Dzieci Mallaroy - A.M. Juna - ebook

Dzieci Mallaroy ebook

A.M. Juna

5,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Kontynuacja trylogii Mallaroy hitu Wattpada.

Dark urban fantasy z elementami thrillera politycznego i motywem prześladowań.

Wczoraj Erin Lanford udawała swoją bliźniaczkę w niezwykłej szkole Mallaroy, dziś wraz z pozostałymi uczniami walczy o przetrwanie. Wszystko dlatego, że sentura zderzyła się z naturą: wampiry, wilkołaki, zmiennokształtni, łowcy i czarodzieje desperacko próbują znaleźć dla siebie nowe miejsce wśród ludzi. W wirze paskudnej propagandy, policyjnych łapanek, tajnych baz, niewygodnych romansów, wyrzutów sumienia, zdradzonego zaufania, tęsknoty, strachu, głodu i zmęczenia grupa nastolatków zmuszona jest nieustannie wybierać: kiedy stawiać aktywny opór, a kiedy odwracać wzrok?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 688

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © 2026 by A.M. Juna Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Redak­tor pro­wa­dzący: Marek Kor­czak Redak­cja: Ida Świer­kocka Korekta: Bar­tosz Szpojda, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: Nata­lia Twardy Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 9 wrze­śnia 2026 ISBN 978-83-8457-052-4

Senturalna ściana

TOM 1

Uwaga! W książce poja­wiają się sceny z dużą ilo­ścią krwi, opisy prze­mocy, uza­leż­nień i śmierci.

1. Stan obecny

1.

Stan obecny

Czerw­cowe noce miały w sobie resztki utra­co­nej bez­tro­ski. Powie­trze było wciąż cie­płe, ale zni­kały bez­li­to­sna duchota i męczący skwar, a dła­wiący strach przed poj­ma­niem tra­cił nieco na inten­syw­no­ści. Niebo z bole­śnie błę­kit­nego zmie­niało się w kojąco czarne, ulice pusto­szały, a panu­jący na nich spo­kój tylko cza­sem zakłó­cały odgłosy przy­spie­szo­nych kro­ków w cięż­kich, woj­sko­wych butach albo wale­nie pię­ściami w drzwi. Na skle­po­wych pół­kach nie bra­ko­wało już towa­rów, za to pod­trzy­my­wano ofi­cjalny stan wyjąt­ko­wego zagro­że­nia, godzinę poli­cyjną i liczne blo­kady dro­gowe.

Pierw­sze fale szoku po glo­bal­nym ujaw­nie­niu sen­tury zaczęły opa­dać, świat ni­gdy już nie miał być nato­miast taki sam i Erin Lan­ford szybko odkryła, że łatwiej jej sta­wiać mu czoła pod osłoną mil­czą­cej ciem­no­ści.

To mil­cze­nie dia­bli wzięli, gdy coś trza­snęło gło­śno. Erin wstrzy­mała oddech, a jej ciało spięło się momen­tal­nie, pod­świa­do­mie szy­ku­jąc się do biegu. Odwró­ciła się i spoj­rzała na Alex. Cza­ro­dziejka prze­ło­żyła wła­śnie pierw­szą nogę nad para­pe­tem i sie­działa teraz na nim okra­kiem.

– Alex! – W szep­cie dziew­czyny sły­chać było panikę. – Diego powta­rzał tysiąc razy, by uwa­żać na ten wazon!

Alex zmarsz­czyła brwi.

– Co?

Erin zigno­ro­wała pyta­nie. Przy­ło­żyła jedy­nie palec do ust, naka­zu­jąc ciszę. Przez moment stała w bez­ru­chu, nasłu­chu­jąc. Wresz­cie ode­tchnęła z ulgą, ale jej serce wciąż ude­rzało zbyt szybko.

– Nie obu­dził się. Właź dalej – pona­gliła naj­ci­szej, jak się dało. – Tylko ostroż­nie!

Gdy obie zna­la­zły się w spo­wi­tym mro­kiem salo­nie, chwilę zajęło im szu­ka­nie wazonu, który prze­tur­lał się pod stół po tym, jak spadł z para­petu.

– Nie pękł – stwier­dziła Erin po ner­wo­wych oglę­dzi­nach.

Alex nie odpo­wie­działa. Spoj­rzała w sufit i na jej twa­rzy poja­wiło się sku­pie­nie, ale zaraz odwró­ciła się gwał­tow­nie w bok, jak gdyby roz­pro­szyło ją coś nie­wi­dzial­nego. Potem ruszyła bez­tro­skim kro­kiem w głąb nie­wiel­kiego domu, w stronę otwar­tej kuchni.

Erin wes­tchnęła, odsta­wiła pla­sti­kowy wazon z powro­tem na para­pet, po czym ruszyła w ślad za cza­ro­dziejką.

Obco­wa­nia z Alex Hughes trzeba się było nauczyć. Spra­wiała wra­że­nie, jakby zupeł­nie nie przej­mo­wała się kry­zy­sem, i coraz czę­ściej była cał­ko­wi­cie nie­obecna myślami, przez co ktoś zawsze musiał ją nad­zo­ro­wać i pouczać, aby jakąś głu­pią nie­uwagą nie spro­wa­dziła na grupę nie­bez­pie­czeń­stwa. Jed­no­cze­śnie to wła­śnie ona ich wszyst­kich chro­niła – gdyby nie jej zaklę­cia, pew­nie dawno już zosta­liby zlo­ka­li­zo­wani przez cza­ro­dzie­jów, któ­rzy opo­wie­dzieli się po stro­nie ludzi. Jedna nie­wła­ściwa runa i mie­liby na karku żoł­nie­rzy… Trwali więc w para­dok­sie: musieli pil­no­wać bez­tro­skiej Alex jak dziecka, zara­zem powie­rza­jąc jej magii swoje życie.

– Jest wię­cej jedze­nia – oznaj­miła teraz melo­dyj­nym gło­sem. Świa­tło z otwar­tej lodówki rzeź­biło jej pro­fil pla­mami ostrego świa­tła i cieni.

Erin miała ochotę zaci­snąć ręce na jej szyi.

– Szep­tem – syk­nęła ledwo sły­szal­nie. – Mów szep­tem, Alex, bła­gam cię!

Cza­ro­dziejka wyglą­dała na sko­ło­waną. Było nie­stety bar­dzo praw­do­po­dobne, że umknął jej cał­ko­wi­cie fakt, iż wła­mały się wła­śnie w środku nocy do cudzego domu.

– Masz rację, jest wię­cej – mruk­nęła Erin, tym razem sama do sie­bie, zaglą­da­jąc przy­ja­ciółce przez ramię. Żołą­dek skrę­cał jej się z głodu i widok wypcha­nych jedze­niem pó­łek był przy­tła­cza­jący. – Podaj mi nóż. Jak utniemy kawa­łek sera, to chyba nie zauważy, prawda?

Alex wzru­szyła ramio­nami.

Pod­kra­dali jedze­nie naj­rza­dziej, jak się dało i w nie­wiel­kich ilo­ściach, żeby wła­ści­ciel nie zwró­cił uwagi na braki. Po podziale mię­dzy ukry­wa­jącą się sió­demkę – Erin, Alex, Tatianę, Lizzy, Keitha, Anthony’ego i Diego – por­cje były żało­śnie nie­wiel­kie.

Na bla­cie obok lodówki pię­trzyły się jabłka. W szafce zna­la­zły trzy paczki chleba. Sta­rzec wyraź­nie nie zamie­rzał uda­wać się nie­ba­wem do sklepu i natych­miast wzbu­dziło to w Erin nie­po­kój. Czyżby zapo­wie­dziano kolejny lock­down? Gdy szó­stego maja w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ofi­cjal­nie ujaw­niono ist­nie­nie sen­tury, wie­ści te lotem bły­ska­wicy obie­gły cały świat, wzbu­dza­jąc napię­cia. Choć eko­no­miczne i poli­tyczne rela­cje mię­dzy­na­ro­dowe już nieco się uspo­ko­iły, zmiany wewnętrzne w każ­dym pań­stwie nabie­rały tempa. Aby być z nimi na bie­żąco, pró­bo­wali pod­słu­chi­wać pod oknem, gdy męż­czy­zna oglą­dał wia­do­mo­ści na sta­rym, trzesz­czą­cym tele­wi­zo­rze, ale nie zawsze to się uda­wało. Jed­nego mogli być pewni: polo­wa­nie na wam­piry i wil­ko­łaki trwało.

Ponie­waż spi­sek Mar­tina Gal­la­ghera się powiódł i zmien­no­kształtni, łowcy oraz cza­ro­dzieje z kraju w porę pod­jęli współ­pracę z ludźmi, celem łapa­nek były tylko dwa sen­tu­ralne rodzaje. Jak dotąd. Ludziom, któ­rzy zna­cząco domi­no­wali pod wzglę­dem liczeb­no­ści, nie­wiele mogłoby sta­nąć na dro­dze, gdyby zde­cy­do­wali się ści­gać też pozo­sta­łych.

Kąty pogrą­żo­nego w mroku domu wydały się nagle Erin jesz­cze czar­niej­sze.

– Myśla­łam, że Tatiana szła za tobą? – szep­nęła, zer­ka­jąc za sie­bie kon­tro­l­nie. Pusto.

Alex patrzyła w nie­ist­nie­jący punkt, pocie­ra­jąc poty­licę. Włosy odro­sły jej już nieco po zgo­le­niu głowy w Mal­la­roy, mimo to na­dal były kró­ciut­kie.

– Kto?

– Tatiana.

– Co?

Erin wes­tchnęła cicho, ale ciężko.

– Czy Tatiana wró­ciła do szopy? – zapy­tała ponow­nie, na­dal szep­tem, ale wol­niej i wyraź­niej. Za nie­wiel­kim domem znaj­do­wała się stara szopa z narzę­dziami i gra­tami. To tam koczo­wali przez więk­szość czasu.

– Nie. – Alex uśmiech­nęła się pro­mien­nie. – Powie­działa, że zosta­nie z tyłu, żeby patrzeć, czy w oknie nie zapala się świa­tło.

Erin ski­nęła głową.

– Chcesz iść pierw­sza?

– Co?

Z Alex było coraz gorzej. Im trud­niej­sza sta­wała się ich sytu­acja, tym moc­niej dziew­czyna ucie­kała do wnę­trza wła­snej głowy.

– Nie­ważne – mruk­nęła Erin z rezy­gna­cją. Nie miała siły cią­gle się powta­rzać.

Od czte­rech tygo­dni – od kiedy w noc zde­ma­sko­wa­nia urzą­dzono masowe aresz­to­wa­nia, a Mal­la­roy, które było jej nowym domem, zmie­niło się w pole bitwy – była bez prze­rwy zmę­czona. Wykoń­czona wszyst­kim: ucieczką, ukry­wa­niem się, walką o schro­nie­nie i jedze­nie, poszu­ki­wa­niem dostępu do wody, nie­usta­ją­cym lękiem, kosz­ma­rami, żałobą po ponie­sio­nych stra­tach i tęsk­notą za rodziną. Przede wszyst­kim jed­nak była zmę­czona bez­ce­lo­wo­ścią. Nic nie robili. Nie bie­gli w kon­kretną stronę, ale jedy­nie przed czymś ucie­kali. Zasta­na­wiała się cza­sem, jak długo można tak żyć. Jak długo można podą­żać po pro­stu przed sie­bie, byle dalej od zagro­że­nia. I czy w ogóle da się to nazwać życiem?! Potem przy­po­mi­nała sobie, że świat widział już takie histo­rie. Tyle było prze­śla­do­wań, tyle okru­cień­stwa, tyle nie­na­wi­ści. Nie byli pierwsi, nie będą ostatni.

– Idę do toa­lety – oznaj­miła wresz­cie cicho, zer­ka­jąc na Alex, która mam­ro­tała coś pod nosem. – Alex? Alex…?

Cza­ro­dziejka unio­sła palec, naka­zu­jąc Erin mil­cze­nie. Dopiero po chwili stało się jasne, że odna­wia jedno z zaklęć. Erin ski­nęła głową, wła­ści­wie sama do sie­bie, i ruszyła bez­sze­lest­nie w stronę łazienki.

Kiedy za pierw­szym razem wła­mali się do domu, miała okrop­nie spo­cone ręce i wra­że­nie, że serce wysko­czy jej przez gar­dło i narobi hałasu, ude­rza­jąc o pod­łogę. Tym­cza­sem teraz już nawet obmy­wała się w umy­walce. Prysz­nic wciąż wyda­wał się jed­nak za gło­śny.

Pierw­szy tydzień po ucieczce ze szkoły Erin wspo­mi­nała jako mie­sza­ninę brudu, bólu i para­li­żu­ją­cego lęku. Potem nade­szła peł­nia. Mia­sta roz­bły­sły set­kami poli­cyj­nych syren, lasy prze­cięły snopy reflek­to­rów z heli­kop­te­rów mili­tar­nych. Ile wil­ko­ła­ków zła­pano? Ile zastrze­lono, a ilu udało się uciec? Ilu zaata­ko­wało ludzi? Erin nie miała poję­cia. Z pew­no­ścią wiele.

Gdy Keith się zmie­nił, Alex i Diego cudem utrzy­mali go w kry­jówce za pomocą magii i run. Zakłó­ce­nie nor­mal­nego obco­wa­nia z ener­gią księ­ży­cową spra­wiło, że chło­pak spę­dził następne dwa dni, zwra­ca­jąc wszystko, co udało mu się prze­łknąć – ale co z tego?

Musieli iść dalej.

Na początku rato­wało ich chyba jedy­nie to, że ukry­wał się wraz z nimi Diego. Dys­po­no­wał impo­nu­jącą wie­dzą w zakre­sie sztuki prze­trwa­nia, jak na porząd­nego łowcę przy­stało, a do tego w szkole uczest­ni­czył w kur­sie, który miał mu pomóc wstą­pić w sze­regi pro­tek­to­rów. Stał się nie­za­stą­piony, bo myślał tro­chę jak prze­ciw­nik. Pro­blem pole­gał na tym, że nikt z przy­ja­ciół nie był do końca pewny, jak daleko sięga to podo­bień­stwo. Jesz­cze do nie­dawna Diego był szpie­giem – śle­dził poczy­na­nia Erin w Mal­la­roy na pole­ce­nie Gal­la­ghera. Ufa­nie mu było cho­ler­nie nie­bez­pieczne, ale jak mie­liby pora­dzić sobie bez niego?

Musieli ryzy­ko­wać.

Erin przy­mknęła oczy i obmyła twarz zimną wodą. Potem z ulgą się­gnęła po mydło, wspo­mi­na­jąc obskurne łazienki na zapo­mnia­nych sta­cjach ben­zy­no­wych i mętne wody w leśnych bajo­rach.

Dobre dwa tygo­dnie spę­dzili pra­wie non stop zaszyci w lesie, wycień­czeni i głodni, wciąż idąc w nie­okre­ślo­nym kie­runku. Dopiero kiedy cał­ko­wity zakaz prze­miesz­cza­nia się zastą­piono godziną poli­cyjną, odwa­żyli się zbli­żyć do cywi­li­za­cji. Od tego czasu kra­dli. Tu jedze­nie, tam ubra­nie albo inną przy­datną rzecz… Nie mieli pie­nię­dzy i nie mogli ich zdo­być. Aktyw­ność kart ban­ko­wych mogła być moni­to­ro­wana, tele­fony musieli wyrzu­cić na samym początku, bo – jak pouczył ich Diego – łowcy wyna­leźli sys­tem sczy­ty­wa­nia śla­dów sen­tury z sygna­łów GSM, przed któ­rym nie dało się ochro­nić żadną magią. Nie mogli też żebrać ani liczyć na miło­sier­dzie, bo nie potra­fili oce­nić, z kim mają do czy­nie­nia. Czy ta osoba stoi po stro­nie woj­ska? Czy to jeden ze zmien­no­kształt­nych, który ze stra­chu wspiera uprze­dzo­nych ludzi? Czy może czło­wiek, który mimo wszystko wie­rzy w dobroć wil­ko­ła­ków? Nie dało się tego prze­wi­dzieć, a pomyłka mogła ich słono kosz­to­wać. Lepiej było więc zakła­dać, że wszy­scy są źli. A potem ich okra­dać.

Pew­nego dnia, kiedy sie­dzieli pod wiatą nie­czyn­nego od dawna przy­stanku, Erin przy­szło do głowy, że może wła­śnie na tym polega sztuka prze­trwa­nia: trzeba zawsze zakła­dać naj­gor­sze, na wszelki wypa­dek. Może dokład­nie to samo robiła obec­nie więk­szość ludzi i ci cza­ro­dzieje, zmien­no­kształtni oraz łowcy, któ­rzy sta­nęli po ich stro­nie. Każdy tak naprawdę chciał jedy­nie prze­trwać, a wszystko inne – krew, ból, prze­moc, okru­cień­stwo, nie­na­wiść – poja­wiało się jako efekt uboczny stra­chu, a potem niczym śnieżna kula toczyło się dalej. Albo może nie, może zawsze cho­dzi o to samo: o wła­dzę i pie­nią­dze, i nie było jesz­cze w całej histo­rii świata okresu nie­prze­żar­tego zgni­li­zną. Taką wer­sję miała Tatiana. Erin wolała wie­rzyć we wła­sną, bo była w niej cho­ciaż odro­bina opty­mi­zmu.

Ktoś zapu­kał cicho w drzwi i dziew­czyna wzdry­gnęła się, wyrwana z zamy­śle­nia.

– Erin? – Szept Alex prze­bił się przez drewno, z któ­rego odła­ziła biała farba.

– Już, już. – Dziew­czyna wcią­gnęła na sie­bie przy­dużą koszulkę i wyszła do cza­ro­dziejki. – Łazienka twoja.

Alex nie ruszyła się z miej­sca.

– Alex?

– Co?

– Łazienka?

– Co?

Erin dostrze­gła błysk paniki w sza­ro­fio­le­to­wych oczach cza­ro­dziejki. Była to jed­nak tylko chwila i zaraz Alex uśmiech­nęła się sze­roko. Potem znik­nęła w łazience.

W kuchni Erin upew­niła się, że w ple­caku jest wszystko, co zamie­rzała wynieść tej nocy z domu do szopy, a następ­nie ostroż­nie usia­dła na jed­nym z krze­seł, uwa­ża­jąc, by nie zatrzesz­czało zbyt gło­śno. Po tygo­dniu spę­dzo­nym w tym miej­scu wie­działa już, na co uwa­żać.

W sta­rym domu oto­czo­nym polami i pastwi­skami miesz­kała jedna samotna osoba: chudy sta­rzec ze skórą znisz­czoną słoń­cem. Codzien­nie wsta­wał o świ­cie i jechał gdzieś czer­wo­nym, odra­pa­nym pick-upem. Druga część ich grupy wła­śnie wtedy zakra­dała się do posia­dło­ści.

Podział na osoby śpiące w dzień i śpiące w nocy powstał przede wszyst­kim ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, choć nie tylko. Erin wolała patrzeć na niebo, kiedy było czarne, a nie bole­śnie błę­kitne, jak oczy kogoś, kogo już z nią nie było. Tatiana od zawsze wybie­rała spo­kój nocy i szu­kała w nim teraz odro­biny kom­fortu, a Alex po pro­stu lubiła patrzeć w gwiazdy. Zmiany dzienne prze­jęli Keith, Lizzy i Diego, a Anthony… O Antho­nym pró­bo­wali nie roz­ma­wiać.

– Erin? – Smuga świa­tła wylała się na ciemną pod­łogę wraz z szep­tem Alex przez uchy­lone drzwi do łazienki. – Możesz?

Erin zbli­żyła się, wzięła wycią­gnięty w jej stronę mar­ker i sku­piła wzrok na ciele przy­ja­ciółki. Cza­ro­dziejka miała na sobie spor­towy top, a bluzkę trzy­mała w ręku. Jej ciało zdo­biło kilka zadra­pań i sinia­ków zaro­bio­nych gdzieś po dro­dze, nie­świa­do­mie – od spa­nia na twar­dej powierzchni albo nie­uważ­nego poru­sza­nia się po zagra­co­nej szo­pie. Uwagę przy­cią­gały jed­nak nie one, tylko czarne runy, które pokry­wały cały jej brzuch i plecy.

– Nie ruszaj się – mruk­nęła Erin, otwie­ra­jąc mar­ker. Wciąż wie­działa nie­wiele o magii i pra­wie nic o runach, ale nie sta­no­wiło to pro­blemu, bo jej zada­nie pole­gało tylko na popra­wieniu wybla­kłych śla­dów nową war­stwą per­ma­nent­nego tuszu. Nie miała poję­cia, czemu cza­ro­dziejka nie chce robić tego sama, ale z jakie­goś powodu bała się zapy­tać.

Przez pierw­sze kil­ka­na­ście dni Alex sta­ran­nie opi­sy­wała runami anty­lo­ka­li­za­cyj­nymi każde miej­sce, w któ­rym spali, a po dro­dze mam­ro­tała zaklę­cia. Potem wpa­dła na genialny pomysł, żeby z samej sie­bie zro­bić płótno. Teraz co kilka dni popra­wiali ukryte pod jej ubra­niami runy, które woda i pot ście­rały ze skóry. Było to spore uła­twie­nie logi­styczne, nie zmie­niało jed­nak ilo­ści magicz­nej ener­gii, którą dziew­czyna musiała odda­wać.

– Gotowe – oznaj­miła wresz­cie Erin. – Sie­dzimy tu zbyt długo, pora się wyno­sić – dodała.

Alex pod­nio­sła się z miej­sca i nacią­gnęła na sie­bie bluzkę.

– Dzięki.

– Nie ma za co.

– Co? – zapy­tała cza­ro­dziejka, zdez­o­rien­to­wana.

– Nie­ważne. – Erin wes­tchnęła, po czym coś jej się przy­po­mniało. Cof­nęła się cicho do kuchni i otwo­rzyła szafkę nad zle­wem, gdzie sta­rzec trzy­mał mocne alko­hole. Bute­lek było mniej niż ostat­nio. Prze­klęła cicho, zaci­ska­jąc dłoń moc­niej na drzwiach szafki, ale nic nie powie­działa.

Po chwili obie wyla­zły przez to okno, któ­rym weszły. Alex ruszyła bez­tro­skim kro­kiem w stronę szopy, nie­wzru­szona. Erin na otwar­tej prze­strzeni poczuła się natych­miast mniej pew­nie, ogar­nięta irra­cjo­nal­nym lękiem, że ktoś obser­wuje je z daleka. Przy­gar­biła się odru­chowo i rozej­rzała ner­wowo, szu­ka­jąc wzro­kiem Tatiany. Zmien­no­kształtna stała kawa­łek dalej i na nią patrzyła. Ski­nęły sobie deli­kat­nie gło­wami – ledwo zauwa­żalny, ale pełen wspar­cia gest sygna­li­zu­jący, że są w tym razem. Zbli­żyły się do sie­bie szybko i w mil­cze­niu ruszyły za Alex.

Spo­kój trwał tylko przez kil­ka­na­ście kro­ków. Po chwili Tatiana zła­pała Erin za przed­ra­mię, zatrzy­mu­jąc ją w miej­scu. W ciem­no­ści trudno było dostrzec wyraz jej twa­rzy, ale sam gest wystar­czył, by dziew­czyna zamarła, prze­ra­żona.

Coś sze­le­ściło w gęstwi­nie wyso­kich krza­ków tuż za szopą.

– Alex, stój! – syk­nęła cicho Erin.

Cza­ro­dziejka oczy­wi­ście nie usły­szała.

– Reszta na­dal śpi… – szep­nęła Tatiana drżą­cym gło­sem, pod­świa­do­mie ści­ska­jąc przed­ra­mię Erin jesz­cze moc­niej.

– Alex! – Pełen paniki szept Erin wciąż nie dawał efek­tów.

Liście trzę­sły się zauwa­żal­nie, ciszę nocy prze­ry­wał odgłos łama­nia drob­nych gałą­zek. Nie było wąt­pli­wo­ści, że ktoś prze­suwa się w ich stronę, ale cza­ro­dziejka rado­śnie zbli­żała się wciąż do nie­bez­pie­czeń­stwa, z głową zadartą do góry, by patrzeć w gwiazdy. Dzie­liło ją już tylko kilka metrów, jeden krok, drugi…

Anthony Tow­ner wypadł z krza­ków z kijem w ręku, nie­bez­piecz­nie się zata­cza­jąc.

– Ej! – rzu­cił gło­śno i z wyrzu­tem, bo ledwo unik­nął zde­rze­nia z cza­ro­dziejką.

– Dzień dobry – odpo­wie­działa uprzej­mie Alex.

Strach Erin momen­tal­nie prze­isto­czył się we wście­kłość.

– Trzy­maj mnie, bo go zamor­duję – syk­nęła do Tatiany, która wolno wypusz­czała powie­trze.

Z ciał ich obu ulot­niło się napię­cie.

– Czy wie­cie, że – zaczął Anthony, wciąż koły­sząc się na boki i nawet nie pró­bu­jąc ści­szyć głosu – te krzaki to labi­rynt? Można się w nich zgu­bić, kurde…

– Tony, zamknij się – ostrze­gła Erin, mie­rząc go dość wro­gim spoj­rze­niem.

W sto­ją­cym przed nią chło­paku trudno było dopa­trzyć się odpo­wie­dzial­nego lidera brac­twa zmien­no­kształt­nych z Mal­la­roy. Brą­zowe, krę­cone włosy ster­czały na boki, brudne i potar­gane, skóra pełna była drob­nych zadra­pań, a wymięty T-shirt zdo­biła na środku spo­rej wiel­ko­ści plama. Śmier­działo od niego alko­ho­lem na metr, ale nawet bez tego widać było jak na dłoni, że jest nawa­lony. Naj­gor­sze były jed­nak jego oczy: puste i obce.

– Musisz się zamknąć – prze­drzeź­niał ją Anthony z nutą drwiny, która poja­wiała się, gdy pił. – Sama musisz się… Ej, ej, ej! – zapro­te­sto­wał gło­śno, bo Erin ode­brała mu kij, któ­rym już zaczy­nał wyma­chi­wać. – To było – czknął – moje. – Wciąż nie ści­szał głosu, wręcz prze­ciw­nie.

Tatiana bała się, że w oknie na pię­trze pojawi się świa­tło.

– Musimy zacho­wać ciszę, prze­cież dobrze wiesz.

Chło­pak zaczął mam­ro­tać coś pod nosem, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony, ale przy­naj­mniej nie wsz­czął kłótni. Zamiast tego roz­glą­dał się na boki, jak gdyby usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, gdzie w ogóle się znaj­duje. Przy­ja­ciółki wymie­niły spoj­rze­nia. Były sfru­stro­wane i zmę­czone, lecz nie zasko­czone.

– Poszu­kam butelki – oznaj­miła wresz­cie chłodno Tatiana, marsz­cząc nos na obecny wciąż w powie­trzu, ostry zapach alko­holu i wymio­cin. – Pew­nie porzu­cił ją gdzieś w krza­kach. Znowu. – Znik­nęła w gąsz­czu zie­leni, zro­biła to jed­nak ze znacz­nie więk­szą gra­cją niż zmien­no­kształtny.

Anthony tym­cza­sem ruszył w sobie tylko zna­nym kie­runku, zata­cza­jąc się żało­śnie. Znów zaczął coś mówić, ale wyszedł z tego jedy­nie beł­kot. Po chwili potknął się o wła­sne stopy i upadł na trawę, zano­sząc się gło­śnym śmie­chem.

Erin w dwóch susach zna­la­zła się przy chło­paku.

– Cho­lera jasna, Tony! – syk­nęła z mie­sza­niną zło­ści i nie­do­wie­rza­nia w gło­sie.

Anthony był w roz­sypce od pierw­szych dni wspól­nej ucieczki. Na początku funk­cjo­no­wał tylko w zmien­no­kształt­nej postaci wiel­kiego psa, potem jed­nak, gdy zaczęli się od czasu do czasu zbli­żać do cywi­li­za­cji, przy­brał w końcu ludzką. Wtedy też zaczął się sta­czać. Nikt jed­nak nie zauwa­żył, co się kroi, aż było za późno. Teraz rzadko uda­wało im się widzieć go trzeź­wego. Plą­tał się zawsze gdzieś z tyłu, sam ze sobą i butel­kami wsze­la­kiego świń­stwa, które kradł, nara­ża­jąc się na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Kie­dyś był jedną z naj­od­po­wie­dzial­niej­szych osób, jakie Erin znała. Teraz leżał na brud­nej ziemi, w alko­ho­lo­wym odrę­twie­niu, dła­wiąc się niskim, pustym recho­tem. Poko­nany.

Na początku Erin czuła głów­nie żal, potem na pro­wa­dze­nie wyszła złość, aż wresz­cie – strach. Każdy ma limit złych rze­czy, które jest w sta­nie znieść, zanim wpad­nie w prze­paść zadrę­czo­nego umy­słu. Teraz, patrząc na tak odmie­nio­nego Anthony’ego, trudno było nie zada­wać sobie pyta­nia: jak bli­sko tej gra­nicy jest cała reszta grupy? Jak daleko ona sama stoi od prze­pa­ści?

Tatiana wyło­niła się z krza­ków z pra­wie pustą butelką wódki. Nie powie­działa nic, zmie­rzyła jedy­nie leżą­cego na ziemi chło­paka spoj­rze­niem peł­nym nie­po­koju i nie­chęci. Zmien­no­kształtny roz­ło­żył ręce i nogi sze­roko na tra­wie i wybuchł kolej­nym napa­dem śmie­chu. Było w tym odgło­sie coś nie­wła­ści­wego. Jakieś echo ciem­no­ści, lęku i śmierci, które spra­wiło, że po ple­cach Erin prze­bie­gły ciarki.

– On jest za gło­śny – szep­nęła Tatiana z iry­ta­cją. – Tow­ner, chcesz nas zde­ma­sko­wać?

Zero reak­cji. Śmiech rósł w siłę. Okno na pię­trze pozo­sta­wało ciemne. Przy­ja­ciółki czuły nara­sta­jącą panikę.

– Tony! – jęk­nęła bła­gal­nie Erin, a potem przy­kuc­nęła i zakryła mu dło­nią usta. Musiały go uci­szyć za wszelką cenę, bo sytu­acja prze­ra­dzała się w praw­dziwe zamie­sza­nie, a oni nie byli bez­pieczni.

Ni­gdy nie byli bez­pieczni.

– Mpfhh. – Anthony szarp­nął głowę w bok, uwal­nia­jąc usta spod jej dłoni, i mach­nął ręką na oślep, pró­bu­jąc je odgo­nić. – No co?! Odwal się. – Prze­tur­lał się na bok, wydał z sie­bie dziwny odgłos i zaczął się pod­no­sić. Udało mu się, ale stał chwiej­nie, raz po raz przy­my­ka­jąc oczy, bo zale­wały go fale mdło­ści.

– Na to się nie da patrzeć… – szep­nęła Tatiana, lecz nie odwró­ciła wzroku.

– No co?! – powtó­rzył pro­wo­ka­cyj­nie Anthony, znowu pod­no­sząc głos.

– Szzz. – Erin przy­ło­żyła w panice palec do wła­snych ust. – Bła­gam cię, Anthony. Musisz być cicho.

– Bo co?! Muszę być cicho, bo co?!

Od czte­rech tygo­dni każde z nich pró­bo­wało stać się nie­wi­dzialne, a Anthony Tow­ner stał nie­da­leko domu, gdzie spał czło­wiek, i darł się jak opę­tany.

– Alex, możesz coś zro­bić?! – Tatiana odwró­ciła się w stronę błą­dzą­cej w pobliżu cza­ro­dziejki. W jej gło­sie, obok lęku, cza­iła się praw­dziwa złość.

– Co? – padła roz­ko­ja­rzona odpo­wiedź.

– BĘDĘ GŁO­ŚNO, NO I CO?! – Anthony kiwał się na boki, wyma­chu­jąc rękoma.

– Bła­gam cię…

– Alex! – Tatiana chwy­tała się ostat­niej deski ratunku, ska­cząc wzro­kiem od okien domu do cza­ro­dziejki i z powro­tem. – Pro­szę, ucisz jakoś magią Anthony’ego!

– HALO? Czy ktoś mnie sły­szy!? – Zmien­no­kształtny znów zaniósł się śmie­chem.

– Tony, spójrz na mnie…

– Co?

– Ucisz go!

– NO I CO MI ZRO­BISZ?!

– ZAMKNIJ SIĘ! – Tatiana nie wytrzy­mała.

Wszy­scy zamarli. Upra­gniona cisza, która zapa­dła, pełna była napię­cia. W oknach na­dal nie poja­wiło się świa­tło, ale może męż­czy­zna już wybie­rał w ciem­no­ści numer alar­mowy.

Anthony chwilę wodził nie­za­do­wo­lo­nym, choć pozba­wio­nym sku­pie­nia wzro­kiem mię­dzy Erin a Tatianą, sta­ra­jąc się obmy­ślić kolejny ruch. Potem zgiął się wpół i zwy­mio­to­wał.

– Powin­ni­śmy go wyrzu­cić z szopy na stałe – rzu­ciła Tatiana surowo, z maską obo­jęt­no­ści na twa­rzy. – Jak zacznie rzy­gać w środku, to będziemy mieć kolejny pro­blem.

– Wciąż cię sły­szę­ęęę… – zanu­cił Anthony prze­śmiew­czo.

– I dobrze – odcięła się chłodno zmien­no­kształtna. Widać było, że nie jest w sta­nie dalej dusić w sobie zło­ści, ale była na tyle odpo­wie­dzialna, by pozo­stać przy szep­cie. – Myślisz, że tylko tobie jest ciężko? Że tylko ty coś stra­ci­łeś? Weź się w garść. Jeśli nasze życia cię nie obcho­dzą, pomyśl przy­naj­mniej o wła­snej sio­strze!

Pełne nie­po­koju spoj­rze­nie Erin prze­nio­sło się na Tatianę. Zmien­no­kształtna od tygo­dni trzy­mała głowę wysoko, odgry­wa­jąc rolę sil­nej i roz­sąd­nej. Jeśli dotarła wła­śnie do limitu wytrzy­ma­ło­ści, było to zro­zu­miałe, ale cho­ler­nie, cho­ler­nie nie­ko­rzystne.

Anthony wydał z sie­bie stłu­miony, gorzki odgłos roz­ba­wie­nia, odsu­wa­jąc się od wła­snych wymio­cin.

– A weź się odwal, Tatiana. – Już nie krzy­czał, za to tro­chę beł­ko­tał. Wycią­gał z sie­bie słowa, jakby były lep­kie i zosta­wały mu czę­ściowo na języku. – Jaki ty masz pro­blem, co? – Prze­rwał, żeby czknąć. – No? Że cię chło­pak okła­mał, ta? Bo jak spraw­dza­łem ostat­nim razem, to na­dal za nami łaził. Jeśli mu nie umiesz wyba­czyć, to… – Wyko­nał czy­telne tylko dla sie­bie mach­nię­cie ręką i nie dokoń­czył.

Alko­hol robił z Anthony’ego praw­dzi­wego chama. Wszy­scy mieli już oka­zję się o tym prze­ko­nać. Zda­wali sobie sprawę, że szuka odrę­twie­nia, by nie czuć bólu. Trudno było jed­nak patrzeć na niego ze współ­czu­ciem.

– Wystar­czy – zażą­dała Erin, chcąc chro­nić uczu­cia przy­ja­ciółki.

W Mal­la­roy Tatiana Len­nox po raz pierw­szy w życiu się zako­chała – w poważ­nym łowcy ze star­szej klasy. Potem wyszło na jaw, że Diego Vélez Reyes w sekre­cie pil­nuje Erin na pole­ce­nie Mar­tina Gal­la­ghera. Szó­stego maja świat sen­tury sta­nął w pło­mie­niach, a serce Tatiany obro­sło lodem. Nie ma nic gor­szego, niż zawieść zaufa­nie osoby, która pra­wie przed nikim się nie otwiera.

– Ach tak, taaak. No i prze-ż jesz­cze złote dziecko, Erin Lamf- Lan­ford… – beł­ko­tał Anthony, chwie­jąc się na nogach. – Włą­czyła radio­wę­zeł szkolny, co? I połowa uczniów padła tru­pem…

Erin zaci­snęła ręce, a jej oczy zaszkliły się nie­bez­piecz­nie.

– Ktoś musiał ich ostrzec, Tony! Prze­cież tam byłeś, widzia­łeś… – bro­niła się, pró­bu­jąc prze­ko­nać nie tylko jego, ale też sie­bie. – Zła­pa­liby wszyst­kich w łóż­kach… – dodała słab­szym gło­sem. Powinna być już odporna na paskudne tek­sty Tow­nera, ale ten nawet pijany wie­dział, gdzie ude­rzyć.

Gdy woj­sko weszło w nocy na teren Szkoły Sen­tu­ral­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya, Erin użyła radio­wę­zła, by obu­dzić uczniów w inter­na­cie. Liczyła, że wam­pi­rom i wil­ko­ła­kom uda się jakoś uciec. I w przy­padku nie­któ­rych tak się stało. Wznie­ciła też jed­nak panikę, przez co osoby wszyst­kich rodza­jów wypa­dły na kory­ta­rze i to, co pla­no­wano jako spo­kojne poj­ma­nie, zmie­niło się w krwawą walkę. Nie­jed­nej nocy zasta­na­wiała się, czy w osta­tecz­nym roz­ra­chunku sie­dze­nie cicho nie oca­li­łoby więk­szej liczby ist­nień.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście… – Słowa zmien­no­kształt­nego obcią­żone były gory­czą nie tylko alko­holu. – Chcia-ś rato­wać przy­ja­ciół? No i pr-szę bar­dzo, wyszło! – Roz­ło­żył ręce. – Pr-szę bar­dzo, no to liczy-y-my, liczymy… Keith? Jest, jest. Tatiana? Stoi, tutaj, o tutaj! Lizzy, Alex? M-hm. – Czknął, a potem znowu zaśmiał się gorzko. – A chce­cie wie­dzieć, kto był moim przy­ja­cie­lem? – Zro­bił chwiejny krok do przodu i pod­niósł głowę, by spoj­rzeć pro­sto na Erin. – Isaac. Jess. Annie. Wie­cie… Wie­cie, co ich wszyst­kich łączy? – Dopiero teraz, w nikłym świe­tle księ­życa, Erin dostrze­gła, że w jego oczach błysz­czą łzy. – Mar­twi. Wszy­scy są mar­twi. Wszy­scy na naszych oczach… Na moich oczach…

Cisza, która zapa­dła po tych sło­wach, była tak dru­zgo­cąca, że przez chwilę Erin zaczęła tęsk­nić za nara­ża­ją­cymi ich na nie­bez­pie­czeń­stwo krzy­kami.

– Masz Lizzy – zauwa­żyła cicho. Czuła, że jej słowa brzmią idio­tycz­nie, ale nie mogła już znieść mil­cze­nia. – Masz nas…

– Nie wiesz – wymam­ro­tał Anthony. Jego wzrok powę­dro­wał w stronę butelki, którą Tatiana wciąż trzy­mała. – Nic nie rozu­mie­cie. Nie rozu­mie­cie…

Erin poczuła, że zie­mia osuwa się jej pod nogami. Nie rozu­miała? Miała bliź­niaczkę po złej stro­nie tej prze­klę­tej wojny i widziała, jak życie gaśnie w błę­kit­nych oczach Michae… Nie. Nie­ważne.

Jeśli boli cię serce, zamień je w kamień, a gdy zacznie ci cią­żyć w klatce pier­sio­wej, wyrzuć. Nic już z niego nie będzie.

– Więc o to cho­dzi? – Tatiana brzmiała oschle, zamknięta za ścianą pozor­nej obo­jęt­no­ści. Dla bez­pie­czeń­stwa. – Chcesz nas wszyst­kich pocią­gnąć na dno?

Anthony prych­nął tylko, czknął i zaczął nie­po­rad­nie chwy­tać za wła­sny T-shirt.

– Tony, nie… – zaczęła Erin, ale było za późno. Chło­pak wśli­zgnął się w skórę dużego, burego kun­dla i zata­cza­jąc się na czte­rech łapach, wyplą­tał z reszty ubrań, a potem ruszył w stronę jedy­nej drogi w zasięgu ich wzroku.

– Zostaw go – pora­dziła Tatiana z wes­tchnie­niem. – Niech idzie.

Erin skrzy­wiła się w mil­cze­niu.

Tatiana spoj­rzała na nią tro­chę nie­pew­nie. Wąt­pli­wo­ści rosły.

– Myślisz, że… – W jej tonie poja­wiło się poczu­cie winy. – Nie powin­nam reago­wać aż tak ostro, wiem. Nikomu to nie pomaga. Jestem po pro­stu…

– …zmę­czona – dokoń­czyła za nią Erin.

Przy­ja­ciółka poki­wała głową. Chwilę roz­ma­wiały ze sobą bez słów, samymi spoj­rze­niami. Ostat­nimi czasy nie­które rze­czy dało się prze­ka­zać tylko w ten spo­sób.

– Ta jest ładna – oznaj­miła Alex, o któ­rej pra­wie zapo­mniały. Wciąż stała nie­opo­dal i wska­zy­wała pal­cem jakąś gwiazdę na nie­bie.

Erin i Tatiana pra­wie rów­no­cze­śnie przy­mknęły oczy, czu­jąc nara­sta­jącą bez­rad­ność. Ich uwagę szybko przy­cią­gnął jed­nak kolejny obcy szmer. Nie były same.

Pod ścianą szopy sie­dział jasno­brą­zowy kró­lik, który wyglą­dał jak Yorick, ale nim nie był, o czym świad­czył wyraźny brak pogardy w spoj­rze­niu. Zwie­rzę drgnęło, przy­ła­pane, i umknęło do szopy.

Tatiana przy­ło­żyła palce do skroni i roz­ma­so­wała je despe­racko, muska­jąc opusz­kami kró­ciut­kie, cia­sno skrę­cone loki.

– Ta noc się nie koń­czy…

– Myślisz, że wszystko sły­szała? – zapy­tała głu­pio Erin.

Obie wie­działy, jaka jest odpo­wiedź, i ruszyły śla­dem Lizzy Tow­ner, któ­rej zmien­no­kształtną formą był kró­lik.

W szo­pie pano­wał chaos. Wszę­dzie walały się rupie­cie: zardze­wiałe gra­bie, zepsute skrzy­nie, stare czę­ści maszyn rol­ni­czych, a także – na szczę­ście dla nich – kilka koców i poszar­pane plan­deki. Z tych ostat­nich uło­żyli pro­wi­zo­ryczne lego­wi­ska tam, gdzie udało się zna­leźć pusty kawa­łek pod­łogi. Koło drzwi leżał Diego. Erin była pra­wie pewna, że obu­dził się od krzy­ków Anthony’ego, ale wyraź­nie nie chciał dać tego po sobie poznać. Kawa­łek dalej, za sta­rym kar­to­nem i wiel­kim, nie­dzia­ła­ją­cym sil­ni­kiem, chra­pał cicho Keith.

Erin i Tatiana skie­ro­wały się w stronę gru­bego, zaku­rzo­nego koca. Wiel­kość wybrzu­sze­nia suge­ro­wała, że Lizzy zmie­niła się już pod nim w ludzką formę. Tuż obok leżał zwi­nięty w kulkę Yorick, ten praw­dziwy.

– Liz – zaczęła łagod­nie Erin. Przy­klę­kła obok przy­ja­ciółki, ostroż­nie kła­dąc rękę w miej­scu, gdzie, jak zga­dy­wała, znaj­do­wały się jej plecy.

Lizzy nie odpo­wie­działa. Sły­chać za to było cichy szloch.

– Wróci rano – szep­nęła Tatiana, mając oczy­wi­ście na myśli Anthony’ego. Kuc­nęła obok Erin. – Na pewno wróci. Ni­gdy nie prze­sta­nie być twoim bra­tem. Zawsze będzie cię kochać, nawet jeśli nie umie teraz tego oka­zy­wać.

Stan Anthony’ego nikogo nie ranił tak mocno jak jego młod­szej sio­stry, Lizzy. Pogrą­żony w żało­bie po tych, któ­rych utra­cił, prze­sta­wał dostrze­gać tych, któ­rzy dalej przy nim trwali. Roz­pacz ma tę prze­wrotną naturę, że odcina czło­wieka od innych, jakby celowo robiła miej­sce kolej­nemu nie­szczę­ściu.

Spod brud­nego koca wychy­nęły naj­pierw jasne, krę­cone włosy, potem czer­wone, opuch­nięte oczy, wresz­cie pie­go­waty nos i okrą­głe policzki. Przez chwilę Lizzy tylko mru­gała, gapiąc się w sufit, żeby powstrzy­mać nową falę łez.

– Nie mia­łam poję­cia… – zaczęła wresz­cie i urwała, prze­ły­ka­jąc ślinę. Widać było, że ciężko jej prze­ci­snąć słowa przez gar­dło. – Nie mia­łam poję­cia, że to było aż tak poważne, wie­cie? On i Annie…

Cza­sem Erin miała wra­że­nie, że coraz rza­dziej komu­kol­wiek z nich udaje się koń­czyć zda­nia. Wszyst­kie słowa ury­wały się, zastę­po­wane przez zna­czącą ciszę. Z tygo­dnia na tydzień rze­czy­wi­stość robiła się coraz bar­dziej… nie do wypo­wie­dze­nia.

– Cza­sem żar­to­wał przy rodzi­cach, że się jej oświad­czy – kon­ty­nu­owała Lizzy, pocią­ga­jąc nosem. – Albo mówił nam, jak nazwą swoje dzieci, ale to było takie… To zawsze było nie do końca serio. Tak myśle­li­śmy. Ale on chyba naprawdę miał plan…

Anthony chciał oddać zmien­no­kształt­nej Annie całe swoje życie, ale ona umarła, więc teraz nie miał co z tym życiem zro­bić.

Erin objęła Lizzy mocno. Jej też chciało się pła­kać.

– Wszystko będzie z nim w porządku – szep­nęła, pró­bu­jąc prze­ko­nać i Lizzy, i sie­bie. – Z nami też wszystko będzie w porządku.

– Obie­cu­jesz? – zapy­tała cicho zmien­no­kształtna.

Erin zamil­kła.

– Lepiej nie – wtrą­ciła ponuro Tatiana, przy­ci­ska­jąc do nich swoje ramię. Nie lubiła przy­tu­la­nia, mimo to chciała jakoś w tej bli­sko­ści uczest­ni­czyć.

Lizzy otarła policzki wierz­chem dłoni i zaśmiała się cicho, tro­chę smutno, lecz szcze­rze.

– Mądrze – stwier­dziła z cie­niem uśmie­chu.

Erin kiw­nęła głową.

– Tatiana zawsze ma rację – zgo­dziła się, przy­wo­łu­jąc przy­pad­kiem echo bez­tro­skich, wie­czor­nych roz­mów w pokoju numer 465 w inter­na­cie Mal­la­roy.

Nawet Tatia­nie zakrę­ciły się łzy w oczach.

Yorick łypał na nie, jak zawsze pogar­dli­wie, a one pła­kały cicho razem.

2. Mayday!

2.

May­day!

Prze­śla­do­wały ją w snach twa­rze żoł­nie­rzy, na któ­rych rzu­cili się w Mal­la­roy, toru­jąc sobie drogę do ucieczki. Mar­twe usta męż­czyzn wołały w ciem­no­ściach jej imię, przy­po­mi­na­jąc o zbrodni, któ­rej się dopu­ściła.

– Erin? – Ktoś potrzą­sał jej ramie­niem. – Erin, wsta­waj!

Obu­dziła się, łapiąc gwał­tow­nie oddech. Świa­tło dzienne natych­miast zakłuło ją w oczy, zaczęła więc mru­gać, zdez­o­rien­to­wana.

– Czego? – jęk­nęła, zmę­czona.

– Erin! – To Keith ją drę­czył.

– Jest dzień. Ja nie wstaję w dzień – zauwa­żyła, wci­ska­jąc twarz w bluzę, która zastę­po­wała jej poduszkę.

– Erin. Nie mamy czasu.

Głos wil­ko­łaka się zmie­nił. Albo może dopiero teraz roz­bu­dziła się na tyle, by wychwy­cić w nim nutę stra­chu. Erin roz­po­znała ten ton. Każdy z jej przy­ja­ciół brzmiał odro­binę ina­czej w obli­czu zagro­że­nia. Pode­rwała się do pozy­cji sie­dzą­cej.

– Co się dzieje?!

– Musimy się wyno­sić. – Diego stał w drzwiach szopy i wyglą­dał tak samo poważ­nie jak zawsze.

Erin nie trzeba było tego powta­rzać. Wszy­scy spali w ubra­niach. Wystar­czyło więc, że wstała, i była pra­wie gotowa.

– Lizzy i Tatiana pakują jedze­nie do ple­ca­ków. Zbierz swoje rze­czy i wyjdź na drogę. Za chwilę ruszamy – pole­cił Diego, narzu­ca­jąc na ramię wła­sny bagaż. Nie wszyst­kim udało się zabrać cokol­wiek pod­czas ucieczki z Mal­la­roy, ale po kilku tygo­dniach w dro­dze każdy miał już przy sobie choć tro­chę przed­mio­tów.

Gdy Diego znik­nął, Erin prze­nio­sła wzrok na Keitha.

– Co się stało? – zapy­tała, zwią­zu­jąc brą­zowe włosy w kitkę. Potem kuc­nęła, żeby zwi­nąć koc. Ręce lekko jej się trzę­sły.

– Chyba widzieli moją bli­znę – wyznał Keith, pełen wyrzu­tów wzglę­dem samego sie­bie. Potarł lekko ban­daż owi­nięty wokół lewej dłoni, któ­rym od mie­siąca zasła­niał sza­rawe, wil­cze zna­mię przy kciuku. – Nie mamy pew­no­ści, ale…

– Nie możemy ryzy­ko­wać – dokoń­czyła Erin, zapi­na­jąc nie­wielki ple­cak. – Więc znów poszli­ście do mia­steczka. – Spoj­rzała na przy­ja­ciela z dez­apro­batą.

Keith wzru­szył ramio­nami. Widać było, że zżera go poczu­cie winy.

– To była decy­zja Diego. Ja tu tylko sprzą­tam – rzu­cił, pró­bu­jąc roz­luź­nić atmos­ferę. Żart był jed­nak wymu­szony i żadne z nich się nie zaśmiało. – Sły­sza­łaś, co mówili w radiu. Cał­ko­wity zakaz prze­miesz­cza­nia się znie­siono na początku mie­siąca. W ciągu dnia nie łamiemy godziny poli­cyj­nej. Jeste­śmy na głę­bo­kim zadu­piu, nie widzie­li­śmy tu ani jed­nego patrolu. – Zaczął mówić szybko, tłu­ma­cząc się na poważ­nie. – Oka­zało się, że w nocy krowy ucie­kły z pastwi­ska przez dziurę w ogro­dze­niu. Coś je prze­stra­szyło, roz­la­zły się daleko. Szu­kali osób do pomocy przy spro­wa­dza­niu ich z powro­tem. Nawet nie zauwa­ży­łem, kiedy ban­daż się roz­wią­zał! W ciągu dnia bli­zna wygląda pra­wie nor­mal­nie, no ale… Obaj mie­li­śmy wra­że­nie, że gapią się na nas, gdy odcho­dzi­li­śmy… Nie wiem, E. Nie wiem… – Prze­cią­gnął ner­wowo po twa­rzy dło­nią.

Erin zatrzy­mała się przed wil­ko­ła­kiem i pod­nio­sła rękę, żeby uści­snąć pokrze­pia­jąco jego ramię, bo co innego mogła zro­bić?

– Chodź na drogę – zde­cy­do­wała. Zaraz jed­nak zamarła. – Jeste­śmy póki co sami, tak? Spraw­dzi­li­ście?

Keith ski­nął głową.

– Auta nie ma przed domem, wła­ści­ciel gdzieś poje­chał. Możemy wycho­dzić swo­bod­nie.

Gdy zna­leźli się na dwo­rze, Erin musiała zdu­sić jęk. Jakiś czas temu prze­rzu­ciła się na nocny tryb życia i zdą­żyła już zapo­mnieć, jak męczące jest lato w sta­nie Mis­so­uri. Przy­wi­tały ją ostre słońce i nie­zno­śny upał. Wszystko zda­wało się lep­kie. Było za jasno, za cie­pło i za żywo. Wbiła wzrok w zie­mię pod nogami.

Chwilę póź­niej wszy­scy szli już przed sie­bie po piasz­czy­stej dro­dze, spięci, roz­glą­da­jąc się ner­wowo. Wędru­jąca grupa nasto­lat­ków z pew­no­ścią wyglą­dała podej­rza­nie. Poru­sza­nie się w środku dnia na otwar­tym tere­nie było więc wyjąt­kowo stre­su­jące, nawet gdyby nie zakła­dali, że ktoś będzie im lada moment dep­tać po pię­tach.

Tatiana zrów­nała krok z Erin.

– Śmiem twier­dzić, że to było do prze­wi­dze­nia – rzu­ciła ponuro. To nie pierw­szy raz, kiedy Diego i Keith pozwo­lili sobie na mały reko­ne­sans po oko­licy.

Zamiast odpo­wie­dzieć, Erin zer­k­nęła na Diego. Łowca niósł dwa ple­caki, bo Anthony snuł się przy nich w skó­rze psa, dysząc ciężko. Kac dopadł go w naj­gor­szym momen­cie.

– Ryzyko nie było wyso­kie. – Wyraz twa­rzy Diego był bez­na­miętny, ale jego czarne oczy patrzyły czuj­nie i z cie­niem nie­po­koju. – Mie­li­śmy rzadką szansę, by zdo­być jakieś pie­nią­dze – dodał. – Musimy pró­bo­wać. Wie­cie to. Nie możemy stać w miej­scu.

Z tym ostat­nim aku­rat Erin się zga­dzała. Kry­jówka, którą wła­śnie porzu­cali, była chyba naj­lep­szą, jaką udało im się do tej pory zna­leźć. Wisiało jed­nak nad nimi codzien­nie to samo pyta­nie: co dalej? Z cza­sem sytu­acja wam­pi­rów i wil­ko­ła­ków mogła się tylko pogar­szać – z pew­no­ścią ktoś gdzieś już pra­co­wał nad inno­wa­cyj­nymi spo­so­bami ich iden­ty­fi­ka­cji. Świat zmie­nił się z dnia na dzień.

W gru­pie zapa­dło mil­cze­nie pełne zło­wro­gich myśli, które kon­tra­sto­wały z pięk­nymi wido­kami dookoła. Pyli­sta droga bie­gła przez kolo­rowe pola, wiatr czy­ścił powie­trze i łago­dził skwar, a na nie­bie nie poka­zała się ani jedna chmurka. No i co z tego? Erin nie­na­wi­dziła dni. Życie w nocy poma­gało jej pogo­dzić się z tym, z czym powinna się pogo­dzić, i zapo­mnieć o tym, o czym musiała zapo­mnieć. Tym­cza­sem znów wywle­czono ją na świa­tło dzienne, gdzie wszystko sta­wało się bar­dziej dotkliwe.

Na twa­rzach przy­ja­ció­łek zoba­czyła rów­nie skrzy­wione miny. Podział grupy na zmiany nocne i dzienne wpro­wa­dził balans, który teraz poszedł z dymem. Lizzy musiała być obok Anthony’ego, Tatiana nie mogła unik­nąć widoku Diego, Erin miała nad sobą niebo w kolo­rze błę­kit­nych oczu i nie dało się nie zauwa­żyć, że obok Keitha bra­kuje Lucasa. Wszy­scy mieli głę­bo­kie rany, cho­ciaż wojna dopiero się zaczęła.

– Co teraz? – zapy­tała po jakimś cza­sie nie­śmiało Lizzy. W jej gło­sie sły­chać było strach.

Diego zmarsz­czył brwi.

– Jeśli far­me­rzy, z któ­rymi pra­co­wa­li­śmy, zadzwo­nili na linię dono­sów…

– Na pewno zadzwo­nili – prze­rwał mu Keith. – Nikt nas nie zatrzy­mał, ale widzia­łeś, jakie spoj­rze­nia ze sobą wymie­nili, kiedy nam pła­cili! Na pewno mają podej­rze­nia, że coś z nami nie tak. Ze mną, zna­czy się – dodał gorzko.

Diego nie zare­ago­wał.

– Robie­nie blo­kad na wiej­skich dro­gach raczej się nie opłaca, ale powin­ni­śmy nie­długo odbić w pole, bo rzu­camy się w oczy. Spo­dzie­wał­bym się patrolu, który zacznie prze­szu­ki­wać domy w oko­licy.

– Musimy wejść w las – zauwa­żyła Tatiana bez entu­zja­zmu. Nie spoj­rzała na łowcę, ale on spoj­rzał na nią. Robił to bar­dzo czę­sto. Gdyby nie był impo­nu­jąco wysoki, wyspor­to­wany i śmier­tel­nie poważny, Erin powie­dzia­łaby, że gapi się jak smutny szcze­niak.

– Musimy do tego lasu naj­pierw dotrzeć – popra­wił ją Keith.

– No i co dalej? – Lizzy nie odpusz­czała. Yorick pry­chał cicho w jej szkol­nym ple­caku.

– Coś wymy­ślimy – oznaj­miła Erin, siląc się na opty­mizm. Otarła wierz­chem dłoni kro­pelki potu z czoła, bo tempo, które przy­brali, zaczy­nało dawać jej się we znaki.

– Co, Erin? CO wymy­ślimy?!

– Nie wiem. Coś. Pamię­ta­cie Kan­sas City?

– Nie możemy ukraść samo­chodu! – oznaj­mił natych­miast Diego surowo. – Spraw­dzają reje­stra­cje. Tylko ścią­gniemy na sie­bie poli­cję.

Od kiedy opu­ścili Chi­cago, pra­wie cią­gle byli w ruchu, w nie­koń­czą­cej się pogoni za namiastką bez­pie­czeń­stwa. Prze­szli przez Illi­nois, potem przez Mis­so­uri, na zachód. Pod Kan­sas City, przy gra­nicy stanu, wplą­tali się w zaognioną sytu­ację wywo­łaną przez inną, obcą grupę ucie­ki­nie­rów. Zro­biło się gorąco. Nie­mal dali się zła­pać. Cudem wyco­fali się w głąb Mis­so­uri, aż wylą­do­wali tu, na głę­bo­kiej wsi. Teraz nikt nie lubił roz­ma­wiać o Kan­sas City.

Sły­sząc groźny ton Diego, Erin unio­sła ręce w obron­nym geście.

– To zaża­le­nie do Len­nox, nie do mnie! Ja żad­nych kabel­ków samo­cho­do­wych nie prze­ci­na­łam.

– Coś jedzie – ode­zwała się nagle Alex.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli przed sie­bie, lecz pyli­sta droga była zupeł­nie pusta. Odwró­cili się więc za sie­bie, ale na hory­zon­cie rów­nież nie widać było żad­nego pojazdu.

– Gdzie? – zapy­tała Lizzy, marsz­cząc nos, pod­czas gdy Yorick wysta­wił głowę z roz­pię­tego ple­caka i zastrzygł uszami.

Alex nic nie powie­działa. Nie­całą minutę póź­niej przy­ja­ciele usły­szeli stłu­miony war­kot sil­nika i na dro­dze za nimi poja­wił się stary, czer­wony samo­chód pół­cię­ża­rowy, z otwartą plat­formą baga­żową zamiast tyl­nych sie­dzeń.

– Zejdź­cie na bok – pole­cił natych­miast Diego. – Nie gap­cie się i idź­cie nor­mal­nie.

Zro­bili, jak kazał. War­kot sil­nika nara­stał i Erin musiała zaci­snąć ręce na paskach ple­caka, żeby powstrzy­mać się od spoj­rze­nia za sie­bie. Wszy­scy nie­świa­do­mie wstrzy­mali oddech, kiedy pojazd wolno prze­to­czył się tuż obok nich.

Potem zaczął zwal­niać.

A następ­nie sta­nął na samym środku drogi.

Serca zaczęły im walić jak osza­lałe, ale sta­wiali kolejne kroki, pró­bu­jąc utrzy­mać neu­tralne wyrazy twa­rzy. Erin zer­k­nęła na Keitha, który wyglą­dał, jakby miał zaraz zemdleć. Z nich wszyst­kich to on był naj­bar­dziej zagro­żony. Można by nawet powie­dzieć, że tylko jemu coś tak naprawdę gro­ziło, ale to był temat na inną dys­ku­sję.

Drzwi od strony kie­rowcy otwo­rzyły się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem i ze sta­rego, czer­wo­nego pick-upa wysiadł osma­gany słoń­cem męż­czy­zna w kra­cia­stej koszuli. Choć ni­gdy wcze­śniej nie mieli oka­zji zoba­czyć jego twa­rzy z bli­ska, poznali go natych­miast. To na jego posia­dło­ści ukry­wali się przez ostat­nie dni.

– Gdzie się wybie­ra­cie, dzie­ciaki? – zagad­nął, opie­ra­jąc się o samo­chód. W jego gło­sie sły­chać było nutę połu­dnio­wego akcentu.

Nikt mu nie odpo­wie­dział. Wszy­scy stali jak spa­ra­li­żo­wani, nie mając poję­cia, co teraz. Czy to koniec? Nie, prze­cież jeden sta­rzec nie pora­dzi sobie z nimi wszyst­kimi. Może powinni zaata­ko­wać pierwsi? Diego instynk­tow­nie przy­su­nął się odro­binę bli­żej Tatiany, wsu­wa­jąc wolno dłoń do kie­szeni, w któ­rej trzy­mał myśliw­ski nóż.

– No, już, spo­koj­nie. Prze­cież nic wam nie zro­bię – kon­ty­nu­ował męż­czy­zna, cał­ko­wi­cie odprę­żony. Przy­glą­dał im się z zacie­ka­wie­niem, a nie podejrz­li­wo­ścią. – W mia­steczku gadają, że lada chwila odwie­dzi nas spe­cjalny patrol. Naj­wyż­szy czas, żeby­ście się zbie­rali, co?

Patrzył na nich wycze­ku­jąco, ale mło­dzież wciąż mil­czała. Wresz­cie Erin zebrała resztki swo­jej daw­nej pew­no­ści sie­bie i odchrząk­nęła.

– Pan… Pan wie, kim jeste­śmy?

– Yyy, kole­żanka chciała powie­dzieć, że nie mamy poję­cia, o czym pan mówi, i w ogóle to nam się nie­stety bar­dzo spie­szy w tym aku­rat teraz trwa­ją­cym momen­cie. – Keith jęk­nął w myślach, po czym oznaj­mił z uśmie­chem, który miał być uprzejmy, ale wyszedł bar­dziej sza­leń­czy.

Męż­czy­zna zaśmiał się cicho.

– Nie wiem, kim jeste­ście – powie­dział. – Wiem za to, że spę­dzi­li­ście ostatni tydzień w mojej szo­pie. Zakła­dam więc, że przed kimś się cho­wa­cie. – Zakasz­lał cicho, po czym podra­pał się po gło­wie. – No, nie mamy aż tak dużo czasu – zde­cy­do­wał. – Wska­kuj­cie. Pod­wiozę was na przy­sta­nek.

Napię­cie ustą­piło cał­ko­wi­tej dez­orien­ta­cji. Przy­ja­ciele zaczęli wymie­niać ner­wowe spoj­rze­nia, nie wie­dząc, jak wła­ści­wie się zacho­wać.

– Czyli pan cały ten czas… wie­dział? – zapy­tała Erin, zszo­ko­wana.

– Dziecko, może i byli­ście w miarę cicho, ale naprawdę myśla­łaś, że nie zauważę dodat­ko­wych sied­miu osób we wła­snym domu?

Znów się zaśmiał, a potem po raz kolejny zakasz­lał.

– Skąd mamy wie­dzieć, że to nie pułapka? – zapy­tał Diego ostro. – Dzię­ku­jemy za tro­skę, pora­dzimy sobie sami. Pro­szę nam tylko dać odejść.

Keith jęk­nął po raz drugi, tym razem nie w myślach, lecz na głos.

– Nie no, stary, poroz­ma­wiajmy o tym… – Patrzył na Diego, potem zer­k­nął znów ner­wowo na obcego męż­czy­znę. – Ja „stary” to mówię do kolegi, nie do pana – wyja­śnił pospiesz­nie. Humor był jego spo­so­bem na walkę z paniką.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się lekko na komen­tarz wil­ko­łaka, potem chwilę mie­rzył wzro­kiem Diego, następ­nie przyj­rzał się całej resz­cie. Wresz­cie zer­k­nął na zega­rek i wes­tchnął ciężko.

– Nie znam was, dzieci, ale nic złego mi nie zro­bi­li­ście. Mam już swoje lata. Gdy­bym miał się dołą­czać do każ­dego idio­tycz­nego ruchu, jaki w tym kraju pro­mują, dawno leżał­bym w ziemi. Albo gorzej. Mój dobry zna­jomy jest kie­rowcą busa, który kur­suje przez pobli­skie wsie. Stara szkoła, nie bawimy się tu w żadne sys­temy kom­pu­te­rowe, więc nie ma po co spraw­dzać waszych toż­sa­mo­ści przy zaku­pie biletu. Rozu­miemy się? No to już, wsia­daj­cie. – Ski­nął głową w stronę otwar­tej plat­formy baga­żo­wej z tyłu pojazdu.

Przy­ja­ciele zaczęli wdra­py­wać się na pakę.

Słońce pie­kło nie­mi­ło­sier­nie, ale Erin czuła też dziwne cie­pło, które zda­wało się pro­mie­nio­wać nie z zewnątrz, ale z jej środka. Po chwili zdała sobie sprawę, że to nadzieja.

* * *

Bus jechał tak długo, aż na sie­dze­niach zostali już tylko oni, i wtedy raz jesz­cze ogar­nęła ich panika, że wpa­dli w pułapkę. Kie­rowca zatrzy­mał się jed­nak na pobo­czu, kiedy jechali przez las, i otwo­rzył drzwi bez słowa. Weszli mię­dzy drzewa z ulgą, bo zapach lasu w któ­rymś momen­cie stał się dla nich zapa­chem domu. Szli dobre dwie godziny bez prze­rwy, na wypa­dek gdyby ktoś jed­nak ich szu­kał, cho­ciaż prze­dzie­ra­nie się mię­dzy drze­wami bez kon­kret­nej ścieżki w czerw­co­wym upale kosz­to­wało sporo ener­gii. Dopiero gdy natra­fili na zalaną słoń­cem polanę, zapa­dła decy­zja o postoju.

Mimo palą­cego pra­gnie­nia każdy brał oszczędne łyki wody z pla­sti­ko­wych bute­lek napeł­nio­nych w domu starca. Nie mieli gwa­ran­cji, że szybko znajdą nowe źró­dło wody, a nie dało jej się ot tak przy­wo­łać magią. Poza tym Alex zabra­kłoby na to ener­gii. Przy­naj­mniej trawa była miękka i soczy­ście zie­lona, a po wędrówce w cie­niu drzew słońce na twa­rzy było przy­jem­no­ścią, nie zaś kolej­nym pro­ble­mem. Roz­ło­żyli się na ziemi, jakby zro­bili sobie pik­nik, a nie stra­cili wła­śnie kry­jówkę.

Lizzy lubiła uda­wać w myślach, że wszystko wygląda ina­czej. Teraz na przy­kład leżeli na dzie­dzińcu w Mal­la­roy, korzy­sta­jąc z prze­rwy obia­do­wej. Wycią­gnęła ręce w górę i ze zmru­żo­nymi oczami patrzyła na słońce przez roz­cza­pie­rzone palce. Na moment mózg dał się oszu­kać i ostry błysk świa­tła wywo­łał złu­dze­nie, że bursz­ty­nowy iden­ty­fi­ka­tor rodza­jowy odbija pro­mie­nie. W rze­czy­wi­sto­ści już go nie miała.

Po ucieczce za mury iden­ty­fi­ka­tory zamie­niły się samo­ist­nie w obrę­cze na nad­garst­kach, jak zawsze, gdy wycho­dzili ze szkoły. Onyks dla łow­ców, masa per­łowa dla cza­ro­dzie­jów, bursz­tyn dla zmien­no­kształt­nych, złoto dla wam­pi­rów i sre­bro dla wil­ko­ła­ków. W cza­sie prze­śla­do­wań stały się one nie­bez­piecz­nym pięt­nem, ludzie zostali bowiem natych­miast wta­jem­ni­czeni w zna­cze­nie tej dzi­wacz­nej biżu­te­rii. Całe szczę­ście jakiś czas temu, gdy docie­rali do gra­nicy stanu Illi­nois, bran­so­letki zaczęły się roz­sze­rzać, aż wresz­cie zsu­nęły się im z dłoni.

Zda­niem Alex i Diego ozna­czało to, że ich grupa wyszła w końcu poza zasięg zaklę­cia, które zapew­niało iden­ty­fi­ka­to­rom funk­cjo­no­wa­nie. Każdy czar czy runa wyma­gały źró­dła ener­gii, tak jak urzą­dze­nia elek­tro­niczne potrze­bują prądu. Zazwy­czaj byli nim sami cza­ro­dzieje, gdy jed­nak w grę wcho­dził czar dale­ko­siężny, wyjąt­kowo mocny lub z długą datą przy­dat­no­ści, na przy­kład klą­twy, się­gali oni po inne spo­soby. Ener­gia magiczna tęt­niła w sen­tu­ral­nym eko­sys­te­mie, jed­nak wydo­by­cie jej i odpo­wied­nie prze­kie­ro­wa­nie wyma­gało dekad nauki.

Przy­ja­ciele podej­rze­wali, że iden­ty­fi­ka­tory zasi­lało magiczne drzewo, które odkryli w Mal­la­roy. W końcu napę­dzało ono też spe­cjalny sys­tem loka­li­zu­jący nowych sen­tu­ral­nych uczniów w momen­cie ich prze­miany. Drzewo-Kom­pu­ter, jak to nazwali, sie­dząc w jadalni i plot­ku­jąc. D-K. Pró­bo­wali wtedy odkryć, czemu nie­któ­rzy ucznio­wie wysłani za karę do KRA­TER-u prze­stali wra­cać do szkoły. Nie przy­szło im jed­nak do głowy, by winić za to ludzi. Nauczy­ciele też nie mieli poję­cia. Tym­cza­sem KRA­TER już wtedy w sekre­cie prze­cho­dził w ręce natury, po zdra­dzie nie­któ­rych sen­tu­ral­nych.

Chcieli wie­rzyć, że Lucas Cade wciąż gdzieś tam jest – uwię­ziony, ale żywy – i nie da się go zlo­ka­li­zo­wać wyłącz­nie z powodu jakichś sys­te­mów ochron­nych. Cza­sem nawet w ich wła­snych gło­wach brzmiało to jed­nak naiw­nie.

– Dzień dobry, Ame­ryko! – Spo­kojna melo­dia, która leciała jesz­cze chwilę temu ze sta­rego radia, urwała się i zamiast niej z trzesz­czą­cego nieco gło­śniczka ode­zwał się pogodny, męski głos. Wła­ści­ciel ich ostat­niego schro­nie­nia wrę­czył im to małe prze­no­śne urzą­dze­nie na odchod­nym, razem z kil­koma bank­no­tami.

– Są z wami Jane Doer…

– …i John Dunn!

– Nad­szedł czas na Roz­mowy Natu­ralno-Sen­tu­ralne! – Ton kobiety prze­peł­niony był przy­tła­cza­jącą ilo­ścią entu­zja­zmu. – Słu­cha­cie Radia May­day!

Keith, który leżał na tra­wie mię­dzy Erin a Lizzy, jęk­nął cicho.

– To paskudz­two serio ma nie­ogra­ni­czony zasięg, co? – mruk­nął sam do sie­bie.

– Cie­kawe, czemu? – rzu­ciła Erin, rów­nie znie­sma­czona, co wil­ko­łak.

Zale­d­wie kilka dni po zde­ma­sko­wa­niu sen­tury pań­stwo uru­cho­miło nowy byt infor­ma­cyjny: May­day. W teo­rii miało to pomóc odna­leźć się wszyst­kim w nowej rze­czy­wi­sto­ści. W prak­tyce była to paskudna pro­pa­ganda. Obecne na wielu kana­łach prze­kazu – od sta­rego radia, przez plat­formy pod­ca­stowe i kanał tele­wi­zyjny, po konta w mediach spo­łecz­no­ścio­wych – May­day było wszę­dzie i mówiło wszyst­kim, co powinni myśleć o sen­tu­rze. Nie było przy­pad­kiem, że tylko tę sta­cję radiową byli w sta­nie zła­pać nawet tu, w środku lasu, na odlu­dziu.

– Przed nami seg­ment, w któ­rym odpo­wia­damy na wasze fan­ta­styczne pyta­nia, ale naj­pierw kilka waż­nych ogło­szeń! Jane, złotko, masz coś do powie­dze­nia naszym słu­cha­czom?

– Ależ oczy­wi­ście, John. Bar­dzo ci dzię­kuję! Kochani! Przy­po­mi­namy, że zostało już tylko kilka dni, by wpi­sać się do reje­stru rodza­jów. For­mu­larz wypeł­nić można online lub w urzę­dzie. Następ­nie przy­dzie­lona zosta­nie wam data wizyty wery­fi­ku­ją­cej, a potem każdy cza­ro­dziej, łowca i zmien­no­kształtny będzie musiał wymie­nić wszyst­kie dowody toż­sa­mo­ści, zgod­nie z nową ustawą o jaw­no­ści rodza­jo­wej.

– Wła­śnie tak, wła­śnie tak – zgo­dził się ocho­czo John. Zarówno on, jak i Jane mieli bar­dzo przy­jemne, melo­dyjne głosy. W ich nie­koń­czą­cym się entu­zja­zmie było jed­nak coś odpy­cha­ją­cego. – Kolejna bar­dzo ważna infor­ma­cja: nie­zło­że­nie for­mu­la­rza na czas sta­nowi wykro­cze­nie. Kon­se­kwen­cje takiego zanie­cha­nia… oj, kochani, nie ma co się nad tym roz­wo­dzić, ale na pewno nie będą przy­jemne!

– Ach! Brzmi mrocz­nie!

– Więc lepiej nie zwle­kać, Jane, lepiej nie zwle­kać!

– Bo ten czas prze­cież tak szybko leci… – wes­tchnęła Jane. – Od ujaw­nie­nia sen­tury minął już mie­siąc, John. Mie­siąc! A wciąż mam wra­że­nie, jakby to było wczo­raj!

– Chwila nie­uwagi, moja droga Jane, i okaże się, że jeste­śmy sta­rzy!

Z radyjka ode­zwały się dwa teatralne, prze­sad­nie ser­deczne śmie­chy. Przy­ja­ciele skrzy­wili się, lecz nikt nie wyłą­czył urzą­dze­nia. May­day, nie­ważne jak nie­zno­śne, było dla nich źró­dłem infor­ma­cji o decy­zjach i pla­nach rządu.

– Teraz znowu tro­chę powagi! – popro­sił John Dunn. – Za pięć dni peł­nia. Przy­po­mi­namy, że prze­strze­ga­nie godziny poli­cyj­nej jest wtedy nie­zwy­kle istotne! Prze­by­wa­nie poza domem zabro­nione jest nawet w celach służ­bo­wych.

– Dodat­kowo – pod­jęła Jane – wszyst­kie sklepy i lokale usłu­gowe zamkną się wcze­śniej niż zwy­kle. Pamię­taj­cie, by nie zosta­wiać zaku­pów na ostat­nią chwilę!

– Przy­po­mi­namy też o apelu, by w cza­sie pełni ze szcze­gólną sumien­no­ścią zgła­szać wszel­kie nie­po­ko­jące zda­rze­nia, a nawet dziwne dźwięki. – John Dunn brzmiał wyjąt­kowo poważ­nie. – Korzy­stać należy z połą­czeń alar­mo­wych lub dzwo­nić na linię infor­ma­cyjną! Numer wła­ściwy dla swo­jego stanu znaj­dzie­cie na stro­nie rzą­do­wej i na naszej plat­for­mie May­day Info.

– Nie wahaj­cie się korzy­stać z zaofe­ro­wa­nego wspar­cia! – wtrą­ciła Jane. – Wszel­kie zgło­sze­nia na temat wil­ko­ła­ków i wam­pi­rów trak­tuje się bar­dzo poważ­nie. Poli­cja i woj­sko zapew­nią wam ochronę!

Erin prych­nęła gło­śno i wywró­ciła oczami. Wszystko, co padało z ust Jane Doer i Johna Dunna, wyda­wało jej się tak jaw­nym idio­ty­zmem, że nie chciało jej się wie­rzyć, że ktoś mógł te bzdury kupo­wać. Nie­stety, działo się to na sze­roką skalę. W końcu dla ludzi jesz­cze nie­dawno idio­ty­zmem było wie­rze­nie w ist­nie­nie wam­pi­rów czy wil­ko­ła­ków.

– Coś wymy­ślimy – ode­zwała się przede wszyst­kim do Keitha, pró­bu­jąc wykrze­sać z sie­bie opty­mi­styczny ton. Wie­działa dobrze, że wil­ko­łaka ogar­nia para­li­żu­jący strach na samą myśl o kolej­nej pełni. – Mamy jesz­cze pięć dni.

– Tylko pięć dni – popra­wił ją Keith dziw­nie pustym gło­sem i nie dodał nic wię­cej.

Krótki moment bez­tro­ski na pola­nie dobiegł końca. Na­dal leżeli w słońcu, ale wszystko zda­wało się już ciem­niej­sze.

– Ktoś ma w ogóle pomysł, gdzie się powin­ni­śmy kie­ro­wać? – zapy­tała wresz­cie Tatiana, jak zawsze prag­ma­tyczna. Sie­działa po turecku obok przy­ja­ciół, raz po raz pod­no­sząc wzrok na Alex, tak na wszelki wypa­dek. Cza­ro­dziejka prze­cha­dzała się mię­dzy drze­wami, z zachwy­co­nym wyra­zem twa­rzy przy­glą­da­jąc się to korze, to kawał­kom mchu.

– Z powro­tem w stronę Illi­nois – odparł Diego bez waha­nia.

Sły­sząc nazwę stanu, w któ­rym znaj­do­wało się Mal­la­roy i więk­szość ich rodzin, Erin zmarsz­czyła brwi.

– Myślisz o tym, żeby…

– Nie – prze­rwał jej łowca, dosko­nale wie­dząc, o co chce zapy­tać.

Przez pierw­sze dni po upadku Mal­la­roy wszy­scy mieli z tyłu głowy myśl, że może powinni kie­ro­wać się do swo­ich rodzin i to tam się ukryć. Dom brzmiał jak bez­pieczne miej­sce, a do tego oszczę­dzi­liby rodzi­com stra­chu i zmar­twie­nia, które z pew­no­ścią pochła­niały ich teraz – w cza­sie, gdy ich dzieci od tygo­dni nie dawały znaku życia. Fan­ta­zje te ni­gdy nie zmie­niły się w choćby zalą­żek planu. Rząd znał ich adresy. A także z pew­no­ścią ich rodzaje, dzięki listom uczniów z sen­tu­ral­nych szkół. Co prawda ludzie ści­gali tylko wam­piry i wil­ko­łaki, prze­ko­nani, że zdo­mi­nują one cały rodzaj ludzki, jeśli nie zatrzyma się ich w porę. Co przy­ja­ciele mieli jed­nak zro­bić? Porzu­cić Keitha i zacząć żyć w zgo­dzie z nowym porząd­kiem? Tego nikt by nie prze­łknął. Nie mieli jesz­cze pomy­słu, co dalej – jak zare­ago­wać, jak zatrzy­mać ten obłęd i zawal­czyć o spra­wie­dli­wość. Wie­dzieli jed­nak przy­naj­mniej, czego nie wspie­rać.

Sprawę kom­pli­ko­wała ich ucieczka z Mal­la­roy. W nocy szó­stego maja, gnani prze­ra­że­niem, despe­racko toru­jąc sobie drogę, zaata­ko­wali wraz z innymi uczniami żoł­nie­rzy. Mieli teraz ich krew na rękach i życie na sumie­niu. Może ktoś wyba­dał już sprawę i ści­gano ich za te prze­stęp­stwa? Albo może Mar­tin Gal­la­gher po pro­stu pora­dził ludziom, że warto ich szu­kać, gdy Diego nie wypeł­nił roz­kazu i nie przy­pro­wa­dził mu Erin. Nie mogli ryzy­ko­wać. Musieli trzy­mać się z dala od rodzin. Nie było powrotu.

W kie­sze­niach mieli demony nie tak odle­głej prze­szło­ści i resztki nadziei upchnięte do ple­ca­ków. Leżeli w czerw­co­wym upale, zde­ter­mi­no­wani, żeby ura­to­wać sie­bie nawza­jem za wszelką cenę i może, tylko może, w przy­szło­ści pomóc oca­lić także mały kawa­łek świata.

3. Niebiańskie miasto

3.

Nie­biań­skie mia­sto

W sta­nie Mis­so­uri, nie­da­leko gra­nicy z Illi­nois, znaj­do­wało się nie­wiel­kie, uro­cze mia­steczko o obie­cu­ją­cej nazwie Heaven. Zale­d­wie kilka minut jazdy dzie­liło je od skraju lasu, w któ­rym leżała śred­nio eks­cy­tu­jąca atrak­cja tury­styczna – nie­zbyt istotny kamień runiczny okre­ślony przez eks­per­tów jako współ­cze­sny, bo nie miał wię­cej niż trzy­sta lat.

Trzy tygo­dnie temu drzewa wokół kamie­nia sta­nęły w pło­mie­niach i nikt nie pró­bo­wał ich rato­wać. Dziś Erin Lan­ford i jej przy­ja­ciele prze­mie­rzali spa­lony teren, zupeł­nie tego nie­świa­domi. Ich uwagę pochła­niał jeden pro­blem: pra­gnie­nie. Alex była zbyt zmę­czona zaklę­ciami ochron­nymi, żeby usi­ło­wać magicz­nie uzdat­nić wodę zebraną w stru­my­kach, a roz­pa­le­nie ogni­ska, by ją zago­to­wać, wią­zało się ze zbyt dużym ryzy­kiem. W despe­ra­cji może i byliby skłonni zary­zy­ko­wać wypi­cie nie­fil­tro­wa­nej wody z nie­zba­da­nej ziemi, gdyby tylko nie wędro­wali przez pogo­rze­li­sko.

Bez­li­to­sny upał dra­ma­tycz­nie pogar­szał sytu­ację i stało się jasne, że mają tylko jedno wyj­ście: znowu zmie­rzyć się z cywi­li­za­cją, by pozy­skać wodę pitną. Po licz­nych spo­rach zada­nie to przy­dzie­lone zostało Tatia­nie i Erin. Jedna potra­fiła latać, przyj­mu­jąc formę kruka lub sowy, druga miała ponury zaszczyt nale­że­nia do rodzaju, który prze­jął wła­dzę.

Tatiana spę­dziła cały dzień, szy­bu­jąc nad mia­stecz­kiem w swo­jej praw­dzi­wej, zwie­rzę­cej for­mie pusz­czyka. Nie dostrze­gła spe­cjal­nych patroli ani nawet zwy­kłych funk­cjo­na­riu­szy. Miej­sce wyglą­dało na spo­kojne, tro­chę wręcz zapo­mniane przez świat. Następ­nego ranka dopro­wa­dziły się więc do względ­nego porządku, wzięły ostat­nie pie­nią­dze i ruszyły do Heaven. Spa­lone gałę­zie trza­skały im pod nogami, gdy prze­dzie­rały się na skraj lasu. Cał­ko­wi­cie przez przy­pa­dek minęły po dro­dze zabyt­kowy kamień runiczny, dziś pęk­nięty i osma­lony.

Erin zatrzy­mała się na chwilę, by odczy­tać tabliczkę infor­ma­cyjną, albo raczej to, co z niej zostało. Widok był przy­gnę­bia­jący. Nie wyja­śniało to jed­nak dziw­nego uci­sku w jej żołądku – ogar­nęło ją nagle bli­żej nie­okre­ślone, ale za to bar­dzo wyraźne złe prze­czu­cie. Odwró­ciła się gwał­tow­nie przez ramię, pewna, że sta­nie oko w oko z jakimś potwo­rem, lecz mię­dzy czar­nymi pniami spa­lo­nych drzew nie dostrze­gła niczego poza wolno odda­la­jącą się syl­wetką Tatiany.

Ruszyła w ślad za przy­ja­ciółką, wypie­ra­jąc z upo­rem strasz­liwą myśl, że być może za jakiś czas nawet samej sobie nie będzie mogła ufać.

* * *

Dziew­czyna sto­jąca za kasą spek­ta­ku­lar­nie kon­tra­sto­wała z resztą skle­piku. Lokal znaj­do­wał się w pro­sto­kąt­nym budynku z cegla­nym fron­tem i dużymi, zaku­rzo­nymi szy­bami, które czę­ściowo obkle­jała wypło­wiała już mocno reklama Coca-Coli. W środku rzędy nad­gry­zio­nych przez czas rega­łów wypeł­niał gąszcz jaskra­wych opa­ko­wań naj­róż­niej­szych pro­duk­tów, upchnię­tych tak cia­sno, że nawet sta­ran­nie uło­żone dawały efekt nie­ładu. Lodówki z napo­jami świe­ciły nazwami mało dziś popu­lar­nych marek, z pó­łek za ladą odcho­dziła farba. Tym­cza­sem pośrodku tego wszyst­kiego stała młoda kasjerka, jak gdyby wycią­gnięta z naj­now­szych postów modo­wych na Insta­gra­mie. Gdy dzwo­nek umiesz­czony nad drzwiami wej­ścio­wymi zadźwię­czał, pod­nio­sła spoj­rze­nie znad komórki i zmie­rzyła klien­tów wzro­kiem.

– Cześć! – rzu­ciła gło­śno, bar­dzo nie­for­mal­nie. Może dla­tego, że na oko były w tym samym wieku.

Pierw­szą myślą Erin było, że pra­cow­nica jest jakaś podej­rzana, nie potra­fiła jed­nak w żaden spo­sób uza­sad­nić tego odczu­cia. Dziew­czyna miała jasne loki i urodę por­ce­la­no­wej laleczki. Gdzie niby leżał pro­blem? Była zbyt uśmiech­nięta? Zbyt uprzejma? Podej­rza­nie non­sza­lancko stała przy kasie? Same bzdury.

Gnę­biąca reflek­sja z lasu powró­ciła do Erin niczym echo: może to nie z blon­dynką jest coś nie tak, ale z nią samą. Minęły tygo­dnie, odkąd opu­ścili Mal­la­roy, i cią­gła ucieczka oraz strach odci­snęły na nich swoje piętno. Stali się nie­ufni, skryci, podejrz­liwi i pło­chliwi. Zaczy­nali przy­po­mi­nać zwie­rzynę.

Nawet teraz, wcho­dząc w głąb pustego skle­piku, Erin musiała wal­czyć z odru­chem, by roz­glą­dać się czuj­nie i poru­szać na lekko ugię­tych kola­nach, w goto­wo­ści do ucieczki. Gra­nica mię­dzy ostroż­no­ścią a para­noją się zacie­rała. Naj­bar­dziej nie­bez­pieczna wyda­wała się teraz komórka w dłoni kasjerki. Rodzaj Tatiany nie był zaka­zany, ale kto wie, co jesz­cze łowcy potra­fią wyczy­tać ze śladu sen­tu­ral­nego nie­sio­nego sygna­łem z tele­fonu.

Moment póź­niej przy­ja­ciółki kła­dły butelki wody mine­ral­nej przy sta­rej kasie.

– Nie jeste­ście stąd. – Młoda pra­cow­nica raczej oznaj­miła, niż zapy­tała. Żuła gło­śno gumę, oparta leni­wie o ladę i mie­rzyła je cie­kaw­skim, bez­wstyd­nym spoj­rze­niem.

Tatiana ski­nęła głową.

– Jeź­dzimy auto­sto­pem – wyja­śniła krótko. Głos drżał jej odro­binę, choć ledwo zauwa­żal­nie.

– Cały ten cyrk z sen­turą zepsuł nam waka­cyjne plany, ale w końcu znie­śli zakaz prze­miesz­cza­nia się, więc… – Erin wzru­szyła ramio­nami, bła­ga­jąc w myślach Kosmos, by wypa­dło to non­sza­lancko.

– Weź mi nawet nie mów o tym zaka­zie! – rzu­ciła blon­dynka poufale, nie kry­jąc fru­stra­cji. – Szczę­ście, że znie­śli aku­rat z koń­cem szkoły. – Mówiła wprost i wyglą­dała na cał­ko­wi­cie roz­luź­nioną, ale jed­no­cze­śnie jej wzrok nie prze­sta­wał wędro­wać od Erin do Tatiany i z powro­tem. W jej spoj­rze­niu cza­iła się czuj­ność, wyraź­nie kon­tra­stu­jąca z bez­tro­ską tonu i mowy ciała. – Pokaż­cie mi swoje dło­nie – popro­siła nagle. Wciąż nie zaczęła kaso­wać ich bute­lek wody.

Przy­ja­ciółki wymie­niły krót­kie spoj­rze­nia, po czym nie­pew­nie wycią­gnęły przed sie­bie lewe ręce. Palce kasjerki zaci­snęły się – wolno i bez żad­nego wyja­śnie­nia – na nad­garstku Erin, zmie­nia­jąc nie­pew­ność w strach, jed­nak ani Erin, ani Tatiana nie ruszyły się z miej­sca. Uda­wa­nie nie­wzru­szo­nych i brnię­cie dalej w dzi­waczną sytu­ację wyda­wało się opcją bez­piecz­niej­szą niż nagła ucieczka. Złu­dze­nie to nie trwało jed­nak długo.

Strzy­kawka w ręku dziew­czyny za ladą poja­wiła się zni­kąd. Jeden bły­ska­wiczny ruch i Erin poczuła ostry ból na wewnętrz­nej czę­ści dłoni, tam gdzie wyjąt­kowo gruba igła prze­biła skórę. Szarp­nęła się ze zdu­szo­nym okrzy­kiem, pró­bu­jąc uwol­nić rękę z uści­sku, ale na marne. Nie­win­nie wyglą­da­jąca blon­dynka oka­zała się zaska­ku­jąco silna.

Po pra­wej stro­nie Tatiana zamarła, pró­bu­jąc osza­co­wać, czy powinna od razu zmie­nić się w zwie­rzę i lecieć po pomoc. Kolejny atak o dziwo jed­nak nie nad­szedł.

Dopiero po pierw­szej fali paniki i sza­mo­ta­nia się Erin dostrze­gła, że strzy­kawka nie jest niczym napeł­niona. Napast­niczka wbiła ją w ciało niczym broń i zaraz wycią­gnęła, po czym odło­żyła spo­koj­nie na ladę. Następ­nie nachy­liła się nad kro­plą krwi, która zebrała się na wierz­chu małej rany.

– Co, do cho­lery?! – syk­nęła Erin, odzy­skaw­szy głos. Była rów­nie wście­kła, co prze­ra­żona, prze­no­sząc wzrok z twa­rzy obcej dziew­czyny na wła­sną dłoń i z powro­tem.

Więc to nie ona tra­ciła zmy­sły. To świat osza­lał.

– U wam­pira już by się zago­iło – oznaj­miła kasjerka spo­koj­nie, powra­ca­jąc do gło­śnego żucia gumy. Puściła wresz­cie nad­gar­stek, nie­prze­jęta tym, że Erin prak­tycz­nie odsko­czyła do tyłu. – Teraz ty – pole­ciła, kiwa­jąc zachę­ca­jąco na Tatianę. – Luz, mam nową igłę – dodała.

Rze­czy­wi­ście, wycią­gnęła spod lady kolejną jed­no­ra­zową strzy­kawkę.

– Powa­liło cię!? – wypa­liła Erin, nim Tatiana zdą­żyła coś odpo­wie­dzieć.

– Ja tu tylko pra­cuję, co nie? To szef wpro­wa­dził tę pro­ce­durę – wyja­śniła nie­win­nie kasjerka. – U wam­pi­rów takie małe nakłu­cie zago­iłoby się tak szybko, że nawet nie pole­cia­łaby krew. Wil­ko­łaki trud­niej ziden­ty­fi­ko­wać. Nie widzę żad­nej bli­zny, ale zaraz mi poka­że­cie ramiona i nogi. Na początku był plan, żeby uży­wać sre­bra, ale w May­day powie­dzieli, że to wcale nie jest tak, że ich skóra zacznie piec i syczeć w kon­tak­cie z tym meta­lem, nie? – W jej oczach bły­snęło zain­te­re­so­wa­nie. – Podobno jest tak, że tylko od ran zada­nych sre­brem umie­rają. Jak im prze­bi­jesz serce czymś innym, to ono się będzie mie­sią­cami zra­stać, ale się zro­śnie. Tak cał­ko­wi­cie. I typ albo typiarka to prze­żyją. Powa­lone, nie? – Wyszcze­rzyła się, a potem prze­nio­sła uwagę na Tatianę. – No dajesz, chodź. W skle­pie są kamery, jak cię nie spraw­dzę, to się mnie potem będą cze­piać. Nie moja wina, że nie jeste­ście stąd.

Erin i Tatiana znów wymie­niły spoj­rze­nia. Tym razem obie wal­czyły, by na ich twa­rzach nie poja­wiła się jawna odraza. Zmien­no­kształtna prze­łknęła ślinę i ponow­nie podała nie­zna­jo­mej dłoń. Gdy nowa igła prze­biła jej skórę, skrzy­wiła się mocno, ale nie wydała z sie­bie żad­nego odgłosu.

– Na początku był pomysł, że każdy będzie musiał na wej­ściu wypić miks wycią­gów z tych roślin, co blo­kują sen­tu­ralne zdol­no­ści – cią­gnęła kasjerka. Nie było w jej gło­sie ani stra­chu, ani współ­czu­cia. – Te, co teraz wpro­wa­dzili na rynek, sły­sza­ły­ście na pewno. Ale w May­day podali, że one są tru­jące dla ludzi, co nie? No więc pomysł odpadł. Ja wiem, że te igły to tro­chę prze­sada, ale co zro­bisz, jak żyjemy w takich powa­lo­nych cza­sach? – Spoj­rzała znów na dziew­czyny. Tym razem w jej wzroku było jakieś ocze­ki­wa­nie.

– Prawda – zgo­dziła się Erin cierpko. – Powa­lone czasy.

Potem przy­ja­ciółki z zaci­śnię­tymi ustami musiały pre­zen­to­wać ręce i nogi, a nawet pod­wi­jać bluzki i odsła­niać brzu­chy oraz ramiona, by udo­wod­nić, że nie mają na sobie wil­ko­ła­czej bli­zny. Dopiero wtedy dziew­czyna za ladą zaczęła kaso­wać butelki, które chciały kupić.

– Jesz­cze mie­li­śmy wizję, żeby wszyst­kim mie­rzyć tem­pe­ra­turę, skoro wam­piry są, em… w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej, nie? Tylko że te dra­nie umieją ruszać mię­śniem ser­co­wym na zawo­ła­nie i wtedy się robią niby nor­malne. Potem był plan, żeby kazać wszyst­kim coś zjeść na wej­ściu – wyja­wiła, wyraź­nie trak­tu­jąc całą sytu­ację jako fajną cie­ka­wostkę. – No bo wie­cie, wam­piry podobno rzy­gają wszyst­kim poza krwią. Ale w May­day ostrze­gali, że to nie musi się dziać od razu. Mogliby coś zjeść, zro­bić zakupy, a potem dopiero w ukry­ciu zwy­mio­to­wać…

– Po co wam­pi­rom zakupy spo­żyw­cze? – prze­rwała jej Tatiana. Pró­bo­wała utrzy­mać neu­tralny ton, ale w jej gło­sie sły­chać było tro­chę iry­ta­cji.

Kasjerka wyre­cy­to­wała im cenę.

– A bo ja wiem – pod­jęła, przyj­mu­jąc zapłatę. – Może naj­pierw kar­mią swoje ofiary… – Wyszcze­rzyła się, jakby powie­działa wła­śnie jakiś świetny dow­cip. Zda­wała się jed­no­cze­śnie wie­rzyć w pro­pa­gandę May­day i być nią roz­ba­wiona.

Erin nie mogła się docze­kać, aż wyjdą. Już, już miały się zbie­rać, ale kasjerka je zatrzy­mała.

– Ale wy nie jeste­ście ludźmi, co nie? – zapy­tała wprost, opie­ra­jąc się znów non­sza­lancko o ladę. Jej spoj­rze­nie raz jesz­cze stało się dziw­nie prze­ni­kliwe, kon­tra­stu­jąc z obo­jęt­nym żuciem gumy. – Ty mi wyglą­dasz na łowcę, ale nie widzę ni­gdzie runy prze­miany. Masz ją w jakimś dziw­nym miej­scu czy coś? – Unio­sła brwi pyta­jąco, mie­rząc Tatianę bez­wstyd­nym wzro­kiem.

Tatiana miała ciemne oczy od uro­dze­nia i nie miało to nic wspól­nego z ciem­nie­niem tęczó­wek, które zacho­dziło czę­sto u osób po prze­mia­nie w łowcę.

– Ja jestem czło­wie­kiem – oznaj­miła Erin z mdlą­cym prze­czu­ciem, że to jest naj­lep­sza odpo­wiedź i ma szansę zała­go­dzić nieco napiętą atmos­ferę. Jesz­cze nie­dawno wizja, że w szkole dla sen­tu­ral­nych ktoś odkryje jej czło­wie­czeń­stwo, spę­dzała jej sen z powiek. Dziś dekla­ra­cja wła­snego rodzaju przy­no­siła jed­no­cze­śnie bez­pie­czeń­stwo i wstyd.

– Cool. – Wciąż trudno było odczy­tać, co blon­dynka tak naprawdę myśli. Wró­ciła wzro­kiem do Tatiany i nachy­liła się do przodu. – A ty… Ach. – Uśmiech­nęła się słodko. – Teraz widzę. Źre­nice ci jesz­cze nie wró­ciły cał­ko­wi­cie do normy. Zmien­no­kształtna, co? – Poki­wała głową ze zro­zu­mie­niem. Potem jej wzrok uciekł w stronę sufitu, gdzie zamon­to­wana była kamera, ale tylko na moment. – Kurde, czyli cho­dzisz do jed­nej z tych sen­tu­ral­nych szkół, która wypu­ściła uczniów na waka­cje! Bo podobno wiele sta­nów kazało im zostać, nie? Pamię­tam, jak w May­day o tym mówili. Zabrali wam­piry i wil­ko­łaki. Resztę trzy­mają w środku do czasu, aż się ogarną z całym tym reje­stro­wa­niem rodza­jów i wymy­ślą jakiś bez­pieczny pro­gram asy­mi­la­cji… Niby to jest nad­zór, bla, bla, bla, ale szcze­rze, brzmi to total­nie spoko! – Zaśmiała się. – Jedna wielka waka­cyjna impreza. Bez rodzi­ców i w ogóle… Bo te szkoły to są wypa­sione w środku, co nie? Sza­lone. – Uśmiech­nęła się krzywo. – A z tym auto­sto­pem to wy tak na serio?

Tatiana ski­nęła głową, zbyt przy­tło­czona, by coś powie­dzieć. Jesz­cze nie­dawno ludzie nie mieli poję­cia o ich ist­nie­niu, dziś przy­pad­kowa nasto­latka wie­działa o pra­wie wszyst­kim.

W oczach kasjerki poja­wił się podej­rzany błysk.

– Nie­źle. Nie wiem, gdzie będzie­cie noco­wać, ale jak się nie boicie przy­gody, to mogę wam coś pole­cić – oznaj­miła kon­spi­ra­cyj­nym tonem. – Jeden z domów w mie­ście ma fio­le­towe ściany, minę­ły­ście go pew­nie, nie? Miesz­kańcy się wynie­śli, jak ogło­szono ist­nie­nie sen­tury. Poje­chali, by być bli­żej rodziny czy coś. No więc dom stoi pusty, a tylne drzwi są otwarte, bo to bez­pieczne mia­steczko. – Puściła do nich oko. – Więc wie­cie. Ja niczego nie suge­ruję, ale tak tylko mówię. Jak­by­ście miały pro­blem z kasą na hostel czy coś… – Popa­trzyła zna­cząco na ich siatki, w któ­rych nie było nic poza wodą.

Erin spró­bo­wała wykrze­sać z sie­bie uśmiech.

– Dzięki, ale raczej nie zamie­rzamy tu noco­wać. Idziemy zaraz na główną drogę zła­pać trans­port – skła­mała, licząc, że po takim zapew­nie­niu dziew­czyna prze­sta­nie się nimi przej­mo­wać i szybko zapo­mni o całej inte­rak­cji.

Gdy wycho­dziły ze sklepu, wciąż czuły ukłu­cia na swo­ich dło­niach. Małe ranki pul­so­wały fan­to­mo­wym bólem – fizycz­nie nie­istotne, men­tal­nie stały się dotkli­wym dowo­dem na to, że koń­czą im się moż­li­wo­ści.

* * *

– To naj­więk­sza bzdura, jaką sły­sza­łem – oznaj­mił z gorz­kim roz­ba­wie­niem Anthony, który raczył ich zaszczy­cić swoją ludzką formą. Wciąż jed­nak cho­wał się przed świa­tem za ciem­nymi oku­la­rami.

– Może jest po pro­stu dobrą osobą żyjącą w gościn­nym mie­ście… – Lizzy jak zwy­kle gotowa była zakła­dać u innych naj­lep­sze inten­cje, ale nawet ona nie wyglą­dała na do końca prze­ko­naną.

Tatiana i Erin opo­wie­działy przy­ja­cio­łom o wyda­rze­niach ze sklepu i teraz wspól­nie roz­wa­żali, czy ryzy­ko­wać noc­leg w domu z fio­le­to­wymi ścia­nami.

– Brzmi jak pułapka… – Keith był nie tylko zmę­czony, ale też wyraź­nie zestre­so­wany. Następ­nego dnia cze­kała ich peł­nia, na którą wciąż nie mieli dobrego planu.

Wyda­wał się Erin teraz wyż­szy niż wtedy, gdy go poznała. Z powodu bez­li­to­snych upa­łów pod­wi­jał krótki rękaw koszulki aż do ramion, odsła­nia­jąc mię­śnie, które ostat­nio zaczęły wyraź­niej ryso­wać się pod ciemną skórą. Na­dal potra­fił wymy­ślać naj­głup­sze żarty na świe­cie, ale spoj­rze­nie miał doj­rzal­sze. Zresztą nie tylko on. Wszy­scy niby byli wciąż tylko nasto­lat­kami, ale oko­licz­no­ści spra­wiły, że musieli nagle doro­snąć.

– Bo to pew­nie jest pułapka – oznaj­miła ponuro Tatiana.

Erin maso­wała kciu­kiem miej­sce po wbi­tej igle, wbrew mro­wią­cemu bólowi, który poja­wiał się przy każ­dym naci­sku.

– Dach nad głową to w naszej sytu­acji oka­zja jedna na milion…

– Widzia­łaś, jak na nas patrzyła – przy­po­mniała ostro Tatiana. Cią­gle była roz­trzę­siona tamtą inte­rak­cją.

– Ale myśli, że już nas tu nie ma! – skon­tro­wała Erin. Gdy mówiła, szczy­pały ją pęk­nię­cia w wysu­szo­nych war­gach. – Powie­dzia­ły­śmy, że spa­damy!

– Taaaak – wtrą­cił drwiąco Anthony. – Brudne nasto­latki podró­żu­jące z ple­ca­kami bez celu po kraju mie­siąc po ogło­sze­niu polo­wa­nia na dwie piąte sen­tu­ral­nych rodza­jów nie są ani tro­chę podej­rzane.

– Okej, dzięki za opi­nię, już możesz się zamknąć!

– Erin. – Diego nie powie­dział nic wię­cej, ale ostrze­że­nie było jasne.

Dziew­czyna wywró­ciła oczami, zatrzy­mała jed­nak resztę uszczy­pli­wych komen­ta­rzy dla sie­bie i sku­piła się na głów­nym pro­ble­mie.

– Jeśli zakrad­niemy się tam po cichu, w nocy, to niby jak mia­łaby się dowie­dzieć?! – Nie była pewna, co dokład­nie ją teraz iry­to­wało. Może głód.

Tatiana pokrę­ciła głową, na­dal nie­prze­ko­nana.

– Naprawdę chcesz tak ryzy­ko­wać?

– A nie ryzy­ku­jemy wię­cej, spę­dza­jąc peł­nię w lesie?! – Erin czuła się coraz bar­dziej zde­spe­ro­wana. – Niby jak mamy pora­dzić sobie w tej prze­strzeni z wil­kiem Keitha teraz, kiedy Diego zabra­nia nam anga­żo­wać Alex do pomocy?

– Pra­cuję nad tym – wtrą­cił cierpko Keith.

– Gówno prawda – zaprze­czyła Erin. – To tor­tura, a nie roz­wią­za­nie!

Na twa­rzy Keitha poja­wił się gry­mas, ale uwagę i tak przy­cią­gały przede wszyst­kim jego prze­krwione ze zmę­cze­nia oczy i sińce pod nimi. Chło­pak wpadł na pomysł, żeby prze­stać spać i nad­wy­rę­żyć orga­nizm na tyle, by jego wilk padł ze zmę­cze­nia po prze­mia­nie pod­czas pełni księ­życa. Dziś wyglą­dał już jak trup. Zno­sił jed­nak te męczar­nie bez narze­ka­nia, zde­ter­mi­no­wany.

– Nie mamy wielu opcji… – zauwa­żyła Lizzy, ale ton miała jed­no­cze­śnie prze­pra­sza­jący i pełen współ­czu­cia. Patrze­nie na Keitha w tym sta­nie łamało jej serce.

– Alex jest zbyt wykoń­czona zaklę­ciami ochron­nymi, by znowu go wes­przeć – zgo­dził się z małą zmien­no­kształtną Diego. – Ja mogę napi­sać runy wyci­sza­jące wycie, ale będą dzia­łać tylko, jeśli zamkniemy go w jakimś pomiesz­cze­niu. Wygłu­sze­nie otwar­tej prze­strzeni wymaga wię­cej magii, niż łowcy mają we krwi. Jeśli uda­łoby nam się dostać do tam­tego domu…

– Nie było cię tam! – prze­rwała mu Tatiana, wra­ca­jąc myślami do sklepu. – Nie jeste­śmy w sta­nie już nawet pie­przo­nej wody kupić bez jakichś dzi­wacz­nych wery­fi­ka­cji! Dociera to do cie­bie?! To jest… – Głos jej zadrżał, ręce zaczęły się trząść. – Chcesz zmniej­szyć dystans mię­dzy nami a ludźmi?! Macie zamiar wyjść dobro­wol­nie tam, mię­dzy inne budynki, ryzy­ku­jąc, że ktoś wyj­rzy przez okno albo… – znów urwała, wcią­gnęła gło­śno powie­trze przez nos i nie powie­działa nic wię­cej. Zamiast tego zaci­snęła usta i odwró­ciła głowę, pró­bu­jąc opa­no­wać emo­cje.

– Tatiano… – Diego stał ide­al­nie pro­sto, trzy­ma­jąc ręce za ple­cami, w peł­nej goto­wo­ści, by przy­jąć roz­kazy, które nie padły. W jego oczach poja­wiło się zare­zer­wo­wane wyłącz­nie dla niej cie­pło, jed­nak kie­dyś pełne kom­fortu mil­cze­nie cecho­wała teraz mie­szanka trud­nych emo­cji.

Zmien­no­kształtna zigno­ro­wała dziwne mro­wie­nie w żołądku, jakie czę­sto poja­wiało się u niej pod wpły­wem prze­ni­kli­wego wzroku łowcy.

– Daj mi spo­kój – rzu­ciła niby groź­nie, lecz jakoś bez prze­ko­na­nia.

Diego pro­sił ją o wyba­cze­nie śred­nio raz na dwa dni, zawsze z tą samą cier­pli­wo­ścią, a ona upo­rczy­wie odma­wiała. Byli już po poważ­nych roz­mo­wach, jego dłu­gich wyja­śnie­niach i wiel­kich prze­pro­si­nach. Ura­to­wać ich mógł tylko czas, bo prze­cież wszyst­kie rany muszą się kie­dyś zagoić. Prawda? Diego nie naci­skał, ale też nie dystan­so­wał się prze­sad­nie. Cze­kał. Doro­bili się wła­snej, pokrę­co­nej rutyny: „Wyba­czysz mi?”. „Jesz­cze nie”. Cza­sem Tatiana miała wra­że­nie, że jest już pra­wie gotowa, bo rozu­miała jego powody. W inne dni wyda­wało jej się, że stra­ciła do niego zaufa­nie bez­pow­rot­nie. Miała ponure przy­pusz­cze­nie, że wszystko byłoby znacz­nie łatwiej­sze, gdyby nie była w nim wciąż zako­chana.

Teraz, gdy dło­nie Tatiany na­dal drżały przez okropne doświad­cze­nie w skle­pie, Lizzy musiała zdu­sić w sobie odruch obję­cia przy­ja­ciółki. Wie­działa, że ta w takich chwi­lach potrze­buje prze­strzeni, nie­fi­zycz­nej bli­sko­ści.

Diego musiał zdu­sić w sobie znacz­nie wię­cej.

– Nie możemy… nie wiem, okraść apteki i nafa­sze­ro­wać cię tablet­kami nasen­nymi, żeby wilk prze­spał peł­nię? – zapro­po­no­wała Erin, prze­ła­mu­jąc napiętą atmos­ferę.

– Natu­ralna che­mia nie zadziała na sen­tu­ral­nego wilka – odparł wolno Keith. Brzmiał na tak samo zmę­czo­nego, jak wyglą­dał. – Uczyli nas tego na Wie­dzy o Wil­ko­ła­kach w Mal­la­roy.

– Mnie ewi­dent­nie nie nauczyli – mruk­nęła Erin gorzko. Pamię­tała za to refe­rat o słoń­cówce drob­no­list­nej, który musiała pisać za karę z Mich… nie­ważne. Słoń­cówka była jedną z roślin blo­ku­ją­cych sen­turę, o któ­rych wspo­mniała dziś kasjerka. Osła­biała wil­ko­łaki, a spo­żyta w ogrom­nych ilo­ściach mogła podobno nawet unie­moż­li­wić prze­mianę w trak­cie pełni. Kon­se­kwen­cje zdro­wotne były jed­nak ponoć tak cięż­kie, że nie odwa­ży­liby się jej użyć w obec­nych warun­kach, nawet gdyby mieli do rośliny dostęp.

A nie mieli.

Anthony odchrząk­nął zna­cząco.

– Może i się chło­pak męczy, ale przy­naj­mniej robi coś sam, zamiast spy­chać całą brudną robotę na magię – zauwa­żył pro­wo­ka­cyj­nie. Ema­no­wał wciąż tą samą, odpy­cha­jącą obo­jęt­no­ścią.

– Co? – Alex, usa­do­wiona wygod­nie na zwa­lo­nym pniu kawa­łek dalej, pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na nich po raz pierw­szy od początku całej dys­ku­sji.

Wszy­scy jęk­nęli w duchu.

– Keith. – Erin sku­piła się na przy­ja­cielu. Na tym, w jak opła­ka­nym był sta­nie. – Niech Diego cię zamknie w jakimś pokoju. TO – zama­chała ręką, wska­zu­jąc jego zmę­czoną syl­wetkę – jest nie­ludz­kie!

Wszy­scy się wzdry­gnęli.

Erin potrze­bo­wała tylko sekundy, żeby się zre­flek­to­wać.

– Sorry! – Przy­mknęła oczy, czu­jąc cię­żar wstydu. – Sorry, głu­pie słowo. Wie­cie, co mam na myśli…

– Tu ryzy­ku­jemy peł­nię, tam zła­pa­nie – pod­su­mo­wał Diego bez­na­mięt­nym tonem. Stał teraz tro­chę bli­żej Tatiany, cho­ciaż nikt nie zauwa­żył, by zmie­niał miej­sce. – Coś trzeba wybrać.

– Możemy się też roz­dzie­lić… – zauwa­żył Keith.

– Nie! – odparły natych­miast Lizzy i Erin, pra­wie jed­no­cze­śnie. Obie z wyraźną iry­ta­cją w gło­sie.

Anthony prych­nął.

– Dla mnie spoko.

– Prze­stań – popro­siła Erin, o dziwo zwra­ca­jąc się do Keitha, nie do Anthony’ego.

– Co ja niby robię? – obru­szył się wil­ko­łak, ale deter­mi­na­cja w jego ciem­nych oczach suge­ro­wała, że wie dobrze, co dziew­czyna ma na myśli.