Dropie - Natalka Suszczyńska - ebook + książka

Dropie ebook

Natalka Suszczyńska

4,2

16 osób interesuje się tą książką

Opis

W Polsce, w której wysokie czynsze, niskopłatna posada w bankomacie, gadające ptaki, uchodźcy z krajów Beneluksu oraz psy upijające się w tawernach są na porządku dziennym, dziewczyna o refleksyjnej naturze mierzy się z wejściem w dorosłość. Czy wyjdzie z tego cało? Czy chomik-jasnowidz poda jej pomocną łapkę? I kto w rzeczywistości czyta wasze CV oraz czy czasem warto trochę nazmyślać?

***

Dropie” to opowieść o prekariacie – klasie społecznej spod znaku ciągłej niepewności jutra. Panteon bohaterów to ludzie z szafy, z antresoli, ze śmietnika i z psiej budy. Jedni zamieszkują kioski, inni koczują w piwnicach, lasach i rowach. Wypełniają sobą każdą dostępną przestrzeń. Pracują w bankomatach, sprzedają zepsute zapiekanki albo tworzą posthipisowaskie komuny, w których panują bardziej faszystowskie zasady, niż w państwie totalitarnym. Z jednej strony autorka korzysta z gatunku science fiction, z drugiej – ewidentnie tworzy mitologię o pokoleniu umów śmieciowych. To, co na samym początku wydaje się przypominać literacki mockument nagle zaczyna brzmieć bardzo znajomo.

Joanna Ostrowska

 

OPOWIADANIA NATALKI SĄ FANTASTYCZNE W KAŻDYM TEGO SŁOWA ZNACZENIU.

Adam Wiedemann

 

Natalka Suszczyńska – urodzona w 1988 roku w Białymstoku, mieszka w Warszawie. Publikowała opowiadania m. in. w „Ricie Baum”, „Wakacie”, „Elewatorze”, „Helikopterze”, „Fabulariach” i zinie „Girls to the Front".

Partner wydania: Kraków Miasto Literatury UNESCO

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Natalka Suszczyńska, Dropie, Kraków 2019
Copyright © by the Author, 2019 Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2019
Redakcja serii Piotr Marecki
RedakcjaMarta Syrwid
KorektaMiłosz Biedrzycki
Projekt okładki Bolesław Chromry
Projekt typograficzny, skład i łamanie By Mouse | www.bymouse.pl
Wydanie I
ISBN 978-83-65739-76-6
Wydawnictwo i księgarnia Korporacja Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 698 656 [email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

I

oparte na prawdziwej historii

Wskutek recesji na rynku nieruchomości zmuszona zostałam podówczas do zamieszkania w psiej budzie. Ogłoszenie znalazłam na Gumtree. Buda znajdowała się na posesji byłych nauczycieli języków Bliskiego Wschodu, starszego małżeństwa, a wynajęta mi została przez ich syna, przedsiębiorczego trzydziestolatka znakomicie odnajdującego się w czasach kryzysu i umiejącego rozsądnie gospodarować majątkiem rodowym. W celu zmniejszenia opłat do niezbyt zawrotnej sumy trzystu pięćdziesięciu złotych miesięcznie (plus media), zgodziłam się na dzielenie budy z siedmioletnim biszkoptowym labradorem nazywającym się Borys Szyc. Z powodu zbieżnych zainteresowań i podobnego stosunku do świata szybko żeśmy się z Borysem zaprzyjaźnili. Tak sobie razem mieszkaliśmy jakieś trzy miesiące. Każdego ranka wychodziliśmy razem do pracy. Ja byłam wówczas zatrudniona w bankomacie na stanowisku kontrolera poprawności kodów PIN. Nie była to prosta praca. Żeby ją wykonywać, musiałam wcześniej zapamiętać miliony PIN-ów zestawionych z numerami kart, a potem jeszcze ich nie mylić. Na szczęście był to zawód dobrze płatny i całkiem prestiżowy. Borys nie miał tyle szczęścia. Każdego ranka wsiadał w autobus i jechał dwie godziny na drugi koniec miasta, by obsługiwać tam na skrzyżowaniu sygnalizację świetlną. Osiem godzin siedział w podziemnej kabinie i zmieniał światła. Bywało, że również na pomarańczowe. Wykonywany zawód nie dawał mu ani satysfakcji, ani możliwości awansu. Nad jego głową bezwzględnie rozpościerał się szklany sufit, z tym że akurat w postaci denka od studzienki.

Każdego wieczora po pracy wybieraliśmy się do pobliskiej tawerny na parę kufli relaksującego piwa. Niejednokrotnie spotykały nas tam różnego rodzaju przygody. Borys zawsze bał się śmiertelnie, że pod wpływem alkoholu stanie się zbyt wylewny i wyjawi o sobie zbyt dużo. Już od wczesnych lat życia zaczął więc rozwijać technikę, dzięki której pijany mówił same kłamstwa. „Nazywam się Tomasz Kot” – przedstawiał się dziewczynom, a ja już wiedziałam, że tego wieczora nie będzie z nim żadnej rozmowy. Po trzech miesiącach byliśmy tak zżyci, przyzwyczajeni do naszego rytmu dnia i naszej psiej budy, że najzwyczajniej zapomnieliśmy o tym, że świat lubi się zmieniać. Jak zwykle w takich momentach, odezwał się zły los, by podważyć fundamenty naszych uporządkowanych żyć.

A było to tak. Czarna noc i my – mijając hordy fetującej weekend młodzieży – wracaliśmy powoli do naszej budy. Już z oddali zauważyliśmy, że u dobrotliwego małżeństwa wynajmującego nam lokal pali się – co bardzo niecodzienne o tak późnej porze – światło. Postanowiliśmy tak tylko zerknąć przez okno i zobaczyć, o co chodzi. Zaglądanie ludziom do domów przez okno nie jest, umówmy się, bardzo kulturalne, ale zdarza się nawet najlepszym. W środku zobaczyliśmy trzy trupy i aranżację podobną do tej z filmu Funny Games. Dlaczego wcześniej nie skojarzyłam tych kanap, tego stolika, tego telewizora? Wielokrotnie obwiniałam się potem za tragedię, która nie miałaby miejsca, gdybym nie oddzielała filmów od realnego życia. Teraz jednak było za późno. Borys przeraźliwie zawył. I wtedy, w cieniu, nieopodal begonii, spostrzegłam wpatrujące się w nas czerwone ślepia Leśnego Ludka. Ja zdążyłam jeszcze uskoczyć, ale Borys nieświadom był zagrożenia. „Czym prędzej uciekajmy!”, krzyknęłam nawet, lecz przeraźliwe szczęki Leśnego Ludka rozerwały bezwładne ciało Borysa chwilę później.

Nie wiem, ile biegłam. Być może cały weekend. Wielokrotnie zatrzymywałam się, aby upić trochę wody z kałuży. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Myślałam o zadzwonieniu na policję, ale policja pozostawała głucha i ślepa na ludzi takich jak ja i na problemy takie jak Leśny Ludek, który psuł im statystyki. Pozostało mi więc znalezienie nowego lokum.

Ocknęłam się na jakimś smętnym osiedlu. Rozejrzałam się. Wszędzie wokół brudne kubiki z napisami „Hurtownia rajstop”. Nie wiedziałam, że nawet w tak trudnych czasach ludzie potrzebują aż tyle rajstop. Przy kubikach – wyliniałe kępki traw i stare asfaltowe drogi. Każda z dróg prowadziła prawdopodobnie najpierw w pole, a potem już zupełnie nigdzie. Zrozumiałam wtedy, że tym razem przyszło mi osiedlić się w takim właśnie miejscu. Tylko gdzie tu się osiedlać? Jak tu szukać mieszkania? Postanowiłam przejść się po tym spękanym asfalcie, licząc na jakiś cud. „Przecież zasłużyłam na cud” – myślałam sobie. Kroczyłam, wspominając niedawną tragedię, aż nagle zaczęło padać. Początkowo było to całkiem do zniesienia, myślałam nawet z pewną ulgą, że deszcz zmyje brud ucieczki z mojej twarzy i dłoni. Później jednak dotarło do mnie, że przecież nie mam gdzie się skryć i że bez kryjówki z osoby umytej rychło zmienię się w przemoczoną. Zaczęłam pukać do drzwi, od hurtowni do hurtowni, ale było już grubo po siedemnastej i wszyscy pracownicy rozjechali się do domów. Nie było nawet dozorców, którzy mogliby mi otworzyć. Po kolejnej bezowocnej próbie dostania się do hurtowni rajstop, olśniło mnie: mogę przecież przeczekać ulewę w śmietniku! Od kiedy ludzie przestali wyrzucać śmieci, ponieważ okazały się one zbyt cenne, śmietniki stały się całkiem sympatycznymi miejscami. Mimo tego, że deszcz padał coraz gęstszy, nie wpadałam więc w popłoch. Miałam już cel. Wypatrywałam śmietnika z nadzieją na ratunek, aż wreszcie, po kilku minutach, na horyzoncie między kubikiem podobnym do kubika podobnym do kubika pojawiła się całkiem zgrabna altanka śmietnikowa. Przyspieszyłam kroku, myśląc o deszczu, o dachu, o tym, że coraz bardziej moknie mi głowa, i o tym, że deszcz spływa ciurkiem za uszami po karku za kołnierz. Marzyłam o kojącym śmietniku. W końcu dotarłam i weszłam, ale natychmiast cofnęłam się dwa kroki, znów na deszcz. W śmietniku stało już bowiem z osiem osób. Momentalnie zapomniałam, po co tam przyszłam.

Śmietnik nie jest w końcu przystankiem autobusowym, jeśli ktoś w nim przebywa, musi być częścią jakieś społeczności. Jakiej? I czy mnie ona przyjmie? – pytałam się w myślach. Pocieszałam się, że być może nie jest to społeczność, ale tylko zagubieni przechodnie, którzy pójdą wraz z pojawieniem się tęczy, a ja – udając przed nimi, że także chcę się schronić tylko na chwilę – nie muszę wchodzić z nikim w dialog. Wiele pytań dręczyło mnie wówczas, hamując przed wejściem do śmietnika. Stałam więc na deszczu z głupio otwartymi ustami. „Wejdź do środka, nie stój tam tak”, usłyszałam w końcu. Mówili chórem. Weszłam.

I już zostałam, rozwiązując tym samym mój problem mieszkaniowy. Jeszcze tego samego wieczoru dowiedziałam się, że ludzie znajdujący się w śmietniku są imigrantami z krajów Beneluksu. Mówili, że tam jest jeszcze gorzej niż tu. Przyjechali do nas z nadzieją na cieplutkie umowy śmieciowe i prace w kebabach. Liczyli, że raz w miesiącu będą wysyłać swoim rodzinom pieniądze i paczki z dobrami z naszych sklepów. Niestety, wszyscy wylądowali w policealnych szkołach mentoringu, vlogingu i unboxingu. Zostały im przyznane niewysokie stypendia socjalne, ale rynek pracy był dla nich zamknięty. Ledwo wiążąc koniec z końcem, zamieszkali więc w ósemkę w tym śmietniku. Bo – jak mi wyjaśnili – dzierżawienie śmietników było całkiem nowym pomysłem Zakładu Oczyszczania Miasta, który w ten sposób umykał przed bankructwem, wykazując się przy okazji osiągnięciami w walce z bezdomnością. Niestety – zastraszająca skala inflacji windowała czynsze średnio raz w tygodniu, dlatego mieszkańcy altanki śmietnikowej na terenie hurtowni rajstop z radością zaproponowali mi kwaterunek. Ja natomiast opowiedziałam im o Leśnym Ludku. Kiedy skończyłam, uświadomili mi, że jest niedziela, a ja odetchnęłam z ulgą: nic nie stało na przeszkodzie, bym następnego dnia mogła stawić się w pracy.

Forsowne były podróże z tej zapomnianej przez boga i ludzi kubikowej krainy do mojego bankomatu. Codziennie przebywałam trasę podmiejską kolejką pełną coraz smutniejszych i coraz brudniejszych ludzi. Ci, którzy w poniedziałek byli ubrani w same markowe ubrania, w piątek chodzili już w rzeczach z dyskontu. Płaszcze z alpaki zamieniały się w puchówki, puchówki w koce. Znikały smartwatche i tablety, złote kolczyki i srebrne pierścionki. Nic dziwnego, w końcu wszystko się psuło.

Najpierw wprowadzono opłaty za wejście do sklepów. Za wejście do osiedlowego sklepiku płaciło się dwa złote, a wizyta w hipermarkecie kosztowała nawet pięć złotych. Dyskonty wcale nie były tańsze. W prasie pojawiły się głosy krytyki. Mało kto miał jednak fundusze, aby chodzić do empików i za dwa złote przeglądać te wszystkie gazety. Brak dostępu do prasy spowodował w końcu wieszczony już od dłuższego czasu upadek słowa drukowanego. Opozycja, jak to zwykle z nią bywa, próbowała gromadzić się w internecie. Wszystkie fora dyskusyjne były jednak momentalnie namierzane i zamykane. Udało się jedynie zorganizować kilka marszów pod hasłem „Nie w takim kraju chcemy mieszkać”. Ruch oporu kwitł później przez chwilę w komentarzach na serwisie Pudelek.pl. Wszyscy zainteresowani z łatwością odczytywali rewolucyjne podteksty w sformułowaniach „PIERWSZY!111”, „buty fajne, ale nie pasują do sukienki” lub „na drugim zdjęciu wygląda jak zawinięta w parówkę :)”. Nic dziwnego, że krajowi specjaliści szybko odgadli prawdziwe znaczenie komentarzy, wszak nasze państwo nie od dziś szczyci się osiągnięciami na tym polu. To przecież nasi specjaliści złamali kod Enigmy, a w ostatnich czasach odcyfrowali wszystkie tajemnice Manuskryptu Wojnicza. Żaden więc kod wymyślony przez ludzką rasę nie mógł mieć przed nimi tajemnic na dłużej niż chwileczkę. W rezultacie, do końca roku odebrano obywatelom prasę, internet i telefony. Władza nie mogła bowiem ignorować potęgi prywatnej myśli kodowanej za pośrednictwem emotikonów i emoji.

Wraz ze wzrostem cen, mój status społeczny spadał. Praca w bankomacie nie była wymarzonym stanowiskiem na czasy głębokiego kryzysu. Widywałam nawet salony pielęgnacji yorków prosperujące lepiej niż bankomaty. Jakoś tak jest, że zła koniunktura zniechęca do banków, ale wzmaga w ludziach ochotę pielęgnacji koafiur swoich pupili. Nie mogąc liczyć na zbyt duże prowizje od transakcji, musiałam zaciskać pasa. Nie miałam już środków na rozrywki – wieczory spędzane z Borysem w tawernach wspominałam teraz jak historie obejrzane w kinie. Razem z moimi współlokatorami z Beneluksu rozpalaliśmy wówczas na środku śmietnika małe, całkiem bezpieczne ognisko i siedząc wokół niego, opowiadaliśmy łzawe historie, by po kilku kwadransach zasnąć, wycieńczeni szlochem. Dni mijały, a mój bankomat zmieniał właścicieli. Wchodził w fuzje. Najpierw z coraz to większymi bankami, potem z największą krajową siecią aptek. W końcu wykupiony został przez konglomerat sklepów z używaną odzieżą. Liczba klientów jednak wciąż spadała, aż pewnego dnia nastał koniec bankomatów. W pożegnalnym prezencie dostałam od firmy opakowanie aspiryny i trzynaście par szelek. Ten hojny podarunek i moje skromne oszczędności umożliwiły mi przeżycie następnego miesiąca, opłacenie czynszu za śmietnik, zakup jedzenia i biletu miesięcznego. Nie wiedziałam, co będzie dalej, wiedziałam tylko, że w czasach upadającej gospodarki nie mam co liczyć na takie ciepłe posady, jak ankieter lub statysta. Dni mijały mi więc na rozglądaniu się za jakąkolwiek pracą. Kilkakrotnie podjęłam się wyprowadzania yorków i sprzątania miejsc wypadków. Dostęp do tych zajęć okazał się jednak utkany zbyt gęstą siatką koneksji, by osoba taka jak ja mogła zagrzać tam miejsce na dłużej. Nieznana nikomu, nie mogłam liczyć na wybicie się w tych profesjach. Miesiąc kończył się jednak nieubłaganie, nie zważając ani trochę na moją sytuację materialną. Zwróciłam się więc do łutu szczęścia. I to jednak nie pomogło, mimo iż sumiennie każdego wieczora odprawiałam czary, zaklinając: „los się musi odmienić”. Z wybiciem godziny osiemnastej dnia trzydziestego pierwszego musiałam więc spakować tych kilka moich rzeczy w chustkę, umieścić ją na uprzednio znalezionym kiju i opuścić studentów z Beneluksu oraz słodki śmietnik i udać się w stronę zachodzącego słońca.

Wyruszyłam do lasu. Aby jakoś przetrwać pierwszą noc, wybudowałam szałas z patyków, mchów i paproci. Z obawy przed wizytą leśnej policji nie rozpalałam ogniska. Nie spałam jednak – nie dały mi zmrużyć oka patrolujące teren helikoptery. Na łożu z chrustu miałam jednak wystarczająco dużo czasu, by przemyśleć swoją sytuację i możliwe dalsze posunięcia. Wraz ze wschodem słońca postanowiłam kierować się głębiej w las, krocząc poprzez grubą poranną mgłę. Liczyłam na znalezienie jakiejś opuszczonej chaty, powojennego bunkra lub chociaż ambony. Ideałem byłaby oczywiście ocieplana czatownia, lecz na rozwiązania wzorowe przestałam liczyć już bardzo dawno temu, a więc nie robiłam sobie nadziei, że takową znajdę. Przemierzałam ścieżki, pokonywałam chaszcze i krzaczory, schylając się co chwila po grzyby, jagody i co pulchniejsze insekty. Nareszcie znalazłam miejsce, gdzie jedzenie było za darmo. Pierwszy raz od dawna miałam także okazję rozkoszować się pięknem przyrody. Na powrót zaczynałam rozpoznawać drzewa, a gdy tylko naszła mnie ochota na odpoczynek, kładłam się na polankach i słuchałam ptasich treli.

Wciąż niejasny jednak był dla mnie cel, do którego zmierzałam. Mieszkanie w lesie nie mogło być przecież rozwiązaniem na resztę życia. Chyba że przygarnęłaby mnie jakaś wilcza rodzina i zostałabym ich dzikim dzieckiem. To byłby, owszem, jakiś sposób na spędzenie kilku następnych lat. Może społeczeństwo wilków potrzebuje takiej jednostki jak ja? – rozmyślałam. Z rozważań wytrącił mnie widok, który nagle wyłonił się przede mną: potężne konopne namioty, grupa ludzi i ognisko zapraszające, aby otoczyć je braterskim kręgiem. Zrobiłam szybki bilans strat i zysków i uznałam, że w mojej ówczesnej sytuacji zbliżenie się do tej dziwacznej osady będzie najrozsądniejszą rzeczą, którą mogę zrobić. Szłam powoli, niepewna jednak, co tym razem mam powiedzieć tej osobliwej zbiorowości, przedstawiając się. Pierwsza wybiegła w moją stronę grupa dzieci. Malcy bez słowa założyli mi na głowę wianek z maków i kosaćców, wzięli mnie za ręce i zaprowadzili w kierunku największego z namiotów. W środku siedziała kobieta wyglądająca na podstarzałą nauczycielkę rzeźbiarstwa w liceum plastycznym. Powiedziałam jej „dzień dobry” i już-już chciałam tłumaczyć, kim jestem i jak się tu znalazłam, znów odtwarzać te wszystkie marne koleje mego losu, kiedy jedno z dzieci zasłoniło mi usta palcem. „Nie odzywać się” – zrozumiałam. Kobieta wskazała na bogato tkaną poduszkę. Usiadłam tamże. W dłoniach kobiety dostrzegłam wówczas małą żmiję zygzakowatą, której zygzak kobieta polizała, a następnie zasugerowała spojrzeniem, bym zrobiła to samo. Przez głowę przeszła mi myśl, że może chcieć mnie otruć. Rozejrzałam się za ewentualną drogą ucieczki. Nie widząc takiej możliwości, postanowiłam zastosować się do jej sugestii i po raz pierwszy w życiu polizałam żmiję.

Tego, co nastąpiło, nie mogłabym przewidzieć nawet w najśmielszych snach. Patrzyłam na kobietę, słyszałam, co mówi, ale nie widziałam, aby jej wargi się poruszały. Potwierdzone zostały moje domysły – znalazłam się w osadzie najprawdziwszego plemienia posthipisowskiego, w dodatku nomadycznego. Eksploatowali oni leśne zasoby aż do wyczerpania, a następnie przenosili się dalej. Mężczyźni każdego ranka wyruszali po niezbędny prowiant, czyli kłącza i łodygi, pokrzywy, pałki wodne i żołędzie. Nigdy bym nie wpadła na to, że niektóre z tych rzeczy można jeść. Nie miałam tej wiedzy, ponieważ była ona u nas zakazana – pod tym kątem cenzurowano nawet kreskówki. Posthipisi przekazywali sobie jednak te informacje z pokolenia na pokolenie. Kiedy przekształcono ich squaty w pralnie chemiczne oraz Biedronki, nie mieli już wyjścia – przenieśli się do lasów. W mieście skazani byli zresztą wyłącznie na GMO, które poczyniło w ich plemieniu ogromne szkody. Drugie pokolenie dzieci urodziło się głuchonieme. Z tego powodu nawet wśród starszych zarzucono komunikację werbalną i zwrócono się do Księgi Mądrości spisanej przez Pierwszego Posthipisa. Podczas swych podróży w poszukiwaniu wewnętrznego ognia wszechrzeczy odkrył on najróżniejsze sekrety przyrody. Telepatyczne umiejętności, jakie posiada osoba kosztująca zygzaka żmii, były jednym z nich.

Z braku innych możliwości postanowiłam zostać z tą grupą tak długo, jak tylko będzie to możliwe. A nuż któregoś dnia kolorowy wiatr przyniesie radosną wieść, że można wyjść z lasu i kontynuować życie, jak gdyby cały ten kryzys nigdy się nie wydarzył? Tymczasem żyłam jednak w lesie z grupą hipisów. Każdego poranka ustawiałam się w kolejce po trochę mocy cudownej żmii, potem toczyłam gliniane naczynia na kole garncarskim, zaplatałam makatki i bawiłam się z dziećmi. Co pewien czas udawaliśmy się w kilkudniową wędrówkę w poszukiwaniu nowych terenów. Czasem spotykaliśmy ludzi, którzy – tak jak ja – oddalili się od cywilizacji, desperacko, na ślepo i bez żadnego planu. Często ich przygarnialiśmy. Zdaje się, że mówię teraz w imieniu społeczności, ale prawda była jednak trochę inna – my, znajdy, zawsze żyliśmy na uboczu tych hipisowskich struktur, choć okazywano nam – temu zaprzeczyć nie mogę – wielką serdeczność. Zawsze pozostaną bowiem tajemnice, których nie poznasz do czasu, aż otworzy ci się trzecie oko. A na to się, szczerze mówiąc, w moim przypadku nie zanosiło. Poprzednie wydarzenia nauczyły mnie, że i tak wkrótce nastąpi coś, co wyrzuci mnie poza nawias tej krainy szczęśliwości i znów będę musiała samotnie zastanawiać się, co robić i dokąd pójść. A brakowało mi już pomysłów. I może właśnie ten cień gorzkich doświadczeń był tym, co trzymało moje wewnętrzne oko bezwzględnie zamknięte.

Aż zaczęłam kaszleć. Nie pomagało mi picie wywaru z podbiału. Nie pomagała herbata z babki lancetowatej. Po kilku dniach suchy kaszel zamienił się w mokry. Wyraźnie czułam, że coś tkwi mi w gardle. Piłam miód z cebulą, piłam majeranek. Nic się nie zmieniało, aż dziesiątego dnia wykaszlałam banknot stuzłotowy. Schowałam go do kieszeni, niepewna realności tego zdarzenia. Może świeże powietrze, wegetariańska dieta, codzienne lizanie żmij i picie dziwnych naparów źle podziałały na mój miejski organizm? A może ten banknot to jedynie głupi omam zdezorientowanego mózgu? Następnego dnia wykaszlałam jednak dwa banknoty i moje podejrzenia zamieniły się w nadzieję na majątek. Po cichu zaczęłam wylewać pod drzewo herbatki na ból gardła, a pieniądze umieściłam w kieszeni. Jakkolwiek przyjemne by nie było życie z tymi hipisami, wolałam odłożyć jakąś sowitą sumę i wrócić do miasta, czując się jak królowa.

Jest jednak określona liczba banknotów, które można upychać po kieszeniach. Po kilkunastu dniach byłam zmuszona zrobić sobie sakiewkę na powiększający się majątek. Trzymałam ją przy moim posłaniu. Potem, może po miesiącu, zrobiłam drugą – większą – sakiewkę. Później kolejną – jeszcze większą. Wszystko to wymykało się powoli spod mojej kontroli. Wypluwając pieniądze w ilościach rosnących zgodnie z zasadą ciągu geometrycznego, musiałam jednak w końcu zostać zdemaskowana: pewnego popołudnia, siedząc przy krośnie, potężnym kaszlnięciem wyrzuciłam z siebie trzy dwustuzłotówki prosto w twarz stojącej nieopodal kobiety. Właśnie wtedy, po raz pierwszy od wielu miesięcy, usłyszałam człowieczy głos. A raczej przeraźliwy jazgot – nieludzki, choć dobył się z ludzkich ust. Całe plemię zebrało się wokół, zaalarmowane. W jednej chwili stałam się ich Antychrystem, ich Lewiatanem, ich Molochem. W jednej chwili ściągnęłam przecież na ich społeczność dwie zakazane rzeczy: pieniądz i mowę. Tak być nie mogło. Zostałam wygnana.

Nie