Druga śmierć Locke - V. L. Bovalino - ebook
NOWOŚĆ

Druga śmierć Locke ebook

V. L. Bovalino

3,0

80 osób interesuje się tą książką

Opis

Surowa, romantyczna i zapierająca dech w piersiach powieść Druga śmierć Locke porwie serca czytelnika i nigdy ich nie puści. – Tasha Suri, autorka powieści  Jaśminowy tron

Miłość. Lojalność. Poświęcenie.

Grey Flynn całe swoje życie oddała Kierowi.

Jest w stanie zrobić dla niego wszystko. Będzie jego mieczem na polu bitwy, jego uzdrowicielką i obrończynią. Drzemie w niej moc, z której Kier może czerpać bez końca. 

W czasie niebezpiecznej misji, której celem jest ochrona przedstawicielki wrogiego narodu, Grey i Kier zostają wciągnięci w sam środek niebezpiecznej wojny. To wtedy muszą zdecydować, jak wiele są gotowi poświęcić, by ochronić skrywany sekret.

Grey nie jest bowiem zwyczajnym źródłem magii, lecz spadkobierczynią zaginionej Wyspy Locke, skąd pochodzi wszelka moc. Jeśli ona zginie, wraz z nią unicestwiona zostanie cała magia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 634

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Walindor

Całkiem niezła

⭐️3/5
01



Tytuł oryginału: The Second Death of Locke

Copyright © 2025 by Victoria Bovalino

Copyright © for the Polish translation by Natalia Gawrońska-Miszuk, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca i prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Marta Chelińska

Korekta: Magdalena Białek, Anna Zientek

Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak

Grafiki użyte w layoucie: © Bitter, © duncan1890, © Cannasue | iStock

Oryginalny projekt okładki: Anna Moshak

Projekt mapy: Rebecka Champion | Lampblack Art

Ilustracje na wyklejce: Wioletta Rybak | Violarysuje

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68952-37-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Część pierwszaRęka i serce

Studnia bez Maga jest nikim. Jaki sens ma moc, jeśli nie można jej użyć? Samotna Studnia jest warta tyle, co zwykły żołdak, a niewytrenowana w walce i uzdrawianiu, jest jeszcze mniej użyteczna niż Zwyczajny.

Jeśli Studnia nie umie obronić swojego mistrza, to nie zasługuje na dzierżenie mocy.

Dzierżenie mocy, tom I, wydanie trzecie, poprawione Po Destrukcji (PoD)

Pierwszy

W Mecketer znów padało, gdy Grey szła przez obozowisko w stronę namiotu Dowódcy. Dopiero co się umyła i po raz pierwszy od wielu dni czuła się niemal nieskazitelnie czysta, kiedy Kier sięgnął do niej więzią i przekazał jej impuls. Tak rzadko się rozdzielali, że zwykle nie zakłócał jej wolnego czasu, a to wezwanie mogło oznaczać tylko jedno: potrzebował jej w jakiejś pilnej sprawie służbowej. Było zimno i nadal miała mokre włosy, związane w niedbały kok, z którego spływała jej woda na płaszcz, ale skoro Kier ją wzywał to… Cóż, musiała do niego dołączyć.

Nie powinni się rozdzielać i skrupulatnie przestrzegali tej zasady.

Grey z każdym krokiem stawianym na rozmokłej ziemi coraz bardziej czuła się, jakby toczyła bitwę z jakimś niewidzialnym przeciwnikiem i jakby splamione krwią jej wrogów i sprzymierzeńców błoto za wszelką cenę próbowało zagarnąć jej buty dla spoczywających pod nim trupów. Równie nieprzyjemne było drżące uczucie w klatce piersiowej i ściskanie w gardle — i wcale nie chodziło o  n e r w y.  Pozycja, którą zajmowali z Kierem, wymagała od nich pewnego rodzaju niezdrowej współzależności, o której Grey pozwalała sobie myśleć jedynie bardzo późnymi wieczorami, kiedy była pewna, że Kier już śpi.

Nie wiedziała, czy Kapitan odczuwał to samo podczas jej nieobecności, bo nigdy go o to nie pytała.

Grey wślizgnęła się do namiotu — a tak naprawdę do kilku, połączonych ze sobą niezwykłymi materiałowymi tunelami. Kiedyś pewnie miały kolor płótna, ale teraz od dymu z ognisk stały się brudnoszare, a na dodatek były skropione brunatnymi plamami błota. Nie cierpiała namiotów. Śmierdziały wilgocią i pleśnią, co było nieuniknione przez deszcz wsiąkający w sploty materiału. Ta woń zawsze przyprawiała ją o dreszcze. Podczas niektórych zadań zatrzymywali się w jednej z wielu starych fortec w Scaeli, gdzie otaczały ich blask świec i grube kamienne mury, a pod nogami mieli twardą podłogę. Ale w Mecketer nie mogli na to liczyć. Ich obozowisko nie znajdowało się nawet blisko miasta; stanowiło osobną jednostkę i mimo że przez większość wojny stało na granicy Lutharu i Scaeli, to zostało spalone i przesunięte zbyt wiele razy, żeby postawić w jego miejsce coś bardziej trwałego. Teraz istniało po to, żeby bronić szlaku z zaopatrzeniem, który zaczynał się w jednym z nadmorskich portów, ciągle zmieniającym swoją przynależność między dwoma wojującymi narodami.

Ach, czego Grey by nie oddała, żeby wrócić do jednej z fortec i mieć porządny dach nad głową… Czego by nie oddała za suche buty i cieplejszy płaszcz…

Gdy tylko weszła, sekretarz uniósł na nią wzrok. Na jego twarzy malowało się wyczerpanie. Tak naprawdę nie był sekretarzem, tylko Zwyczajnym obarczonym tą pracą albo młodym żołnierzem zbyt rannym, by przeprowadzać patrol. Wstał i skinął głową do Grey.

— Mogę ci w czymś pomóc, Ręko Kapitana? — zapytał znudzonym tonem, który sugerował, że przestało mu zależeć jakiś tuzin śmierci wcześniej.

— Mam dołączyć do Kapitana Sewarda — oznajmiła Grey.

Nie została wezwana przez Attis ani Concord, ale nie musiała. Skoro Kier tu był, to ona też powinna.

Sekretarz westchnął, ale poprowadził ją trzema przemoczonymi, zatęchłymi korytarzami i zatrzymał się dopiero przed klapą z wizerunkiem pieczęci Najwyższego Lorda Scaeli: otwartą dłonią ułożoną w gest pokoju na błękitnym tle. Mężczyzna wypiął pierś — Grey starała się nie doszukiwać drugiego dna w jego zachowaniu — i zawołał:

— Mistrzyni Attis, jest ze mną Ręka Kapitana Flynn!

Z drugiej strony nie dobiegł ich żaden odgłos. Mistrzyni Attis była potężna w zakresie magii podstawowej, a Studnia, z której pobierała moc, na tyle silna, że Attis umiała utrzymać dźwiękoszczelną tarczę tak długo, by większość jej spraw pozostawała bezpieczna, z dala od ciekawskich uszu. Mistrzyni była skrupulatna, a Grey to doceniała, mimo że z jakiegoś powodu ją przerażała.

— Wejdź — odezwał się wreszcie głos.

Grey szybko podziękowała sekretarzowi. Zauważyła, że kulał i przenosił ciężar ciała na lewą stronę — pomyślała o wysłaniu go do Leonie, ale uzdrowiciele i tak mieli już za dużo roboty.

Odsunęła klapę kolejnego namiotu i skinęła głową Mistrzyni Attis i jej Ręce, zanim weszła głębiej. Kiedy mijała tarczę, poczuła w uszach delikatny wzrost ciśnienia; musiała mocno się postarać, żeby nie zmarszczyć nosa albo nie potrzeć ucha.

Jak w większości innych namiotów w Mecketer, w środku praktycznie nie było mebli, a już na pewno nie było niczego, co można byłoby uznać za trwałe czy solidne. Po jednej stronie płonął otwarty koksownik wypełniony po brzegi jasnofioletowym magicznym płomieniem. Grey odprężyła się nieco dzięki emanującemu od niego ciepłu. Namiot był niewielkich rozmiarów. Znajdowały się w nim jedynie zakryty mapami stół, biurko i dwa krzesła. Attis siedziała wyprostowana jak struna na jednym z nich. Jej szpakowate włosy ściągnięte były w ciasny kok, przez co rysy jej twarzy wydawały się jeszcze bardziej surowe. Jej Ręka stała za jej plecami niczym niedopasowany cień. Drugie krzesło zajmował Kier. Mimo że też siedział sztywno jak Mistrzyni, coś w nim sprawiało, że wyglądał nonszalancko i niesfornie. Może chodziło o krzywiznę jego ust, a może o wiecznie zmierzwione włosy.

— Przepraszam, że rozpoczęliśmy bez ciebie, Ręko — powiedziała Attis, ani trochę nie brzmiąc na skruszoną.

Prawie w ogóle nie uniosła wzroku na Grey. Była bardziej skupiona na układaniu dokumentów na biurku niż na jej przybyciu.

Kimże jestem, aby was opóźniać?, chciała powiedzieć Grey, ale jej cięty język w przeszłości napytał jej już wystarczająco biedy. Irytowały ją błoto i nieustanna woń soli ze znajdującego się nieopodal morza, a Attis też wcale nie umilała jej dnia. To jeden z wielu powodów, dla których ten przydział drażnił Grey: musiała zachowywać swoje odczucia dla siebie, chyba że w zasięgu słuchu był tylko Kier. Mistrzowie zwykle mieli większe poczucie humoru, jako że czekały ich albo brutalna śmierć, albo nieskończenie wiele bitew.

Grey skłoniła krótko głowę i skupiła się na Kierze. Szybko objęła go spojrzeniem, jak zawsze, kiedy spotykali się po jakiejkolwiek rozłące. To było jedno z jej wywołanych nerwami przyzwyczajeń. Znała wygląd Kiera na pamięć, jak swoje własne odbicie: różne odcienie piwnego w jego tęczówkach; głęboki brąz jego włosów, które od soli w powietrzu były teraz bardziej pokręcone niż zazwyczaj (tak jak wtedy, gdy byli dziećmi); jego skórę, która zawsze po spędzeniu czasu na słońcu nabierała mocniejszego oliwkowego odcienia (teraz nie, bo w Mecketer rzadko kiedy można było uświadczyć słońca, przez co Kier, który uwielbiał je tak samo mocno jak ono uwielbiało jego, był nietypowo blady). Znała kształt jego pełnych warg, krzywą linię nosa i cień, jaki rzucały rzęsy na jego kości policzkowe.

Nic nowego nie złamał. Nie było widać żadnych ran poza zadrapaniem na szczęce, którego dorobił się podczas zeszłotygodniowej potyczki.

Grey stanęła za nim, a jego ramiona się nieco rozluźniły, jak zawsze, gdy miał ją u swojego boku.

Była to wyćwiczona poza Magów i ich Rąk, zwanych również Studniami. Grey trzymała dłoń na lewym ramieniu Kiera, lekko zginając palce tak, że ich czubki delikatnie dotykały kołnierza jego płaszcza. Oddanie i obrona. Wierność i moc. Wszystko w jednym.

— Tak jak mówiłam, nie będzie łatwo — odezwała się Attis.

— Rzadko kiedy jest — wtrącił Kier łagodnym głosem, który nijak nie oddawał tego, jakie potrafił siać zniszczenie. Niewielka część Grey, która nadal drżała z nerwów, natychmiast się uspokoiła. — Ale proszę, kontynuuj.

Grey przebiegła wzrokiem po dokumentach na biurku Attis. Większość stanowiły mapy: opatrzone strzałkami, z zaznaczonymi przegranymi i zwycięstwami, pokazujące, jak rozstawiona jest na granicy scaelijska armia. Główną mapę stanowiły narody tworzące państwo — Idistrę. Grey przeniosła spojrzenie na róg mapy. Widziała oznaczone walki toczone między nimi (Scaelą) a Cleoc Stratą na północy, Eprainem na wschodzie i Lutharem na południu. Na zachodzie, na granicy z Nestrią, panował spokój. Na szczęście ich nowy władca nie gustował w brutalnych walkach, ale kto wie, czy kiedyś nie zmieni zdania.

Po sekundzie Grey sie zorientowała, że pergamin między Kierem a Attis to kolejna mapa, kiepsko narysowana i oznaczona niechlujnym pismem. Była o wiele mniejsza od pozostałych. Grey nie nachyliła się bliżej, żeby się jej przyjrzeć — to nie był jej interes. Myślenie nie należało do jej obowiązków. Strategia również.

Grey była Studnią, a do tego Ręką Kiera, co oznaczało, że podlegała tylko jemu. Miała dwa zadania: pierwsze — karmić swojego Maga mocą, której potrzebował do władania magią. Drugie — za wszelką cenę utrzymać go przy życiu. W przeszłości z posady Ręki zwalniała tylko śmierć. Wcześniej odgrywanie takiej roli wymagało rytuału złączenia, ale ta praktyka została porzucona, a niedawno nawet zakazana.

— To ich trasa — powiedziała Attis, przesuwając palcem wzdłuż oznaczonej krawędzi. Ewidentnie byli już w środku rozmowy, która ominęła Grey. — A tu jest nasz cel. Podróżuje z zastępem osiemnastu Magów…

Co oznaczało też osiemnaście Studni, bo w systemie idistrańskiej magii jedno nie mogło działać bez drugiego. Attis nie wspomniała o nich, a Grey nie mogła przestać uciekać wzrokiem do jej Ręki.

— Wygląda na to — ciągnęła Mistrzyni — że śpią na zmianę, by nie musieć się zatrzymywać. Mają cztery identyczne powozy, a każdy z nich jest jednakowo broniony. Najmilej widzianym rozwiązaniem byłoby kompletne zdziesiątkowanie ich oddziału. To rozkaz od Najwyższego Lorda.

Kier nawet się nie wzdrygnął. Po wielu latach takiej pracy nie było w tym nic dziwnego. Grey straciła rachubę, ile żyć odebrali, tym bardziej że krew lała się w każdym starciu, w którym brali udział.

— Eksterminacja może być problematyczna — oświadczył Kier. — Ilu ludzi mam zabrać ze sobą?

— Cały twój oddział, Kapitanie.

Wydał z siebie cichy odgłos zaskoczenia.

— Wszystkich?

— Rozkazy Najwyższego Lorda.

Grey nie zorientowała się, jak mocno wbija palce w ramię Kiera, dopóki ten subtelnie go nie obniżył, dając jej znak, że za bardzo się spina.

Na Idistrze zawsze było więcej Studni niż Magów, ale przez ciągłe wojny i słabnącą moc ich liczba zmniejszyła się jeszcze bardziej — nawet w Scaeli, narodzie, w którym moc była najsilniejsza, kiedy wszystko się zmieniło.

— Biorąc pod uwagę ostatni spis Studni, nie wydaje mi się, żeby to była dobra strategia… — wyrwało się Grey.

— Rozsądniej byłoby zostawić część naszych Studni w obozowisku — zgodził się Kier, biorąc na siebie odpowiedzialność za jej zuchwałość i gładko odciągając uwagę od jej błędu.

Grey poczuła szarpnięcie łączącej ich więzi — impuls nakazujący jej ostrożność — i zacisnęła usta w cienką linię. Mimo że Kier traktował ją jak równą sobie, wielu innych Magów postrzegało Studnie jako podwładne.

Oczywiście wiedziała, co powiedziałby Kier, gdyby byli tu sami: Jeśli będziesz dalej kwestionować decyzje zwierzchnictwa, ściągniesz na siebie niepotrzebną uwagę. Na co odpowiedziałaby jak zwykle: Zawsze przyciągamy uwagę. To twoja wina, bo jesteś tak nieprawdopodobnie cudaczny. On wówczas z pewnością by odparł: Chyba nieprawdopodobnie cudowny.

Attis pokręciła głową, piorunując Grey ostrzegawczym spojrzeniem, po czym z powrotem przeniosła wzrok na Kiera.

— Nie każda specjalizacja jest tak rozwinięta jak twoja. Każdemu Magowi w twoim oddziale musi asystować Ręka. Do tego macie wziąć wystarczająco Zwyczajnych do obrony. Nie zamierzam ryzykować, że się wam nie powiedzie.

Kier nie zaprotestował, ale Grey wiedziała, co sobie myślał. W czasach, kiedy magia była silna we wszystkich narodach Idistry, Magów ograniczała jedynie moc ich Studni. Ale teraz wszystko się zmieniło — wszystko stało się słabsze. Umiejętności Magów były jeszcze bardziej ograniczone. Magowie wnętrza — ze zdolnościami manipulowania ciałem i kośćmi — mieli specjalizację: część ciała, na którą mogli wpływać swoją mocą u wrogów. Za to Magowie rzemieślnicy mogli działać tylko w jednym rodzaju surowca, na przykład metalu czy drewnie. Kiedy Grey pracowała jeszcze jako uzdrowicielka w scaelijskiej armii, widziała szeroki wachlarz ich zabójczych możliwości: ofiary Magów, którzy mogli odciąć dopływ powietrza do płuc i zostawiali zmarłych z sinymi wargami i upiornym wyrazem twarzy; ofiary Magów ciała, którzy potrafili zaszyć usta nicią ze skóry, którą Grey musiała przecinać wąskimi ostrzami, ubabrana krwią po łokcie; ofiary Magów kości, którzy umieli unieruchomić komuś szczęki i łamać gnaty samym spojrzeniem. Choć specjalizacje w manipulowaniu organami wewnętrznymi były rzadkie, to kiedy już się pojawiały, ich możliwości były zatrważające.

Może specjalizacja Kiera w kontrolowaniu serca była lepsza. Zadawali szybką śmierć. Oczywiście taka moc miała swoje ograniczenia — pełne oderwanie aorty pochłaniało tyle mocy z jej studni, że mogli przeprowadzić tylko dziesięć takich egzekucji na godzinę, może dwanaście przy pomyślnych wiatrach. Ale istniały inne sposoby na zranienie serca. Inne sposoby na upewnienie się, że wróg nie będzie w stanie walczyć. Mimo że specjalizacja Kiera dotyczyła bezpośrednio mięśnia, to miał jeszcze inne, podstawowe zdolności magiczne.

— Będą jechać tym traktem kupieckim. Jeśli przewiozą cel przez rzekę do Lutharu, już go nie odzyskamy. Rozumiesz, Kapitanie Seward?

— Doskonale — odparł Kier, patrząc z niezadowoleniem na mapę.

Całe szczęście, że wszystko pojął, bo Grey zrozumiała tyle, co nic. Posłała impuls wzdłuż więzi. Nie mogli formułować przez nią pełnych zdań, ale byli partnerami wystarczająco długo, żeby Kier umiał czytać jej zamysł przez emocje, które mu posłała, i odpowiadać w ten sam sposób. Wyłapał jej ciekawość i z łatwością ją odczytał.

— A czym dokładnie jest nasz cel?

— Nie kłopocz się tym, Kapitanie.

Na chwilę zapadła cisza. Grey wolałaby widzieć jego twarz zamiast wyobrażać sobie jego minę, wpatrując się w tył jego głowy.

— Mistrzyni Attis, z pewnością… rozumiesz, że nie mogę odzyskać celu, jeśli nie wiem, czym on jest — powiedział w końcu ostrożnie Kier.

Kolejna chwila milczenia. Grey trzymała oczy utkwione w przestrzeni przed sobą, jej mina nie wyrażała żadnych emocji. Starała się odgrywać rolę idealnej Ręki; takiej, która pasowałaby do statusu Kiera. Po drugiej stronie Ręka Attis zachowywała się tak samo. Nazywała się Mare Concord i miała trzydzieści osiem lat. Służyła jako Ręka Mistrzyni od osiemnastu — wystarczająco długo, żeby kierować się jej myślami, a nie własnymi. Grey poznała ją dwa lata temu, kiedy Mare została ranna i potrzebowała uzdrowiciela.

— Jak go zobaczysz, to się zorientujesz — powiedziała zdawkowo Attis. — To wszystko, co musisz wiedzieć. Wyruszysz przed świtem. Zrozumiano?

Cisza. Grey wiedziała, że Kier chciałby dalej naciskać, ale ma świadomość, że nie powinien. To ich właśnie różniło — on wiedział, kiedy powiedzieć „stop”.

— Tak, Mistrzyni — odparł.

— Dobrze — oznajmiła Attis, odbierając kolejny dokument od swojej Ręki i przechodząc do następnego zadania. — Możecie odejść.

Na ułamek sekundy oczy Mare spotkały się ze spojrzeniem Grey, która pamiętała, jak wyglądała skóra Ręki Mistrzyni, kiedy do niej trafiła. Była szarobiała od utraty krwi. Jej wargi były popękane i spierzchnięte, gdy piła z kubka, który Grey trzymała jej przy ustach. Mare straciła przytomność, kiedy Grey zszywała jej wątrobę, ale gdy przeszła do zewnętrznej rany, środek znieczulający puścił i Mare się przebudziła. Miała puste, zmarniałe spojrzenie, kiedy Grey zaszywała poszarpaną ranę na jej żebrach. Grey pamiętała, co Mare powiedziała jej na koniec, zaciskając zakrwawioną dłoń na jej nadgarstku: Uciekaj. Teraz. Jak najszybciej możesz. Oni nigdy nie potrzebują cię tak bardzo, jak ty potrzebujesz ich. Odpowiedziała jej wtedy, że Kier jest inny, na co Mare obdarzyła ją pełnym współczucia matczynym spojrzeniem, od którego Grey ścisnęło się serce. Oni wszyscy są tacy sami.

Mare udało się ozdrowieć i dzięki starannej opiece Grey nie dostała żadnej infekcji. Tamtej nocy, gdy Grey wróciła do kwatery swojej i Kiera, nie spała jeszcze długo po tym, jak jego oddech się wyrównał, i wpatrywała się w jego oblicze.

Zginiemy w tej zbroi, powiedziała jej Mare, trzymając jej nadgarstek w śliskiej od krwi dłoni. Umrzemy pod chorągwią Scaeli. I za co?

Za to, co zrobili Locke. Grey tego nie powiedziała, mimo że głębokie przekonanie o tym dudniło jej aż w kościach.

Po odprawieniu Kier wstał, więc Grey wyrwała się ze szponów wspomnień i pospieszyła za nim przez namiot i kolejne tunele na zewnątrz. Trzymała się tak blisko, jak mogła — nie dopasowywano Magów i Studni przez wzgląd na długość ich kroku, choć możliwe, że warto byłoby wziąć to pod uwagę — kiedy wyszli na hałaśliwe obozowisko.

— Kier… — zaczęła.

— Poczekaj — powiedział, nie odwracając się.

Nie musiał. Znała jego głos tak dobrze, że zdołałaby usłyszeć jego słowa, nawet jakby wypowiedział je szeptem w środku walki.

Zatrzymali się przy jednym z ognisk, żeby wziąć gorącą herbatę i jedzenie, a potem pospieszyli do swojego namiotu z kieszeniami wypchanymi chlebem, serem i suszonym mięsem oraz z gorącymi napojami w dłoniach. Kiedy mijali infirmerię, Grey nie potrafiła wyłączyć się na krzyki bólu rannych. Aż świerzbiły ją ręce, żeby rzucić się do pomocy, ale nie zrobiła tego. Leczenie nie było jej obowiązkiem, odkąd sześć lat temu została odwołana ze stanowiska uzdrowicielki i wyznaczona na Rękę Kiera. Nadal pomagała w szpitalu w wolnym czasie, ale oboje z Kierem ostatnio mało spali, a z przeprowadzonej właśnie rozmowy wnioskowała, że dziś w nocy również nie zaznają odpoczynku. Parła więc do przodu.

Przecięli obozowisko, mijając morze twarzy; różniły się między sobą, ale wszystkie łączyło jedno — wyczerpanie i długotrwałe pobitewne osłabienie. Tak jak i w całej Idistrze, w Scaeli ludzie nie mieli tych samych cech wyglądu. Tysiąc lat temu ziemia była niezamieszkana, dopóki nie przybyły pierwsze statki, a wraz z nimi magia. Zanim wybuchły wojny, poszczególne narody były znane z rybołówstwa, włókiennictwa i handlu z północą. Niemal wszyscy mieszkańcy Scaeli posiadali korzenie z innych krajów, a ich wygląd to odzwierciedlał. Sama Grey była istną mozaiką: wśród jej przodków musieli być obywatele Lindanu i Ruskayi, a co ważniejsze — stare rody, które dotarły na wyspę i posiadły jej magię. Chłodna szarość jej oczu, bladość skóry i ciemny brąz włosów sprawiały, że wtapiała się w tłum żołnierzy z całej Scaeli. W przeciwieństwie do tych z wybrzeża, na którym dorastała, gdzie większość mieszkańców wywodziła się od izbetańskich i marouszańskich handlarzy o ciepłym odcieniu skóry jak Kier.

Kiedy wrócili do namiotu, odprężyła się. Zawsze tak było, gdy zostawali tylko we dwójkę — wszelkie ceremoniały schodziły na drugi plan i w końcu nie musiała  m y ś l e ć. 

Jak zwykle spokojny Kier odpiął zapięcie na jej szyi i pomógł jej zdjąć płaszcz, po czym powiesił na nim swój. Przesunął piecyk pomiędzy ich prycze i złapał jej dłoń, żeby w nim rozpalić. Grey poczuła czerpanie, uszczypnięcie, a potem strumień ciepła wzdłuż kręgosłupa. Kier nie musiał jej dotykać, żeby użyć jej mocy, ale zawsze było łatwiej, kiedy ich ciała były w kontakcie — w ten sposób zużywał mniej swojej i jej energii. Gdy byli sami, nie było sensu czerpać mocy bez dotykania. Bo komu by to przeszkadzało?

Ściągnęła buty i ustawiła je obok swojej pryczy. Kier przesunął się, żeby zrobić jej miejsce na swoim łóżku, i podniósł koce ze swojego posłania, żeby ją otulić. Grey wgramoliła się pod nie i usiadła ze skrzyżowanymi nogami, czując, jak jej kolana ogrzewają się od ognia. Lewy bok Kiera przylegał do jej prawego. Kier przyciągnął też bliżej mały stoliczek, żeby mogli postawić na nim herbaty i jedzenie.

— No więc? — zapytała.

Kier wydał z siebie niski dźwięk, ale jego spojrzenie było odległe. Grey szturchnęła go ramieniem, a on podał jej kawałek sera i chleba, jakby chciał powiedzieć: Jedz, potem pogadamy.

— Nie podoba mi się ta misja — powiedział wreszcie. — Mam złe przeczucie.

— Dlaczego?

— Chociażby przez Najwyższego Lorda. Jego zaangażowanie nie może oznaczać nic dobrego.

Grey przygryzła wargę. Miał rację. Kier i Grey walczyli na południowej granicy przeciwko Lutharczykom, a Najwyższy Lord — Scealan, nazwany po swoim narodzie zgodnie ze zwyczajem wszystkich narodów Idistry — był na północnym wschodzie. Skoro to on wydał rozkaz, to ich misja musiała być  w a ż n a. 

Grey podzielała obawy Kiera. Ona, on i jego brat, Lot, dorastali w wiosce na północno-wschodnim wybrzeżu Scaeli, blisko stolicy i siedziby Najwyższego Lorda. Minęło wiele lat, odkąd musiała przejmować się obecnością Scaelana w jej życiu.

— To znaczy, że ci ufa — powiedziała.

Kier spojrzał na nią z ukosa.

— Co oznacza, że zostaliśmy  z a u w a ż e n i. 

— To nie musi być coś złego — oznajmiła stanowczo.

— A  t y  mi ufasz? — zapytał, co było najbardziej bezsensownym pytaniem, jakie kiedykolwiek jej zadał.

— Dozgonnie — odparła.

Patrzyła, jak jego palce rozrywają chleb. Były długie i całe w bliznach. Na środkowym palcu prawej dłoni nosił srebrny pierścień, mimo że nie powinien, biorąc pod uwagę stale majaczące na horyzoncie ryzyko bitwy. Kiedyś należał do Lota, zanim zginął w bitwie przeciwko Eprainowi.

Kier westchnął, odkładając zmasakrowaną skórkę chleba, po czym otrzepał okruszki nad ogniem.

— Boję się tego zadania. Mam przeczucie, że… Nie wiem, Grey. Nie podoba mi się.

Kiedy wymówił jej imię, zamarła. Robił to tak rzadko, że odruchowo palnęła:

— Nie wiedziałam, że zyskałeś zdolność jasnowidzenia, kiedy się myłam.

Tyle wystarczyło, żeby wywołać u niego lekki uśmiech. Grey przyglądała się badawczo jego twarzy i zmarszczkom, które niedawno się na niej pojawiły. W zeszłym roku zaczął siwieć na skroniach, a ona na wspomnienie tego, jak mu przez to bezlitośnie dokuczała, czuła teraz bolesny ścisk żołądka. Jako dwudziestosześciolatek był jednym z najmłodszych Kapitanów w Scaeli, a ona nienawidziła tego, że stres związany z codziennymi obowiązkami skutecznie go postarzał.

Kier zmarszczył czoło.

— Nie podobała mi się też mina Attis… A na jej biurku leżało coś jeszcze. Wiem, że nie powinienem był tego czytać, ale i tak to zrobiłem.

Grey szturchnęła go ramieniem.

— Kierze Seward, ty szarlatanie. Czytanie prywatnej korespondencji Mistrzyni? To nie w twoim stylu.

Jego usta wygięły się w uśmiechu, jednak nie na tyle szerokim, by sięgnąć jego oczu.

— Wygląda na to, że Luthar odkrył coś, dzięki czemu  w y d a j e   i m   s i ę,  że mogą stworzyć więcej Studni. Zwalczyć wygasanie. Jeśli faktycznie tak jest, jeżeli mogliby przywrócić źródło mocy, to cóż… Rozumiem, dlaczego Najwyższy Lord się zaangażował.

Grey na chwilę zesztywniała. Kier bacznie ją obserwował, śledząc jej mimikę, więc wyłapałby najmniejszą oznakę niepokoju. Nie pozwoliła sobie na nią.

— Jedyny sposób na odnowienie źródła mocy — powiedziała — to znalezienie dziedzica Wyspy.

— Wiem — odparł Kier.

Grey bawiła się skrajem swojego koca. Nie chciała myśleć o tym, co by było, gdyby znaleźli dziedzica Wyspy Locke. Był to wyczyn, który od dawna uznawano za niemożliwy.

Szesnaście lat temu ktoś zaatakował Wyspę, która była źródłem mocy wszystkich pięciu narodów, i zrównał ją z ziemią. Albo została zniszczona, albo zatonęła w odmętach wody, co zniszczyło kruchy pokój między narodami. A kiedy Scaelijczycy otrzymali list od Severina z Locke, podpisany jego prawdziwym imieniem — co oznaczało, że dziedzic przetrwał eksterminację — rozpoczęło się polowanie.

Grey pamiętała patrole w wioskach, scaelijskich żołnierzy przesłuchujących każdego chłopca między dwunastym a dwudziestym rokiem życia, tak na wszelki wypadek. Pamiętała jeden z sześciu razy, kiedy przyszli po Lota, i jego nieobecne spojrzenie, gdy wrócił z przesłuchań późną nocą. Pamiętała, jak wraz z Kierem podsłuchiwali pod drzwiami, gdy jego mama cicho odpowiadała na pytania Lota o wojnę: Dlaczego mnie przesłuchiwali? Bo mieścisz się w wybranym przedziale wiekowym. Kogo szukają? Jedynej osoby, która może zakończyć tę wojnę — nawet jeśli jest dzieckiem. Co by mi zrobili, gdybym się nim okazał? Co mu zrobią? Nie wiem, kochanie. Nie wiem.

Taka była nieprzyjemna prawda, która leżała u podstaw wojny między narodami tworzącymi Idistrę. Wyspa Locke zawsze stanowiła źródło mocy dla pozostałych narodów: Scaeli, Cleoc Straty, Nestrii, Eprainu i Lutharu. Jako fundament potęgi zaopatrywała Studnie tych narodów w moc potrzebną Magom do czerpania.

Nikt nie wiedział dokładnie, dlaczego i jak została zniszczona Locke ani który naród za to odpowiadał. Jednak jedno było pewne: jako że Wyspa nie istniała i czerpanie ze źródła było niemożliwe, w Idistrze od szesnastu lat nie urodziła się żadna Studnia.

Kier upierał się dalej.

— No chyba że znaleźli inny sposób. Może jakiegoś przodka, którego łączą z dziedzicem więzy krwi? Zapomnianego kuzyna?

— Wątpię, żeby magia tak działała — powiedziała wprost Grey. — Połączenie, jakie miałby taki zaginiony kuzyn z Wyspy, byłoby za słabe, żeby ożywić moc, która przepadła.

— To może ktoś bliższy rodowodem? Bękart?

— Wszyscy z Wyspy zostali zabici. — Grey ostrym tonem ukróciła jego rozmyślania.

Każdy z narodów miał swój własny sojusz z Locke, a Scaela była związana z Wyspą przez krew i przysięgi. Scaelan ruszył na wojnę pierwszy, żeby odkryć losy zaginionego spadkobiercy Locke. Pierwszą bitwę rozpoczął z Eprasem w poszukiwaniu kuzyna z krwią Locke. Potem zaczął walkę z Nestrianem za zabicie siostry Lady Locke po zniszczeniu Wyspy. Dalej było już tylko kwestią czasu, zanim Cleoc Strata i Luthar ruszyły do bitwy.

Kier milczał przez długą chwilę.

— Nie lubię sobie o tym przypominać.

Tak naprawdę nie dało się o tym zapomnieć, jako że to właśnie z tego powodu trwała wojna. Ale Grey i tak odpowiedziała:

— Wiem.

— W takim razie musieli znaleźć dziedzica — powiedział Kier, obracając obrączkę na palcu. — To jedyne wyjaśnienie.

— Może i tak.

Wzruszył ramionami.

— Nie mnie się o to martwić. Ty też nie zaprzątaj sobie tym głowy. Odbijemy to, co trzeba, a potem będziemy myśleć, co dalej. To daremny trud, ale skoro Attis uważa, że jesteśmy w stanie na tym zyskać, to niech to chociaż wpłynie dobrze na naszą reputację. Może potem przeniosą nas w jakieś lepsze miejsce.

Grey uniosła ręce do jego skroni i przesunęła palcami po srebrnych kosmykach i ciemnych, grubych włosach. Przydałoby mu się strzyżenie — od wielu tygodni bronili granic, bo Luthar napierał, żeby zyskać szlak handlowy, który prowadził przez most nad rzeką, zawijał na ich stronę i ciągnął się aż do portu. Kier sprawował pieczę nad sześćdziesięcioma innymi szlakami (choć zawsze powtarzał: Ty sprawujesz taką samą władzę jak ja, a ona kwitowała to śmiechem), więc to normalne, że strzyżenie włosów było ostatnim, o czym myślał. Gdyby Grey była lepszą Ręką, zajęłaby się tym. W torbie miała odpowiednie narzędzia, ale mimo że czuła się w obowiązku coś z nimi zrobić, to lubiła uczucie zbyt długich pofalowanych kosmyków między swoimi palcami.

— Attis dała nam takie zadanie, bo wie, że mu podołamy — oświadczyła.

Kier westchnął.

— Dała nam je, bo jesteś najlepszą Studnią, jaką mamy, i wreszcie to do niej dotarło. Choć pewnie nie może zdzierżyć tego, że jesteś silniejsza od Concord.

Grey wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.

— Nie przejmuj się tym, Kapitanie — odrzekła w końcu. A potem, jako że istniały obowiązki, których  f a k t y c z n i e  musiała dopilnować, żeby utrzymać go przy dobrym zdrowiu, wskazała dłonią resztki chleba, nakazując: — I jedz.

Kier się skrzywił, ale jej usłuchał.

Wojna trwała już niemal dwie dekady, a niepokój towarzyszył im dłużej niż którekolwiek z nich było na tym świecie. Wcześniej, kiedy Locke istniała jako neutralne terytorium, sześć narodów Idistry żyło w pokoju, tak jak narody na kontynencie. Grey nie pamiętała już, jak to wyglądało.

Jej rodzice i brat zginęli podczas wojny. Trzymając się scaelijskiej tradycji, osierocona dziewczynka, którą morze wyrzuciło na brzeg w ponury dzień, znaleziona na wpół zagłodzona i zdziczała w lasach, została darowana wdowie wojennej. Ci, którzy zapoczątkowali tę tradycję, liczyli na to, że złagodzi to stratę wdów i rozwiąże problem sierot, dając im dom, pomimo że opiekunów wyraźnie brakowało. Nowa opiekunka Grey miała osiemnaście lat, była świeżo po ślubie i niemal od razu straciła męża. Ledwo dawała radę zająć się samą sobą, a co dopiero pogrążonym w żalu dzieckiem.

Całe szczęście miła para, która mieszkała obok Imarty, miała dwóch synów niewiele starszych od Grey i dodatkowe miejsce w sercu dla dwóch zagubionych dziewczyn. Grey nie pamiętała swoich pierwszych dni w domu Imarty poza kilkoma szczegółami: jak mama Kiera mieszała zupę w wielkim garze, a druga wiązała Grey buty i upewniała się, że dobrze się trzymają; jak starszy z chłopców na początku źle usłyszał jej imię i potem wołał na nią Grape1; jak spała przytulona do Imarty, ledwie dając radę przetrwać noc bez krzyku; jak przeglądała stertę używanych koszul, a młodszy z chłopców zerkał na nią znad stołu.

Cieszyła się, że pamiętała ich pierwsze spotkanie. Cieszyła się, że pamiętała, jak to było nie znać Kiera, chociażby dlatego, że dzięki temu lepiej rozumiała, dlaczego była taka zagubiona, kiedy nie było go obok. Znali się bardzo długo, a ich losy splotły się mocniej niż korzenie rosnących obok siebie drzew. Kier stał się tak nieodłączną częścią magii, że czasami miała problem z odróżnieniem, które z nich wyczuwa.

Może takie było przeznaczenie. Samospełniająca się przepowiednia. Sama nie mogła władać magią, ale dzięki Kierowi zbliżyła się do niej tak mocno, jak to możliwe.

Był już późny wieczór, kiedy znowu zostali sami. Mieli za sobą omawianie strategii na zasadzkę z oficerami oraz rundkę sparingu.

Obolała i zmęczona Grey położyła się na plecach na drapiącym dywanie, który chronił podłogę namiotu przed błotem. Zrzuciła z siebie płaszcz i większość warstw, zostając w dopasowanych spodniach i przylegającym podkoszulku. Wpatrywała się przed siebie, obserwując ruch tkaniny namiotu na wietrze.

Kier skończył ostrzenie swojego miecza i usiadł obok niej. Kiedy oplótł dłonie wokół jej łydek i zaczął masować spięte mięśnie, wydała z siebie dźwięk, który graniczył z nieprzyzwoitością. Odpowiedział jej jego cichy śmiech. Zacisnęła sobie dłoń na ustach, żeby nie wydostało się z nich nic więcej, przez co będzie musiała ze wstydem i haniebnie zrezygnować ze swojej pozycji i najpewniej uciec ze Scaeli.

— Obróć się na brzuch — szepnął Kier.

Grey zacisnęła usta, ale zrobiła, jak kazał. Zsunęła ramiączka podkoszulka, a Kier pomógł jej ściągnąć go do pasa, odkrywając jej plecy. Zadrżała i ułożyła głowę na przedramionach. Kier zajął pozycję nad nią i położył jej dłonie na plecach. Kłopot w bezustannym czuwaniu nad nim i bronieniu go za wszelką cenę był taki, że odbijało się to na jej ciele. On przynajmniej, w przeciwieństwie do większości Magów, starał się jak mógł, żeby okazać jej swoją wdzięczność.

— Spróbuję rozmasować spięcia — powiedział, wbijając knykcie w dolne partie jej mięśni. — Jesteś  p e w n a,  że nie istnieje nic, co mogłoby stworzyć Studnię, tak?

— Wiem tyle, co ty — odparła Grey.

— To kłamstwo, bluźnierstwo i pomówienie.

Westchnęła.

— Nie. Nie ma niczego, co mogłoby  s t w o r z y ć  Studnię.

Przygryzła wargę. Rozproszył ją jego łagodny dotyk, kiedy przesuwał palcami w górę jej kręgosłupa. Kiedy dotarł do ramion, które były zbyt spięte i sztywne, wrócił do masowania. Przez chwilę milczał, zastanawiając się, po czym powiedział:

— A może to coś z innego systemu? — Idistrańska magia działała tylko przy połączeniu Maga i Studni, ale inne systemy magiczne tego nie wymagały. — Na przykład kamień?

—  K a m i e ń?  — zapytała Grey, odwracając głowę, żeby na niego spojrzeć.

Posłał jej uśmieszek i… O rany. Zwykle udawała, że Kiera i jej nie łączy nic ponad przyjaźń, ale czasami trudno jej było ignorować ucisk w piersi.

— Albo eliksir? — zaproponował.

— Kiernanie Seward, jeśli ryzykujemy naszym życiem dla kamienia albo eliksiru, to zostawię ciebie oraz to przeklęte obozowisko i zdezerteruję.

Zaśmiał się, przesunął dłonie na jej talię i lekko je zacisnął. Grey przygryzła wargi, żeby nie jęknąć.

— Nie zostawiłabyś mnie — powiedział.

Zamknęła oczy, chowając twarz w zgięciu łokcia. Nie, nie zostawiłaby. Ale może kiedyś to zrobi. Jej sercu z pewnością byłoby lżej.

— To pewnie błąd — oznajmił.

Przez ułamek sekundy myślała, że mówi o tym, co robią, i zamarło jej serce. Chociaż trzeba przyznać, że okazywanie uczuć i troska o jej ciało nie były u niego czymś niespotykanym.

— Liczą na łut szczęścia — dodał.

— Być może — przyznała Grey.

Wrócił do masowania, a cisza między nimi narastała. Grey się poruszyła, siląc się na subtelność, bo może na niego to nie wpływało, ale ona zdecydowanie reagowała na jego dotyk i chyba umarłaby ze wstydu, gdyby to odkrył.

No chyba że odwzajemniał jej uczucia. W takim przypadku byłoby dobrze, gdyby to teraz zauważył, coś zrobił, przekroczył granicę, której ona nigdy by nie przekroczyła, nie mając pewności co do jego uczuć. Jednak fakt, że w takiej sytuacji  n i e   p r z e k r o c z y ł  tej granicy, mówił sam za siebie.

— Miałaś koszmar zeszłej nocy — powiedział znikąd.

Obróciła się na plecy, zasłaniając piersi ręką i mrużąc na niego gniewnie oczy. Kier podniósł się, żeby dać jej się swobodnie ruszyć. Jeśli widok jej półnagiej pod nim go poruszył, to nie dał tego po sobie poznać.

Pochylił się i poprawił jej włosy, by na nich nie leżała, a potem skupił się na ręce, którą nie zasłaniała biustu, i zaczął masować jej prawe przedramię. Oczywiście po wielu wspólnie spędzonych latach doskonale się orientował, które mięśnie bolą ją najbardziej.

— Przepraszam, że cię obudziłam — powiedziała.

— Nie szkodzi — odparł Kier, nie dbając o wszelkie niedogodności, których mu nastręczała. — Co ci się śniło?

Grey odchyliła głowę do tyłu, znów wpatrując się w namiot.

— Nie pamiętam.

Dźgnął ją palcem w brzuch.

— Co? Mówię poważnie.

—  F l y n n  — westchnął i odsunął jej kosmyki z twarzy.

Grey odepchnęła jego rękę i podciągnęła podkoszulek na piersi. Tym razem Kier spuścił nieco wzrok, ale tylko na sekundę, po czym szybko go odwrócił, przełykając ślinę.

— Zawsze wszystko pamiętasz — powiedział cicho.

Ale nie chcę tego pamiętać, pragnęła powiedzieć, ale nie było warto. Milczała, aż w końcu Kier się odsunął i położył obok niej. Wiedziała, że nie lubi tu się kłaść, bo zawsze się bał, że wilgoć przesiąknie przez dywan (nigdy tak się nie stało), i upierał się, że na pryczach byłoby im wygodniej (nie było; wolałaby spać na podłodze, gdyby nie robił z tego takiej afery). Jego ręka na nią naparła; splotła z nim palce i poczuła więź, która ich łączyła, i to, jak jej moc z łatwością płynęła do niego, a u niej się uspokajała. W namiocie zrobiło się jaśniej i cieplej. Nawet fioletowy ogień stał się nieco bardziej jaskrawy, kiedy posłała Magowi wiązkę mocy.

Kier, chciała zapytać, dlaczego to robimy? Dlaczego walczymy?

Ale powiedziałby pewnie, że walczą za Scaelę, bo to ich dom. Oraz że wszyscy walczą. Scaela z Lutharem o porty, z Cleoc Stratą o żyzną ziemię pod uprawy, a z Eprainem o dostęp do wschodniego morza. Scaela walczyła przeciwko wszystkim narodom, a one walczyły między sobą. Jedynym miejscem na tej przeklętej ziemi, w którym można było zaznać nieco spokoju, była Nestria, bo walczyła tylko z Cleoc Stratą i nie miała zbyt wielu innych zmartwień.

Scaela była przeciwko reszcie, bo dekady wcześniej ktoś zniszczył Locke w nieudanej próbie przejęcia kontroli nad mocą Idistry i Najwyższy Lord Scaelan nie zamierzał o tym zapomnieć.

Bo wkrótce miało całkiem zabraknąć mocy, no chyba że wróciłby dziedzic Isle, by odnowić źródło. Tyle że ktoś zabił całą rodzinę Locke’ów i teraz nikt nie wiedział, kto ani jak mógłby przywrócić wyspie moc.

Ta bezsilność ciążyła Grey na piersi, a zeszłonocny koszmar tylko pogarszał sytuację.

— Kapitanie… — powiedziała, a głos ugrzązł jej w gardle.

— Ręko — odparł, wchodząc w swoją rolę i czekając na jej wy- znanie.

Włożył w to jedno słowo tyle czułości, że musiała dwa razy przełknąć ślinę, zanim w ogóle mogła rozważyć ponowne otwarcie ust. Zamknęła oczy, skupiając się na dotyku jego dłoni, na przepływie mocy między nimi.

— Pożar — wykrztusiła. — Śniłam o pożarze.

— Z przeszłości czy teraźniejszości?

— Przeszłości — odparła. — Wszystko od nowa… Czułam swąd moich spalanych włosów. Czułam, jak moje ubrania płoną.

— A potem?

Wzruszyła ramionami, bo słowa nie mogły tego wyrazić. Nie było żadnego „a potem”. Płonęła. A po chwili nagle siedziała rozbudzona na pryczy z palcami zaciśniętymi na kocu, zlana potem i ciężko dyszała. Między tymi dwiema rzeczami minęła może sekunda.

W swoim koszmarze słyszała krzyki. To jedyne, czego nie mogła wyznać Kierowi: wszyscy wokół niej krzyczeli.

— To tyle — powiedziała, podkreślając to mocnym uściskiem jego dłoni.

Nie nalegał. Wiedział, że lepiej tego nie robić.

Leżeli tak przez chwilę, słuchając dźwięków obozowiska: butów w błocie, urywków odległych rozmów i wiatru przemykającego między namiotami.

Wreszcie Kier westchnął.

— Powinniśmy się przespać. — Puścił jej rękę, żeby usiąść, a Grey mu się przyjrzała. Koszula wyszła mu ze spodni, odsłaniając skrawek skóry i dołeczki u nasady pleców.

— Racja — zgodziła się.

Kier podał jej rękę i razem wstali z podłogi. Pobrał od niej odrobinę mocy, żeby dostosować temperaturę ognia w palenisku na noc. Grey podeszła do swojego kufra, żeby znaleźć sobie czyste ubranie do snu. Kier zrzucił buty i ubrania, które następnie odłożył złożone na swój kufer. Zawsze czuł się komfortowo w swoim ciele, w przeciwieństwie do niej: nawet teraz odwróciła się do ściany, żeby się rozebrać.

Nie musiała tego robić. Nieważne, czy się przejmowała, że ją zobaczy (szczerze mówiąc,  p r z e j m o w a ł a  nie było odpowiednim słowem) — widzieli już każdy skrawek swojej skóry. Grey znała każdą bliznę na jego ciele tak dobrze jak na swoim; każdą minę, jaką robił. Nie istniała między nimi prawdziwa wstydliwość i już nigdy nie mogła się pojawić. Nawet gdyby udawali.

Ta znajomość jego ciała wszystko utrudniała. Zwłaszcza jej zdradzieckiemu sercu.

— Flynn?

— Tak?

Odwróciła się do niego i zobaczyła, jak kładzie się pod kocami i obraca na bok, przodem do niej. Kiedy założyła koszulę do spania, położyła się na swoim posłaniu i przybrała podobną pozę. Podczas szkolenia ich posłania były tak blisko siebie, że doskonale widziała każdy detal jego twarzy, gdy tak leżeli.

— Zeszłej nocy — powiedział z niepewnością. — Gdy miałaś koszmar…

—  K i e r n a n. 

— Wykrzyczałaś imię swojego brata.

Grey ostro wciągnęła powietrze.

— I co z tego? Ty też kiedyś krzyknąłeś imię swojego brata przez sen.

Wyraz jego twarzy się nie zmienił. Oboje stracili braci, co mogli więcej dodać?

— Po prostu… od dawna nie byłaś taka przerażona. Jeśli coś się dzie- je… Jeśli coś się  z m i e n i a… 

Obróciła się gniewnie na plecy, zanim Kier zdążył zauważyć jej minę albo coś dodać.

— Idź spać — powiedziała. — Gdy jesteś zmęczony, czerpiesz ze mnie za dużo mocy.

Zamilkł, a ona poczuła, że jej słowa zawisły między nimi. Prawda była taka, że nigdy nie pobrał od niej zbyt dużo magii — zresztą była w stanie dać mu tyle, ile potrzebował.

Rycerze idistrańskiego zakonu służą w armiach Najwyższych Władców. W wojsku obowiązuje następująca hierarchia: na samym dole znajdują się żołnierze, później oficerowie, Porucznicy, Kapitanowie, Mistrzowie i Dowódcy. Magowie i Zwyczajni mogą awansować w szeregach na podstawie oceny ich zasług. W przypadku Rąk stosuje się te same tytuły co u Maga, do którego są przypisane — jednak we wszystkich przypadkach, oprócz tych, które mogłyby doprowadzić do ich śmierci, muszą uznawać zwierzchnictwo Maga.

Hierarchia idistrańskiej armii autorstwa Mistrzyni Aluny Hutchins

Drugi

Grey miała cztery lata, kiedy odkryła, co oznacza bycie Studnią. Bez nich magia nie mogła istnieć: Magowie musieli nawiązać więź ze Studnią i czerpać od niej moc. Działało to jak koło wodne generujące moc. Jako Studnia była rzeką i to dzięki niej magia mogła się poruszać.

Pamięta, jak siedziała na kolanach u mamy i trzymały się za ręce, a ich czoła się stykały. Była mała, kiedy podczepiła więź do jednego ze strażników jej ojca: na imię było mu Iowain, głośno się śmiał, miał siwe włosy i brodę do pasa. Przykucnął przy nich ze szczerym uśmiechem i oparł otwarte dłonie na swoich kolanach, jakby chciał w ten sposób pokazać, że jest nieszkodliwy.

— Z początku będzie trochę bolało — wyszeptała jej we włosy mama, Alma. — Ale tylko dlatego, że odczujesz to jako stratę. Twoje ciało jeszcze nie wie, co robi.

— Wypchnij tyle mocy, ile zdołasz, dziecko — poradził Iowain.

Grey wzięła głęboki wdech. Poczuła wyciągającą się ku niej nić więzi i chciała się odsunąć, ale pragnienie zaimponowania mamie było większe. Chwyciła nić ciepłej, nieskończonej, wszechobecnej mocy w swoim wnętrzu. Miała wrażenie, że coś w niej pękło. Poczuła dokładnie, w którym momencie więź się zakotwiczyła — coś w rodzaju bólu brzucha — ale po chwili uczucie zniknęło.

— Widzisz? — zapytała Alma, odsuwając córce włosy z twarzy. Grey czuła kojącą obecność swojego brata, który czekał w pobliżu, w razie gdyby potrzebowała więcej wsparcia, i trzymał jej dłoń na plecach. — Nie ma czego się bać.

Iowain złożył ręce, a Grey doświadczyła dziwnego uczucia ciągnięcia. Alma zachęcająco skinęła głową, więc Grey pozwoliła najcieńszej nitce magii popłynąć przez więź. Kiedy Iowain z uśmiechem otworzył dłonie, trzymał w nich lśniący opal. Iowain był rzemieślnikiem i od tamtego dnia nieustannie tworzył dla niej opale, perły, szafiry i rubiny, niczym magik robiący sztuczki. Nadal przypominała sobie go za każdym razem, kiedy kątem oka dostrzegła błysk biżuterii na ciele jakiejś zamożnej osoby.

Zaledwie kilka lat po tamtej chwili wszyscy byli martwi. Oprócz Grey. Siedziała na zboczu wzgórza z chłopakiem, którego poznała parę dni wcześniej. Nadal się nie odzywała. Ale był miły i nie zadawał jej żadnych pytań. Po prostu cieszyli się razem ciszą.

Wzgórze, na którym przycupnęli, wyglądało na morze. Nadal nie mogła się przyzwyczaić do jego rozciągającej się płaskiej powierzchni. Kiedy wyciągnęła do chłopaka swoją dłoń, ujął ją bez zastanowienia. Kiedy zaoferowała mu więź, przyjął ją. Wiedziała już, że jest Magiem. To było oczywiste: energia niewykorzystanej magii aż wokół niego buzowała.

Chłopiec tylko na moment ściągnął brwi. A po chwili rozpalił między nimi malutki płomień — była to jedna z pierwszych rzeczy z zakresu magii podstawowej, jakich uczono magów. Odchylił się i po- wiedział:

—  O c h.  — Potem spojrzał na jej dłoń, a następnie na nią i zapytał: — Czym jesteś?

Grey wbiła w niego wzrok. To było pierwsze pytanie, jakie jej zadał, i miała wrażenie, że powinna odpowiedzieć. Nie pamiętała, dlaczego otworzyła dla niego swoje zasoby mocy. Wiedziała jedynie, że mu ufa — jego dołeczkom w policzkach, miłemu wyrazowi twarzy, kolanom i łokciom, które zawsze były obtarte od zabawy z bratem, a teraz też z nią, jego oczom, które były zielone na zewnątrz i brązowe w środku. Piwne, ale tylko w pewnym stopniu.

— Nie musisz mi odpowiadać — wykrztusił Kier. — Przepraszam, że zapytałem.

Wtedy jeszcze taki był. Przepełniały go wątpliwości i brakowało mu pewności siebie. Była to niedoskonałość, którą wypleniły z niego lata walki i dowodzenia. Teraz czasami Grey patrzyła na niego i  t ę s k n i ł a  za tymi skazami. Tęskniła nawet za jego tendencjami do kwestionowania własnych decyzji, bo dzięki nim czasami unikali błędów, a tym samym śmierci.

— Nie szkodzi — powiedziała z pewnością. Spojrzała na otwarte morze, w miejsce, w którym niegdyś była Wyspa. — Niestety nie odpowiem, bo nie wiem.

Gęste, zimne błoto wsiąkało w herb Scaeli, który zdobił jej pierś. Grey ledwie je czuła przez zbroję. Przerzuciła miecz na plecy, tak jak i większość sztyletów, kiedy przypadli do ziemi, żeby się nie pobrudziły. Jednak leżenie między Kierem a Eronem Fastrią, jednym ze Zwyczajnych oficerów, z oczami wbitymi w drogę u podnóża wzniesienia, nadal było koszmarnie niewygodne. Kawałek dalej widać było rzekę Iolis, która niemal wystąpiła z brzegów przez obfite opady.

Ich kompania podzielona była na cztery grupy po piętnaście osób. Połowa przyczaiła się rozpierzchnięta po tej stronie, a połowa ukrywała się w drapiących zaroślach i poszyciu leśnym po drugiej, stapiając się z gołymi drzewami lasu. Zwiad doniósł Attis, a potem Kierowi, że konwój wozów będzie tędy przejeżdżał około dwie godziny po wschodzie. Czekali już trzecią godzinę, tak w razie czego, szykując zasadzkę.

Grey poczuła znajomy ciężar stali na plecach — bycie uzbrojonym po zęby w obozowisku było nietaktowne, ale lubiła obecność swojej broni i czuła się najspokojniej, kiedy miała pod ręką swój miecz. Przypominał jej o ojcu, który nauczył ją, jak go dzierżyć, gdy tylko była w stanie ustać na nogach i miała wystarczająco siły, żeby podnieść ten drewniany, służący do ćwiczeń.

Lubiła świadomość, że jest w stanie obronić samą siebie. I Kiera, jeśli przyjdzie taka potrzeba. W zamian za to on robił, co w jego mocy, żeby zadbać o jej bezpieczeństwo.

Zaryzykowała i oderwała wzrok od drogi. Promienie słońca prześwitywały przez ciemnoszare chmury, a mżawka przybrała na sile i przerodziła się w bębniący miarowo deszcz. Grey już i tak była przemoczona do suchej nitki, bo deszcz przelatywał przez przerwy w jej skórzanej zbroi i wsiąkał w przeszywanicę i koszulę, którą miała pod nią. Leżący obok niej Eron obdarzył ją napiętym uśmiechem. Nie należał do ludzi, którzy często się uśmiechali, więc musiał wyczuć bijące od niej napięcie. Grey odpowiedziała mu grymasem. Fastria westchnął, a blask w jego ciemnych oczach nieco przygasł.

Grey ciężko było utrzymać skupienie, kiedy tak siedzieli w bezruchu. Próbowała zachować trzeźwość umysłu, wymieniając w myślach grupy mięśni, organy, a potem kości. Kiedy była młodsza, tuż po ukończeniu szkolenia na uzdrowicielkę, po latach bycia ubabraną we krwi po łokcie, często wyobrażała sobie schematy przedstawiające organy wewnętrzne i wspominała urazy, które leczyła. Wyobrażała sobie je na Kierze. Jego otwartą klatkę piersiową, rozcięty mięsień piersiowy większy. Liczyła w myślach jego żebra. Wyobrażała sobie różowawą biel jego rękojeści mostka i krawędzie wyrostka mieczykowatego. Nie umiała już sobie wizualizować ciał innych ludzi, ich wszystkich organów. Zbyt wiele razy widziała, otwierała i łatała Kiera; czuła strukturę jego kości i śliski gorąc nieobleczonych skórą mięśni.

Na tym polegała rola Ręki. Musiała czuć się komfortowo zarówno z tym, co Mag miał w środku, jak i tym, co miał na zewnątrz.

Zanim skończyła wymieniać nazwy kości, z pola po prawej stronie drogi dobiegł ich dźwięk, który brzmiał niemal jak świergot ptaka; był dyskretny, ale na tyle głośny, że przebił się przez szum rzeki. Grey dobyła miecza, ciesząc się ostatnimi momentami ciszy przed burzą. Kier po jej lewej stronie zesztywniał.

— Kapitanie? — Rozległ się stłumiony głos.

— Przygotujcie się do ataku — rozkazał Kier ledwie słyszalnym szeptem.

Nie stanowiło to problemu. Grey usłyszała cichy szelest, kiedy żołnierze zajęli swoje pozycje. Sygnał oznaczał, że w oddali dostrzeżono wzbijający się w górę pył z drogi i konwój jest w zasięgu wzroku. W żyłach poczuła przedbitewne napięcie.

Zacisnęła dłonie w skórzanych rękawicach bojowych na mieczu. Jej palce były odsłonięte, w razie gdyby Kier potrzebował bezpośredniego kontaktu z jej skórą w środku walki. Skupiła się na szuraniu butów po ubitej drodze. Wkrótce też widziała w oddali wzbijające się chmury pyłu spod kół czterech powozów otoczonych schludnymi rządkami żołnierzy. Po jej prawej Fastria wciągnął ostro powietrze i wyszeptał modlitwę po arkuńsku, pewnie do jednego ze swoich bogów.

— Zbliżają się do pierwszego punktu, Kapitanie — mruknął, kiedy tylko skończył modlitwę.

— Czekajcie w gotowości — powiedział Kier. — Dam wam znak, gdy nadejdzie odpowiednia chwila.

Konwój się zbliżał, a mięśnie w ciele Grey były spięte do granic możliwości. Powozy były coraz bliżej obszaru, w którym niebezpieczeństwo dla wojska Grey i Kiera gwałtownie rosło — jeśli któryś z Magów w konwoju miałby specjalizację taką jak Kier i wystarczająco silną Studnię, to wyczułby obecne siły witalne i obcą magię, która na nich czyhała. Gdyby tak się stało, ich przykrywka byłaby spalona. Istna katastrofa, ale przynajmniej według Grey walka byłaby bardziej sprawiedliwa.

Pierwszy powóz minął kolejny punkt. Grey zwykle nie podważała decyzji Kiera, ale teraz badawczo mu się przyjrzała. Szczękę miał spiętą, widać było, że jest zaniepokojony.

— Zbliżają się do trzeciego punktu, Kapitanie — powiedział Fastria.

— Kier? — zapytała szeptem Grey.

Nagle dwa razy ostro zagwizdał przez zęby. Tyle wystarczyło — Grey dostrzegła poruszenie wśród najbliższej konwojowi grupy, która rzuciła się do walki. Po chwili druga grupa ruszyła wzdłuż zbocza. Kier położył dłoń na ramieniu Grey i zacisnął palce na skraju naramiennika, podczas gdy Fastria i reszta ich grupy poderwali się do biegu.

Walka w pierwszej linii nie była zadaniem Kiera i Grey. Mimo że Kapitan najchętniej rzuciłby się w sam środek bitwy, podczas tej zasadzki mieli ważniejsze zadanie.

Grey patrzyła, jak pierwsza fala ich wojska ściera się z niczego niepodejrzewającym konwojem. Zazgrzytała zębami, kiedy dobiegły ją odgłosy stali przecinającej ciało. Z jednej z bliższych im grup poleciała w powietrze struga szkarłatnej krwi, bryzgając na bok pierwszego powozu. Widziała, jak Zwyczajni ze stalą, Magowie i ich Ręce przeplatają się w walce z trzydziestoma sześcioma Magami i Rękami przeciwnej strony. Musiała patrzeć, bo gdyby tego nie robiła, spanikowałaby — a na to nie mogła sobie pozwolić.

— Teraz, Grey — powiedział jej cicho Kier.

Trzymała tempo, biegnąc za nim w dół brzegu rzeki. Po jej lewej pojawił się ciemny kształt postaci — Ręki bez Maga — ale ścięła ją jednym zwinnym ruchem miecza i tylko lekko skrzywiła się na gorącą krew, która prysnęła jej na twarz. Czuła w pasie ciągnącą ją magię Kiera, moc wypływającą z jej piersi. Nie wyrywał żadnych aort tym strumyczkiem mocy, ale Grey usłyszała krzyk z boku, a gdy tam zerknęła, dostrzegła Maga upadającego na kolana. Nie miał żadnej widocznej rany, a mimo to z ust płynęła mu krew. Kier dobił go swoim mieczem.

Nie zatrzymała się. Posłała więcej mocy Kierowi i parła do przodu.

Musiała go ochronić, utrzymać przy życiu. Jako Studnia nie mogła być zraniona przez magię, ale inni Magowie i zwykli żołnierze w ich oddziale nie byli na nią odporni. Podążała w ślad za Kierem i utrzymywała stały przepływ mocy, podczas gdy on strategicznie dobierał sobie cele. Mieczem odpierała każdego, kto mógłby go zranić.

Przecięła kolejnego Maga — ich miecze starły się z brzękiem nad głowami, wbiła mu sztylet w bok, ściągnęła miecz w dół, znalazła przerwę w zbroi przeciwnika i wbiła mu go w brzuch — i ruszyła dalej w kierunku powozów. Wszędzie wokół toczyły się pojedynki, które kończyły się wygraną albo przegraną, a Grey czuła naprzemienny przypływ i odpływ magii tak gęstej, że niemal smakowała ją na języku. Magia unosząca się w powietrzu uzupełniała pokłady jej mocy jeszcze szybciej niż normalnie, ale to uczucie było nie- przyjemne.

Kier wyważył kopniakiem drzwi do pierwszego powozu, a Grey zasztyletowała strażnika, który wychynął z niego, najwyraźniej broniąc czegoś w środku — okazało się, że nic tam nie było. Poczuła, jak Kier pobrał od niej moc, i odwróciła się akurat w momencie, w którym z grymasem na twarzy zablokował wrogiego Maga.

— Wszystko w porządku? — zapytała.

— Tak — odparł stanowczo.

Nie mieli czasu do stracenia. Wrócili do bitwy. Grey ostro wciągnęła powietrze, podrzynając gardło strażnikowi, gdy Kier gwałtownie pociągnął od niej magię. W kolejnym powozie również niczego nie znaleźli, przez co poczuła ucisk desperacji w żołądku. Mimo że była dobra w aktywnej walce, nienawidziła jej, bo oboje z Kierem byli wtedy mocno wystawieni na atak. Kątem oka dostrzegła ruch i odwróciła się w porę, by zobaczyć, jak krawędź sztyletu rozdziera Kierowi skórę na kości policzkowej, a jego rączka rozwala mu nos tak, że leje się krew — szybko złapał Grey śliską dłonią, żeby nawiązać bezpośredni kontakt z jej skórą. Poczuła ogromne rozdarcie we wnętrzu, gdy wyrwał jej moc gwałtownym potokiem. Atakujący go Mag i jego trzech towarzyszy natychmiast padli.

— Wolniej, Kapitanie — wycedziła przez zaciśnięte żeby.

Zauważyła Studnię, która przypadła do poległego Maga, próbując przywrócić go do życia, ale na nic się to nie zdało. Kier zawsze dosię- gał celu.

Razem ruszyli dalej przez krew i błoto, unikając najgorszych walk.

— Do trzech razy sztuka, co nie? — wymamrotał, odpychając na bok ciało nadziane na miecz Grey.

Wykonał obrót, żeby rozciąć kolejnego napastnika mieczem, a Grey skupiła się na uzupełnieniu źródła magii. Po obu stronach konwoju walki cichły; spojrzała ze znajomym uczuciem stłumionego przerażenia, jak jeden z jej ludzi zamachuje się mieczem i niemal dekapituje wrogiego żołnierza, ale się nie zatrzymała. Taka była przykra rzeczywistość wojny, przez którą nie mogła spać w nocy i wbijała wzrok w sufit każdego pokoju, w którym sypiała — od przemokniętego deszczem płótna namiotu do grubego kamienia fortecy. Nie odwracała wzroku; musiała widzieć wszystko i walczyć dalej. W tej wojnie nie chodziło o wygraną czy przegraną, ale o przetrwanie. Musiała znieść widok rozciętego ciała, smak krwi wroga na wargach oraz odbieranie życia własną ręką i przeć do przodu, mając nadzieję, że walki w końcu ustaną.

Kier otworzył kopniakiem drzwi do trzeciego powozu. Grey weszła pierwsza, złapała za włosy wrogiego strażnika Studnię, który do niej doskoczył, i podcięła mu gardło jednym płynnym ruchem, zanim zdołał choćby podnieść na nią miecz. Tym razem w środku czekał też Mag, ale Kier rozbroił go ruchem, który przez ostry pobór mocy wywołał u Grey zduszony okrzyk i mdłości.

W powozie pośród ciał bez wątpienia siedział ich cel.

Obojgu chwilę zajęło przetworzenie tego, co widzą. Mrugali z niedowierzaniem, bo celem nie był ani kamień, ani zapomniana ciotka, ani eliksir. Przed nimi siedziała dziewczyna. Wybiedzona, chuda jak szkielet, z czarnymi włosami ściętymi nierówno do podbródka. Jej oczy były chłodne i błękitne niczym lód. Grey nie umiała dokładnie określić jej wieku; mogła mieć osiemnaście albo dwadzieścia lat. Mierzyła ich gniewnym spojrzeniem — niezdolna zrobić nic więcej, jako że jej nadgarstki i kostki były skrępowane, a w ustach miała knebel.

— Kapitanie? — wyrwało się z ust Grey.

Ale Kier już działał.

— Nie skrzywdzimy cię — powiedział zdawkowo dziewczynie, przerzucając ją sobie przez ramię. — Idziemy — pospieszył Grey.

Wyszli z powozu z powrotem w wir walk, które trochę się uspokoiły. Porucznik Chappelle zebrał wszystkich rannych ze swojej jednostki za konwojem. Każdy, kto był w stanie jeszcze się poruszać, miał misję oczyszczenia pola z niedobitków, żeby nikt z wrogów się nie ostał.

Attis żądała zdziesiątkowania wrogiego oddziału i to dostała. Grey z trudem przełknęła ślinę i odwróciła głowę. Zbyt wiele razy miała podobne zadanie i nie mogła zdzierżyć patrzenia na to.

— Cel odbity! — zawołała do Chappelle’a, trzymając się blisko pleców Kiera. — Weźcie, kogo możecie, i wracamy.

Grey dalej trzymała miecz, gdy ich oddział się przegrupowywał, zabierając ze sobą tylu rannych i martwych, ilu mogli. Przebiegła po nich wzrokiem.

— Pięciu martwych — doniosła Kierowi, czując niepokój gnieżdżący jej się w żołądku.

Ale Kiera obok niej nie było. Odwróciła się i zobaczyła, że niesie dziewczynę na brzeg rzeki, odciągając ją od krwi i poległych. Tam posadził ją tyłem do masakry. Ściągnął już hełm i odpiął naramien- niki, a jego palce właśnie zwinnie poruszały się, zdejmując usztywniany skórzany napierśnik. Grey ruszyła w jego stronę. Nieważne, że było już po bitwie — nadal byli wystawieni na atak, więc trzymanie się z dala od siebie było ryzykowne.

Kier mówił zbyt cicho, żeby mogła go usłyszeć. Znów poczuła ścisk w żołądku, kiedy przełożył swój napierśnik przez głowę dziewczyny i dopasował go do jej ciała, oferując jej ochronę. Zamarła, patrząc, jak oddaje swoją zbroję dziewczynie, którą mieli uratować. Był głupcem, bo poluzował więzy na jej nadgarstkach i pomasował jej dłonie, żeby przywrócić krążenie krwi, tak samo jak masował ręce Grey po długim dniu.

Zawsze tak łatwo okazywał troskę.

Odwróciła wzrok, tylko na moment. Spojrzała w stronę wozów, gdzie oddział był już niemal gotowy do wymarszu.

— Czekamy na twój sygnał, Kapitanie! — zawołała do Kiera, nie odwracając się do niego. — Możemy wracać.

Coś w niej zadrżało — nie chodziło o moc skłębioną w jej wnętrzu. Ale o to, że dostrzegła w twarzy Kiera nietypową dobroć i… sama nie do końca wiedziała, w czym rzecz. Może za bardzo przypominało to jej przeszłość, kiedy to ona była młodą dziewczyną, którą uratował żołnierz daleko stąd. Nie chciała na to patrzeć, nadal będąc pokryta krwią i czując ból spowodowany tym, ile Kier pobrał z niej mocy. Nie chciała zaakceptować faktu, że stała się osobą prosto z własnych koszmarów.

Nie dotarł do niej żaden dźwięk zza pleców, nie było żadnego potwierdzenia, że Kier ją usłyszał. Porucznik Chappelle odwrócił się, stając na przodzie żołnierzy, żeby coś powiedzieć — widziała, jak jego usta układają się w słowa — ale wtedy usłyszała zza pleców, jak Kier mówi:

—  R ę k o. 

Grey się odwróciła. Kier stał przy brzegu i z trudnością trzymał wygiętą dziewczynę za nadgarstki. Szlochała, a rwane oddechy trzęsły jej szczupłymi ramionami. W zbroi Kiera wyglądała jak dziecko, które bawi się w rycerkę. Kier miał na twarzy dziwny grymas, niemal szok. Pochwycił więź łączącą go z Grey, a ona poczuła przez nią dziwną mieszankę: ból, winę, żal, zaskoczenie.

Coś było bardzo nie tak.

— Kearns, Pacet! — zawołała, a dwóch Zwyczajnych odłączyło się od tyłu kolumny i ruszyło w jej stronę. — Zabierzcie ją.

Chwilę zajęło, zanim podnieśli dziewczynę i odprowadzili ją do reszty wojska, a potem Kier zrobił krok i się potknął. Chwycił Grey za skraj jej naramiennika, żeby utrzymać równowagę. Grey bez namysłu złapała go za ramiona, wbijając palce w grubą warstwę jego prze- szywanicy.

— Co jest? Co się dzieje? — zapytała, gorączkowo przyglądając się jego twarzy.

Nie było łatwo. Cały był pokryty krwią, choć tak naprawdę sam nie był mocno ranny; miał jedynie zraniony policzek i złamany nos, ale nic z tego nie wyjaśniało jego zaszklonych oczu.

— Dźgnęła mnie — powiedział.

Zbliżył się do Grey, zakrywając swoje ciało przed resztą oddziału. Bardzo ostrożnie uniósł dół swojego kaftana, odsłaniając rozkwitającą plamę szkarłatu na koszuli. Szybko robiła się coraz większa i bardziej czerwona.

— Jest bardzo źle? — zapytała Grey.

Kier się skrzywił.

— Zamorduję ją — syknęła Grey, przyciskając palce do boku Kiera. — No kurwa, zabiję.

— Nie… — wykrztusił Kier, mocniej zaciskając dłoń na jej ra- mieniu.

Nie mogła zabić celu misji. Nie mogła, bo nie dostała takiego rozkazu, a jednak,   a  j e d n a k,  kiedy się obróciła, widziała, że dłonie dziewczyny są splamione krwią Kiera. Kapitan oparł się na niej mocniej, a Grey poczuła na zabłoconym policzku jego ciężki, rwany oddech. W uszach słyszała dudnienie własnego serca, a w głowie dzwoniła jej jedna myśl: zawiodła.

—  O d d a ł e ś   j e j   s w o j ą   z b r o j ę  — syknęła.

— Jest zwykłą dziewczyną — powiedział Kier drżącym głosem. — I bardzo… się bała. Nadal się boi.

Grey też kiedyś była „zwykłą dziewczyną” — i co z niej wyrosło? Zastanawiało ją, czy Kier jej też by nie doceniał, gdyby była na miejscu tej dziewczyny. I czy nie podjęłaby takiej samej decyzji jak więźniarka. By dźgnąć. Zranić. Uciec.

— Dlaczego nie sprawdziłeś, czy nie jest uzbrojona?

— Grey — powiedział. — To był mój własny sztylet. Pewnie… pewnie narobił dużo szkód przy wyciąganiu, więc nie pozwolę ci dla mnie ryzykować.

Znała ten sztylet. Został wykonany z ciemnego metalu, a jego ostrze było ząbkowane nad rączką. To Grey podarowała mu go na jego dwudzieste piąte urodziny z żartobliwym liścikiem: „Żebyś bez magii też potrafił być zabójczy”. Musiał go odzyskać, zanim przekazali dziewczynę żołnierzom — i słusznie, źle byłoby zostawiać oręż więźniarce — bo teraz podał go Grey. Gdyby tylko zostawiła go w jego wnętrznościach, Grey nie czułaby teraz wzbierającej w niej paniki. Wyrwanie sztyletu narobiło znacznie więcej szkód.

— Słuchaj mnie — powiedziała, chowając sztylet do pochwy, po czym chwyciła podbródek Kiera i zmusiła go do spojrzenia jej w oczy. To był tylko szok, pomyślała, nic mu nie jest. Bywało gorzej. Wyjdzie z tego.

— Grey…

—  P r z e s t a ń  — zganiła go.

Nieraz był godzony ostrzem i bywał w gorszym stanie.  O b o j e  przetrwali poważniejsze urazy. Przycisnęła dłoń do rany i posłała do niego falę mocy. Kier wydał z siebie okropny dźwięk, osuwając się na nią, a jego oczy stały się bardzo ciemne.

— Wystarczy, że wrócisz do obozu — obiecała. — Gdy tam dotrzemy, uzdrowię cię, dobrze?

— Grey — sapnął, szukając jej dłoni.

Pozwoliła mu ją złapać. Jego była śliska i mokra od jego własnej krwi.

— Nie — odmówiła, czując, że opiera się przed otwarciem połączenia. — Weź moc. Pobierz ją ze mnie. Weź ją całą i  n i e   p a t r z   t a k,   k u r w a,   n a   m n i e. 

Jego zęby barwiła czerwień. Chwilę jej zajęło wyciągnięcie bandaża z podręcznego zestawu opatrunkowego, a kolejną owinięcie jego torsu tak mocno, jak tylko mogła pod koszulą. Kiedy skończyła, złapała go pewnie, zarzuciła sobie jego rękę na ramię i zmusiła go do zrobienia kroku. Był ciężki, za ciężki — szła z trudnością i niemal go upuściła. Na szczęście jedna z Rąk Magów podbiegła do nich, zanim jeszcze zdążyli zejść z nadrzecznego wału, wzięła Kiera pod ramię z drugiej strony, dzięki czemu Grey mogła na nowo przycisnąć dłoń do rany. Nie była w stanie zrobić zbyt wiele, idąc. Musiała przemyć ranę i przyjrzeć jej się, kiedy się zatrzymają, ale wiedziała, że Kierowi się nie pogorszy dzięki otwartemu przepływowi magii między nimi.

Magowie nie mogli uzdrawiać samych siebie, nawet kiedy mieli nieograniczony dostęp do mocy. To tak jakby ktoś próbował połaskotać samego siebie — było to niemożliwe. Tak samo jak niemożliwe było zranienie Studni magią; moc po prostu nie pozwalała na takie naruszenie. Ale dłonie Grey w połączeniu z jej magią… Mimo że nie mogła sama nią operować, jej szkolenie medyczne i czysta moc działały w parze, żeby załatać Kiera. A na razie, dopóki nie mogła porządnie zabrać się do leczenia, mogła  p o m ó c  przez stabilizowanie go samą magią.

Jeśli da radę ją utrzymać.

— Ruszajmy! — krzyknęła, po czym natychmiast zdenerwowała się na siebie, że jej głos zabrzmiał zbyt piskliwie. Ale była jego Ręką, jego głosem, więc to ona wydawała rozkazy, gdy on nie był w stanie tego zrobić.

Ręka podtrzymująca Kiera z drugiej strony odezwała się łagodnie:

— Musisz ruszać nogami, Kapitanie Seward.

Tym razem Grey spojrzała na nią wystarczająco długo, żeby uświadomić sobie, że to Ola El-Kiltar, cięta Studnia, która tak często przykuwała jej uwagę, że Kier i Grey zastanawiali się nad awansowaniem przypisanego jej Maga, Brit. Grey nie widziała teraz Brit — jenu blade włosy zwykle wyróżniały się na tle szarej masy żołnierzy — ale zmusiła się do zachowania spokoju, bo Ola nie panikowała, więc Brit pewnie nie zginęło.

Problem był taki, że Kier ciągle opierał się przed otwarciem połączenia, przez co tracili cenny czas.

—  W e ź   t ę   m o c  — wycedziła wściekle Grey w jego ramię.

Kier z sykiem wciągnął powietrze przez zęby, zakaszlał i wypluł pełno krwi. Widząc to, mocniej przycisnęła dłoń do rany, czując mięśnie jego brzucha i lepkie ciepło krwi. Tym razem jej usłuchał. Poczuła, jak ładunek mocy przesuwa się do niego niczym rozwijający się motek włóczki. Kier wziął kolejny niepewny wdech.

Podtrzymywały go i szły do przodu, powłócząc nogami, a głowa Grey pulsowała od agonii Kiera, którą nieumyślnie posyłał wzdłuż ich więzi. Czuła, jak włóczka mocy rozplątuje się coraz bardziej i bardziej, jak szarpie za nią. Miała spory zapas, zanim pokłady się wyczerpią, ale musiała zachować jej cząstkę, żeby bez podejrzeń móc uleczyć Kapitana, kiedy dotrą na miejsce.

W połowie drogi do obozu Ola zmieniła się z Brit — Grey ulżyło, kiedy upewniła się, że przeżyło — ale to nastręczyło jej kolejnego problemu. Kier sie potknął, więc Brit go złapało, ostro wciągając powietrze, po czym przeniosło pytające spojrzenie na Grey.

— Czy on czerpie z ciebie moc? — zapytało. — Przez cały ten czas ją ciągnie?

— To nie twoja sprawa — warknęła Grey.

Kier trzymał się wiążącej ich nici jak tonący tratwy. Nie robił tego umyślnie, ale pobierał  b a r d z o   d u ż o  magii. Dla normalnej Studni byłoby to zbyt wiele.

Ola, która szła w zasięgu słuchu, pospieszyła do drugiego boku Grey.

— To z pewnością zbyt wiele. Ręko Kapitana, nie możesz mu pozwolić, żeby wyczerpał twoją moc.

Grey posłała Oli zaciekłe spojrzenie.

— Wiem, co robię.