45,00 zł
CZASEM, ZANIM ŚWIAT SIĘ ROZPĘDZI, A MY ZACZNIEMY UDAWAĆ DOROSŁYCH, PRZEŻYJEMY ZDARZENIA, KTÓRE ZOSTANĄ Z NAMI NA ZAWSZE
Zośka Drozd nie boi się niczego. Jednak jeszcze nie wie, że ostatnia klasa podstawówki przyniesie jej najważniejsze lekcje w życiu. Wszystko zaczyna się od wizyty u ekscentrycznej Emilii, a kończy… na granicy między fikcją a rzeczywistością. Po której stronie stoi Mistrz? I komu towarzyszy Cień? Co z tym wszystkim wspólnego ma Emily Dickinson, amerykańska poetka, której wiersze stawiały pytania, a nie odpowiedzi? Dlaczego przyjaźń czasem boli? Dlaczego światło czasem drży? I dlaczego dorastanie tak często prowadzi nas w mrok?
Poruszająca, momentami brutalna baśń o przyjaźni, lojalności i dojrzewaniu w latach 90. Opowieść, która zanurza się w nostalgii, by ujawnić jej drugie dno, tęsknotę za światem, który być może nigdy nie istniał. Młodość, zapamiętana jako czas beztroski, okazuje się tylko złudzeniem, które pęka, gdy spojrzymy głębiej.
TO NIE JEST KSIĄŻKA O DORASTANIU
TO KSIĄŻKA O JEGO KOŃCU
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 422
Rok wydania: 2025
DROZDY (wersja e-book)
Copyright © by Karina Łagowska
Copyright © by Wydawnictwo Mroczne
ISBN: 978-83-971928-5-0
Mińsk Mazowiecki 2025
Wydanie pierwsze
Redakcja i korekta: Katarzyna Pomierna
Skład i łamanie: Artur Pomierny
Ilustracja na okładce: Natalia Nowak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani powielana lub odczytywana w środkach przekazu publicznego bez pisemnej zgody wydawcy.
WYDAWNICTWO MROCZNE
WWW.MROCZNE.PL
Powieść tę pragnę zadedykować dwóm najważniejszym osobom z mojego dzieciństwa i pierwszych lat nastoletniości, które jako pierwsze słuchały moich niestworzonych opowieści.
Mojemu bratu Patrykowi.
Dziękuję Ci za historyjki z gumy Donald znajdywane latem na rozgrzanych płytach chodnika. Za te wakacje, kiedy byliśmy jak greccy bogowie, ingerując w wojnę czarnych mrówek z czerwonymi (pamiętasz, kto wygrał?). Za to, że siedziałeś obok mnie na wersalce, gdy koń dzielnego Atreyu, Artax, tonął w Bagnach Smutku. Za wszystko.
Marcie F.
Dziękuję Ci za spacery po lesie, kasety magnetofonowe, M&M’s, teledysk Where the Wild Roses Grow, pierwsze piwo, koszulkę zespołu Pidżama Porno. Za wspólne Cienie. Za to, że po kilkunastu latach odpowiedziałaś na moją wiadomość. Za wszystko.
So I asked this lovely creature
Yes, I asked, yes I asked
Would she walk with me a while
Through this night so fast.
Nick Cave and The Bad Seeds
Lovely Creature
Czy kapryfolium to nie jest piękne słowo, Droździe? Czy nie brzmi jak nazwa tajemniczej, okrutnej choroby zabijającej młode dziewczęta? Obiecaj mi, że jeśli umrę, wybiją na mym grobie: „Zgasła w czternastej wiośnie życia na kapryfolium”.
Emilia
Cheli venco deho
Cheli venco deho
Malio
Mmmm-mm-mm-ommm
Helibo seyoman
Cheli venco raero
Malio
Malio
David Bowie
Warszawa
Mózg ma dokładnie ciężar Boga –
Bo zważ ich – co do grama –
A Waga z Wagą – jak Litera
Z Głoską – będzie tożsama.
Emily Dickinson
632 (tłum. S. Barańczak)
PROLOGROK 2022
Kiedy patrzę wstecz, ta historia wydaje mi się zupełnie niewiarygodna. I gdybym nie znalazła pamiętnika, który wtedy pisałam (i którym posłużę się na potrzeby narracji, uzupełniając pewne wątki przemyśleniami i refleksjami, na jakie nie było stać czternastoletniej wersji mnie), uznałabym, że wszystko to było jednym, długim snem, igraszką dziecięcego umysłu.
Zabawne, że w pamiętniku na zmianę używam kolokwialnego i poetyckiego języka, a zapiski zawierają tyle wykreśleń. Niektóre fragmenty zostały wręcz całkiem zamazane, a strony usunięte, wyrwane z taką mocą, że pod palcami kruszą się jak popiół ze spalonego miasta. Często zwracam się do jakichś widmowych czytelników, jakbym była kapitanem dziewiętnastowiecznej wyprawy badawczej i wierzyła w doniosłość dziejową swojej misji.
Od jakiegoś czasu wraca do mnie natrętnie wspomnienie tamtego roku, a właściwie kilku miesięcy od września 1996 do marca 1997, które wywróciły moje życie do góry nogami, a mnie na lewą stronę, ukazując wszystkie szwy, nierówności, metki, podpis niewidzialnego krawca. I nagle zobaczyłam, jakich lichych materiałów użyto do stworzenia mnie. Z przerażeniem odkryłam, że zszyto mnie ze strzępów cudzych żyć, cudzej pamięci jak monstrum Mary Shelley.
Powracają nie tylko słowa, zapachy, ale też kształty i faktury. Zamykam oczy i w myślach przemierzam jeszcze raz Homestead, zażółcone kukurydzianym słońcem pokoje, ogrody pełne dziwnych kwiatów, łąkę obsypaną jaskrami. Bywa, że budzę się nagle w środku nocy i podchodzę do okna. Ostrożnie odsuwam zasłonę i wyglądam na ulicę, jakbym wierzyła, że samą siłą umysłu, samym ciężarem mózgu, jak napisałaby Emily Dickinson, mogę ją znów przywołać. Moją przyjaciółkę z dzieciństwa. Albo chociaż jej Cień…
Moja Emilia. Po tylu latach nie przestaje mnie fascynować. Zapamiętałam ją taką, jaką widziałam po raz ostatni: szczupłą, wysoką czternastolatkę w sukience starszej od niej o sto lat, która podobno należała do jej prababki. Równie dobrze (teraz tak myślę) Emilia mogła w tej sukni, niczym w zaczarowanym balonie, przeskoczyć do naszych czasów. Wciąż nie daje mi spokoju wspomnienie jej czujnych oczu. Jej dzikiego spojrzenia, wzroku młodego Frankensteina zaglądającego do świeżo odkopanego grobu.
Oczy Emilii:
kosmiczne, niewinne patrzałki łani,
dzikie i przebiegłe ślepia rysia,
szklane kule z nieszczęśliwymi rybkami,
słoje z uwięzionymi świetlikami,
albo świńskimi embrionami
(zależnie od jej nastroju),
chińskie lampiony,
stawy pokryte glonami.
Oczy Emilii,
w których wybuchają gwiazdy,
z których wypływa poranna mgła,
w których mieszkają zające,
w których siedzą dwa kruki i patrzą na ciebie tak, jakby znały datę twojej śmierci.
Mogłabym układać podobne cudaczne poematy na temat jej dłoni, które przeważnie były żylaste i zimne, ale potrafiły też stać się miękkie i ciepłe jak ciasto drożdżowe. Nie zliczę, ile razy łapała mnie za rękę, zarzucała mi ramiona na szyję albo po prostu wskazywała jakiś punkt i wtedy tam szliśmy, podążaliśmy za jej chudym palcem jak owce za psem pasterskim.
Zadziwia mnie, jak niewiele mam o niej wspomnień, którymi mogę podzielić się ze światem bez ryzyka bycia wyśmianą albo niezrozumianą. Wydaje mi się, że słuchałyśmy tej samej muzyki, że czytałyśmy te same książki i chyba podobał nam się ten sam chłopak, a przynajmniej ten sam typ chłopaka. Musiało istnieć połączenie między nami, jakaś telepatyczna więź. Bo jak inaczej osoby tak różne zdołałyby zaprzyjaźnić się do tego stopnia, że spotykały się nawet w snach? Musi istnieć jakieś wytłumaczenie.
Myślę o czternastoletniej mnie. Przychodzą mi do głowy określenia takie jak: pokrzywa rosnąca wzdłuż drogi, sto pięćdziesięcioletni węgorz na dnie studni, rana, jakiej nabawiasz się po upadku z roweru.
A twarz Emilii: pochyla się nade mną lśniąca jak sekator, zarzuca na mnie sieć, koniuszkiem palca zbiera kroplę mojej krwi delikatnie, jakby podnosiła ciekawie ubarwionego chrząszcza.
W latach dziewięćdziesiątych moi przyjaciele i ja mieszkaliśmy na warszawskim Ursynowie. I choć nie brakowało tu zieleni, a niedaleko był nawet las, to żyliśmy w szarych blokach, chodziliśmy do szarej szkoły i nawet niebo przez większość czasu było szare. Twarze dorosłych, naszych rodziców, nauczycieli, sprzedawców warzyw i książek wydawały się przedwcześnie poszarzałe.
Na tym tle, z tej szarej betonowej gleby wyrosła nagle Emilia, bujna, rozłożysta jak chwast. Dziki ogród w środku miasta. Rajski ptak pośród gołębi. Wyszczerbiona rodowa filiżanka. Ciężki złoty klucz niepasujący do żadnego zamka. Srebrna łyżeczka. Tapeta w kwiaty i małpy w pałacowej komnacie. Bluszcz wspinający się po ścianie nawiedzonego zamku. Książka z zaklęciami oprawiona w zwierzęcą skórę. Czarny kot siedzący na grobie czarownicy.
Musiało istnieć w nas pęknięcie, mała szczelina, w której Emilia założyła swoje królestwo niczym kolonię mrówek.
Musiało być w nas tak silne pragnienie opowieści, której sami nie umieliśmy wymyślić, że poszliśmy za nią do samego końca.
Do Cienia, z którego nie wszyscy wróciliśmy…
Ale od początku.
Myślę, że Emilia wyszła z mojego snu. Istniała już wcześniej, owszem, ale to mój sen wydobył ją na powierzchnię tak, jak deszcz wydobywa trawy, kwiaty, grzyby i dżdżownice.
OSTATNI DZIEŃ LATA ROKU 1996 SEN O PRZYJACIÓŁCE
Śni mi się, że jestem z mamą na bazarze Na Dołku. Jeśli nie wiecie, to taki bazar na warszawskim Ursynowie. Kupujemy tam mleko, mięso, warzywa i pokarm dla Belzebuba. Belzebub to moja rybka, a co, myśleliście, że z nas czciciele diabła? Rozczaruję was. Chodzimy do kościoła kilka razy w roku, nie licząc ślubów i pogrzebów. Obchodzimy Boże Narodzenie i Wielkanoc, więc w sumie dobrzy z nas chrześcijanie. Co my tam jeszcze kupujemy, my, dobrzy ludzie? Przybory szkolne i notesiki. To ostatnie jest najważniejsze. Mam wypasioną kolekcję karteczek. Nie chciało mi się liczyć, ale pewnie dobijam do tysiąca. Kiedyś to będzie warte majątek.
No, ale do brzegu. We śnie moja mama jest i zarazem nie jest moją mamą, wiecie, co mam na myśli. Raz patrzę na nią i wydaje się zwyczajna, solidna, mamowata, a za chwilę robi fałszywy ruch: śmieje się albo jakoś tak rusza ręką, kurczę, trudno mi to wytłumaczyć na piśmie. Gdybyście to zobaczyli, wiedzielibyście, o co mi chodzi. No więc moja mama (we śnie) mówi, że musimy kupić „chleb na Matkę Boską” (słowo „chleb” wypowiada jakoś dziwnie, że brzmi trochę jak „gleba”, a „Matkę Boską” normalnie). We śnie wiem, o co jej chodziło z tym chlebem na Matkę Boską, teraz już nie. I wtedy to dostrzegam. To wyłania się zupełnie nagle zza głowy mamy. Wydaje się być w nieznacznym ruchu jak łódka kołysząca się w porcie, a jednak nie rusza się. Tkwi wbite w ziemię i lekko połyskuje we mgle jak latarnia morska albo ten miecz, co go król Artur wyciągnął z kamienia.
Sklepik z przyjaciółkami – głosi zardzewiały szyld topornymi białymi literami, jakimi zwykle pisze się Mięso i drób. Sklep jest z zewnątrz brzydki jak winda w bloku moich dziadków, ale i tak chcę tam wejść. Muszę tam wejść. Ciągnę więc mamę za rękaw płaszcza i jęczę, że potrzebuję przyjaciółki na nowy rok szkolny. A mama na to (i to jest akurat klasyczne zagranie w stylu prawdziwej mamy), że przecież mam już przyjaciół, a ja, że wcale nie tak dużo, raptem Krzysia i Agatę, a oni już się trochę opatrzyli, powycierali na brzegach i przetarli. I czy po to podciągnęłam się z gegry na czwórkę, aby nic nie mieć z tego gównianego życia? Mama, że przesadzam, życie jest piękne, ja, że „taaa, chyba tylko twoje”, a mama śmieje się i zaczyna tańczyć i śpiewać o tym swoim (i w ogólności) niegównianym życiu. I to jest scena jak w jednym z tych musicali z Fredem Astairem, które mama uwielbia.
Nie wiem, czy to pod wpływem piosenki, ale nagle przypominam sobie, że babcia dała mi milion złotych* w prezencie na początek ósmej klasy. To akurat nie sen, ale prawda. Szkoda tylko, że nie nowy banknot, chociaż z drugiej strony nie lubię tych nowych. Za mało zer. Oglądałam i tuliłam milion od babci tak długo, że Władysław Reymont zaczął się do mnie uśmiechać. Kocham forsę. Zwykle żal mi wydawać na przyjemności, lubię ją gromadzić, a potem przeliczać jak wiewiórka zapasy na zimę. Dawniej, kiedy byłam mała, przeliczanie gotówki to był cały ceremoniał, czyniłam niezbędne przygotowania. Nakładałam sukienkę mamy (tę błyszczącą, niebieską z bufiastymi rękawami, którą wkłada tylko na Sylwestra), malowałam paznokcie na czerwono, i czary-mary, wyglądałam jak Alexis Colby. Nie muszę chyba dodawać, że samo przeliczanie zgromadzonej gotówki trwało jakieś dziesięć razy krócej niż przygotowania. Ile bym nie chomikowała (nie wiewiórkowała), forsy nigdy nie było tyle, by uzbierał się gruby plik jak u Sknerusa McKwacza. No, ale teraz jestem już duża, niedługo skończę czternaście lat i w przeciwieństwie do wielu moich koleżanek uważam sukienki i malowanie paznokci za stratę czasu i totalną żenadę.
To była tak zwana dygresja, wracam do snu. We śnie bardzo chcę wejść do sklepiku i kupić sobie przyjaciółkę. Postanawiam wymknąć się mamie, która raczej nie zauważy mojej nieobecności. Nadal tańczy, a jakby tego było mało, przyłączyli się do niej inni, nawet Fred Astaire, tyle że to naprawdę nie jest on, tylko jakiś podszywający się pod niego obwieś. Wchodzę do sklepiku.
Sklep ze snu w środku jest, jakby to powiedział tato ze śmiesznym francuskim akcentem, „ulala”. Pachnie plackiem wiśniowym i nowym pudełkiem kredek Bambino. Całe ściany pod sufit zajmują regały, a na wszystkich, w równiutkich rzędach, stoją białe pudełka, takie, w jakie w cukierniach pakują tort, tylko podpisane dziewczyńskimi imionami. W głębi sklepu, niczym przyczajony ptak, siedzi sprzedawczyni i przygląda mi się po sprzedawczyniowemu, czyli trochę sympatycznie, trochę podejrzliwie. Dżizas, dlaczego sprzedawcy reagują tak nerwowo, gdy do sklepu wchodzi dziecko? Otwieram usta, by powiedzieć, po co przyszłam (rozważam nawet, czy nie wyjąć Reymonta od babci i nie zacząć się nim wachlować), ale głos mi odbiera. Facetka wygląda jak David Bowie w latach 80. Wiem, bo rodzice są fanami. Mówią, że byli 3 maja 1973 roku w tamtej księgarni na placu Komuny Paryskiej, gdzie zrobił zakupy. Oboje byli wtedy dzieciakami. Mama miała dwanaście lat, a tata czternaście. Znali się tylko z widzenia i nie mieli pojęcia, kim jest ten przystojny obcokrajowiec. Całkiem możliwe, że nie wiedzieli nawet, że jest obcokrajowcem i że jest przystojny. A najprawdopodobniej w ogóle go tam nie widzieli, choć do dzisiaj wierzą, że tak właśnie było. Kiedy w 1977 w gazetach napisali, że Bowie wydał płytę z utworem Warszawa, tata odważył się zaczepić mamę w bibliotece i zaprosić ją na randkę. Szczerze mówiąc, nie spotkałam później w życiu nikogo, kto darzyłby Davida Bowiego takim kultem jak moi rodzice. Na jakimś poziomie chyba naprawdę wierzyli, że on ich zeswatał podczas swojego legendarnego spaceru po Warszawie. Byłam dzięki tej obsesji chyba jedyną osobą w swoim roczniku, która od dziecka znała utwór Warszawa. Lubię go do dziś, jest moim muzycznym odpowiednikiem magdalenki Prousta, choć na początku trochę się go bałam, bo uważałam, że brzmi jak lądowanie na Ziemi nieprzyjaźnie nastawionych obcych.
No, więc sprzedawczyni wygląda jak David Bowie. Ta sama fryzura (wiecie, kolor włosów jak płomień zapalniczki), umalowane na niebiesko powieki, róż na policzkach i garnitur w kolorze lodów miętowych, jakie uwielbia moja mama. Właściwie to nie jestem pewna, czy to faktycznie nie jest prawdziwy David Bowie i trochę się stresuję, bo z angielskiego miałam czwórkę. Przynajmniej umiem śpiewać i to całkiem nieźle. Z muzyki mam szóstkę i nawet gra na flecie i pianinie nieźle mi idzie. Wróćmy jednak do snu, bo Sklepowa David Bowie opuściła swoje stanowisko i sunie do mnie z kocią gracją. Uśmiecha się. Jej twarz jest blada od pudru i nagle strasznie się boję, jakbym spotkała wampira. Chcąc przegnać ten strach, postanawiam dobić targu. „Przyszłam kupić nową przyjaciółkę” – mówię, a Bowie kiwa głową tak energicznie, że okulary z czerwonymi szkłami zsuwają jej się z nosa. „Jak chcesz, by miała na imię?” – pyta. Jej głos jest trochę dziwny, jakby mówiła z ustami pełnymi klusek. Znowu opanowuje mnie lekka groza jak wtedy, gdy wzięłam na ręce chomika Agaty. Bo, rozumiecie, w samym chomiku zasadniczo nie ma nic strasznego, dopóki nie zacznie przebierać tymi swoimi małymi, różowymi łapkami po wnętrzu dłoni.
Wróćmy do meritum, jak mawia tata. Imię… A bo ja wiem? Pomyślmy… Mamy w klasie dwie Agnieszki, dwie Magdy, trzy Anie. To powinno być coś, co się łatwo nie powtórzy. Coś eleganckiego, ale bez przesady, wiecie, bardziej jak nowe tenisówki niż sztywne lakierki.
Weźmy na ten przykład mnie. Mam na imię Zośka, choć ochrzcili mnie w dobrej wierze jako Zofię. Kiedy okazało się, że z Zofii nic nie będzie, rodzice nie ustawali w trudach, by zrobić ze mnie chociaż Zosię. Dupa. Z której strony nie patrzeć, jak mnie nie czesać na Zosię, za Zosię przebierać, zawsze na koniec rozsadzam złocone ramki, gubię wstążki i kokardki, spadam z różowej chmurki na ziemię, toczę się i podskakuję zośkowata do szpiku kości.
Chyba namyślam się zbyt długo, bo David Bowie postanawia mi pomóc:
Myślę, że pasuje do ciebie…
Ciebie…
ebie…
bie…
ie…
e…
Emilia!
Drzwi sklepu otwierają się gwałtownie. Do środka wpada wiatr i nanosi jesienne liście. Świat na zewnątrz z tej perspektywy wydaje się inny, obcy, jak przedpokój cudzego mieszkania. Nie miałam pojęcia, że zrobiło się tak późno! Odwracam się, by powiedzieć Bowiemu, że muszę iść, ale nie mówię tego, bo Bowie stoi tam bardzo z siebie zadowolona, a jej paznokcie stukają rytmicznie w białe pudełko podpisane „Emilia”. Nie jestem pewna tego imienia, ale na próbę kilka razy obracam je na języku. Emilia. Emilia… Emilia i Zośka. Zośka i Emilia. Czy ja wiem? Trochę jak Książę i żebrak albo Wanda i Banda, a ja celowałam bardziej w Bonnie i Clyde. Próbuję dalej. Użyj w pełnym zdaniu. „Mogę zadzwonić do Emilii?”, „Mamo, czy Emilka może przyjść w sobotę?”, „To niesprawiedliwe, Emilia dostała psa na Gwiazdkę, a mnie nie wolno!”. No, dobra, w tłoku ujdzie.
– Niech będzie – odpowiadam i biorę pudełko, które jest cięższe niż się spodziewałam.
Muszę je trzymać obiema rękami.
– Milion – mówi nagle David Bowie i aż się oblizuje.
Normalnie jaszczurka na widok tłustej muchy!
– Ile?! – Prawie dostaję skrętu kiszek.
Jeszcze się taki kupiec nie narodził, co by mi sprzedał za tyle, ile żąda. Targuję się jak nikt. Doszło do tego, że własna rodzina wstydzi się jeździć ze mną na Stadion Dziesięciolecia.
– Prawdziwa przyjaciółka jest bezcenna – mówi Bowie sentencjonalnie.
Prycham. Ja tu przyszłam kupować, a nie pisać wzruszające wypracowania z polaka.
– A bo ja wiem? – zaczynam pozornie niedbałym tonem. – Jeśli będziemy siedziały w jednej ławce, wychodzi jakieś… dwieście dziewięćdziesiąt dwa dni szkolne. To w przeliczeniu daje niecałe trzy tysiące pięćset za jeden dzień przyjaźni. A należałoby jeszcze odliczyć chorobowe. Taka Emilia na pewno będzie chorować przynajmniej dwa razy w roku na płuca albo refluks, a jest wielce prawdopodobne, że i na jakąś emiliowatą chorobę, która daje dziwne objawy i każe leżeć w łóżku. Ja jej oczywiście będę wtedy przynosić lekcje, ale przyjdzie taki dzień, że mnie nie wpuszczą. – Kiedy mówię to wszystko, wyliczam uczciwie. Oczy Bowiego robią się coraz większe (normalnie diabelskie młyny w wesołym miasteczku!), a kiedy kończę wywód, wybucha śmiechem. To dziwny śmiech. Kluskowaty i dudniący jak śmieciara o szóstej rano.
– Uwielbiam cię – chichocze. – Dam ci Emilię za darmo.
Mowę mi odejmuje. Ale, że jak, za darmo? Cała przyjaciółka? A nie, że tylko jej warkoczyk albo dwa piegi?
– Masz szczęście, że wybrałaś Emilię. – Już nie koła, tylko wąskie kreseczki, tak David Bowie zmrużyła oczy. – Większość dziewczynek w moim sklepie to kaktusy, a ty trafiłaś na rzadki egzemplarz białej lilii.
No i super. Teraz mam wielką ochotę wymienić tę lilię na kaktusa. Przynajmniej bym wiedziała, na czym stoję, bo o kaktusach coś jednak wiem, a o liliach, zwłaszcza tych rzadkich, gówno, ale nie jestem pewna, czy kaktusy też za darmo, więc myślę gorączkowo, jak wybrnąć z tej sytuacji.
Sytuację rozwiązuje mama. Wpada do sklepu cała zarumieniona i potargana. Mówi, że bardzo mnie kocha, ale ucieka w świat z Fredem Astairem. Chcę by spojrzała na sprzedawczynię i zobaczyła to samo, co ja, ale ona nie patrzy. Wtedy zaczynam krzyczeć, budzę się i… jeszcze trwa noc. Serce bije mi tak mocno, jakbym uciekała we śnie przed kosmitami.
Suszy mnie, ale za bardzo boję się pójść do kuchni napić się wody. Po chwili jednak wstaję, choć tylko po to, by zamknąć okno, które zostawiłam otwarte i teraz mi zimno. Odchylam zasłony. Wszystkie (poza kuchennym) okna w naszym mieszkaniu wychodzą na podwórko. Lubię je za dnia, a w nocy jeszcze bardziej. Trudno mi to wytłumaczyć. Wydaje się wtedy inne, ciekawsze.
Nieraz wyobrażałam sobie, że uciekam przez okno (to pierwsze piętro, nie zabiłabym się) i biegnę jedną z betonowych dróżek, przecinam prostokąty trawników, wpadam pomiędzy bloki, tam, gdzie najciemniej i nagle trach! Trafiam do magicznego świata, w którym jestem nie Zośką a Zofią. Zofia w odróżnieniu od Zośki ma dom z basenem, ogród z różami, samochód z prywatnym szoferem, ogromną bibliotekę, własną salę kinową, automat z gumami do żucia, dwa psy, trzy koty i papugę. Zofia codziennie na obiad może jeść spaghetti i ptasie mleczko. Odpłynęłam. Nie od razu dociera do mnie sens tego, co mam przed oczami.
Ktoś stoi na dole i patrzy prosto w moje okno. Niewysoka postać w czarnym płaszczu, owinięta długim czerwonym szalikiem. Skąd wiem, że jest czerwony? Wiem i już. A poważnie, to niedaleko jest latarnia i wiatr jakby rozmyślnie kieruje końcówkę szalika w snop światła. Widzę nawet czerwone frędzle poruszające się jak palce marionetkarza.
Księżyc wychodzi zza chmur, oświetla małą postać jak reflektor w teatrze. Teraz wyraźnie ją widzę. Dziewczynka. Może w moim wieku? Trudno powiedzieć, bo jej twarz jest biała na czole i nosie, a zarumieniona na policzkach jak u porcelanowej lalki. Włosy ma splecione w warkocz, nie widać stąd, jak długi.
Jest trzecia w nocy, nie powinno jej tam być o tej porze, odsuwam od siebie straszną myśl, że w ogóle nie powinno jej tam być. Czekam ukryta za zasłoną, aż dziewczynka zniknie, uniesie się do gwiazd albo zapadnie pod ziemię, zrobi jedną z tych rzeczy, jakie mają w zwyczaju czynić nocne zjawy.
A może wraz z nadejściem świtu jej czerwony szalik stopi się z pierwszymi promieniami słońca? Tylko, chwila? Mam tu warować przy oknie do rana? Nie wiem, co robić, nagle strasznie chce mi się sikać, a wtedy ona podnosi rękę (w czerwonej rękawiczce) i macha do mnie. Tak po prostu. Nie mam wyboru, jeśli nie chcę wyjść na chamówę. Odmachuję. Ten gest zakotwicza ją w naszej ziemskiej rzeczywistości. Ośmielam się i wychylam przez okno.
– Cześć! – Wołam. – Zgubiłaś się?
Kręci głową i coś mówi, niestety za cicho. Przykładam dłoń do ucha, a wtedy ona wskazuje ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, ale chyba najbardziej w stronę ulicy Płaskowickiej.
– Mieszkasz tam?
Kiwa głową.
– Jesteś tu nowa?
Ponowne kiwnięcie.
– Jak masz na imię?
Odpowiada, ale nie słyszę. Widzę tylko ruch ust, jakby stała bardzo, bardzo daleko, na drugim brzegu rzeki, czy coś w tym rodzaju.
– Jak?!
Jej imię leci do mnie. Czuję to, ale najpierw porywa je wiatr i obraca jak liść w praniu, a kiedy już ląduje na parapecie, dosłownie znikąd zjawia się sroka, kłapie dziobem i frruuu! Sroka złodziejka, ukradła dziewczynkowe imię! Musiało być krągłe, błyszczące. Nie kanciaste jak Zośka. Bardziej jak…
– Emilia? – pytam samą siebie, a potem wychylam się i chcę krzyknąć do nowej, rzucić jej to imię jak koło ratunkowe, ale na dole dzieje się coś, czego nie rozumiem.
Nowa patrzy w lewo, w miejsce, gdzie ja widzę tylko krzaki, ona widzi coś jeszcze. Wytężam wzrok tak bardzo, że zaczynają mnie boleć gałki oczne. Coś ciemnego pojawiło się między drzewami i zaraz znikło i znów się pojawiło i znowu znikło, poruszało się opływowo, rytmicznie niczym płetwa rekina. Cokolwiek to było, przepadło na dobre, więc wracam spojrzeniem do nowej. Ona pozostaje w stanie paniki, cofa się, zakrywa twarz rękoma (ale nim to zrobi, zdążam dostrzec grymas przerażenia rozchodzący się po jej gładkiej buzi jak kręgi na wodzie), a potem… ucieka. Bez pożegnania. Odwraca się i biegnie. Słyszę tupot jej nóg, głośny jakby biegło dziesięć dziewczynek.
Nieprawdopodobnie długi czerwony szalik wiruje na wietrze. Jest, ale w końcu i on znika w głębi osiedla jak ogon martwej złotej rybki w odmętach kanalizacji po spuszczeniu wody.
ROBAL, O KTÓRYM NIC NIE WIEM
Następnego dnia jestem oczywiście okropnie niewyspana, bo z emocji długo nie mogłam zasnąć. A kiedy wreszcie zamknęłam oczy i poczułam przyjemne, leciutkie kołysanie snu, zadzwonił budzik w pokoju rodziców, a ja od razu wysunęłam nogę spod kołdry jak kotwicę, by nie odpłynąć. Chwilę tak leżę, walcząc z sennością, aż do pokoju zagląda rozczochrana głowa mamy. Naprawdę wygląda jakby tańczyła – myślę i siadam na łóżku. Powieki mi ciążą, a do języka przykleiło się coś jak kawałek starej skarpety. Nie bez pewnych oporów przełykam ślinę. Mama podchodzi, dotyka mojego czoła i ocenia: „Nic ci nie jest, ubieraj się”. Mruczę pod nosem słowa sprzeciwu, ale bez większego zaangażowania. „Znowu czytałaś do późna? Wiesz, że wakacje się skończyły?”. Dżizas, czy naprawdę trzeba o tym tak brutalnie przypominać z samego rana? Humor poprawia mi jednak myśl o początku ósmej klasy, bo lubię szkołę. Żadna tam ze mnie szkolna gwiazda, ale powiedzmy, że przez te kilka lat wyrobiłam sobie reputację kogoś, z kim się nie zadziera. Zośka, nie Zofia. Czaicie? Do tego rodzice wreszcie zgodzili się na glany i plecak kostkę, o czym marzyłam przez cały ostatni rok! Uczucie skarpetowatości topi się na języku i wreszcie znika. W łazience długo oglądam się przed lustrem. Piersi znowu mi urosły. Mam nadzieję, że ten proces jednak kiedyś się zatrzyma. Jakbym była chuda jak niektóre szkapy z mojej klasy, byłoby to seksi, ale że jestem lekko tęgawa, to cycki odbieram po prostu jako dodatkową parę mięśni, dwa boże młoty na ród chłopięcy.
Czas na włosy. Całkiem, całkiem. Ciepły brąz, jak mawia ciocia Lidka. Sięgają mi do ramion, bo dłuższe to byłaby przesada, przegięcie w kierunku Zosi. Nos całkiem w porządku. „Chciałabym mieć twój nos” – powiedziała Agata w pierwszej klasie tym swoim piskliwym głosikiem, który brzmi zawsze tak, jakby jego właścicielka zaraz miała się rozpłakać. Nos Agaty faktycznie wyrasta z twarzy jak szpon wiedźmy pokazujący faka, i choć jest to jedyna naprawdę interesująca w jej wyglądzie rzecz, Agata zarzeka się, że od szóstego roku życia wpłaca każde kieszonkowe na książeczkę PKO, by w wieku osiemnastu lat zrobić sobie operację plastyczną. Nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby płacić miliony złotych za nos taki jak mój. Jest nudny, prawie niewidzialny. Nos Agaty posiada własną osobowość, lubię nawet myśleć o nim jak o samodzielnym bycie, kimś lepszym od Agaty, lepszym od nas wszystkich. W pamiętniku dla jaj zapisuję go wielką literą.
Jedźmy dalej. Usta… nic specjalnego, bądźmy szczerzy. Oczy, oczy… tu sprawa nieco się komplikuje. Są jasne, trochę szare, a trochę zielone. Jeśli ludzie już koniecznie chcą mi powiedzieć coś miłego, mówią „masz piękne oczy”. Myślę, że to delikatny sposób, aby powiedzieć dziewczynie, że nie jest zbyt urodziwa, ale nie narzekam. Jak to mówią, każdy gra takimi kartami, jakie…
– Długo tam jeszcze będziesz siedzieć? – Mama dobija się do łazienki. – Wszystko w porządku? – Zniża głos do szeptu, jakbyśmy obie coś knuły.
– Tak! Już wychodzę!
I naprawdę wychodzę, tak, że prawie drzwiami uderzam mamę, która speszona odskakuje na bok, jakby przyłapana na podglądaniu przez dziurkę od klucza. Patrzę na nią spode łba. Jest całkiem ładna, ta moja mama. Jej policzki są zawsze różowe, a włosy skręcają się w naturalne loki. Ojciec też z tych lepszych. Wysoki, szeroki w barach. Nasuwa się pytanie: co poszło nie tak? W kogo się wdałam? Już dawno porzuciłam dziecięce fantazje o byciu tajemniczym podrzutkiem, wiecie, jak ten dzieciak w Omenie, który okazuje się Antychrystem. Cóż, nie będę was oszukiwać, nie czuję w sobie powołania do wielkich czynów. Siadam na podłodze w przedpokoju i naciągam na nogi glany. Są okropnie sztywne w kostkach, rodzi się we mnie coś jak przeczucie straszliwych mąk, ale cierpliwie, prawie opiekuńczo, jakbym owijała niemowlę w becik, wiążę je w drabinkę.
– Prosiłam o białe sznurowadła, a nie czarne – mruczę.
– W życiu nie zawsze dostajemy to, czego chcemy.
– Aha, a ja to już w szczególności.
– Wrócisz zaraz po lekcjach?
– Mamo, serio? – Posyłam rodzicielce swoje najbardziej szarozielone spojrzenie. – Jest pierwszy dzień szkoły.
– Wiem. Pytam, czy gdzieś potem idziesz z Agatą i Krzysiem.
Nie mam pojęcia, więc odpowiadam:
– Na pewno.
Zgarniam z podłogi nowiutki plecak kostkę i wychodzę z mieszkania. W drodze do szkoły myślę tylko o dwóch rzeczach. O nocnej dziewczynce, która prawie na pewno jest moją Emilią ze snu i o cholernych glanach, które obcierają mi pięty do krwi.
Kawałek przed szkołą jest sklep, taki mały, nic szczególnego. Czasem kupujemy w nim napoje i drożdżówki. Teraz pod sklepem stoi moja nemezis – Mandaryna i kilku jego kumpli. Mrużę oczy jak kot szykujący się do walki. Wydaje mi się, że temu po prawej kiedyś rozkwasiłam nos, a temu po lewej wylałam jogurt za kołnierz bluzki, ale oni wszyscy są do siebie tacy podobni, jakby urodziła ich jedna matka.
– Siema, Drozd. – Mandaryna uśmiecha się promiennie.
Zauważam niechętnie, że przez lato nieco zmężniał, a z opalenizną mu do twarzy. To znaczy, nadal wygląda jak wywłoka, ale już z tych lepszych.
– Siema, Grzesiu – odpowiadam chłodno.
– Ładna bluzka, nowa? – Gapi się bez żenady na mój biust, a pozostali debile chichoczą.
Odwzajemniam uśmiech.
– Chcesz umrzeć, Grzesiu?
– Nie. Chcesz coli?
Podsuwa mi pod nos butelkę. Sam przed chwilą z niej pił, ale to nie znaczy, że tam nie napluł. Mogłabym z łatwością wytrącić mu butelkę z ręki i patrzeć, jak się roztrzaskuje o chodnik, ale tego nie robię, bo jak co roku obiecałam mamie, że w tym roku zmienię się na lepsze. Dlatego tylko grzecznie odsuwam od siebie poczęstunek, nie odrywając wzroku od twarzy Mandaryny. Mandaryna lekko się nachyla. Musi się nachylić, bo czort urósł przez wakacje, a ja nie.
– Ja cię, a ty zawsze miałaś takie ładne oczy? Jak się nazywa ten kolor?
– Dawno ktoś nie rozmawiał z rybkami…
– Piękna nazwa. – Madaryna pociąga łyk coli i beka. – Sorry, wzruszyłem się.
Przewracam oczami i podejmuję przerwany marsz do szkoły. Za plecami słyszę jeszcze jak Grześ zwraca się do jednego z kumpli: „Nie wyrażaj się tak o mojej przyszłej żonie, chamie!”. Powinnam zareagować? Nie, będzie na to czas.
Wystarczy kilka chwil, by zrozumieć, że ostatnia klasa podstawówki to nie przelewki. Zmiany są subtelne, ktoś o oczach mniej pięknych od moich może nawet by ich nie zauważył. To coś takiego, jakbyśmy wszyscy urośli o parę metrów przez wakacje i słońce inaczej nas teraz oświetla. Jakby nasze łodygi zgrubiały, a płatki rozwarły się tak bardzo, że jest to właściwie bolesne. Nawet nauczyciele zdają się krążyć wokół nas inaczej, czujniej, jak trzmiele albo pszczoły na łące.
Nie chce mi się opisywać spotkania z wychowawczynią, Panią D., bo nie było to nic ciekawego, takie tam bla, bla, bla. Tylko żebyście mnie źle nie zrozumieli. To zacna kobiecina. Niska, trochę okrągła, nosi okulary i warkocz owinięty wokół głowy, przez co wygląda jak nauczycielka z książeczek dla dzieci i chyba dlatego ją lubimy, a nawet na swój sposób darzymy szacunkiem. Ona ze swej strony chyba też ma dla nas coś w rodzaju ostrożnej sympatii, tylko po prostu porywające przemowy nie bardzo jej wychodzą. I w ogóle mam taką refleksję, że nie po to człowiek studiuje matmę, by potem wygłaszać dla bandy jełopów pogadanki w stylu: „Nastanie dzień, kiedy pomnicie moje słowa”. I jeśli przez większość czasu Pani D., kiedy akurat nie wciska nam do głowy wzorów i figur geometrycznych, brzmi dla nas jak „bla, bla, bla”, to bynajmniej nie dlatego, że kieruje nią znużenie albo obojętność na nasz los. Właściwie nasz los wydaje się w jej łagodnych oczach przesądzony. Czasem patrzy na nas z czułością i smutkiem jak pielęgniarka na żołnierza, który wrócił z wojny bez rąk i nóg i co on teraz, biedak, w życiu pocznie.
Stoimy pod szkołą, znaczy się ja, Agata (tak, ta od Nosa) i Krzyś (ten od Żaby). Chwila, czy ja wam opowiadałam o Żabie? Nie? To zaraz. Obgadaliśmy już nowy plan lekcji i nowe fryzury najładniejszych dziewczyn w klasie, Uli i Justyny, które ścięły włosy, by wyglądać doroślej, no a przynajmniej zgadujemy, że taki był cel. Korzystając z chwili przerwy, bo Agata nawija o swojej wielkiej nieodwzajemnionej miłości, Karolu „Kowalu” Kowalskim, opowiem o Krzysiu i Żabie. Krzyś to mój najstarszy kumpel, znamy się od przedszkola. Razem uczyliśmy się literek. Takie coś scala ludzi, wiecie, jak okupacja albo dżuma. Krzyś jest bardzo mały, w wieku czternastu lat wygląda na jedenastolatka i to określa jego pozycję w stadzie. Na szczęście ma mnie, więc rzadko obrywa. Oprócz mnie Krzyś ma jeszcze Żabę, Helenę. Żartowaliśmy, że kiedyś Żaba zmieni się w księżniczkę, z którą Krzyś się ożeni – stąd to imię: Helena, najpiękniejsza kobieta na ziemi. Czaicie? Chyba żeście nieuki i Parandowskiego nie czytaliście.
Krzyś jest jednym z najlepszych, najbardziej wrażliwych stworzeń, jakie znam. Czyta też mnóstwo książek, przez co czasem dziwnie gada, co mi osobiście wydaje się urocze, ale resztę ludzkości z jakichś powodów strasznie wkurza. Agatę kocham jak siostrę, wiecie, taką, co pożycza rzeczy bez pytania i wymiguje się ze wszystkich prac domowych. Poznałyśmy się wieki temu w bibliotece dla dzieci i młodzieży, kiedy obie sięgałyśmy po ten sam egzemplarz Gęsiej skórki.
– Niedaleko mnie zamieszkała Emilia – mówię, czym wchodzę Agacie w słowo, więc odwraca się do mnie trochę urażona, trochę zaciekawiona.
Nieoczekiwanie mam swoje pięć minut uwagi, dlatego opowiadam o śnie i nocnym spotkaniu.
– Ta! – śmieje się Krzyś. – Nie wierzę!
– Taaa… – Agata mruży oczy – ściemniasz.
– Jeszcze się przekonacie, pożałujecie, będzie płacz i szczękanie zębami – parodiuję panią D., atmosfera się rozluźnia.
Przynajmniej do momentu, gdy Agata zauważa wychodzącego ze szkoły Karola „Kowala” Kowalskiego.
– Boże, jaki on piękny, nigdy nie będzie mój… – wzdycha Agata.
Oczywiście za to „nigdy nie będzie mój” winą obarczany jest Nos. Cóż, jeśli chcecie znać moje zdanie, sprawa jest o wiele bardziej złożona.
– Wszyscy wiedzą, że na Kowala zagięła parol Ulka. Wzruszam ramionami na znak, że nic ciekawego nie zostało już do dodania.
Usta Agaty układają się w krzywe „o”. Krzyś, rycersko jak zwykle, bo nie może znieść, kiedy komuś dzieje się krzywda – rusza na ratunek. Jeśli Kowal będzie z nią chodził, to tylko dla kasy.
– Twierdzisz, że Ula Romańska nie jest najładniejszą dziewczyną w klasie, a może nawet w całej szkole? – pyta Agata piskliwie.
„A może nawet w całej galaktyce” – myślę i przewracam oczami, bo dla mnie Ula z tą swoją idealnie skrojoną buźką i oczami, które wyglądają jakby naszczały w nie aniołki, wydaje się przedstawicielką innego gatunku dziewczynek. Czasem łapię się na tym, że obserwuję ją z naukowym zainteresowaniem, ją i jej śliczną przyjaciółeczkę, Justynę, chichoczące i podające sobie kawałki jabłuszka jak małe urocze małpki w zoo. Jakiś czas temu z Agatą i Krzysiem ukuliśmy nawet termin „Ulistyna”, oznaczający Ulę i Justynę razem, bo one na serio wydają się zrośnięte.
– Jedyną piękną kobietą jest Helena – odpowiada Krzyś ze śmiertelną powagą.
– Ale, ale… – Agata macha rękoma. – Ona się nie liczy, bo istnieje tylko w micie i w żabie!
– To bardzo zacny rodzaj istnienia.
– Ale wy mnie dzisiaj wkurzacie! – Agata czerwienieje i nawet Nos zdaje się emanować złowrogą, nieznaną mi dotąd energią, więc na wszelki wypadek cofam się o dwa kroki, akurat tyle, by wpaść na…
– Cześć – mówi Lusia i szczerzy aparat ortodontyczny.
Lusia Piątek ma zawsze najświeższe informacje, bo jej mama jest wicedyrektorką, a z samej Lusi straszna plotkara, więc choć przez te wszystkie lata nie zdecydowaliśmy, czy ją lubimy, jej towarzystwo bywa bezcenne. Dzisiaj ładnie wygląda uczesana na Sailor Moon. Jest pierwszą znaną mi osobą z taką obsesją na punkcie japońskich kreskówek i pierwszą, która nosi tak krótkie spódniczki, że chyba dosłownie milimetry materiału dzielą ją od aresztowania za obnażanie się w miejscach publicznych.
– O czym gadacie? – Trzepocze rzęsami, które chyba trochę umalowała, bo niemożliwe, by były tak smoliście czarne z samej istoty lusiowatości.
– O Ulce i Kowalu – odpowiadam.
– Daję im pół roku. – Lusia wzrusza ramionami.
– Czyli to już oficjalne? – jęczy Agata.
Lusia ignoruje ją i zwraca się bezpośrednio do mnie:
– Kapusta, wiesz, ten z ósmej be, nazwał cię niezłą cycarą – mówi, a pozostali nagle gapią się na mój biust, jakby dopiero co go zauważyli. Robi mi się gorąco i nieprzyjemnie, krzyżuję więc ręce na piersi.
– Mówi się chyba cycolina – zauważam ponuro, jednocześnie próbując wyłowić z zakamarków pamięci Kapustę. Coś się wyłania… jakby barani łeb… nie, to bez sensu.
– Czy on nie gra w szkolnej reprezentacji w piłkę nożną? – pyta Agata.
Prycham. Szkolna reprezentacja. Uwierzcie, to wcale nie brzmi tak reprezentacyjnie, jak się wydaje. Grupa dzieciaków jedzie do innej szkoły, przez kilkadziesiąt minut kopią piłkę, przez pozostałe kilka godzin kopią się nawzajem, a potem do naszej dyry dzwoni ich dyra i mówi, że to skandaliczne.
Agata i Lusia o czymś zawzięcie dyskutują, czyżby o życiu erotycznym Kapusty? (Powraca dziwaczny obraz baraniego łba). Nagle Lusia patrzy gdzieś za nas i jej oczy rozszerzają się, a japońskie kucyki robią się dwa razy większe, jak ogon kota, gdy ten ujrzy rywala.
– Boże, nie wierzę, że przyszedł!
– Kto? – pytamy wszyscy troje jednocześnie.
Lusia wskazuje palcem na koniec placyku, gdzie stoi grupka czterech chłopaków. Trzech się wydurnia (jeden podrzuca puszkę nogą, dwóch się na niby bije), a czwarty stoi oparty o pień drzewa w taki sposób, w jaki opierają się o pnie drzew beznadziejnie zakochani poeci. Od razu domyślam się (a domysł ten puka w moje nerwy jak mały młoteczek lekarski), że o nim mowa.
– Czy to Robal? – piszczy Agata.
– Kto? – pytam i wszyscy patrzą na mnie tak, jakbym nie miała w domu telewizora albo przyjechała ze wsi.
– Damian. Brat Stasia – odpowiada Lusia, oblizując usta.
Luzacka poza mnie opuszcza, wszystko zaczyna mnie swędzieć z ciekawości, nawet krwawiące pięty.
Jestem wam winna kilka słów wstępu. Staś tak naprawdę nazywał się Staszek Muszyński, ale zdrobniale zaczęli o nim mówić po śmierci, jakby śmierć go pomniejszyła i cofnęła w rozwoju. Chcecie wiedzieć, jak umarł? Przygotujcie się psychicznie, to będzie mocne. Już?
Skoczył z okna. Z siódmego piętra. To było rok temu, ale do tej pory, ilekroć przechodzę pod tamtym blokiem, instynktownie przyspieszam kroku. Chodził do liceum w tym samym budynku, ale tak naprawdę niewiele o nim wiedziałam i jeśli teraz powiedziałabym, że był taki a taki, skłamałabym, bo to wszystko rzeczy, które inni ludzie wymyślili o nim po jego śmierci.
Rzeczy, które na pewno wiedziałam o Staszku Muszyńskim: wysoki, przystojny i dobrze wygląda w okularach, redaktor szkolnej gazetki, piękny uśmiech, dziewczyny się za nim uganiają, ma kurtkę w stylu Top Gun.
Rzeczy, których nie wiedziałam o Staszku Muszyńskim: dlaczego ktoś tak przystojny i popularny skacze z siódmego piętra?!, ma młodszego brata.
Chociaż teraz coś mi świta, że może jednak o tym ostatnim wiedziałam. Ktoś wspomniał na pogrzebie (na który poszła cała szkoła w ramach solidarności – poroniony pomysł; rodzice Staszka patrzyli na nauczycieli jak na bandę nieudaczników, a na nas jak na bandę morderców), że „na szczęście mają jeszcze jedno dziecko” – czy coś w tym stylu. Zerkam w stronę „na szczęście jeszcze jednego dziecka”, które udaje, że czyta, a tak naprawdę ukradkiem obserwuje popisy kolesia z puszką. Nagle, jakby w przeczuciu zbliżających się kłopotów, unosi dłoń do czoła, osłaniając oczy od słońca i patrzy na nas. Patrzy na mnie. Też unoszę dłoń w geście pozdrowienia, a wtedy Agata łapie mnie i trzyma.
– Zwariowałaś? Nie wiesz, co o nim mówią? Powiedz jej, Lusiu, bo ona nic nie jarzy.
– Powiedz mi, Lusiu, bo ja nic nie jarzę.
Lusia rozczapierza palce. Jej dłonie są blade jak ślubne rękawiczki.
– Po pierwsze: to satanista. Po drugie: to on zabił swojego brata. Namówił go do skoku, żeby w ten sposób złożyć go w ofierze diabłu. Po trzecie… Co było po trzecie? A, już wiem! On był w Zagórzu, wiecie, w tym sanatorium dla świrów, i wywołał tam pożar. Wszyscy zginęli. No, dobra, wymyśliłam to ostatnie zdanie, ale z pożarem to szczera prawda. Znam jedną dziewczynę stamtąd, taką Magdę, i ona opowiadała, że kradł dziewczynom majtki.
– Po co? – pytam trochę głupio, próbując naprędce powiązać majtki z pożarem.
– Głupia! – Nie wytrzymuje Agata. – Bo to zboczeniec!
– Ach, tak? – Patrzę w kierunku drzewa, które nagle wydaje mi się rozrastać, falować, syczeć, wysuwać w moją stronę gałęzie oraz chłopca niczym zakazany rajski owoc. – Czyli jak do niego podejdę, to mnie zgwałci albo złoży diabłu w ofierze?
– No pewnie coś w tym rodzaju. – Zgadza się Lusia, a Agata energicznie kiwa głową.
Tylko Krzyś wydaje się sceptyczny.
– Ale po co miałabyś do niego podchodzić? – pyta, czym kolejny raz daje dowód swoich społecznych niekompetencji.
Tymczasem Lusia zwęszyła krew i patrząc na nią już wiem, jak wyglądałby rekin w aparacie ortodontycznym. Nie wiem, kiedy i jak, ale robi się wokół nas małe zbiegowisko, na którego czele stoi Ulistyna. Ula znudzona jak Śpiąca Królewna, a Justyna słodka jak Królewna Śnieżka w lesie. Obie śliczne, rozsiewające wokół siebie zapach truskawkowej gumy do żucia i migdałowego olejku do opalania, jednym słowem, splendoru.
– Co jest grane? – Ula teatralnie ziewa, przez co nie mogę nie zauważyć, że nałożyła na usta różowy błyszczyk.
Ula jest najbogatszą dziewczyną w klasie, nie wiem, co właściwie robią jej rodzice, że mają tyle kasy, a Justyna należy do, jakby to powiedzieć, szkolnej bohemy. Jej tata pracuje w radiu, mama w szkole filmowej, a jedna z jej ciotek w latach 80. doszła do finału Miss Polonia.
– Zośka mówi, że podejdzie do Robala i do niego zagada – obwieszcza Luśka zimnym, śliskim jak śluz ślimaka głosem.
– O rany, nie rób tego! – Justyna przykłada sobie pięść do ust, jakby miała się z przejęcia rozpłakać.
Tłum chichocze nerwowo. Nagle łokieć Agaty boleśnie wbija mi się w żebra i na ten znak zauważam Karola „Kowala” Kowalskiego, któremu całe ciało, a zwłaszcza ciemna grzywka urosły przez wakacje i cholera, powiem wam, nieźle to wygląda. Szkoda, że wraz ze wzrostem ciała i grzywki maleją szanse Agaty na polu miłości.
– A pójdę – odpowiadam bojowo i sama nie wiem dlaczego, zataczam czubkiem glana małe kółeczko na betonie, jakbym gasiła niewidzialnego peta.
– Zwariowałaś! – Agata łapie mnie za ramiona i potrząsa. – Odwołaj to!
– To tylko pospolity Robal, a nie jakiś pieprzony ksenomorf – prycham i nim ktokolwiek zdąży mnie powstrzymać (na co, nie ukrywam, trochę liczę), odrywam się od tłumu i szybuję w stronę drzewa.
Chłopaki stamtąd już widzą, że coś się święci, przerywają swoje głupie gry i patrzą na mnie, poszturchują się i chichoczą. Coś w niedbałej, poetyckiej pozie Robala też się zmienia i nagle już nie jestem taka pewna, że to nie „jakiś pieprzony ksenomorf”. Jego chude nogi wydają się wydłużać, wydłużają się też ręce wystające z białej koszuli, palce zaciśnięte na małej książce (co on tam czyta pierwszego dnia szkoły?). Nawet mała książka w jego nienaturalnie długich palcach zaczyna przypominać martwego ptaka bez głowy. Im bliżej jestem, tym gęstsze staje się tu powietrze i – jak mawia poeta – gwizd, nagle świst, para buch, koła w ruch – pędzi na mnie piekielna lokomotywa z Robalem za maszynistę, a w każdym wagonie pełno psycholi. Oj to zaboli. Oj, to zaboli.
Jeszcze kilka kroków, jeszcze trzy, jeszcze dwa i oto jestem. Stoję na wprost Robala, który jest blady i rzecz niebywała, na serio ma na sobie garnitur, nie czarne jeansy albo bojówki jak reszta chłopaków, ale prawdziwy garnitur, który leży na nim jak druga skóra (jakaś część mnie stawia pytanie, czy to ten sam, co na pogrzebie). Tylko marynarkę trzyma przewieszoną przez ramię, zarzuconą na plecy. Rozumiem, że jest pierwszy dzień ostatniej klasy podstawówki, ale żeby tak się odwalić?
Zastanawiam się, czy on nie wysyła w ten sposób jakiejś wiadomości do wszechświata. Prześlizguję się po nim wzrokiem, łakomie jak sroka gapię się na srebrny, połyskujący w słońcu pasek zegarka na jego szczupłym nadgarstku. Na trzy sekundy zawieszam wzrok na książce. Przesuwam spojrzeniem po lekko falującej klatce piersiowej, szyi, ustach (których dolna połowa jest idealnie okrągła, normalnie ćwiartka brzoskwini, a policzki białe niczym świeże lilie na grobie), docieram do włosów: ciemnych, niesamowicie ciemnych, tak ciemnych, że aż mnie to parzy, więc cofam się do nosa, który jest zaskakująco zgrabny i prosty, a na koniec zostawiam sobie oczy… Okej, ja myślałam, że moje są zielone, dopóki nie zajrzałam w te dwie wody, te początki i końce wszelkiej zieloności, te kotły, w których wiedźma zmieszała szkło butelek, szmaragdy, pistacje, morską wodę, trawę, miętę, ogon jaszczurki i limonkę. I smutek. Dżizas, nie spotkałam dotąd nikogo o tak naprawdę, naprawdę smutnych oczach – nawet u starych kobiet w szpitalu, nawet u bezpańskich psów w schronisku. I nagle pod wpływem tego zielonego smutku czuję, że cały kolor ze mnie spływa. Staję się białą kartką, samotnym żaglem, martwą mewą.
– Czego? – Jeden ze świty Robala próbuje mnie zbyć, ale drugi szturcha go, zezując na moje cycki.
– Przyszłaś się ruchać? – pyta rzeczowo ten, co odbijał puszkę.
Unoszę brew. Postanawiam tak go od tej pory przezywać. Puszka. Oceniam go i jego dwóch przydupasów. Wszyscy są ode mnie starsi, powinni już dawno być w zawodówce albo pracować przy kopaniu rowów, ale utknęli w trybach nauczania podstawowego i będą się pewnie błąkać po naszej szkole jak smród po gaciach, czekając na moment, gdy osiągną pełnoletność i system łaskawie zwolni ich i szkołę z tego przykrego obowiązku.
Nie mam pojęcia, co ktoś taki jak Robal robi między nimi. Nie rozmawiają ze sobą, ale ewidentnie on i Puszka się znają – wskazuje na to luz, z jakim przebywają na tym samym metrze kwadratowym chodnika, jednak Robal w tym swoim garniturze wygląda jak szlachetny kruk pomiędzy pospolitymi gołębiami.
Patrzę spode łba na „gołębie”. Jako się rzekło, są starsze ode mnie i są chłopakami, co w ich oczach nabiera chyba cech zgoła nieśmiertelności, cóż, sorry Batory, muszę szybko rozwiać tę chmurkę samczego samouwielbienia. Może i jesteś dobry w grze w zośkę – myślę – ale nie w Zośkę. Przywalam Puszce z byka. Nie spodziewał się ataku, więc teraz siedzi na ziemi na tyłku. Nie da się ukryć, że żałośnie to wygląda, a jego kumple wyją i rechoczą na zmianę. Robal natomiast tylko przekrzywił głowę i się przygląda.
– Zajebię cię – stwierdza Puszka, podrywając się z ziemi.
Nie uciekam, oczekuję śmierci i pocieszam się, że to będzie w chwale, ale wtedy wyrasta między nami Robal i rzecz niesamowita, zasłania mnie własnym ciałem. Puszka patrzy na niego zdumiony, jakby na jego oczach kolega z oddziału przeszedł na stronę kosmitów. Świadomość zdrady sączy się z jego brzydkiej gęby jak pęknięty pryszcz, ale nic nie robi. Czaicie? Nic nie robi. Po prostu stoi tam żałosny i porzucony. Drugi i Trzeci też już nie wyją i nie rechoczą. Sytuacja z gatunku tych, które da się kroić nożem.
– Kim jesteś? – pyta Robal, i dopiero po chwili nieznośnego milczenia dociera do mnie, że to ja mam odpowiedzieć.
– Jestem Drozd – odpowiadam hardo. – Zośka Drozd.
I nim zdąży na powrót zająć swoją poetycką pozę pod drzewem, łapię go za poły śnieżnobiałej koszuli i, Bóg mi świadkiem, naprawdę to robię, w biały dzień i przy ludziach, wymierzam w niego usta, układam wargi w rewolwer i składam pocałunek jak strzał na bladym męskim obliczu, a w miejscu strzału powstaje małe różowe kółeczko, które stopniowo obejmuje cały policzek, całą twarz Robala, sięga nawet oczu. To tyle. Dokonało się.
Odwracam się i odchodzę powoli jak Gary Cooper.
– Jesteś, kurwa, trupem, Drozd! – woła za mną Puszka.
Pozostali dalej milczą, a ja się uśmiecham – z pewnym trudem, bo na ustach dźwigam zrabowany chłopcu pocałunek, ciężki jak worek złota. Worek, powiedziałam? Ja mam na ustach cały cholerny dyliżans pełen świetlistych, smutnookich, zielonych Robali.
Pół godziny później wygrzewam się w blasku chwały, zlizując pistacjową, mroźną słodycz z wafelka. Agata dziobie swój lód plastikową łyżeczką, bo boi się, że jak spróbuje po ludzku, to lodowy rożek zderzy się z Nosem jak góra lodowa z Titanikiem. Krzyś pochłonął dwie kulki w mniej niż pół minuty.
– Nowy rekord – stwierdza, a potem, wyskubując ze stolika okruszki, nie podnosząc wzroku, pyta: – Czy to znaczy, że teraz ze sobą chodzicie? Ty i Robal?
– Pytasz poważnie? – piszczy Agata. – Przez gwałt się nie liczy.
– Sama jesteś przezgwałt – odpyskowuję. – Taki tam mały rabunek. Rabuneczek.
– Rabusineczek! Szkoła będzie o tym gadać do końca roku. Przygotuj się na psychiczne tortury! – Agata i Nos patrzą na mnie z niedowierzaniem i obrzydzeniem, jak na kogoś, kto nie tylko okradł niewidomą staruszkę, ale jeszcze przewrócił ją na przejściu dla pieszych, zabrał jej laskę, po czym wmieszany w tłum gapiów obserwował hamujący z piskiem opon autobus.
Wzruszam ramionami. Kiedy pod szkołą wróciłam do swoich, reakcje były podzielone. Jedni triumfowali, witając mnie jak królową świata umarłych, ale inni (większość) patrzyła na mnie z niedowierzaniem jak na jedną z tych bab, co piszą listy miłosne do więzienia, a potem wychodzą za mąż za seryjnych morderców. To w Ameryce. U nas nie ma tylu maniaków i w ogóle jest trochę nudniej.
– Wiesz, że nie wolno robić takich rzeczy innym ludziom bez pytania? – poucza mnie prokurator Nos.
Uważam, że przesadza. Litości, jakbym za każdym razem pytała chłopaka o zgodę, zanim zrobię mu coś niefajnego, to byłaby straszna nuda i biurokracja, ale z drugiej strony tata Agaty jest dziennikarzem śledczym, a mama prawniczką od rozwodów, więc nie mogę zignorować jej porad.
– Ty jesteś dzisiaj jakaś nienormalna! – kontynuuje Agata. – To jest ósma klasa, a nie przedszkole, ogarnij się! Jak znowu dostaniesz obniżone z zachowania, to cię nie przyjmą do dobrego liceum! Pomyślałaś o tym? Nieważne, że koleś wygląda jakby uciekł z zamku Draculi, masz go znaleźć i przeprosić, słyszysz?
Trzymam fason. Nie odpowiadam. Zimna pistacja spływa mi do gardła. Żałuję, że nie mogę zanurzyć w lodzie stóp, tak cholernie bolą od glanów. Czuję się niezwyciężona. Myślę o podpaleniu jakiegoś sanatorium (tylko bez ludzi w środku) i o majtkach Robala. Myślicie, że skoro jest satanistą, nosi czarne?
– Słyszysz?!
– Dżizas, już dobrze, przeproszę kolesia!
MOJA PIERWSZA WIZYTA W AMHERST
Jeszcze nie przeprosiłam. Nie moja wina!
Minęły dwa tygodnie szkoły i ani razu nie widziałam Robala. Teoretycznie powinien być już w drugiej klasie liceum, ale powtarzał zerówkę (nie wiem, dlaczego, nie wygląda na debila) oraz ósmą klasę. To był ten rok wiosną, kiedy jego brat zrobił, wiecie co… (naprawdę nauczyciele mogliby odpuścić w takiej sytuacji, ale podobno mama Robala osobiście była za tym, by powtórzył klasę dla własnego dobra, cokolwiek to znaczy). Tak więc Robal chodzi do ósmej klasy jak ja i powinien robalować na szkolnych korytarzach, a nie robaluje i ja od tego już pomału dostaję szału.
Ludzie (w sensie dziewczyny) zaczynają gadać, że Robal uciekł ode mnie, wyjechał z miasta, a Wiśnia posunęła się wręcz do stwierdzenia, że dostał mononukleozy od mojego pocałunku i umarł. Wymyśliłaś tę chorobę – odparłam. Wiśnia jest znana ze skłonności do mitomanii, ale potem w domu sprawdziłam w encyklopedii, że jednak nie wymyśliła i zrobiło mi się tak głupio, że prawie się pochorowałam.
Na razie to tylko takie żarciki, ale znam tę grę – jeszcze trochę, a cała szkoła będzie huczeć od plotek, jakie to ze mnie straszydło i wiedźma. Jeszcze tego brakuje, aby przydarzyło mu się coś strasznego i było na mnie. Jak on może w ogóle tak chłodno traktować dziewczynę, która go publicznie pocałowała? Serca nie ma, czy co? Nie widzi, że przez niego nie dosypiam, nie dojadam i w ogóle jestem cieniem człowieka? Niedługo całkiem zniknę! Mam też nowe hobby. Wymyślanie kolejnych powodów do smutku. Wczoraj na przykład cały dzień było mi smutno, że nie umiem malować, bo wtedy namalowałabym portret Robala i miała choć tyle.
– Halo, panno Drozd! – Pani D. patrzy prosto na mnie, więc chyba jednak jeszcze trochę mnie widać.
Nie uważałam. Bez słowa podnoszę się z ławki i czekam na ścięcie.
– Mówiłam, że zostałaś wybrana… – W tym momencie rozbrzmiewa dzwonek. Pani D. krzyczy, że to dla niej, nie dla nas, a do mnie zwraca się nieco łagodniejszym tonem, że mam zostać chwilę po lekcjach. Kiwam apatycznie głową. Dalej kiwam, jak te malutkie pieski w samochodach, kiedy Pani D. powtarza, że rozmawiała z moją mamą i obie uznały, że dobrze mi zrobi, jak zajmę się czymś szlachetnym, bo wtedy może przestanę wreszcie sprawiać kłopoty. Coś szlachetnego? Mam rozdawać obiady samotnym staruszkom?
Pani D. wręcza mi adres. Słuchałam piąte przez dziesiąte, wyobrażając sobie Robala w Ameryce, piszącego miłosne listy do jakiejś seryjnej morderczyni (która wygląda jak Pamela Anderson), dlatego ledwo dociera do mnie sens tego, w co władowała mnie mama. Pod sam koniec zapala mi się ostrzegawcza lampka i zaczynam słuchać uważniej.
Otóż jest nowa dziewczyna w klasie, tyle że ona nie będzie chodziła z nami na lekcje, bo z powodów zdrowotnych ma indywidualne nauczanie, ale jej mama martwi się, że to się odbije na jej psychice i zapytała, czy nie znalazłaby się jakaś miła dziewczynka do towarzystwa. Podsumujmy: jest jakaś chora od urodzenia dziewczynka, a ja od dziś jestem miłą dziewczynką. No i git.
– Pójdę tam zaraz po lekcjach – odpowiadam, mając w głowie Pamelę Anderson, prężącą się w czerwonym kostiumie kąpielowym na krześle elektrycznym.
