Duch śmierci - Agnieszka Sztajkowska - ebook
Opis

Młodą Evelin Shadow prześladują demony przeszłości. Gdy miała zaledwie trzynaście lat, matka próbowała ją zabić i rzuciła na nią klątwę, wedle której dziewczyna miała umrzeć w swoje dwudzieste trzecie urodziny.

Tego dnia rzeczywiście zostaje skazana na śmierć, lecz dostaje szansę sprzedania swej duszy Bogu Śmierci, jako jego narzeczona. Tak też się dzieje. Wkrótce Evelin uświadamia sobie, że jakkolwiek potoczą się sprawy, nie będą one miały dla niej szczęśliwego zakończenia.

Wyciągnęłam rękę w stronę klamki, ale po chwili się zawahałam. A jeśli tam też czeka na mnie coś, czego nie da się wytłumaczyć? Jestem już zmęczona.
Zacisnęłam dłoń w pięść, a niech się dzieje, co ma się dziać, chwyciłam za klamkę i otworzyłam.
Kiedy pchnęłam drzwi, wiedziałam już tylko jedno – ciemność mnie przechytrzyła i dopadła. Zamiast w klubie znalazłam się mniej więcej na wysokości dziesiątego
piętra we wznoszonym dopiero budynku. Jeden krok i oto jestem na krawędzi śmierci, pozostał mi jedynie krzyk. To zabawne, że w takich chwilach świat zdaje się toczyć w zwolnionym tempie. Można wszystko zobaczyć, o wszystkim pomyśleć. Niewątpliwie jest to szansa, by sekundę przed śmiercią człowiek pojął, jakie było jego życie.
Czuję, jak ciało samo się pcha, by po chwili znaleźć się na dole. Ostatnia próba złapania się czegoś, ostatnia, daremna próba ratunku. Znów łzy w oczach i pytanie „dlaczego ja?”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 476

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział 1POCZĄTEK

– Spójrz tylko na niego, jest przystojny! – Jennifer jak zawsze próbowała zwrócić moją uwagę na jakiegoś mężczyznę, a teraz miała ich aż za dużo.

– Nie podoba mi się tu… Musimy tu siedzieć? – spytałam, mając nadzieję, że zaraz zniknę z tego klubu i nie wrócę do niego przez najbliższy miesiąc. Nie lubiłam takich miejsc, za głośno, za gorąco, nie dość, że w Tallahassee i tak jest gorąco, w końcu to stolica Florydy, to na moje nieszczęście muszę siedzieć w pierwszym lepszym klubie, do jakiego udało się Jennifer mnie zaciągnąć.

– Nie narzekaj, Evelin! Za trzy godziny twoje dwudzieste trzecie urodziny! Musimy świętować! – powiedziała z wielkim entuzjazmem i widać było, że nie przyjmie mojej odmowy.

Jennifer jest moją najlepszą przyjaciółką i wielką optymistką. Przyciąga uwagę mężczyzn swoją wysportowaną figurą i długimi blond włosami. Zawsze jest uśmiechnięta.

– Tak, ale wiesz, że nie lubię chodzić do klubów.

– Powinnyśmy to zmienić! Może spotkasz tu kogoś? Kogoś, kto przyciągnie twoją uwagę, spojrzycie sobie w oczy i będziecie wiedzieć, że to miłość… – Po tych słowach Jennifer odeszła wyobraźnią w inny świat. Natychmiast się zaśmiałam.

– Błagam cię, znowu naczytałaś się tych romansów? Tam bohaterki są młode i piękne, takie jak ty. – Uśmiechnęłam się do niej, popijając przy tym swojego drinka. – Pójdę się odświeżyć, a ty rób, co chcesz. – Wstałam od stolika i poszłam w kierunku łazienki.

O dziwo nie było żadnej kolejki do ubikacji ani nikogo w środku. Westchnęłam i podeszłam do umywalki, najchętniej opryskałabym twarz wodą, ale makijaż mi to uniemożliwiał. Zerknęłam w lustro, by się upewnić, czy nie jest rozmazany, na szczęście wszystko było na swoim miejscu. Po chwili uśmiechnęłam się delikatnie do swojego odbicia lustrzanego. Nie jestem wcale brzydka, szczupła z brązowymi włosami aż do pasa, ale najbardziej w moim wyglądzie lubię oczy, są fiołkowe, a to rzadki kolor. Ponownie się uśmiechnęłam, aż nagle poczułam chłód na skórze. To trochę dziwne, gdy na dworze jest prawie trzydzieści stopni, a w klubie jakieś dwadzieścia. Pierwszy raz pożałowałam, że włożyłam krótką, czarną, obcisłą sukienkę. Zabrałam torebkę i wyszłam z łazienki. W tej chwili doznałam szoku: zamiast wyjść na korytarz klubu, znalazłam się na dworze, na tyłach budynku. Dech zamarł mi w piersi, chciałam wrócić drzwiami, którymi się tu dostałam, ale były zamknięte. Znów poczułam chłód na skórze.

– Evelin… – wypowiedział moje imię męski głos.

Zamarłam, bałam się odwrócić.

– Evelin… – Znowu ten męski głos. Zebrałam się na odwagę i odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos, nie mogłam zebrać myśli, nie wiedziałam, co robić. Moje oczy zobaczyły jedynie ciemność, lecz czułam, że ktoś tam jest. Bezwiednie zrobiłam krok naprzód, chciałam go zobaczyć, bałam się, ale coś mnie tam przyciągało.

– Evelin!

Odwróciłam się i zobaczyłam Jennifer.

– Evelin! Co ty tutaj robisz?! Mówiłaś, że idziesz tylko do łazienki, a ja cię znajduję na tyłach klubu. – Jennifer podeszła i spojrzała na mnie zmartwionym wzrokiem. Gdy się do mnie zbliżyła, chłód zniknął razem z ciemnością i tajemniczym mężczyzną. Nie mogłam jej tego opowiedzieć, przecież to było takie nierealne.

– Może pojadę już do domu? Jestem trochę zmęczona. – Starałam się nie patrzeć jej w oczy, od razu by wyczuła, że coś jest nie tak.

– Cóż… Niech ci będzie. Wezwać taksówkę?

– Nie. Przejdę się, spacer dobrze mi zrobi. – Westchnęłam i przetarłam czoło ręką. Znów było gorąco.

– Przejdziesz się? A rano pewnie dostanę telefon, że leżysz gdzieś martwa, bo jakiś zboczeniec cię dorwał.

– I mówi mi to wieczna optymistka? Więcej wiary we mnie. – Uśmiechnęłam się do niej, lecz ten uśmiech był udawany. Nie chciałam się przyznać, że istnieje możliwość, że znów mogę spotkać mężczyznę z ciemności, który znał moje imię.

– Dobra! Idź, ale jak dojdziesz do domu, to zadzwoń lub napisz. – Ucałowała mnie na drogę i poszła z powrotem do klubu.

Idąc do domu, czułam się niepewnie. Kim był mężczyzna spod klubu i skąd znał moje imię? I to zimno… Powoli zaczęłam myśleć, że może iść za mną, więc przyśpieszyłam kroku. To, co mi się przytrafiło, było dziwne i niewytłumaczalne. Stanęłam przy drzwiach mojego mieszkania.

– Po prostu za dużo wypiłaś, Evelin, i coś ci się przywidziało – powiedziałam sama do siebie i weszłam do środka. Mieszkałam na czwartym piętrze w czteropiętrowej kamienicy, moje lokum składało się z kuchni, łazienki, salonu i sypialni. Może i było małe, ale należało do mnie. Zerknęłam na zegarek, była dwudziesta trzecia, godzina do moich urodzin. Nim zdążyłam coś zrobić, zadzwonił mój telefon.

– Halo – odezwałam się, gdy już miałam słuchawkę przy uchu.

– Evelin, słońce moje. Jak się masz?

Uśmiechnęłam się i odetchnęłam z ulgą, przez chwilę myślałam, że to może być mężczyzna sprzed klubu.

– Tato… Dlaczego dzwonisz tak późno?

– Za godzinkę twoje urodziny, a ja się boję, że do tego czasu mogę zasnąć. Obudziłem cię?

– Nie… Dopiero wróciłam do domu, Jennifer wyciągnęła mnie do klubu. – Usiadłam na kanapie, ściągając szpilki. – Dziękuję, że dzwonisz, dawno nie rozmawialiśmy.

– Kiedy mnie odwiedzisz? – Ojciec mieszkał w Miami. – Joshua by się ucieszył z twojej wizyty, w końcu to twój przyjaciel z dzieciństwa.

– Tato… Chciałabym cię odwiedzić… Ale wiesz, że mam pracę, a do tego za dużo tam jest wspomnień, przykrych wspomnień. – W tym momencie spojrzałam na moją prawą rękę, na której widniała blizna po przecięciu.

– Doskonale wiesz, że gdybyś zamieszkała ze mną, to finansowo miałabyś lepiej.

– Nie chcesz się poddać, tato… Może kiedyś wpadnę, ale nie jestem teraz gotowa.

– Szkoda… Strasznie za tobą tęsknię. Cóż… Myślę, że za jakieś trzy miesiące przyjadę do ciebie na kilka dni.

– Cieszę się i nie mogę się już doczekać. Wezmę sobie wtedy wolne w pracy. – Uśmiechnęłam się na samą myśl o tym, że niedługo zobaczę się z ojcem, z wzięciem wolnego nie powinnam mieć żadnych trudności, w końcu pracuję jako kelnerka w barze.

– Wszystkiego najlepszego, Evelin, i nie przejmuj się przeszłością.

Nim zdążyłam coś powiedzieć, on się rozłączył. Dokładnie wiedziałam, co miał na myśli… Klątwę, którą rzuciła na mnie moja matka. Westchnęłam, w końcu Josephine była chora, nie wiedziała, co robi. Nie mam się czym przejmować. Nie zawracając sobie tym dłużej głowy, poszłam się umyć i prosto do łóżka, naprawdę nie mam się czym przejmować, i usnęłam.

O ósmej rano obudził mnie mój budzik. Przetarłam oczy i się uśmiechnęłam. Mam już dwadzieścia trzy lata i nadal żyję. Zaśmiałam się, czyli jednak się przejmowałam.

Kiedy zadzwoniła moja komórka, natychmiast odebrałam.

– Evelin! Dlaczego nie dałaś mi znać, że bezpiecznie dotarłaś do domu? – To była Jennifer.

– Ups… Wyleciało mi to z głowy, wybacz. Mam nadzieję, że jednak dobrze się bawiłaś.

– Dopiero wracam do domu, a noc była boska! – wykrzyknęła radośnie Jennifer.

– Cieszy mnie to, za dwie godziny widzimy się w pracy. – Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłam się. Wiedziałam, że będzie próbowała wywinąć się od pracy, ale postanowiłam, że tym razem jej się nie uda.

Wstałam z łóżka, odświeżyłam się i poszłam do kuchni zrobić śniadanie. Przygotowałam sobie płatki kukurydziane z mlekiem, usiadłam przy stole i powoli zaczęłam jeść. Dziesięć lat, tyle minęło od incydentu z moją matką. Dziesięć lat temu pod nieobecność ojca próbowała mnie zabić, chociaż sama twierdziła, że rzucała na mnie klątwę. Dokończyłam płatki i się zaśmiałam. Według tej klątwy już powinnam być martwa. Pomyłam naczynia, ubrałam się i wyszłam z mieszkania. Do rozpoczęcia pracy została mi godzina, więc wolnym krokiem poszłam do najbliższej kawiarni, starając się przede wszystkim nie myśleć o klątwie. W kawiarni była już dosyć duża kolejka, ale ucieszyło mnie to, miałam jeszcze dużo czasu. Stałam może z dziesięć minut, aż w końcu nadeszła moja kolej. Zamówiłam zwykłą kawę z brązowym cukrem. Barista zaczął ją szykować, gdy zadzwoniła moja komórka. Odwróciwszy się plecami do lady, odeszłam parę kroków, gdy nagle ekspres ciśnieniowy wybuchł, a wrząca woda i kawa zaczęły tryskać wokół niego. Ludzie zaczęli krzyczeć, ja byłam najbliżej. Jakiś mężczyzna odciągnął mnie na bezpieczną odległość od eksplodującego ekspresu. Po chwili podeszła do mnie pracownica kawiarni.

– Wszystko z panią w porządku? – spytała.

Na chwilę odebrało mi mowę, nie wiedziałam za bardzo, co się dzieje.

– N-nie… Wszystko w porządku – odpowiedziałam trochę zmieszana.

– Całe szczęście, że w ostatnim momencie odeszła pani od lady. Na pewno nic pani nie jest? Może wezwiemy pogotowie?

– Nie, nie trzeba. Jestem cała… Ja już pójdę… Proszę się nie zamartwiać.

Nie czekając na odpowiedź, ruszyłam prosto w stronę mojego baru. Gdyby ktoś do mnie nie zadzwonił, to prawdopodobnie byłabym mocno poparzona i pokaleczona… No właśnie! Telefon! Cały czas ściskałam go w dłoni. Szybko sprawdziłam połączenia przychodzące. Jedyne dzisiejsze było od Jennifer, która dzwoniła do mnie z rana. Stanęłam na środku chodnika. Przecież nie mogło mi się zdawać, że ktoś do mnie dzwoni… Westchnęłam i znów ruszyłam w stronę pracy. Nie powinnam się tym zadręczać, ważne, że nic mi nie jest. Po jakichś dziesięciu minutach dotarłam do baru i poszłam się przebrać do szatni, gdzie była już Jennifer.

– Cześć. I jak tam jubilatka? Może pójdziemy dzisiaj na jakieś cia… Evelin! Dlaczego tył koszulki masz cały w kawie? To kawa? – Jennifer podeszła do mnie zaniepokojona. Szybko ściągnęłam bluzkę, nie zauważyłam, że jednak w kawiarni trochę mnie opryskało. Jennifer nagle dotknęła moich pleców. – Masz je trochę zaczerwienione, co się stało?

– No cóż… Poszłam na kawę, a tu nagle ten ekspres… no po prostu wybuchł – wyjaśniłam, wkładając służbową bluzkę i zawiązując fartuch wokół bioder.

– Co takiego?

– To, co słyszysz, a teraz czas do pracy. Nie martw się, jestem cała, nic mi nie jest. – Uśmiechnęłam się do niej i poszłam prosto na bar. Wzięłam swój notatnik i zapukałam w okienko od kuchni, które po chwili się otworzyło.

– Cześć, Tom. – Tom był jednym z kucharzy.

– Cześć. W końcu jesteś! Mam dość tej nowej kelnerki, dobrze, że już sobie pójdzie.

Zaśmiałam się na jego słowa.

– Nadal nie pamiętasz jej imienia? – spytałam, powstrzymując się od dalszego śmiechu.

– Pamiętam tylko imiona tych, których lubię. Zmieniając temat, może jakieś śniadanko?

– No właśnie, co mamy dzisiaj na śniadanie w menu?

– Jajka z bekonem lub kanapka z indykiem, co dla was? – Tom uśmiechnął się do mnie.

– Dla mnie kanapka z indykiem… Dla Jennifer też. – Uśmiechnęłam się, nalałam kawy do dzbanka, po czym, uzbrojona w dzbanek i notatnik, ruszyłam zbierać zamówienia. Jakoś po godzinie usłyszałam trzask rozbijającego się szkła. Po chwili podbiegła do mnie Jennifer.

– Stłukłam szklanki, biegnę po zmiotkę, a ty tam przypilnuj – powiedziała, znikając za drzwiami kuchni.

Szybkim krokiem ruszyłam w stronę potłuczonego szkła, martwiąc się, żeby ktoś się nie pokaleczył. Byłam już blisko, gdy nagle jeden z klientów wstał z miejsca i zderzył się ze mną. Straciłam równowagę i upadłam na ziemię.

– Evelin! Jesteś cała?! – usłyszałam za sobą głos Jennifer. Prawie natychmiast wstałam.

– Taaa… Nic mi nie jest. Lepiej to sprzątnij. – Spojrzałam w stronę porozrzucanego szkła i zobaczyłam na nim trochę krwi.

– Evelin! Ręce ci krwawią! – wykrzyknęła Jennifer i szybko zaciągnęła mnie do łazienki.

Zerknęłam na swoje dłonie, w paru miejscach tkwiły odłamki szkła.

– Mam dziś pechowy dzień – westchnęłam, wyciągając z ciała kawałki szkła.

– Teraz pod wodę! – Jennifer odkręciła kran, patrząc na mnie z obawą. Wykonałam jej polecenie bez żadnego sprzeciwu.

– Nie martw się, nie wbiły się głęboko. – Uśmiechnęłam się do niej, żeby jakoś rozładować sytuację.

– To moja wina, to ja zbiłam te szklanki! – Widać było, że Jennifer strasznie się o mnie martwi.

– Daj spokój, to wina szefa, że je kupił. – Zaśmiałam się i delikatnie zaczęłam osuszać ręce ręcznikiem.

– Może pojedziemy do szpitala? – spytała Jennifer.

– Po co? Nic mi nie jest. Zabandażuj je. – Wyciągnęłam w jej stronę pokaleczone ręce, a ona bez szemrania wykonała moją prośbę. Gdy było po wszystkim, uśmiechnęłam się do niej.

– Wracajmy na bar, Tom nie da sobie rady sam.

Wróciłyśmy do pracy. Po pięciu godzinach nasza zmiana się kończyła. Przebrałyśmy się szybko i wyszłyśmy z baru.

– To co? Może wybierzemy się na ciastko? – spytała Jennifer radosnym głosem. Ulżyło mi, że już odzyskała humor.

– Wiesz… Ja na dzisiaj już mam dosyć. Pójdę prosto do domu. Może jutro?

– Ale dzisiaj są twoje urodziny! – Wiedziałam, że Jennifer tak szybko nie odpuści.

– Jedyne, czego potrzebuję, to wino, świece i jakaś książka. – Uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję, że jednak mi odpuści.

– Jak chcesz, pójdę ci kupić prezent. Może być jakiś gorący romans? – Zaśmiałam się na jej słowa i ją ucałowałam, a potem się pożegnałam.

Dzisiaj naprawdę mam pechowy dzień, najpierw kawiarnia, później wypadek w pracy. Najlepiej będzie, jak teraz pójdę do domu. Szłam może jakieś dziesięć minut, gdy nagle usłyszałam pisk opon. Odwróciłam się w stronę ulicy: pędzący samochód jechał prosto na mnie. To już koniec – tylko to miałam w głowie. Matka naprawdę mnie przeklęła, ja tu umrę. Sekundy mijały, wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Nawet nie zdążyłam krzyknąć. Nagle poczułam, że ktoś ścisnął mnie za rękę i z ogromną siłą szarpnął w bezpieczne miejsce. Parę sekund później samochód zatrzymał się w miejscu, w którym przed chwilą stałam, a ja sama leżałam parę centymetrów dalej. Z niedowierzaniem wpatrywałam się w miejsce wypadku, przecież ja tam stałam. Po chwili poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Zerknęłam za siebie, była to starsza, ciemnoskóra kobieta.

– Jak cię przed tym wszystkim zobaczyłam, wiedziałam, że coś jest z tobą nie tak.

Jej słowa mnie zszokowały, zamiast spytać, czy nic mi nie jest, ona mówi mi coś takiego…

– Pani mnie uratowała? – wydukałam po kilku sekundach.

– W ostatniej chwili. – Kobieta zerknęła na zbiegowisko, który zebrało się wokół nas. – Chodź ze mną!

Nim zdążyłam zaoponować, chwyciła mnie za ramię i wyprowadziła z tłumu.

– Gdzie mnie pani zabiera?! – wykrzyknęłam, kiedy już byłyśmy trochę oddalone od miejsca wypadku.

– Nie bój się, moje dziecko. Ludzie mówią na mnie „madame Ida”, wróżę z kart i takie tam. W mojej rodzinie każda kobieta potrafiła wyczuć rzeczy, których zwykły śmiertelnik nie zauważy. Nad tobą krąży klątwa, czuję to, a nawet widzę za tobą ciemność. Twoja dusza została sprzedana i teraz się o nią dopominają.

Kobieta przerwała na chwilę, a ja byłam w takim szoku, że nie mogłam nic z siebie wydusić. Klątwa… Moja matka Josephine, ona naprawdę byłaby w stanie to zrobić?

– Ja ci pomogę, szkoda mi twojej duszyczki, ale… Ale czy będziesz w stanie się poświęcić?

– Poświęcić? – spytałam.

Kobieta nie odpowiedziała, przez resztę drogi nawet się nie odezwała. Milczałam, pozwoliłam, by prowadziła mnie w nieznane miejsce. Bałam się prawdy, bałam się tego, co usłyszę, naprawdę się bałam.

Po jakimś czasie, nawet nie wiem, jak długo tak z nią szłam, znalazłyśmy się przed starą kamienicą. W jednym z okien zauważyłam plakat: „Madame Ida zaprasza. Wróżka wszystko ci powie”. Na ten widok zachciało mi się śmiać, nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy, lecz sytuacja była zbyt poważna, by pozwolić sobie na śmiech. Kobieta wprowadziła mnie do środka. Pokój wyglądał tak jak w jednym z tych filmów, w których Cyganki patrzą w swoje kule i wygadują różne bzdury, tyle że w tym pokoju nie było kuli.

– Siadaj.

Wykonałam jej polecenie bez zastanowienia, chciałam usłyszeć, co ma mi do powiedzenia.

– Wie pani, że jestem przeklęta? Skąd? – spytałam po chwili. Byłam osobą raczej niecierpliwą.

– Tacy ludzie zawsze pachną siarką i różami, minęłaś mnie chwilę przed wypadkiem i od razu to od ciebie wyczułam. A do tego ta… – Kobieta przerwała.

– Co takiego?

– Gdziekolwiek pójdziesz, za tobą snuje się ciemność. Świadczy to o tym, że klątwa jest dość potężna. Twoje życie na ziemi się skończyło.

Na te słowa zamarłam, przecież powiedziała mi, że pomoże mojej duszy.

– Nie żebym w to wierzyła… Za dużo się dzisiaj wydarzyło… Chcę wiedzieć, czy jest dla mnie jakiś ratunek.

– Życie na ziemi się skończyło, ale… Gdybyśmy nic nie zrobiły, to twoją duszę pożarłaby ciemność, a tam katusze jak w piekle i już byś nie mogła wrócić. Za wiele nie możemy zrobić… Można spróbować sprzedać twoją duszę Bogu Śmierci.

To, co usłyszałam… Gdybym stała, to już dawno padłabym z wrażenia na ziemię. Nie wiedziałam, czy ona sobie ze mnie żarty robi, czy mówi poważnie.

– Słucham? – spytałam się po chwili. Chciałam jednak usłyszeć, o co w tym wszystkim chodzi.

– Sprzedać twoją duszę Bogu Śmierci jako narzeczoną. Byłabyś narzeczoną Boga Śmierci.

– Pani sobie ze mnie żartuje… – wydusiłam, nie wiedząc za bardzo, co powiedzieć.

– Chciałabym… – Kobieta westchnęła ciężko. – Możesz mi nie wierzyć, ale sama przyznasz: czujesz, że coś jest nie tak. To twoja ostatnia deska ratunku.

Madame Ida nagle wyszła z pokoju, a ja zostałam sama ze swoimi myślami, lecz nie wiedziałam, co mam myśleć. Przecież w każdej chwili mogłabym wyjść, ale… Jeśli to, co mówi ta kobieta, jest prawdą? Po chwili wróciła, trzymając w dłoniach podłużne czarne pudełeczko.

– Wiem, że nie jesteś przekonana, decyzja należy tylko do ciebie. – Położyła pudełeczko na stoliku. – Gdy jednak będziesz chciała uratować duszę, to w tym pudełku znajdziesz czarną świeczkę. To nie jest zwykła świeczka. Zapalisz ją zapałką, którą też tam znajdziesz. O której godzinie się urodziłaś?

– O północy – odpowiedziałam niechętnie, bo właściwie nie miałam ochoty dłużej tego ciągnąć.

– Zapalisz tę świeczkę pięć minut przed północą, a równo o północy musisz ją zdmuchnąć. Tym sposobem ściągniesz do siebie kogoś z otchłani śmierci.

– Słucham? Mam wzywać martwych? – Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.

– Nie sądzę, że zjawi się sam Bóg Śmierci, ale na pewno ktoś od niego. – Kobieta podniosła pudełeczko ze stolika, włożyła mi je do ręki i zacisnęła mi na nim dłoń. – Nigdzie nie dostaniesz takiej świeczki, zostały stworzone tylko dwie, przez samego Boga Śmierci. Jedna już została zużyta.

Kobieta wstała z miejsca i wskazała mi drogę do wyjścia. Nic nie powiedziałam, wstałam i wciąż trzymając pudełko, po prostu poszłam.

Szybkim krokiem zmierzałam do domu. Nie wiedziałam, co myśleć. Co się dzieje? Czy ta kobieta sobie ze mnie żartowała? Dobrze, że nie kazała mi zabijać kurczaków albo coś w tym rodzaju. Po drodze zauważyłam sklep spożywczy, bez zastanowienia weszłam do środka. Przecież mam dzisiaj tylko pechowy dzień, nie ma potrzeby wierzyć, że mam umrzeć. Moje pierwsze kroki skierowałam w stronę alkoholu, potrzebowałam jakiegoś dobrego czerwonego wina. Gdy zbliżyłam się do regału z winami, zauważyłam stojące na górnych półkach kartony, pewnie z alkoholem. Chwyciłam pierwsze lepsze wino i poszłam dalej. Zrobiłam może ze cztery kroki, gdy wszystkie te kartony pospadały z półki i wylądowały w miejscu, w którym stałam. Prawie natychmiast usłyszałam, jak jeden pracownik krzyczał do innego, że tych kartonów już dawno nie powinno tam być. Skierowałam się w stronę kasy, to był tylko zbieg okoliczności. Zapłaciłam i wyszłam ze sklepu.

Idąc do domu, starałam się nie zwracać na nic uwagi, nie chciałam wpaść w paranoję, nie chciałam myśleć o tym, że coś w każdej chwili może mnie zabić. Gdy dotarłam do domu, była godzina osiemnasta. Postawiłam butelkę z winem w kuchni i poszłam do łazienki. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Byłam zmęczona, za dużo dzisiaj się wydarzyło. Westchnęłam i przemyłam twarz wodą, nie przejmując się makijażem. Ledwie się przebrałam i trochę uspokoiłam, ktoś zapukał do drzwi. Ostrożnie je otworzyłam i zobaczyłam Jennifer.

– Mam dla ciebie prezent urodzinowy! – Jennifer się zaśmiała i nie czekając na zaproszenie, weszła do mieszkania.

– Już nie mogę się doczekać. – Uśmiechnęłam się i zamknęłam drzwi.

– Niestety nie znalazłam żadnego fajnego romansu, ale… – Przerwała na chwilę i wyciągnęła z torebki jakiś wisiorek. – Kupiłam ci amulet! Po dzisiejszym wypadku w pracy stwierdziłam, że ci się przyda. To jest Vajra. – Uśmiechnęła się i podała mi wisiorek. Był to krzyżyk, który na każdym końcu miał jakby korony, jakie nosili królowie z dawnych czasów.

– Dziękuję, jest ładny. – Uśmiechnęłam się delikatnie.

– Kobieta, która mi go sprzedała, powiedziała że ma moc ochrony przed złem. – To powiedziawszy, Jennifer postawiła na stole siatkę, której wcześniej nie zauważyłam.

– A co to?

– Nasza kolacja. Zamówiłam nam nadziewane mięsem ravioli w sosie pomidorowym, a do tego posypane serem. Niestety musimy zjeść bez alkoholu, spotykam się dziś z siostrą i nie chcę, by coś ode mnie wyczuła. – Jennifer wyciągnęła dania z siatki i zabrała się do jedzenia.

Uśmiechnęłam się i też zaczęłam jeść, miło było spędzać czas z przyjaciółką, ale nie chciałam jej wspominać, co się wydarzyło po pracy, za bardzo by się zamartwiała.

Jennifer wyszła o dwudziestej trzeciej, a ja posprzątałam po kolacji i przygotowałam sobie kąpiel. Przed kąpielą poszłam do sypialni, czułam, że muszę się odprężyć, a świece powinny mi pomóc. Wyciągnęłam z jednej z szafek duży karton, w którym je trzymałam. Już miałam iść ze świecami do łazienki, gdy zerknęłam w stronę nocnej szafki, gdzie leżało czarne pudełeczko, które dostałam od madame Idy. Bez większego zastanowienia wzięłam je z sobą i poszłam do łazienki. Rozstawiwszy wszystkie świece, przygasiłam światła, ułożyłam się wygodnie w wannie i zamknęłam oczy. Ciepła woda oraz zapach cynamonowego płynu do kąpieli ukoiły moje nerwy i spięte mięśnie. Tego właśnie było mi trzeba – relaksu. Uśmiechnęłam się do siebie i zanurzyłam się w wodzie aż po czubek głowy. Trwałam chwilę pod wodą, nim się wynurzyłam. Przetarłam oczy i sięgnęłam po telefon komórkowy, by sprawdzić, która godzina. Siedem minut do północy. Westchnęłam i sięgnęłam po czarne pudełeczko ze świecą. Dzisiejszy dzień był bardzo pechowy, więc jeśli coś ma się dziać, to niech się dzieje. Otworzyłam pudełko, w środku znajdowała się czarna świeca, po której było widać, że zrobiono ją ręcznie. Na dnie pudełka leżała tylko jedna zapałka. Bez namysłu zapaliłam zapałkę i zerknęłam na godzinę w telefonie. Pięć minut przed północą. Westchnęłam i w tym samym momencie zapaliłam świeczkę. Spodziewałam się, że płomień będzie żółty, lecz był czarny, tak samo jak świeca. Wypaloną zapałkę rzuciłam gdzieś w kąt łazienki i wolną ręką przetarłam czoło. Dwudziesta trzecia pięćdziesiąt sześć, jeszcze tylko cztery minuty. Zamknęłam oczy i przez dłuższą chwilę ich nie otwierałam. Potem przypomniałam sobie o zapalonej świecy. Natychmiast zerknęłam na godzinę, minuta do północy. Westchnęłam, północ. Zamknęłam oczy i zdmuchnęłam czarny ogień. Wszystkie świece w łazience zgasły i w tym samym momencie poczułam chłód na nagiej skórze, a po chwili usłyszałam tak głośny pisk, że mogłyby od niego pęknąć bębenki w uszach. Chcąc zasłonić uszy, puściłam czarną świecę, która wpadła do wody. Chwilę później słychać było tylko ciszę, świece same się zapaliły, przywracając łazience jasność, przejmujący chłód również odszedł. Prawie natychmiast wstałam i owinęłam się ręcznikiem. Pogasiłam wszystkie świece, czym prędzej wyszłam z łazienki i usiadłam na kanapie w salonie. Cała się trzęsłam, w życiu nie przeżyłam czegoś takiego. Jakiś czas siedziałam bez ruchu, próbując znaleźć logiczne wyjaśnienie tego, co się właśnie stało, lecz nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Wstałam z kanapy, włożyłam koszulę nocną sięgającą mi do połowy ud i zaczęłam się przechadzać po salonie, wmawiając sobie, że to jedynie moja wyobraźnia. Westchnęłam, poszłam do sypialni, wyciągnęłam z nocnej szafki tabletki nasenne i połknęłam dwie. Położyłam się do łóżka, by po chwili odpłynąć w ramiona Morfeusza.

Wielka sala, ubrani dostojnie mężczyźni, kobiety w pięknych długich sukniach jak na średniowiecznych balach. To musi być bal. I jestem tam ja w niebieskiej sukni, od bioder poszerzającej się ku dołowi, a z obcisłą górą, odkrytymi ramionami i dekoltem, lecz z długimi rękawami, które zakrywają mi całe ręce, część włosów mam upięte w mały kok, a część, delikatnie falowana, spływa mi delikatnie na ramiona. Wszystkie spojrzenia są skierowane w moją stronę, gdy na środku sali tańczę z mężczyzną, a inni stoją pod ścianą. Głowę mam opartą na jego ramieniu, tak że nie widzę jego twarzy, czuję się bezpiecznie, czuję, że ten mężczyzna wiele dla mnie znaczy, może nawet go kocham? Po chwili słyszę śmiech na sali, by po chwili przekonać się, że wszyscy zaczęli się śmiać. Odrywam się od mężczyzny i cały czas kręcąc się wokół siebie, patrzę na ich twarze, wszyscy śmieją się ze mnie, ich spojrzenia są pełne pogardy, czuję, że nie powinno mnie tam być. Śmiech coraz bardziej przeradza się w dzwonek i wtedy otwieram oczy – to był tylko sen. Nadal słyszałam dźwięk dzwonka, zerknęłam w stronę swojego telefonu.

– Halo? – powiedziałam, ziewając.

– Pomyślałam, że zadzwonię przed pracą. Jest już ósma rano. – To była Jennifer. Westchnęłam i przetarłam oczy.

– Dzięki, widzimy się za dwie godziny.

Rozłączyłam się, wstałam z łóżka i poszłam do łazienki załatwić swoje poranne czynności. Potem usiadłam na kanapie w salonie i włączyłam telewizor. Leciały akurat wiadomości, ale jakoś nie zwracałam na nie uwagi. Rozmyślałam o dzisiejszym śnie. Nie pierwszy raz coś takiego mi się śniło, co jakiś czas ten sen powracał, zawsze ten sam. Westchnęłam i zerknęłam na zegar w salonie, za godzinę muszę być w pracy. Wstałam z kanapy i poszłam do sypialni się przebrać. Postanowiłam, że włożę dzisiaj dżinsowe spodnie do kolan, a na górę długą czarną bluzkę na guziki, z dekoltem w serek, bez rękawów. Ubierając się, zerknęłam w stronę nocnej szafki, na której leżał wisior od Jennifer, nawet nie pamiętałam, bym go tam kładła. Już całkiem ubrana wzięłam wisior do ręki, podeszłam do ogromnego lustra, które stało w sypialni, i założyłam prezent od Jennifer na szyję. Miałam nadzieję, że ten amulet naprawdę potrafi ochronić przed złem. Chwilę później wyszłam z mieszkania. Idąc ulicą w stronę pracy, cały czas się rozglądałam, musiałam przyznać, że się bałam, w końcu cały wczorajszy dzień był dla mnie pechowy, więc nie zdziwiłabym się, gdyby coś się dzisiaj stało. Po drodze minęłam kawiarnię, w której wczoraj doszło do wypadku z ekspresem do kawy. W środku było sporo ludzi, przez chwilę miałam nawet ochotę tam wejść, ale postanowiłam sobie dziś odpuścić. Dziesięć minut później byłam już w barze, jak zwykle poszłam do szatni się przebrać. Jennifer już tam była.

– Cześć. Jestem wykończona! Nie cierpię, gdy siostra mnie odwiedza – paplała, nim zdążyłam na dobre wejść do szatni.

– Amanda? Ma na imię Amanda? – spytałam, ściągając z siebie górę, by włożyć służbową czarną bluzkę z krótkim rękawem.

– Tak, Amanda. Cały czas mi powtarzała, że powinnam iść na studia, a nie siedzieć w tym barze. – Jennifer westchnęła. – Ale wiesz co? To moje życie i żadna Amanda nie będzie mi mówić, co mam robić! Na szczęście dzisiaj wieczorem wyjeżdża i nie zobaczę jej, mam nadzieję, przez rok.

Jennifer skończyła mówić. Ja miałam już na sobie fartuch i byłam gotowa do pracy, lecz gdy spojrzałam na swoją przyjaciółkę, dostrzegłam, że ona jeszcze się nie przebrała.

– Masz rację, to twoje życie, a teraz się przebieraj i do pracy.

Uśmiechnęłam się do niej i poszłam na bar. Schowałam do kieszonki w fartuchu notatnik i długopis i zapukałam w okienko do kuchni.

– Cześć, Evelin! – Tom się uśmiechnął.

– Cześć. Co mamy dzisiaj na śniadanie?

– Naleśniki z syropem klonowym i… – Tom przerwał, gdy na salę weszła Jennifer. – Cześć, Jennifer! Jak już jesteś, to posprawdzaj na każdym stoliku, czy jest syrop klonowy, jeśli nie ma, to uzupełnij.

Jennifer nic nie odpowiedziała i poszła sprawdzać stoliki.

– Na czym to ja skończyłem? A! No a do tego jeszcze tost z kurczakiem i jajkiem. Co dla was?

– Tost. – Uśmiechnęłam się do Toma, jednocześnie nalewając do dzbanka kawy, i ruszyłam przyjmować zamówienia.

Rozdział 2SPOTKANIE

Dzisiejsza zmiana w pracy przebiegła bez żadnych incydentów. Po sześciu godzinach razem z Jennifer byłam już w szatni i wkładałam czarną bluzkę, w której przyszłam do pracy.

– Nareszcie koniec! Może pójdziemy coś zjeść albo na jakiegoś drinka? – spytała uśmiechnięta, a co ważniejsze, już przebrana Jennifer. Kiedy kończyłyśmy zmianę, ona zawsze przebierała się szybciej ode mnie.

– A twoja siostra Amanda? Wieczorem wyjeżdża, powinnaś z nią spędzić jeszcze trochę czasu, a po drugie jadłyśmy chowder z kurczaka i kukurydzy.

– Nie rozumiem, po co Tom robi tę zupę. Jest pyszna, ale i tak większość gości przychodzi, by zjeść hamburgera – zauważyła Jennifer, gdy wychodziłyśmy z baru.

– Bo nie doceniają chowdera Toma, a teraz wracaj do siostry. – Uśmiechnęłam się do niej i się pożegnałam.

W drodze do domu zatrzymałam się w nowo otwartej kawiarni ulicę od mojego mieszkania. Zamówiłam kawę melange i ciasto z jabłkami i usiadłam przy jednym ze stolików stojących na dworze. Po paru minutach kelnerka przyniosła moje zamówienie. W takich miejscach najbardziej lubię patrzeć na przechodniów, ale dzisiaj nie miałam na to ochoty. Westchnęłam i napiłam się kawy, wczoraj miałam ciężki dzień, więc zasłużyłam na odpoczynek. Wzięłam do ust kawałek ciasta jabłkowego i zaczęłam go gryźć. Po chwili poczułam ostry ból. Wyplułam na talerzyk przeżute ciasto razem z krwią. Coś wbiło mi się w dziąsło, i to mocno. Sprawdziłam językiem, czy coś tam nadal jest, ale nic nie poczułam. Zaczęłam sprawdzać widelczykiem zawartość talerzyka i to, co zobaczyłam, przyprawiło mnie o szok: w cieście było pełno małych kawałków szkła. Ze złością poszłam z tym do kasy i rzuciłam na ladę talerz z ciastem.

– W czym mogę pani pomóc? – spytała zdziwiona kelnerka.

– Dlaczego w moim cieście znalazłam szkło?! – krzyknęłam zdenerwowana.

– Szkło? – Kobieta zaczęła grzebać w deserze. – O mój Boże! Ale przecież to niemożliwe, ja nie wiem, jak to się tu dostało. My nie robimy ciast na miejscu, pieką je dla nas różne firmy. Strasznie mi przykro, oczywiście za nic pani nie płaci.

– Oczywiście, że za to nie zapłacę! – Bez zbędnych słów wyszłam z kawiarni. Moja dobra passa chyba już przepadła. W ustach wciąż czułam posmak krwi, szkło musiało wbić mi się głęboko w dziąsło albo w podniebienie, sama już nie wiedziałam.

Po paru minutach byłam już przed moim domem. Szłam po schodach na czwarte piętro, gdy nagle ktoś złapał mnie za prawą kostkę u nogi. Krzyknęłam przerażona, w tej samej chwili poślizgnęłam się na stopniu i sturlałam się na dół, uderzając głową o posadzkę. Poczułam straszliwy ból, a potem nastąpiła ciemność.

Gdy otworzyłam oczy, zorientowałam się, że jestem w salonie w moim mieszkaniu i leżę na kanapie. Powoli podniosłam obolałe ciało do pozycji siedzącej, wszystko mnie bolało, a najbardziej głowa, musiałam nieźle się poobijać na tych schodach. Zamarłam. Jak się znalazłam w swoim mieszkaniu? Przecież spadłam ze schodów i prawdopodobnie straciłam przytomność, to niemożliwe, bym tu doszła. Powoli wstałam z kanapy. Gdy zrobiłam parę kroków, poczułam ból w kostce prawej nogi. Usiadłam z powrotem na kanapie, a nogę położyłam na stoliku kawowym, tak by móc się przyjrzeć kostce. Przeraziłam się, strach ścisnął mi żołądek – na kostce miałam odciśniętą dłoń, jakby ktoś zacisnął na niej rękę.

Co tu się dzieje?! Jeśli się tu znalazłam, to znaczy, że ktoś mnie tu przyniósł i nadal może być w mieszkaniu. Wstałam z kanapy, ból mi doskwierał, ale musiałam sprawdzić, czy ktoś tutaj jest. Przy drzwiach wejściowych zawsze stał kij do bejsbola, wzięłam go do ręki i poszłam do sypialni. Panowała w niej cisza, słyszałam jedynie bicie własnego serca, w pokoju na szczęście wszystko było na miejscu. Nagle usłyszałam hałas dobiegający z wielkiej starej szafy, podskoczyłam ze strachu i upuściłam kij na podłogę. Czy to się dzieje naprawdę? Czy mam kolejny sen? Przetarłam dłonią spocone czoło, nie miałam pojęcia, co się dzieje, ale wiedziałam, że muszę to doprowadzić do końca. Trzęsąc się ze strachu, podeszłam powoli do szafy, podniósłszy po drodze kij, który wcześniej upuściłam. Szybko otworzyłam drzwi i wymierzyłam kijem w środek szafy, ale nikogo tam nie było. Na chwilę mi ulżyło – cokolwiek się tutaj dzieje, jest jedynie wytworem mojej wyobraźni. Przeszłość mną zawładnęła, muszę to zakończyć. Powoli zaczęłam się cofać, ale na moje nieszczęście zawadziłam nogą o kant łóżka i upadłam na plecy. Zabolało, ja to mam pecha. Pod sobą poczułam coś mokrego, obróciłam się na brzuch. Leżałam w czerwonej kałuży krwi… Zaczęłam krzyczeć, to nie była moja krew, ale skąd się tu wzięła? Wstałam przerażona i cała we krwi pobiegłam do łazienki. Co tu, do jasnej cholery, się dzieje?!!! Skąd ta krew? Przecież to na pewno nie mogło mi się wydawać! Cała się trzęsąc, zaczęłam obmywać ręce. A co, jeśli osoba, która po wypadku przyniosła mnie do mieszkania, zabiła tutaj kogoś? Czułam, że mam łzy w oczach, szybko ściągnęłam pokrwawioną bluzkę i rzuciłam ją w kąt łazienki. Jeśli tutaj ktoś jest, to mnie też zabije.

Nagle usłyszałam odgłos, jakby ktoś dławił się wodą. Powoli zwróciłam głowę w stronę wanny, nikogo tam nie było, ale wanna była napełniona wodą. Chciałam krzyczeć, lecz nie wydobyłam z siebie żadnego dźwięku. Byłam pewna, że wczoraj spuściłam wodę. Zerknęłam na umywalkę, przy której stałam. Leżała w niej podłączona do kontaktu suszarka. Wzięłam ją do ręki. Czy ktoś sobie robi ze mnie żarty, czy mam urojenia? Po policzku pociekło mi kilka łez, pragnęłam się już obudzić z tego pieprzonego snu. Nagle suszarka się włączyła, a ja odruchowo zrobiłam spory krok w tył i potknęłam się o brzeg wanny. Trzymając w ręce podłączoną suszarkę, wpadłam do wody. Myślałam, że poczuję ból, że prąd przejdzie mi przez ciało i mnie porazi, ale tak się nie stało. Tkwiąc wciąż w wannie, szybko wyrzuciłam suszarkę na podłogę i zamknęłam oczy. To jest jakiś koszmar! Błagam, niech się okaże, że to tylko sen! Otworzyłam oczy, nadal znajdowałam się w wannie. Jeśli to nie jest sen, muszę zadzwonić po policję. Wygramoliłam się z wanny i włożyłam na siebie bluzkę, która leżała na koszu z praniem. Moim ratunkiem może być teraz tylko policja! Upewniłam się, że nikogo nie ma w salonie, i w pośpiechu zaczęłam szukać telefonu. Usłyszałam pukanie do drzwi. Zamarłam. Nie wiedziałam, kto puka. A jeśli to wspólnik i mnie zabije? Cała się trzęsąc, podeszłam do drzwi. Muszę sprawdzić, kto to jest. Zerknęłam przez judasza i moim oczom ukazał się starszy siwy pan, gospodarz budynku Evans. Ulżyło mi i bez zastanowienia otworzyłam drzwi, ale po panu Evansie nie było nawet śladu.

– Panie Evans? Jest pan tu? Panie Evans?!

Zrobiłam kilka kroków w przód, by się lepiej rozejrzeć. To wszystko stawało się coraz bardziej dziwne, straszne i sama już nie wiem jakie. Ktoś nadal może być w moim mieszkaniu, muszę zadzwonić. Już miałam zapukać do drzwi sąsiada, ale w tej samej chwili drzwi mojego mieszkania się zatrzasnęły. Szybko do nich podbiegłam, próbowałam otworzyć, ale nie dawałam rady. Nagle usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła dobiegający z mojego mieszkania. Czy to się dzieje naprawdę? Żaden z sąsiadów tego nie słyszy?! Zaczęłam szarpać za klamkę, ale drzwi nie ustępowały. Odeszłam parę kroków. Nie miałam przy sobie niczego: telefonu, kluczy, niczego. A do tego ktoś był w moim mieszkaniu. Po chwili drzwi same się otworzyły. Miałam wrażenie, że serce przestało mi bić, a łzy znów napłynęły mi do oczu. Powoli weszłam do mieszkania i po raz kolejny tego dnia doznałam szoku. Wszystko było na swoim miejscu, nic się nie rozbiło, nic nie zostało skradzione, nic.

W tym momencie zauważyłam na kanapie mój telefon, szybko po niego pobiegłam, zamierzając go zabrać i jak najszybciej wyjść z mieszkania. Z telefonem w ręku podbiegłam do drzwi, ale one nagle zamknęły się przede mną. Krzyknęłam ze strachu. Dlaczego przytrafiają mi się takie rzeczy?! Dlaczego?! Pobiegłam do łazienki i się w niej zamknęłam. Muszę szybko zadzwonić na policję. Ulżyło mi, gdy uzyskałam połączenie.

– Ratunku!!! Ktoś jest w moim mieszka…

– Evelin…

Rzuciłam telefon na podłogę. To był głos mojej matki, taki sam jak dziesięć lat temu, nigdy go nie zapomnę. Łzy napłynęły mi do oczu. Nie rozumiałam, co się działo, i naprawdę się bałam. Z płaczem wypadłam z łazienki, już nie zwracałam uwagi na to, czy ktoś może być w środku i na mnie czatować. Wybiegłam z mieszkania, chciałam jak najszybciej wydostać się z tego budynku. Po chwili stałam na zewnątrz, nie wiedząc, co teraz począć. Bałam się, od dziesięciu lat nie przeżyłam takiego przerażenia. Łzy ściekały mi po policzkach, tak bardzo chciałam się obudzić. Zrobiło mi się słabo, oparłam się o ścianę budynku i próbowałam trochę się uspokoić. Kiedy strach, adrenalina, szok opadły, poczułam się jeszcze gorzej. Nie byłam już w stanie utrzymać się na nogach, oczy same mi się zamknęły, a ciało osunęło na ziemię. Znów ta ciemność, znów straciłam przytomność.

– Pani Shadow!!! Niech się pani obudzi! Słyszy mnie pani?! – wołał do mnie męski głos, a po chwili poczułam, że ktoś klepie mnie delikatnie po twarzy.

Natychmiast otworzyłam oczy, ale obraz był rozmazany i zaczęło mi się kręcić w głowie.

– Spokojnie, pani Shadow, proszę powoli oddychać. Mam wezwać pogotowie? – Znów ten sam męski głos. Już bardziej przytomnie spojrzałam na mężczyznę. To był pan Evans. Uśmiechnęłam się, ulżyło mi, że widzę znajomą twarz.

– Panie Evans! Pan tutaj jest, prawda? – Przez to, co się wydarzyło chwilę wcześniej, chciałam mieć pewność, że teraz wszystko jest prawdziwe.

– Tak, jestem. Może pani wstać?

Z pomocą starszego pana udało mi się stanąć na nogi. Rozejrzałam się wokół, byłam przed moim domem. Odetchnęłam z ulgą. Może to wszystko działo się tylko w mojej wyobraźni? Może jestem przemęczona? Lepsze takie wyjaśnienie niż myśl, że ktoś był w moim mieszkaniu. Po chwili weszłam do mnie razem z panem Evansem.

– Dziękuję za pomoc, muszę być przemęczona – odezwałam się do gospodarza, próbując jakoś wytłumaczyć zaistniałą sytuację.

– Wcześniej, jak się widzieliśmy, wyglądała pani na zdrową.

– Wcześniej? – spytałam zaskoczona. Nie przypominałam sobie, żebym widziała się wcześniej z panem Evansem.

– Tak. Przyszedłem sprawdzić rury od zlewu w kuchni, parę dni temu wspominała pani, że cieknie, więc wpadłem dzisiaj. Otworzyła pani, wyglądając na wypoczętą i radosną, wyszedłem tylko na chwilę, by przynieść od siebie uszczelkę, nie było mnie może z pięć minut.

To, co usłyszałam, zszokowało mnie. Nie było na to wyjaśnienia, owszem, widziałam go przed drzwiami, ale gdy je otworzyłam, on przecież zniknął! To wszystko jest niemożliwe. Przez dłuższą chwilę panowała cisza, przerwał ją pan Evans.

– Czy aby na pewno z panią wszystko w porządku?

– Tak… Nic mi nie jest, jestem po prostu zmęczona. Proszę się nie martwić. Czy już pan skończył z tym zlewem? – Próbowałam zachowywać się naturalnie, ale głos mi się trząsł. Miałam wrażenie, że tkwię w jakimś horrorze, z którego nie ma ucieczki.

– Już kończę.

Po piętnastu minutach gospodarz budynku wyszedł, a ja znów zostałam sama. Usiadłam na kanapie. Cisza… Tylko cisza. To wszystko jest niewytłumaczalne? Czy się powtórzy? Dlaczego ja? Bałam się cokolwiek zrobić, bałam się, że to się znów zacznie. Ciszę przerwał dzwonek mojej komórki, podskoczyłam ze strachu. Spojrzałam na telefon, na wyświetlaczu zobaczyłam, że dzwonił tata. Chwyciłam aparat i odebrałam.

– Cześć, słońce moje, co u ciebie słychać?

Rozpłakałam się na dźwięk jego głosu, uświadomiłam sobie, że bardzo bym go teraz chciała przytulić.

– Evelin…? Słońce? Co ci? Ktoś ci zrobił krzywdę? Obiecuję, że znajdę tych drani!

– Tato… – Nadal płakałam. – Chcę do domu!

– Evelin… Co się stało? Wytłumacz mi.

– Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale klątwa matki…

Nie pozwolił mi dokończyć.

– Nie ma żadnej klątwy! Doskonale o tym wiesz i przestań opowiadać takie bzdury. Mam dosyć tego, że żyjesz przeszłością!

Nie spodziewałam się po nim takiej reakcji, myślałam raczej, że będzie mnie wspierał, chciałam od niego pomocy, chciałam usłyszeć, że wszystko będzie dobrze.

– Ale przytrafiło mi się dzisiaj tyle dziwnych rzeczy… Tato… Coś próbuje mnie zabić.

Po tych słowach nastała cisza. Dla taty to, co powiedziałam, miało ogromną wagę. Był policjantem w dochodzeniówce w Miami, widział w swoim życiu wiele obrazów śmierci. Po chwili przestraszyłam się tej ciszy.

– Tato…? – Znów cisza. – Tato?

– Już jesteś spokojniejsza?

Odetchnęłam z ulgą, bałam się, że nie będzie chciał dalej rozmawiać. Już miałam odpowiedzieć, gdy nagle usłyszałam w słuchawce swój głos:

– Tak, nie wiem, co mi się stało. Jestem po prostu zmęczona.

Rzuciłam telefon na ziemię. Czy ja właśnie usłyszałam swój głos? Czy to byłam ja?

– Cieszy mnie, słońce, że to słyszę, już byłem gotów przyjechać.

– Tato… Słyszysz mnie…? – Głos mi się trząsł ze strachu. Co się dzieje? To niemożliwe, żebym słyszała własny głos w słuchawce.

– Nie musisz przyjeżdżać, ze mną wszystko w porządku. – Znów mój głos.

Zakryłam usta dłonią, a łzy coraz obficiej ściekały mi po policzkach. Jestem w jakimś koszmarze, z którego nie mogę się obudzić.

– Cieszy mnie to. Pamiętaj, gdyby jednak coś się działo, zawsze możesz wrócić do domu, ze mną będziesz bezpieczna, słoneczko.

Nic się nie odezwałam, strach odjął mi mowę.

– Wiem o tym, tato, kocham cię. Żegnaj.

Po tych słowach połączenie zostało przerwane. Czy to znaczy, że nie mam szans na pomoc? Nikt mi nie może pomóc? Skuliłam się tak, by ukryć twarz w kolanach. Jestem w koszmarze, z którego nie ma wyjścia… Nagle oprzytomniałam, osobą, która może mi pomóc, jest madame Ida. To ona dała mi czarną świecę, by mnie uratować, powinna wiedzieć, jak to cofnąć, bo jak na razie jest tylko gorzej. Mimo strachu przebrałam się w nowe ciuchy i jak najszybciej wyszłam z mieszkania. Dzień zaczął powoli przeistaczać się w noc. Biegłam, zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy nie widziałam już domu, w którym mieszkałam. Wiem, że nigdzie nie jestem bezpieczna, i to jest najgorsze, wszystko chce mnie zabić. Przetarłam dłonią lekko spocone czoło i zaczęłam się rozglądać. Prawdę mówiąc, nie pamiętałam, jak dojść do madame Idy. Dlaczego tak jest, że gdy człowiek potrzebuje pomocy, to nie wie, gdzie jej szukać? Jestem w potrzasku, gdziekolwiek pójdę, cokolwiek zrobię, wszystko to i tak może się skończyć śmiercią. Nagle usłyszałam muzykę klubową. Jeden drink lub więcej mi nie zaszkodzą. Muzyka doprowadziła mnie w ciemną uliczkę, pod drzwi, nad którymi wisiał szyld z napisem „Klub Dreszcz”. Wyciągnęłam rękę w stronę klamki, ale po chwili się zawahałam. A jeśli tam też czeka na mnie coś, czego nie da się wytłumaczyć? Jestem już zmęczona. Zacisnęłam dłoń w pięść, a niech się dzieje, co ma się dziać, chwyciłam za klamkę i otworzyłam.

Kiedy pchnęłam drzwi, wiedziałam już tylko jedno – ciemność mnie przechytrzyła i dopadła. Zamiast w klubie znalazłam się mniej więcej na wysokości dziesiątego piętra we wznoszonym dopiero budynku. Jeden krok i oto jestem na krawędzi śmierci, pozostał mi jedynie krzyk. To zabawne, że w takich chwilach świat zdaje się toczyć w zwolnionym tempie. Można wszystko zobaczyć, o wszystkim pomyśleć. Niewątpliwie jest to szansa, by sekundę przed śmiercią człowiek pojął, jakie było jego życie.

Czuję, jak ciało samo się pcha, by po chwili znaleźć się na dole. Ostatnia próba złapania się czegoś, ostatnia, daremna próba ratunku. Znów łzy w oczach i pytanie „dlaczego ja?”. Jedną nogą czuję jeszcze grunt, ale wiem, że to kwestia sekundy. Nagle poczułam silny chwyt za rękę i ktoś pociągnął mnie do środka. Wystarczyło jedno szarpnięcie, bym znalazła się w czyichś ramionach. Czułam, że znam te ramiona, czułam się bezpiecznie, czułam, że znów mdleję. Zemdlałam.

Czyli tak to jest, gdy człowiek się poddaje? Niewiarygodne, że w jednej chwili zrezygnowałam ze swojego życia, ale jestem zmęczona. Nie… To nie jest wyjaśnienie, jestem słaba, ale kto by nie był, gdyby przeżył to co ja? We wszystkich filmach pokazują, że właśnie w obliczu zagrożenia człowiek staje się silny i takie tam, ale życie to nie film.

Czy ja umarłam? Nawet już nie wiem, czy spadłam. Nie wiem, co jest prawdą, a co fikcją. Wariuję tak jak matka… Czuję, że mam zamknięte oczy, boję się je otworzyć, bo co w końcu ujrzę? Boga, który oznajmi mi, że moje życie się zakończyło, a to wszystko, co się działo, było jedynie moją wyobraźnią? Albo skończę w ciemności, od której próbowała mnie uratować madame Ida, i zaraz zaczną się moje tortury, które będą gorsze od piekła? Możliwe też, że jakimś cudem obudzę się w kostnicy, bo inni pomyślą, że po tym skoku jestem martwa. Nieważne, co mnie czeka po otwarciu oczu, ja i tak wiem, że życie już nie będzie takie samo.

Po chwili zebrałam się na odwagę i otworzyłam oczy. Byłam w mojej sypialni. Dotknęłam swoich włosów, były mokre i pachniały moim wiśniowym szamponem. Miałam na sobie koszulę nocną. Wstałam z łóżka, włożyłam kapcie. Jedyne wyjaśnienie było takie, że mi się to wszystko śniło, miałam po prostu koszmar. Zaśmiałam się do siebie, to na pewno był sen. Odetchnęłam z ulgą i usiadłam na łóżku, obawiając się ponownie zasnąć. Zerknęłam na fotel stojący w pokoju. Leżały na nim ubrania, które miałam na sobie, gdy szłam szukać madame Idy. Serce mi na chwilę stanęło. Nie… to jest przypadek. Pewnie przygotowałam je na rano… To był sen… To na pewno był sen. Ukryłam twarz w dłoniach, musiałam się uspokoić, to był koszmar, to nie była prawda. Energicznym krokiem ruszyłam do kuchni. W szafce nad zlewem trzymałam alkohol i kieliszki, sięgnęłam po czerwone wino. Nalałam po sam brzeg kieliszka i westchnęłam. Zerknęłam na kuchenny zegar, była dwunasta w nocy. Wzięłam kieliszek i skierowałam się do salonu. Ledwie tam weszłam, upuściłam kieliszek, który rozbił się o podłogę u moich stóp, i zrobiłam dwa kroki w tył. Znów czułam ten sam strach co wcześniej. A może jednak jeszcze się nie obudziłam? Może dalej to mi się śni? Błagam, żeby tak było. W ciemnym salonie majaczyła sylwetka osoby siedzącej w fotelu. Bałam się odezwać, bałam się zrobić cokolwiek. Bałam się, że to nie był sen. Minęła dłuższa chwila, ale gość się nie odezwał, nie widziałam twarzy, mogłam jedynie stwierdzić, że to mężczyzna. Przełknęłam głośno ślinę i postanowiłam, że odezwę się pierwsza.

– K-kim jesteś? – spytałam drżącym głosem.

Gość nie odpowiadał, ale po chwili położył na stół czarną świecę, którą dostałam od madame Idy. Nie wiedziałam, jak na to zareagować. Świeca miała mi pomóc, a nie sprowadzać na mnie kłopoty. Nie odezwałam się więcej ani słowem, strach skręcał mi żołądek. Nagle mój gość westchnął, a moje serce zaczęło szybciej bić.

– Nie powinna cię dziwić moja wizyta, Evelin – odezwał się.

Miał bardzo męski, pociągający głos, ale nie to teraz miałam w głowie. Rozejrzałam się po salonie, cztery kroki od siebie miałam odłożony kij do bejsbola. Chwyciłam go i wymierzyłam prosto w nieproszonego gościa.

– Nie wiem, kim jesteś, ale wynoś się z mojego domu! – krzyknęłam, nie mając wcale pewności, czy ten człowiek tu jest i czy to wszystko naprawdę się dzieje.

– Dobrze, twój wybór – odezwał się po krótkiej chwili mężczyzna. – Wiedz jednak, że jeśli odejdę, będzie jeszcze gorzej. Twoje życie się skończyło, i ty dobrze o tym wiesz, inaczej nie prosiłabyś nas o pomoc.

Zamarłam. On o wszystkim wiedział. Zrobiło mi się tak słabo, że musiałam przytrzymać się ręką oparcia kanapy.

– Jakieś trzy godziny temu uratowałem cię od śmierci. Ty wiesz, że jest źle. To, co chce zdobyć twoją duszę, jest na tyle potężne, że potrafi mącić ci w głowie, jak już zauważyłaś. Ktoś rzucił na ciebie potężną klątwę, widzę to. Zdmuchnęłaś czarny płomień, więc Bóg Śmierci jest zobowiązany przyjąć cię jako swoją narzeczoną, dzięki temu klątwa się nie wypełni. Wybór należy do ciebie.

Wzięłam głęboki wdech. Potwierdzało się to, co mówiła madame Ida. Ale… Ale jeśli znowu mam omamy? To nie dzieje się naprawdę… Tak trudno w to wszystko uwierzyć. Muszę uciec, i to szybko. Nie chciałam już nic więcej wiedzieć, ścisnęłam mocniej kij, który trzymałam, i rzuciłam się do ucieczki. Udało mi się wybiec z budynku, ale bałam się sprawdzić, czy za mną biegnie, pędziłam ile sił. Ludzie, których mijałam, musieli dziwnie na mnie patrzeć, w końcu nie co dzień ktoś biega po mieście w nocnej koszuli i w kapciach, ale nie przejmowałam się tym. Moim celem było mieszkanie Jennifer. Na moje szczęście to tylko trzy ulice ode mnie. Cały czas biegłam, aż w końcu znalazłam się przed kamienicą Jennifer. Mieszkała w podobnym budynku jak ja, ale na parterze. Postanowiłam sprawdzić, czy mężczyzna z mojego mieszkania poszedł za mną, ale na szczęście go nie było. Wzięłam głęboki oddech, weszłam na klatkę i po chwili pukałam już do mieszkania Jennifer. Gdy po chwili otworzyła, najwyraźniej była w szoku.

– Evelin?! Co ty tutaj robisz? I do tego w koszuli nocnej?! – Nagle złapała mnie za rękę i wciągnęła do mieszkania. – Nie stójmy na korytarzu. Mów, co się stało.

Dopiero gdy znalazłam się w jej mieszkaniu, zaczęłam dyszeć ze zmęczenia, czułam, że jestem cała spocona po tym biegu. Ale teraz najważniejsze było to, co mam jej powiedzieć. Usiadłam na kanapie.

– Ja chyba oszalałam… Jestem jak moja matka. – Schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać. Jennifer usiadła obok i objęła mnie jedną ręką.

– Wiesz… Nie mam pojęcia, jaka była twoja matka, ale chyba nie było tak źle.

– Była… Jest chora psychicznie… – powiedziałam cicho. Nigdy nikomu nie opowiadałam o mojej matce.

– Opowiedz mi o niej. Chcę się w końcu dowiedzieć czegoś o twojej przeszłości.

– Wiesz, że mój tata jest policjantem w Miami i tam mieszkaliśmy we trójkę. Byli młodzi, gdy się urodziłam, a tata dopiero zaczynał pracę w policji i wtedy moja matka zaczęła mieć oznaki choroby psychicznej. Tata chodził z nią po lekarzach, ale ponoć nic nie dało się zrobić, nigdy mi nie wyjawił, jaka to była choroba. Odkąd pamiętam, wychowywał mnie ojciec, a matka była zamknięta w pokoju gościnnym na klucz. Raz na tydzień przyjeżdżał pielęgniarz i lekarz, żeby sprawdzić, co się z nią dzieje, ale zawsze mówili, że nic się nie zmienia, a nawet robi się z nią gorzej. Godzinę przed północą, akurat w moje urodziny, trzynaste urodziny, ojciec został wezwany do morderstwa. I tak wybierałam się już spać, więc powiedziałam, że spokojnie może jechać. Więc pojechał, a kiedy odkryłam, że pokój matki jest otwarty, nic już nie zdążyłam zrobić. Poczułam ból, a potem straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, byłam w jej pokoju, leżałam na czymś mokrym, jak się później okazało, była to krew. Nie mogłam się ruszyć, zobaczyłam ją, jak przyglądała się zegarowi. Po chwili wybiła północ, a ona… Ona powiedziała, że rzuca na mnie klątwę, która zabierze moją duszę za dziesięć lat, i rozcięła mi żyły w prawej ręce.

Gdy skończyłam opowiadać, pokazałam Jennifer rękę.

– O Boże, Evelin… Nie sądziłam, że przeszłaś coś takiego. – Moja przyjaciółka posmutniała. – To dlatego nie chcesz mieszkać w Miami… Ale czemu uważasz, że wariujesz tak jak ona?

– Wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy… Coś próbuje mnie zabić, mąci mi w głowie…

Zamilkłam, dopiero kiedy zaczęłam o tym mówić na głos, uświadomiłam sobie, jak źle i niedorzecznie to brzmi.

– Wiesz… Uważam, że jesteś po prostu zmęczona i za dużo myślisz o wydarzeniach z przeszłości. Ludzie nie mają takich mocy, by rzucić na kogoś klątwę. Zanocuj dzisiaj u mnie. Wejdziesz śmiało w moje ciuchy, więc z tym nie będzie problemu. Teraz idź, weź prysznic. Tylko poczekaj, dam ci coś do spania.

Nic się nie odezwałam, tylko potakiwałam głową. Po paru minutach Jennifer wróciła z bielizną i piżamą. Wzięłam je i poszłam do łazienki. Jej mieszkanie, urządzone w typie studia, bardzo mi się podobało. Jedno wielkie pomieszczenie, które było kuchnią, salonem i sypialnią w jednym. Ściągnęłam z siebie ubranie i od razu weszłam pod prysznic. Ciepła woda przyniosła ulgę moim spiętym mięśniom. Oparłam czoło o drzwiczki kabiny prysznicowej i głośno westchnęłam. Co ja takiego zrobiłam, że właśnie tak kończę? Wariowałam… No bo jakie inne mogło być wytłumaczenie?

Po paru minutach stwierdziłam, że czas wyjść i się wytrzeć. Jennifer dała mi do spania czarną bluzkę na ramiączkach i króciutkie spodenki, ubrałam się i wyszłam z łazienki.

– Nalałam nam już po lampce wina i uprażyłam popcorn, powinnyśmy włączyć sobie jakiś dobry film. Najlepiej romans! – Jennifer uśmiechnęła się do mnie.

Byłam jej wdzięczna, że chce mi poprawić humor, lecz dzisiaj nie było na to szans. Już miałam się odezwać, gdy usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Serce zaczęło mi szybciej bić. Jennifer spojrzała na mnie niepewnie, ale po chwili otworzyła. Naszym oczom ukazał się dosyć wysoki, proporcjonalnie zbudowany mężczyzna. Jego czarne włosy były krótkie po bokach, a dłuższą grzywkę miał uniesioną w górę. Moją uwagę najbardziej przykuły jego szare, wręcz hipnotyzujące oczy. Jennifer uśmiechnęła się uwodzicielsko, jak to miała w zwyczaju, gdy spotykała mężczyznę, który jej się podobał.

– Witam, w czym możemy pomóc? – Jennifer znów się uśmiechnęła i można powiedzieć, że pożerała gościa wzrokiem.

– Ja do Evelin. Zmartwiłem się, zobaczywszy, że wybiega z mieszkania w piżamie. Domyśliłem się, że pobiegła do swojej przyjaciółki, więc przyszedłem sprawdzić, czy wszystko w porządku, i zabrać ją do domu.

Zamarłam, to był głos mężczyzny, który był w moim mieszkaniu. Nie mam jak uciec… I co teraz?

– Och… – odezwała się Jennifer. – A więc znasz Evelin?

– Nie przedstawiłem się. Jestem Viktor von Sharewood, przyjaciel Evelin z Miami.

– Jennifer Moon. – Podała mu rękę, a on ją ucałował. – Evelin nigdy mi o tobie nie opowiadała.

– Może dlatego, że rozstaliśmy się skłóceni, ale o tym Evelin zapewne któregoś dnia jeszcze opowie. Teraz zaprowadzę ją do domu.

Jennifer spojrzała na mnie.

– Chcesz z nim iść? – zadała proste pytanie. Ja jednak potrzebowałam czasu na odpowiedź.

– Ja… Nie wiem…

– Sądzę, że trzeba uważać na słowa – przerwał mi Viktor – gdy chce się kogoś chronić. Moja babka tak mawiała.

Uśmiechnął się do Jennifer, pokazując rząd białych zębów. Wiedziałam, co to znaczy. Ostrzega mnie, że może coś zrobić mojej przyjaciółce, jeśli z nim nie pójdę. Nie miałam wyboru.

– To dobry pomysł, bym wróciła do domu. Czy mogę iść w twojej piżamie? – powiedziałam drżącym się głosem.

Bałam się tego, co mogło się stać, gdy wyjdę, ale nie mogłam narażać na niebezpieczeństwo Jennifer.

– Mogę ci dać inne ciuchy.

– Nie trzeba, jest noc, raczej nikt nie zauważy. – Czułam, jak moje oczy powoli robią się mokre, miałam ochotę płakać, ale gdyby tak się stało, Jennifer na pewno by mnie nie puściła.

– Niech ci będzie, ale włóż też balerinki. – Jennifer podała mi buty i odprowadziła do wyjścia, przy którym stał Viktor.

– Jutro mamy wolne, więc do zobaczenia w piątek – powiedziałam łamiącym się głosem. W tym samym momencie Viktor zdjął swoją skórzaną kurtkę i ubrał mnie w nią. Nie mogłam protestować. Kiedy został bez kurtki, widać było, jak jest umięśniony.

– Trzymaj się, i zadzwońcie, jak dojdziecie do domu – pożegnała nas Jennifer.

– Miło mi było poznać, Jennifer Moon. – Viktor uniósł jej rękę i ją ucałował. – Mam nadzieję, że jeszcze nie raz na siebie wpadniemy.

Jennifer się nie odezwała, widać było po niej, że jest zachwycona Viktorem, jego wyglądem, głosem, manierami.

Wyszłam niepewnie z mieszkania i po chwili usłyszałam za sobą zamykające się drzwi.

Rozdział 3ZARĘCZYNY

Śmierć powinna być dla nas czymś oczywistym, żyjemy i umieramy, nikogo to nie omija. Nie powinniśmy się bać, bo przecież to coś naturalnego. Nie uciekniemy od tego ani nie przechytrzymy śmierci. Trzeba się z tym pogodzić i odejść, gdy przychodzi czas. Nieważne, jaka jest ta śmierć, czy jest gwałtowna, czy powolna… Trzeba odejść. Wiem o tym, wiem, że trzeba odejść, a postać Viktora idąca obok mnie skrupulatnie mi o tym przypominała. Nawet już nie będę próbowała uciec, znajdzie mnie. Boję się, boję się śmierci, boję się stąd odejść, boję się zostawić ojca, nie chcę tego…

Po policzku spłynęła mi łza, nie wytarłam jej śladów, nie miało to już sensu…

W końcu dotarliśmy do mojego mieszkania. Weszłam niepewnym krokiem i zatrzymałam się przy kanapie. Teraz łzy popłynęły mi z oczu całymi strumieniami. Nie mogłam ich powstrzymać, usiadłam na kanapie i płakałam jak dziecko.

Wtedy stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewałam. Viktor usiadł obok mnie, przytulił mnie tak, że moja głowa znalazła się na jego piersi, i delikatnie głaskał moje włosy. Nie opierałam się, nie widziałam w tym sensu, a płacz przynosił mi ulgę. Czułam się coraz bardziej zmęczona, a mężczyzna, na którego piersi spoczywała moja głowa, zdawała się znajoma. Poddałam się zmęczeniu i zasnęłam.

Znów ten sen. Wielka sala, dostojnie ubrani mężczyźni, kobiety w długich sukniach… To bal. I znów ja… Ubrana w tę niebieską suknię tańczę z kimś, a po chwili słyszę śmiech wszystkich gości. Mojego partnera już nie ma, jestem ja. Wszyscy się śmieją, widać, że mną gardzą. Kręcę się wokół siebie, by po chwili zobaczyć, że ten mężczyzna idzie w kierunku drzwi. Pierwszą moją myślą jest to, że nie mogę go stracić, więc biegnę do niego. To nie jest proste, wszyscy próbują mnie powstrzymać, drą moją suknię, próbują ciągnąć za włosy, zrywają mi biżuterię. Dlaczego to robią? Czy nie jest nam dane być razem? Nie chcę się na to zgodzić! Muszę go zawołać, muszę sprawić, by wrócił…

– Viktor…

Otworzyłam szeroko oczy, byłam w swoim pokoju. Dlaczego właśnie Viktor? Dlaczego to imię? Usiadłam na brzegu łóżka i przetarłam dłonią oczy. No właśnie, Viktor… Zerwałam się z łóżka, wpadłam do salonu, później do łazienki, nikogo nie było, w całym mieszkaniu nikogo nie było. Może to był sen? Skierowałam się do salonu i nagle poczułam ból w stopie, weszłam na szkło. No tak… Wczoraj rozbiłam kieliszek z winem, więc to nie mógł być sen. Pobiegłam do sypialni i przebrałam się szybko w pierwsze lepsze ciuchy, chciałam jak najprędzej zniknąć ze swojego mieszkania. Przy wyjściu w miseczce na klucze leżał wisior od Jennifer, założyłam go i wyszłam.

Wiedziałam, że to nie był sen i że nie ma już ucieczki, ale potrzebowałam na chwilę zapomnieć, choć na chwilę. Moją ucieczką było mieszkanie Jennifer. Idąc do niej, nie zwracałam uwagi na ludzi, po prostu szłam. W końcu znalazłam się przed jej drzwiami, zapukałam, a ona po chwili mi otworzyła.

– Och, Evelin! Cześć, wejdź.

Weszłam do środka i usiadłam na kanapie.

– Wybacz, że cię nachodzę, ale pomyślałam, że miło będzie tu przyjść. – Uśmiechnęłam się do niej delikatnie.

– Sama przyszłaś?

– T-tak… – odpowiedziałam z wahaniem, nie miałam pewności, czy zaraz ktoś się nie pojawi.

– To nawet lepiej, opowiesz mi o Viktorze. – Jennifer uśmiechnęła się, nalała nam po szklance soku i usiadła obok mnie, podając mi napój.

– C-co mam ci opowiedzieć? – Napiłam się soku, by ukryć zdenerwowanie, bo zupełnie nie wiedziałam, co miałabym jej powiedzieć.

– No cóż, jestem na ciebie zła. Nigdy mi nie mówiłaś, że znasz kogoś tak przystojnego, tak… Och! Nie ma słów, które by go opisały! On jest chodzącym bogiem! Gdzie go poznałaś? Co cię z nim łączy?