Dół - Andriej Płatonow - ebook
Opis

Ze wstępem Andrzeja Stasiuka i posłowiem Adama Pomorskiego

Jeden z najwybitniejszych tekstów Płatonowa i w nowym znakomitym przekładzie Adama Pomorskiego.

Andriej Płatonow jest dziś stawiany obok Tołstoja, Czechowa, Szołochowa czy Bułhakowa. Ale gdy powstawały jego książki – wywrotowe, ponuro prześmiewcze, obnażające absurd aparatu władzy i dogmatów – nie mogły się odbić szerokim echem. Sam Stalin doprowadził do zakazu ich publikacji. Z tego powodu ukończony w 1930 roku Dół po raz pierwszy ukazał się w druku dopiero w emigracyjnym czasopiśmie niemal trzydzieści lat później, a do tego czasu powieść była znana wyłącznie z odpisów. Adam Pomorski sięgnął do uważanej za najwiarygodniejszą wersji powieści wydanej przez Rosyjską Akademię Nauk w 2000 roku.

Dółto antyutopijna opowieść o budowie domu, który ma się stać fundamentem świetlanej przyszłości. Budowa zatrzymuje się jednak na etapie dziury w ziemi, wizja lepszego jutra rozpada się i umiera, a kopacze zaczynają dostrzegać bezsens swoich działań. Karykaturalny obraz świata zalanego ideologią planu pięcioletniego, kolektywizacji oraz bełkot nowomowy zostają doprowadzone do absurdu. Płatonow obnażona okrucieństwo systemu, który miał być zbawieniem dla mas, i podkreśla groteskowość kolejnych pomysłów władzy.

Powieść jest obecnie uważana za jeden z najbardziej przenikliwych opisów totalitaryzmu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 181

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andriej Płatonow

Dół

Przełożył Adam Pomorski

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału rosyjskiego Kotłowan. Tiekst, matieriały tworczeskoj istorii, Rossijskaja Akadiemija nauk. Institut russkoj litieratury (Puszkinskij Dom), Sankt-Pietierburg, „Nauka” 2000

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Anton Martynenko

Andrei Platonov’s Russian text copyright © by Anton Martynenko, 2017

Polish publishing rights are acquired via FTM Agency, Ltd., Russia, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation and Słowo od tłumacza by Adam Pomorski, 2017

Copyright © for W Dole by Andrzej Stasiuk, 2017

Korekta zespół

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

The publication was effected under the auspices of the Mikhail Prokhorov Foundation TRANSCRIPT Programme to Support Translations of Russian Literature

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-508-1

Andrzej Stasiuk 

W Dole

Zacząć należy od tego, że wierzył w nieśmiertelność. Nie w nieśmiertelność duszy, ale we wskrzeszenie ciał, w zmartwychwstanie. Był technikiem i wierzył w mechanikę, fizykę, rozkład sił, termodynamikę oraz meliorację. Urodzony w przedwiecznych ciemnościach rosyjskiej prowincji musiał wierzyć w elektryczność. Musiał wierzyć w siły na pozór niewidzialne, ale przecież stare jak sam świat, bo tylko one mogły pokonać materialny bezwład Osady Pocztyliońskiej, gdzie przyszedł na świat. Tylko one mogły się uporać z gnuśnym bezkresem tego kraju, który, zdawałoby się, na wieczność zaległ w bezruchu pomiędzy oceanami globu. A wreszcie z kosmosem, który mimo swojej pozornej ruchliwości zajmował się jedynie apokaliptycznym unicestwianiem życia – tworzył je tylko po to, by natychmiast oddać zagładzie.

Zaiste trzeba było przyjść na świat we wnętrzu Rosji, by śnić takie sny. Przecież to nie był świat, tylko nieskończoność geologii, którą od czasu do czasu wstrząsała tektonika. Cztery tysiące kilometrów z południa na północ i dziewięć tysięcy ze wschodu na zachód. Zimny, bezkresny grób, do którego od wieków zstępowały pokolenia i nie zostawał po nich nawet ślad. W bagna, w zmarzlinę, w śniegi i piaski, w głąb, warstwa po warstwie, a powierzchnia wygładzała się nad nimi, jakby ich nigdy nie było.

Teraz też tak jest, gdy się jedzie albo leci w tamte strony. Nie ma nic. Wyspy ludzkości wyglądają jak tonące okręty, jak tratwy rozbitków, które za moment pochłonie obojętny, przedwieczny żywioł. Ach, cóż zresztą „tamte strony”… Gdziekolwiek się wyprawić, widać, że monstrualne przypływy i odpływy znoszą, ścierają nasze ślady, nasze domostwa i nasze życie, by koniec końców odnieść ostateczne zwycięstwo, i zostanie tylko zimna powieka kosmosu zamknięta nad bezmiarem ziem i wód.

Gdy zaczyna się rewolucja 1917 roku, Andriej Płatonow wchodzi właśnie w dorosłość. Ma osiemnaście lat i pracuje w warsztatach kolejowych jako robotnik i pomocnik maszynisty. Możemy sobie go wyobrazić, jak dotyka maszyn i kontempluje ich piękno, gdy przemieniają jedną energię w drugą. Gdy ogień, wodę i parę wodną zmieniają w siłę, która jest w stanie pokonać przestrzeń. Siłę, która może sprostać nicości. Osiemnastolatek dotyka tych wszystkich dźwigni, cylindrów, wałów korbowych i mimośrodów ociekających oliwą i ciepłych w dotyku niczym ciała zwierząt, a zarazem nieśmiertelnych, bo przecież stworzonych ludzkim geniuszem, który raz uruchomiony nie zatrzyma się już nigdy.

Rewolucja nie była dla niego faktem o wymiarze politycznym i społecznym. Widział ją raczej na podobieństwo procesu kosmicznego, który odmieni fizyczne prawa rządzące wszechświatem, życiem i rzeczywistością. Przecież energia, którą wyzwoliła, energia w istocie tektoniczna, nie mogła być wykorzystana jedynie do wyrównywania społecznych krzywd, redystrybucji dóbr i wyzwolenia wyklętego ludu ziemi. Jeśliby tak miało być, to pozostalibyśmy w zaklętym i przeklętym kręgu egzystencji. Przychodzilibyśmy na świat tylko po to, by umrzeć. Układani warstwa na warstwie, pokolenie za pokoleniem wypełnialibyśmy wnętrze Ziemi od pierwszych dni po ostatnie, aż zbrakłoby miejsca.

Trzeba było być podrostkiem z Osady Pocztyliońskiej, gdzie jedyną i odwieczną rozrywką były walki na pięści z sąsiednią wsią. Trzeba było być jednym z jedenaściorga rodzeństwa, synem ślusarza, którego rodzina – bywało – przymierała głodem. Trzeba było wreszcie zakończyć edukację na pierwszej czy drugiej klasie technikum kolejowego, by dostąpić wizji, że oto winniśmy wskrzesić z martwych wszystkich naszych przodków, ponieważ jesteśmy im to winni. Taki mamy moralny obowiązek wobec tych, którzy dali nam życie. Wobec ojców i matek, wobec dziadów i pradziadów, aż po ostatnie najgłębsze warstwy pochowanych w piachach i wiecznych zmarzlinach.

I trzeba było czytać wizjonerów: Nikołaja Fiodorowa i Aleksandra Bogdanowa, którzy już u progu XX wieku dostrzegali, że zindywidualizowana, stechnicyzowana ludzkość tańczy chocholi taniec na własnym grobie. Fiodorowska idea supramoralizmu zakładała spłatę długu wobec przodków. Wszystkie siły świata, moralne, naukowe, społeczne, technologiczne, cały potencjał gatunku miały posłużyć temu jednemu celowi: żeby nieskończenie długi łańcuch naszych zmarłych scalił się na powrót, a śmierć utraciła swoją władzę.

To nie byli jacyś niepoprawni i niezrównoważeni marzyciele. Z Bogdanowem polemizował sam Lenin, a GPU zamknęło go na pięć lat. Fiodorow był kimś w rodzaju ascetycznego mędrca i pielgrzymowały do niego największe umysły epoki. Jego myślą inspirował się Ciołkowski w swoich rozważaniach o kosmonautyce. Ziemia w przyszłości miała się okazać za mała, więc nieprzeliczone rzesze wskrzeszonych powinny znaleźć schronienie na innych planetach.

No dobrze. Może nie wierzył. Jednak spodziewał się rzeczy wielkich. W każdym razie czegoś w rodzaju redefinicji antropologicznej i kosmicznej zarazem. Spodziewał się zbawienia ludzi i materii. Przezwyciężenia losu, który życie zamieniał w powolny zgon. Tak jak w Osadzie Pocztyliońskiej, w rosyjskiej głubince, w tych wszystkich stronach świata, gdzie przebywał wyklęty lud ziemi.

Kilkanaście lat później stało się już jasne, że żadnego Drugiego Przyjścia nie będzie. Proletariacki, robotniczo-chłopski Chrystus został wprawdzie ukrzyżowany, ale nie zmartwychwstał i nie zmartwychwstanie nigdy. Jego skrwawione szczątki zdziczały lud obnosi w kanibalistycznych obrzędach, grzebie i wykopuje na powrót, wypełniając powietrze trupim odorem. Spełniało się proroctwo Jemieliana Pugaczowa, który półtora wieku wcześniej głosił o sobie, że jest ledwo pisklęciem kruka, a prawdziwy kruk dopiero nadleci. Sama kolektywizacja i późniejszy wielki głód pochłonęły sześć milionów ofiar.

Płatonow napisał Dół w ciągu pięciu miesięcy od grudnia 1929 do kwietnia 1930 roku. Pod niskim niebem na bezkresnej równinie kopacze ryją dół pod fundamenty wszechproletariackiego domu, pod fundamenty komunizmu. Łopatami, łomami, kilofami, ręcznie. Tak jak budowało się Biełomorkanał, jak wydobywało się złoto na Kołymie. Wykop wciąż się pogłębia, poszerza, bo przecież kobiety nigdy nie przestaną rodzić, a masy proletariatu wzrastać. Jedzą kaszę i śpią na wznak, jeden obok drugiego pod żółtawym światłem. Zmieniają się pory roku, bo najpierw pocą się we śnie, a potem nocą do baraku zakrada się chłód. Lecz na zewnątrz panuje nieustanny zmierzch, jak we śnie, z którego chcielibyśmy się jak najprędzej przebudzić. We wsi obok na wielką tratwę ładuje się kułaków, by spławić ich szarą rzeką w dal i w nicość. Zostają po nich ukryte w plewach zwłoki owiec, z których nawet zimą wylatują roje much. I wciąż ten szary ni to zmierzch, ni świt i sen, z którego nie przebudzi się nikt.

I wkrótce pojmujemy, że dół, kotłowan, to grób. Grób, w którym ma się pomieścić cały świat. Zarówno ci, co wierzyli w nieśmiertelność, jak i ci, co stanęli na drodze tej wiary. Wszyscy. Że drążąc warstwy obojętnej i śmiercionośnej materii, schodzimy coraz dalej w głąb, by stać się w końcu kolejnym pokładem ciał i dołączyć do naszych przodków, których pragnęliśmy wskrzesić. Tylko taka łączność z nimi jest nam dana. Tylko poprzez śmierć i spotkanie w piachu i wiecznej zmarzlinie.

Nie napisano w XX wieku piękniejszej, straszniejszej i mądrzejszej książki o totalitaryzmie i utopii. Nie napisano niczego, co by dorównywało siłą wyrazu ani grozą Dołowi Andrieja Płatonowa. Apokalipsa dzieje się tu na wszystkich poziomach. Na poziomie obrazu, filozofii i języka. Słowa pękają, rozrywają się, ponieważ wypowiadane są w absolutnej próżni. Tak jak ryby z oceanicznych głębin, gdy wydobyć je na powierzchnię. Zaczęte zdania u swojego końca nabierają antysensów i popełniają samobójstwo. Obrazy i zdarzenia już u swych początków skazane są na zagładę. Dół dzieje się w antyświecie, w antyrzeczywistości, która była przecież jak najbardziej rzeczywista.

Polskie wydanie w przekładzie Andrzeja Drawicza z 1990 roku liczy sto pięćdziesiąt stron małego formatu. Na kartonowej okładce jest reprodukcja fragmentu Wozu z sianem Hieronima Boscha. Przekład ma inny tytuł – Wykop. Nigdy chyba nie przeczytałem go w całości. Zawsze czytałem fragment i musiałem odłożyć. Po prostu są takie książki, w których nie ciekawi nas „ciąg dalszy”, bo już kilka stron, kilka zdań buduje świat tak mocny, że dalsza lektura wydaje się zbędna albo wręcz niemożliwa. Zwyczajnie brak na nią sił. Oczywiście potem powracamy, by zażyć kolejną dawkę narkotyku albo i trucizny.

Od lat jeżdżę do Rosji. Daleko na wschód, na Syberię, do Mongolii, Chin, do Azji Centralnej. Za każdym razem zabieram ze sobą Płatonowa. Czytałem go w samolotach, w pociągach, czytałem przy ogniskach rozpalonych gdzieś na stepie albo na pustyni. A czasem wystarczało mi po prostu, że mam tę niewielką książeczkę o zniszczonej czerwonej okładce ze sobą. Wydawało mi się (być może się łudziłem), że pomoże mi choć w części pojąć, co się tutaj wydarzyło. Co się wydarzyło sto lat temu na rosyjskim i azjatyckim bezkresie, w epicentrum kataklizmu.

„W południe Czyklin zaczął kopać dla Nasti specjalny grób. Kopał przez piętnaście godzin cięgiem, żeby grób był głęboki i nie zdołały do niego przeniknąć ani robak, ani korzeń rośliny, ani ciepło, ani zimno, i żeby spokoju dziecka nigdy nie zmącił hałas życia z powierzchni ziemi. Trumienne posłanie Czyklin wyżłobił w litym głazie i przygotował też szczególną granitową płytę jako pokrywę, żeby dziewczynki nie przytłoczył olbrzymi ciężar grobowych prochów.

Czyklin odpoczął, wziął Nastię na ręce i troskliwie zaniósł, żeby złożyć w kamieniu i zakopać. Pora była nocna, cały kołchoz spał w baraku i tylko czeladnik kowalski obudził się, czując ruch, Czyklin pozwolił mu więc dotknąć Nasti na pożegnanie”.

Andriej Płatonow

Dół

Na dzień trzydziestolecia życia osobistego Woszczew otrzymał wypowiedzenie w niewielkim zakładzie mechanicznym, w którym zdobywał dla siebie środki do życia. W wypowiedzeniu napisali mu, że usuwa się go z produkcji skutkiem wzrostu w nim osłabienia i zamyślenia w ramach ogólnego rytmu pracy.

Woszczew zgarnął na stancji manatki do worka i wyszedł na dwór, żeby na świeżym powietrzu lepiej rozpatrzyć się we własnej przyszłości. Powietrze było jednak puste, nieruchome drzewa pieczołowicie unosiły upał w liściach, a na bezludnej drodze nudno zalegał kurz – stan rzeczy w przyrodzie był cichy i spokojny. Woszczew nie wiedział, gdzie go niesie, aż pod koniec miasta oparł się łokciami o niskie ogrodzenie pewnego dworku, w którym przyuczano bezrodzinne dzieci do pracy i pożytku. Na tym miasto się urywało – dalej była tylko piwiarnia dla sezonowych i niskopłatnych kategorii. Jak urząd nie miała żadnego obejścia, za nią sterczał gliniany wzgórek, a na nim rosło stare drzewo, samotne przy słonecznej pogodzie. Woszczew dotarł do piwiarni i wszedł do środka na dźwięk szczerze ludzkich głosów. Byli tu ludzie niestali, popadający w zapomnienie o swoim nieszczęściu. Woszczew wśród nich poczuł się tępiej i lżej. Był obecny w piwiarni do wieczora, póki wiatr nie zaszumiał na zmianę pogody; wtedy Woszczew podszedł do otwartego okna, żeby dostrzec początek nocy, i ujrzał na gliniastym wzgórku drzewo – zataczało się ze strapienia, a jego liście skręcały się z kryjomego wstydu. Gdzieś, pewnie w ogrodzie pracowników uspołecznionego handlu, walczyła z dusznościami orkiestra dęta; przez przywąwoźne pustkowie wiatr ciągnął na łono przyrody monotonną, nieziszczalną muzykę. Woszczew słuchał muzyki z rozkoszą nadziei, z rzadka bowiem w przydziale trafiała mu się radość, nigdy niczym nie mógł jednak dorównać muzyce, spędzając wieczory w bezruchu. Po wietrze na powrót nastała cisza, aż przesłonił ją jeszcze cichszy mrok. Woszczew usiadł przy oknie, żeby wpatrywać się w czułą ciemność nocy, słuchać różnych smutnych dźwięków i dręczyć serce w otoczeniu twardych jak kamień kości.

– Te, spożywczy! – rozległ się głos w ucichłym już lokalu. – Daj nam dwa kufelki, chluśniem, bo uśniem!

Woszczew już wcześniej stwierdził, że do piwiarni ludzie zawsze przychodzą parami, jak oblubieniec z oblubienicą, a czasem – całym zgodnym weselnym orszakiem.

Pracownik spożywczy tym razem nie podał jednak piwa, dwaj przybyli dekarze otarli więc fartuchami spragnione usta.

– Na ciebie, biurokrato, człowiek pracy palcem tylko powinien kiwnąć, a ty się tu nadymasz!

Spożywczy oszczędzał jednak siły na życie własne i nie zamierzał ich zużywać w pracy. Nie wdawał się w dyskusje.

– Zakład, proszę obywateli, zamknięty. Poszukajcie sobie zajęcia w domu.

Dekarze wzięli ze spodka po słonym obwarzanku i wyszli z piwiarni. Woszczew został w środku sam.

– Obywatel zamówił tylko jeden kufel, a siedzi bezterminowo! Płaci się za picie, nie za lokal!

Woszczew podniósł worek i wyszedł w noc. Niebo pytająco świeciło nad nim męczącą siłą gwiazd, ale w mieście światła już pogaszono; kto mógł, ten spał, objedzony kolacją. Woszczew po kruszynach ziemi zszedł do jaru i położył się tam na brzuchu, żeby zasnąć i rozstać się z sobą. Do snu trzeba jednak spokoju ducha, umysłowego zaufania do życia, wybaczenia doznanej przykrości, a Woszczew leżał w suchym napięciu przytomności i nie wiedział, czy jest potrzebny na świecie, czy też wszystko bez niego i tak się pomyślnie obędzie. Nie wiedzieć skąd dmuchnął wiatr, żeby ludziom nie zabrakło powietrza, a podmiejski pies dał znać o swojej służbie słabym głosem zwątpienia.

– Marne jest życie psa; żyje tylko ze względu na urodzenie, jak ja.

Ciało Woszczewa pobladło ze zmęczenia, poczuł chłód na powiekach i przykrył nimi ciepłe oczy.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I