Dłonie śmierci - Skorupski Grzegorz - ebook + audiobook + książka

Dłonie śmierci ebook i audiobook

Skorupski Grzegorz

4,5

Opis

Mroczne piękno zbrodni

Jest rok 1920. Gostyniem wstrząsa fala perwersyjnych morderstw. Czy kryje się za nią seryjny morderca? A może klucz do zagadki znajduje się w twórczości genialnego poety samobójcy? Adam Karski staje przed niezwykle trudnym zadaniem.

Dłonie śmierci” to druga część serii mrocznych kryminałów o prokuratorze Adamie Karskim, który staje w szranki z okrutnymi i inteligentnymi mordercami, by wciąż przekonywać się, że zło czynione przez człowieka nie zna granic i może przybierać niejedną maskę.

Grzegorz Skorupski – autor artykułów oraz książek historycznych i beletrystycznych, między innymi „Smaku błękitu”. Mieszka w Gostyniu. Pasjonat historii i powieści kryminalnych. Właściciel owczarka niemieckiego i dwóch kotów. Człowiek tak niejednoznaczny, jak jego gusta muzyczne: grunge, stoner rock, progressive i psychodelic metal.   

 www.skorupski.net

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 55 min

Lektor: Grzegorz Skorupski

Popularność




Córce mojej, Adriannie.

Szatan to trzyma nici nami kierujące! Znajdujemy powaby w przedmiotach szkarady; Tak co dnia zstępujemy do piekła zagłady, Bez trwogi, przez ciemności ohydnie cuchnące.

Charles Baudelaire, Do czytelnika

PROLOG

PIĄTEK, 13 PAŹDZIERNIKA 1916 ROKU

OD 24 CZERWCA W CIĄGU TRWAJĄCEGO TYDZIEŃ OSTRZAŁU NA NIEMIECKIE OKOPY NAD SOMMĄ SPADA 1,5 MILIONA POCISKÓW ● 1 LIPCA, W CZASIE PIERWSZYCH TRZECH MINUT BITWY, GINIE 10 TYSIĘCY LUDZI ● DO PAŹDZIERNIKA POD SOMMĄ TRACI ŻYCIE PRAWIE MILION ŻOŁNIERZY

Pocisk uderzył zaledwie kilkanaście metrów od linii niemieckich okopów. Kolejne tony mokrego piasku uniosły się w powietrze i opadły, przysypując wszystko następną warstwą ziemi i leżących tam od tygodni, gnijących kawałków ludzkiego ciała. Młody mężczyzna w mundurze pruskiej armii przekręcił głowę. Z uwagą zaczął nasłuchiwać. Dwa metry od niego miało miejsce głośniejsze chlupnięcie w wodę wypełniającą na pół metra okop. Widocznie musiało spaść tam coś dużego. Może łuska lub wyrwany z gruntu, częściowo zardzewiały hełm. Może jednak to znowu czyjaś ręka lub noga – pomyślał bez cienia emocji. W tym drugim przypadku trzeba będzie ją szybko znaleźć i usunąć, bo zatruta woda dostaje się nawet do delikatnie uszkodzonej nogi, powodując puchnięcie, a w konsekwencji też amputację. Ale to później. Kiedy skończy się ostrzał.

Świt wstał zaledwie kilkanaście minut temu, lecz szare chmury, które przysłaniały niebo, nie miały w sobie nic z pozytywnych emocji budzącego się do życia kolejnego dnia. Stalowe, zawieszone wysoko nad ziemią giganty, zdawały się złowrogo ciążyć nad światem, przytłaczając małe ludziki z karabinami próżno szukające przebłysków słońca. Tam na dole wydawało im się, że szaro-granatowe chmury przystosowały się do świata, który ich otaczał: kłębów śmiercionośnych dymów, brunatnego, oblepiającego wszystko błota, wszechogarniającego zaniku jakiegokolwiek kolorytu, przerywanego jedynie czerwonozłotymi śmiercionośnymi błyskami wybuchów artyleryjskich.

Mężczyzna kulił się do jednej ze ścian okopu. Francuskie pociski nie stanowiły dla niego większego zagrożenia. Schron znajdował się wystarczająco głęboko i miał na tyle wzmocnione ściany, żeby zabezpieczyć przez tradycyjnymi pociskami, których zresztą jedna trzecia i tak nie wybuchała. Co innego bomby czy kilkutonowe miny, ale tych Francuzi nie mieli wiele.

Najbliższą, szeroką na półtora metra przestrzeń korytarza okopów zajmowało siedmiu żołnierzy. Leżeli lub siedzieli skuleni, starając się nie pozwolić październikowemu chłodowi przeniknąć przez gruby, wojskowy płaszcz. Co jakiś czas dreszcz zimna czy strachu wstrząsał którymś z pozostawionych na pastwę wojny ciał. Tych, którzy jeszcze żyli. Jakimś cudem ocaleli w czasie tego, trwającego już cztery miesiące, szaleństwa. Ich oczy nie wyrażały emocji. Były puste. Jak u człowieka pozbawionego nadziei – pomyślał mężczyzna. Ci ludzie przestali już cokolwiek rozumieć. Mieli wrażenie, że świat oszalał. Że znajdują się może na innej planecie. Przerażający huk, trzęsąca się ziemia, napięte mięśnie, jakby próbujące bronić się tym napięciem przed wtargnięciem kawałków metalu. Złość, nienawiść, ból i strach. Gryzący, czasem zabójczy dym. Tumany piachu wyrywanego wybuchami bomb na kilka metrów w górę. Kikuty drzew. Spalone domostwa, po których zostały tylko sterczące oskarżycielsko w niebo kominy. Gnijące, poszarpane zwłoki, wiszące na zasiekach z drutów kolczastych. Doły z puchnącymi trupami, dowodami ludzkiej głupoty i wzajemnej nienawiści przedstawicieli tej samej rasy. Tak nie wyglądała Matka Ziemia. To, co widzieli, nie mogło istnieć naprawdę. Musiało być wytworem wyobraźni jakiegoś chorego umysłu. Snem, który powinien zaraz się skończyć.

A jednak to piekło istniało, a oni znajdowali się w samym środku tej zdeformowanej rzeczywistości. Można było albo zwariować, albo zupełnie przestać czuć. Albo wejść w ten szalony świat i stać się jego częścią.

Trzynasty października… Kojarzył datę. Trzynastego października 1307 roku król Francji przeprowadził aresztowania templariuszy. W piątek. Wielki Mistrz zakonny Jakub de Molay przeklął potem i papieża, i króla, którzy niebawem zmarli. Pechowy trzynastego w piątek. Jak teraz! Teraz też był piątek! Wcześniej nie wierzył w te wszystkie zabobony, ale teraz każdy drobny szczegół mógł mieć znaczenie w codziennej, właściwie cogodzinnej, cominutowej, cosekundowej walce o przedłużenie ziemskiego trwania. Mężczyzna nie był zwykłym chłopem wyrwanym z bawarskiej wioski, który od biedy ukończył szkółkę elementarną. Uczył się w dużym mieście i miał przyjaciół artystów. Dwa lata temu wszystko było takie naiwne i piękne, pełne frazesów o bohaterstwie, poświęceniu i wojnie jako katharsis społeczeństwa. Teraz miał dowodzić kilkunastoma zapatrzonymi w niego żołnierzami, którzy ufali, że jak dobry pasterz zawsze zadba o ich życie. Miał wśród nich przyjaciół nowych i takich jeszcze nawet sprzed wyjazdu na front. A teraz prowadzi ich jak bydło na rzeź. Nieosłoniętych wprost na francuskie karabiny maszynowe.

Kiedy w lipcu pierwszy raz zobaczył maszerujących do ataku Anglików, minęło trochę czasu, zanim zaczął strzelać. Szli powoli, wyprostowani, jakby na paradę, pewni, że nie zastaną nikogo w leżących przed nimi okopach. Potem dowiedział się, że zabroniono im podbiegać, kryć się i padać. Zaczął strzelać, patrząc ze zdziwieniem, jak prozaicznie, jak kukiełki na strzelnicy, padają, unosząc w górę ramiona. Jego ciężki karabin maszynowy wyrzucał dziesięć śmiercionośnych pocisków na sekundę! Strzelał, nie przerywając. Wiedział, że jeżeli skończy mu się taśma lub zatnie karabin, linia ataku dotrze do okopów. Wtedy to on stanie się podskakującą kukiełką, którą rozerwie jakiś angielski bagnet. Musieli cały czas strzelać! Myślał tylko o tym! Nie zastanawiał się, czy trafił w atakujących. Po minucie tej masakry wiedział tylko, że nie może skończyć strzelać. Kiedy zabrakło wody chłodzącej coraz bardziej nagrzaną lufę MG08, wykorzystywali po prostu mocz. Poruszali się jak w malignie. Karabin nie zaciął się i nikt żywy nie dotarł do linii okopów. Ile z wystrzelonych przez niego pocisków trafiło w jakiegoś Anglika lub Francuza? Albo w któregoś z tych śmiesznych Szkotów w kraciastych spódniczkach, które haczyły im się o druty zasieków? Ile rodzin gdzieś za kanałem La Manche lub w pięknej dolinie Loary, którą zawsze chciał zobaczyć, teraz opłakiwało śmierć ojca, męża czy syna? Ludzi, których zabił. Te myśli przyszły później. Dużo później, ale nie chciały go opuścić.

Czasami wyobrażał sobie, jak jego rodzina reaguje na list z informacją delegatury wojskowej, że poległ gdzieś na froncie Wielkiej Wojny. Brał pod uwagę, że to może się stać. Przecież nieraz musiał sam brać udział w ataku na okopy francuskie. To był cud, że śmierć go omijała, choć czasem prawie czuł jej oddech na plecach. Kiedyś gdy udało im się zająć wrogie umocnienia, nagle, zza węgła, wyskoczył Senegalczyk. Pierwszy raz wtedy zobaczył Murzyna. Wszystko zastygło w ułamku chwili, ogarniając nagłym poczuciem całkowitej niemożności poruszenia się i ucieczki. Pamiętał białka oczu, zęby i wyciągnięty w jego kierunku bagnet. Patrzył bezradnie na zbliżające się ostrze. Sunęło wprost na niego, gotowe przebić wszystko na swej drodze. Prawie słyszał rozrywany trzask wojskowej bluzy i zgrzyt zsuwającego się po kości żebrowej stali bagnetu. Czekał, przygotowany na ból w klatce, kiedy nagle rozpędzony czarny żołnierz zachwiał się. Kapral Joskhe zdążył wbić Senegalczykowi w głowę saperkę. Patrzył zafascynowany jak Murzyn powoli opada na kolana, a na jego kręconych, czarnych włosach pojawia się gęsta krew. Upadł w błoto. Wszechobecne błoto…

Zadrżał z zimna. Tak, błoto było, jest i będzie. Wszędzie i wiecznie. Podobnie jak pluskwy i wszy. Nieodłączni towarzysze żołnierskiej doli. I szczury, których wszyscy nienawidzili. Prawie natychmiast przyzwyczaiły się do dostarczanego codziennie, świeżego ludzkiego mięsa. Podobno zdarzały się przypadki, że rzucały się nawet na rannych. On sam nieraz leżał w okopie obok poległego wczoraj kolegi, którego nie było czasu pogrzebać, i odpędzał te znienawidzone gryzonie. A może zresztą tamten żołnierz żył jeszcze? Nieważne, liczyło się tylko to, że on żyje. Uodpornił się. Jego własne cierpienie uodporniło go na cudze.

Dwa dni temu skierowano ich w to miejsce na czterdziestokilometrowej linii bitwy, przerzucając z innego, mniej wykrwawionego odcinka. Widać dowódcy uważali, że to, że jeszcze żyją, to taki przejaw szczęścia, iż warto je wykorzystać gdzie indziej. Okopy były już mocno zniszczone kolejnymi falami bombardowania. Kiedy zaczęli kopać dziury osłonowe, odkryli, że w tym miejscu leżą przysypane ziemią trupy. To jeszcze nie zrobiło na nich dużego wrażenia. Dopiero gdy pod nimi znaleźli kolejną warstwę zwłok, zrozumieli. Ostrzał artyleryjski uśmiercił tych młodych ludzi i przysypał piaskiem. Po nich przyszli następni, którzy też zginęli, a ziemia wyrzucana w powietrze setkami ton wybuchów usypała ich naturalną mogiłę. Teraz oni stanowić będą kolejną warstwę.

Kanonada trwała wyjątkowo długo. Mężczyzna wiedział, że przeważnie największy ostrzał następuje tuż przed planowanym atakiem. W oczach siedzącego obok żołnierza zobaczył obłęd. Dorosły mężczyzna, ojciec czworga dzieci, trzymał go kurczowo za rękę, jak dziecko matkę, kiedy wchodzi w wielki tłum. Kwilił, żałośnie pociągając nosem. Wiedział, że ten człowiek za chwilę pobiegnie naprzód, naprzeciw lecącym ku niemu kulom i nawet nie schyli głowy, by choć trochę się chronić. Ile jeszcze zostało mu życia? Czy da się nie zwariować? Czuł, że śmierć położyła już na nim dłonie.

Westchnął i zapalił papierosa. Na początku nie przyznawali się do własnych słabości i obaw. Później, tu na froncie, już nikt nie miał sił udawać. Nie przyznawali się tylko do tego, że znienawidzili własne życie. Nie mogli uciec z tego piekła, bo za dezercję karano natychmiastowym plutonem egzekucyjnym. Nie mogli też liczyć na dostanie się do niewoli. Minęły czasy, kiedy podczas pierwszego Bożego Narodzenia tej wojny wyszli z okopów i dzielili się opłatkiem z Francuzami. Kilkadziesiąt miesięcy wzajemnego zadawania sobie śmierci, rannych lub poległych przyjaciół, rozkazy dowódców nakazujące szczególny ostrzał miejsc, gdzie powiewa biała flaga, zrobiły swoje. Tu, na liniach okopów frontu zachodniego królowała śmierć. Położyła swe zimne dłonie na kilkuset tysiącach młodych ludzi gotowych z rozkazu przełożonych pozabijać się wzajemnie.

Ewentualnie mógłbym być ranny – rozważał mężczyzna, starając się uciec myślami od rzeczywistości. Na tyle, by trafić do szpitala na tyłach i już nie wracać do tego piekła. Zadekować się w lazarecie z białą pościelą, jedzeniem nienadgryzionym przez szczury, bez pcheł i pluskiew. I z czystymi pielęgniarkami w wykrochmalonych czapkach. Uśmiechnął na wyobrażenie tego prawie nierzeczywistego świata. Kobiety, normalne łóżko, czysta pościel, ciepłe jedzenie… Jakaś zabłąkana seria z karabinu maszynowego przywróciła go do rzeczywistości. Albo nawet zginąć – pomyślał – ale niech ta niepewność, ten strach, ten cholerny ból głowy, niech ten absurdalny koszmar się skończy. Oczekiwanie na coś, co ma się wydarzyć, co się zbliżało i było nieuniknione, czasami działało paraliżująco. A on zdawał sobie sprawę, co ma nastąpić…

Gdzieś wyjątkowo blisko trafił duży pocisk. Schron zadrżał i z sufitu drobne okruchy spadły na głowy skulonych żołnierzy. Jeden z nich wyjął papierośnicę i zapalił. Może zdąży dokończyć, zanim na linii strzału pojawi się angielska lub francuska tyraliera.

Mężczyzna podsłuchał rozmowę oficerów. Wiedział, że tym razem to oni mieli uprzedzić natarcie Anglików i Francuzów. Na gwizdek oficera będzie musiał wyskoczyć z okopów, przeskoczyć blankę i biec, krzycząc z nienawiści, a może z bezradności.

Kanonada stopniowo cichła, ale cały ten otaczający go świat huczał, drżał, cuchnął i przenikał lodowatą wilgocią. Czy tak wygląda piekło? Myśli coraz szybciej przechodziły przez głowę. Czy on jeszcze był człowiekiem? Kto pozwolił na ten koszmar? Czy Bóg tego nie widzi? On nie potrafił odpowiedzieć sobie na te pytania. Przestał się modlić w momencie, kiedy zauważył, że wplata w modlitwę przekleństwa. Przestał się zastanawiać. Zaczął nienawidzić!

Nienawidził tych, którzy czekali na niego w zasiekach z drutu kolczastego, żeby przebić mu brzuch bagnetem. Nienawidził swoich oficerów, którzy kazali im biec wprost na ogień karabinów maszynowych. Nienawidził tych, którzy ginęli, i tych, którzy jeszcze żyli, oczekując jego wsparcia czy pomocy. Z przerażeniem poczuł, że ma ochotę ich wszystkich pozabijać. Strzelać, ciąć bagnetem, aż wreszcie ta wypełniająca go nienawiść wytryśnie na zewnątrz i da mu uspokojenie.

Gwizdek oficerski poderwał ich na nogi. Wyćwiczone ruchy. Karabin, bagnet, przeskok przez blankę. Ruszył biegiem, lekko przygarbiony. Nie czuł już strachu, mimo że biegnący obok kapral chwycił się za brzuch i komicznie opadł na kolana. Przez chwilę próbował powstrzymać dłońmi wyrywające się na zewnątrz jelita, po czym padł z twarzą w błoto. Mężczyzna nie zatrzymywał się ani na chwilę. Mieli nie udzielać pomocy rannym w czasie natarcia. Poczuł charakterystyczny zapach skoszonej trawy wymieszany z odorem gnijących owoców. Przez chwilę zatrzymał się zdezorientowany. Skąd w październiku skoszona trawa? Dopiero po chwili przypomniał sobie, co mówili mu inni żołnierze niemieccy spotkani podczas krótkiego wytchnienia na tyłach. Szybko szarpnął przypiętą do pasa torbę, kiedy poczuł, że jeden z wystrzelonych z francuskich okopów pocisków nie ominął jego ciała. Szpital czy śmierć? – przeszło mu przez myśl, kiedy padał. Nieważne. Dobrze, że TO już się dla niego skończyło.

ROZDZIAŁ 1

Cisza, co drzemie tu grobowa,

Przytłacza piersi jak kamieniem,

I myśl zabija ci milczeniem.

WTOREK, 2 MARCA 1920 ROKU

ODPARTO ATAKI BOLSZEWIKÓW W REJONIE DZISNY ● W. GRABSKI PRZEDSTAWIA ZAŁOŻENIA BUDŻETOWE ● W PARYŻU MILLERAND OŚWIADCZYŁ, ŻE RZĄD NIE COFNIE SIĘ PRZED NICZYM, BY ZŁAMAĆ STRAJK ● WARSZAWA PRZYGOTOWUJE SIĘ NA PRZYJAZD MARSZAŁKA FOCHA ● TYMCZASOWE ZARZĄDZENIE ZAKAZUJE WYWOZU WSZELKICH TOWARÓW Z TERENU BYŁEJ DZIELNICY PRUSKIEJ Z WYJĄTKIEM KILOGRAMA ODZIEŻY I 250 GRAMÓW TŁUSZCZU NA OSOBĘ

Krzysztof Kruszta szedł, klnąc pod nosem swojego pracodawcę, pogodę i czasy, w jakich przyszło mu żyć. Był niskim, drobnym mężczyzną o niezbyt gęstej jasnej bródce i precyzyjnie przyciętych wąsach. Okrągłe okulary z grubymi szkłami dodawały mu przynajmniej dziesięć lat. Mimo że ledwo przekroczył trzydziestkę, łysina już zadomowiła się na jego głowie i rozpełzała od jej czubka aż po czoło. Nie nosił tupeciku. Uważał, że to uwłaczające dla mężczyzny. Zresztą nie zależało mu specjalne na zainteresowaniu kobiet. Większość była zbyt głupia i rozmowa z nimi doprowadzała go do pasji. Ot, prowincja. Z czasem przyzwyczaił do samotności, a że nie był zbyt atrakcyjną partią dla miejscowych panienek z dobrych domów, mógł zachować ściśle pielęgnowany „święty spokój”.

Było paskudnie zimno. Przez ostatni tydzień temperatura spadała w nocy do piętnastu stopni poniżej zera, w dzień utrzymując się na poziomie minus dziesięciu. Co prawda świeciło słońce, ale nie była to ta złota kula na niebie, która budzi do życia, a raczej symbol potęgi mrozu i śmierci. W pierwszych dniach marca temperatura w dzień wreszcie utrzymywała się na poziomie powyżej zera, słońce zastąpiły jednak sunące nisko, potężne ciemne chmury. Absolutną biel, która jeszcze niedawno okrywała miasto, przytłoczyła szarość pokrytych błotem ulic i ciemnogranatowe niebo.

Drobny, marcowy deszcz mógł być zwiastunem zbliżającej się powoli wiosny, której tak oczekiwano. Kruszcie nie kojarzył się jednak z nadzieją na odejście zimy. Był tylko kolejnym, lodowato zimnym elementem pechowego dnia, nieszczęsnego miesiąca i kontynuacją następujących po sobie tragicznych lat. A przecież zanim wybuchła ta cholerna wojna, wszystko układało się idealnie. Krzysztof i jego brat mieli wspaniałe perspektywy! Państwo Krusztowie zadbali, żeby ich dwóch synów zdobyło dobry fach i wyuczyli chłopaków zawodu w dużym mieście. Bracia szkolili się w introligatorskim fachu u mistrza Lewandowskiego w Poznaniu, na Wronieckiej. Kiedy wrócili do rodzinnego Gostynia, samotny, stary Kruszta zdążył jeszcze przekazać im wspólną firmę, która, mając praktycznie monopol na dziewiczym rynku, zaczęła przynosić spore dochody.

Wojna zaskoczyła wszystkich. Młodszy Kruszta trafił do armii niemieckiej. Stary ojciec był dumny z syna paradującego w mundurze. To nieprawda, co teraz mówią ludzie, że zawsze stali po stronie Entanty. Pamiętał dobrze, ilu wtedy ulegało propagandzie wojennej i mimo wszystko armię niemiecką uważali za swoje wojsko. Prawie nikt nie sądził, że wojna potrwa tak długo, przyniesie tyle zła i cierpień. Szli na front, wierząc, że wrócą na żniwa! Nie wiedzieli, że będą to czteroletnie żniwa śmierci, których nigdy już nie zapomną. Ci, którzy przeżyli.

Krzysztof Kruszta nie poszedł z bratem zabijać podłych Francuzów i Anglików. Było mu trochę przykro, że uwaga wszystkich skupiała się na młodszym bracie, którego przecież bardzo kochał. Poddanego króla pruskiego Krzysztofa Krusztę zwolniono z obowiązku wojennego ze względu na trwałą kontuzję lewej nogi, pamiątkę po belce, która przygniotła mu stopę w dzieciństwie. Poruszał się teraz prawie bez pomocy laski, pozostał jednak wyrywający kości ze stawów ból, który wzmagał się szczególnie podczas takiej pogody jak dziś.

Deszcz, który spływał mu po twarzy, przypomniał łzy ojca, który pewnego jesiennego dnia otrzymał list z wojskową pieczątką informujący, że jego syn zginął podczas ataku gazów bojowych wspartego ostrzałem karabinów maszynowych. Poparzone płuca uniemożliwiły mu doczołganie się do okopów i ranny, młody Kruszta zmarł w jakiejś błotnej dziurze na froncie Wielkiej Wojny. Organizm ojca nie wytrzymał wstrząsu. Wylew położył go do łóżka, z którego wyniesiono go kilka miesięcy później prosto na nowy cmentarz przy ulicy Klosterstrasse. Świat zaczął się walić. Wojna nie sprzyjała prowadzeniu interesu. Ludzie mieli teraz inne sprawy na głowie niż oprawianie książek. Kobiety opłakiwały poległych lub tych, którzy ruszyli na front. Coraz mniej ludzi czytało. Nie potrzebowali szukać emocji w świecie literatury. Ich pokolenie zafundowało im rzeczywistość pełną takich emocji, jakich często nie potrafili sobie wyobrazić literaci minionej epoki. Krzysztof musiał szukać dodatkowego zajęcia. On, wyuczony u mistrza introligatorstwa, wirtuoz w swojej profesji, musiał dorabiać jak zwykły parobek u gospodarza w przylegającej do Gostynia od zachodu wioski Brzezie. Słuchał poleceń swojego pracodawcy, który nie przeczytał chyba nigdy żadnej książki, a najsilniejsze uczucie, jakie było mu dostępne, stanowiło zadowolenie ze zjedzenia obfitego posiłku. Kruszta był wściekły, ale zaciskał zęby i marzył o czasach, kiedy znów jego zakład introligatorski będzie przynosił mu godny zarobek.

Był początek marca 1920 roku i powoli zaczął zapadać wczesny zmierzch, przyspieszony jeszcze ciemnymi, deszczowymi chmurami. Kruszta minął ostatnie domy Brzezia i znalazł się na ulicy Strzeleckiej zawdzięczającej swą nazwę ufundowanemu kilkanaście lat temu gmachowi strzelnicy. Deszcz wzmógł się. Kruszta zaklął, kiedy kolejny raz wdepnął w głęboką kałużę. Miał dość zniszczonych, peryferyjnych chodników.

– I tak już jestem cały ubłocony – mruknął do siebie decydując się na skróty: polną drogą okrążającą pobliską żwirownię.

Gdyby nie lis, który intensywnie wpatrywał się w mijany staw żwirowni, mógłby przejść, nic nie zauważając. Staw nie był duży, ale miasto nie posiadało żadnego pobliskiego zbiornika wodnego. Z wyjątkiem dwóch mizernych raczej rzeczek: Rowu Polskiego i Malińczy, brakowało miejsc do kąpieli. Miejsce to wykorzystywano już od dawna i w sporej dziurze po wykopach utworzył się staw otoczony urwistymi brzegami. Z czasem te obrzeża zaczęła porastać trzcina, a gdzieniegdzie pojawiły się liche krzaczki. Całość wyglądała dziko, bo na czas wojny zaprzestano wydobywania piasku, a i ludzie mniej chętnie chodzili ścieżką łączącą Brzezie z tyłami ulicy Krobskiej.

Staw powstały na skutek długoletniego wykopu żwiru stanowił świetne miejsce dla młodych, spragnionych kąpieli gostynian. Rodzice oczywiście zabraniali tego surowo, strasząc możliwością osunięcia się brzegu, nagłych sięgających nawet pięciu metrów głębin, które pojawiały się to w tym, to w innym miejscu. Jak można było się spodziewać, rozsądek przeważnie nie szedł w parze z młodością i latem staw przy żwirowni cieszył się dużym powodzeniem. Teraz jednak nie było chętnych do kąpania się w lodowatej wodzie.

Lis był czymś wyraźnie zainteresowany i dopiero w ostatniej chwili spłoszył się na widok człowieka. Deszcz, wbijając się z impetem w taflę stawu, szumiał tu jeszcze głośniej. Kruszcie przez chwilę wydawało się, że ktoś szybko przebiegł za jego plecami, ale mogli to być towarzysze spłoszonego zwierzaka. Stalowa płyta wody stawu drgała w równych, symetrycznych uderzeniach kropli deszczu. Jak żywy stwór wstrząsany konwulsjami.

Nagle Kruszta zatrzymał się i zimny pot wystąpił mu na czoło. Nogi delikatnie ugięły się i poczuł jakby czyjeś silne palce zaczęły ściskać jego płuca, żołądek i serce. Przy brzegu stawu, wyrzucona widać jakimiś prądami, leżała z twarzą w piasku kobieta. Miała na sobie poplamioną błotem, ciemnozieloną suknię, której dolna część była lekko zadarta, odsłaniając sięgające za kostkę czerwone, zimowe buciki. Nie ruszała się, a skręcone nienaturalnie ciało sugerowało, że nie ma do czynienia z żywą istotą. Zmusił się, żeby podejść i spróbować przewrócić ciało na plecy. Drżącymi rękami strzepnął podwiniętą część sukni, jakby nie chciał, bez względu na to, czy ma do czynienia z żywą kobietą, czy też zwłokami, naruszać jej intymnej sfery. Już na pierwszy rzut oka widać było, że pomoc medyczna nie była potrzebna. Lewa strona głowy stanowiła zakrzepły płat krwi, a nienaturalnie skręcona szyja nadawała postaci jakiejś groteski. Kobieta była bardzo młoda, mogła mieć najwyżej dwadzieścia parę lat. Szeroko otwarte oczy patrzyły pusto przed siebie, a z rozchylonych ust ciągnęła się cienka strużka zastygłej krwi. Długie blond włosy miała upięte w wysoki kok. Twarz przybrała już siną barwę, a nienaturalnie szeroko rozwarte oczy nie wyrażały strachu czy zaskoczenia. Było w nich coś nieludzkiego, jakaś pustka i rezygnacja. Kruszta poczuł, jakby te martwe oczy wciągały go w toń dużo głębszą niż pobliski staw.

Przez myśl przeszły mu wszystkie młodopolskie fantazje o topielcach zawarte w książkach, które kiedyś oprawiał. Za chwilę zimne ręce zacisną się na jego szyi i pociągną za sobą w ten ponury marcowy wieczór w otchłań śmierci. Podniósł się szybko. Nie widział zbyt wielu trupów w swoim życiu i pewnie dlatego ten widok wstrząsnął nim tak bardzo. W dodatku kobieta była młoda. Tak młoda, że kojarzyć się powinna tylko z rozkwitaniem, radością i ciepłem zmysłowości. Dlaczego więc jej zwłoki tak mocno nim wstrząsnęły? Kobieta była zwykłym trupem. Przyjrzał się uważnie… Tak, zwykły trup z trochę dziwnymi oczami. Tylko dlaczego ściskała w ręku papierowy kwiat?

***

– Czy, cholera, ludzie nie mogą sobie wymyślić innej pory na znajdowanie zwłok? – oficer Żandarmerii Krajowej byłej Dzielnicy Pruskiej w Gostyniu i jednocześnie podprokurator sądu powiatowego Adam Karski podniósł kołnierz płaszcza. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną około czterdziestki, chociaż obecnie trudno było określać wiek po wyglądzie fizycznym. Wojna często potrafiła odcisnąć takie piętno okrucieństwa, że dwudziestolatkowie wracali z frontu jako całkowicie siwi, pozbawieni woli życia, starcy. – Coś wiemy? Kto to jest? I kto ją znalazł?

Stali na podmokłym gruncie przy stawie. Drobny, zimny deszcz wydawał się oblepiać lodowatą powłoką stojące przy brzegu postacie.

– Panie poruczniku, to kobitka, młoda. Wiek około dwudziestki… – zaczął relacjonować policjant. Był średniego wzrostu, z małą fantazyjną blond bródką. Mimo że miał dopiero dwadzieścia osiem lat, już dumnie nosił na ramieniu pagony starszego przodownika. Twarz nie wyróżniałaby się niczym szczególnym, gdyby nie oczy. Inteligentne i zawadiackie.

– To widzę, Krzyżostaniak – przerwał mu Karski. – Coś innego może? Znasz ją? Jest stąd?

– Panie poruczniku, ja dopiero z tydzień, jak wróciłem z frontu – zapytany spojrzał z wyrzutem. – Najpierw cztery lata w pruskim mundurze. Wróciłem i w styczniu znów z giwerą do powstania. Odesłali mnie z tydzień temu, bo mundurowych tu potrzeba, choć ja bym bolszewika bił – zaperzył się bojowo.

– Czyli nie znasz? Ktoś nowy? Nie z miasteczka?

– Mówiłem, że mnie tyle czasu nie było – policjant wypluł całkowicie zamokniętego papierosa. – W międzyczasie ludzie się tu tabunami przewalali. Niemcy wyjeżdżają na zachód, nasi z zachodu wracają. Nie wiem, czy ona przejazdem, czy mieszkała tu już parę lat.

Karski miał dość tego potoku słów. Lubił Krzyżostaniaka, ale żeby stać teraz nad trupem jakiejś nieznajomej topielicy na peryferiach miasta, musiał pozostawić ciepły pokój w gmachu sądu z ciepłą herbatą wzmocnioną nieznacznie eterycznym naparstkiem dopiero co odebranego „zaufanego” samogonu i tłuc się przez połowę miasta w deszczu.

– Dawaj tego, co znalazł zwłoki. O, widzę, że pan Banaszak wreszcie się pojawił – Karski sarkastycznie powitał swojego współpracownika.

– Cześć, szefie – przybyły, widząc zły humor swojego przełożonego, nawet nie silił się na wyjaśnienia. – Co mamy?

– Jak co? Nie widać? Trupa mamy! Topielec chyba.

– Utopiła się? Dziwna pora na kąpiel. Jakby trochę zimno i raczej strój nietypowy do kąpieli.

– Mogła wpaść przypadkiem. Deszcze podmyły urwisko i stoczyła się. Te obrażenia i otarcia na twarzy mogą być od pobliskich kamieni, a żwir mocno otarł skórę – Karski przerwał, bo policjant przyprowadził przemokniętego, dygocącego mężczyznę.

– To ten, co znalazł zwłoki – wyjaśnił Krzyżostaniak, wyjmując papierosy i częstując nimi Piotra Banaszaka. Obaj byli prawie w tym samym wieku, łączył ich sarkastyczny humor i zamiłowanie do papierosów. Krzyżostaniak palił jednak zdecydowanie gorsze gatunkowo. Zdaniem Karskiego wybierał celowo najbardziej śmierdzące.

– Krzysztof Kruszta – przedstawił się, uchylając kapelusza. – Wracałem z Brzezia, od Kędziory. Pomagam mu, bo stracił synów na wojnie, a gospodarka duża. Ja mam własny zakład introligatorski na Świętego Ducha, ale we wtorki, czwartki i soboty mam zamknięte.

– Firma K & A Kruszta? – Karski przypomniał sobie, że już gdzieś widział to nazwisko. – Czy dostrzegł pan coś dziwnego?

– Wracałem z pracy, byłem zmęczony. Deszcz padał i człowiek nie miał ochoty się rozglądać. Zresztą na co? Nikt nie wychodzi w taką pogodę, jak nie musi, prawda?

– Zwłoki znalazł pan w takiej pozycji?

– Nie no, leżała odwrotnie, na brzuchu. Ale musiałem przecież sprawdzić, czy żyje. Przewróciłem ją na plecy, ale już nie oddychała.

– Mogła zsunąć się ze skarpy. – Banaszak chciwie zaciągnął się papierosem. – Spadła, straciła przytomność i wpadła twarzą do wody.

– Samotna kobieta spacerowała sobie w tych okolicach? Wieczorem? I tak sobie spadła? – z powątpiewaniem spojrzał Krzyżostaniak. – Jaka kobieta wychodzi samotnie po nocy w dzisiejszych czasach?

– Czasy jak każde inne – burknął Karski. – Fin de siècle już był. Potem stracone pokolenie. Każdy czas ma swoje „dzisiejsze czasy”. Mdli mnie, kiedy słyszę o kolejnych straconych pokoleniach…

– Nie o to chodzi – oburzył się policjant. – Sam pan widzi, co się dzieje. Wojna zmieniła wszystko. Taka wojna, jakiej jeszcze nie było. Ludzie widzieli tysiące śmierci! Stała się czymś zwyczajnym, obok czego przechodzi się obojętnie.

– Krzywy ma rację – przytaknął ponuro Banaszak. – Żołnierze wracają czasem tak popaprani, że nie mogą opanować swoich emocji. Ciągle widzą urywane nogi i ręce, rzężących na pobojowisku kolegów… Lekarze wiążą ich na całe dnie w pasy do łóżka i myślą, że to rozwiąże problemy. Ale wtedy chorzy nie czują już zupełnie nic. Jak ktoś miał słabszą psychę, to wysiadał. A były takie miejsca, skąd nikt normalny nie wracał.

– Jakbym nie wiedział – wzruszył ramionami Karski.

– Nigdy jeszcze tyle wiary nie miało broni i nie nauczyło się nią posługiwać. Jak dodamy to z tym, co mówił Piotr, to wychodzi nam dzisiejsza mieszanina wybuchowa. – Krzyżostaniak sceptycznie pokręcił głową. – Dla mnie jest w tej śmierci coś dziwnego.

Deszcz znów zaczął mocniej zacinać, a ciemne chmury jakby się jeszcze bardziej obniżyły. Zmrok opadł na teren żwirowiska. Nie dochodziły tu światła miasta i jedynie nowoczesna latarka Krzyżostaniaka wydobywała z ciemności poszczególne fragmenty upiornej scenerii.

– Może trochę wieje, ale wydaje mi się, że czułem woń alkoholu. Poświeć tu, Krzysztof – mruknął Banaszak, pochylając się nad zwłokami. Chwilę obwąchiwał ciało kobiety, po czym triumfalnie oznajmił – Mogła być pijana!

– Daj spokój – Karski krytycznie spojrzał na zanikający w ciemnościach zarys zwłok. – Za wcześnie, by mówić co się stało. Najpierw zawieźcie ją do lekarza, niech zrobi sekcję. Zaraz! Krzyżostaniak, daj latarkę!

Karski pochylił się nad zwłokami kobiety. Był wściekły na siebie, że zaniedbał dokładnego obejrzenia zwłok, kiedy było jeszcze choć trochę jasno. Co prawda żwirowate podłoże i padający deszcz uniemożliwiały odczytanie jakichkolwiek śladów wokół zwłok, a mógł chociaż dokładnie obejrzeć trupa. Poniekąd uważał, że Banaszak ma rację, teraz jednak zauważył coś dziwnego. Kobieta ściskała coś w lewej ręce. Powoli, delikatnie poluzował zaciśnięte palce i wydobył kwiat z papieru.

– To lilia – zauważył Kruszta. – Też ją zauważyłem.

– Lilia. Natchnienie poetów – zamyślił się Karski. – Grecy nazywali ją leirion, od przymiotnika leros, czyli delikatny, cienki, wrażliwy. Jak nić ludzkiego życia…

– Szef to zawsze zauważy coś poetycznego – roześmiał się Banaszak. – Nawet w zwyczajnej śmierci jakiejś pijanej babki.

– Może i zginęła w wypadku, ale główkuję cały czas nad tym kwiatem. To nie jest zwykła śmierć – upierał się Krzyżostaniak.

– Czy ty nie przesadnie doszukujesz się jakiejś wyjątkowości? Szef widzi poetyczność, a tu pospolitość skrzeczy! Zimno, deszcz, błoto i trup z papierową różą w ręce. – Banaszak lekceważąco machnął ręką. – Proponuję porozmawiać w biurze zamiast na deszczu.

– Lilią – sprecyzował Karski i dodał w zamyśleniu: – W Rzymie lilia oznaczała nadzieję. A później, za czasów chrześcijaństwa stała się symbolem niewinności, czystości, dziewiczości i zmartwychwstania.

– No, ta co leży, to raczej nie zmartwychwstanie – symbolika roślinna nie ruszała Krzyżostaniaka. – Przyszli chłopaki z komendy, to powiem, żeby zabrali zwłoki do prosektorium, co, szefie?

– Tak, tu już nic nie wymyślimy. I weź ze sobą pana Krusztę, bo po ciemku też spadnie i będziemy mieli kolejnego trupa. Piotr, zapakuj tę papierową lilię, bo od deszczu za chwilę całkowicie się rozleci. Aha i niech pan Kruszta trzyma język za zębami. Nie chcę, żeby całe miasto huczało od plotek. Jutro niech zajdzie na komendę, to spiszecie zeznania. Nie sądzę, żeby się spieszyło. My z Banaszakiem pójdziemy na chwilę jeszcze do biura. Nic tu po nas.

Policjant zaczął kierować przeniesieniem zwłok, a obaj pracownicy sądu postali jeszcze chwilę i ruszyli w kierunku biura. Mając na uwadze ubłocone spodnie Kruszty, zrezygnowali z jakichkolwiek skrótów i ruszyli wzdłuż Leszczyńskiej, decydując się na może dłuższą trasę, jednak oferującą granitowe płyty chodnikowe.

O tej porze ulice były puste. Deszcz przegonił bawiące się dzieci, których zawsze wszędzie było pełno. Mimo urazów związanych z utratą bliskich w wojnach czy powstaniach, dziatwa zawsze potrafiła choć na chwilę zapomnieć o bólu i gonić się wśród kurzy opustoszałych ulic, puszczać łódki z kory w kałużach czy turlać patykiem znalezione gdzieś koło. W mijanych oknach widać było przylepione do szyb buźki oczekujące na lepszą pogodę, by wyrwać się z domu. Zimny marcowy deszcz nie służył też spacerom. Z rzadka tylko mijał ich jakiś przechodzień z podniesionym kołnierzem płaszcza i kapeluszem naciągniętym mocno na czoło. Właściwie każdy wyglądał tak samo i gdybym zatrzymał któregokolwiek z nich i zapytał, czy mijali kogoś po drodze, nie potrafiliby odpowiedzieć – pomyślał Karski. Paskudna pogoda na śledztwo.

Gmach sądu mieścił się przy ulicy, której dał nazwę – Sądowej. Mimo że minęło zaledwie kilkanaście lat od momentu, kiedy władze pruskie wzniosły nowy, potężny i okazały budynek władz sądowych, mieszkańcy zupełnie już zapomnieli, jak kiedyś nazywała się ta ulica. Pruskie gmachy potrafiły dominować nawet nad ludzką pamięcią. Za to biura zapewniały odpowiedni komfort pracy aparatowi sądowemu.

Adam Karski zaczynał tutaj pracę jako asystent sądowy w 1911 roku. Po wyzwoleniu kraju i utworzeniu polskiej policji – Żandarmerii Krajowej byłej Dzielnicy Pruskiej w listopadzie 1919 roku powierzono mu funkcję szefa policji w Gostyniu, nie rezygnując jednocześnie z nadzorowania prac komórki sądowej. Jako prawnik, Polak był bardzo cenny dla tworzącej się na tych ziemiach administracji. Częściej jednak przesiadywał w gmachu sądu niż na komendzie policji przy ulicy Krobskiej, pozostawiając tam zaufanego starszego przodownika powiatowego Krzysztofa Krzyżostaniaka. Od 1 kwietnia planowano reorganizację struktur policyjnych, tworząc nowych twór przejściowy: Policję Państwową byłej Dzielnicy Pruskiej, która od lipca miała wejść w skład Policji Państwowej podporządkowanej Komendzie Głównej w Warszawie. Wszystko było w stanie tymczasowości i tworzenia się, co w efekcie powodowało natłok prac administracyjnych.

Dopiero od 1 stycznia tego roku weszła ustawa w sprawie spolszczenia sądownictwa w Wielkopolsce. Dawny Amstagericht zastąpiono Sądem Powiatowym. Z Galicji przybyć miało 175 polskich prawników. Wszystkie sprawy karne powinny odbywać się tylko w języku polskim. W rzeczywistości niemiecki sędzia jeszcze do końca marca mógł pełnić swoją funkcję i nadal zajmował służbową willę przy ulicy Krobskiej.

– Staszek, ty jeszcze w pracy? Nie masz co robić w domu? – warknął Karski, wchodząc do biura i strzepując deszcz z palta.

Wysoki, niespełna trzydziestoletni mężczyzna z czarną bródka podniósł głowę znad biurka i poprawił niezgrabnym ruchem zsuwające się na nos okulary. Otworzył podręczny kalendarz podpisany kaligraficznymi, czarnymi literami nazwiskiem Stanisław Kucharski i odczytał powoli:

– Środa, trzeci marca: przygotować przekazanie zakresu obowiązków i zadań nowemu pracownikowi – zamknął notes. – Nie ze wszystkim zdążyłem, a jutro zaczyna robotę ten nowy z Warszawy. Jak mu tam?

– Zygmunt Worszewski – dopowiedział Banaszak, kładąc kapelusz na wieszaku. – Ale nikt nie powiedział, że musisz zamknąć wszystkie sprawy, zanim mu przekażesz część swoich zadań.

– Szczególnie że nie jesteś jeszcze w formie – Karski spojrzał wymownie na trzymaną sztywno lewą rękę swojego pracownika.

Kucharski skrzywił się lekko, jakby pamięć o otrzymanym rok temu postrzale przyniosła kolejną falę bólu. Kiedy w styczniu 1919 roku wychodził z grupą ochotników pod dowództwem porucznika Śliwińskiego, żeby walczyć o Wielkopolskę, nie przypuszczał, że wróci z częściową niepełnosprawnością. Każdy z tych chłopaków zgłaszających się na apel poznańskiej Naczelnej Rady Ludowej sądził, że jeżeli przetrwali bezpiecznie kilka lat Wielkiej Wojny, to są prawie nieśmiertelni. Wielu z nich nie wróciło już nigdy. Kucharskiemu się udało, ale seria z karabinu maszynowego musnęła go podczas walk pod Wolsztynem. Nie były to poważne rany, niestety, jedna kula trafiła w staw łokciowy, powodując trwałe komplikacje. Dla wysportowanego, młodego człowieka była to tragedia. Kucharski za wszelką cenę chciał udowodnić, że nie chce taryfy ulgowej i jest tak samo wydajnym pracownikiem jak każdy inny.

– Worszewski zameldował się już? – spytał Karski, spoglądając na puste biurko pod oknem. Przez serce przeszedł mimowolny skurcz. Dziewięć lat temu wchodząc do tego pomieszczenia po raz pierwszy, przy tym właśnie biurku ujrzał Adę.

– Ma czas, szefie – uspokoił go Banaszak. – Odebrał klucze do mieszkania i jutro z rana zamelduje się u pana. A właściwie po cholerę Warszawka przysyła nam swoich ludzi? Jakbyśmy nie mieli swoich specjalistów? Rosyjskie nauczanie było sto lat za Murzynami w porównaniu do pruskiego.

– Chcą mieć kontrolę nad byłą dzielnicą pruską – mruknął Karski, rozsiadając się w fotelu zarezerwowanym dla Worszewskiego. Jego gabinet zajmował obszerne pomieszczenie, do którego biuro pracowników stanowiło przedsionek. Każdy klient najpierw musiał przedstawić swoją sprawę niższym urzędnikom. W poważniejszych sprawach petent trafiał do jego gabinetu. Nie chciał tam jednak już dziś wracać.

– Nie przekreślałbym faceta tylko dlatego, że jest przysłany z Warszawy – nieśmiało zaprotestował Staszek. – I tak ma trudno. Przyjeżdża do Pyrlandii, gdzie nikt go nie zna, i musi zacząć żyć od nowa. Człowiek wchodzi w nowe środowisko, które od początku jest mu niechętne. To nie jest łatwe. I do tego prowincja! Gdzie każdy każdego zna. Zna ojca, dziadka, wnuka. Rozumie, dlaczego Lisiecki nie rozmawia od pokoleń z Nowakiem, a wybaczy Schulzowi, który z kolei nigdy nie usiądzie do stołu ze szwagrem Lisieckiego, który jest sąsiadem Nowaka. A pomoc potrzebna…

– Wiem, że nie jest dobrze. Wojna zmieniła ludzi w potwory – pokiwał głową Karski. Zamarzył o tym, żeby zdjąć przemoczone ubranie i ogrzać się z kieliszkiem przy ciepłym piecu kaflowym.

– To nie wojna – zaprotestował Banaszak. – To ta rzeczywistość. Brakuje nadal wszystkiego: jedzenia, pracy, węgla. Masz na przykład ogłoszenia w „Orędowniku”. Tylko od stycznia tego roku było już kilka o przypadkach kradzieży. Nagroda za wskazanie złodzieja klaczy, sieci rybackiej, a teraz z Krobi najlepsze: 200 marek nagrody za wskazanie złodzieja bielizny! Ludzie kradną wszystko! – Rzucił na stół stos gazet. – Ale gorsze są takie jak te. Matka sześciorga dzieci, która w zeszłą sobotę urodziła bliźniaki, a której w niedzielę zmarł mąż, prosi o pomoc. Ludzie ze strachem patrzą w przyszłość. Dla nich wojna nie zakończyła się jesienią osiemnastego. Ledwo kilka miesięcy, jak tutaj jest spokój. Tutaj, ale nadal mamy na wschodzie linię frontu.

– Tak, ta wojna trwa już całe sześć lat – przytaknął Staszek. – A w niektórych głowach wojna nie kończy się nigdy…

– I coraz więcej w okolicy dezerterów, którzy nie chcą bić się o Kijów.

– Od rana zrobimy odprawę i przydzielimy zadania – uciął dyskusję Karski, chwytając płaszcz. Za chwilę ktoś mu zarzuci, że pozwala na pacyfistyczne dyskusje w biurze. Miał zresztą dość ciągłych rozmów o wojnie. – Śmierć tej kobiety nie wygląda mi na nic pilnego. Czas do domu. Piotr, spakuj kolegę i wyprowadź, bo jeszcze będzie miał ochotę zanocować.

***

Kiedy Karski otworzył drzwi, z ciemności korytarza wystrzelił prawie dwudziestokilogramowy pocisk dziecięcej energii, wskakując mu na szyję.

– Tatuś wrócił! – piszczało dziewczątko, opuszczając nóżki w czerwonych rajstopkach i dyndając swobodnie kilkanaście centymetrów nad podłogą.

– Marysia, bo udusisz tatusia – strofowała ją bez przekonania młoda dziewczyna, wychodząc z cienia korytarza. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lata, wesołe oczy, a długi, gruby brązowy warkocz co chwilę niesfornie uderzał ją w twarz, kiedy się śmiała. Było jasne, że wspólnie przygotowywały to powitanie, czekając w ciemnościach na otwarcie drzwi. – Wystarczy już.

– Puść mnie już, nicpoto mała – roześmiał się Karski. – Panno Basiu, czy ten nieznośny berbeć zasłużył dziś na książkę?

Berbeć zsunął się na ziemię, poprawił sukienkę i wbił oczy w nianię z miną tak poważną, jakby zależało od tego jego życie.

– No nie wiem, panie Karski – zaczęła powoli dziewczyna. – Były lekkie problemy z obiadem, bo wybredna córeczka upiera się tylko przy pomidorowej. Ale zjadła wspaniale drugie danie – dodała szybko, widząc, że usteczka małej zaczęły wyginać się do dołu.

– No to, Marysiu, pożegnaj się, proszę, do jutra z panną Basią i szoruj się myć do łazienki. – Karski cmoknął córkę w policzek. – Ja się trochę poprawię i przyjdę poczytać książeczkę na dobranoc.

– Szklankę pomyłam, a butelkę schowałam do barku – mówiła Basia, zakładając palto w przedpokoju. W jej głosie można było wyczuć delikatne nutki dezaprobaty. – Jutro jak zwykle o ósmej rano? Jakby co, to zawsze można mnie zawołać, bo przecież mieszkamy w tej samej kamienicy.

Karski skinął głową i zamknął drzwi. Wszedł do pokoju i westchnął. Powoli udawało mu się wyciszyć i zapomnieć o problemach dnia. Jakby kilka prostych, codziennych rzeczy i czynności potrafiło momentalnie odgrodzić jego domowy świat od otaczającej rzeczywistości. Suche spodnie, ciepły sweter, a przede wszystkim radosny szczebiot dochodzący z łazienki, gdzie mała, chlapiąc jak zwykle na wszystkie strony, myła się lub – co bardziej prawdopodobne – uczyła się pływać. Codzienna kąpiel była czymś niezwykłym dla większości jego sąsiadów, ale Adam słuchał zaleceń żony, która wyjeżdżając, pozostawiła mu jasne wytyczne. Ada bała się wszelkich wirusów i chorób. Przypominała mu, ile ludzi umarło na grypę „hiszpankę”, która po wojnie zbierała żniwo, wykorzystując osłabienie i potężne ruchy migracyjne. A teraz ponownie starosta ogłaszał niebezpieczeństwo powrotu influenzy do województwa, zalecając specjalne środki ostrożności. Jeżeli jedna czwarta dzieci w klasie była chora, zarządzano przerwę w nauce. W urzędowym pismach informowano, jak należy zachować higienę i walczyć z groźną odmianą grypy. Ada zawsze zwracała uwagę na czystość i higieniczny tryb życia… Nie to co on.

Żona… Minęło już kilkanaście tygodni rozłąki. Kiedy on poszedł na front w czternastym, Ada zrobiła kurs pielęgniarski. Chciała chociaż w ten sposób pomóc walczącym, którzy trafiali z frontu. Kiedy w 1915 Karski przeżył piekło pod Ypres, wydawało mu się, że nic gorszego już go nie może spotkać. Rok później trafił ranny do szpitala. Miał szczęście: kula drasnęła go w podbródek, cudem ominęła szyję i utkwiła w obojczyku. Ze szpitala już nie wrócił na linię frontu, a wkrótce odesłano go do domu. Potem gdy chciał iść do powstania, nowy, polski burmistrz Gostynia odmówił mu zgody, tłumacząc, że jest rannym weteranem. Ważniejsze jednak było, że nie mógł pozwolić, żeby wysoki i, przede wszystkim, polski urzędnik sądowy, opuszczał miasto w tak ważnych chwilach. Pozostał. Ale Adrianna nie chciała stać biernie i tylko się przyglądać. Zgłosiła się jako sanitariuszka. Kiedy powstanie się skończyło, a paliła się granica na Kresach, zmobilizowano ją do walk na wschodzie. Początkowo listy przychodziły często, ale nagle urwały się po zdobyciu Dyneburga. Od połowy stycznia nie dostał żadnego listu ani żadnej informacji na temat żony. Do tego dochodziły doniesienia prasowe o dzikim okrucieństwie bolszewików, o formowaniu się pod Beryzyną olbrzymiej, siedmiusettysięcznej armii sowieckiej, o zwycięstwach polskich okupionych jednak ogromnymi stratami. Leżący na stole „Kurier Poznański” informował na pierwszej stronie, że na froncie litewsko-białoruskim w rejonie Dzisny oddziały polskie odparły ogniem karabinów maszynowych kolejne ataki bolszewików, a grupa generała Żeligowskiego na północ od Bobrujska rozbiła pułk jazdy sowieckiej. Karski ze złością zmiótł gazetę. Nieraz rozumiał dezerterów, prostych chłopów ze wsi wielkopolskiej czy mazowieckiej, dla których Bobrujsk czy Dzisna kompletnie nic nie znaczyły. On chciał, żeby Adrianna po prostu wróciła. Cała i zdrowa. I żeby wreszcie skończyła się ta cholerna zabawa w strzelanie do drugiego człowieka.

Kiedy nalewał sobie ćwierć szklanki bimbru, zauważył, że trzęsą mu się ręce. Kiedyś pijał whisky, bourbon, koniak… Przed wojną. Teraz nikt nie był pewny, czy trunek na pewno pochodzi z destylarni wskazanej na etykietce. Karski wolał bezpieczniejszych, miejscowych dostawców, starał się, by dostarczany samogon był odpowiedni, pewnej produkcji. Usiadł w fotelu i pociągnął spory łyk. Zapiekło głęboko w gardle, widać domowa produkcja musiała mieć sporo powyżej tradycyjnych 40 procent. Poczekał, aż płyn rozgrzewająco rozleje się w brzuchu, i powoli popił łyk gorącej herbaty. Napięcie wyraźnie zelżało, jakby ktoś rozsznurował więzy, które go ograniczały. Poczuł, że ciało stało się trochę lżejsze i ruchy mniej nerwowe. Odchylił głowę, opierając o zagłówek fotela, i zamknął na chwilę oczy.

Pluski w łazience zmniejszyły natężenie, co oznaczało, że Marysia mogła przestać stanowić zagrożenie powodziowe dla mieszkających poniżej sąsiadów i szykowała się do opuszczenia łazienki. Karski sięgnął po przygotowaną do czytania książeczkę: Bajeczną opowieść o królewiczu La-Fi-Czaniu, o żołnierzu Soju i o dziewczynce Kio Kazimiery Iłłakowiczówny. Na widok okładki zaprojektowanej przez Witkacego uśmiechnął się. Tak powinno być. Dziecko styka się z prawdziwą sztuką już od pierwszych lat życia.

Mała w kilku susach pokonała odległość z łazienki do fotela. Ostatni stanowił wielki wyskok, który pomógł jej w dwie sekundy usadowić się w wygodnej pozycji na kolanach taty. Wilgotne kędziorki, bo oczywiście dokładne wycieranie to strata czasu, pacnęły Karskiego w twarz, wielkie, szare oczka wlepiły się wyczekująco, a berbeć stanowczo i poważnie przemówił:

– Czitaj!

Tłumiąc śmiech, Adam zagłębił się w kolejną część przygód królewicza, który nie umiał się śmiać, przez co musiał błąkać się po świecie, szukając sposobu, by wreszcie nauczyć się radości i objąć władzę w Bombonii.

Kiedy po około piętnastu minutach zakończyli przewidziany na dziś fragment, Marysia zaznaczyła stronę, od której mieli kontynuować kolejnego dnia, specjalną zakładką w postaci zerwanego latem i wysuszonego kwiatka. Adam nie miał pojęcia co to za roślina. Latem Marysią zajmowała się przede wszystkim żona, przygotowując zabawy i organizując wspólny czas. Słuchając tupotu bosych nóżek w dziecięcym pokoju, pomyślał, że nie udaje mu się zastąpić żony nawet w kilku procentach. Pełen posępnych myśli poczłapał do pokoiku Marysi.

Mała z pietyzmem odniosła książkę na półkę i klęcząc przy małym łóżeczku, zaczęła paciorek. Wspólnie poprosili Anioła Stróża i Bozinkę, żeby mamusia szybko wróciła zdrowa z wojny. Marysia wgramoliła się do łóżeczka i przykryła „kodiderką”. Zawsze bawiło go dziecięce przekręcanie wyrazów, do których Marysia podchodziła ze zdecydowanym lekceważeniem. Czasami wręcz utrudniała sobie wymowę. Odmawiała „bandziorek”, przykrywała się „kodiderką”, a w kościele nudziła ją niedzielna „wsza”.

– A co będziemy czytać, jak skończymy naszą książkę? – zatroskało się kilkanaście kilogramów czystej miłości.

– Mam dla ciebie coś ciekawego: Piotruś Pan i Wendy. Opowieść o psotnym chłopcu i małej dziewczynce. Czekam tylko aż mój kolega przyśle ją z Poznania.

– O takiej dziewczynce jak ja? – spytała Marysia i nie czekając nawet na odpowiedź, zadała kolejne pytanie: – A zabierzesz mnie jutro na przedstawienie?

– Król Lear to tragedia Williama Shakespeare’a – roześmiał się Karski – To zbyt poważna sztuka dla takiego berbecia jak ty.

– Ja jestem już duża! – wydęła śmiesznie usta i zadarła nos, udając obrażoną. – I mądra!

– Oczywiście, że jesteś już duża, mądra i śliczna. Ale na tej sztuce po prostu byś się nudziła. I przyjdzie tam dużo dorosłych, poważnych i strasznie nudnych ludzi. A przede wszystkim ten spektakl jest bardzo późno.

– A wiesz, tatusiu, że jesteś kochany? – Mała nie miała jeszcze zamiaru spać. – A tata Bartka „Konia” ciągle go wyzywa, a dziś nawet przyłożył takim wielkim kijem…

– „Konia”? Który to?

– On się nazywa Kończak, więc dzieci na podwórku mówią na niego Konik.

– A, syn Macieja Kończaka, pracownika kolei – przypomniał sobie Karski. – Może Bartek nie słuchał ojca i go denerwował?

– Może – dziewczęca główka przechyliła się w zamyśleniu. – Ale Bartek mówił, że od czasu jak jego tata wrócił z wojny, to jest inny. Ciągle zamyka się sam w pokoju, a w nocy krzyczy przez sen, potem budzi się i nie śpi, tylko pali w kuchni takie śmierdzące papierosy. I zrobił się taki jakiś bijący.

– Agresywny – uśmiechnął się mimo woli Karski.

– Tak, że za jakiś figiel – mała mówiła z przejęciem – co jeszcze niedawno by Bartek tylko burę dostał, no może małego klapsa, to teraz od razu z rózgą. On, ten o j c i e c – podkreśliła słowo z niesmakiem – czasem potem płacze i przeprasza Bartka i jego mamę, i mówi, że to przez wojnę, ale przecież to nieprawda, bo ty też byłeś na tej wojnie i nie jesteś taki, prawda?

– Wojna była straszna, córeczko. I na każdego inaczej działała.

– A nasza mama jak wróci, będzie taka jak dawniej? – dostrzegł dziwny błysk w oczach dziecka.

– Na pewno. Śpij już – Karski pochylił się, całując córkę w czoło i kryjąc twarz, by nie zobaczyła strachu także w jego oczach.

ROZDZIAŁ 2

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROzDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12

Copyright © Oficynka & Grzegorz Skorupski 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2019

Opracowanie redakcyjne: zespół

Projekt okładki: Studio Karandasz

Zdjęcia na okładce: © Kateryna/fotolia.com,

Raisa Kanareva/fotolia.com, sherlesi/fotolia.com

ISBN 978-83-65891-41-9

www.oficynka.pl

email: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek