Desperaci. Tom 2. Marek - Małgorzata Kasprzyk - ebook
NOWOŚĆ

Desperaci. Tom 2. Marek ebook

Kasprzyk Małgorzata

0,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Po ukończeniu studiów Marek Fus odniósł pierwszy aktorski sukces – zagrał jedną z głównych ról w dużej produkcji kinowej i szykował się właśnie do zagrania kolejnej, gdy wybuchł koronawirus. Chłopak musiał zatem porzucić marzenia o karierze. Zaczął zarabiać jako dostawca w sklepie internetowym, lecz wciąż marzył o powrocie do zawodu aktora. Niestety, gdy pandemia dobiegła końca, okazało się, że popadł w zapomnienie. Bezskutecznie zgłaszał się na castingi, co powodowało u niego rosnący stres. Już zaczął rozważać porzucenie zawodu, gdy rozmowa z kuzynem nasunęła mu pewien pomysł. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę i… udawać, że jest gejem. Niestety, nie wziął pod uwagę tego, że przy okazji skomplikuje sobie życie osobiste…  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 238

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Małgorzata KasprzykCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Barbara Wiśniewska

Korekta: Aneta Krajewska

Projekt okładki: Adam Buzek

Ilustracje: AI Gemini

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie

ISBN 978-83-8464-020-3

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

ROZDZIAŁ I

Łukasz Boner i Marek Fus wynajmowali wspólnie mieszkanie na warszawskiej Pradze. Wiązało się to z finansami: żadnego z nich nie było stać na samodzielne lokum w stolicy. Obaj pochodzili z małych miast i przed kilku laty przyjechali do Warszawy, aby studiować aktorstwo na tutejszej Akademii Teatralnej. Poznali się już na pierwszym roku i szybko zostali kumplami – nie dlatego, że byli do siebie podobni, wprost przeciwnie: dlatego, że byli zupełnie różni, zarówno pod względem wyglądu, jak i charakteru. Pewny siebie Łukasz, niebieskooki szatyn, miał swobodne podejście do życia, niczym się nie martwił i zawsze patrzył w przyszłość z optymizmem. Spokojny, zamknięty w sobie Marek, ciemny blondyn o piwnych oczach, zawsze się wszystkim przejmował i miał daleko posunięte skłonności do pesymizmu. W sumie doskonale się uzupełniali, dlatego nie było między nimi konfliktów. Ilekroć Łukasz zaczynał „bujać w obłokach”, Marek swoim rozsądnym podejściem ściągał go na ziemię, a ilekroć Marek „zaliczał doła”, Łukasz go pocieszał i zarażał swoim optymizmem. Mieszkanie, które wspólnie zajmowali, odzwierciedlało ich charaktery: w pokoju Łukasza na ogół panował bałagan, a on sam nigdy nie mógł niczego znaleźć; w pokoju Marka był względny porządek, a on zawsze wiedział, gdzie co leży. Natomiast kuchnia i łazienka podlegały pewnym zmianom: kiedy Łukasz sprzątał, trudno było zauważyć różnicę między stanem obecnym a poprzednim, a kiedy Marek brał się za robotę, wyglądały niemal jak jego pokój. Na szczęście obaj podchodzili do sprawy wyrozumiale, więc nie wybuchały między nimi kłótnie, chociaż Marek uważał, że Łukasz nie przykłada się do obowiązków, a Łukasz był zdania, że Marek przesadza. Ta wzajemna tolerancja miała im się w przyszłości bardzo przydać…

Chociaż mogli uchodzić w Warszawie za „słoiki”, nie było między nimi różnic terytorialnych, gdyż obaj pochodzili z województwa mazowieckiego: Łukasz urodził się i wychował w Ostrołęce, a Marek w Radomiu. Mieli jednak zupełnie różne rodziny. Ojciec Łukasza był redaktorem naczelnym lokalnej gazety, a matka kierowniczką domu kultury. Żadne z nich nie protestowało, gdy syn postanowił zostać aktorem, przeciwnie: wspierali go i dodawali mu otuchy. Natomiast w rodzinie Marka przeważali przedstawiciele „solidnych” zawodów: nauczyciele, inżynierowie, księgowi… Ani matka, ani ojciec nie rozumieli zatem aktorskich ciągot syna, a przede wszystkim nie wierzyli w jego talent, bo niby po kim miał go odziedziczyć…? Mimo to na uczelni Marek uchodził za zdolniejszego od Łukasza i to właśnie on jako pierwszy dostał dużą rolę: zaraz po obronie dyplomu zagrał w filmie Ratownicy, który kręcono na kołobrzeskiej plaży. Przedstawiał historię trzech chłopaków, czuwających nad bezpieczeństwem turystów. Łukasz ubiegał się o rolę w tym samym filmie, lecz, niestety, przegrał casting. Po zrobieniu dyplomu udało mu się jedynie zdobyć epizodyczną rólkę w komedii romantycznej Nie zapomnij o mnie. Jednak marzenie o tym, by pewnego dnia zagrać dwie główne role w tej samej produkcji, nie opuściło żadnego z nich. Szczerze wierzyli, że kiedyś je zrealizują.

Niestety, na przeszkodzie szybkiej realizacji tego pragnienia stanęła pandemia koronawirusa. Zrezygnowano wówczas z kręcenia drugiej części Ratowników, którą zaplanowano na lato dwudziestego roku. Zawieszono też inne projekty filmowe, co sprawiło, że prawie nie odbywały się castingi. Łukasz i Marek stanęli zatem w obliczu bezrobocia, lecz postanowili się nie poddawać – żaden nawet nie pomyślał o powrocie do rodzinnego domu. Bez trudu zauważyli, że po zamknięciu galerii handlowych sklepy internetowe zaczęły przeżywać prawdziwy rozkwit, więc zatrudnili się w charakterze dostawców. Codziennie zawozili klientom zakupy, dostarczali faktury, pobierali opłaty… Najbardziej zadziwiające było to, że pomimo stykania się z ogromną liczbą ludzi, żaden nie zachorował. Przetrwali pandemię bez uszczerbku na zdrowiu i z radością powitali zniesienie obostrzeń. Na szczęście nie wiązało się ono dla nich z bezrobociem, gdyż Polacy polubili zakupy w sklepach internetowych i nadal z upodobaniem z nich korzystali. Obaj młodzi aktorzy mieli jednak większe ambicje i wciąż marzyli o powrocie na plan.

Tym razem szczęście uśmiechnęło się do Łukasza. Najpierw zagrał niewielką rolę w historycznym filmie Marysieńka, a potem dostał stały angaż do serialu Na Chmielnej. Dzięki temu mógł porzucić pracę dostawcy i wrócić do zawodu. Natomiast Marek miał problem – chociaż wciąż zgłaszał się na castingi, nie udało mu się zagrać nawet epizodu…

Początkowo nie rozumiał, z czego to wynika – przecież dzięki roli w Ratownikach zdobył popularność, miał swój fan club i sporo wielbicielek. Czyżby wszyscy o tym zapomnieli? Oczywiście nigdy nie liczył na to, że będzie mógł przebierać w propozycjach – aż taki zarozumiały nie był. Ale nie przypuszczał, że będzie tak źle!

Tymczasem reżyserzy kręcili nosem i nie chcieli go zatrudniać. Zapewne nie dowiedziałby się, o co im chodzi, gdyby nie przypadek. Pewnego dnia wpadł mu w ucho fragment rozmowy w studio: „Przecież to miernota. Co on potrafi poza bieganiem po plaży w slipach? Niech się cieszy, że dzięki temu w ogóle zdołał coś zagrać.” Wtedy zrozumiał, że ma opinię kiepskiego aktora i strasznie się zirytował.

Oczywiście film, w którym wystąpił,nie był ambitną produkcją, ale oskarżanie go na tej podstawie o brak talentu zakrawało na absurd. Przecieżbiegał po plaży w slipach, bo na tym polegała jego rola – nie miał żadnej możliwości pokazania, że potrafi coś więcej! Mógłby to jednak zrobić, gdyby dostał szansę.

Kiedy wspomniał o tych problemach swojemu agentowi, ten tylko się roześmiał.

– Stary, przyzwyczaj się, bo to może potrwać dłużej – powiedział wprost. – Wielu aktorów latami czeka na drugą szansę, a niektórzy w ogóle jej nie dostają. Popadają w zapomnienie albo są wspominani jako odtwórcy jednej roli.

Rzecz jasna te słowa nie dodały mu otuchy. W miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej poirytowany i przygnębiony. W dodatku miał wrażenie, że wielu kolegów po fachu cieszy się z jego porażek, chociaż nigdy żadnemu nie podstawił nogi ani nie zrobił świństwa. Dopiero po jakimś czasie odkrył, że musiał wzbudzić w nich zawiść: dostał dużą rolę głównie dlatego, że reżyser potrzebował wysportowanego chłopaka umiejącego świetnie pływać. Inni długo czekali na taką okazję, a jemu spadła z nieba. To był wystarczający powód, aby czuć do niego niechęć, więc kiedy zaczął mieć kłopoty, rywale nie kryli satysfakcji. Tylko Łukasz okazywał mu wsparcie i starał się pomóc. Przepytywał go przed castingami, udzielał rad…

– Ty się za bardzo spinasz – powiedział pewnego razu. – Wyluzuj trochę.

– Łatwo ci mówić – westchnął Marek.

– Ale to jedyne wyjście! Dopóki na castingach będzie widać twoje zdenerwowanie, nie dostaniesz żadnej roli. Każdy reżyser pomyśli, że będziesz tak samo spięty przed kamerą. Albo jeszcze bardziej!

Marek zdawał sobie sprawę, że przyjaciel ma rację. Kiedyś, jak jeszcze był pełen wiary w sukces, przychodził na przesłuchania mniej zdenerwowany. Z czasem rzeczywiście zaczął się „spinać” pod wpływem stresu i rosnącego przeświadczenia, że znów nie zostanie zatrudniony. Ta sztywność zaczynała być coraz bardziej widoczna i prawdopodobnie właśnie ona powodowała, że czarny scenariusz się spełniał. Zapewne wpływ na to miała też łatka miernoty…

Niestety, uświadomienie sobie tego niewiele mu pomogło. Tkwił w błędnym kole: przegrywał castingi, ponieważ przychodził na nie zdenerwowany, a to zdenerwowanie spowodowane było obawą, że przegra. Jak miał z tego wybrnąć…?

Zaczął czytać w Internecie informacje na temat sposobów walki ze stresem, wykonywał ćwiczenia oddechowe, próbował nawet uprawiać jogę… Chwilowo jednak nie dostrzegał żadnych rezultatów.

– Stary, obiecuję ci, że jak zdobędę sławę, to namówię reżysera albo producenta, żeby cię zatrudnił – powiedział Łukasz któregoś dnia.

Oczywiście to miał być żart – Łukaszowi daleko jeszcze było do takiej sławy, która pozwoliłaby na stawianie warunków reżyserom lub producentom. Ale sam fakt, że zdobył się na podobny żart, stanowił dla Marka smutne podsumowanie obecnej sytuacji: jego kolega robił karierę, a on popadał w zapomnienie. A może już popadł…?

ROZDZIAŁ II

We wrześniu spotkała Łukasza miła niespodzianka: dostał propozycję występu w reklamie. Wraz z dwoma innymi aktorami miał zaprezentować nowy szampon dla mężczyzn, który wzmacniał i ożywiał naturalny kolor włosów. Ze względu na to firma Hair Beauty zażądała, aby w spocie wystąpiło trzech aktorów: blondyn, szatyn i brunet. Łukasz ze swymi pięknymi włosami o barwie ciemnego orzecha pasował do tego zespołu doskonale. Wprawdzie miał się pojawić na ekranie tylko w dwóch pięciosekundowych ujęciach, ale liczył się sam fakt. W końcu do reklam wybierano znanych aktorów, więc jego udział niejako potwierdzał zawodowy sukces. Samym produktem nie był wprawdzie zachwycony – uważał, że to zwykły szampon koloryzujący dla facetów – ale wysokością honorarium już tak. Po latach posuchy spowodowanych pandemią chciał wreszcie dobrze zarabiać i żyć na odpowiednim poziomie. Poza tym marzył, aby wreszcie kupić sobie sportowy samochód – pierwszy nowy, bo wcześniej zawsze jeździł używanymi.

Mimo iż uważał swój udział za świetną przygodę, nie polubił kolegów po fachu, którzy wspólnie z nim występowali. Obydwaj wydawali mu się wymuskanymi gogusiami – tyle czasu poświęcali na makijaż i takie mieli wymagania, że określił ich mianem zapatrzonych w siebie narcyzów. Wprawdzie sam też dbał o wygląd, ale nigdy z tym nie przesadzał, poza tym był zdania, że jego naturalna uroda mówi sama za siebie. Z pewną ulgą przyjął zatem zakończenie zdjęć oraz zainkasowanie honorarium, po czym się zdziwił, gdy usłyszał, że… w ramach podziękowania wszyscy trzej zostali zaproszeni na uroczystą kolację z przedstawicielami firmy Hair Beauty.

Wbrew pozorom była to polska firma, która powstała pod koniec lat osiemdziesiątych z udziałem tak zwanego kapitału polonijnego. Swoją nazwę zawdzięczała modnemu w owym czasie trendowi do posługiwania się angielszczyzną w nazewnictwie. Ponadto nadal pozostawała w rękach polskich właścicieli pochodzących z jednej rodziny, z tą tylko różnicą, że obecnie wiedli w niej prym przedstawiciele młodszego pokolenia. No i nadal specjalizowała się w produktach do pielęgnacji włosów. Najwyraźniej jej szefowie doszli do wniosku, że nie ma sensu konkurować z gigantami produkującymi całą gamę kosmetyków – lepiej nie podejmować niepotrzebnego ryzyka i pozostać przy tym, co zapewniło sukces.

Dla Łukasza konieczność pójścia na tę kolację stanowiła przykry obowiązek. Nie mógł się jednak wykręcić, bo takie zlekceważenie sprawy mogłoby sprawić, że zostałby pominięty przy kolejnej reklamie, która była planowana zimą w związku z wprowadzeniem na rynek kolejnego kosmetyku dla mężczyzn. Wprawdzie nikt jeszcze nie wiedział, co to będzie. Jeśli szampon do siwych włosów, to Łukasz odpadłby tak czy inaczej, ale lepiej pozostać w grze. Przecież takie honoraria za dziesięć sekund obecności na ekranie nie trafiały się codziennie!

Wierny swemu stylowi (smart casual) pojawił się w restauracji w marynarce, ale bez krawata, z nonszalancko rozpiętą pod szyją koszulą. Oczywiście się wyróżniał, bo jego wymuskani koledzy postawili na klasyczną elegancję, podobnie jak męscy przedstawicie firmy Hair Beauty, ale chyba jako jedyny facet czuł się swobodnie. Natomiast panie, które dominowały w towarzystwie, postawiły na stroje typowo kobiece, czyli sukienki. Żadna nie pomyślała o tym, aby założyć kostium będący odpowiednikiem garnituru! Łukasz dostał miejsce przy stole naprzeciw jednej z nich – dwudziestoparoletniej dziewczyny o ciemnoblond włosach, która uśmiechnęła się do niego, gdy tylko usiadł. Wtedy poczuł nagle przyspieszone bicie serca, bo sąsiadka z naprzeciwka wydała mu się podobna do Wiktorii Mizerskiej. Miała trochę jaśniejsze włosy, ale jej błękitne oczy, regularne rysy i uśmiech przypominały dziewczynę, w której swego czasu się podkochiwał.

Łukasz spotkał Wiktorię na planie historycznego filmu Marysieńka. Grała jedną z dam dworu królowej, jego zdaniem najpiękniejszą. Niestety, nie odwzajemniła zainteresowania, które jej okazywał, gdyż spotykała się z Krzysztofem Jaroszem, współwłaścicielem firmy producenckiej J&J Film Studio. Obecnie była już jego żoną, a on wciąż nie mógł o niej zapomnieć, chociaż nie przyznawał się do tego głośno…

Niestety, ogólna rozmowa, tocząca się przy stole, sprawiała, że nie mógł nawiązać z sąsiadką z naprzeciwka bardziej osobistej konwersacji. W dodatku podczas prezentacji poznał tyle osób, że nie zapamiętał jej imienia. Ale ich oczy spotykały się często nad talerzami i półmiskami, a spojrzenia dziewczyny wyraźnie sugerowały zainteresowanie. Najwyraźniej nie przepadała za przesadnie wymuskanymi narcyzami, bo na jego kolegów po fachu w ogóle nie zwracała uwagi. W pewnej chwili Łukasz poczuł na swojej nodze lekki dotyk pantofla i wtedy powiedział „przepraszam”, po czym odruchowo cofnął stopę. Sądził, że to jego nonszalancja była odpowiedzialna za to przypadkowe zetknięcie, lecz chwilę później dotyk się powtórzył, a na twarzy dziewczyny znów mignął uśmiech. Wtedy zorientował się, że ona go podrywa…

***

Niestety, po powrocie do domu Łukasz nie mógł się pochwalić kumplowi osobistym sukcesem, gdyż Marek wziął kilka dni urlopu i wyjechał do Radomia. Zrobił to w zasadzie z konieczności – jego rodzice obchodzili trzydziestą rocznicę ślubu i z tej okazji zaplanowali dużą imprezę, na której po prostu nie wypadało mu nie być. Jechał jednak niechętnie, bo wiedział, że matka wykorzysta okazję, aby podczas tego pobytu nawiązać do jego sytuacji zawodowej. Na pewno powie mu, że źle wybrał, więc musi zapomnieć o byciu aktorem i poważnie pomyśleć o przyszłości. Nie może przecież bez końca pracować jako dostawca – to było rozwiązanie na czas pandemii, a nie na zawsze. Niestety, Marek musiał przyznać, że jeśli matka tak powie, będzie miała rację. To dodatkowo wzmagało jego niechęć do tej wizyty.

Kiedy dotarł na posesję, nastrój mu się trochę poprawił. Rodzice zaplanowali bowiem imprezę w domu, toteż trafił w sam środek przygotowań. Salon był już wysprzątany, część potraw przygotowana, a alkohol zakupiony. Gdy parkował na podwórku, matka właśnie myła meble ogrodowe, a ojciec zamiatał taras. Oczywiście natychmiast zaoferował pomoc, ale rodzice zapewnili go, że już kończą.

– Rozpakuj się i odpocznij po podróży – poradzili.

Marek poszedł zatem do pokoju, w którym spędził dzieciństwo i lata dorastania, wypakował torbę podróżną, wyjął prezent dla jubilatów, po czym opadł na fotel i zamyślił się. Ten pokój wywołał falę wspomnień: to tutaj marzył o karierze aktorskiej, tutaj oglądał stare filmy na DVD, tutaj myślał o tym, jak sam zagrałby tę czy inną rolę… Chyba najbardziej uderzyło go to, że wówczas był optymistą: wierzył, że odniesie sukces! A teraz…? Jak niewiele z tego zostało! Był bezrobotnym aktorem, którego talent podawano w wątpliwość i który utrzymywał się z pracy fizycznej nie wymagającej zbyt dużych kwalifikacji. Gdyby przed laty ktoś powiedział mu, że tak skończy, toby nie uwierzył!

Na szczęście podczas obiadu nikt nie nawiązywał do jego sytuacji. Widocznie rodzice byli zbyt pochłonięci swoim jubileuszem, aby zawracać mu głowę. A może nie chcieli psuć świątecznego nastroju, który już dawało się wyczuć w domu? Tego nie wiedział, ale mimo wszystko odetchnął z ulgą. Sam zdawał sobie przecież sprawę, że jest źle, więc wolał uniknąć dyskusji, która by to potwierdziła. Z zapałem rozmawiał o zaproszonych krewnych, dowiadywał się, kto przyjedzie… Jedna wiadomość przyjemnie go zaskoczyła.

– Niestety, Dominik nie będzie mógł przyjechać. Jest na jakiejś zagranicznej konferencji – powiedział ojciec.

Nie skomentował tego i starał się ukryć radość. Dominik – o dwa lata starszy kuzyn – był wprawdzie jego kumplem z dzieciństwa, lecz poszedł w życiu zupełnie inną drogą: skończył socjologię i pozostał na uniwersytecie jako pracownik naukowy. To była właśnie taka kariera, o jakiej rodzice Marka marzyli dla niego, więc chłopak cieszył się, że uniknie spotkania z kuzynem. Widok Dominika przypominałby mu dodatkowo o własnej życiowej klęsce. Kiedy sobie to uświadomił, kolejna wiadomość przyjemnie go zaskoczyła.

– Podobno ma jakieś kłopoty z tym swoim doktoratem – powiedziała matka. – Skarżył się w domu, że jego promotor jest niezadowolony z zebranych materiałów.

– Nie, to nie tak – zaprotestował ojciec. – Te materiały nie są złe, tylko chyba jest ich za mało.

– W każdym razie nieprędko się obroni.

Ku swemu zdumieniu Marek wyczuł nutkę radości w głosie matki. Czyżby się cieszyła, że Dominik – chluba rodziny – ma problemy? To nie świadczyło o niej najlepiej… O nim zresztą też nie, skoro sam się ucieszył. Ale rodzice tego familijnego geniusza tak się przechwalali jego osiągnięciami, że stawało się to naprawdę irytujące. Kto w takiej sytuacji nie pomyślałby „niech też się trochę pomartwią”? W końcu to niesprawiedliwe, że jednym się wiedzie, a innym nie.

Kiedy kończyli obiad, zaczęło padać. Rodzice ucieszyli się, że zdążyli sprzątnąć taras przed deszczem i postanowili trochę odpocząć.Marek zdecydował się pójść w ich ślady. Ulewa rzeczywiście nie zachęcała do spacerów, poza tym krewnych i tak miał spotkać na rodzinnej imprezie, więc nie było sensu składać im wizyt. Uznał, że lepiej będzie obejrzeć jakiś film na poprawę nastroju.

Po namyśle wybrał Tootsie – historię, która kiedyś bardzo mu się podobała. Nie pamiętał jednak szczegółów i dopiero kiedy zaczął oglądać, dostrzegł podobieństwa między sytuacją głównego bohatera a swoją własną. Tamten też był aktorem i też nie mógł znaleźć pracy, więc postanowił przebrać się za kobietę i ubiegać o rolę damską. Wtedy mu się poszczęściło.

Ta historia tak przemówiła do Marka, że jeszcze po zakończeniu oglądania słyszał słowa wypowiadane przez Dustina Hoffmana: „Nie wierzę w piekło. Wierzę w bezrobocie”. Były do bólu prawdziwe – kto jak kto, ale on o tym wiedział! Naprawdę szczerze żałował, że nie może pójść w ślady granego przez niego bohatera i oszukać wszystkich. Niestety, w przeciwieństwie do niewysokiego, drobnego Hoffmana, był zbyt postawny i dobrze zbudowany, aby móc uchodzić za kobietę, a inne oszustwo nie przychodziło mu do głowy. Jeszcze nie…

ROZDZIAŁ III

Rodzinna impreza udała się znakomicie: wszyscy jedli, pili, wspominali dawne czasy… Dzięki temu Markowi udało się na chwilę zapomnieć o zawodowych kłopotach. Co więcej, pogrążeni we wspomnieniach krewni, nawiązali w rozmowie do siostry jego ojca, która przed laty wyjechała do Australii, a potem… słuch o niej zaginął. Podobno wyszła tam za mąż za maklera giełdowego, przez co woda sodowa uderzyła jej do głowy: poczuła się lepsza od swoich ubogich krewnych z Polski, więc ani ich nie odwiedzała, ani nie zapraszała do siebie. W rezultacie nikt nie wiedział, co się z nią dzieje.

Marek nie brał udział w tej rozmowie, gdyż ledwie pamiętał ciotkę sprzed wyjazdu. Kojarzyła mu się jedynie z pięknym wozem strażackim, który dostał od niej na swoje trzecie urodziny, i ze słowami matki:

– Podziękuj cioci Ani!

Właśnie się zastanawiał, czy ten wóz nie leży jeszcze przypadkiem na strychu, ponieważ nigdy nie zdobył się na to, aby go wyrzucić. Może jednak matka pozbyła się jego zabawek podczas robienia porządków? W końcu już od lat się nimi nie interesował… Postanowił zapytać ją o to po zakończeniu imprezy. Tymczasem słuchał złośliwych komentarzy innych ciotek.

– To zdumiewające, że Antek nawet nie wie, czy ma jakichś siostrzeńców…

– Bo jej dzieci pewnie uważają się za rodowitych Australijczyków…

– Jeśli się tam urodziły, to są rodowitymi Australijczykami – wtrącił jeden z wujków.

– To nie powód, żeby czuły się kimś lepszym od nas!

– A może ona nie ma dzieci? – odezwał się nagle ojciec Marka. – Skoro nigdy nie dała nam znać o powiększeniu rodziny…

– Odbiło jej i tyle!

– Forsa się czasami ludziom na mózg rzuca!

– W sumie nie warto o niej rozmawiać. To czarna owca!

– No pewnie! Wyparła się rodziny, więc dla nas też nie powinna istnieć!

Uboczny skutek tej dyskusji był taki, że Marka nikt nie wypytywał, co u niego słychać. Oczywiście chłopak był z tego bardzo zadowolony. A kiedy wreszcie opadły emocje, wszyscy mieli już nieźle w czubach i skoncentrowali się na zakąskach. Wówczas nie pozostało mu nic innego, jak pójść za ich przykładem…

Przez cały następny dzień leczył kaca. Miało to pewien plus: dolegliwości powodowały, iż zobojętniał na wszystko. Koncentrował się głównie na tym, aby zwalczyć pulsujący ból głowy, suchość w ustach i chęć wymiotowania. Leżał zatem spokojnie, przyjmował właściwe medykamenty i cieszył się ciszą panującą w domu. Mgliście kojarzył, że jubileuszowa impreza rodziców była huczna, a gości tak pochłonęły wspomnienia dawnych czasów, że o nic go nie pytali. W pewnym momencie skojarzył, że to on miał zamiar o coś zapytać matkę, ale o co…? Tego nie był w stanie sobie przypomnieć.

Dzień później poczuł się trochę lepiej, więc zszedł na śniadanie. Rodziców zastał w kuchni – obydwoje także byli już w lepszej formie. Popijali kawę, jedli kanapki i wspominali swój jubileusz.

– Wszystko się świetnie udało – mówił ojciec. – Ludzie mieli dobre humory, nikt się z nikim nie pokłócił…

– Tylko niepotrzebnie mieszaliśmy alkohole – westchnęła matka.

– Kochanie, ale jak inaczej? Przecież najpierw był toast szampanem za nasze zdrowie, potem winko albo wódeczka, żeby każdy miał wybór, a na końcu likiery do deserów. Gdybyśmy zaserwowali mniej, wyszlibyśmy na skąpiradła.

– W zasadzie tak…

Przyjście syna przerwało te dywagacje.

– Zgadzam się z tym, że impreza była bardzo udana – powiedział Marek. – A złe samopoczucie następnego dnia należy po prostu wliczyć w koszty.

– No właśnie – podchwycił ojciec.

Chłopak usiadł przy stole, nalał sobie kawy i sięgnął po kanapkę. W tym momencie matka pacnęła się w głowę.

– Z tego wszystkiego zapomnieliśmy ci powiedzieć o ważnej sprawie!

– Tak…?

– Podobno zwalnia się etat w naszym miejskim teatrze. Jeden z aktorów odchodzi, więc będzie ogłoszony nabór na jego miejsce. Mógłbyś się zgłosić. Miałbyś zajęcie tutaj, nie musiałbyś wynajmować mieszkania w Warszawie ani pracować jako dostawca.

– Pod warunkiem, że mnie zatrudnią.

– A czemu by cię mieli nie zatrudnić? – zdziwił się ojciec. – Grałeś już w filmie, masz doświadczenie…

– Jakoś nie pomaga mi to w zdobyciu kolejnej roli.

– Bo w Warszawie jest większa konkurencja – odparła matka. – Tutaj nie będzie tylu chętnych. Tego możesz być pewny.

– Dobrze, zastanowię się nad tym.

Zadowolone spojrzenia, jakie wymienili między sobą rodzice, nieco go zaskoczyły. Wyglądało na to, że już pogodzili się z wyborem jego życiowej drogi…

Zgodnie z daną im obietnicą rozważał sprawę przez cały dzień. Rzeczywiście praca w radomskim teatrze była jakimś rozwiązaniem – pod warunkiem, że by ją dostał. Skąd jednak mógł wiedzieć, czy w krytycznej chwili znów się nie zdenerwuje i nie pokpi sprawy? A jeśli do tego dojdzie, to będzie dla niego gwóźdź do trumny – wtedy już powrót do Warszawy mu nie pomoże, bo tam wszyscy będą mówić: „Nawet w Radomiu go nie chcieli”. Należało zatem dobrze się zastanowić i rozważyć wszystkie za i przeciw. Po namyśle Marek doszedł jeszcze do wniosku, że warto się z tym przespać. Taką zasadę wyznawała niegdyś jego babcia – zapamiętał to z dzieciństwa. I rzeczywiście, kiedy obudził się następnego ranka, przyszło mu do głowy, że może warto poradzić się Łukasza. Ciekawe, co on by zrobił na jego miejscu…

Dzięki podjęciu tej decyzji wracał do Warszawy w dobrym nastroju.

Jednego mógł być pewny: Łukasz będzie z nim szczery. Wprawdzie w relacjach damsko-męskich często uciekał się do bajerowania, ale w męsko-męskich nigdy nie owijał w bawełnę. Należało zatem domniemywać, że i tym razem powie, co myśli, nawet gdyby to miało być przykre albo bolesne.

Niestety, po przyjeździe do domu czekało go rozczarowanie. Łukasz najwyraźniej szykował się do wyjścia: był już elegancko ubrany i właśnie spryskiwał się perfumami. Czyli musiało chodzić o dziewczynę…

– Masz randkę? – zapytał pro forma.

Przyjaciel skinął głową i powiedział wesoło:

– Wyobraź sobie, że dałem się poderwać.

To była zaskakująca nowina, zważywszy na to, iż Łukasz zdecydowanie wolał sam wykazywać inicjatywę. Zapewne dlatego Marek nie mógł się powstrzymać od zadania dodatkowego pytania.

– Komu?

– Dziewczynie z tej firmy, którą reklamowałem. Wiesz, Hair Beauty.

– Aha…

Jego powściągliwa reakcja nie uszła uwadze tamtego.

– Co jest? – zapytał od razu. – Rodzinna impreza się nie udała, czy starzy znów ci truli?

Marek pokręcił głową.

– Impreza się udała, a staruszkowie zasugerowali mi, żebym się starał o etat w radomskim teatrze.

Ta wiadomość zainteresowała Łukasza, więc odstawił perfumy i rzucił mu zaciekawione spojrzenie.

– Masz zamiar to zrobić?

– Sam nie wiem…

– Słuchaj, ja ci nie doradzę. I wcale nie dlatego, że się spieszę. Po prostu teatr nigdy mnie nie pociągał. Zawsze chciałem zostać aktorem filmowym.

– Trudno – westchnął Marek.

Właściwie mógł się tego spodziewać. Dlaczego dopiero teraz skojarzył, że Łukasz nigdy nie ubiegał się o żadne role teatralne? Chyba był za bardzo pochłonięty własnymi sprawami.

– Wiesz, niektórzy cenią sobie bezpośredni kontakt z widzem, oklaski publiczności, bisy… Musisz po prostu stwierdzić, jak jest w twoim przypadku, bo rozumiem, że wcześniej się nad tym nie zastanawiałeś?

– Nie.

– No i musisz zdecydować, czy chcesz znowu mieszkać w Radomiu. Jeśli o to chodzi, mogę ci powiedzieć, że ja już bym się chyba nie zdecydował na powrót do Ostrołęki. Przyzwyczaiłem się do życia w Warszawie.

– Dzięki chociaż za to!

– Nie ma sprawy!

Łukasz chwycił płaszcz i wyszedł, a on znowu został sam ze swoimi myślami. Z pewnym zdumieniem stwierdził, że akurat powrót do Radomia nie byłby dla niego wielkim problemem. Lubił swoje rodzinne miasto i czuł się dobrze w rodzinnym domu. Poza tym miał tam wielu krewnych i znajomych jeszcze z czasów szkolnych. Mógłby odnowić z nimi kontakty i znów poczuć się swojsko. O wiele większym problemem była świadomość, że praca tam wcale nie jest pewna. Kto wie, ilu aktorów się zgłosi i czy któryś znów nie zostanie uznany za lepszego od niego? Wtedy i on będzie rozczarowany, i rodzice… Poza tym to będzie świadczyło o tym, że naprawdę poniósł zawodową klęskę.

ROZDZIAŁ IV

Julita Winiarska była wnuczką założyciela firmy Hair Beauty. Chociaż pan Czesław Winiarski doczekał się w sumie pięciorga wnucząt, właśnie ją uważał za najzdolniejszą, najmądrzejszą i najbardziej pracowitą. Dziewczyna skończyła studia na wydziale chemii, a następnie podjęła pracę w dziale badawczym rodzinnej firmy. Obecnie kierowała zespołem przygotowującym receptury nowych kosmetyków do pielęgnacji włosów. Rzeczywiście pracowała od rana do wieczora, nie miała zatem zbyt wiele czasu na życie osobiste.

Jednak natura dała w końcu o sobie znać. Już od pewnego czasu Julita czuła, że czegoś jej brakuje, a satysfakcja zawodowa nie wystarcza. Marzyła o wielkim romansie, połączonym z zawrotem głowy. Chciała zobaczyć, jak to jest, kiedy zapomina się o całym świecie, oddaje łóżkowym szaleństwom i robi głupoty z miłości. Niestety, młodzi mężczyźni, których poznawała w firmie, jakoś nie inspirowali jej do uczuciowych porywów. Na ogół byli spokojni, nudni i zajęci pracą nie mniej niż ona. Dopiero tego wieczoru, gdy na służbowej kolacji zobaczyła Łukasza Bonera i zatonęła w jego cudownych niebieskich oczach, poczuła, że to jest to, na co tak długo czekała. Dlatego niedwuznacznie dała mu do zrozumienia, że jej się podoba, a kiedy po kolacji podszedł do niej i zaproponował, aby następnym razem umówili się tylko we dwoje, od razu wyraziła zgodę.

Oczywiście jeszcze tego samego wieczoru znalazła w Internecie informacje na temat faceta, który ją zainteresował. Na pewno inna dziewczyna na jej miejscu zastanowiłaby się wówczas, czy warto zawracać sobie nim głowę, bowiem artykuły donosiły głównie o jego podbojach, miłosnych aferach i rozstaniach. W jednym przeczytała nawet o jakiejś awanturze z zazdrosnym facetem, od którego Łukasz podobno oberwał… Mimo to – a może właśnie dlatego – doszła do wniosku, że on jest dla niej idealnym kandydatem. Z nim bez wątpienia przeżyje szaloną, niezapomnianą przygodę. Nie może przecież poświęcać się wyłącznie pracy – jej też się coś od życia należy!

Mimo swego ogromnego zapału na tę pierwszą kolację we dwoje ubrała się klasycznie: założyła prostą małą czarną i szpilki. Doszła do wniosku, że i tak nie przebije aktorek, z którymi Łukasz wcześniej się umawiał, a poza tym, jeśli przesadzi ze stylizacją, wyjdzie na zdesperowaną poszukiwaczkę przygód. Nie zamierzała wprawdzie zaprzeczać temu, że faktycznie chodzi jej o przygodę, ale zdesperowana nie była. Pamiętała przecież, że w reklamie Hair Beauty wystąpiło trzech aktorów i każdy z nich chętnie by się z nią umówił. Zauważyła spojrzenia, jakie dwaj pozostali rzucali w jej kierunku podczas firmowej kolacji, sama zaczęła jednak podrywać Łukasza, ponieważ uznała go za najatrakcyjniejszego. Co nie zmieniało faktu, że gdyby jej z nim nie wyszło, miała jeszcze do wyboru dwie opcje…

– Pięknie wyglądasz – powiedział, kiedy ją zobaczył.

– Dziękuję.

Julita odniosła wrażenie, że ten komplement był szczery, co mile ją zaskoczyło. Obdarzyła Łukasza promiennym uśmiechem i zagadnęła o to, czy jest zadowolony z występu w reklamie.

– Bardzo – odparł, rzucając jej kolejne zachwycone spojrzenie. – Zwłaszcza ze znajomości, jaką przy okazji zawarłem.

Te słowa zdecydowanie sugerowały, że ona też mu się podoba, postanowiła zatem pozwolić, aby przejął pałeczkę w rozmowie. Była naprawdę ciekawa, jak będzie ją bajerował. Obiektywnie rzecz biorąc, byli przecież ludźmi z dwóch różnych światów – ona spędzała czas w zaciszu firmowego laboratorium, a on brylował w blasku fleszy. To wiązało się z zupełnie innym trybem życia – jej było spokojne i nudne, a jego ekscytujące i pełne niespodzianek. Mieli też zapewne zupełnie inne zainteresowania.

Tymczasem Łukasz zdołał ją zaskoczyć, bo zapytał wprost, czy został do tej reklamy wybrany tylko ze względu na kolor włosów.

– Prawdopodobnie tak – przyznała. – Wszystkim zajmowała się wynajęta przez nas agencja, ale postawiliśmy właśnie taki wymóg.

W odpowiedzi szczerze się roześmiał.

– Tak podejrzewałem! Nikt z was nie robi wrażenia kogoś, kto ogląda seriale i zna aktorów.

– Masz na myśli członków mojej rodziny? Rzeczywiście chyba nikt z nas nie ogląda telewizji. Może tylko babcia od czasu do czasu.

– A jak się relaksujecie?

– Ja w fitness klubie, a moi kuzyni na siłowni.

– No widzisz, czyli mamy ze sobą coś wspólnego, bo ja też lubię dbać o formę!

Z tej uwagi wynikało jasno, że i on miał świadomość dzielących ich różnic. Nie wyglądało jednak na to, aby się nimi szczególnie przejmował.