono ją nagą i pogrą­żoną w śpiączce w miej­scu zbrodni, obok dziew­czyny, która miała mniej szczę­ścia niż ona i nie prze­żyła działki fen­ta­nylu, który obie wzięły. Szcze­góły tego wszyst­kiego były wstręt­niej­sze i smut­niej­sze, niż był w sta­nie ogar­nąć. Sta­rał się jej współ­czuć. Jego Dante, dziew­czyna, którą obda­rzy klu­czami do tajem­nego świata, była kry­mi­na­listką, nar­ko­manką, wyrzut­kiem i nie dbała o żadną z waż­nych dla niego rze­czy. Mimo to się sta­rał.

Jed­nak nic nie przy­go­to­wało go na szok spo­tka­nia jej we wła­snej oso­bie w nędz­nym wspól­nym pokoju w Van­der­bilt. Pokój był mały, ale wysoki, trzy okna wycho­dziły na dzie­dzi­niec w kształ­cie pod­kowy, a dwoje wąskich drzwi pro­wa­dziło do przy­le­głych sypialni. W pomiesz­cze­niu pano­wał rado­sny chaos, towa­rzy­szący wpro­wa­dza­niu się pierw­szo­rocz­nia­ków: kar­tony na pod­ło­dze, żad­nych porząd­nych mebli na widoku, za to roz­chwie­ru­tana lampa i zde­ze­lo­wany fotel z pod­nóż­kiem zepchnięte pod od dawna nie­dzia­ła­jący komi­nek. Musku­larna blon­dynka w szor­tach do bie­ga­nia – Lau­ren, jak się domy­ślał (naj­pew­niej kurs przy­go­to­wu­jący do stu­diów medycz­nych, przy­zwo­ite wyniki testów, kapi­tan dru­żyny hokeja na tra­wie w swoim pry­wat­nym liceum w Fila­del­fii) – usta­wiała sty­li­zo­wany na sta­roć adap­ter na sie­dzi­sku w oknie, a obok niego balan­so­wała pla­sti­kowa skrzynka z pły­tami. Fotel pew­nie też nale­żał do niej, przy­wie­ziony w wozie do prze­pro­wa­dzek z hrab­stwa Bucks do New Haven. Anna Breen (Hunt­sville w sta­nie Tek­sas, sty­pen­dium STEM, przo­dow­nik chóru) sie­działa na pod­ło­dze, pró­bu­jąc zło­żyć coś, co wyglą­dało jak regał na książki. To była dziew­czyna, która ni­gdy tak naprawdę nie będzie tu paso­wać. Skoń­czy w gru­pie śpie­wa­ją­cej a cap­pella albo mocno się zaan­ga­żuje w życie swo­jego kościoła. Z pew­no­ścią nie będzie impre­zo­wać ze współ­lo­ka­tor­kami.

Potem pozo­stałe dwie dziew­czyny wyszły z jed­nej z sypialni; z tru­dem dźwi­gały we dwie poobi­jane uni­wer­sy­tec­kie biurko.

– Musi­cie sta­wiać to tutaj? – zapy­tała ponuro Anna.

– Potrze­bu­jemy wię­cej miej­sca – odpo­wie­działa dziew­czyna w let­niej sukience w kwiaty; Dar­ling­ton wie­dział, że to Mercy Zhao (for­te­pian, 800 punk­tów z mate­ma­tyki, 800 z czy­ta­nia/pisa­nia; nagro­dzone eseje o Rabe­lais’m i dziwne, ale fra­pu­jące porów­na­nie frag­mentu z Wście­kło­ści i wrza­sku z kawał­kiem o gru­szy w Opo­wie­ściach kan­ter­be­ryj­skich, które zwró­ciło uwagę wydziału języka angiel­skiego zarówno na uni­wer­sy­te­cie w Yale, jak i w Prin­ce­ton).

A potem Galaxy Stern (bez świa­dec­twa ukoń­cze­nia szkoły śred­niej, bez żad­nych osią­gnięć war­tych wspo­mnie­nia, poza tym, że prze­trwała nie­dole swo­jego życia) wyszła z ciem­nego zakątka sypialni ubrana w koszulę z dłu­gim ręka­wem i czarne dżinsy zupeł­nie nie pasu­jące do upału; trzy­mała w chu­dych rękach drugi koniec biurka. Na niskiej jako­ści nagra­niu wideo San­dowa było widać gład­kie, pro­ste pasma jej czar­nych wło­sów, ale film nie uchwy­cił suro­wej pre­cy­zji prze­działka pośrodku głowy, wychwy­cił pustkę w jej oczach, ale nie to, że są ciemne jak plama atra­mentu. Wyglą­dała na nie­do­ży­wioną, jej oboj­czyki ryso­wały się mocno jak wykrzyk­niki pod mate­ria­łem koszuli. Była zbyt gładka, uli­zana, wyda­wała się nie­mal wil­gotna, nie tyle jak ondyna, która wynu­rzyła się z fal, ile jak rusałka o zębach ostrych jak szty­lety.

A może po pro­stu potrze­bo­wała coś prze­ką­sić i uciąć sobie długą drzemkę.

„W porządku, Stern, zaczy­najmy”.

Dar­ling­ton zapu­kał do drzwi, wszedł, posłał jej sze­roki, pro­mienny, przy­ja­zny uśmiech, gdy sta­wiały biurko w kącie wspól­nego pokoju.

– Alex! Twoja mama popro­siła, żebym spraw­dził, co u cie­bie. To ja, Dar­ling­ton.

Przez chwilę robiła wra­że­nie cał­ko­wi­cie zagu­bio­nej, wręcz spa­ni­ko­wa­nej, a potem odwza­jem­niła jego uśmiech.

– Hej! Nie pozna­łam cię.

Dobrze. Potrafi się dosto­so­wać.

– Pro­simy o zapo­zna­nie – ode­zwała się Lau­ren, patrząc z zacie­ka­wie­niem, tak­su­jąco.

Wyjęła A Day at the Races Queenów ze skrzynki.

Dar­ling­ton wycią­gnął rękę.

– Jestem Dar­ling­ton, kuzyn Alex.

– Ty też jesteś w JE? – spy­tała Lau­ren.

Dar­ling­ton pamię­tał to nie­za­słu­żone poczu­cie lojal­no­ści. Na początku roku wszy­scy pierw­szo­rocz­niacy zosta­wali przy­dzie­leni do col­lege’ów z inter­na­tami, gdzie będą spo­ży­wać więk­szość swo­ich posił­ków i gdzie osta­tecz­nie będą spali, kiedy opusz­czą Stary Kam­pus jako dru­go­rocz­niacy. Będą kupo­wać sza­liki w kolo­rach swo­ich col­lege’ów, uczyć się ich przy­śpie­wek i mott. Alex nale­żała do Lete, tak samo jak Dar­ling­ton, ale przy­dzie­lono ją do Jona­thana Edwarda, col­lege’u nazwa­nego na pamiątkę pastora od ognia i siarki.

– Jestem w Daven­port – odpo­wie­dział – ale nie miesz­kam w kam­pu­sie.

Lubił miesz­kać w Daven­port Col­lege, lubił tam­tej­szą jadal­nię, roz­le­gły tra­wia­sty dzie­dzi­niec. Nie odpo­wia­dało mu jed­nak to, że posia­dłość Black Elm stała wtedy pusta, a pie­nią­dze, jakie oszczę­dzał na aka­de­miku i sto­łówce, wystar­czyły, żeby zeszłej wio­sny usu­nąć zacieki w sali balo­wej. Poza tym Cosmo lubił towa­rzy­stwo.

– Masz samo­chód? – spy­tała Lau­ren.

Mercy się roze­śmiała.

– O Boże, nie wygłu­piaj się.

Lau­ren wzru­szyła ramio­nami.

– Jak ina­czej doje­dziemy do Ikei? Potrze­bu­jemy sofy.

Będzie przy­wód­czy­nią tej grupy; to ona będzie suge­ro­wać, na które imprezy się wybrać, i zapro­po­nuje, żeby urzą­dziły u nich w pokoju popi­jawę z oka­zji Hal­lo­ween.

– Wybacz – odpo­wie­dział z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem – ale nie mogę cię pod­wieźć. Przy­naj­mniej nie dzi­siaj. – Ani ni­gdy indziej. – I muszę na chwilę ukraść Alex.

Alex otarła ręce o dżinsy.

– Pró­bu­jemy się zado­mo­wić – odparła z waha­niem, wręcz z nadzieją.

Widział plamy potu pod jej pachami.

– Obie­ca­łaś – powie­dział, mru­ga­jąc poro­zu­mie­waw­czo. – A wiesz, jak moja mama pod­cho­dzi do spraw rodzin­nych.

Dostrzegł roz­błysk buntu w jej wil­got­nych jak od oleju oczach, ale odpo­wie­działa tylko:

– Dobra.

– Możesz dać nam gotówkę na sofę? – spy­tała ją Lau­ren, wkła­da­jąc szorst­kim gestem płytę Queenów do skrzynki.

Dar­ling­ton miał nadzieję, że to nie był ory­gi­nalny winyl.

– Jasne – odpo­wie­działa Alex. Odwró­ciła się do Dar­ling­tona. – Ciotka Eileen powie­działa, że dorzuci się do nowej sofy, prawda?

Matka Dar­ling­tona nazy­wała się Har­per i wąt­pił, żeby choćby znała słowo „Ikea”.

– Serio?

Alex skrzy­żo­wała ręce.

– Aha.

Dar­ling­ton wyjął port­fel z tyl­nej kie­szeni i wycią­gnął trzy­sta dola­rów. Podał je Alex, a ta podała je Lau­ren.

– Tylko pamię­taj, żeby wysłać jej kartkę z podzię­ko­wa­niami – powie­dział Dar­ling­ton.

– Na pewno – zapew­niła go Alex. – Wiem, że bar­dzo pil­nuje takich rze­czy.

Kiedy szli przez traw­niki Sta­rego Kam­pusu, zosta­wia­jąc za sobą wieże z czer­wo­nej cegły i blanki Van­der­bilt Hall, Dar­ling­ton powie­dział:

– Jesteś mi winna trzy­sta dola­rów. Nie kupię ci nowej sofy.

– Stać cię – odparła chłodno Alex. – Domy­ślam się, że pocho­dzisz z dobrej czę­ści mojej rodziny, kuzy­nie.

– Potrze­bo­wa­łaś przy­krywki, żeby czę­sto się ze mną spo­ty­kać.

– Chrza­nisz. Spraw­dza­łeś mnie.

– Moim zada­niem jest cię spraw­dzać.

– Myśla­łam, że twoim zada­niem jest mnie uczyć. To nie to samo.

Przy­naj­mniej nie była głu­pia.

– W porządku. Ale odwie­dziny u ciotki Eileen mogą wytłu­ma­czyć kilka zarwa­nych przez cie­bie nocy.

– O jak bar­dzo zarwa­nych nocach mówimy?

Usły­szał nie­po­kój w jej gło­sie. To ostroż­ność czy leni­stwo?

– Ile powie­dział ci dzie­kan San­dow?

– Nie­wiele. – Odsu­nęła mate­riał koszuli od brzu­cha dla odro­biny ochłody.

– Dla­czego tak się ubra­łaś?

Nie zamie­rzał pytać, ale robiła wra­że­nie, jakby się męczyła w zapię­tej pod szyję czar­nej koszuli bez koł­nie­rzyka, z pla­mami potu roz­le­wa­ją­cymi się pod pachami i jakby zupeł­nie tu nie paso­wała. Dziew­czyna, która potrafi tak gładko kła­mać, powinna lepiej wyczu­wać, jak ukryć się w tłu­mie.

Alex rzu­ciła mu tylko spoj­rze­nie z ukosa.

– Jestem bar­dzo skromna.

Dar­ling­ton nie wie­dział, jak na to zare­ago­wać. Wska­zał więc jeden z dwóch iden­tycz­nych budyn­ków po dwóch stro­nach ścieżki.

– To naj­star­szy budy­nek w kam­pu­sie.

– Nie wygląda na stary.

– Jest dobrze utrzy­many. Cho­ciaż nie­wiele bra­ko­wało, żeby prze­padł. Ludzie myśleli, że psuje wygląd Sta­rego Kam­pusu, i chcieli go wybu­rzyć.

– Dla­czego tego nie zro­bili?

– Ofi­cjal­nie dzięki kam­pa­nii na rzecz jego zacho­wa­nia, ale prawda jest taka, że Dom Lete odkrył, że jest nośny.

– Że co?

– W sen­sie ducho­wym. Sta­no­wił część sta­rego rytu­ału wią­żą­cego, który miał chro­nić kam­pus. – Skrę­cili w prawo i poszli ścieżką, która dopro­wa­dzi ich do niby-śre­dnio­wiecz­nej kraty w Phelps Gate. – Kie­dyś cały col­lege wyglą­dał w taki spo­sób. Małe budynki z czer­wo­nej cegły. Kolo­nialne. Zupeł­nie jak Harvard. A potem po woj­nie sece­syj­nej wznie­siono mury. Teraz więk­szość kam­pusu wygląda podob­nie: seria for­tec oto­czo­nych murami i bra­mami, z don­żo­nem pośrodku.

Stary Kam­pus sta­no­wił ide­alny przy­kład – roz­le­gły kwa­drat wyso­kich kamien­nych aka­de­mi­ków oka­la­jący zalany słoń­cem dzie­dzi­niec otwarty dla wszyst­kich – dopóki nie nad­cho­dziła noc i nie zatrza­ski­wano bram.

– Dla­czego? – spy­tała Alex.

– Żeby trzy­mać motłoch z dala. Żoł­nie­rze wró­cili po woj­nie do New Haven zdzi­czali, więk­szość była nie­żo­nata, wielu z nich zostało oka­le­czo­nych psy­chicz­nie po wal­kach. Nade­szła też fala imi­gran­tów. Irland­czycy, Włosi, wyzwo­leni nie­wol­nicy, wszy­scy szu­kali pracy w fabry­kach. Yale nie chciało ich tutaj.

Alex się roze­śmiała.

– Coś cię bawi? – zapy­tał.

Obej­rzała się na swój aka­de­mik.

– Mercy jest Chinką. Po sąsiedzku mieszka Nige­ryjka. I jesz­cze mój skun­dlony tyłek. I tak się tu dosta­li­śmy. Osta­tecz­nie.

– Po dłu­gim, powol­nym oblę­że­niu.

Słowo „skun­dlony” ode­brał jak nie­bez­pieczną przy­nętę. Spoj­rzał na jej czarne włosy, czarne oczy, oliw­kowy odcień skóry. Mogłaby być Gre­czynką. Mek­sy­kanką. Białą.

– Matka Żydówka, nie wspo­mniano o ojcu, ale domy­ślam się, że jakiś był?

– Ni­gdy go nie pozna­łam.

Kryło się tu coś wię­cej, ale nie zamie­rzał naci­skać.

– Wszy­scy mamy białe plamy w życio­ry­sach, któ­rych nie wypeł­niamy.

Doszli go Phelps Gate, wiel­kiego łuku, w któ­rym nio­sło się echo. Brama pro­wa­dziła na Col­lege Street i z dala od względ­nego bez­pie­czeń­stwa Sta­rego Kam­pusu. Dar­ling­ton nie chciał odcho­dzić od tematu. Mieli za wiele spraw do omó­wie­nia, kawał drogi do przej­ścia.

– To bło­nia New Haven Green – powie­dział, kiedy szli jedną z kamien­nych ście­żek. – Kiedy kolo­nia została zało­żona, tutaj wybu­do­wano zbór. To mia­sto miało być nowym Ede­nem, zało­żone mię­dzy dwoma rze­kami jak mię­dzy Tygry­sem i Eufra­tem.

Alex zmarsz­czyła brwi.

– Dla­czego stoi tu tak wiele kościo­łów?

Na bło­niach stały trzy, dwa z nich nie­mal bliź­nia­czo podobne, oba w fede­ral­nym stylu, trzeci był perłą neo­go­tyku.

– W tym mie­ście przy­pada prak­tycz­nie jeden kościół na kwar­tał. A przy­naj­mniej tak było kie­dyś. Nie­które z nich teraz się zamy­kają. Ludzie po pro­stu prze­stali do nich cho­dzić.

– A ty cho­dzisz? – spy­tała.

– A ty?

– Nie.

– Ow­szem, cho­dzę – odpo­wie­dział. – To rodzinna tra­dy­cja.

Dostrzegł błysk war­to­ścio­wa­nia w jej oczach, ale nie czuł potrzeby, żeby się tłu­ma­czyć. Kościół w nie­dzielę, praca w ponie­dzia­łek. Tak żyli Arling­to­no­wie. Kiedy Dar­ling­ton skoń­czył trzy­na­ście lat i zapro­te­sto­wał, że chęt­nie zary­zy­kuje Boży gniew, o ile będzie mógł dłu­żej pospać, dzia­dek zła­pał go za ucho i wywlekł z łóżka, cho­ciaż miał już osiem­dzie­siąt lat.

– Nie obcho­dzi mnie, w co wie­rzysz – powie­dział wtedy. – Robot­nik wie­rzy w Boga i ocze­kuje tego samego od nas, więc ubie­rzesz tyłek, a potem posa­dzisz go w kościel­nej ławce, bo ina­czej oso­bi­ście ci go wygar­buję.

Dar­ling­ton poszedł do kościoła. Dzia­dek zmarł, a on wciąż cho­dził do kościoła.

– Bło­nia to miej­sce, gdzie wznie­siono pierw­szy kościół w mie­ście i zało­żono pierw­szy cmen­tarz. To źró­dło ogrom­nej mocy.

– Co ty nie powiesz.

Dar­ling­ton zdał sobie sprawę, że roz­luź­niła ramiona. Zmie­nił się jej krok. Nie robiła już wra­że­nia kogoś w każ­dej chwili goto­wego do ataku.

Dar­ling­ton pró­bo­wał nie zdra­dzić się ze swoją nad­gor­li­wo­ścią.

– Co widzisz?

Nie odpo­wie­działa.

– Wiem, co potra­fisz. To żadna tajem­nica – dodał.

Alex na­dal patrzyła w dal bez mała znu­dzona.

– Tu jest pusto i tyle. Ni­gdy nie widzę ich zbyt wielu w oko­li­cach cmen­ta­rzy i takich tam.

„I takich tam”. Dar­ling­ton rozej­rzał się, ale widział tylko to, co wszy­scy inni: stu­den­tów, ludzi pra­cu­ją­cych w sądzie albo w ciągu skle­pów wzdłuż Cha­pel Street, roz­ko­szu­ją­cych się słoń­cem pod­czas lun­chu.

Wie­dział, że ścieżki, które wydają się w przy­pad­kowy spo­sób prze­ci­nać bło­nia, zostały wyty­czone przez wol­no­mu­la­rzy, żeby uspo­koić i powstrzy­mać umar­łych, kiedy cmen­tarz prze­nie­siono stąd kilka prze­cznic dalej. Wie­dział, że ich linie two­rzące różę wia­trów – albo pen­ta­gram, zależy kogo zapy­tasz – są widoczne z góry. Wie­dział, że miej­sce, w któ­rym Dąb Lin­coln prze­wró­cił się po hura­ga­nie Sandy, odsła­nia­jąc ludzki szkie­let wplą­tany w jego korze­nie, to jedno z wielu ciał, które ni­gdy nie zostały prze­nie­sione na cmen­tarz przy Grove Street. Patrzył na mia­sto ina­czej z powodu swo­jej wie­dzy, a jego wie­dza nie była zwy­czajna. To był wyraz uwiel­bie­nia. Jed­nak żadna ilość miło­ści nie mogła spra­wić, żeby zaczął widzieć Sza­rych. Nie bez Oroz­ce­rio, kolej­nej działki ze Zło­tej Misy. Zady­go­tał. Za każ­dym razem to było ryzyko, kolejna oka­zja, żeby jego ciało powie­działo „dość”, żeby jedna z jego nerek po pro­stu prze­stała dzia­łać.

– To ma sens, że ich tu nie widzisz – powie­dział. – Pewne rze­czy przy­cią­gają ich na cmen­ta­rze, ale z zasady trzy­mają się od nich z dala.

Teraz wzbu­dził w niej zain­te­re­so­wa­nie. W jej oczach zabły­sło praw­dziwe zacie­ka­wie­nie, pierw­sza wska­zówka cze­goś innego niż czujna rezerwa.

– Dla­czego?

– Sza­rzy kochają życie i wszystko to, co przy­po­mina im bycie żywym. Sól, cukier, pot. Walka i seks, łzy i krew, ludzki dra­mat.

– Myśla­łam, że sól ich odstra­sza.

Dar­ling­ton uniósł brew.

– Widzia­łaś to w tele­wi­zji?

– Poczuł­byś się lepiej, gdy­bym powie­działa, że dowie­dzia­łam się tego ze sta­ro­daw­nej księgi?

– Ow­szem.

– To masz pecha.

– Sól oczysz­cza – powie­dział, gdy prze­cho­dzili przez Tem­ple Street – więc nadaje się do prze­pę­dza­nia demo­nów, cho­ciaż ku mojemu wiel­kiemu roz­cza­ro­wa­niu ni­gdy oso­bi­ście nie mia­łem tego zaszczytu. Jed­nak gdy w grę wcho­dzą Sza­rzy, zro­bie­nie kręgu z soli jest odpo­wied­ni­kiem zosta­wie­nia sar­nie soli do liza­nia.

– To co ich odstra­sza?

Przez jej słowa prze­bi­jało żywe pra­gnie­nie. Czyli to było coś, co ją cie­ka­wiło.

– Pył z kości. Zie­mia cmen­tarna. Pozo­sta­ło­ści popiołu z kre­ma­to­rium. Memento mori. – Zer­k­nął na nią. – Znasz cokol­wiek łacinę?

Pokrę­ciła głową. Rzecz jasna.

– Nie cier­pią tego, co przy­po­mina o śmierci. Jeśli chcesz mieć pokój wolny od Sza­rych, powieś tam repro­duk­cję Hol­be­ina.

Żar­to­wał, ale widział, że ona prze­tra­wia jego słowa, zapa­mię­tuje sobie nazwi­sko arty­sty. Dar­ling­ton poczuł bole­sne ukłu­cie wyrzu­tów sumie­nia, bo spra­wiło mu to pewną przy­jem­ność. Był tak zajęty zazdrosz­cze­niem dziew­czy­nie jej zdol­no­ści, że nie zasta­no­wił się nawet, jak to musi być, kiedy ni­gdy nie możesz zamknąć drzwi przed umar­łymi.

– Mogę przy­go­to­wać magiczne osłony do two­jego pokoju – powie­dział w ramach pokuty. – Dla całego aka­de­mika, jeśli chcesz.

– Naprawdę?

– Pew­nie. I mogę ci poka­zać, jak samemu je robić.

– Opo­wiedz mi resztę – popro­siła Alex.

Z dala od mrocz­nej jaskini aka­de­mika pot odło­żył się gładką, poły­skliwą war­stwą na jej nosie i czole, zbie­rał się w zagłę­bie­niu nad górną wargą. Prze­poci koszulę, a Dar­ling­ton zorien­to­wał się po spo­so­bie, w jaki sztywno trzy­mała ręce po bokach, że czuje się z tego powodu skrę­po­wana.

– Czy­ta­łaś Życie Lete?

– Tak.

– Naprawdę?

– Prze­kart­ko­wa­łam.

– Prze­czy­taj – powie­dział. – Przy­go­to­wa­łem ci listę innych mate­ria­łów, które pomogą ci nad­ro­bić braki. To w więk­szo­ści histo­ria New Haven i zebrana przez nas histo­ria sto­wa­rzy­szeń.

Alex zde­cy­do­wa­nie pokrę­ciła głową.

– Chcia­łam, żebyś powie­dział mi, po co tu jestem… z tobą.

Trudno było odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Bez powodu. Z tysiąca powo­dów. Dom Lete miał być darem, ale czy mógł być darem dla niej? Za dużo by mówić.

Opu­ścili bło­nia i zauwa­żył, że powró­ciło napię­cie w jej ramio­nach, cho­ciaż on na­dal nie widział niczego, co uza­sad­nia­łoby taką reak­cję. Minęli sznur ban­ków przy Elm Street, wzno­szą­cych się nad małym czer­wo­nym skle­pi­kiem z dywa­nami – Keba­bian’s – który jakimś cudem wspa­niale pro­spe­ro­wał w New Haven od ponad stu lat, i skrę­cili w Orange Street. Znaj­do­wali się teraz kilka prze­cznic od wła­ści­wego kam­pusu, ale miał wra­że­nie, że dzielą ich mile. Znik­nęła krzą­ta­nina stu­denc­kiego życia, jakby wej­ście do mia­sta było niczym upa­dek z urwi­ska. Ulice sta­no­wiły mie­sza­ninę nowego i sta­rego: nieco sfa­ty­go­wane kamie­nice, puste par­kingi, sta­ran­nie odno­wiona sala kon­cer­towa, ogrom­nia­sty wie­żo­wiec urzędu miesz­kal­nic­twa.

– Dla­czego tutaj? – zapy­tała Alex, kiedy Dar­ling­ton nie odpo­wie­dział na poprzed­nie pyta­nie. – Co takiego jest w tym miej­scu, że tak ich przy­ciąga?

Krótka odpo­wiedź brzmiała: „A kto wie?”, Dar­ling­ton jed­nak wąt­pił, żeby uka­zała jego i Lete w naj­lep­szym świe­tle.

– Na początku XIX wieku magia prze­no­siła się ze sta­rego świata do nowego, porzu­ca­jąc Europę wraz z tymi, któ­rzy ją prak­ty­ko­wali. Potrze­bo­wali miej­sca, gdzie mogliby prze­cho­wy­wać wie­dzę i pro­wa­dzić swoje prak­tyki. Nikt nie jest pewien, dla­czego New Haven się spraw­dziło. Pró­bo­wano także w innych miej­scach. – Dar­ling­ton powie­dział to z pewną dumą. – W Cam­bridge. W Prin­ce­ton. To w New Haven magia przy­jęła się, utrzy­mała i zako­rze­niła. Niektó­rzy uwa­żają, że Zasłona jest tu cień­sza, łatwiej­sza do prze­bi­cia. Rozu­miesz więc, dla­czego Lete cie­szy się, mając cię u sie­bie. – A przy­naj­mniej niektó­rzy z Lete. – Może zdo­łasz przed­sta­wić nam parę odpo­wie­dzi. Można tu spo­tkać Sza­rych, któ­rzy ist­nieją znacz­nie dłu­żej niż uni­wer­sy­tet.

– I ci ludzie upra­wia­jący magię uznali za roz­sądne uczyć jej bandę dzie­cia­ków z col­lege’u?