Dzienniki gwiazdowe - Stanisław Lem - ebook
lub
Opis

Ijon Tichy przetrząsa najbardziej odległe zakamarki wszechświata, aby dotrzeć do uniwersalnych prawideł na temat ludzkiej natury i kultury. Nieustraszony gwiazdokrążca, potomek Guliwera i barona Münchhausena, odkrywa egzotyczne planety wyposażony tylko w trzeźwy sceptycyzm oraz otwarty umysł. Niepowtarzalny komizm opowieści Ijona Tichego połączony z przenikliwym zmysłem obserwacyjnym ich autora stawiają “Dzienniki gwiazdowe” w szeregu arcydzieł światowej literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 371

Popularność


Sta­ni­sław Lem

"Dzien­ni­ki gwiaz­do­we"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © EAST NEWS/PIOTR JA­SKOW

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-10-1

Kra­ków

2019

wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

DZIENNIKI GWIAZDOWE

Spis treści

Przed­mo­wa

Wstęp

 

Z DZIEN­NI­KÓW GWIAZ­DO­WYCH IJO­NA TI­CHE­GO

Po­dróż siód­ma

Po­dróż ósma

Po­dróż je­de­na­sta

Po­dróż dwu­na­sta

Po­dróż trzy­na­sta

Po­dróż czter­na­sta

Po­dróż osiem­na­sta

Po­dróż dwu­dzie­sta

Po­dróż dwu­dzie­sta pierw­sza

Po­dróż dwu­dzie­sta dru­ga

Po­dróż dwu­dzie­sta trze­cia

Po­dróż dwu­dzie­sta czwar­ta

Po­dróż dwu­dzie­sta pią­ta

Po­dróż dwu­dzie­sta ósma

 

Przy­pi­sy

Ga­le­ria ry­sun­ków

PRZEDMOWA

Przed­sta­wia­jąc Czy­tel­ni­ko­wi wy­bra­ny frag­ment Dzien­ni­ków gwiaz­do­wych Ijo­na Ti­che­go, Wy­daw­ca nie bę­dzie mar­no­wał atra­men­tu do opi­sy­wa­nia cnót tego po­dróż­ni­ka, któ­re­go imię zna­ją obie cza­sze Dro­gi Mlecz­nej. Słyn­ny gwiaz­do­krąż­ca, ka­pi­tan da­le­kiej że­glu­gi ga­lak­tycz­nej, łow­ca me­te­orów i ko­met, nie­stru­dzo­ny ba­dacz i od­kryw­ca osiem­dzie­się­ciu ty­się­cy trzech glo­bów, dok­tor h.c. uni­wer­sy­te­tów Oboj­ga Niedź­wie­dzic, czło­nek To­wa­rzy­stwa Opie­ki nad Ma­ły­mi Pla­ne­ta­mi i wie­lu in­nych to­wa­rzystw, ka­wa­ler or­de­rów mlecz­nych i mgła­wi­co­wych, Ijon Ti­chy, sam uka­że się Czy­tel­ni­ko­wi w ni­niej­szych Dzien­ni­kach, któ­re sta­wia­ją go w rzę­dzie ta­kich nie­ustra­szo­nych mę­żów prze­szło­ści, jak: Ka­rol Fry­de­ryk Hie­ro­nim Mu­en­ch­hau­sen, Pa­weł Ma­sło­boj­ni­kow, Le­mu­el Gul­li­wer czy Ma­ître Al­ko­fry­bas.

Ca­łość Dzien­ni­ków, ob­li­czo­na na osiem­dzie­siąt sie­dem to­mów in qu­ar­to z su­ple­men­tem (słow­nik gwiaz­do­wy i skrzy­nia z oka­za­mi po­glą­do­wy­mi) oraz mapą wszyst­kich po­dró­ży, znaj­du­je się w opra­co­wa­niu ze­spo­łu uczo­nych astro­ga­to­rów i pla­net­ni­ków i z uwa­gi na ogrom nie­zbęd­ne­go tru­du nie uka­że się ry­chło. Uwa­ża­jąc, że by­ło­by nie­wła­ści­we taić wiel­kie od­kry­cia Ijo­na Ti­che­go przed naj­szer­szą Pu­blicz­no­ścią, Wy­daw­ca wy­jął z Dzien­ni­ków drob­ną cząst­kę i po­da­je ją w for­mie nie­opra­co­wa­nej, bez pod­pi­sów, not, ko­men­ta­rzy i słow­ni­ka wy­ra­żeń ko­smicz­nych.

W przy­go­to­wa­niu Dzien­ni­ków do dru­ku nikt mi wła­ści­wie nie po­ma­gał; tych, któ­rzy mi prze­szka­dza­li, nie wy­mie­niam, gdyż za­ję­ło­by to zbyt wie­le miej­sca.

 

ASTRAL STER­NU TA­RAN­TO­GA

PRO­FE­SOR ZOO­LO­GII GWIEZD­NEJ

UNI­WER­SY­TE­TU FO­MAL­HAUT

 

Fo­mal­haut, dn. 18 VI Pul­sa­cji Ko­smicz­nej

WSTĘP

Ni­niej­sze wy­da­nie pism Ijo­na Ti­che­go, nie bę­dąc peł­nym ani kry­tycz­nym, sta­no­wi krok na­przód w po­rów­na­niu z po­przed­ni­mi. Uda­ło się je po­sze­rzyć o tek­sty dwu nie­zna­nych do­tąd po­dró­ży – ósmej i dwu­dzie­stej ósmej[1]. Ta ostat­nia przy­no­si nowe szcze­gó­ły do­ty­czą­ce bio­gra­fii Ti­che­go i jego ro­dzi­ny, któ­re prócz hi­sto­ry­ków za­in­te­re­su­ją tak­że fi­zy­ka, al­bo­wiem wy­ni­ka z nich od daw­na prze­czu­wa­na prze­ze mnie za­leż­ność stop­nia po­kre­wień­stwa ro­dzin­ne­go od szyb­ko­ści[2].

Co się ty­czy po­dró­ży ósmej, gru­pa ti­cho­lo­gów-psy­cho­ana­li­ty­ków zwe­ry­fi­ko­wa­ła tuż przed od­da­niem ni­niej­sze­go wy­da­nia do dru­ku wszyst­kie fak­ty, któ­re za­szły we śnie I. Ti­che­go[3]. Za­in­te­re­so­wa­ny Czy­tel­nik znaj­dzie w pra­cy dok­to­ra Hop­fstos­se­ra kom­pa­ra­ty­stycz­ną bi­blio­gra­fię przed­mio­tu ujaw­nia­ją­cą wpły­wy snów in­nych zna­ko­mi­tych lu­dzi, jak Iza­aka New­to­na oraz Bor­giów, na ma­rze­nia sen­ne Ti­che­go, i na od­wrót.

Nie ob­jął na­to­miast tom ni­niej­szy po­dró­ży dwu­dzie­stej szó­stej, któ­ra oka­za­ła się osta­tecz­nie apo­kry­fem. Udo­wod­ni­ła to gru­pa pra­cow­ni­ków na­sze­go In­sty­tu­tu, dzię­ki elek­tro­no­wej ana­li­zie po­rów­naw­czej tek­stów[4]. Nie bę­dzie może od rze­czy do­dać, iż oso­bi­ście od daw­na już uwa­ża­łem tak zwa­ną Po­dróż dwu­dzie­stą szó­stą za apo­kryf ze wzglę­du na wy­stę­pu­ją­ce w tek­ście nie­ści­sło­ści, do­ty­czą­ce m.in. Odo­łę­gów (a nie „Odo­lę­gów”, jak po­da­wał tekst), tak­że Me­op­se­ry, Mu­cio­chów i ga­tun­ku Po­wo­łów (Phleg­mus In­va­ria­bi­lis Hop­fstos­se­ri).

Część pierw­sza ni­niej­sze­go wy­da­nia obej­mu­je po­dró­że we­dług ory­gi­nal­nej nu­me­ra­cji au­tor­skiej, dru­ga zaś pi­sma oko­licz­no­ścio­we i róż­ne wraz ze wspo­mnie­nia­mi.

W ostat­nim cza­sie po­ja­wi­ły się gło­sy po­da­ją­ce w wąt­pli­wość au­tor­stwo pism Ti­che­go. Pra­sa po­da­wa­ła, ja­ko­by Ti­chy po­słu­gi­wał się czy­jąś po­mo­cą, a na­wet ja­ko­by nie ist­niał, dzie­ła zaś jego stwo­rzyć mia­ło urzą­dze­nie okre­śla­ne jako tak zwa­ny Lem. W myśl pew­nych skraj­nych wer­sji „Lem” ma być na­wet czło­wie­kiem. Otóż każ­dy obzna­jo­mio­ny choć po łeb­kach z hi­sto­rią ko­smo­nau­ty­ki wie, że LEM jest to skrót na­zwy LU­NAR EXCUR­SION MO­DU­LE, czy­li eks­plo­ra­cyj­ne­go po­jem­ni­ka księ­ży­co­we­go, któ­ry był bu­do­wa­ny w USA w ra­mach „Pro­jek­tu Apol­lo” (pierw­sze­go lą­do­wa­nia na Księ­ży­cu). Ijon Ti­chy nie po­trze­bu­je obro­ny ani jako au­tor, ani jako po­dróż­nik. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, pra­gnę jed­nak przy­gwoź­dzić bez­sen­sow­ne po­gło­ski. W szcze­gól­no­ści: LEM był wpraw­dzie za­opa­trzo­ny w mały móż­dżek (elek­tro­no­wy), urzą­dze­nie to słu­ży­ło jed­nak wą­skim ce­lom na­wi­ga­cyj­nym i nie mo­gło­by na­pi­sać ani jed­ne­go sen­sow­ne­go zda­nia. O żad­nym in­nym LE­Mie nic nie wia­do­mo. Nie wspo­mi­na­ją o nim ani ka­ta­lo­gi wiel­kich ma­szyn elek­tro­nicz­nych (por. np. Nor­tro­nics, New York, 1966-1969), ani Wiel­ka En­cy­klo­pe­dia Ko­smicz­na (Lon­dyn 1979). Czas tedy, by nie­li­cu­ją­ce z po­wa­gą ich za­dań słu­chy nie za­kłó­ca­ły dzia­łal­no­ści ti­cho­lo­gów, od któ­rych mnó­stwa jesz­cze wy­sił­ku wy­ma­gać będą opra­co­wy­wa­ne od lat OPE­RA OMNIA I. Ti­che­go.

 

Pro­fe­sor A.S. Ta­ran­to­ga

Ka­te­dra Astro­zo­olo­gii Po­rów­naw­czej

Uni­wer­sy­te­tu w Fo­mal­haut

za

Ko­mi­tet Re­dak­cyj­ny Wy­da­nia

Dzieł Wszyst­kich Ijo­na Ti­che­go

oraz

Radę Na­uko­wą In­sty­tu­tu Ti­cho­lo­gicz­ne­go

wraz z Ze­spo­łem Re­dak­cyj­nym

kwar­tal­ni­ka „Ti­chia­na”

Z DZIENNIKÓW GWIAZDOWYCH IJONA TICHEGO

PODRÓŻ SIÓDMA

Gdy w po­nie­dzia­łek, dru­gie­go kwiet­nia, prze­la­ty­wa­łem w po­bli­żu Be­tel­geu­zy, me­te­or, nie więk­szy od ziar­na fa­so­li zwa­nej jaś­kiem, prze­bił pan­cerz, strza­skał re­gu­la­tor cią­gu i część ste­rów, wsku­tek cze­go ra­kie­ta stra­ci­ła zdol­ność ma­new­ro­wa­nia. Wło­ży­łem ska­fan­der, wy­sze­dłem na jej po­wierzch­nię i pró­bo­wa­łem na­pra­wić urzą­dze­nie, ale prze­ko­na­łem się, że aby przy­krę­cić re­zer­wo­wy ster, któ­ry wzią­łem ze sobą prze­zor­nie, po­trzeb­na mi jest po­moc dru­gie­go czło­wie­ka. Kon­struk­to­rzy za­pro­jek­to­wa­li ra­kie­tę tak nie­roz­sąd­nie, że ktoś mu­siał przy­trzy­my­wać klu­czem głów­kę śru­by, pod­czas kie­dy ktoś dru­gi do­cią­gał­by mu­trę. Zra­zu nie prze­ją­łem się tym szcze­gól­nie i kil­ka go­dzin stra­ci­łem na usi­ło­wa­niach przy­chwy­ce­nia jed­ne­go klu­cza sto­pa­mi, pod­czas gdy ręką do­krę­cał­bym śru­bę z dru­giej stro­ny. Ale mi­nę­ła pora obia­du, a wy­sił­ki moje nie dały re­zul­ta­tu. Kie­dy raz już mi się pra­wie uda­ło, klucz wy­sko­czył spod sto­py i po­mknął w prze­strzeń ko­smicz­ną. Tak więc nie tyl­ko ni­cze­go nie na­pra­wi­łem, ale stra­ci­łem jesz­cze cen­ne na­rzę­dzie i tyl­ko pa­trzy­łem bez­sil­nie, jak od­da­la się co­raz mniej­szy na tle gwiazd.

Po ja­kimś cza­sie klucz wró­cił po wy­cią­gnię­tej elip­sie, ale choć stał się sput­ni­kiem ra­kie­ty, nie zbli­żał się do niej na taką od­le­głość, bym go mógł od­zy­skać. Wró­ci­łem więc do wnę­trza ra­kie­ty i spo­ży­wa­jąc skrom­ny po­si­łek, roz­wa­ża­łem, w jaki też spo­sób wy­do­być się z głu­pie­go po­ło­że­nia. Sta­tek le­ciał tym­cza­sem pro­sto z co­raz więk­szą szyb­ko­ścią, bo i re­gu­la­tor cią­gu po­psuł mi ów prze­klę­ty me­te­or. Na kur­sie nie mia­łem wpraw­dzie żad­nych ciał nie­bie­skich, ale ta śle­pa po­dróż nie mo­gła wszak trwać w nie­skoń­czo­ność. Ja­kiś czas opa­no­wy­wa­łem gniew, ale gdy bio­rąc się po obie­dzie do my­cia ta­le­rzy, stwier­dzi­łem, że roz­grza­ny od po­tęż­nej pra­cy stos ato­mo­wy po­psuł mi naj­lep­szą por­cję po­lę­dwi­cy wo­ło­wej, jaką zo­sta­wi­łem w lo­dów­ce na nie­dzie­lę, stra­ci­łem na chwi­lę rów­no­wa­gę du­cha i mio­ta­jąc naj­okrop­niej­sze prze­kleń­stwa, roz­bi­łem część ser­wi­su, co przy­nio­sło mi wpraw­dzie pew­ną ulgę, nie było jed­nak zbyt roz­sąd­ne. W do­dat­ku wy­rzu­co­na za bur­tę wo­ło­wi­na, za­miast ule­cieć w dal, nie chcia­ła opu­ścić po­bli­ża ra­kie­ty i krą­ży­ła wo­kół niej jako dru­gi sztucz­ny sa­te­li­ta, po­wo­du­jąc re­gu­lar­nie co je­de­na­ście mi­nut i czte­ry se­kun­dy krót­ko­trwa­łe za­ćmie­nie Słoń­ca. Aby uspo­ko­ić ner­wy, ob­li­cza­łem do wie­czo­ra ele­men­ty jej ru­chu, jak rów­nież per­tur­ba­cje or­bi­ty wy­wo­ła­ne krą­że­niem utra­co­ne­go klu­cza. Wy­pa­dło mi, że przez naj­bliż­szych sześć mi­lio­nów lat wo­ło­wi­na bę­dzie wy­prze­dza­ła klucz, wi­ru­jąc wo­kół stat­ku po to­rze ko­ło­wym, aby po­tem go prze­ści­gnąć. Na ko­niec, zmę­czo­ny ra­chun­ka­mi, po­ło­ży­łem się spać. W środ­ku nocy wy­da­ło mi się, że ktoś po­trzą­sa mnie za ra­mię. Otwo­rzy­łem oczy i zo­ba­czy­łem po­chy­lo­ne­go nad łóż­kiem czło­wie­ka, któ­re­go twarz była dziw­nie zna­jo­ma, choć nie mia­łem po­ję­cia, kto to może być.

– Wsta­waj – po­wie­dział – i bierz klu­cze, pój­dzie­my na górę i przy­krę­ci­my śru­by ste­ro­we…

– Po pierw­sze, nie zna­my się tak do­brze, abyś mię pan ty­kał – od­par­łem – a po wtó­re, wiem do­sko­na­le, że pana nie ma. Je­stem w ra­kie­cie sam, i to już dru­gi rok, bo lecę z Zie­mi do gwiaz­do­zbio­ru Ciel­ca. Tak za­tem, jest pan tyl­ko sen­nym przy­wi­dze­niem.

On jed­nak na­dal po­trzą­sał mną, po­wta­rza­jąc, abym za­raz szedł z nim po na­rzę­dzia.

– Idio­tyzm – od­rze­kłem już tro­chę zły, bo oba­wia­łem się, że kłót­nia we śnie mnie obu­dzi, a wiem z do­świad­cze­nia, jak cięż­ko za­sy­pia mi się po ta­kim na­głym ock­nię­ciu. – Ni­g­dzie nie pój­dę, bo to i tak by­ło­by na nic. Śru­ba przy­krę­co­na we śnie nie zmie­ni sy­tu­acji, jaka pa­nu­je na ja­wie. Pro­szę nie mo­le­sto­wać mnie i na­tych­miast roz­pły­nąć się lub odejść w inny spo­sób, bo się mogę zbu­dzić.

– Ależ ty wca­le nie śpisz, daję ci sło­wo ho­no­ru! – za­wo­łał upar­ty zwid. – Czy nie po­zna­jesz mnie? Po­patrz!

To mó­wiąc, do­tknął pal­ca­mi dwu bro­da­wek, spo­rych jak po­ziom­ki, któ­re miał na le­wym po­licz­ku. Od­ru­cho­wo chwy­ci­łem się za twarz, bo wła­śnie ja mam w tym miej­scu dwie ku­bek w ku­bek ta­kie same bro­daw­ki. W tym mo­men­cie po­ją­łem też, dla­cze­go śnio­ny przy­po­mi­nał mi ko­goś zna­jo­me­go: był po­dob­ny do mnie jak jed­na kro­pla wody do dru­giej.

– Daj mi świę­ty spo­kój! – za­wo­ła­łem, za­my­ka­jąc oczy w tro­sce o nie­na­ru­szal­ność snu. – Je­że­li je­steś mną, to wpraw­dzie nie mu­szę zwra­cać się do cie­bie per „pan”, ale też to i do­wód, że nie ist­nie­jesz!

Po czym od­wró­ci­łem się na dru­gi bok i przy­kry­łem się ko­cem aż po czu­bek gło­wy. Sły­sza­łem jesz­cze, jak mó­wił coś o idio­ty­zmie, na­resz­cie, gdy nie re­ago­wa­łem, krzyk­nął: – Po­ża­łu­jesz tego, bał­wa­nie! I prze­ko­nasz się po­nie­wcza­sie, że to nie ża­den sen!

Ja jed­nak ani drgną­łem. Kie­dy otwo­rzy­łem rano oczy, od razu przy­po­mnia­ła mi się ta oso­bli­wa noc­na hi­sto­ria. Usia­dłem na po­ście­li i roz­my­śla­łem o tym, ja­kie też cie­ka­we fi­gle pła­ta czło­wie­ko­wi jego wła­sny umysł: oto nie ma­jąc żad­nej brat­niej du­szy na po­kła­dzie, w ob­li­czu na­glą­cej ko­niecz­no­ści, nie­ja­ko roz­dwo­iłem się w ma­rze­niu sen­nym, aby uczy­nić za­dość po­trze­bie.

Po śnia­da­niu stwier­dzi­łem, że ra­kie­ta uzy­ska­ła przez noc do­dat­ko­wą por­cję przy­śpie­sze­nia, i wzią­łem się do wer­to­wa­nia bi­blio­tecz­ki po­kła­do­wej, szu­ka­jąc w pod­ręcz­ni­kach rady na moje fa­tal­ne po­ło­że­nie. Nie zna­la­złem jed­nak ni­cze­go. Roz­ło­ży­łem więc na sto­le mapę gwiaz­do­wą i w bla­sku nie­da­le­kiej Be­tel­geu­zy, prze­sła­nia­nym co ja­kiś czas krą­żą­cą wo­ło­wi­ną, szu­ka­łem w oko­li­cy, w któ­rej się znaj­do­wa­łem, sie­dli­ska ja­kiejś cy­wi­li­za­cji ko­smicz­nej, od któ­rej mógł­bym ocze­ki­wać po­mo­cy. Ale była to kom­plet­na głu­sza gwiaz­do­wa, omi­ja­na przez wszyst­kie stat­ki jako ob­szar wy­jąt­ko­wo nie­bez­piecz­ny, po­nie­waż miesz­czą się tam ty­leż groź­ne, co ta­jem­ni­cze wiry gra­wi­ta­cyj­ne, w licz­bie stu czter­dzie­stu sied­miu, któ­rych ist­nie­nie wy­ja­śnia sześć astro­fi­zycz­nych teo­rii, a każ­da ina­czej.

Ka­len­darz ko­smo­nau­tycz­ny prze­strze­gał przed nimi ze wzglę­du na nie­obli­czal­ne skut­ki efek­tów re­la­ty­wi­stycz­nych, ja­kie może po­cią­gnąć za sobą przej­ście przez wir – zwłasz­cza przy wiel­kiej szyb­ko­ści wła­snej.

Ja jed­nak by­łem bez­rad­ny. Ob­li­czy­łem tyl­ko, że o skraj pierw­sze­go wiru za­wa­dzę koło je­de­na­stej, po­spie­szy­łem więc z przy­go­to­wa­nia­mi do śnia­da­nia, aby nie sta­wiać czo­ła nie­bez­pie­czeń­stwu na czczo. Le­d­wo wy­tar­łem ostat­ni spodek, ra­kie­tą jęło ci­skać na wszyst­kie stro­ny, aż nie­przy­mo­co­wa­ne do­sta­tecz­nie przed­mio­ty gra­dem la­ta­ły od ścia­ny do ścia­ny. Z bie­dą do­czoł­ga­łem się do fo­te­la, a gdy się doń przy­wią­za­łem, pod­czas co­raz gwał­tow­niej­szych sko­ków stat­ku za­uwa­ży­łem, że jak­by bla­do­li­lio­wa mgła za­wle­kła prze­ciw­le­głą część ka­ju­ty i po­ja­wi­ła się tam, mię­dzy zle­wem a ku­chen­ką, mgli­sta syl­wet­ka ludz­ka w far­tusz­ku, le­ją­ca cia­sto omle­to­we na pa­tel­nię. Po­stać spoj­rza­ła na mnie ba­daw­czo, lecz bez zdzi­wie­nia, po czym roz­chwia­ła się i zni­kła. Prze­tar­łem oczy. By­łem naj­oczy­wi­ściej sam, przy­pi­sa­łem więc ów ob­raz chwi­lo­we­mu za­mro­cze­niu.

Sie­dząc da­lej w fo­te­lu, a ra­czej ska­cząc wraz z nim, po­ją­łem na­gle, w bły­sku olśnie­nia, że nie była to wca­le ha­lu­cy­na­cja. Kie­dy gru­by tom Ogól­nej teo­rii względ­no­ści prze­la­ty­wał koło mego fo­te­la, spró­bo­wa­łem go po­chwy­cić, co uda­ło mi się już za czwar­tym ra­zem. Kiep­sko szło wer­to­wa­nie cięż­kiej księ­gi w ta­kich wa­run­kach – strasz­li­we siły mio­ta­ły stat­kiem, że za­ta­czał się jak pi­ja­ny – ale w koń­cu zna­la­złem wła­ści­wy ustęp. Była tam mowa o fe­no­me­nach tak zwa­nej pę­tli cza­so­wej, to jest za­gi­na­niu się kie­run­ku, w któ­rym pły­nie czas, w ob­rę­bie pól gra­wi­ta­cyj­nych wiel­kiej mocy, któ­re to zja­wi­sko może na­wet nie­kie­dy do­pro­wa­dzić do za­wró­ce­nia bie­gu cza­su i tak zwa­ne­go po­dwo­je­nia te­raź­niej­szo­ści. Wir, któ­ry prze­by­łem wła­śnie, nie na­le­żał do naj­po­tęż­niej­szych. Wie­dzia­łem, że gdy­by mi się uda­ło choć odro­bi­nę na­kie­ro­wać sta­tek dzio­bem ku bie­gu­no­wi Ga­lak­ty­ki, prze­tnę tak zwa­ny Vor­tex Gra­vi­ta­tio­sus Pinc­ken­ba­chii, w któ­rym wie­lo­krot­nie ob­ser­wo­wa­no fe­no­me­ny po­dwo­je­nia, a na­wet po­tro­je­nia te­raź­niej­szo­ści.

Ste­ry były wpraw­dzie unie­ru­cho­mio­ne, ale uda­łem się do ko­mo­ry sil­ni­ko­wej i tak dłu­go ma­ni­pu­lo­wa­łem przy urzą­dze­niach, aż istot­nie do­pro­wa­dzi­łem do lek­kie­go od­chy­le­nia ra­kie­ty ku ga­lak­tycz­ne­mu bie­gu­no­wi. Ope­ra­cja ta za­ję­ła mi kil­ka go­dzin. Re­zul­tat jej był nad­spo­dzie­wa­ny. Sta­tek wpadł w cen­trum wiru oko­ło pół­no­cy, dy­go­cąc i ję­cząc wszyst­ki­mi wią­za­nia­mi tak, że lę­ka­łem się o jego ca­łość, ale wy­szedł z opre­sji nie­usz­ko­dzo­ny i kie­dy na po­wrót ob­ję­ły go mar­twe ra­mio­na ko­smicz­nej ci­szy, opu­ści­łem ko­mo­rę sil­ni­ko­wą, aby uj­rzeć sa­me­go sie­bie śpią­ce­go smacz­nie na łóż­ku. Po­ją­łem od razu, że to je­stem ja z po­przed­niej doby, to jest z nocy po­nie­dział­ko­wej. Nie za­sta­na­wia­jąc się nad fi­lo­zo­ficz­ną stro­ną tego ra­czej oso­bli­we­go zja­wi­ska, na­tych­miast ją­łem szar­pać za ra­mię śpią­ce­go, wo­ła­jąc, aby szyb­ko wsta­wał, nie wie­dzia­łem bo­wiem, jak dłu­go jego po­nie­dział­ko­we ist­nie­nie bę­dzie trwa­ło w moim wtor­ko­wym, i dla­te­go na­le­ża­ło jak naj­szyb­ciej wyjść na ze­wnątrz, by po­spo­łu na­pra­wić ste­ry.

Ale śpią­cy otwo­rzył tyl­ko jed­no oko i rzekł, że nie ży­czy so­bie, abym go ty­kał, jak rów­nież, że je­stem tyl­ko jego sen­nym przy­wi­dze­niem. Próż­no, znie­cier­pli­wio­ny, po­trzą­sa­łem nim, próż­no usi­ło­wa­łem wy­cią­gnąć go prze­mo­cą z łóż­ka. Nie da­wał się z nie­go wy­do­być, po­wta­rza­jąc upar­cie, że mu się śnię; ją­łem kląć, a on tłu­ma­czył mi lo­gicz­nie, że ni­g­dzie nie pój­dzie, bo we śnie przy­krę­co­ne śru­by nie będą trzy­ma­ły ste­ru na ja­wie. Da­rem­nie da­wa­łem mu sło­wo ho­no­ru, że się myli, za­kli­na­łem i prze­kli­na­łem na zmia­nę – na­wet za­de­mon­stro­wa­ne bro­daw­ki nie prze­ko­na­ły go o praw­dzie mych słów. Od­wró­cił się do mnie ty­łem i za­chra­pał.

Usia­dłem w fo­te­lu, by na chłod­no roz­wa­żyć po­wsta­łą sy­tu­ację. Prze­ży­łem ją już dwa razy, raz jako ów śpią­cy, w po­nie­dzia­łek, a te­raz jako bu­dzą­cy go bez­sku­tecz­nie, we wto­rek. Ja z po­nie­dział­ku nie wie­rzy­łem w re­al­ność zja­wi­ska du­pli­ka­cji, ale ja wtor­ko­wy już o nim wie­dzia­łem. Była to naj­zwy­klej­sza w świe­cie pę­tla cza­su. Co na­le­ża­ło za­tem ro­bić, aby uda­ło się na­pra­wić ste­ry? Po­nie­waż po­nie­dział­ko­wy spał da­lej, a tak­że po­nie­waż pa­mię­ta­łem, że ową noc wy­bor­nie prze­spa­łem do sa­me­go rana, po­ją­łem da­rem­ność wszel­kich dal­szych prób prze­bu­dze­nia go. Mapa zwia­sto­wa­ła jesz­cze mnó­stwo wiel­kich wi­rów gra­wi­ta­cyj­nych, tak więc mo­głem li­czyć na po­dwo­je­nie cza­su te­raź­niej­sze­go w cią­gu nad­cho­dzą­cych dni. Chcia­łem na­pi­sać do sie­bie list i przy­piąć go szpil­ką do po­dusz­ki, abym ja po­nie­dział­ko­wy, obu­dziw­szy się, mógł na­ocz­nie prze­ko­nać się o tym, iż rze­ko­my sen był re­al­no­ścią.

Le­d­wo jed­nak sia­dłem z pió­rem do sto­łu, za­chro­bo­ta­ło w sil­ni­kach, po­spie­szy­łem więc tam i po­le­wa­łem wodą prze­grza­ny stos ato­mo­wy do świ­tu, pod­czas gdy ja po­nie­dział­ko­wy spał smacz­nie, ob­li­zu­jąc się od cza­su do cza­su, co po­rząd­nie mnie gnie­wa­ło. Zgłod­nia­ły i wy­mę­czo­ny, nie zmru­żyw­szy oka, wzią­łem się do śnia­da­nia i wy­cie­ra­łem wła­śnie ta­le­rze, kie­dy ra­kie­ta wpa­dła w na­stęp­ny wir gra­wi­ta­cyj­ny. Wi­dzia­łem po­nie­dział­ko­we­go sie­bie, jak pa­trzy na mnie osłu­pia­ły, przy­wią­za­ny do fo­te­la, pod­czas kie­dy ja wtor­ko­wy sma­ży­łem omle­ty. Po­tem od wstrzą­su stra­ci­łem rów­no­wa­gę, po­ciem­nia­ło mi w oczach i upa­dłem. Gdy ock­ną­łem się na pod­ło­dze w oto­cze­niu por­ce­la­no­wych sko­rup, przy sa­mej twa­rzy do­strze­głem nogi sto­ją­ce­go nade mną czło­wie­ka.

– Wsta­waj – rzekł, pod­no­sząc mnie – czy nic so­bie nie zro­bi­łeś?

– Nie – od­par­łem, opie­ra­jąc się rę­ka­mi o pod­ło­gę, bo krę­ci­ło mi się w gło­wie – z któ­re­go je­steś dnia ty­go­dnia?

– Ze śro­dy – od­parł. – Idzie­my szyb­ko na­pra­wić ster, bo szko­da cza­su!

– A gdzie ten po­nie­dział­ko­wy? – spy­ta­łem.

– Już go nie ma, to zna­czy, wi­docz­nie ty nim je­steś.

– Jak to ja?

– No tak, bo po­nie­dział­ko­wy stał się w nocy z po­nie­dział­ku na wto­rek wtor­ko­wym, i tak da­lej.

– Nie ro­zu­miem!

– Nie szko­dzi, to z nie­przy­zwy­cza­je­nia. Ale chodź, szko­da cza­su!

– Za­raz – od­po­wie­dzia­łem, nie ru­sza­jąc się z pod­ło­gi. – Dzi­siaj jest wto­rek. Je­że­li ty je­steś śro­do­wy i do tej chwi­li we śro­dę jesz­cze nie są na­pra­wio­ne ste­ry, to z tego wy­ni­ka, że coś prze­szko­dzi nam w ich na­pra­wie­niu, po­nie­waż w prze­ciw­nym ra­zie ty, we śro­dę, nie na­kła­niał­byś już mnie do tego, abym ja, we wto­rek, je z tobą wspól­nie na­pra­wiał. Więc może le­piej nie ry­zy­ko­wać wyj­ścia na ze­wnątrz?

– Bre­dzisz! – za­wo­łał – czło­wie­ku, ja je­stem śro­do­wy, a ty je­steś wtor­ko­wy, co się na­to­miast ty­czy ra­kie­ty, to przy­pusz­czam, że ona jest, by tak rzec, ła­cia­ta, to zna­czy miej­sca­mi jest w niej wto­rek, miej­sca­mi śro­da, gdzie­nie­gdzie może na­wet jest tro­chę czwart­ku. Czas prze­ta­so­wał się po pro­stu pod­czas prze­cho­dze­nia przez te wiry, ale cóż to nas ob­cho­dzi, je­śli je­ste­śmy we dwóch i przez to mamy szan­sę na­pra­wie­nia ste­ru?!

– Nie, nie masz ra­cji! – od­par­łem – je­że­li we śro­dę, gdzie już je­steś, prze­żyw­szy cały wto­rek i ma­jąc go poza sobą, je­śli we śro­dę, po­wta­rzam, ste­ry nie są na­pra­wio­ne, to z tego wy­ni­ka, że nie zo­sta­ły na­pra­wio­ne we wto­rek, bo te­raz jest wto­rek, i gdy­by­śmy je mie­li za chwi­lę na­pra­wić, to dla cie­bie by­ła­by już ta chwi­la prze­szło­ścią i nie by­ło­by co na­pra­wiać. A za­tem…

– A za­tem je­steś upar­ty jak osioł! – wark­nął. – Po­ża­łu­jesz swej głu­po­ty! I je­dy­ną moją sa­tys­fak­cją jest to, że bę­dziesz się tak samo wście­kał na swój tępy upór jak ja te­raz – kie­dy sam do­cze­kasz śro­dy!!!

– Ach, po­zwól – za­wo­ła­łem – czy to ma zna­czyć, że ja we śro­dę, bę­dąc tobą, będę usi­ło­wał prze­ko­nać mnie wtor­ko­we­go, tak jak ty to ro­bisz w tej chwi­li, tyl­ko wszyst­ko bę­dzie na od­wrót, to zna­czy ty bę­dziesz mną, a ja tobą? Ro­zu­miem! Na tym po­le­ga pę­tla cza­su! Cze­kaj, idę, idę za­raz, po­ją­łem już…

Nim jed­nak wsta­łem z pod­ło­gi, wpa­dli­śmy w nowy wir i strasz­li­we cią­że­nie roz­płasz­czy­ło nas na su­fi­cie.

Prze­raź­li­we sko­ki i wstrzą­sy nie usta­wa­ły przez całą noc z wtor­ku na śro­dę. Kie­dy się już nie­co uspo­ko­iło, la­ta­ją­cy po ka­ju­cie tom Ogól­nej teo­rii względ­no­ści tak ude­rzył mnie w czo­ło, że stra­ci­łem przy­tom­ność. Kie­dy otwo­rzy­łem oczy, uj­rza­łem sko­ru­py na­czyń i roz­po­star­te­go mię­dzy nimi czło­wie­ka. Ze­rwa­łem się na­tych­miast na rów­ne nogi i pod­no­sząc go, za­wo­ła­łem:

– Wsta­waj! Czy nic so­bie nie zro­bi­łeś?

– Nie – od­parł, otwie­ra­jąc oczy – z któ­re­go je­steś dnia ty­go­dnia?

– Ze śro­dy – od­par­łem – idzie­my szyb­ko na­pra­wić ster, bo szko­da cza­su.

– A gdzie ten po­nie­dział­ko­wy? – spy­tał, sia­da­jąc. Miał pod­si­nia­czo­ne oko.

– Już go nie ma – rze­kłem – wi­docz­nie ty nim je­steś.

– Jak to ja?

– No tak, bo po­nie­dział­ko­wy stał się w nocy z po­nie­dział­ku na wto­rek wtor­ko­wym, i tak da­lej.

– Nie ro­zu­miem.

– Nie szko­dzi, to z nie­przy­zwy­cza­je­nia. Ale chodź, szko­da cza­su!

To mó­wiąc, roz­glą­da­łem się już za na­rzę­dzia­mi.

– Za­raz – od­parł wol­no, na­wet nie ru­sza­jąc pal­cem. – Dzi­siaj jest wto­rek. Je­że­li ty je­steś śro­do­wy i do tej chwi­li we śro­dę jesz­cze nie są na­pra­wio­ne ste­ry, to z tego wy­ni­ka, że coś prze­szko­dzi nam w ich na­pra­wie­niu, po­nie­waż w prze­ciw­nym ra­zie ty, we śro­dę, nie na­kła­niał­byś już mnie do tego, abym ja, we wto­rek, wspól­nie je z tobą na­pra­wiał. Więc może le­piej nie ry­zy­ko­wać wyj­ścia na ze­wnątrz?

– Bre­dzisz!!!! – wrza­sną­łem roz­gnie­wa­ny do ży­we­go – czło­wie­ku, ja je­stem śro­do­wy, a ty wtor­ko­wy…

I tak za­czę­li­śmy się kłó­cić w od­wró­co­nych ro­lach, przy czym w sa­mej rze­czy do­pro­wa­dził mnie do bia­łej pa­sji, bo wciąż nie chciał na­pra­wić ze mną ste­rów i na próż­no wy­zy­wa­łem go od upar­tych osłów. A kie­dy w koń­cu uda­ło mi się go prze­ko­nać, wpa­dli­śmy w na­stęp­ny wir gra­wi­ta­cyj­ny. Ob­lał mnie zim­ny pot, bo so­bie po­my­śla­łem, że od­tąd bę­dzie­my krę­cić się w tej pę­tli cza­so­wej w kół­ko, aż po wiecz­ność, ale tak się na szczę­ście nie sta­ło. Gdy cią­że­nie osła­bło na tyle, że mo­głem wstać, zno­wu by­łem sam w ka­bi­nie. Wi­docz­nie lo­kal­ny wto­rek, któ­ry trwał przed­tem w po­bli­żu zle­wu, znikł, sta­jąc się bez­pow­rot­ną prze­szło­ścią. Na­tych­miast za­sia­dłem do mapy, szu­ka­jąc ja­kie­goś uczci­we­go wiru, w któ­ry mógł­bym wpro­wa­dzić ra­kie­tę, aby wy­wo­łać po­now­ne za­krzy­wie­nie cza­su i w ten spo­sób zy­skać po­moc­ni­ka.

Ja­koż zna­la­złem je­den, wca­le obie­cu­ją­cy, i ma­new­ru­jąc sil­ni­ka­mi, z wiel­kim tru­dem na­kie­ro­wa­łem ra­kie­tę tak, aby prze­ciąć go w sa­mym środ­ku. Co praw­da kon­fi­gu­ra­cja tego wiru była we­dług mapy ra­czej nie­zwy­kła – miał dwa obok sie­bie le­żą­ce ośrod­ki. Ale by­łem już taki zde­spe­ro­wa­ny, że nie zwra­ca­łem uwa­gi na ową ano­ma­lię.

Pod­czas wie­lo­go­dzin­ne­go krzą­ta­nia się w ko­mo­rze sil­ni­ko­wej ubru­dzi­łem po­rząd­nie ręce, po­sze­dłem więc je umyć, wi­dząc, że mam jesz­cze spo­ro cza­su do wej­ścia w wir. Ła­zien­ka była za­mknię­ta. Do­bie­ga­ły z niej ta­kie od­gło­sy, jak­by ktoś płu­kał gar­dło.

– Kto tam?! – krzyk­ną­łem za­sko­czo­ny.

– Ja – od­parł głos ze środ­ka.

– Jaki znów „ja”?!

– Ijon Ti­chy.

– Z któ­re­go dnia?

– Z piąt­ku. Cze­go chcesz?

– Chcia­łem umyć ręce… – rzu­ci­łem ma­chi­nal­nie, my­śląc jed­no­cze­śnie z naj­więk­szą in­ten­syw­no­ścią: była śro­da wie­czór, a on po­cho­dził z piąt­ku, tak za­tem wir gra­wi­ta­cyj­ny, w któ­ry wpaść miał sta­tek, za­krzy­wi czas z piąt­ku do śro­dy, ale co się sta­nie we­wnątrz wiru da­lej, tego nie mo­głem so­bie w ża­den spo­sób uzmy­sło­wić. Szcze­gól­nie in­try­go­wa­ło mnie, gdzie może być czwar­tek. Tym­cza­sem piąt­ko­wy wciąż nie wpusz­czał mnie do ła­zien­ki, ma­ru­dząc w niej, choć upo­rczy­wie stu­ka­łem do drzwi.

– Prze­stań płu­kać gar­dło! – huk­ną­łem wresz­cie znie­cier­pli­wio­ny. – Czło­wie­ku, każ­da chwi­la jest dro­ga – wyjdź na­tych­miast, to na­pra­wi­my ste­ry!

– Do tego nie je­stem ci po­trzeb­ny – od­parł fleg­ma­tycz­nie spo­za drzwi. – Gdzieś tam musi być czwart­ko­wy, idź z nim…

– Jaki znów czwart­ko­wy? To nie­moż­li­we…

– Ja chy­ba wiem, czy moż­li­we, czy nie, sko­ro już je­stem w piąt­ku, a za­tem prze­ży­łem za­rów­no two­ją śro­dę, jak i jego czwar­tek…

Z lek­kim za­wro­tem gło­wy od­sko­czy­łem od drzwi, bo w sa­mej rze­czy usły­sza­łem ha­łas w ka­ju­cie: stał tam czło­wiek i wy­cią­gał spod łóż­ka fu­te­rał z na­rzę­dzia­mi.

– Ty je­steś czwart­ko­wy!? – za­wo­ła­łem, wpa­da­jąc do środ­ka.

– A ow­szem – od­parł. – Ow­szem… po­móż mi…

– Czy ste­ry uda się nam te­raz na­pra­wić? – spy­ta­łem go, gdy­śmy ra­zem wy­cią­ga­li cięż­ką tor­bę spod łóż­ka.

– Nie wiem, w czwar­tek nie były na­pra­wio­ne, spy­taj piąt­ko­we­go…

Istot­nie, że też nie przy­szło mi to do gło­wy! Szyb­ko pod­bie­głem do drzwi ła­zien­ki.

– Halo! Piąt­ko­wy! Czy ste­ry już na­pra­wio­ne?

– W pią­tek nie – od­parł.

– Dla­cze­go nie?

– Dla­te­go – od­parł, otwie­ra­jąc rów­no­cze­śnie drzwi. Miał gło­wę ob­wią­za­ną ręcz­ni­kiem, a do czo­ła przy­ci­skał ostrze noża na płask, usi­łu­jąc w ten spo­sób za­ha­mo­wać wzrost wiel­kie­go jak jajo guza. Czwart­ko­wy, któ­ry nad­szedł tym­cza­sem z na­rzę­dzia­mi, stał obok mnie, spo­koj­nie i uważ­nie ob­ser­wu­jąc po­tłu­czo­ne­go, któ­ry swo­bod­ną ręką od­sta­wił na pół­kę bu­tel­kę z wodą gu­lar­do­wą. A więc to jej bul­go­ta­nie wzią­łem za od­gło­sy płu­ka­nia gar­dła.

– Co cię tak urzą­dzi­ło? – za­py­ta­łem ze współ­czu­ciem.

– Nie co, tyl­ko kto – od­parł. – To był nie­dziel­ny.

– Nie­dziel­ny? Ależ dla­cze­go… nie może być! – za­wo­ła­łem.

– To dłuż­sza hi­sto­ria…

– Wszyst­ko jed­no! Bie­gnie­my na ze­wnątrz, może zdą­ży­my! – zwró­cił się do mnie czwart­ko­wy.

– Ależ ra­kie­ta za chwi­lę wpad­nie w wir – od­par­łem. – Wstrząs może wy­rzu­cić nas w próż­nię i zgi­nie­my…

– Nie pleć głupstw – za­re­pli­ko­wał czwart­ko­wy. – Je­śli piąt­ko­wy żyje, nic się nam nie może stać. Dzi­siaj jest do­pie­ro czwar­tek.

– Jest śro­da – za­pro­te­sto­wa­łem.

– Niech bę­dzie, to wszyst­ko jed­no, w każ­dym ra­zie w pią­tek będę żył, i ty tak samo.

– Ale prze­cież nas tyl­ko po­zor­nie jest dwóch – za­uwa­ży­łem – na­praw­dę je­stem je­den, tyl­ko z róż­nych dni ty­go­dnia…

– Do­brze, do­brze, otwie­raj kla­pę…

Tu jed­nak oka­za­ło się, że mamy tyl­ko je­den ska­fan­der próż­nio­wy. Nie mo­gli­śmy więc wyjść z ra­kie­ty obaj rów­no­cze­śnie i tym sa­mym plan na­pra­wy ste­rów upadł.

– A niech­że to dia­bli we­zmą! – krzyk­ną­łem gniew­nie, ci­ska­jąc tor­bę z na­rzę­dzia­mi. – Trze­ba było wło­żyć ska­fan­der i już nie zdej­mo­wać go z grzbie­tu. Ja o tym nie po­my­śla­łem, ale ty jako czwart­ko­wy po­wi­nie­neś był o tym pa­mię­tać!

– Ska­fan­der za­brał mi piąt­ko­wy – od­parł.

– Kie­dy? I dla­cze­go?

– Ech, albo to war­to tłu­ma­czyć – wzru­szył ra­mio­na­mi i od­wró­ciw­szy się, wró­cił do ka­ju­ty. Piąt­ko­we­go nie było w niej, zaj­rza­łem do ła­zien­ki, ale i ona była pu­sta.

– Gdzie piąt­ko­wy? – spy­ta­łem zdzi­wio­ny, wra­ca­jąc. Czwart­ko­wy sys­te­ma­tycz­nie roz­bi­jał jaja no­żem i wy­pusz­czał ich za­war­tość na skwier­czą­cy tłuszcz.

– Pew­nie gdzieś obok so­bo­ty – od­parł fleg­ma­tycz­nie, mie­sza­jąc szyb­ko ja­jecz­ni­cę.

– O, bar­dzo prze­pra­szam – za­pro­te­sto­wa­łem – ty już prze­cież ja­dłeś we śro­dę swo­je i nie masz pra­wa po raz dru­gi jeść śro­do­wej ko­la­cji!

– Te za­pa­sy są rów­nie do­brze two­je jak moje – spo­koj­nie no­żem pod­wa­żał przy­pie­ka­ją­ce się brze­gi ja­jecz­ni­cy. – Ja je­stem tobą, a ty mną, więc to wszyst­ko jed­no…

– Co za so­fi­sty­ka! Prze­stań kłaść tyle ma­sła! Osza­la­łeś? Nie mam za­pa­sów dla tylu osób!

Pa­tel­nia wy­pa­dła mu z ręki, a ja sam po­le­cia­łem na ścia­nę: do­sta­li­śmy się w nowy wir. Sta­tek znów trząsł się jak w fe­brze, a ja my­śla­łem tyl­ko o tym, by się do­stać do ko­ry­ta­rza, gdzie wi­siał ska­fan­der, i wło­żyć go. W ten spo­sób, ro­zu­mo­wa­łem, gdy po śro­dzie przyj­dzie czwar­tek, ja jako czwart­ko­wy będę miał już na so­bie ska­fan­der i je­śli tyl­ko ani na chwi­lę go nie zdej­mę, jak twar­do so­bie po­sta­no­wi­łem, to tym sa­mym będę go no­sił i w pią­tek. Tak więc gdy za­rów­no ja z czwart­ku, jak i ja z piąt­ku bę­dzie­my mie­li ska­fan­dry, kie­dy spo­tka­my się w jed­nej te­raź­niej­szo­ści, uda się w koń­cu na­pra­wić nie­szczę­sne ste­ry. Wzrost siły cią­że­nia nie­co mnie za­mro­czył, a gdy otwo­rzy­łem po­wie­ki, za­uwa­ży­łem, że leżę po pra­wej ręce czwart­ko­we­go, a nie po le­wej, jak przed kil­ku­na­stu mi­nu­ta­mi. Ła­two przy­szło mi wy­my­ślić cały plan ze ska­fan­drem, trud­niej było wcie­lić go w ży­cie, bo wsku­tek ro­sną­cej gra­wi­ta­cji le­d­wo mo­głem się ru­szać. Gdy sła­bła choć tro­chę, prze­su­wa­łem się po pod­ło­dze o mi­li­me­try w kie­run­ku drzwi wio­dą­cych na ko­ry­tarz. Za­uwa­ży­łem przy tym, że czwart­ko­wy, tak jak i ja, po­su­wa się ku drzwiom, cal po calu peł­znąc w stro­nę ko­ry­ta­rza. W koń­cu, po ja­kiejś go­dzi­nie, gdyż wir był bar­dzo roz­le­gły, spo­tka­li­śmy się roz­płasz­cze­ni na pod­ło­dze pod pro­giem drzwi. Po­my­śla­łem, że wła­ści­wie nie­po­trzeb­nie się wy­si­lam, by do­się­gnąć ich klam­ki – niech­że je otwo­rzy czwart­ko­wy. Jed­no­cze­śnie za­czą­łem so­bie jed­nak przy­po­mi­nać róż­ne rze­czy, z któ­rych wy­ni­ka­ło, że to ja już je­stem tym czwart­ko­wym, a nie on.

– Z któ­re­go dnia je­steś? – spy­ta­łem, by się upew­nić. Pod­bró­dek mia­łem przy­ci­śnię­ty do pod­ło­gi i pa­trza­łem mu z bli­ska w oczy. Z tru­dem otwo­rzył usta.

– Czwa…rtko­wy – wy­stę­kał. To było dziw­ne. Czyż­bym mimo wszyst­ko wciąż jesz­cze był śro­do­wy? Przy­wo­ław­szy w my­śli re­mi­ni­scen­cje ostat­nich prze­żyć, uzna­łem to za wy­klu­czo­ne. A więc on był już chy­ba piąt­ko­wy. Bo sko­ro przed­tem wy­prze­dzał mnie o dzień, mu­sia­ło to już zo­stać. Cze­ka­łem, by otwo­rzył drzwi, ale zda­je się, że on się tego sa­me­go spo­dzie­wał po mnie. Gra­wi­ta­cja wy­raź­nie osła­bła, wsta­łem więc i wbie­głem do ko­ry­ta­rza. Gdy chwy­ta­łem ska­fan­der, pod­sta­wił mi nogę i wy­rwał mi go z rąk, a ja prze­wró­ci­łem się jak dłu­gi.

– Ach, dra­niu, świ­nio! – krzyk­ną­łem. – Po­dejść sa­me­go sie­bie; cóż to za ło­tro­stwo!

Ale on, nie zwra­ca­jąc na mnie uwa­gi, w mil­cze­niu ubie­rał ska­fan­der. To wy­da­ło mi się już na­zbyt bez­wstyd­ne. Na­gle ja­kaś dziw­na siła wy­rzu­ci­ła go ze ska­fan­dra, w któ­rym, jak się oka­za­ło, ktoś już sie­dział. W pierw­szej chwi­li stra­ci­łem re­zon, bo nie wie­dzia­łem, kto jest kim.

– Hej! Śro­do­wy! – za­wo­łał ten w ska­fan­drze – nie pusz­czaj czwart­ko­we­go, po­móż mi!

Czwart­ko­wy bo­wiem w sa­mej rze­czy usi­ło­wał ze­rwać z nie­go ska­fan­der.

– Da­waj ska­fan­der! – ry­czał czwart­ko­wy, mo­cu­jąc się z tam­tym.

– Od­czep się! O co ci cho­dzi! Czy nie ro­zu­miesz, że ja po­wi­nie­nem go mieć, a nie ty!? – od­krzyk­nął ów.

– Cie­ka­wym, dla­cze­go?

– Dla­te­go, dur­niu, bo ja mam bli­żej do so­bo­ty od cie­bie, a w so­bo­tę bę­dzie już nas dwóch w ska­fan­drach!

– Ależ to bzdu­ry – wtrą­ci­łem się w ich kłót­nię – w naj­lep­szym ra­zie bę­dziesz w so­bo­tę sam w ska­fan­drze, jak ostat­ni idio­ta, i nic nie bę­dziesz mógł zro­bić. Od­daj ska­fan­der mnie: je­że­li wło­żę go te­raz, to za­rów­no ty bę­dziesz go miał w pią­tek jako piąt­ko­wy, jak też i ja w so­bo­tę jako so­bot­ni, a więc bę­dzie nas w tym wy­pad­ku dwóch, z dwo­ma ska­fan­dra­mi… Czwart­ko­wy, po­móż!!

– Prze­stań – za­pro­te­sto­wał piąt­ko­wy, z któ­re­go prze­mo­cą zdzie­ra­łem ska­fan­der – po pierw­sze, nie masz do kogo wo­łać „czwart­ko­wy”, bo już mi­nę­ła pół­noc i ty sam je­steś te­raz czwart­ko­wy, a po wtó­re, le­piej bę­dzie, je­śli ja zo­sta­nę w ska­fan­drze – to­bie i tak nic z nie­go nie przyj­dzie…

– Dla­cze­go? Je­że­li wło­żę go dzi­siaj, będę go miał na so­bie i ju­tro.

– Sam się prze­ko­nasz… prze­cież ja już by­łem tobą, we czwar­tek, mój czwar­tek już mi­nął, więc do­brze wiem…

– Do­syć tego ga­da­nia. Puść to w tej chwi­li! – wark­ną­łem. Ale on wy­rwał mi się i za­czą­łem go­nić go, naj­pierw po ko­mo­rze sil­ni­ko­wej, a po­tem wpa­dli­śmy je­den za dru­gim do ka­ju­ty. Istot­nie, ja­koś tak się zro­bi­ło, że było nas już tyl­ko dwóch. Te­raz zro­zu­mia­łem, dla­cze­go czwart­ko­wy pod kla­pą, kie­dy sta­li­śmy tam z na­rzę­dzia­mi, po­wie­dział mi, że piąt­ko­wy za­brał mu ska­fan­der: w mię­dzy­cza­sie sam bo­wiem sta­łem się czwart­ko­wym i to mnie go piąt­ko­wy za­bie­rał. Ale nie za­mie­rza­łem pod­dać się tak ła­two. Cze­kaj, już ja ci dam radę, po­my­śla­łem, wy­bie­głem na ko­ry­tarz, stam­tąd do ko­mo­ry sil­ni­ko­wej, gdzie przed­tem pod­czas go­ni­twy za­uwa­ży­łem le­żą­cy na pod­ło­dze tęgi drą­żek słu­żą­cy do grze­ba­nia w sto­sie ato­mo­wym, chwy­ci­łem go i tak uzbro­jo­ny po­gna­łem do ka­ju­ty. Tam­ten był już w ska­fan­drze, tyl­ko heł­mu nie zdą­żył jesz­cze na­ło­żyć.

– Ścią­gaj ska­fan­der! – rzu­ci­łem mu w twarz, groź­nie za­ci­ska­jąc pał­kę.

– Ani my­ślę.

– Ścią­gaj, mó­wię!

Za­sta­no­wi­łem się przez chwi­lę, czy mam go ude­rzyć. Tro­chę pe­szy­ło mnie to, że nie miał ani pod­si­nia­czo­ne­go oka, ani gu­zów na czo­le, jak ten piąt­ko­wy, któ­re­go od­kry­łem w ła­zien­ce, ale na­gle zro­zu­mia­łem, że tak musi wła­śnie być. Tam­ten piąt­ko­wy był już te­raz na pew­no so­bot­ni, a może na­wet bu­jał w oko­li­cach nie­dzie­li, na­to­miast obec­ny piąt­ko­wy, któ­ry tkwił w ska­fan­drze, był nie­daw­no czwart­ko­wym, w któ­re­go to czwart­ko­we­go ja znów się prze­kształ­ci­łem o pół­no­cy, tak więc zbli­ża­łem się po scho­dzą­cej krzy­wiź­nie pę­tli cza­su do miej­sca, w któ­rym piąt­ko­wy sprzed po­bi­cia miał się stać po­bi­tym piąt­ko­wym. Ale po­wie­dział przed­tem, że urzą­dził go tak nie­dziel­ny, któ­re­go tym­cza­sem nie było ani śla­du: w ka­ju­cie sta­li­śmy sami, on i ja. Na­gła chy­trość wy­peł­ni­ła mi mózg ośle­pia­ją­cym świa­tłem.

– Ścią­gaj ska­fan­der! – huk­ną­łem groź­nie.

– Czwart­ko­wy, od­czep się! – za­wo­łał.

– Nie je­stem czwart­ko­wy! Je­stem NIE­DZIEL­NY! – wrza­sną­łem, ru­sza­jąc do ata­ku. Usi­ło­wał mnie kop­nąć, ale buty ska­fan­dra są bar­dzo cięż­kie, i nim pod­niósł nogę, da­łem mu już pał­ką po gło­wie. Nie­zbyt moc­no, ro­zu­mie się, bo już na tyle wpra­wi­łem się w to wszyst­ko, iż wie­dzia­łem, że to ja z ko­lei sam, kie­dy z czwart­ko­we­go sta­nę się piąt­ko­wym, do­sta­nę w łeb, a nie za­le­ża­ło mi na tym, aby so­bie sa­me­mu roz­bi­jać czasz­kę. Piąt­ko­wy upadł i stę­ka­jąc, trzy­mał się za gło­wę, a ja bru­tal­nie zdzie­ra­łem zeń ska­fan­der; gdy chwiej­nym kro­kiem ru­szył do ła­zien­ki, mam­ro­cząc „gdzie wata… gdzie woda gu­lar­do­wa…” – szyb­ko za­czą­łem wdzie­wać ten strój próż­nio­wy, o któ­ry tak wal­czy­li­śmy, gdy wtem za­uwa­ży­łem wy­sta­ją­cą spod łóż­ka ludz­ką nogę. Zaj­rza­łem tam, klęk­nąw­szy. Pod łóż­kiem le­żał czło­wiek i sta­ra­jąc się stłu­mić mla­ska­nie, po­spiesz­nie zże­rał ostat­nią ta­blicz­kę cze­ko­la­dy mlecz­nej, któ­rą so­bie zo­sta­wi­łem w ku­fer­ku na czar­ną go­dzi­nę ga­lak­tycz­ną. Łaj­dak śpie­szył się tak, że jadł cze­ko­la­dę ra­zem ze strzęp­ka­mi cyn­fo­lii, któ­re błysz­cza­ły mu na war­gach.

– Zo­staw tę cze­ko­la­dę! – huk­ną­łem, cią­gnąc go za nogę. – Kto ty je­steś? Czwart­ko­wy?… – do­koń­czy­łem ci­szej i z na­głym nie­po­ko­jem, po­my­śla­łem bo­wiem so­bie, że być może ja już sam sta­ję się te­raz piąt­ko­wym, i przyj­dzie mi za­in­ka­so­wać cię­gi, któ­re po­przed­nio za­apli­ko­wa­łem piąt­ko­we­mu.

– Nie­dziel­ny je­stem – wy­beł­ko­tał peł­ny­mi usta­mi. Zro­bi­ło mi się nie­wy­raź­nie. Albo kła­mał, w ta­kim ra­zie nie mia­ło to zna­cze­nia, albo mó­wił praw­dę, a w ta­kim wy­pad­ku nie­uchron­nie gro­zi­ły mi guzy, po­nie­waż to prze­cież nie­dziel­ny po­bił piąt­ko­we­go i piąt­ko­wy sam przed­tem mi to po­wie­dział, a ja pod­szy­wa­jąc się po­tem pod nie­dziel­ne­go, da­łem mu pał­ką. Ale, po­my­śla­łem so­bie, je­śli kła­mie na­wet, że jest nie­dziel­nym, to w każ­dym ra­zie moż­li­we, że jest póź­niej­szy ode mnie, a sko­ro jest póź­niej­szy, pa­mię­ta to wszyst­ko co ja, a więc wie już, że ja okła­ma­łem piąt­ko­we­go, może więc z ko­lei po­dejść mnie ana­lo­gicz­nym spo­so­bem, bo to, co było moim pod­stę­pem wo­jen­nym, dla nie­go jest już po pro­stu wspo­mnie­niem, z któ­re­go może swo­bod­nie ko­rzy­stać. Gdy tak trwa­łem w nie­pew­no­ści, co ro­bić, zjadł resz­tę cze­ko­la­dy i wy­lazł spod łóż­ka.

– Je­że­li je­steś nie­dziel­ny, gdzie masz ska­fan­der!? – za­wo­ła­łem tknię­ty nową my­ślą.

– Za­raz będę go miał — rzekł spo­koj­nie i na­gle za­uwa­ży­łem w jego dło­ni pał­kę… Zo­ba­czy­łem jesz­cze sil­ny błysk, jak­by wy­buch kil­ku­dzie­się­ciu su­per­no­wych na­raz, po czym stra­ci­łem przy­tom­ność. Ock­ną­łem się, sie­dząc na pod­ło­dze w ła­zien­ce; ktoś się do­bi­jał do drzwi. Ją­łem opa­try­wać siń­ce i guzy, a tam­ten wciąż stu­kał; oka­za­ło się, że to śro­do­wy. Po­ka­za­łem mu po chwi­li moją gu­zo­wa­tą gło­wę, po­szedł z czwart­ko­wym po na­rzę­dzia, po­tem była bie­ga­ni­na, szar­pa­nie ska­fan­drów, wresz­cie i to ja­koś prze­ży­łem i so­bot­nim ran­kiem wla­złem pod łóż­ko, aby spraw­dzić, czy nie ma aby ja­kiejś ta­blicz­ki cze­ko­la­dy w ku­fer­ku.

Ktoś po­cią­gnął mnie za nogę, kie­dy zja­da­łem ostat­nią mlecz­ną, któ­rą od­kry­łem pod ko­szu­la­mi; był to już nie wiem kto, ale na wszel­ki wy­pa­dek ude­rzy­łem go pał­ką w gło­wę, zdją­łem zeń ska­fan­der i mia­łem go wła­śnie wło­żyć, kie­dy ra­kie­ta wpa­dła w ko­lej­ny wir.

Gdy od­zy­ska­łem świa­do­mość, ka­ju­ta była peł­na lu­dzi. Le­d­wo moż­na się było w niej po­ru­szać. Jak się oka­za­ło, wszy­scy byli mną, z róż­nych dni, ty­go­dni, mie­się­cy, a je­den po­dob­no był na­wet z przy­szłe­go roku. Spo­ro było osób po­tłu­czo­nych i z pod­bi­ty­mi ocza­mi, a pię­ciu spo­śród obec­nych mia­ło na so­bie ska­fan­dry. Ale za­miast wyjść na­tych­miast przez kla­pę, by na­pra­wić uszko­dze­nie, jęli spie­rać się, tar­go­wać, dys­ku­to­wać i kłó­cić. Cho­dzi­ło o to, kto kogo po­bił i kie­dy. Sy­tu­ację kom­pli­ko­wa­ło po pierw­sze to, że po­ja­wi­li się już przed­po­łu­dnio­wi i po­po­łu­dnio­wi, oba­wia­łem się więc, że je­śli to tak da­lej pój­dzie, roz­drob­nię się na mi­nu­to­wych i se­kun­do­wych, po wtó­re zaś więk­szość obec­nych kła­ma­ła jak z nut, tak że do dziś nie wiem na­praw­dę, kogo bi­łem i kto mnie bił, kie­dy to­czy­ła się cała ta hi­sto­ria w trój­ką­cie mię­dzy czwart­ko­wym, piąt­ko­wym i śro­do­wym, któ­ry­mi ko­lej­no by­łem. Mam wra­że­nie, że przez to, iż sam kła­ma­łem piąt­ko­we­mu, ja­ko­bym był nie­dziel­nym, do­sta­łem o je­den raz za wie­le, ani­że­li­by to wy­ni­ka­ło z ka­len­da­rzo­wej ra­chu­by. Ale wolę ra­czej nie wra­cać już my­ślą do tych nie­mi­łych wspo­mnień, bo czło­wiek, któ­ry przez okrą­gły ty­dzień nie ro­bił nic in­ne­go, jak tyl­ko bił sam sie­bie, nie ma szcze­gól­nych po­wo­dów do dumy.

Tym­cza­sem kłót­nie trwa­ły. Roz­pacz ogar­nia­ła na wi­dok tej bez­czyn­no­ści i mar­no­wa­nia cza­su, pod­czas gdy ra­kie­ta pę­dzi­ła wciąż śle­po przed sie­bie, co ja­kiś czas wpa­da­jąc w wiry gra­wi­ta­cyj­ne próż­ni. W koń­cu ci w ska­fan­drach po­bi­li się z tymi bez ska­fan­drów. Pró­bo­wa­łem wnieść jaki taki ład w ów kom­plet­ny już cha­os i w koń­cu po nad­ludz­kich wy­sił­kach uda­ło mi się zor­ga­ni­zo­wać coś w ro­dza­ju ze­bra­nia, przy czym ten z przy­szłe­go roku zo­stał, jako naj­star­szy, wy­bra­ny przez akla­ma­cję na prze­wod­ni­czą­ce­go.

Po­tem wy­bra­li­śmy jesz­cze ko­mi­sję skru­ta­cyj­ną, ko­mi­sję mat­kę i ko­mi­sję wol­nych wnio­sków, a czte­rech z przy­szłe­go mie­sią­ca zo­sta­ło służ­bą po­rząd­ko­wą. W mię­dzy­cza­sie jed­nak prze­szli­śmy przez ujem­ny wir, któ­ry zre­du­ko­wał na­szą licz­bę do po­ło­wy, tak że we wstęp­nym taj­nym gło­so­wa­niu za­bra­kło qu­orum i przed przy­stą­pie­niem do wy­bo­ru kan­dy­da­tów na na­pra­wia­czy ste­rów trze­ba było zmie­nić sta­tut. Mapa zwia­sto­wa­ła zbli­ża­nie się ko­lej­nych wi­rów, któ­re ob­ra­ca­ły wni­wecz do­tych­cza­so­we osią­gnię­cia: raz zni­ka­li wy­bra­ni już kan­dy­da­ci, to znów po­ja­wia­li się wtor­ko­wy i piąt­ko­wy, z gło­wą ob­wią­za­ną ręcz­ni­kiem, i wsz­czy­na­li nie­smacz­ne awan­tu­ry. Po przej­ściu przez bar­dzo sil­ny wir do­dat­ni le­d­wo mie­ści­li­śmy się w ka­ju­cie i ko­ry­ta­rzu, a o tym, żeby otwo­rzyć kla­pę, dla bra­ku miej­sca, nie było na­wet mowy. Naj­gor­sze było to wszak­że, iż roz­mia­ry cza­so­wych prze­su­nięć co­raz bar­dziej ro­sły, po­ja­wia­li się już ja­cyś szpa­ko­wa­ci, a na­wet tu i ów­dzie wid­nia­ły krót­ko ostrzy­żo­ne gło­wy dzie­ci, to jest, ro­zu­mie się, wszyst­ki­mi by­łem ja sam z okre­su mego pa­cho­lęc­twa.

Nie pa­mię­tam do­praw­dy, czy by­łem wciąż jesz­cze nie­dziel­nym, czy też już po­nie­dział­ko­wym. Zresz­tą i tak nie mia­ło to żad­ne­go zna­cze­nia. Dzie­ci pła­ka­ły, że je du­szą w tło­ku, i wo­ła­ły mamy, prze­wod­ni­czą­cy – Ti­chy z przy­szłe­go roku – klął jak szewc, bo śro­do­wy, któ­ry wlazł w da­rem­nym po­szu­ki­wa­niu cze­ko­la­dy pod łóż­ko, ugryzł go w nogę, kie­dy tam­ten na­stą­pił mu na pa­lec. Wi­dzia­łem, że to wszyst­ko ra­zem źle się skoń­czy, zwłasz­cza iż tu i ów­dzie po­ka­zy­wa­ły się już siwe bro­dy. Mię­dzy 142. a 143. wi­rem pu­ści­łem w obieg li­stę obec­no­ści, ale wte­dy wy­szło na jaw, że spo­ro obec­nych oszu­ku­je. Po­da­wa­li fał­szy­we dane oso­bi­ste. Bóg je­den ra­czy wie­dzieć dla­cze­go; może pa­nu­ją­ca at­mos­fe­ra zmą­ci­ła ich umy­sły. Ha­łas i szum były ta­kie, że po­ro­zu­mie­wać się moż­na było, tyl­ko krzy­cząc ze wszyst­kich sił. Na­raz je­den z ze­szło­rocz­nych Ijo­nów wpadł na świet­ny, jak się zda­wa­ło, po­mysł, aby naj­star­szy spo­śród nas opo­wie­dział hi­sto­rię swe­go ży­cia; dzię­ki temu mia­ło się wy­ja­śnić, kto ma wła­ści­wie na­pra­wić ste­ry. Naj­star­szy bo­wiem mie­ścił w swym prze­szłym do­świad­cze­niu wszyst­kich obec­nych z róż­nych mie­się­cy, dni i lat. Ja­koż zwró­ci­li­śmy się w tej spra­wie do srebr­no­wło­se­go star­ca, któ­ry, lek­ko drżąc, pod­pie­rał w ką­cie ścia­nę. Za­py­ta­ny, jął nam dłu­go i sze­ro­ko opo­wia­dać o swych dzie­ciach i wnu­czę­tach, a po­tem prze­szedł do po­dró­ży ko­smicz­nych, któ­rych do­świad­czył bez liku pod­czas dzie­więć­dzie­się­ciu bo­daj­że lat ży­wo­ta. Tej, któ­ra się wła­śnie od­by­wa­ła i była dla nas je­dy­nie waż­na, sta­rzec nie pa­mię­tał w ogó­le, wsku­tek ogól­nej skle­ro­zy i pod­nie­ce­nia, jed­nak­że był tak za­du­fa­ły, że nie chciał się do tego za nic przy­znać i wciąż od­po­wia­dał wy­mi­ja­ją­co, upo­rczy­wie wra­ca­jąc do swych wy­so­kich ko­nek­sji, or­de­rów i wnu­cząt, że w koń­cu za­krzy­cze­li­śmy go i na­ka­za­li­śmy mu mil­cze­nie. Dwa na­stęp­ne wiry okrut­nie prze­trze­bi­ły ze­bra­nych. Po trze­cim nie tyl­ko zro­bi­ło się luź­niej, ale zni­kli też wszy­scy w ska­fan­drach. Zo­stał tyl­ko je­den pu­sty ska­fan­der, któ­ry ko­mi­syj­nie po­wie­si­li­śmy w ko­ry­ta­rzu i wró­ci­li­śmy na ob­ra­dy. Po no­wej bit­ce o za­wład­nię­cie tym tak cen­nym ubio­rem przy­szedł nowy wir i na­gle zro­bi­ło się pu­sto. Sie­dzia­łem na pod­ło­dze z za­puch­nię­ty­mi ocza­mi, w dziw­nie prze­stron­nej ka­ju­cie, po­śród strza­ska­nych sprzę­tów, strzę­pów odzie­ży i po­dar­tych ksią­żek. Pod­ło­ga za­sy­pa­na była kart­ka­mi gło­so­wa­nia. Mapa po­wie­dzia­ła mi, że prze­by­łem już całą stre­fę gra­wi­ta­cyj­nych wi­rów. Nie mo­gąc li­czyć na du­pli­ka­cję, a więc i na usu­nię­cie de­fek­tu, po­pa­dłem w odrę­twie­nie i roz­pacz. Kie­dy wyj­rza­łem w ja­kąś go­dzi­nę po­tem na ko­ry­tarz, ze zdu­mie­niem za­uwa­ży­łem brak ska­fan­dra. Przy­po­mnia­łem so­bie wte­dy jak przez mgłę, że tuż przed ostat­nim wi­rem dwaj mal­cy ukrad­kiem wy­su­nę­li się na ko­ry­tarz. Czyż­by we dwóch wło­ży­li je­den ska­fan­der?! Ra­żo­ny na­głą my­ślą, pod­bie­głem do ste­rów. Dzia­ła­ły! A za­tem ci mal­cy na­pra­wi­li uszko­dze­nie, pod­czas gdy my­śmy grzęź­li w ja­ło­wych spo­rach. Przy­pusz­czam, że je­den wło­żył ręce w rę­ka­wi­ce ska­fan­dra, a dru­gi – w jego no­gaw­ki; w ten spo­sób mo­gli trzy­mać rów­no­cze­śnie klu­cze do­krę­ca­ją­ce śru­by z obu stron ste­rów. Pu­sty ska­fan­der od­kry­łem w ko­mo­rze ci­śnień, za kla­pą. Wnio­słem go do wnę­trza ra­kie­ty ni­czym re­li­kwię, czu­jąc w ser­cu nie­zmier­ną wdzięcz­ność dla tych dziel­nych chło­pa­ków, któ­ry­mi by­łem tak daw­no temu! Tak się za­koń­czy­ła ta, bo­daj jed­na z naj­bar­dziej oso­bli­wych mo­ich przy­gód. Do­le­cia­łem szczę­śli­wie do celu, dzię­ki in­te­li­gen­cji i od­wa­dze, któ­re prze­ja­wi­łem jako dwo­je dzie­ci.

Po­wia­da­no po­tem, że hi­sto­rię tę zmy­śli­łem, a co zło­śliw­si po­zwa­la­li so­bie na in­sy­nu­ację, ja­ko­bym miał sła­bość do al­ko­ho­lu skrzęt­nie ukry­wa­ną na Zie­mi, któ­rej hoł­du­ję śmia­ło w cią­gu dłu­gich lat po­dró­ży ko­smicz­nych. Bóg je­den wie, ja­kie jesz­cze plot­ki roz­po­wszech­nia­no na ten te­mat – ale tacy już są lu­dzie: dają chęt­niej wia­rę naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nym bzdu­rom ani­że­li au­ten­tycz­nym fak­tom, któ­re po­zwo­li­łem so­bie tu przed­sta­wić.

PODRÓŻ ÓSMA

A więc sta­ło się. By­łem de­le­ga­tem Zie­mi w Or­ga­ni­za­cji Pla­net Zjed­no­czo­nych czy ści­ślej – kan­dy­da­tem, cho­ciaż i nie tak było, nie moją bo­wiem, lecz ca­łej ludz­ko­ści kan­dy­da­tu­rę mia­ło roz­pa­trzyć Zgro­ma­dze­nie Ple­nar­ne.

W ży­ciu nie od­czu­wa­łem tak po­twor­nej tre­my. Wy­schnię­ty ję­zyk obi­jał się o zęby jak ko­łek, a kie­dy sze­dłem po roz­ło­żo­nym od astro­bu­sa czer­wo­nym chod­ni­ku, nie wie­dzia­łem, czy to on tak mięk­ko ugi­na się pode mną, czy moje ko­la­na. Na­le­ża­ło ocze­ki­wać prze­mó­wień, a ja sło­wa nie wy­krztu­sił­bym przez spie­czo­ne emo­cją gar­dło, uj­rzaw­szy więc dużą, lśnią­cą ma­szy­nę z chro­mo­wa­nym szynk­wa­sem oraz ma­ły­mi szpar­ka­mi na mo­ne­ty, czym prę­dzej wrzu­ci­łem jed­ną, pod­sta­wia­jąc za­po­bie­gli­wie przy­go­to­wa­ny ku­bek ter­mo­su pod kran. Był to pierw­szy mię­dzy­pla­ne­tar­ny in­cy­dent dy­plo­ma­tycz­ny ludz­ko­ści na are­nie ga­lak­tycz­nej, po­nie­waż rze­ko­my au­to­mat z wodą so­do­wą oka­zał się za­stęp­cą prze­wod­ni­czą­ce­go de­le­ga­cji tar­ra­kań­skiej w peł­nej gali. Na całe szczę­ście to wła­śnie Tar­ra­ka­nie pod­ję­li się za­re­ko­men­do­wa­nia na­szej kan­dy­da­tu­ry na se­sji, ja jed­nak nie od razu się o tym do­wie­dzia­łem, to zaś, że ów wy­so­ki dy­plo­ma­ta opluł mi buty, wzią­łem za zły znak, fał­szy­wie, gdyż była to tyl­ko won­na wy­dzie­li­na gru­czo­łów po­wi­tal­nych. Po­ją­łem wszyst­ko, prze­łknąw­szy ta­blet­kę in­for­ma­cyj­no-trans­la­cyj­ną, któ­rą po­dał mi ja­kiś życz­li­wy urzęd­nik OPZ; na­tych­miast ota­cza­ją­ce mnie brzę­kli­we dźwię­ki zmie­ni­ły się w mych uszach w do­sko­na­le zro­zu­mia­łe sło­wa, czwo­ro­bok alu­mi­nio­wych krę­gli u koń­ca plu­szo­we­go dy­wa­nu stał się pół­kom­pa­nią ho­no­ro­wą, zaś wi­ta­ją­cy mnie Tar­ra­ka­nin, do tej chwi­li przy­po­mi­na­ją­cy ra­czej bar­dzo dużą struc­lę, wy­dał mi się oso­bą od daw­na zna­ną, o zu­peł­nie prze­cięt­nym wy­glą­dzie. Nie opu­ści­ła mnie tyl­ko tre­ma. Pod­je­chał mały to­czak, prze­kon­stru­owa­ny spe­cjal­nie do prze­wo­zu istot dwu­no­gich, jak ja, to­wa­rzy­szą­cy mi Tar­ra­ka­nin nie bez tru­du wdła­wił się za mną do jego wnę­trza i sia­da­jąc za­ra­zem po mej pra­wej i le­wej stro­nie, rzekł:

– Sza­now­ny Zie­mia­ni­nie, mu­szę panu wy­ja­śnić, że na­stą­pi­ła drob­na kom­pli­ka­cja pro­ce­du­ral­na zwią­za­na z tym, że wła­ści­wy prze­wod­ni­czą­cy na­szej de­le­ga­cji, naj­bar­dziej po­wo­ła­ny do wpro­wa­dze­nia wa­szej kan­dy­da­tu­ry jako spe­cja­li­sta Zie­mi­sta, zo­stał nie­ste­ty wczo­raj wie­czo­rem od­wo­ła­ny do sto­li­cy i ja mam go za­stą­pić. Czy zna pan pro­to­kół…?

– Nie… nie mia­łem oka­zji – wy­bą­ka­łem, nie mo­gąc ja­koś de­fi­ni­tyw­nie usa­do­wić się na fo­te­lu to­cza­ka, któ­ry nie zo­stał do­sta­tecz­nie przy­spo­so­bio­ny do po­trzeb ludz­kie­go cia­ła. Sie­dze­nie przy­po­mi­na­ło stro­mą jamę pra­wie pół­me­tro­wej głę­bo­ko­ści, tak że na wy­bo­jach ko­la­na­mi do­ty­ka­łem czo­ła.

– No, nic, po­ra­dzi­my so­bie… – rzekł Tar­ra­ka­nin. Jego fał­dzi­sta sza­ta, za­pra­so­wa­na w gra­nia­ste kształ­ty o me­ta­licz­nym po­bla­sku, któ­rą wzią­łem przed­tem za bu­fet, wy­da­ła lek­ki dźwięk, on zaś, od­chrząk­nąw­szy, cią­gnął:

– Hi­sto­rię wa­szą znam; cóż za wspa­nia­ła rzecz, ludz­kość! za­pew­ne, wie­dzieć wszyst­ko, to na­le­ży do mych obo­wiąz­ków. De­le­ga­cja na­sza wy­stą­pi w punk­cie po­rząd­ku dzien­ne­go osiem­dzie­sią­tym trze­cim z wnio­skiem przy­ję­cia was w po­czet Zgro­ma­dze­nia jako człon­ków peł­no­praw­nych, zu­peł­nych i wszech­stron­nych… a pa­pie­rów uwie­rzy­tel­nia­ją­cych nie zgu­bił pan cza­sem?! – wtrą­cił tak na­gle, że drgną­łem cały i za­prze­czy­łem gor­li­wie. Ów per­ga­mi­no­wy ru­lon, nie­co roz­mię­kły od potu, ści­ska­łem w pra­wi­cy.

– Do­brze – pod­jął – więc, nie­praw­daż, wy­gło­szę prze­mó­wie­nie ob­ra­zu­ją­ce wa­sze wy­so­kie osią­gnię­cia, któ­re upraw­nia­ją was do za­ję­cia miej­sca w Fe­de­ra­cji Astral­nej… jest to, ro­zu­mie pan, pew­ne­go ro­dza­ju sta­ro­żyt­na for­mal­ność; nie spo­dzie­wa­cie się chy­ba ja­kichś wy­stą­pień opo­zy­cyj­nych… co?

– Nnie… nie są­dzę – bąk­ną­łem.

– Za­pew­ne! Skąd­że by zresz­tą! Więc for­mal­ność, nie­praw­daż, nie­mniej po­trzeb­ne mi są pew­ne dane. Fak­ty, szcze­gó­ły, ro­zu­mie pan? Ener­gią ato­mo­wą, ro­zu­mie się, dys­po­nu­je­cie?

– O tak! tak! – za­pew­ni­łem skwa­pli­wie.

– Świet­nie. A, istot­nie, mam to tu­taj, prze­wod­ni­czą­cy zo­sta­wił mi swo­je no­tat­ki, ale jego cha­rak­ter pi­sma, hm, więc… od jak daw­na dys­po­nu­je­cie tą ener­gią?

– Od szó­ste­go sierp­nia 1945!

– Wy­bor­nie. Co to było? Pierw­sza sta­cja ener­ge­tycz­na?

– Nie – od­par­łem, czu­jąc, że się ru­mie­nię – pierw­sza bom­ba ato­mo­wa. Znisz­czy­ła Hi­ro­szi­mę…

– Hi­ro­szi­mę? Ja­kiś me­te­or?

– Nie me­te­or… mia­sto.

– Mia­sto…? – rzekł z lek­kim nie­po­ko­jem. – Więc jak by to po­wie­dzieć… – me­dy­to­wał przez chwi­lę. – Le­piej nic nie mó­wić – zde­cy­do­wał na­gle. – No do­brze, ale ja­kieś po­wo­dy do chwa­ły są mi nie­zbęd­ne. Pro­szę coś pod­su­nąć, szyb­ko, za chwi­lę bę­dzie­my na miej­scu.

– E… e… loty ko­smicz­ne – za­czą­łem.

– Ro­zu­mie­ją się same przez się, gdy­by nie one, nie by­ło­by pana tu­taj – wy­ja­śnił mi, jak po­my­śla­łem, tro­chę zbyt ob­ce­so­wo. – Cze­mu po­świę­ca­cie głów­ną część do­cho­du na­ro­do­we­go? No, pro­szę so­bie przy­po­mnieć, ja­kieś ogrom­ne przed­się­wzię­cia in­ży­nie­ryj­ne, ar­chi­tek­tu­ra w ska­li ko­smicz­nej, wy­rzut­nie gra­wi­ta­cyj­no-sło­necz­ne, co? – pod­po­wia­dał mi szyb­ko.

– A, bu­du­je się… bu­du­je – wy­pa­li­łem. – Do­chód na­ro­do­wy nie jest zbyt wiel­ki, spo­ro po­chła­nia­ją zbro­je­nia…

– Zbro­je­nia cze­go? Kon­ty­nen­tów? Prze­ciw­ko trzę­sie­niom zie­mi?

– Nie… woj­ska… ar­mii…

– Co to jest? Hob­by?

– Nie hob­by… kon­flik­ty we­wnętrz­ne – beł­ko­ta­łem.

– To nie jest żad­na re­ko­men­da­cja! – po­wie­dział z jaw­nym nie­sma­kiem. – Prze­cież nie przy­le­ciał pan tu pro­sto z ja­ski­ni! Ucze­ni wasi mu­sie­li daw­no ob­li­czyć, że ogól­no­pla­ne­tar­na współ­pra­ca jest za­wsze ko­rzyst­niej­sza od wal­ki o łupy i he­ge­mo­nię!

– Ob­li­czy­li, ob­li­czy­li, ale są przy­czy­ny… na­tu­ry hi­sto­rycz­nej, pro­szę pana.

– Zo­staw­my to! – rzekł. – Prze­cież ja nie mam was tu­taj bro­nić jako oskar­żo­nych, ale za­le­cać, re­ko­men­do­wać, wy­li­czać wa­sze za­słu­gi i cno­ty. Ro­zu­mie pan?

– Ro­zu­miem.

Ję­zyk mia­łem tak sztyw­ny, jak­by mi go kto za­mro­ził, koł­nie­rzyk fra­ko­wej ko­szu­li dła­wił, gors jej roz­mię­kał od potu le­cą­ce­go stru­mie­nia­mi, za­cze­pi­łem li­sta­mi uwie­rzy­tel­nia­ją­cy­mi o or­de­ry i nad­dar­łem ze­wnętrz­ny ar­kusz. Tar­ra­ka­nin, nie­cier­pli­wy, za­ra­zem pań­sko--wzgar­dli­wy i czę­ścią swe­go du­cha nie­obec­ny, pod­jął z nie­spo­dzie­wa­nym spo­ko­jem i mięk­ko­ścią (szczwa­ny dy­plo­ma­ta!):

– Będę mó­wił ra­czej o wa­szej kul­tu­rze. O jej wy­bit­nych osią­gnię­ciach. Ma­cie kul­tu­rę?! – do­rzu­cił z na­gła.

– Mamy! Wspa­nia­łą! – za­pew­ni­łem go.

– To do­brze. Sztu­ka?

– O, tak! Mu­zy­ka, po­ezja, ar­chi­tek­tu­ra…

– A więc jed­nak ar­chi­tek­tu­ra! – za­wo­łał. – Do­sko­na­le. Mu­szę so­bie za­no­to­wać. Środ­ki wy­bu­cho­we?

– Jak to wy­bu­cho­we?

– No, eks­plo­zje stwór­cze, ste­ro­wa­ne, dla re­gu­la­cji kli­ma­tu, prze­su­wa­nia kon­ty­nen­tów, ło­żysk rzecz­nych – ma­cie to?

– Na ra­zie tyl­ko bom­by… – po­wie­dzia­łem i szep­tem już do­da­łem: – Ale są bar­dzo roz­ma­ite, na­palm, fos­for, na­wet z ga­zem tru­ją­cym…

– To nie to – po­wie­dział su­cho. – Będę się trzy­mał ży­cia du­cho­we­go. W co wie­rzy­cie?

Ten ma­ją­cy nas re­ko­men­do­wać Tar­ra­ka­nin nie był, jak już się zo­rien­to­wa­łem, spe­cja­li­stą od ziem­skich spraw i myśl o tym, że isto­ta o po­dob­nej igno­ran­cji ma nie­ba­wem zde­cy­do­wać swym wy­stą­pie­niem o na­szym być lub nie być na fo­rum ca­łej Ga­lak­ty­ki, za­par­ła mi, praw­dę mó­wiąc, dech. Co za pech – my­śla­łem – trze­baż było, że aku­rat mu­sie­li od­wo­łać tego wła­ści­we­go, któ­ry był Zie­mi­stą!

– Wie­rzy­my w po­wszech­ne bra­ter­stwo, wyż­szość po­ko­ju i współ­pra­cy nad woj­ną i nie­na­wi­ścią, uwa­ża­my, że czło­wiek po­wi­nien być mia­rą wszyst­kich rze­czy…

Po­ło­żył cięż­ką przy­lgę na moim ko­la­nie.

– Dla­cze­go czło­wiek? – po­wie­dział. – Zresz­tą, mniej­sza o to. Ale pana wy­li­cze­nie jest ne­ga­tyw­ne: brak woj­ny, brak nie­na­wi­ści – na li­tość mgła­wi­co­wą, nie ma­cie żad­nych po­zy­tyw­nych ide­ałów?

Było mi okrop­nie dusz­no.

– Wie­rzy­my w po­stęp, w lep­sze ju­tro, w po­tę­gę na­uki.

– Na­resz­cie coś! – za­wo­łał. – Tak, na­uka… to do­bre, to mi się przy­da. Na ja­kie na­uki ło­ży­cie naj­wię­cej?

– Na fi­zy­kę – od­par­łem. – Ba­da­nia nad ener­gią ato­mo­wą.

– Już wiem. Wie pan co? Niech pan tyl­ko mil­czy. Już ja się tym zaj­mę. Ja będę mó­wił. Pro­szę zo­sta­wić mi wszyst­ko. Otu­chy! – Wy­po­wia­dał te sło­wa, gdy ma­szy­na za­trzy­my­wa­ła się przed gma­chem.

Krę­ci­ło mi się w gło­wie i wi­ro­wa­ło w oczach; pro­wa­dzo­no mnie krysz­ta­ło­wy­mi ko­ry­ta­rza­mi, ja­kieś nie­wi­dzial­ne za­po­ry roz­su­wa­ły się z me­lo­dyj­nym wes­tchnie­niem, po­tem pę­dzi­łem w dół, w górę, zno­wu w dół, Tar­ra­ka­nin stał obok mnie, ol­brzy­mi, mil­czą­cy, otu­lo­ny fał­dzi­stym me­ta­lem, na­gle wszyst­ko znie­ru­cho­mia­ło, szkli­sty ba­lon wy­dął się przede mną i pękł. Sta­łem na dnie sali Zgro­ma­dze­nia Ogól­ne­go. Am­fi­te­atr, roz­sze­rza­jąc się le­jo­wa­to, biegł w górę młyń­ca­mi ław okręż­nych, nie­po­ka­la­nie, aż sre­brzy­ście bia­ły; po­mniej­szo­ne od­le­gło­ścią syl­wet­ki de­le­ga­cji na­kra­pia­ły szma­rag­dem, zło­tem, pur­pu­rą biel spi­ral­nych kon­dy­gna­cji, dźga­jąc wzrok mi­ria­da­mi ta­jem­ni­czych roz­iskrzeń. Nie umia­łem od razu od­róż­nić oczu od or­de­rów, człon­ków od ich sztucz­nych prze­dłu­żeń, wi­dzia­łem tyl­ko, że po­ru­sza­ją się żywo, prze­su­wa­ją ku so­bie po śnież­nych pul­pi­tach pli­ki akt, ja­kieś czar­no lśnią­ce, jak­by an­tra­cy­to­we ta­fel­ki, a na­prze­ciw mnie, w od­le­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu kro­ków, oflan­ko­wa­ny mu­ra­mi ma­szyn elek­tro­no­wych, spo­czy­wał na pod­wyż­sze­niu prze­wod­ni­czą­cy, oto­czo­ny ga­ikiem mi­kro­fo­nów. W po­wie­trzu uno­si­ły się strzę­py roz­mów pro­wa­dzo­nych w ty­siącu ję­zy­ków na­raz, a te na­rze­cza gwiaz­do­we roz­po­ście­ra­ły się od naj­niż­szych ba­sów po tony wy­so­kie jak pta­si szcze­biot. Z uczu­ciem, że pod­ło­ga otwie­ra się pode mną, ob­cią­gną­łem na so­bie frak. Roz­legł się dźwięk prze­cią­gły, nie­koń­czą­cy się, to prze­wod­ni­czą­cy uru­cho­mił ma­szy­nę, któ­ra młot­kiem ude­rzy­ła w ta­flę szcze­re­go zło­ta, me­ta­licz­ne drga­nie wwier­ci­ło się w uszy. Tar­ra­ka­nin, gó­ru­jąc nade mną, wska­zał wła­ści­wą ławę – głos prze­wod­ni­czą­ce­go po­pły­nął z nie­wi­dzial­nych me­ga­fo­nów, ja zaś, przed usa­do­wie­niem się u pro­sto­kąt­nej ta­blicz­ki z na­zwą oj­czy­stej pla­ne­ty, bie­gnąc ocza­mi co­raz wy­żej i wy­żej po krę­gach ław, szu­ka­łem choć jed­nej brat­niej du­szy, cho­ciaż jed­nej isto­ty człe­ko­kształt­nej – da­rem­nie. Ogrom­ne, cie­płe w to­na­cjach bul­wy, zwo­je ga­la­ret­ki jak­by po­rzecz­ko­wej, mię­si­ste, wspar­te o pul­pi­ty uszy­pu­ło­wa­nia, ob­li­cza ko­lo­ru do­brze przy­pra­wio­nych pasz­te­tów lub ja­śnie­ją­ce jak ry­żo­we za­pie­kan­ki, plą­twy, przy­lgi, chwy­tu­le, dzier­żą­ce losy gwiazd bli­skich i da­le­kich, prze­su­wa­ły się przede mną niby zwol­nio­nym fil­mem, nie było w nich nic po­two­ro­wa­te­go, nie bu­dzi­ły od­ra­zy, wbrew ty­le­kroć wy­ra­ża­nym na Zie­mi przy­pusz­cze­niom, jak gdy­bym nie z po­two­ra­mi gwiezd­ny­mi miał tu do czy­nie­nia, ale z isto­ta­mi, co wy­szły spod dłu­ta rzeź­bia­rzy abs­trak­cyj­nych czy też ja­kichś wi­zjo­ne­rów ga­stro­no­mii…

– Punkt osiem­dzie­sią­ty dru­gi – syk­nął mi do ucha Tar­ra­ka­nin i siadł. Uczy­ni­łem to samo. Pod­nio­słem do ucha słu­chaw­kę le­żą­cą na pul­pi­cie i usły­sza­łem:

– „Urzą­dze­nia, któ­re zgod­nie z umo­wą ra­ty­fi­ko­wa­ną przez to Wy­so­kie Zgro­ma­dze­nie do­star­czo­ne zo­sta­ły po­dług ści­słych tej umo­wy usta­leń przez Wspól­no­tę Al­ta­ir­ską Zjed­no­cze­nia Po­szóst­ne­mu Fo­mal­haut, wy­ka­zu­ją, jak stwier­dził to pro­to­kół spe­cjal­nej pod­ko­mi­sji OPZ, wła­sno­ści nie­mo­gą­ce być re­zul­ta­tem drob­nych od­chy­leń od re­cep­ty tech­no­lo­gicz­nej, za­apro­bo­wa­nej przez wy­so­kie ukła­da­ją­ce się stro­ny. Acz­kol­wiek, jak słusz­nie stwier­dzi­ła Wspól­no­ta Al­ta­ir­ska, wy­pro­du­ko­wa­ne przez nią od­siew­ni­ce pro­mie­nio­wa­nia i pla­ne­to­re­duk­to­ry mia­ły po­sia­dać zdol­ność re­pro­duk­cji, gwa­ran­tu­ją­cą po­wsta­nie ma­szy­no­we­go po­tom­stwa, co prze­wi­dy­wa­ła umo­wa płat­ni­cza obu wy­so­kich ukła­da­ją­cych się stron, to jed­nak po­ten­cja owa win­na się była prze­ja­wić, zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cą w ca­łej Fe­de­ra­cji ety­ką in­ży­nie­ryj­ną, pod po­sta­cią sin­gu­lar­ne­go pącz­ko­wa­nia, a nie wy­ni­kać z ob­da­rze­nia wspo­mnia­nych urzą­dzeń pro­gra­ma­mi o prze­ciw­nych zna­kach, co nie­ste­ty na­stą­pi­ło. Taka dwo­istość pro­gra­mów do­pro­wa­dzi­ła do po­wsta­nia w ob­rę­bie głów­nych ze­spo­łów ener­ge­tycz­nych Fo­mal­hau­tu chu­tli­wych an­ta­go­ni­zmów, a jako ich kon­se­kwen­cji – gor­szą­cych pu­blicz­ną mo­ral­ność scen, przy­no­szą­cych też stro­nie po­zy­wa­ją­cej po­waż­ne stra­ty ma­te­rial­ne. Do­star­czo­ne agre­ga­ty, miast zaj­mo­wać się pra­cą, bę­dą­cą ich prze­zna­cze­niem, część szycht po­świę­ca­ły na za­bie­gi do­bo­ru, przy czym ich nie­ustan­na bie­ga­ni­na z wtycz­ka­mi, ma­ją­ca na celu akt re­kre­acyj­ny, do­pro­wa­dzi­ła do na­ru­sze­nia Sta­tu­tów Pa­nundz­kich i po­wsta­nia wyżu ma­szy­no­gra­ficz­ne­go, przy czym oboj­ga tych god­nych po­ża­ło­wa­nia zja­wisk win­na jest stro­na po­zwa­na. A prze­to ni­niej­szym uzna­je­my za­dłu­że­nie Al­ta­iru za anu­lo­wa­ne”.

Odło­ży­łem słu­chaw­ki, bo na­zbyt już bo­la­ła mnie gło­wa. Pal dia­bli ma­szy­no­we zgor­sze­nie pu­blicz­ne, Al­ta­ir, Fo­mal­haut i całą resz­tę! Mia­łem dość OPZ, nim jesz­cze zo­sta­łem jego człon­kiem. Było mi nie­do­brze. Dla­cze­go usłu­cha­łem pro­fe­so­ra Ta­ran­to­gi? Po co mi była ta okrop­na god­ność, zmu­sza­ją­ca do świe­ce­nia oczy­ma za nie moje grze­chy? Czy nie na­le­ża­ło ra­czej…

Prze­szył mnie nie­wi­dzial­ny prąd, bo oto na ogrom­nej ta­bli­cy za­pło­nę­ły cy­fry 83, i po­czu­łem ener­gicz­ne szturch­nię­cie. To mój Tar­ra­ka­nin, ze­rwaw­szy się na rów­ne przy­lgi czy też mac­ki, po­cią­gnął mnie za sobą. Ju­pi­te­ry, pły­wa­ją­ce pod stro­pem sali, skie­ro­wa­ły na nas ule­wę błę­kit­ne­go bla­sku. Ob­le­wa­ny ze wszyst­kich stron po­to­pa­mi ja­sno­ści, któ­ra zda­wa­ła się prze­świe­tlać mnie na wy­lot, pół­przy­tom­nie ści­ska­jąc roz­mię­kły na do­bre ru­lon li­stów uwie­rzy­tel­nia­ją­cych, sły­sza­łem po­tęż­ny bas Tar­ra­ka­ni­na, któ­ry grzmiał u mego boku ze swa­dą i swo­bo­dą na cały am­fi­te­atr, lecz treść jego prze­mo­wy do­cie­ra­ła do mnie le­d­wo strzę­pa­mi, jak w cza­sie sztor­mu pia­na mor­ska, obry­zgu­ją­ca śmiał­ka, prze­chy­lo­ne­go przez fa­lo­chron.

— …zna­ko­mi­ta Ze­me­ja (nie po­tra­fił na­wet pra­wi­dło­wo wy­mó­wić imie­nia mo­jej oj­czy­zny!)… świet­na ludz­kość… jej tu obec­ny, wy­bit­ny przed­sta­wi­ciel… wy­twor­ne, sym­pa­tycz­ne ssa­ki… ener­gia ją­dro­wa, wy­zwo­lo­na z ma­estrią i wpra­wą w ich od­nó­żach gór­nych… mło­da, pręż­na kul­tu­ra, peł­na udu­cho­wie­nia… do­głęb­na wia­ra w plę­cy­mo­lię, cho­ciaż nie­po­zba­wio­na am­fi­brun­tów (naj­wy­raź­niej plą­tał nas z kimś in­nym)… od­da­ni spra­wie jed­no­ści gwiaz­do­lu­dów… w na­dziei, że przy­ję­cie ich w po­czet… za­my­ka­jąc okres pło­do­wej eg­zy­sten­cji spo­łecz­nej… acz­kol­wiek sa­mot­ni, na swej pe­ry­fe­rii ga­lak­tycz­nej… wzro­śli śmia­ło i sa­mo­dziel­nie, god­ni są…

Jak do­tąd, mimo wszyst­ko, do­brze – bły­snę­ło mi. – Chwa­li nas, niby nie­źle… co to?

– Za­pew­ne, pa­rzy­ści! Sztyw­ne pod­wo­zia ich… na­le­ży ato­li zro­zu­mieć… w tym Wy­so­kim Zgro­ma­dze­niu mają pra­wo re­pre­zen­ta­cji tak­że i wy­jąt­ki od nor­my i re­gu­ły… żad­na aber­ra­cja nie hań­bi… cięż­kie wa­run­ki, ja­kie ich ukształ­to­wa­ły… wod­ni­stość, na­wet sło­na, nie może być, nie po­win­na stać się prze­szko­dą… z na­szą po­mo­cą w przy­szło­ści wy­zbę­dą się swe­go okrop… swe­go obec­ne­go wy­glą­du, nad któ­rym Wy­so­kie Zgro­ma­dze­nie z wła­ści­wą so­bie wspa­nia­ło­myśl­no­ścią ze­chce przejść do po­rząd­ku… dla­te­go w imie­niu de­le­ga­cji tar­ra­kań­skiej i Związ­ku Gwiazd Be­tel­geu­zy ni­niej­szym sta­wiam wnio­sek o przy­ję­cie ludz­ko­ści z pla­ne­ty Zy­mai w po­czet OPZ, a tym sa­mym przy­zna­nia obec­ne­mu tu­taj szla­chet­ne­mu Zy­mia­ni­no­wi peł­nych praw akre­dy­to­wa­ne­go przy Or­ga­ni­za­cji Pla­net Zjed­no­czo­nych de­le­ga­ta. Skoń­czy­łem.

Roz­legł się po­tęż­ny szum, prze­ry­wa­ny za­gad­ko­wy­mi gwizd­nię­cia­mi, okla­sków, w bra­ku rąk, nie było, bo też i nie mo­gło ich być; ów szum i gwar usta­ły na­gle na dźwięk gon­gu i dał się sły­szeć głos prze­wod­ni­czą­ce­go:

– Czy któ­raś z wy­so­kich de­le­ga­cji za­mie­rza za­brać głos w spra­wie wnio­sku o przy­ję­cie ludz­ko­ści z pla­ne­ty Ze­mei?

Roz­pro­mie­nio­ny Tar­ra­ka­nin, nad­zwy­czaj, wi­dać, za­do­wo­lo­ny z sie­bie, po­cią­gnął mnie na ławę. Sia­dłem, bor­mo­cząc nie­wy­raź­nie sło­wa po­dzię­ki pod jego ad­re­sem, gdy dwa se­le­dy­no­we pro­my­ki wy­strze­li­ły z róż­nych na­raz miejsc am­fi­te­atru.

– Udzie­lam gło­su przed­sta­wi­cie­lo­wi Thu­ba­nu! – rzekł prze­wod­ni­czą­cy. Coś wsta­ło.

– Wy­so­ka Rado! – usły­sza­łem da­le­ki, prze­ni­kli­wy głos, po­dob­ny do tego, jaki wy­da­je prze­ci­na­na bla­cha, ale tim­bre jego ry­chło prze­stał zwra­cać mą uwa­gę. – Usły­sze­li­śmy tu, z ust po­lpi­to­ra Vo­re­te­xa, cie­płą re­ko­men­da­cję ple­mie­nia da­le­kiej pla­ne­ty, nie­zna­ne­go do­tąd obec­nym. Wy­ra­zić pra­gnął­bym żal, że nie­spo­dzie­wa­na nie­obec­ność na dzi­siej­szym po­sie­dze­niu sul­pi­to­ra Extre­vo­ra po­zba­wi­ła nas moż­li­wo­ści do­kład­ne­go za­po­zna­nia się z hi­sto­rią, oby­cza­ja­mi i na­tu­rą tego ple­mie­nia, któ­re­go obec­no­ści w OPZ Tar­ra­ka­nia tak łak­nie. Cho­ciaż nie je­stem spe­cja­li­stą w dzie­dzi­nie te­ra­to­lo­gii ko­smicz­nej, pra­gnę jed­nak, w mia­rę mych skrom­nych sił, uzu­peł­nić to, co­śmy mie­li przy­jem­ność usły­szeć. Naj­pierw, nie­ja­ko mi­mo­cho­dem i ubocz­nie tyl­ko, za­zna­czę, iż oj­czy­sta pla­ne­ta ludz­ko­ści zwie się nie Ze­mi­ją, Zy­ma­ją lub Ze­me­ją, jak to, nie z nie­wie­dzy, ro­zu­mie się, a je­dy­nie, jak je­stem o tym do­głęb­nie prze­świad­czo­ny, z ora­tor­skie­go roz­pę­du i za­pę­du po­wia­dał był mój świet­ny przed­mów­ca. To szcze­gół nie­istot­ny, za­pew­ne. Wsze­la­ko i ów ter­min „ludz­kość”, ja­kim się po­słu­gi­wał, wzię­ty jest z ję­zy­ka ple­mie­nia Zie­mi – tak brzmi wła­ści­we mia­no owej od­le­głej pla­ne­ty pro­win­cjo­nal­nej – na­to­miast na­sze na­uki okre­śla­ją Zie­mian nie­co ina­czej. Ośmie­lę się, w na­dziei, że nie znu­dzę tym Wy­so­kie­go Zgro­ma­dze­nia, od­czy­tać peł­ne mia­no i kla­sy­fi­ka­cję ga­tun­ku, któ­re­go człon­ko­stwo w OPZ roz­wa­ża­my, po­słu­gu­jąc się przy tym do­sko­na­łym dzie­łem spe­cja­li­stów, a mia­no­wi­cie Te­ra­to­lo­gią Ga­lak­tycz­ną Gram­m­plus­sa i Gze­em­sa.

Otwarł­szy na swym pul­pi­cie ol­brzy­mią księ­gę w miej­scu za­ło­żo­nym za­kład­ką, przed­sta­wi­ciel Thu­ba­nu czy­tał:

– Zgod­nie z przy­ję­tą sys­te­ma­ty­ką wy­stę­pu­ją­ce w na­szej Ga­lak­ty­ce for­my anor­mal­ne obej­mu­je typ Aber­ran­tia (Zbo­czeń­ce), dzie­lą­cy się na pod­ty­py De­bi­li­ta­les (Kre­tyń­ce) oraz An­ti­sa­pien­ti­na­les (Prze­ciw­ro­zum­ce). Do tego ostat­nie­go pod­ty­pu na­le­żą gro­ma­dy Ca­na­lia­ca­ea (Pa­sku­dław­ce) i Ne­cro­lu­den­tia (Zwło­ko­ba­wy). Wśród Zwło­ko­ba­wów roz­róż­nia­my z ko­lei rząd Pa­tri­ci­dia­ce­ae (Oj­co­gub­ce), Ma­tri­pha­gi­de­ae (Mat­ko­ja­dy) i La­sci­via­ce­ae (Obrzy­dł­ce, czy­li Wsze­te­ki). Obrzy­dł­ce, for­my już skraj­nie zwy­rod­nia­łe, kla­sy­fi­ku­je­my, dzie­ląc na Cre­ti­ni­nae (Tę­po­ny, np. Ca­da­ve­rium Mor­dans, Tru­po­gryz Bę­cwa­lec) i Hor­ro­ris­si­mae (Po­two­ryj­ce, z kla­sycz­nym przed­sta­wi­cie­lem w po­sta­ci Męt­nia­ka Bacz­no­ściow­ca, Idion­tus Erec­tus Gze­em­si). Nie­któ­re z Po­two­ryj­ców two­rzą wła­sne pseu­do­kul­tu­ry; na­le­żą tu ga­tun­ki ta­kie, jak Ano­phi­lus Bel­li­ge­rens, Za­do­mi­łek Zbój­ny, któ­ry na­zy­wa sie­bie Ge­nius Pul­cher­ri­mus Mun­da­nus, albo jak ów oso­bli­wy, łysy na ca­łym cie­le eg­zem­plarz, za­ob­ser­wo­wa­ny przez Gram­m­plus­sa w naj­ciem­niej­szym za­kąt­ku na­szej Ga­lak­ty­ki – Mon­stro­te­ra­tum Fu­rio­sum (Ohy­dek Sza­lej), któ­ry zwie sie­bie Homo sa­piens.

W sali pod­niósł się szum. Prze­wod­ni­czą­cy uru­cho­mił ma­szy­nę z młot­kiem.

– Trzy­maj się pan! – syk­nął mi Tar­ra­ka­nin. Nie wi­dzia­łem go, od bla­sku ju­pi­te­rów, a może od potu, któ­ry za­le­wał mi oczy. Ni­kła na­dzie­ja wstą­pi­ła w moje ser­ce, po­nie­waż ktoś za­żą­dał gło­su w kwe­stii for­mal­nej; przed­sta­wiw­szy się zgro­ma­dzo­nym jako czło­nek de­le­ga­cji Wod­ni­ka, a za­ra­zem astro­zo­olog, jął spie­rać się z Thu­bań­czy­kiem – nie­ste­ty, w tej mie­rze tyl­ko, iż – jako zwo­len­nik szko­ły pro­fe­so­ra Ha­gra­nap­sa – uwa­żał przed­sta­wio­ną kla­sy­fi­ka­cję za nie­do­kład­ną; roz­róż­niał bo­wiem za swym mi­strzem osob­ny rząd De­ge­ne­ra­to­res, do któ­re­go na­le­żą Prze­ćpa­ki, Nie­do­ćpa­ki, Tru­posz­czyp­ki oraz Mar­two­piesz­cze; okre­śle­nie „Mon­stro­te­ra­tus” uznał, w za­sto­so­wa­niu do czło­wie­ka, za fał­szy­we – al­bo­wiem na­le­ża­ło po­słu­gi­wać się ra­czej no­men­kla­tu­rą szko­ły wod­nic­kiej, uży­wa­ją­cej kon­se­kwent­nie ter­mi­nu Sztucz­nik Po­twor­nia­czek (Ar­te­fac­tum Abhor­rens). Po krót­kiej wy­mia­nie zdań Thu­bań­czyk kon­ty­nu­ował swe prze­mó­wie­nie: