39,99 zł
Powieść z uniwersumDragon Age –gry RPG wielokrotnie nagradzanego studia BioWare™
Zniszczenie Kręgu Maginów w Kirkwall pogrążyło w chaosie życie magów i templariuszy w całym Thedas. Część magów dzieli już tylko krok od buntu przeciw swoim strażnikom, podczas gdy inni próbują za wszelką cenę utrzymać porządek i stabilność w obliczu nadciągających zmian.
W majestatycznej Białej Iglicy, w samym sercu potęgi templariuszy w Val Royeaux, napięcie sięga zenitu. Działania garstki radykałów przyciągają uwagę potężnej i tajemniczej odnogi zakonu templariuszy – Poszukiwaczy. Przybywają, by objąć dowodzenie i przywrócić porządek bez względu na cenę. Jakby tego było mało, po korytarzach Białej Iglicy grasuje nieuchwytny zabójca, niewidzialny dla wszystkich… oprócz Rhysa.
Rhys jako jedyny potrafi go dostrzec, więc wszystkie podejrzenia w śledztwie padają właśnie na niego. Ponieważ nie jest w stanie udowodnić swojej niewinności, jego przyszłość maluje się w czarnych barwach. Jednak biegłość w magii staje się dla niego ostatnią szansą. Rhys zostaje włączony do ekspedycji wyruszającej w głąb zachodnich pustkowi Orlais. Tam jego los splata się z piękną templariuszką, pewną udręczoną duszą oraz Wynne, bohaterką Plagi. Wspólnie odkryją sekret znacznie większy, niż mogli przypuszczać. Tajemnicę, która na zawsze odmieni los magów w Thedas.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału
Dragon Age: Asunder
Text copyright © 2011 Electronic Arts Inc.
Published by arrangement with Tor Publishing Group
All rights reserved
First Edition: September 2014
EA, the EA logo, Dragon Age, the Dragon Age logo, BioWare and the BioWare logo are trademarks of Electronic Arts Inc.
Insignis Media is an authorized Electronics Arts Licensee
Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Imiona, nazwiska, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorów i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami, instytucjami, przedsiębiorstwami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.
Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez zgody posiadacza praw. Niniejsza publikacja nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek oprawie lub okładce innej niż ta, w której została opublikowana, oraz bez podobnego zastrzeżenia nałożonego na kolejnego nabywcę.
Przekład Małgorzata Koczańska, Dominika Repeczko
Redakcja Joanna Rozmus
Korekta Karolina Zelewska
Skład Martyna Potoczny
Makieta, adaptacja okładki i przygotowanie do druku Tomasz Brzozowski
Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser,
Edycja polska Insignis Media, Kraków 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-68639-60-5
Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków
[email protected], insignis.pl
Facebook: @Wydawnictwo.Insignis
X, Instagram, TikTok: @insignis_media
„Jestem Duchem Iglicy”.
Była to nieprzyjemna myśl. Cole obracał ją w głowie raz po raz. Podobno duchy nie istniały, a umarli tak naprawdę nigdy nie chodzili pomiędzy żywymi, jednak niektórzy i tak w to wierzyli. Wierzyli, że zmarły może się zagubić w drodze do Stwórcy i wiecznie błądzić po krainie cieni.
Cole nie był martwy. Jednocześnie nie istniał i chodził pomiędzy żywymi.
Kiedyś podsłuchał, jak para magów o nim rozmawiała – nawet jeśli żadne z nich nie wiedziało, że mówią właśnie o nim. Natknął się na nich późno w nocy, naradzających się w jednym z mrocznych korytarzy Białej Iglicy. W wielkiej wieży znajdowało się mnóstwo zakamarków, gdzie magowie ukrywali się przed obserwującymi ich podejrzliwie templariuszami, a Cole znał je wszystkie.
Za to o wiele słabiej znał magów. Wiedział jednak, że wymykając się z komnat, narażali się na ogromne ryzyko. Jedynie kilku templariuszy traktowało ich z życzliwością, reszta wierzyła, że nieustannie knują i spiskują, by popełnić nieopisane zbrodnie… Tymczasem większość ich rozmów była zupełnie zwyczajna. Magowie po prostu plotkowali. Szeptali sobie tajemnice, spekulowali na temat romansów, kiedy indziej dyskutowali o sprawach daleko poważniejszych, niewątpliwie prawdziwych, o których nigdy nie odważyliby się mówić głośno. Zdarzało się też, że Cole natknął się na miłosną schadzkę. Ciało przyciśnięte do ciała w ukryciu, rozpaczliwy akt intymności między ludźmi zmuszonymi wykradać choćby ulotne momenty.
Na parę, która o nim rozmawiała, Cole natrafił przypadkiem. Usłyszał szepty, gdy przemykał wśród cieni. Okazało się, że to pulchna dziewczyna o długich włosach w kolorze słomy i wiotki elfi chłopak. Cole znał oboje, choć tylko z widzenia. Starsi uczniowie, z tych, co mają niewielki talent magiczny i spędzili zbyt dużo czasu, przygotowując się na nieuniknione. Pewnego dnia zostaną wezwani przez templariuszy na ostateczną próbę i Cole już nigdy ich nie zobaczy… lub natknie się na dwoje beznamiętnych Wyciszonych, odartych ze zdolności i skazanych na bierną egzystencję w służbie swoich oprawców.
Pamiętał strach w oczach tej dwójki. Dziewczyna miała na policzku siniaka, purpurowa plama zaczynała już blednąć. Oboje rozglądali się bacznie, czy nie nadchodzi straż, i wzdrygali się na najmniejszy szmer. Nawet chrobot pazurków przebiegającego szczura sprawił, że podskoczyli, ale nie porzucili swojej kryjówki.
Mimo tej czujności nie mieli pojęcia o obecności Cole’a w pobliżu. Zresztą, nie spodziewał się niczego innego. Stanął tuż obok i nachylił się, by lepiej słyszeć rozmowę.
– Mówię ci, że widziałam – zapewniała czeladniczka, a w jej głosie brzmiała trwoga. – Szłam dolnym korytarzem, żeby wziąć księgę dla zaklinacza Garlena, i wtedy zobaczyłam…
– …ducha – dokończył elf, nie kryjąc powątpiewania.
– Och, smoki mogą istnieć, ale duchy już nie? – oburzyła się jego towarzyszka. – Zakon nie wie wszystkiego! Są rzeczy w Pustce, których nie potrafimy sobie nawet…
– To mógł być demon.
Dziewczyna zamilkła, jej twarz pobladła ze strachu.
– Ale… nie próbował ze mną rozmawiać. Chyba nawet mnie nie widział. Myślałam, że to może jakiś gość, który się zgubił, ale kiedy ruszyłam za nim, zniknął za rogiem. Zajrzałam tam i nikogo nie zobaczyłam. Tak po prostu.
Młodzik zmarszczył brwi i zniżył głos do szeptu tak cichego, że nawet Cole miał trudności, by go usłyszeć.
– Pamiętasz, czego nas uczą? Kiedy pojawia się demon, na początku wydaje się nieszkodliwy. Najpierw zrobi coś, by wzbudzić twoją ciekawość, dopiero później zacznie sączyć w ciebie zepsucie…
Odwróciła wzrok, w zmartwieniu zaciskając usta. Potem spojrzała wprost na Cole’a, a raczej wprost przez niego. A jemu przemknęła przez głowę tylko jedna myśl: Widzi mnie?
Chłopak westchnął i mocno objął towarzyszkę, mamrocząc uspokajająco, że tak naprawdę o nic mu nie chodziło, gdy przypomniał o ostrzeżeniu, i że może miała rację. Dziewczyna pokiwała głową, walcząc ze łzami.
– Jak ten duch wyglądał? – zapytał po chwili elf.
– Próbujesz mnie pocieszyć.
– Nie, chciałbym wiedzieć. Może to był templariusz?
– Myślisz, że do tej pory nie poznałam jeszcze wszystkich templariuszy z tej wieży? Niektórych lepiej, niżbym chciała. – Mimowolnie dotknęła sińca na twarzy, a chłopak zmarszczył brwi, jednak nic nie powiedział. – Nie, nie nosił zbroi ani szaty. Wyglądał zwyczajnie, jak chłopak niewiele od ciebie starszy. Rozczochrane włosy, chyba jasne…? Skórzane portki i kurtka, dawno nieczyszczone. Zresztą, inni też go widzieli i opisywali podobnie jak ja.
– Może to jakiś robotnik z tuneli…
– Kiedy ostatnio ktoś tam pracował?
Nie wiedział, co na to powiedzieć, więc tylko wzruszył ramionami.
– Wiem, ale to takie…
– Byłam dość blisko, by widzieć jego oczy. – Dziewczyna w zamyśleniu zmarszczyła brwi. – Wydawał się taki smutny… Jakby się zagubił w podziemiach. Możesz sobie wyobrazić?
Wzdrygnęła się, a młodzieniec posłał jej szeroki pokrzepiający uśmiech.
– A więc to niesławny Duch Iglicy. Inni będą ci zazdrościć.
Uśmiechnęła się blado w odpowiedzi.
– Chyba nikomu nie powinniśmy o tym mówić.
– Chyba nie.
Siedzieli jeszcze przez chwilę i Cole też ociągał się z odejściem. Miał nadzieję, że usłyszy więcej o tym, co widziała ta dziewczyna. Ale uczniowie już się nie odezwali. Trzymali się za ręce wsłuchani w echo pieśni płynących z kaplicy na wyższych kondygnacjach wieży. Kiedy nabożeństwo o północy dobiegło końca, pozostała już tylko cisza i para niechętnie wróciła do swych kwater.
Cole nie poszedł za nimi. Usiadł w ich kryjówce i pozwolił, by spowiła go cisza. Wiedział, że nie jest demonem. Nigdy żadnego nie spotkał, z żadnym nie rozmawiał, przynajmniej z tego, co było mu wiadome. No chyba że demon umiał tak doskonale udawać, by nie budzić najmniejszych podejrzeń, a to przecież niemożliwe. Zatem był duchem? Tego nie mógł wykluczyć.
Cole pamiętał swoje przybycie do wieży. Jak każdy mag przed nim czuł jedynie niewysłowione przerażenie, gdy templariusze powlekli go korytarzami. Nie miał pojęcia, gdzie znajduje się to dziwne miejsce i ile czasu tu jechali – przez większość podróży był nieprzytomny lub miał zawiązane oczy, a pozbawieni wszelkiego współczucia porywacze nie zamierzali mu niczego wyjaśniać. Cole trwał w przekonaniu, że chcą go zabić.
Pamiętał, jak pchnęli go w ciemny korytarz, pusty, jeśli nie liczyć kilku uczniów, którzy usunęli się pośpiesznie, by nie stanąć rycerzom na drodze. Większość unikała wzroku Cole’a, co tylko wzmagało jego strach. Wrzucono go do lochu, czarnej dziury, skąd nigdy nie miał już wyjść – kara za to, że urodził się magiem. Tym słowem w niego ciskali, oschłym, wstrętnym tonem, gdy już musieli zwrócić się do swego jeńca. Mag. Wcześniej nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że to określenie odnosi się do niego. Słyszał je tylko z ust kapłanek – miano tych, którzy zostali przeklęci przez Stwórcę.
I Cole okazał się jednym z nich. Przeklętym.
Wrzucono go do celi. Leżał na wilgotnych kamieniach, szlochając cicho. Spodziewał się bicia, ale nikt go nawet nie dotknął. Tylko drzwi więzienia zatrzasnęły się z ponurym hukiem. Początkowo poczuł ulgę, ale gdy templariusze odeszli, szybko się rozwiała. Został sam, jeśli nie liczyć szczurów. Stworzenia podkradały się blisko w ciemności i kąsały ostrymi jak brzytwa ząbkami. Cole próbował się odczołgać, ale nie miał dokąd uciec, nie miał się gdzie schronić. Mógł tylko zwinąć się w kłębek i modlić.
W zimnej nicości modlił się zatem o śmierć. Byłby to lepszy los niż czekanie na powrót templariuszy i zastanawianie się, jakież wymyślne tortury dla niego przygotowali. Kapłanki mówiły, że demony garną się do magów, by zmienić ich w plugawce – jednak Cole nie potrafił sobie wyobrazić nic bardziej przerażającego od templariuszy. Bez względu na to, jak mocno zaciskał powieki, nie przestawał widzieć ich zimnych oczu.
Nie chciał być magiem. Nie chciał wiedzieć, jak zostaje się magiem, i nie znajdował w magii nic pociągającego. Żarliwie modlił się do Stwórcy o ratunek. Raz po raz. Modlił się, aż ochrypł. Błagał, by templariusze zapomnieli o jego istnieniu.
I oto jego modlitwy zostały wysłuchane. Albowiem tak właśnie się stało.
Cole’owi wydawało się, że umarł w ciemności i zapomnieniu. Może stąd właśnie się brały duchy: to ci, którzy umarli, ale nie chcieli się z tym pogodzić. Dlatego nie odeszli, tylko czepiali się życia, które już ich nie chciało.
Zacisnął powieki. „Stwórco na niebie”, pomyślał, „jeżeli umarłem, daj mi znak. Czy nie chcesz mnie u swego boku? Kapłanki mówiły przecież, że mnie do siebie zabierzesz. Nie zostawiaj mnie tutaj”.
Lecz Cole nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Nigdy nie było odpowiedzi.
Jeżeli umarł, czemu nadal sypiał? Czemu wciąż odczuwał głód i pragnienie, pocił się, oddychał? Zmarli tego nie robili. Nieważne, jak inni go nazywali, Cole nie był ani duchem, ani demonem.
Jednak to nie znaczyło jeszcze, że był prawdziwy.
Wyżej w Białej Iglicy roiło się od ludzi. Wielka wieża miała wiele kondygnacji, przestronnych, rozświetlonych promieniami słońca. Cole rzadko tam zaglądał. Czuł się lepiej w podziemiach, wśród rzeczy, o których templariusze zapomnieli, jak również tych, o których chcieli zapomnieć. Fundamenty wieży sięgały głęboko w trzewia ziemi i tam właśnie był jego dom.
Komnaty na kilku niższych piętrach nie były niczym nadzwyczajnym. Znajdowały się tu spiżarnie i zbrojownie – wielkie sale pełne pancerzy i broni, których wystarczyłoby do wyposażenia armii templariuszy. Niżej znajdowały się archiwa – niezliczone pomieszczenia wypełnione książkami, których z jakichś powodów nie przechowywano na wyższych kondygnacjach.
Były tu tomy o magii, ale też o muzyce i filozofii, księgi w zapomnianych językach, a nawet te zakazane, trzymane pod kluczem. Zwykle do archiwów nikt nie zaglądał, ale od czasu do czasu Cole natykał się na maga, który przy świecy czytał jakąś księgę przez długie godziny. Nigdy nie mógł pojąć, co takiego ciekawego można znaleźć wśród liter i obrazków. Dla niego książki stanowiły tylko stertę starego papieru.
O wiele bardziej interesujące były kondygnacje znajdujące się poniżej archiwum. Była to najstarsza część wieży nazywana Jamą. Poza Cole’em zaglądali tam nieliczni. Zamurowane dawno temu korytarze zalała woda, cegły poczęły murszeć i kruszyć się z zaniedbania. Zrujnowane schody wiodły do starożytnych składów – w większości pozostał tylko kurz, lecz niektóre wypełnione były dziwnie wyglądającymi artefaktami. Wielkie mauzoleum stanowiło milczące świadectwo śmierci templariuszy sprzed wieków, zwietrzałe posągi zapomnianych bohaterów strzegły marmurowych trumien. Cole znalazł też ukryte skarby, których posiadacze dawno pomarli. Wędrował mrocznymi tunelami, które opadały spiralnie i łączyły się z miejskimi kanałami. Czy ktokolwiek na górze wiedział o istnieniu tych przejść?
Cole znał każdy zakamarek Jamy poza jej sercem. Na piwnicznych piętrach znajdowały się lochy z setkami cel. Więcej niż templariusze mogli zapełnić i znacznie więcej, niż było im potrzeba. W najstarszych panowało jedynie stłumione echo cierpień, ślad męki, która na zawsze odcisnęła się w kamieniu. W Cole’u lochy budziły dreszcze. Dlatego unikał ich i zaglądał tam tylko wtedy, gdy naprawdę musiał. Kiedy było trzeba.
Jak teraz.
W lochach nie używano pochodni. Strażnicy nosili w szarych kloszach migoczące jak ogień kamienie, które rzucały błękitne zimne światło. Cole wiedział, że to magia. Wyczuwał jej szept, pieszczotę na skórze, gdy przechodził obok. Ale nawet magiczne lampy tylko nieznacznie rozpraszały mrok, zaledwie na tyle, by strażnicy mogli widzieć swoje stopy.
Do lochów prowadziło tylko jedno wejście, onieśmielająco długi korytarz z wysokim sklepieniem i niezliczonymi żelaznymi bramami, które można było zatrzasnąć w okamgnieniu. Ktokolwiek znalazłby się wtedy między nimi, zostałby podziurawiony jak sito pikami wysuwającymi się z ciemnych otworów w ścianach. Cole zadrżał, gdy tamtędy przechodził. A przecież nie była to jedyna śmiercionośna pułapka strzegąca lochów. Templariusze woleli, by ich więźniowie byli martwi niż wolni – stare ślady spalenizny na kamieniach wyraźnie obrazowały, co stało się z tymi, którzy próbowali się wydostać.
Na końcu korytarza znajdował się ledwie jeden posterunek straży, niewielka komnata ze stołem i kilkoma krzesłami. Cole zauważył otwartą butelkę wina i dwa na wpół wypełnione puchary oraz talerze z resztkami wieczornego posiłku. Na ścianie wisiała peleryna, pod nią na podłodze leżały dwa przybrudzone hełmy. Nigdzie jednak nie widział strażników, a wewnętrzne drzwi stały otworem. Templariusze musieli być w lochu.
Cole z wahaniem wszedł do więzienia. Natychmiast uderzył go w nozdrza odór strachu, starego i nowego. Cel blisko wyjścia używano często. Nie miał pojęcia, ile z nich jest obecnie zajętych, ale na pewno przynajmniej jedna – z oddali niosły się korytarzem przerażone szlochy.
Słychać było również śmiech i urywki rozmów. Męskie głosy odbijały się echem od ścian. Cole podkradał się, aż ujrzał błękitną poświatę. Dwóch templariuszy w pancerzach stało w progu otwartej celi, jeden trzymał magiczną lampę. Nie nosili hełmów, dlatego Cole łatwo ich rozpoznał. Nie znał ich imion – niewielu znał z imienia – ale wiedział, że to bezlitośni łowcy, którzy służyli Zakonowi od tak wielu lat, że dawno zapomnieli o współczuciu. O ile w ogóle kiedyś byli do niego zdolni.
– Ostrożnie – odezwał się ten, który trzymał lampę. – Ta umie rozniecać ogień.
Drugi, przezwany przez Cole’a Nochalem, prychnął z pogardą.
– Chciałbym to zobaczyć.
Z celi dochodził szloch. Templariusz z lampą przewrócił oczami.
– Bez obaw. Nie stawiała oporu, gdy ją złapaliśmy. Teraz tym bardziej nie będzie walczyć.
– Ha. Myślisz, że da radę?
– Lepiej, żeby nie.
Templariusze wymienili znaczące spojrzenia, gdy rozpaczliwe zawodzenie stało się głośniejsze. Nochal wzruszył ramionami i z hukiem zatrzasnął drzwi, po czym zaczął przeglądać obręcz z kluczami w poszukiwaniu właściwego. Zamek zachrobotał cicho.
Łowcy ruszyli w stronę Cole’a, szepcząc do siebie. Najwyraźniej padł jakiś żart, po którym obaj zarechotali okrutnie. Mag zamarł w napięciu i wstrzymał oddech. Kiedy byli już całkiem blisko, zrobili to, co niemal wszyscy: obeszli go, całkowicie nieświadomi zarówno jego obecności, jak i tego, co uczynili. Nigdy jednak nie było pewne, czy sztuczka się uda i Cole podświadomie oczekiwał, że ktoś go jednak zobaczy. Po części miał nawet nadzieję.
Kiedy Nochal przechodził obok, chłopak odpiął mu od pasa obręcz z kluczami.
Templariusze odeszli. Zabrali ze sobą jedyne źródło światła i Cole’a otoczyła ciemność. Odetchnął powoli, czekając, aż kroki strażników ucichną w oddali. Nadal słyszał cichy szloch zza drzwi celi. Nieopodal z kamienia kapała woda, rytmiczne kap-kap-kap. Ze szczelin, popiskując, wychodziły szczury. Z innych cel nie dochodził jednak żaden dźwięk. Jeżeli byli tam jacyś więźniowie, to spali albo dawno pomarli.
Powinien się ruszyć. Cole próbował zmusić stopy, by zrobiły krok, lecz na próżno. Czuł się niematerialny, jakby ciało miał z tej samej substancji, z jakiej składają się cienie, i pierwszy krok miał pogrążyć go wśród nich już na zawsze. Coraz bardziej poddawał się panice, serce łomotało mu dziko. Na czole pojawiły się kropelki potu.
„Nie teraz!”, jęknął w duchu. „Jeszcze nie!”
Cole wyciągnął rękę. W głębi duszy lękał się, że dłoń tylko przejdzie przez ścianę, a on przewróci się i zacznie spadać… i wciąż spadać. Niżej i niżej, aż jego ostatni krzyk pochłonie mroczna czeluść. Ale palce natrafiły na twardy kamień. Cudownie zimny kamień. Przepełniony wdzięcznością Cole nabrał powietrza i przycisnął czoło do muru, nie bacząc, że zimna i chropowata powierzchnia drapie mu skórę.
Oddech mu się uspokoił. Cole drżał jeszcze, ale miał znowu pewność, że jest rzeczywisty.
„Nie jest za późno”.
Przez chwilę grzebał w kieszeni, po czym wyciągnął niewielkie zawiniątko. Ostrożnie je rozwiązał. Na kawałku tkaniny zamigotała lazurowa poświata magicznego kamienia. Do tego, co zamierzał, potrzebne będzie światło.
Dopiero przy którejś próbie trafił na klucz, którego użył templariusz. Zapadka przesunęła się ze zgrzytliwym brzękiem. Cole zamarł – szlochy w celi raptownie ucichły. Nie zamierzał czekać i sprawdzać, czy odgłos wzbudził czujność straży. Nie zwlekając, otworzył drzwi i wślizgnął się do środka.
Błękitny blask kamienia wyłowił z ciemności szczegóły maleńkiej celi o ścianach i posadzce pokrytych warstwą nieczystości. Znajdowało się tu tylko puste wiadro i skulona w kącie dziewczyna w łachmanach poplamionych ciemną krwią. Własną? Kogoś innego? Ciemne włosy zwisały mokrymi pasmami na ramiona, a twarz zasłaniały uniesione obronnie ręce.
Przez długą chwilę Cole tylko stał i patrzył, przestępując z nogi na nogę. Wreszcie przykucnął, położył świecący kamień na podłodze. Migotanie stało się bardziej intensywne, cień maga szaleńczo zatańczył na ścianach. Zapach dziewczyny dał się wyczuć pomimo smrodu w celi: pot, strach i mdłości. Drżała, bez wątpienia przekonana, że przybysz chce ją skrzywdzić. Dlatego Cole czekał.
W końcu zza uniesionych dłoni wyjrzały zaczerwienione od płaczu oczy. Była śliczna, przynajmniej kiedyś. Teraz wychudła, wyczerpana wszystkim tym, przez co musiała przejść. Zamrugała niepewnie w świetle magicznego kamienia. Spojrzała na Cole’a, a Cole spojrzał na nią.
– Widzisz mnie – stwierdził. Ulga, którą poczuł, była niemal namacalna.
Dziewczyna pisnęła jak porażona i odsunęła się od niego, jak mogła najdalej. Wcisnęła się w kąt niczym zaszczute zwierzę, dysząc spazmatycznie. Brudnymi palcami zaczęła drapać ścianę, jakby myślała, że w ten sposób uda się jej wydostać. Cole czekał cierpliwie, aż desperackie wysiłki ustały i dziewczyna znowu na niego spojrzała.
– Możesz mnie zobaczyć – powtórzył, tym razem pewniej.
– Nie chciałam wywołać pożaru – wyszeptała ochryple. – Ogień wypłynął mi z rąk, nawet nie wiem dlaczego. Wszystko stało się tak szybko, próbowałam ich ostrzec…
Zacisnęła powieki, a po brudnych policzkach spłynęły łzy. Wytarła je drżącymi dłońmi, rozsmarowując brud na twarzy.
Cole czekał. Wreszcie szlochy ucichły i dziewczyna znowu podniosła na niego wzrok, tym razem czujnie. Nawet nie drgnął. Dostrzegł w jej spojrzeniu błysk ciekawości.
– Jesteś magiem? – zapytała. – Powiedzieli, że jakiś przyjdzie.
Zawahał się.
– Nie.
– Więc… Kim jesteś?
– Mam na imię Cole.
Nie tego chciała się dowiedzieć. Patrzyła wyczekująco, ale on milczał.
– Ale… skoro nie jesteś magiem – odezwała się w końcu – to co tu robisz? Czego chcesz ode mnie?
– Przyszedłem, bo możesz mnie widzieć.
Sięgnął za pazuchę skórzanej kamizeli i wyciągnął sztylet z pochwy. Było to zdobione ostrze z wyszukaną mosiężną rękojeścią w kształcie głowy smoka. Broń zalśniła w błękitnym świetle i dziewczyna spojrzała na Cole’a z bezgranicznym niedowierzaniem.
– Wyczułem to, gdy cię tu przyprowadzili – podjął. – Wiedziałem, że mnie zobaczysz, jeszcze przed tym, jak cię spotkałem.
Dziewczyna otworzyła usta, po czym je zamknęła. Wreszcie udało się jej przemówić, choć głos miała bardzo cichy i zduszony.
– Zabijesz mnie?
– Tak sądzę. Tak.
Gwałtownie wciągnęła powietrze.
– Ponieważ jestem magiem?
– Nie, nie dlatego.
– To… dlaczego? Czym ci zawiniłam?
– Niczym. Nie zrobiłaś mi nic złego. – Zakotłowały się w nim emocje, rozpacz i desperacja. Zepchnął je głęboko na dno serca, a teraz próbowały się wydostać. Zaparło mu dech, oparł głowę o kolana i zakołysał się w przód i w tył. Zastanawiał się, czy dziewczyna użyje swojej magii, póki jeszcze ma szansę. Czy roznieci ogień, jak ostrzegał templariusz? I jak to zrobi? Czy mogłaby go zabić?
Nie uczyniła nic. Cole odzyskał równowagę i odetchnął, głęboko i powoli, a potem podniósł wzrok. Dziewczyna zamarła. Nie potrafiła oderwać oczu od sztyletu, zapewne nawet nie przyszło jej do głowy, że mogłaby powstrzymać przeciwnika.
– Ja… znikam – szepnął Cole. – Czuję, że zaczynam się wymykać przez szczeliny. Muszę to zrobić. Przykro mi.
– Będę krzyczeć.
Ale nie krzyknęła. Widział, jak uświadamia sobie, że jeśli jej krzyk kogokolwiek przyciągnie, to jedynie templariuszy. A nawet gdy siedziała twarzą w twarz z uzbrojonym mężczyzną, perspektywa ponownego spotkania z rycerzami Zakonu zdała jej się gorsza. Cole rozumiał to aż za dobrze. Dziewczyna powoli przygarbiła się i skuliła na podłodze, pogodzona z losem.
Zbliżył się nieco, serce waliło mu jak oszalałe. Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka. Nie cofnęła się.
– Mogę cię uwolnić – szepnął i uniósł sztylet na potwierdzenie swych słów. – Od bólu. Od strachu. Zrobię to szybko. Nie będziesz musiała tu siedzieć i zastanawiać się, co cię czeka.
Przyglądała mu się z niesamowitym spokojem.
– Jesteś demonem? – zapytała wreszcie. – Powiedzieli, że to spotyka magów. Przychodzą do nich demony i zmieniają ich w potwory. – Uśmiechnęła się w pozbawionym życia grymasie, który doskonale pasował do jej martwych oczu. – Ale mnie nie musisz zmieniać. Ja już jestem potworem.
Nie odpowiedział.
– Powiedziałam, że niechcący roznieciłam pożar. Tak im powiedziałam. Ale to nieprawda. – Wyznanie sączyło się z jej ust jak zimny jad. – Słuchałam krzyków matki, ojca, słuchałam, jak wrzeszczeli, i nie zrobiłam nic. Chciałam, żeby spłonęli. I cieszę się, że nie żyją.
Wyznawszy swój sekret, dziewczyna odetchnęła i zamrugała, powstrzymując łzy. Popatrzyła na Cole’a wyczekująco, lecz on tylko westchnął.
– Nie jestem demonem.
– Więc… więc kim?
– Zagubionym.
Wstał i podał jej dłoń. Zawahała się, po czym skinęła głową. Cole pomógł jej wstać, znalazła się od niego zaledwie o cal. W błękitnym magicznym blasku ogarnęło ich poczucie przedziwnej bliskości. Widział każdy znak na ciele dziewczyny, każdą smugę wyżłobioną przez łzy, każde pasmo włosów.
– Spójrz na mnie.
Mrugnęła zaskoczona, lecz posłuchała.
– Nie. Spójrz na mnie.
I spojrzała, jak prosił.
Dziewczyna patrzyła na Cole’a, patrzyła w niego. Zamierzał ją zabić, dobrze o tym wiedziała. Szedł przez życie niezauważony i szybko przez wszystkich zapomniany, ale dla niej był w tej chwili najważniejszy na świecie. Wiedziała już, kim jest. Jej ratunkiem, ucieczką ze świata przepełnionego grozą. Na twarzy dziewczyny odmalowała się podszyta zmęczeniem ulga zmieszana z lękiem. Jej oczy stały się kotwicą Cole’a, to spojrzenie czyniło go realnym.
– Dziękuję ci – szepnął i zatopił sztylet w jej piersi.
Westchnęła zaskoczona, ale nie odwróciła wzroku. Cole pchnął wyżej, wbił ostrze prosto w jej serce. Z ust bryzgnęła jasnoczerwona krew, dziewczyna szarpnęła się i z ostatnim drżeniem opadła w jego ramiona.
Trzymał ją mocno, spoglądając jej w oczy. Chłonął każdy moment, podczas gdy z niej uchodziło życie. To był zaledwie ułamek chwili, a zdawało się, że trwa całą wieczność… i nagle było po wszystkim.
Drżąc, Cole pozwolił, by ciało dziewczyny zsunęło się z ostrza i bezładnie upadło na podłogę. Nie zdawał sobie sprawy, że ze sztyletu kapie ciepła krew, że plami mu ręce i ubranie. Nie mógł oderwać spojrzenia od tych oczu, które teraz patrzyły w nicość. Przyklęknął i zamknął dziewczynie powieki, pozostawiając na nich szkarłatne smugi. A potem zatoczył się i oparł plecami o ścianę celi. Trudno mu było oddychać.
„Muszę przestać”.
Nadludzkim wysiłkiem woli odwrócił wzrok od martwego ciała. Jak pijany sięgnął po magiczny kamień i zaczął go owijać szmatą, aż pomieszczenie znów spowił nieprzenikniony mrok. Cole odetchnął, raz i drugi, powoli, by odzyskać panowanie nad sobą.
Prawie zapomniał, jak to jest, jakie to uczucie znowu należeć do świata. Po części pewien był, że zaraz nadbiegną templariusze i cała Biała Iglica dowie się, kim jest: zbiegłym magiem, który przechadzał się między nimi. Duchem Białej Iglicy.
Zjawią się uzbrojeni w miecze i zaklęcia. Pochwycą go i znowu zamkną w celi. Zatraci się w ciemności, aż wreszcie przyjdą, by się z nim ostatecznie rozprawić. Tym razem o nim nie zapomną. Tym razem otworzą drzwi i zobaczą go leżącego na podłodze i błagającego o rychły koniec.
Lecz nikt nie przyszedł.
Nigdy nikt nie przychodził.
Zgodnie z tradycją, pojawiając się publicznie, arystokracja Orlais zasłaniała twarze maskami. Były to finezyjnie wykonane dzieła sztuki, malowane tak, by ukazać zamożność noszącego je rodu. Niektóre zdobiono małymi klejnotami ułożonymi w gustowne wzory, inne inkrustowano srebrem i złotem, jeszcze inne urzekały pawimi piórami lub lśniącymi smoczymi łuskami. Posiadanie maski piękniejszej niż inne uznawane było za przewagę, dlatego w Cesarstwie twórcy masek należeli do ludzi najbardziej wpływowych, a ich kunszt – do najbardziej pożądanych.
Słudzy nosili prostsze wersje masek charakterystycznych dla domu swojego pana lub pani. Był to oczywisty komunikat: „Należę do kogoś – jeżeli mnie skrzywdzisz, narazisz się na gniew tych, którym służę”.Noszenie maski, do której nie miało się prawa, wiązało się z ogromnym ryzykiem. Mądry arystokrata strzegł swojej maski równie pilnie jak reputacji.
W Orlais pojawianie się w towarzystwie bez maski również miało znaczenie. Z odsłoniętą twarzą publicznie pokazywali się biedacy, osoby pochodzące z nizin społecznych, bezużyteczne nawet dla najmniej ważnych rodów, albo ci, którzy twierdzili, że nie zniżają się do udziału w Wielkiej Grze. Jednakże według elit wszyscy byli częścią Gry. Albo było się graczem, albo pionkiem – niczym więcej i niczym mniej.
Justynia V, Boska Zakonu, gość honorowy wieczornych uroczystości, nie nosiła maski. Podobnie jak stadko kapłanek, które jej towarzyszyły. Nie oznaczało to bynajmniej, że nie biorą udziału w Grze. Raczej stanowiły wyjątek: każdy arystokrata zobowiązany był do zachowania nienagannych manier i okazywania szacunku osobom duchownym, bez względu na ich prosty ubiór. Kapłanki na równi z innymi angażowały się w Grę, wielu uważało nawet, że Boska należy do najlepszych graczy. Duchowieństwo po prostu grało na innych zasadach.
Evangeline również nie nosiła maski. Jako templariuszka stanowiła ten sam wyjątek co kapłanki. Aczkolwiek arystokracja powszechnie to ignorowała.
Evangeline była też jedyną osobą na sali balowej w pełnej zbroi i z mieczem u boku. Napierśnik miała wypolerowany na najwyższy połysk, a do tego najlepszą czerwoną tunikę, na której lśniła wyhaftowana złotą nicią płonąca gwiazda Zakonu. Templariuszka splotła włosy w elegancki warkocz wokół głowy – fryzura popularna wśród dam dworu. Jednak to wszystko bledło w porównaniu z migotliwymi sukniami i perukami, w które wetknięte były ozdobne spinki i grzebienie, ze sznurami pereł i wspaniałymi klejnotami błyskającymi w świetle pochodni. Evangeline doskonale o tym wiedziała.
Wiedziała też, co myślą zerkające w jej stronę damy dworu, co szepczą za swoimi delikatnymi wachlarzami. Taka ładna kobieta mogła znaleźć sobie męża. A skoro wstąpiła do zakonu rycerskiego, to albo pochodziła z biednej rodziny, albo – co gorsza – była zbyt nieokrzesana, by dołączyć do właściwego towarzystwa.
Ani jedno, ani drugie nie było prawdą – ale nie miało to znaczenia. Evangeline nie pojawiła się na balu, by wejść do Gry. Była tu, by służyć jako straż honorowa Boskiej Justynii – widoczny znak i przypomnienie dla tych, którzy uznaliby bal za doskonałą okazję do przysporzenia kłopotów.
Oficjalnie bal wydała cesarzowa, ale Jej Cesarskiej Wysokości nigdzie nie było widać. Przebywała w Pałacu Zimowym – aż za Halamshiral – i oddawała się uciechom ze swoim najnowszym kochankiem albo zajmowała się rozpędzeniem rebelii. Zależy, kogo się zapytało. W każdym razie jasne było, że bal zorganizowała pałacowa biurokracja. Wydawało się jednak, że żadnemu z gości to nie przeszkadzało. Tak czy inaczej, należało się pokazać, by dowieść, że jest się godnym zaproszenia – to stanowiło już wartość samą w sobie. Na sali balowej panował tłok.
Boska zasiadła na wielkim, drewnianym, bogato rzeźbionym tronie przygotowanym specjalnie na tę okazję. Siedzisko ustawiono na podwyższeniu, dzięki czemu kapłanka miała doskonały widok na całą komnatę. I, co ważne, każdy, kto chciał podejść, musiał to zrobić z niższej pozycji. Orlezjańska arystokracja nie lubiła, gdy przypominano o jej miejscu w hierarchii, nawet jeżeli robił to ktoś, kto bez wątpienia znajdował się na wyższym szczeblu. Skutkiem tego po obowiązkowych, uprzejmych pozdrowieniach na początku balu niewielu decydowało się podejść do Boskiej.
Gość honorowy siedział sztywno w napiętej ciszy, a za towarzystwo miał jedynie czuwające przy tronie kapłanki. Justynia spoglądała na tłum tancerzy wirujących po parkiecie. Twarz miała nieprzeniknioną, tak że nie można jej było oskarżyć o znudzenie. Jeżeli czuła się niewygodnie w obszernej szkarłatnej szacie i lśniącym czepcu, nie dawała tego po sobie poznać. Zdaniem Evangeline Boska mogłaby stanowić wzór chłodnej gracji, a jednak z podsłuchanych rozmów templariuszka zorientowała się, że plotkowano głównie o wieku kapłanki. Jej poprzedniczka sprawowała urząd prawie przez pięćdziesiąt lat, na tyle długo, że Cesarstwo przywykło do trzęsącej się ze starości Boskiej. Lecz teraz na stanowisku nastąpiła zmiana i niektórzy arystokraci wyrażali pragnienie, by Justynia V nie dożyła podobnego wieku.
Oczywiście w typowo orlezjańskim stylu mówiło się o tym po cichu, a sztylety chowało się za plecami. W końcu dyskusja dotyczyła wybranki Stwórcy. Evangeline nie potrafiła zrozumieć owej gorliwości i gotowości do świętokradztwa, mdliło ją od zawoalowanych zaczepek i aluzji, ale takie właśnie było Orlais.
Muzycy, duża trupa na wysokiej galerii, nagle zagrali szybszą melodię. Goście na dole oklaskami pochwalili wybór utworu i przygotowali się do tourdion. Był to żwawy taniec, bardzo modny od chwili, gdy wśród dworzan rozeszła się pogłoska, że lubi go cesarzowa.
Tancerze ustawili się w szeregach naprzeciw siebie i przyjęli posture droit, prawa noga nieco wysunięta, ciało lekko odchylone. A potem zaczęli: lekkie kopnięcie w powietrze, doskok na lewej nodze do prawej, zmiana, po pięciu krokach powrót z przeskokiem do postawy wyjściowej. I od nowa.
Całe to kopanie i skakanie składało się na całkiem interesujące widowisko. Na parkiecie nie brakło wzmożonej alkoholem wesołości, ale niektórzy tancerze oddawali się rozrywce z wyćwiczoną gracją. Tłum pod ścianami klaskał z uznaniem i nawet Boska wraz z kapłankami przyłączyła się do aplauzu.
Tempo melodii było coraz szybsze, ruchy tancerzy coraz bardziej szaleńcze. Nagle rozległ się krzyk – młoda kobieta upadła, rozdzierając suknię i pociągając za sobą jeszcze trzy inne. A co gorsza, z głośnym stukiem po posadzce potoczyła się maska dziewczyny. Muzyka ucichła, gdy na sali rozległ się pomruk zainteresowania zmieszanego z rozbawieniem.
Nikt nie ruszył się, by pomóc młodej kobiecie. Patrzono tylko, jak niezdarnie wstaje, podtrzymując rozdartą suknię, i szuka maski. Wreszcie władcza dama w wysokiej białej peruce, zapewne matka nieszczęsnej, wbiegła na parkiet, chwyciła dziewczynę za ramię i wyprowadziła. Twarz wybawicielki skrywała złota maska, ale każdy ruch zdradzał upokorzenie, a nie troskę.
Dobry obserwator zauważyłby, że sprawcą upadku była inna panna w jaskrawożółtej sukni. Dostrzegłby również, że gdy orkiestra zaczęła kolejną melodię, tym razem wolniejszą, winowajczyni zajęła miejsce u boku arystokraty, z którym wcześniej tańczyła upokorzona dziewczyna. Evangeline podejrzewała, że wszyscy na sali wiedzą doskonale, co naprawdę zaszło i dlaczego. I po cichu pochwalali postępek młodej damy. Gra była równie bezlitosna, co haniebna.
Templariuszka nie opuszczała posterunku przed podwyższeniem Boskiej, bacznie obserwując tłum. Bolały ją nogi od tak długiego stania i coraz trudniej było jej znieść ostry odór potu maskowany słodką wonią perfum. Jednak musiała zachować czujność. Tak wiele masek stanowiło poważny problem, za każdą mógł się kryć wynajęty zabójca. Każdy tu mógł być obcy i nikt z pozostałych gości nie byłby świadom, że osoba ta nie należy do towarzystwa. Evangeline mogła mieć tylko nadzieję, że gwardziści na sali pilnie wykonywali swoje obowiązki. Jej pozostało jedynie czekać. Jeszcze z godzina, zanim Boska uprzejmie się pożegna, a wtedy i ona będzie mogła odejść.
– Widzę, że nie możesz się doczekać końca.
Odwróciła się. Z podwyższenia zeszła jedna z towarzyszek Boskiej. Widziała już tę kobietę o krótkich rudych włosach, intensywnie niebieskich oczach i ruchach tak opanowanych i pełnych gracji, że Evangeline nie byłaby zaskoczona, gdyby okazało się, że to wcale nie kapłanka. Może strażniczka dla niepoznaki przebrana w szaty Zakonu? To miało sens, że Boska nie chciała, by jej życie zależało tylko od jednego miecza. Templariuszka nie poczuła się urażona.
– Jej Świątobliwość nie musi się obawiać, nie opuszczę jej – odpowiedziała.
Rudowłosa kobieta uśmiechnęła się rozbrajająco i uniosła dłoń.
– Och, nie zamierzałam sugerować, że mogłabyś. Radzisz sobie lepiej z nieokazywaniem uczuć od innych templariuszy, których spotkałam. Ale i tak musi to być dla ciebie bardzo nudne zadanie.
Evangeline nie bardzo wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc milczała przez chwilę.
– Zapewne komtur uznał, że będę się czuła… swobodniej niż inni na takiej uroczystości, ze względu na moje urodzenie.
– Ale tak nie jest.
– Porzuciłam takie życie dawno temu.
Powiodła spojrzeniem po tancerzach. Melodia się skończyła i goście nagrodzili muzyków na galerii rzęsistymi brawami, po czym rozeszli się po sali pogrążeni w rozmowach. Evangeline miała wrażenie, że patrzy na wilki w trakcie polowania. Najpierw wypatrywali najsłabszej sztuki w grupie, izolowali ją i otaczali, szykując się do zadania śmiertelnego ciosu. Tyle że tutaj do przemocy dochodziło przy użyciu cichych słów i obietnic. Sala balowa była polem bitwy, na którym już teraz pokotem leżały ciała, choć żadna wojna nie została wygrana. Na następnym spotkaniu towarzyskim podobne sceny będą się rozgrywały znowu, a potem jeszcze raz i jeszcze… regularnie jak przypływ.
– Całe to bogactwo i wpływy… I jak je wykorzystują? Arystokraci myślą tylko o własnych korzyściach, a tymczasem ich świat się wali.
Zdaje się, że te słowa zrobiły na rudowłosej wrażenie.
– Zgadzam się. I wiem, że Jej Eminencja również by się z tobą zgodziła.
– Zatem jest nas trzy.
Rudowłosa roześmiała się serdecznie i wyciągnęła dłoń.
– Wybacz mi skandaliczny brak manier. Mam na imię Leliana.
– Kapitan Evangeline.
– O, tak, wiem. Niełatwo było zdecydować, kto powinien dzisiejszej nocy chronić Boską. Wielu templariuszy równych ci szarżą zdradzało pewne… nastawienie, które bardzo nas zaniepokoiło.
To zaintrygowało Evangeline. Nie tylko słowa, ale i ton głosu, jakby rudowłosa powiedziała więcej, niż zamierzała. Kiedy Leliana podeszła do pobliskiego stołu pod ścianą, by nalać sobie wina, templariuszka podążyła za nią.
– Co masz na myśli? – zapytała. – Jakie nastawienie?
– Wiesz, co się stało w Kirkwall?
– Któż nie wie?
Leliana wskazała w sali rząd okazałych okien, za którymi wznosiła się Biała Iglica. Była to poza pałacem jedna z niewielu budowli widocznych z każdego miejsca w stolicy. Rozświetlona magią wieża wyglądała niczym jaskrawy odprysk bieli rozcinający ciemność – miecz Stwórcy, jak lubili mówić o sobie templariusze.
– Krąg Maginów w Kirkwall zbuntował się i pogrążył miasto w wojnie. Skutki wyczuwamy na całym Thedas. Templariusze mogą to wydarzenie zinterpretować dwojako: albo jako wyzwanie, albo… jako lekcję.
– A co to ma wspólnego ze mną? Nie przypominam sobie, abym wyraziła jakąkolwiek opinię w tej kwestii.
– Doprawdy? – Leliana upiła wina, spoglądając znad kielicha na wojowniczkę, a w jej oczach błysnęło rozbawienie. – Powiedziałaś, że arystokracja, pomimo wpływów i bogactwa, nie robi nic pożytecznego. Czy nie powinnam zatem wyczytać z tego, że twoim zdaniem templariusze są inni?
Kolejne ukryte znaczenie.
– Oczywiście, że tak uważam. Chronimy świat przed magami i magów przed sobą nawzajem. I nie dlatego, że nas o to poprosili, ani dlatego, że to łatwe zadanie, ale dlatego, że tak właśnie należy czynić.
Leliana uśmiechnęła się ponownie.
– To mi wygląda na opinię.
– Tak się składa, że podziela ją reszta mego zakonu.
– Gdybyż tylko tak było. – Leliana spoważniała, ale zaraz się otrząsnęła. – Wielu uważa, że wojna jest nieunikniona, a Zakon niewystarczająco wspiera wysiłki templariuszy, by jej zapobiec. Mówi się, że musimy opowiedzieć się po którejś ze stron.
– Próbujesz mi powiedzieć, że zostałam wybrana do ochrony Boskiej, ponieważ uznałaś, że już zdecydowałam?
– Może tak, może nie. Pewnie warto o tym podyskutować.
Evangeline zamilkła oburzona. Leliana sączyła wino, a jej niewinne i obojętne zachowanie sprawiło, że z zewnątrz wyglądały, jakby nie rozmawiały o niczym istotnym.
Po drugiej stronie sali pojawił się inny templariusz. Młody człowiek, jeden z niższych rangą rycerzy. Krople potu na czole zdradzały, że przybył w pośpiechu. Kiedy dostrzegł Evangeline, na jego twarzy odmalowała się ogromna ulga. Niemal podbiegł, przepychając się przez tłum.
– Pani kapitan! Stwórcy niech będą dzięki, że panią znalazłem!
Zatrzymał się tuż przed templariuszką, poniewczasie zdawszy sobie sprawę, że przeszkodził w rozmowie.
Leliana roześmiała się cicho, nie sprawiała wrażenia w najmniejszym stopniu urażonej.
– Zapewne nie ma się czym niepokoić, młody panie, ale ufam, że masz dobry powód, by wnosić na tę salę miecz. Wszak powinno tu być tylko jedno ostrze. – Skinieniem głowy wskazała oręż u pasa Evangeline. Młodzieniec zerknął na swoją broń i zarumienił się ze wstydu.
– Proszę wybaczyć, nie pomyślałem…
– W jakim celu tu jesteś? – napomniała go Evangeline.
– Ja… Ach, tak! – Z ulgą wyciągnął spod tuniki złożony pergamin i podał templariuszce. – Przysłał mnie komtur. W Białej Iglicy popełniono kolejne morderstwo.
– Kolejne? – powtórzyła, czując, jak zimny dreszcz biegnie jej po plecach, i rozwinęła pismo. Była to krótka notka wzywająca Evangeline z powrotem do Iglicy, gdy tylko Boska zdecyduje się udać na spoczynek. Komtur wspominał również, że Wielki Poszukiwacz osobiście zainteresował się ostatnim zabójstwem. Wprawdzie nie zostało to napisane wprost, ale nietrudno się było domyślić, że dowódca templariuszy nie jest zadowolony z takiego obrotu spraw. – Przekaż komturowi, że wrócę, gdy tylko będę mogła.
Chłopak skinął głową, ale nie odszedł. Przygryzając usta, spojrzał z wahaniem na Lelianę, a gdy ta uniosła brew, oznajmił:
– Wybacz, pani, ale chyba dla ciebie też mam wiadomość.
– Och? Od templariuszy?
– Nie. Jakiś sługa pod salą balową powiedział, że szuka rudowłosej kapłanki towarzyszącej Boskiej. Podobno stary przyjaciel pragnie się z tobą spotkać.
– Stary przyjaciel? – Leliana wyglądała na zaintrygowaną. – Czy ten sługa powiedział, który przyjaciel?
– Nie, pani. Wspomniał tylko, że z Fereldenu.
– Dziękuję. – Leliana odwróciła się i dygnęła przed Evangeline. – Zdaje się, że będziemy musiały przełożyć naszą rozmowę na bardziej odpowiednią porę, pani kapitan. Niech do tego czasu Stwórca nad tobą czuwa.
– I nad tobą.
Rudowłosa kapłanka wyszła za młodym templariuszem, a Evangeline odprowadziła ich spojrzeniem, czując, jak jej ciekawość rośnie. Krążyły pogłoski, że Boska ma na swoje usługi szpiegów i że niektórzy z nich byli bardami – mistrzami Gry i manipulacji, czasami szpiegami, a nawet zabójcami. Jeżeli Leliana do nich należała, ta rozmowa mogła okazać się bardzo niebezpieczna.
Templariuszka rozejrzała się po sali, zastanawiając się, ilu gości zwróciło uwagę na dyskusję z Lelianą. Czy wieść o niej dotrze aż do komtura? Czasy były trudne dla templariuszy. Bunt w Kirkwall wzniecił niepokoje we wszystkich Kręgach Thedas, a prześladowania magów, będące skutkiem rebelii, zaostrzały jedynie napięcie. Ludzie bali się własnego cienia i węszyli spiski za każdym rogiem. Biała Iglica nie stanowiła wyjątku.
Na szczęście nikt chyba nie zwrócił większej uwagi na Evangeline. To Boska była ozdobą uroczystości, przynajmniej w odczuciu arystokratów w Orlais, a Evangeline – strażniczką, której się nie zauważa. Odetchnęła powoli i wróciła na posterunek przed podwyższeniem. Powinna się martwić wyłącznie o morderstwa. Śledztwo, które przeprowadziła wcześniej, nie przyniosło rezultatów, co w obecnych okolicznościach było niewybaczalną porażką. Jednak przy odrobinie szczęścia tym razem może uda się znaleźć więcej dowodów.
Bal powoli zmierzał ku końcowi, muzycy skończyli ostatni utwór i chowali instrumenty. Niektórzy mężczyźni oddalali się do pałacowych „wieczornych komnat” – co stanowiło dyplomatyczne określenie upijania się, palenia fajek i oddawania się innym zajęciom, których nie pochwalały ich żony. Przypadkiem jednak rejterada mężów dawała kobietom dogodną okazję, by na nich ponarzekać i pobawić się nieco w swatki. Inni goście zaczynali już przepraszać i szukać wymówek, by się pożegnać – ci, którzy starali się zminimalizować swoje straty i wyjść, zanim ich reputacja ucierpi bardziej – nawet jeżeli opuszczenie balu przed gościem honorowym uznawane było za oznakę słabości.
Jakby wyczuwając dobry moment, Boska wstała z ozdobnego siedziska. Towarzyszące jej kapłanki postąpiły krok naprzód i zaczęły głośno klaskać, by przyciągnąć uwagę tłumu. Udało się. Goście zaszemrali podekscytowani i zbliżyli się nieco, oczekując przemowy. Evangeline odsunęła się, by nie zasłaniać widoku.
Skinieniem głowy Justynia podziękowała swoim towarzyszkom, po czym uniosła ręce. W ceremonialnych szatach i czepcu wyglądała imponująco i arystokraci powinni giąć się w pokłonach wdzięczni za zaszczyt spotkania wybranki Stwórcy, a nie traktować ją jak jeszcze jednego gościa z fikuśnym tytułem. Rzecz jasna obecni byli zbyt słabi lub zbyt pyszni, by okazać taką uniżoność, ale godzili się przynajmniej udawać szacunek, dlatego po chwili na sali zapadła cisza.
– Szanowni obywatele, bracia i siostry – zaczęła Boska dźwięcznym, donośnym głosem. – Zgromadziliśmy się tutaj, by podziękować Stwórcy za przychylność. Albowiem to z Jego woli cieszyć się możemy wieloma przywilejami: bogactwem, wolnością i cesarstwem, które rozciąga się na pół Thedas. To stąd, z tego miasta Pieśń Światła popłynęła na wszystkie krańce świata. Dlatego wypada, abyśmy się zatrzymali i zastanowili nad naszą rolą jako ukochanych i wybranych dzieci Stwórcy.
Przerwała i z zagadkowym uśmiechem zeszła z podwyższenia. Evangeline zakrztusiła się z zaskoczenia, a ledwie skrywany popłoch na twarzach kapłanek nadal stojących na stopniach podestu świadczył, że nie zostało to zaplanowane. Prawdę powiedziawszy, było niemałym zaskoczeniem.
Zdumione szepty poniosły się po sali, gdy Jej Świątobliwość podeszła do tych, którzy stali najbliżej. Część cofnęła się niepewnie, inni mieli dość przyzwoitości, by skłonić się lub uklęknąć. Przełożone Zakonu widywano zwykle tylko z daleka, gdy przy rzadkich okazjach, takich jak tradycyjne święta religijne, wychodziły z Wielkiej Katedry. To, że Justynia zgodziła się pojawić na balu, nawet jeżeli zrobiła to na prośbę cesarzowej, stanowiło ewenement. Dlatego arystokraci, znający tylko protokół oficjalnych audiencji, nie wiedzieli teraz, jak się zachować.
Boska ujęła dłoń pochylonej w ukłonie starszej kobiety w eleganckiej brązowej sukni. Kobieta dosłownie drżała, gdy uniosła maskę i pocałowała pierścień Justynii. Z łagodnym uśmiechem Jej Świątobliwość ruszyła w tłum, a ten rozstąpił się przed nią pośpiesznie. Prawdę powiedziawszy, niemal rzucili się w tył. Mimo eleganckich strojów i peruk przywodzili przy tym Evangeline na myśl syczące węże.
Poniewczasie przypomniała sobie, po co tu się znalazła, i czym prędzej podeszła, by znaleźć się za plecami Boskiej. Czujnym spojrzeniem omiatała salę i tłum. Szlachetnie urodzeni utrzymywali dystans, nawet pod naporem tylnych szeregów. Mimo że za maskami niewątpliwie kryło się przerażenie, nietrudno było dostrzec, że są też głęboko zaintrygowani. Może młodość dawała Jej Eminencji przewagę?
– Nie możemy pozwolić, by strach niewolił nasze umysły – mówiła tymczasem Boska. – Musimy pamiętać o tych, którzy bronią nas przed złem od wieków, którzy poświęcają się dla naszej pomyślności. Mamy wobec nich wielki dług, a jednak haniebnie o tym zapominamy. – Justynia zwiesiła dramatycznie głos, spojrzeniem powiodła po szemrzącym audytorium. – Mówię o magach. Pieśń Światła uczy nas: „Magia istnieje, by służyć ludzkości, nie by za jej pomocą panować nad światem”. I tak było. Magowie służyli nam dobrze w wielu wojnach i przez wiele stuleci, jak im zaś odpłacamy w czasach pokoju? Nie pragniemy ich krzywdzić, czyż jednak tego nie robimy?
– Kłamstwo!
Początkowo zdawało się, że nikt nie wiedział, kto krzyknął. Rozległy się zaskoczone szepty, ale zaraz arystokraci rozstąpili się, by przepuścić śmiałka. Mężczyzna nie różnił się w żaden sposób od innych szlachetnie urodzonych gości – łysiejący, dystyngowany szlachcic w czarnym aksamitnym surducie. Jednak kiedy zdarł maskę, ukazała się twarz wykrzywiona rozpaczą i gniewem.
– Krzywdzicie nas rozmyślnie! Wszak to Zakon uczy, by lękać się magów! – podjął. – Trzyma nas na smyczy i nieustannie przypomina, że pozwala się nam żyć tylko ze względu na naszą użyteczność!
Goście nie przestawali się cofać, zostawiając mężczyźnie coraz więcej miejsca, i wkrótce on i Boska stali niemalże samotnie naprzeciw siebie, tylko Evangeline trzymała się parę kroków za nimi. Położyła dłoń na rękojeści miecza. Jeżeli mężczyzna był magiem, jak twierdził, oznaczało to, że był niebezpieczny. Gdyby wyciągnęła broń albo strażnicy stojący przed drzwiami zdecydowaliby się zainterweniować, życie Boskiej znalazłoby się w poważnym niebezpieczeństwie.
Trzeba przyznać, że Justynia nie straciła panowania nad sobą. Uniosła ręce, prosząc o ciszę.
– Nie ma powodu do obaw! – zawołała. – Są co prawda lepsze sposoby, by uzyskać audiencję, lecz zapewniam, że chętnie wysłucham tego człowieka.
Tłum zaszemrał nerwowo, nie do końca przekonany. Mag również nie uwierzył jej słowom.
– Wysłuchasz mnie? Zakon rozwiązał Kolegium Zaklinaczy, uciszył naszych przywódców! Zamknął nam usta, zrobił wszystko, tylko nas nie słuchał!
– Ja słucham – odrzekła Boska. – Ale porządek musi być zachowany, na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. Nie możemy osiągnąć pokoju, grożąc i stawiając żądania. Stawką jest życie wszystkich, nie tylko magów.
Evangeline obserwowała mężczyznę uważnie. Tego człowieka nie powinno tu nawet być. Z jego słów wynikało, że przybył tu z Kręgu, może nawet z Białej Iglicy, choć go nie rozpoznawała – i najwyraźniej wymknął się spod nadzoru templariuszy, by pojawić się na balu. Wątpliwe, by chciał tylko porozmawiać.
Mag dygotał cały, jakby zaraz miał wybuchnąć płaczem, jednak pięści miał zaciśnięte, aż pobielały mu kłykcie.
– Jakoś żaden pokój nie został osiągnięty – niemal splunął. – Jeśli Kirkwall czegoś dowiodło, to tego, że niczego nie osiągniemy, jeśli nie będziemy o to walczyć – oświadczył i uniósł ręce, wokół których zaczęła się gromadzić jasnoczerwona moc. Komnatę wypełniły wyładowania energii łaskoczące skórę i wibrujący głęboko pod czaszkami pomruk. Magia. Tama, która trzymała spanikowany tłum na wodzy, nagle runęła. Ludzie zaczęli krzyczeć w popłochu, niektórzy rzucili się do wyjścia, odpychali stojących im na drodze, nie bacząc na nazwiska czy tytuły, deptali, gdy nie mogli przejść inaczej. Panikę wypierało czyste przerażenie.
Evangeline skoczyła przed Boską. W okamgnieniu wyciągnęła miecz i wymierzyła ostrze w mężczyznę. Skrzyżowali spojrzenia: mag i templariusz, odwieczni wrogowie.
– Cofnij się – ostrzegła Evangeline. – Wiesz, co potrafię. To nie musi się skończyć rozlewem krwi.
Mag ni to się roześmiał, ni to zaszlochał rozpaczliwie.
– A jak inaczej może się to skończyć? Już jestem martwy.
Wyciągnął ramiona. Płomienie pomknęły łukiem naprzód, lecz templariuszka była szybsza.
– Cofnijcie się, Eminencjo! – krzyknęła w nadziei, że Boska posłucha. Stanęła na drodze płomieni, żar owiał jej policzki i opuściła ostrze na pierś maga.
Też władała mocą, tą samą, co wszyscy templariusze. Mocą, której magowie się bali. Kiedy ostrze dotknęło piersi mężczyzny, Evangeline poczuła, jak fala energii płynie przez jej rękę wprost do klingi. Jasny rozbłysk oznaczał, że przepływ many maga został zakłócony, jego płomienie zamigotały i zgasły.
– Sucz! – mężczyzna zatoczył się z krzykiem. Krwawił w miejscu, gdzie miecz rozciął mu surkot i skórę. Dotknął palcami rany i podniósł je do oczu, wpatrując się w krew, jakby zaskoczył go jej widok. Potem spojrzał na Evangeline i twarz wykrzywił mu grymas ślepej nienawiści.
Templariuszka ruszyła natychmiast, uświadomiwszy sobie, co zamierzał. Za późno. Krew na dłoni maga wyparowała przy wtórze głośnego skwierczenia, gdy zaczerpnął z niej mocy. Z rany na piersi uniósł się dym, a oczy mężczyzny zapłonęły mrokiem zła.
Uderzenie mocy zatrzymało Evangeline, zanim dotarła do przeciwnika. Próbowała otoczyć się ochronną aurą, ale magia strzaskała ją jak kruche szkło. Siła uderzenia zaparła templariuszce dech i wyrzuciła ją w powietrze. Evangeline upadła i potoczyła się po marmurowej posadzce, aż uderzyła w coś głową.
Leżała oszołomiona, a świat wokół wirował opętańczo. Próbowała wstać, ale ramiona jej nie słuchały. Przerażone krzyki gości były ogłuszające i zdawały się dobiegać ze wszech stron. Słychać też było okrzyki straży próbującej wejść do komnaty, ale zbyt wielu arystokratów rzuciło się do drzwi, by wydostać się z sali. W oddali kapłanki błagały Boską, by ratowała się ucieczką.
Evangeline poczuła wybuch gorąca, zanim dosięgły ją płomienie. Ledwie udało się jej ponownie otoczyć aurą. Tym razem ochrona wprawdzie się utrzymała, ale ugięła się pod naporem czaru. Ból palonej skóry przypominał czystą agonię. Templariuszka krzyczała. Wzrok się jej rozmył i czuła, że traci resztki mocy.
Minęła może chwila, a może cała godzina, nim Evangeline ponownie otworzyła oczy. Kucała nisko, osłaniając głowę poparzonymi dłońmi. Miecz gdzieś przepadł. Zapewne upuściła go, upadając. Sale wypełniał ostry swąd, najwyraźniej coś zapaliło się od zaklęcia i teraz ogień szybko się rozprzestrzeniał. Panika jeszcze wzrosła, osiągnęła chyba apogeum, goście usiłowali wszelkimi sposobami wydostać się z komnaty. Ktoś rzucił krzesłem w jedno z wysokich okien i szyby pękły z przeszywającym brzękiem.
Evangeline uniosła wzrok. Ujrzała parę czarnych butów. Butów maga, który szedł ku Boskiej. Justynia nie miała już czepca, ale szkarłatne szaty były wystarczająco charakterystyczne. Cofnęła się pod ścianę jak zaszczute zwierzę. Spoglądała na podchodzącego czujnie maga, nie zamierzała ulec panice, jak reszta gości.
Evangeline widziała, jak mężczyzna unosi pięść iskrzącą się od magii.
– Ludzie już się nas boją – warknął, obnażając zęby. – Niech zatem mają powód.
Z rozpaczliwym krzykiem templariuszka poderwała się do biegu. Zacisnąwszy zęby z bólu, rzuciła się na maga i złapała za materiał surkotu. Szarpnęła. Mężczyzna próbował się wykręcić, machając ramionami i posyłając płomienie w sufit. Wydawało się, że na sklepieniu komnaty powstały wiry czerwieni i czerni, po czym przetoczyły się po nim fale ognia.
Evangeline cisnęła maga na podłogę, mocno. Próbował odepchnąć przeciwniczkę, krzywiąc się przy tym z pogardą. Zacisnął dłoń na jej twarzy, templariuszka poczuła, jak jeden z jego palców wbija się jej w oko, ale nie zamierzała ustąpić.
Dłonią w pancernej rękawicy uderzyła maga w twarz – raz, drugi, trzeci… aż rozległ się trzask. Znieruchomiała.
Sala balowa stała w płomieniach, lecz nie był to już ogień płynący z dłoni maga. Mężczyzna leżał nieruchomo ze zmasakrowaną i zakrwawioną twarzą, a jego puste oczy spoglądały na Evangeline z niemym wyrzutem.
A potem zapadła ciemność.
Kiedy templariuszka odzyskała przytomność, leżała na tarasie przed salą balową. Zwykle goście przychodzili tu, by zaczerpnąć świeżego powietrza i zaznać chwili spokoju, lecz teraz to taras pogrążony był w absolutnym chaosie. Wokół tłoczyli się ludzie, niektórzy płakali, inni krzyczeli. Arystokratka w podartej sukni minęła Evangeline, wykrzykując raz po raz imię mężczyzny głosem nabrzmiałym histerią. Otyły szlachcic siedział na ziemi w kunsztownym surkocie poplamionym ciemną krwią, a pałacowy gwardzista próbował opatrzyć mu rany. Trochę dalej templariuszka dostrzegła strażników miejskich wbiegających i wybiegających z pałacu w desperackich próbach przywrócenia porządku.
Jak długo tu była? Czy Boskiej nic nie grozi? Nie mogła zebrać myśli, zbyt wiele działo się wokół, tonęła w morzu przypadkowych głosów i słów. Spróbowała wstać, ale ból powalił ją natychmiast niczym pięść olbrzyma. Zaciskając zęby, położyła się z powrotem i skupiła się na tym, by zachować przytomność.
Z okien pałacu buchały kłęby dymu, dopiero teraz pojawili się ludzie z wiadrami i wodą. Przy odrobinie szczęścia uda się im opanować płomienie, zanim połowa pałacu obróci się w popiół. W przeciwnym razie cesarzowa nie będzie zadowolona po powrocie z Halamshiral.
O ile – napomniała się Evangeline – sama nie była wmieszana w ten atak. Jej nieobecność na balu, na którym mag zaatakował Boską, wydawała się dziwnie nieprzypadkowa. Jeśli przypuszczenia templariuszki były prawdą, zakonowi niewiele uda się zdziałać. Jeśli jednak nieobecność cesarzowej istotnie była tylko zbiegiem okoliczności, polecą głowy.
Ciałem wojowniczki wstrząsnął atak kaszlu i wzrok Evangeline znów stał się nieostry.
– Dobrze się czujesz, pani? – usłyszała pytanie. Musiała kilka razy zamrugać, żeby rozpoznać Lelianę, rudowłosą kobietę, z którą rozmawiała na balu. Teraz przyklękła obok z nieskrywaną troską.
– Co? – spytała templariuszka półprzytomnie. Miała wrażenie, że umysł spowiła jej mgła. Potarła czoło, dopiero wtedy zauważając, że na rękach nie ma bąbli od poparzeń. Skóra była nienaruszona.
Leliana uśmiechnęła się pokrzepiająco.
– Są tu już magowie. Nakazałam jednemu, żeby cię uzdrowił, ale ból nie ustąpi od razu. Chyba nawdychałaś się za dużo dymu. Martwiłam się…
– Nic mi nie jest. Dziękuję. – Evangeline potrząsnęła głową. Krzyki wydawały się teraz wyraźniejsze, świat wokół się wyostrzył. – Ale Boska…? Nie została ranna, prawda? Udało się jej wyjść?
– Tak. Jest już bezpieczna.
Templariuszka odetchnęła z ulgą. Jedno zmartwienie mniej.
– Chcę ci podziękować – odezwała się Leliana. – Powinnam tam być. Gdyby pod moją nieobecność coś się stało Justynii, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.
– Rozumiem.
– Powinnaś wiedzieć, że Jej Eminencja również jest bezgranicznie wdzięczna. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować…
Evangeline skinęła głową, ale nie zdobyła się na nic więcej. Leliana z zadowoleniem uścisnęła jej ramię i odeszła. Pojawili się za to templariusze. Wracał porządek. Wziąwszy głęboki oddech, Evangeline podniosła się i poprawiła zbroję. Magia uzdrawiająca nie zmieniła tego, że nadal czuła poobijane kości i płuca pełne popiołu.
„Magia nie może zrobić wszystkiego”, napomniała się w duchu.
