Dobre miejsce - Aldona Reich - ebook + książka

Dobre miejsce ebook

Aldona Reich

5,0

Opis

Co się dzieje pomiędzy dwojgiem ludzi, gdy znika napis "Żyli długo i szczęśliwie"? Jak powinno wyglądać ich życie, a jak wygląda naprawdę - pomiędzy wątpliwościami, rozterkami i poszukiwaniem bliskości, czasem wbrew wszystkim i wszystkiemu?

Bohaterowie powieści "Tylko dobrzy ludzie zostali" - Ola Chojnicz i Jan Bukowski - podejmują próbę wspólnej przyszłości. Oboje po przejściach, ze swoim bagażem doświadczeń. Teraz muszą się postarać, żeby poskładać życie na nowo, bez sekretów i tajemnic, ostatecznie zamykając jedne drzwi i otwierając kolejne. Próba, jakiej zostaną na tej drodze poddani, zweryfikuje ich oczekiwania i zmusi do podjęcia niełatwych decyzji.

Co łączy tajemniczy pożar, gwałtowny exodus mieszkańców i pojawienie się kogoś, o kim wielu chciałoby zapomnieć? Czy to, co stanowi zagrożenie dla wsi, będzie także zagrożeniem dla przyszłości związku Oli i Jana?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (5 ocen)
5
0
0
0
0
Sortuj według:
manner

Nie oderwiesz się od lektury

Przez tą książkę usnęłam dzisiaj dopiero o 3 am a o 6.30 już wstawałam do pracy 😅 niesamowicie się wciągnęłam w dobrych ludzi i dobre miejsce pochłonęłam w dwa dni. Uwielbiam Twórczość Pani Aldony. Czytałam Beboka, Strzygę, Życie 2.0 i tylko w tej ostatniej serii tyle było zwrotu „przygryzłam usta”. Jak po raz kolejny pojawił się ten zwrot, zaczęłam czuć napięcie, za ile stron znów przeczytam „przygryzłam usta”.☺️☺️
00

Popularność




Redakcja i korekta

Robert Ratajczak

Projekt okładki, skład i łamanie

Natalia Jargieło

Fotografie

Wacław Wojtas

© Copyright by Aldona Reich

© Copyright by Wydawnictwo „Vectra”

Druk i oprawa

WZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-67334-04-4

Wydawca

Wydawnictwo „Vectra”

Czerwionka-Leszczyny 2022

www.arw-vectra.pl

Tyle wiemy o sobie,

ile nas sprawdzono.

Wisława Szymborska

CZERWIEC

1.

— Chciałaś go zatrzymać? — zapytał Bukowski.

Staliśmy na drodze i patrzyliśmy, jak z rodzinnego domu mojego ojca wynoszono właśnie ostatnie przedmioty: meble, wypełnione czymś kosze, worki i różnej wielkości kartony... Z każdą rzeczą wiązała się jakaś historia, a na pewno czyjaś historia — może i prozaiczna, ale dla tego kogoś ważna. Śmieszna, łzawa, pełna złych albo dobrych emocji. Teraz wszystko lądowało w kontenerze na wynajętej ciężarówce, która za chwilę miała to całe dobro wywieźć na najbliższe wysypisko śmieci. Sukcesywnie patroszony dom stawał się powoli zwykłym opakowaniem.

— Chciałaś czy nie? — Jan zniecierpliwił się moim milczeniem.

— Nie — odparłam szybko, jakbym usiłowała przekonać nawet samą siebie. Nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy, choć wiedzieliśmy, że prędzej czy później to nastąpi. — Może. Nie wiem... — wzruszyłam ramionami. — Nie ma sensu tego roztrząsać.

— Przecież my mogliśmy go kupić — stwierdził, zaskoczony moją reakcją.

— Ja. To ja mogłam go kupić — odpowiedziałam, odwracając się gwałtownie. — A poza tym, to nawet nie jest twoja sprawa. Chcesz bez sensu wywalać pieniądze?

Jan zmienił się na twarzy.

— I co? Zawsze już tak będzie? — Moje, twoje... A nasze? — zapytał niepewnie.

— Ten dom to temat sprzed „nas” i niech tak zostanie. To, że mieszkamy razem, nie oznacza, że wszystko inne nagle przestało mieć znaczenie — powiedziałam ze spokojem. Mówiłam to już tak wiele razy, że powinien wreszcie zapamiętać, zamiast wciąż do tego wracać.

— Z tego, co kojarzę, robimy znacznie więcej, niż tylko mieszkamy — mrugnął porozumiewawczo.

Westchnęłam z rezygnacją.

— Nie przeciągaj struny. Dobrze wiesz, o czym mówię. — Czy on zawsze musi wszystko tak traktować? Jakby to, co mnie dotyczy, nie miało specjalnego znaczenia. A może to ja niepotrzebnie drążę coś kompletnie pozbawionego znaczenia? — Naprawdę, nie mam nastroju...

Jan delikatnie dotknął mojego ramienia.

— Przestań trzeć — powiedział, wzrokiem wskazując na moje nadgarstki.

Znowu to robiłam.

Złapał mnie jakiś czas temu na tym, że nerwowo pocieram blizny na przegubach, zwykle w chwilach sporego napięcia, jakby to tarcie miało mnie uspokoić albo wyciszyć. Najczęściej wtedy, kiedy musiałam sobie przypomnieć, że nie należy się przywiązywać ani do kogoś, ani do czegoś.

Teraz przynajmniej miałam konkretny powód: Grześkowi udało się wreszcie sprzedać niechciany garb w postaci domu z częściowo już tylko zachowanymi zabudowaniami gospodarczymi, sadem i niewielkim ogródkiem. Nowemu właścicielowi było chyba pilno, aby wejść do pustego budynku, pewnie z zamiarem jego całkowitego zburzenia i postawienia jakiegoś ohydnego, designerskiego klocka. A że płacił w gotówce i bez zbędnych ceregieli, Grzesiek sprężał się, żeby wszystkie sprawy z tym związane mieć jak najszybciej z głowy.

Czułam się dziwnie, bo choć wcześniej, jeszcze za życia ciotki, nie mieszkałam tu dłużej niż dwa tygodnie, a mój ostatni pobyt trwał może trzy miesiące i nie powinnam w zasadzie w ogóle reagować, to... coś mnie jednak zabolało. Może była to świadomość, że za chwilę z powierzchni ziemi zniknie dowód mojej własnej historii, a może coś w rodzaju poczucia straty, takiej nie do odrobienia?

— Ciekawe, kto to kupił? — rzuciłam lekko i zamrugałam, bo coś piekącego niespodziewanie pojawiło się pod powiekami.

— Grzesiek mówił, że klient jest z Krakowa... zdaje się... — odpowiedział Jan po namyśle. — Pewnie kolejny pacan, który szuka tu ukojenia — sapnął z politowaniem. — Co ci ludzie w głowach mają, to naprawdę nie wiem.

— No... Naiwni — uśmiechnęłam się z kpiną. Też do takich należę, a raczej należałam. Teraz wiem, że ukojenie może być tylko w głowie i nigdzie indziej. Szkoda tylko, że dotarcie do sedna sprawy sporo mnie kosztowało i raczej nie mam gwarancji na ostateczność takiego osądu. Doskonale wiem, że życie lubi płatać paskudne i średnio zabawne figle.

— Zdążyłaś coś sobie wziąć na pamiątkę? — zapytał Bukowski, odchodząc w stronę zaparkowanego kilka metrów dalej samochodu. Otworzył drzwi i czekał na mnie.

— Na pamiątkę czego? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie. — Zresztą, przecież tu nic nie było moje...

Podeszłam do jego auta, ale zanim wsiadłam, jeszcze raz odwróciłam się w stronę domu.

— Wiesz może, kiedy nowy właściciel przyjeżdża?

— Nie mam pojęcia — odparł Jan. — Grześka pytaj. Ale najwyraźniej szybko, bo to oczyszczanie domu to też takie na zapalenie płuc... — Spojrzał z dezaprobatą na rozjechane przez ciężarówkę podwórko i połamane krzaki rosnące na granicy sadu. — Łatwo sobie wyobrazić, jak to teraz będzie wyglądało...

2.

Do końca dnia byłam strasznie rozbita. Kręciłam się po domu, ewidentnie szukając powodu do zaczepki. Po cichu liczyłam, że gdy emocje znajdą ujście, będzie mi z tym wszystkim jakoś łatwiej, lżej. Niestety, Bukowski przez ostatnie miesiące naszego wspólnego życia dał dowód, że byle fochy kompletnie na niego nie działają i uodpornił się na moje zmienne nastroje.

— Siądź na tyłku i powiedz wreszcie, o co ci chodzi — zaproponował ze spokojem, gdy kolejny raz nerwowym krokiem przemierzałam odcinek pomiędzy jednym końcem sypialni a drugim. — Choroby morskiej przez ciebie dostanę.

Stanęłam i spojrzałam na niego z uwagą. Naprawdę tego nie rozumiał?

— O co mi chodzi? — zapytałam. — Może o to, że zaraz nie będzie po mnie śladu... Nawet ten dom za chwilę przestanie być czymś, co mnie z tym miejscem w ogóle wiązało. Co mnie wiązało z czymkolwiek. Dojście do takiej konkluzji nieco jednak kosztuje, nie uważasz?

— Jak to: śladu po tobie nie będzie? Daj spokój... Chciałaś mieć mauzoleum jak Zielińscy? — zapytał Bukowski z nosem w smartfonie. Coś uważnie przeglądał, a potem zmarszczył brwi. Spojrzał na mnie z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. — No, co jest?

— Już nic. Dziękuję za zrozumienie i wsparcie. Po co w ogóle zaczynałam ten temat... — z ulgą znalazłam punkt zapalny. — Idę spać, ale ty się nie spiesz. — Głową wskazałam na jego telefon. — Na pewno są tam ciekawsze rzeczy niż ja. Już nie przeszkadzam.

Weszłam do łazienki i odkręciłam wodę z zamiarem zrobienia sobie kąpieli.

— Olcik, przestań... — mitygował mnie Jan, czym jeszcze bardziej mnie rozhuśtał.

Cofnęłam się do sypialni, gotowa do ostatecznego starcia.

— Prosiłam chyba ze sto razy: nie mów na mnie „Olcik”! — krzyknęłam. — Co to w ogóle za słowo?

— Olka, może rzeczywiście idź już, do cholery, spać. Jutro porozmawiamy. — Smartfon wylądował na komodzie, a Jan chwycił za pilota od telewizora. Skrzywiłam się, bo oglądanie telewizji w sypialni uważałam za grubą przesadę. No, ale to jego dom i jego warunki.

— Jutro jadę do hotelu po czwartej, więc rano będziesz zdana na siebie, bo biorę samochód.

— Przecież jest twój — powiedziałam to z niepotrzebną ironią. Nawet chyba tego nie zarejestrował.

— Nie musisz mi takich rzeczy meldować.

— Uprzedzam tylko, że będziesz w razie czego skazana na busa albo kogoś ze wsi, jakbyś chciała gdzieś pojechać — tłumaczył mi jak dziecku. — I przestań się ciskać, zachowujesz się niedorzecznie.

— Mam lekcje do trzynastej — odparłam i wróciłam do łazienki. — A poza tym to nigdzie się nie wybieram... — dodałam pod nosem. Tłuc się busem tylko po to, żeby kolejny raz obejść te same sklepy? Przecież nigdzie dalej niż do miasteczka raczej się nie wybiorę.

Na wspomnienie mojego rozwalonego nissana, który od kilku tygodni był uziemiony w warsztacie, aż ścisnęło mi się serce. Brawurowy wjazd w stodołę mieszkających przy zakręcie Budniaków omal nie zakończył definitywnie naszej pięknej przyjaźni. Od tego czasu, nie wiadomo na jak długo, byłam zdana na samochód Bukowskiego, honorowo odpierając propozycje sprzedania tego, z czym aktualnie mozolił się blacharz, i kupienia mi czegoś „na już”. Po pierwsze dlatego, że wszelkimi sposobami starałam się nie uzależniać, a taki gest stwarza okoliczności do wdzięczności czy nawet wzajemności, w tym przypadku w formie oczywistej. A po drugie samochód nie był mi niezbędny. Wiosną dostałam propozycję pół etatu jako polonistka w miejscowej szkole podstawowej, co pozwoliło mi na pracę w miejscu innym niż hotel i uniknięcie rozterek w przypadku ewentualnych nieporozumień z moim dotychczasowym szefem, czyli Jaśkiem. Powoli więc wsiąkałam tu, lecz nadal nie wiedziałam, czy to najlepszy z możliwych scenariuszy na życie.

3.

Kąpiel to był w tej sytuacji naprawdę dobry pomysł: gorąca woda i zapach soli cierpliwie usuwały z mojego ciała to niespodziewane spięcie. Pomyślałam, że dotąd bezludny i gotowy do sprzedaży dom ciotki sprawiał przygnębiające wrażenie, jednak to, co zobaczyłam dziś, było po prostu... smutne. Nie mieszkałam tam od stycznia, ale często, wracając z pracy, tak starałam się iść, żeby tylko móc na niego spojrzeć. Jakbym choć co drugi dzień mówiła mu: „Cześć, jak się dziś czujesz?”. Był samotny, pusty w środku, a przecież jeszcze jakiś czas temu tętniło w nim życie. Ciekawe, czy czuł, że właśnie kończy się jego pierwsza wersja? Nie byłam do końca pewna, czy ta druga, która za chwilę się zacznie, będzie dla niego dobra.

Obmyłam twarz, bo nie chciałam teraz płakać, a już na pewno nie chciałam, żeby Bukowski to widział. Sama już nie wiedziałam dlaczego wciąż ustanawiałam między nami jakiś dziwny obszar, do którego on nie miał wstępu. A przecież teraz już było inaczej. Trudno powiedzieć, lepiej czy gorzej, ale z pewnością inaczej. Po kilku tygodniach oswajania mnie i budowania kruchego zaufania, Jan wreszcie mnie do siebie przekonał. Bałam się o tym w ten sposób nawet myśleć, ale... chyba byłam szczęśliwa. A przynajmniej dziwnie spokojna, bez tego nieustannego rozedrgania, dziwnych tęsknot, dojmującego smutku. Na jakiś czas zapomniałam, że okrywa mnie kolczasty pancerz, a ci, którzy są wokół, z całą pewnością nie chcą zrobić mi krzywdy. Przyjęli mnie, zaakceptowali z dobrodziejstwem inwentarza. Było więc lepiej, niż można się było spodziewać.

Tyle że... minęło kilka miesięcy i wszystko się jakoś wypłaszczyło, spowszedniało. Straciło kształty, kolory, gdzieś odeszła intensywność odczuć. Stagnacja i ta zwykle przez wszystkich oczekiwana stabilizacja sprawiała, że powoli traciłam czucie. Jakbym usypiała i miała nigdy się nie obudzić.

Nie chciałam, żeby to już był koniec, taki ostatni etap: poukładane, poprawne i pozbawione emocji żyćko aż do śmierci. Chyba chciałam zaprzeczyć upływowi czasu, zdrowemu rozsądkowi, chciałam wydostać się z ograniczających kolein, nakazujących osobom w „moim wieku” jedynie słuszny kierunek i tempo życia... Pomyślałam, że potrzebuję jeszcze jednego mocnego, wyrazistego wejścia na wysokie obroty, odświeżenia emocji, które stopniowo przygasały, ulatując i bezpowrotnie ginąc. Znów chciałam poczuć każdą komórkę mojego ciała. Nuda to cichy i boleśnie skuteczny zabójca miłości. Wciąż jednak nie miałam pewności, czy w ogóle kochałam człowieka, z którym od paru miesięcy dzieliłam swoje życie. Ze strachu przed konfrontacją z własnymi uczuciami starałam się o tym zbyt często nie myśleć.

4.

Nazajutrz, po skończonych lekcjach, wróciłam do domu i bezradnie rozejrzałam się po pustych pomieszczeniach. Na kuchennym stole zostały okruchy po moim śniadaniu, w zmywarce naczynia czekały na szybki i gorący prysznic, a zlew na przetarcie śladów po zaschniętych kroplach kawy.

Sprzątnęłam pobieżnie kuchnię, a potem odświeżyłam się i przebrałam. Sama nie wiedziałam, co powinnam teraz ze sobą zrobić. Jedyny adres, jaki przyszedł mi do głowy, to ten, pod którym dwie niewiasty w latach, mocno nam kibicujące, rozpędzą wszelkie chmury. A razie potrzeby solidnie zrugają, przywracając codzienności należne proporcje.

Spojrzałam na zegarek: było krótko po piętnastej, a więc najbliższy bus odjeżdżał spod kościoła za niespełna pół godziny. Musiałam się pospieszyć.

5.

Weszłam na zaplecze hotelu i usłyszałam, że Jan z kimś rozmawia. Skręciłam w stronę jego biura i wtedy go zobaczyłam. Chodził po pokoju w tę i z powrotem, trzymał przy uchu telefon i rozmawiał z kimś, śmiejąc się na cały głos. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tak się śmiał w moim towarzystwie. Przez głowę przebiegła mi uporczywie odpychana myśl, że... jednak tu nie pasuję. I że w tym dziwnie równoległym świecie wszystkim jest lepiej, gdy nie ma mnie w pobliżu.

Jan nagle stanął, zapisując coś na karteczce leżącej na biurku. Wystraszyłam się, że przyłapie mnie na podsłuchiwaniu, więc przezornie cofnęłam się w głąb korytarza.

— Oj, Olcia! — Jak spod ziemi przed moim nosem wyrosła Kazia. — Na kawkę wpadłaś? Trafiłaś, dziewczyno, nawet możesz jeszcze jakiś obiad zjeść. — Objęła mnie i mocno, po matczynemu przytuliła. — Ostatnio rzadko tu do nas zaglądasz... No ja wiem, wiem — podniosła dłoń w uspokajającym geście, jakby chciała uprzedzić moje tłumaczenia. — Rok szkolny, lekcje, ale może przy wakacjach będzie łatwiej? — Wprawdzie powiedziała to z uśmiechem, ale wydawało mi się, że badawczo przyglądała się mojej twarzy.

Odwróciłam się gwałtownie, z całych sił powstrzymując łzy. Co miałam jej powiedzieć? Że Bukowski jakoś niezbyt chętnie mnie tu zaprasza? Oczywiście miałam świadomość, że tu specjalne zaproszenie nigdy nie było potrzebne. Ale byłoby mi miło, gdyby raz na jakiś czas zaproponował, żebym go odwiedziła. Jego albo chociaż dziewczyny z kuchni. Albo po prostu przyjechała do miasteczka i żebyśmy razem gdzieś poszli, a nie tylko dom, praca, zakupy. Żeby było jak jeszcze niedawno: ja i on. Przypomniałam sobie nasz ostatni wspólny weekend w jednym z pobliskich SPA — już w niedzielę po południu Jan dosłownie wisiał na telefonie i dopinał początek nowego tygodnia. Wściekłam się i nadąsana poszłam do baru, skąd bez słowa zabrał mnie dopiero po godzinie. Naprawdę nie wiedział, co może się wydarzyć przez godzinę?! Może nawet i wiedział, ale już mu nie zależało... Po prostu już odhaczył mnie na liście zadań. Byłam jego, to takie oczywiste. A ja przecież tak bardzo nie chciałam być czyjaś.

Przygryzłam wargę i spojrzałam w czujne oczy Kazi. Byłam już tak nakręcona, że brakowało niewielkiego impulsu, żeby się zupełnie rozsypać. Chyba jakimś kompletnie nieznanym mi zmysłem wyczuła moje wibracje.

— Co się dzieje? — Mocno złapała mnie za rękę i mimo moich oporów przyciągnęła do światła, padającego z kuchni. — No co jest? Mów mi tu zaraz! — nakazała surowo, wciąż badawczo mi się przyglądając.

— Nic, nic — szepnęłam. — Po prostu słabo mi się zrobiło. — Wyrwałam rękę i szybko wyszłam na zewnątrz. Głęboki wdech uchronił mnie przed ostateczną kompromitacją. — Naprawdę, nic mi nie jest, pani Kaziu! — krzyknęłam przez ramię. — Kawka innym razem, ja tu tylko na chwilę...

— Olcia! — zawołała za mną zaniepokojona Kazia. Odwróciłam się. — A może ty... — zawahała się. — No, może wy... — znacząco spojrzała na mój brzuch.

To było najlepsze, co mogłam w tym momencie usłyszeć. Z ulgą parsknęłam śmiechem.

— Pani Kaziu, przecenia pani kwestię cudu — pomachałam jej na pożegnanie. — Przyszłam do Jaśka, ale widzę, że zajęty, a ja mam parę spraw w miasteczku do załatwienia. Pa! — Niemal zbiegłam ze schodów i wyprysnęłam na ulicę.

6.

Zanim dotarłam do znajomej kawiarenki, w mijanym sklepie kupiłam paczkę papierosów. Było już grubo po szesnastej i mimo całkiem przyjemnej pogody miasteczko błyskawicznie pustoszało. Usiadłam przy stoliku w rogu przynależnego do kafejki ogródka, po czym rozejrzałam się za kelnerką. Zobaczyła mnie i kiwnęła głową z uśmiechem, co miało oznaczać: „Wiem, to, co zwykle”, czyli espresso.

Z jednego ze stolików zabrałam popielniczkę, usiadłam na ulubionym miejscu i szybko zapaliłam. Ciepły dym w znajomy sposób zadrapał w gardle, zapowiadając nadchodzący spokój. Równie dobrze mogłam wsadzić do ust smoczek, ale jednak z papierosem — mimo zaostrzających się rygorów antynikotynowych — wyglądam chyba dużo atrakcyjniej. Uśmiechnęłam się na myśl, że wszyscy z tymi papierosowymi uspokajaczami wyglądamy niepoważnie, a Bukowski jest bodaj jedynym, któremu palenie wybitnie pasuje wbrew trendom, modom i zdrowemu rozsądkowi.

Po chwili pojawiła się kelnerka i bez słowa postawiła przede mną kawę. Znała mnie na tyle, żeby wiedzieć, iż nie rozmawiam, nie uśmiecham się i nie nawiązuję niepotrzebnego kontaktu wzrokowego.

Upiłam espresso i zgasiłam dopalającego się papierosa tylko po to, żeby odpalić kolejnego. Nikomu nie powinnam tu swoim paleniem przeszkadzać, bo przewrażliwione „madki z bombelkami” zniknęły już z horyzontu.

Kątem oka dostrzegłam, że dwa stoliki dalej usiadł jakiś facet. Po babsku oceniłam, że mógł być w wieku Bukowskiego. Z pewnością był od niego niższy i drobniejszy, a choć Jan był bez wątpienia dużo przystojniejszy, ten miał w twarzy coś sympatycznego, by nie rzec — ujmującego. Krótko mówiąc, wpadał w oko. Chyba nie ja jedna tak pomyślałam, bo gdy facet porozglądał się wokół, a potem pokazał garnitur zębów w imponującym i — musiałam to przyznać — naprawdę uroczym uśmiechu, kelnerka dosłownie przybiegła do jego stolika, z wdziękiem poprawiając włosy, tańczące niesfornymi kosmykami wokół jej szyi. No tak, sztuczka stara jak świat i choć żałośnie oklepana, cholernie skuteczna. Facet obmiótł ją wzrokiem, bezwstydnie zatrzymując się na jej bardziej niż zachęcającym dekolcie. Chyba wyczuł, że go obserwuję, bo niespodziewanie odwrócił głowę i... spojrzał na mnie. Popatrzyłam mu bezczelnie w oczy, uśmiechając się z politowaniem, a potem zaciągnęłam się z przyjemnością papierosowym dymem i skupiłam na filiżance z kawą.

Pomyślałam, że bywam tu za często. Za często sama, lecząc podły nastrój, który — z reguły — był naturalną konsekwencją moich odpałów. Każdego dnia testowałam wytrzymałość Bukowskiego, jakbym chciała codziennie potwierdzenia, że wytrzyma wszystko, przytuli i powie to swoje „jestem tu tylko dla ciebie”, tę naszą mantrę, która raz za razem usypiała moje powracające demony. Najgorsza jednak była świadomość, że cokolwiek by się stało, czegokolwiek by zrobił czy powiedział, tu wszyscy wokół będą po jego stronie i nie pozwolą mu zrobić krzywdy. Tylko ja...

Dopalający się papieros niespodziewanie sparzył mi palce. Syknęłam z bólu.

— Kurwa... — zaklęłam półgłosem i odruchowo wyrzuciłam zdradliwy niedopałek. Bolało jak diabli, więc zaczęłam szybko wachlować oparzoną dłonią, a podeszwą zagasiłam wciąż jeszcze żarzący się czubek papierosa.

Znikąd przy moim stoliku pojawił się facet z drugiego końca ogródka i prawie siłą wcisnął moją dłoń do niewielkiej miseczki z wodą i lodem. Wystraszona, odruchowo wyszarpnęłam rękę, rozchlapując przy okazji połowę zawartości miseczki.

— No, no, już, bez grymaszenia! — zarządził, a potem bezceremonialnie znów złapał moją dłoń i uśmiechnął się uspokajająco. — Pomoże najszybciej. Serio.

Bez przekonania zanurzyłam palce w wodzie i ścisnęłam kilka kostek lodu. Chłód przyniósł ulgę, a ja spojrzałam na faceta z przepraszającym uśmiechem.

— Dziękuję, ale niepotrzebnie się pan fatygował... — powiedziałam zawstydzona i mocno zirytowana całą sytuacją. — To naprawdę drobnostka. — Wyszłam na ofiarę losu, która nawet papierosa nie potrafi normalnie wypalić, nie robiąc przy tym szkód.

Dopiero teraz mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Sprawiał wrażenie, jakby właśnie wrócił z urlopu. Był mocno opalony, co w zestawieniu z jego włosami w piaskowym odcieniu i intensywnie brązowymi oczami czyniło z jego twarzy zabawny negatyw. Śnieżnobiały T-shirt i beżowe lniane spodnie automatycznie klasyfikowały go jako turystę. Kogoś mi przypominał, ale nie potrafiłam sobie przypomnieć: znanego mi osobiście czy raczej kogoś z mediów. A może reprezentował wszechobecny styl, sprawiający, że wszyscy wyglądają jak spod stempelka?

— Na oparzenia papierosem, na oparzenie w ogóle — poprawił się — najlepiej przyłożyć okład z wody z octem. Szybko złagodzi ból, nawet nie będzie pęcherza. — Wciąż się uśmiechał. — Tu akurat powinien pomóc lód.

Na dłużej niż wypadało zawisłam wzrokiem na jego ustach. W gładko ogolonej twarzy ten uśmiech był elementem działającym niemal magnetycznie.

— Pan jest lekarzem pogotowia? — Ironią usiłowałam przykryć swoje nieogarnięcie i rozejrzałam się wokół. — Nie widzę karetki. — Wyjęłam dłoń z miseczki i chwilę się jej przyglądałam. Oparzenie w postaci zaczerwienienia było wyraźne, ale przynajmniej nie pojawił się żaden pęcherz.

— Nie — odparł. — Zwykłym gościem z kawiarni — wzruszył ramionami.

— Zawsze jest pan taki czujny?

— Zawsze — zasalutował. — Ratowanie kobiet z opresji to moje powołanie — stwierdził z mocą.

Przy mnie, chłopie, urobiłbyś się po pachy — pomyślałam z rozbawieniem.

— Niech pani podejdzie do baru, szefowa przyłoży plaster. — Za plecami faceta stanęła kelnerka. Najwidoczniej chciała szybko odizolować mnie od obiektu swych tęsknych westchnień.

— Jasne, bardzo dziękuję. — Kręcąc z niedowierzaniem głową, posłusznie podreptałam do wnętrza lokalu i pozwoliłam się okleić plasterkami przedstawiającymi kreskówkowych bohaterów.

— Przepraszam, ale tylko takie mam — zaśmiała się właścicielka, widząc mój zdegustowany wyraz twarzy. — Ale gość ma refleks, co? — Spojrzała w stronę wejścia. — Wpadł tu jak błyskawica.

Po chwili podeszła do nas kelnerka, wyraźnie z jakiegoś powodu nadąsana.

— O, to ja może przy okazji zapłacę? — Sięgnęłam po portfel i spojrzałam na dziewczynę wyczekująco.

— Nie trzeba — prychnęła. — Tamten pan zapłacił także za pani zamówienie.

Zdziwiona spojrzałam na szefową.

— To jakiś wasz stały gość? — zapytałam.

— Nie... Pierwszy raz go na oczy widziałam... — szefowa pogrzebała w pamięci. — Może to jakiś wczasowicz?

Koniec wersji demonstracyjnej

LIPIEC

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

SIERPIEŃ

Niedostępne w wersji demonstracyjnej