Darcie pierza - Anna Dziewit-Meller - ebook + audiobook + książka

Darcie pierza ebook i audiobook

Anna Dziewit-Meller

4,5

Opis

Kobiecy głos w twoim domu. Śmiała i bezkompromisowa nowa książka Anny Dziewit-Meller.

Bezwzględnie szczere teksty Anny Dziewit-Meller, które swoją aktualnością trafiają w samo sedno. Pisarka na piedestale stawia kobiety. Zwraca uwagę na ich sprawczość, siłę, cielesność, ale i powraca do historii, w której były zbyt często pomijane pomimo istotnych osiągnięć. Pisze też o kwestiach mniej lub bardziej dotyczących nas wszystkich – tolerancji, walce o demokrację, postprawdzie, ruchach antyszczepionkowców, kulturze pracoholizmu czy konieczności nowego spojrzenia na świat, które zdeterminowała pandemia.

Anna Dziewit-Meller nie pomija również osobistych wątków – począwszy od przyglądania się swojej śląskości, wspominanie rockandrollowej przeszłości aż po (nie)miłość do Polski i uczenie się nudy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 267

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 32 min

Lektor: Magda Karel

Oceny
4,5 (52 oceny)
31
17
3
1
0
Sortuj według:
amadea2017

Dobrze spędzony czas

Cieszę się, że dzięki zebrania w tomik, mogłam poznać tyle felietonów Anny Dziewit-Meller. I że w dowolnej chwili będę mogła do nich wrócić. Zasługują na uwagę.
00
jdyjor

Nie oderwiesz się od lektury

Świetne felietony . Polecam
00
Jagjan

Nie oderwiesz się od lektury

inspirująca,głosząca do bólu przerażającą miejscami prawdę o nas samych
00

Popularność




Opie­ka re­dak­cyj­na: PIOTR TOM­ZA
Re­dak­cja: MAŁ­GO­RZA­TA TAR­NOW­SKA
Ko­rek­ta: ANNA DO­BOSZ, JO­AN­NA MIKA, ANE­TA TKA­CZYK
Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: BA­SIA FLO­RES
Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: MA­REK PAW­ŁOW­SKI
Re­dak­tor tech­nicz­ny: RO­BERT GĘ­BUŚ
© Co­py­ri­ght by Anna Dzie­wit-Mel­ler © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2022
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-08-07760-3
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40 e-mail: ksie­gar­[email protected]­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Dar­cie pie­rza

Same się pro­si­my

Co wspól­ne­go mogą mieć ze sobą po­zor­nie nie­istot­ny news o tym, że trzy­na­sto­let­niej dziew­czyn­ce imie­niem De­me­tra ka­za­no opu­ścić kla­sę, póki jej ktoś nie przy­nie­sie ubrań na zmia­nę (bo mi­ni­su­kien­ka na ra­miącz­kach wy­da­ła się dy­rek­cji ka­li­for­nij­skiej szko­ły zbyt wy­zy­wa­ją­ca), i wia­do­mo­ści o bę­dą­cych na ukoń­cze­niu pra­cach nad mapą prze­stępstw sek­su­al­nych, z któ­rej do­wie­my się, gdzie w na­szej oko­li­cy miesz­ka­ją gwał­ci­cie­le i pe­do­fi­le?

Dziew­czyn­ka na lek­cje wró­ci­ła do­pie­ro po za­ło­że­niu leg­gin­sów (spoden­ki i T-shirt, któ­re przy­wiózł za­alar­mo­wa­ny oj­ciec, też nie oka­za­ły się wy­star­cza­ją­co skrom­ne). Usły­sza­ła rów­nież, że swo­im wy­glą­dem „roz­pra­sza chłop­ców” i że to po pro­stu nie­do­pusz­czal­ne. Ko­men­tu­ją­cy tekst czy­tel­ni­cy w miaż­dżą­cej więk­szo­ści przy­zna­wa­li ra­cję dy­rek­cji pla­ców­ki, po­tę­pia­jąc przy oka­zji wszyst­kie nie­skrom­nie odzia­ne i roz­go­go­lo­ne dzie­wu­szy­ska, któ­re aż się pro­szą. A o co one się tak pro­szą?

Ko­men­da Głów­na Po­li­cji in­for­mu­je, że w 2015 roku do­szło w Pol­sce do 1233 przy­pad­ków gwał­tu, w 2014 roku – do 1329. Tyle mó­wią ofi­cjal­ne dane, wia­do­mo jed­nak z ba­dań pro­wa­dzo­nych przez or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we, że więk­szość prze­stępstw nie jest zgła­sza­na, tak­że dla­te­go, że pro­ce­du­ry są­do­we i po­li­cyj­ne nie po­ma­ga­ją ofia­rom w mó­wie­niu o gwał­cie.

Usta­wa o prze­ciw­dzia­ła­niu za­gro­że­niom wy­ni­ka­ją­cym z prze­stęp­czo­ści sek­su­al­nej, uchwa­lo­na przez par­la­ment w 2016 roku, po­zwo­li­ła na utwo­rze­nie re­je­stru za­wie­ra­ją­ce­go dane o licz­bie prze­stępstw sek­su­al­nych po­peł­nia­nych na da­nym te­re­nie. I jak­kol­wiek słusz­ne jest wszel­kie dzia­ła­nie, któ­re może spo­wo­do­wać, że za­trwa­ża­ją­ce dane o licz­bie po­peł­nia­nych w Pol­sce prze­stępstw na tle sek­su­al­nym drgną w dół, tak obie te hi­sto­rie – ka­li­for­nij­ską i pol­ską – łą­czy wspól­ny mia­now­nik, czy­li za­ło­że­nie, że cały cię­żar za­po­bie­ga­nia ewen­tu­al­nym prze­stęp­stwom po­wi­nien spo­czy­wać na bar­kach po­ten­cjal­nych ofiar. By nie pro­wo­ko­wa­ły, a tak­że by uni­ka­ły miejsc, w któ­rych mo­gło­by je spo­tkać coś złe­go. Krót­ko mó­wiąc – by się same nie pro­si­ły, bo po­tem będą pła­kać.

Re­bec­ca Sol­nit w gło­śnej książ­ce Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat, w roz­dzia­le Naj­dłuż­sza woj­na, ana­li­zu­je sta­ty­sty­ki gwał­tów, opi­su­jąc szcze­gól­nie dra­stycz­ne przy­pad­ki, ta­kie jak zbio­ro­wy gwałt w au­to­bu­sie w New Del­hi czy hi­sto­rię nie­przy­tom­nej szes­na­sto­lat­ki z Ohio mo­le­sto­wa­nej przez człon­ków dru­ży­ny spor­to­wej, któ­rzy na­gra­li i upu­blicz­ni­li ów gwałt w sie­ci. W USA prze­moc sek­su­al­na zgła­sza­na jest co sześć mi­nut, ale praw­do­po­dob­na licz­ba prze­stępstw jest znacz­nie wyż­sza, zgło­sze­nie się na po­li­cję w tej spra­wie zaś bywa trud­ne wszę­dzie, nie tyl­ko w Pol­sce.

Co trzy lata licz­ba śmier­tel­nych ofiar prze­mo­cy do­mo­wej w Sta­nach do­rów­nu­je licz­bie ofiar z 11 wrze­śnia. I nic. Na tym fron­cie nie trwa żad­na woj­na.

A prze­cież – jak za­uwa­ża Sol­nit – mo­że­my mó­wić o prze­mo­cy wo­bec ko­biet jako o glo­bal­nym zja­wi­sku, bio­rąc pod uwa­gę na­pa­ści na pla­cu Tah­rir w cza­sie arab­skiej wio­sny, ska­lę prze­mo­cy sek­su­al­nej wo­bec stu­den­tek na kam­pu­sach ame­ry­kań­skich uczel­ni, „ho­no­ro­we za­bój­stwa” na Bli­skim Wscho­dzie, gwał­ty wo­jen­ne na te­re­nie od Mali przez Rwan­dę po byłą Ju­go­sła­wię, po­rwa­nia dziew­cząt przez Boko Ha­ram, sek­su­al­ne nie­wol­nic­two w sze­re­gach ISIS, idą­ce już w ty­sią­ce za­bój­stwa w mek­sy­kań­skim Ciu­dad Ju­árez, a tak­że wy­pad­ki ta­kie jak na­paść Do­mi­ni­que’a Strauss-Kah­na na po­ko­jów­kę czy opo­wie­ści Do­nal­da Trum­pa o tym, za co lubi zła­pać ko­bie­tę. Sol­nit do­ma­ga się, by wszyst­kie te przy­pad­ki łą­czyć – na­zy­wa­jąc rzecz po imie­niu: kul­tu­ra gwał­tu ma się świet­nie i nie wi­dać, by ob­my­śla­no ja­kąś glo­bal­ną od­po­wiedź na tę ma­so­wą zbrod­nię po­peł­nia­ną tak­że te­raz, gdy czy­ta­my ten tekst.

Hi­sto­ria trzy­na­sto­let­niej De­me­try, któ­rej ka­za­no się przy­zwo­icie ubrać, by nie pro­wo­ko­wa­ła, a tak­że two­rze­nie map miejsc szcze­gól­nie nie­bez­piecz­nych, któ­rych dla wła­sne­go do­bra na­le­ży uni­kać, są do­wo­dem na to, że prze­moc wo­bec ko­biet trak­tu­je­my jako rzecz oczy­wi­stą, któ­rej my – po­ten­cjal­ne ofia­ry – mo­że­my unik­nąć wy­łącz­nie dzię­ki so­bie sa­mym.

Jak pi­sze Sol­nit: „Nie ma do­bre­go po­wo­du (jest za to wie­le złych), dla któ­re­go w col­le­ge’ach wię­cej cza­su po­świę­ca się na wy­ja­śnia­nie ko­bie­tom, co mają ro­bić, żeby prze­żyć w świe­cie peł­nym dra­pież­ni­ków, niż na prze­ko­na­nie dru­giej po­ło­wy stu­den­tów, żeby nie byli dra­pież­ni­ka­mi”[19].

Wie­le ko­biet – jak De­me­tra z Ka­li­for­nii – do­wie­dzia­ło się już, że ich za­cho­wa­nie, strój albo na­wet spo­sób, w jaki sie­dzą, idą, dra­pią się po gło­wie, wzbu­dza po­żą­da­nie, i że – cy­tu­jąc znów au­tor­kę – „sko­ro tak, to są zo­bo­wią­za­ne je za­spo­ka­jać”.

Same się o to pro­si­my. Prze­cież za­miast leźć tam, gdzie nas po­tem zgwał­co­no, mo­gły­śmy so­bie naj­pierw zaj­rzeć w re­jestr.

PAŹ­DZIER­NIK 2017

[19] R. Sol­nit, Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat, przeł. A. Dzierz­gow­ska, Kra­ków 2017.

Nie fan­dzol gu­pot

Kie­dy umrze ślon­sko god­ka?

Dłu­go nie wie­dzia­łam, kim je­stem. Miesz­ka­jąc po­mię­dzy Ślą­skiem a Za­głę­biem, god­ką a ję­zy­kiem pol­skim, kla­są ro­bot­ni­czą a in­te­li­gen­cją, czu­łam, że coś mnie gnie­cie, uwie­ra i że kie­dyś trze­ba bę­dzie to usta­lić. Usta­lić, kim je­stem.

Uro­dzi­łam się w domu rów­no po­dzie­lo­nym na pół. Mama pniok albo ina­czej echt Ślą­zacz­ka – praw­dzi­wa, z po­ko­leń za­nu­rzo­na w god­ce, w oby­cza­ju, z cho­pio­na­mi, czy­li pra­bab­ka­mi cho­dzą­cy­mi w lu­do­wych stro­jach, w czer­wo­nych ko­ra­lach na szyi, wy­glą­da­ją­cy­mi przez okna fa­mi­lo­ków, nie­mal przy­ro­śnię­ty­mi do fen­ster­bla­tów, czy­li pa­ra­pe­tów, z chle­wi­ka­mi na pla­cu, z za­gi­nio­ny­mi pod zie­mią, pra­dziad­ka­mi przy­sy­pa­ny­mi w ko­pal­niach, z tra­dy­cją po­wstań ślą­skich, ze stra­chem ślą­skich ko­biet, któ­re ob­wią­zy­wa­ły na­sto­let­nim cór­kom pier­si, gdy szła przez te zie­mie nio­są­ca po­noć wol­ność Ar­mia Czer­wo­na, z kom­plek­sa­mi, że wy­cho­dzi z tego lud­ku pro­ste­go, co to wy­da­je na świat je­dy­nie ro­bot­ni­ków.

Tata ptok, przy­jezd­ny, choć już ro­dzo­ny w Cho­rzo­wie – z ro­dzi­ców le­ka­rzy, z Pol­ski, nie ze Ślą­ska, z tra­dy­cja­mi, z wy­kształ­ce­niem, z po­zy­cją spo­łecz­ną, z pra­dziad­ka­mi po stu­diach w car­skiej Ro­sji i pra­bab­ka­mi w dro­gich su­kien­kach z pen­sji dla pa­nien w War­sza­wie. Na Ślą­sku przez przy­pa­dek – ze wzglę­du na na­kaz pra­cy dla dziad­ków w szpi­ta­lu w Cho­rzo­wie.

A jed­nak Cho­rzów z mo­je­go ojca uczy­nił Ślą­za­ka, moż­na po­wie­dzieć: echt, choć w tym domu wy­da­wać się to mo­gło nie­moż­li­we. Ślą­ski wi­rus do­padł go na po­dwór­ku ka­mie­ni­cy przy uli­cy Wol­no­ści 95, wśród giz­dów, pie­ro­nów i pod­cie­pów cho­rzow­skich, któ­rzy byli naj­lep­szy­mi to­wa­rzy­sza­mi za­baw, w pach­ną­cej ko­ło­czem kuch­ni są­siad­ki, do któ­rej przy­cho­dził po szko­le, za­nim ro­dzi­ce wró­ci­li z dy­żu­ru w szpi­ta­lu, w na­sto­let­nim bun­cie wo­bec nich, gdy za wszel­ką cenę chcesz być inny niż oni.

Gdy pew­ne­go razu, bę­dąc jesz­cze ma­łym chłop­cem, oświad­czył swo­jej mat­ce, że oże­ni się wy­łącz­nie ze Ślą­zacz­ką, ta się za­śmia­ła. Pro­sty lu­dek w ro­dzi­nie? A jed­nak sta­ło się, jak za­po­wie­dział, i sło­wo cia­łem się sta­ło, a to cia­ło było moje i sta­nę­ło na roz­dro­żu, i nie mo­gło zde­cy­do­wać, kim jest.

Bab­cia Anie­la go­da­ła do mnie, ale ro­dzi­ce i dziad­ko­wie ze stro­ny taty wy­łącz­nie mó­wi­li. Ślon­sko god­ka we­szła mi w krew, kie­dy słu­cha­łam, jak mó­wią ujki i ciot­ki, co przy­cho­dzi­li na kla­chy do bab­ci, ślą­skie sło­wa try­ska­ły wów­czas jak fon­tan­ny, brzmiąc w mo­ich uszach zu­peł­nie zwy­czaj­nie, sied­nij się na ta rycz­ka, mosz tu od ujka bom­bo­ny, chy­ba ze chcesz ko­łocz, a tu mosz, dzioł­cha, szol­ka tyju – sło­wa moje, sło­wa miłe, sło­wa nie­na­ce­cho­wa­ne w ża­den spo­sób. A jed­nak – gdy wszyst­kie one, z wła­ści­wą dzie­ciom na­iw­ną pro­sto­li­nij­no­ścią, prze­no­si­łam do domu dru­gich dziad­ków – na­gle zmie­nia­ły się w sło­wa skar­la­łe, brzyd­kie, nie­pra­wi­dło­we. W pro­sty lu­dek.

Za­ję­ło mi wie­le lat zro­zu­mie­nie, że te sło­wa, ten ję­zyk, ta kul­tu­ra, ta hi­sto­ria wresz­cie, inna od hi­sto­rii, jaką znam ze szko­ły, to moje dzie­dzic­two, któ­re nie tyl­ko ni­cze­go mnie nie po­zba­wia, jak usi­ło­wa­no mi wmó­wić przez wie­le lat szkol­nej edu­ka­cji, gdy wy­ry­wa­no z ko­rze­nia­mi ele­men­ty god­ki z na­szych do­mo­wych słow­ni­ków, ale do­da­je mi, czy­ni mnie po­dwój­ną, mó­wiąc ję­zy­kiem księ­ży – ubo­ga­ca mnie. Je­stem Po­lką i je­stem Ślą­zacz­ką, ina­czej być nie może w wy­pad­ku tej mie­sza­ni­ny ge­nów, tra­dy­cji i kul­tur. Je­stem wy­two­rem po­gra­ni­cza, sto­ją­cym na brze­gu rze­ki Bry­ni­cy, od­dzie­la­ją­cej od sie­bie moje dwie ro­dzi­ny, któ­re ja dziś łą­czę, choć­by w swo­ich książ­kach, da­jąc głos owe­mu pro­ste­mu lud­ko­wi (tego wy­ra­że­nia uży­wam, rzecz ja­sna, z bo­le­sną iro­nią).

Wal­ka, któ­rą usi­łu­ją to­czyć ci, któ­rzy mnie za­pro­si­li do Sej­mu, jest też moją wal­ką. Jak mówi ję­zy­ko­znaw­czy­ni pro­fe­sor­ka Jo­lan­ta Tam­bor, gdy była dziec­kiem i wy­łącz­nie go­da­ła, sku­tecz­nie wmó­wio­no jej, że to wstyd. Ja – po­dob­nie jak ona – w do­ro­słym ży­ciu po­sta­no­wi­łam zwró­cić się z po­wro­tem w stro­nę tego, cze­go mia­łam się wsty­dzić jako dziec­ko, bo – i tu znów się­gnę po sło­wa pani pro­fe­sor­ki – kie­dyś Śląsk, Ślą­za­ków i samą sie­bie zdra­dzi­łam.

Pro­fe­sor Zbi­gniew Ka­dłu­bek użył swe­go cza­su moc­nych słów, mó­wiąc, że mamy na Ślą­sku do czy­nie­nia z ję­zy­ko­wym apar­the­idem, po­nie­waż nie­do­pusz­cza­nie śląsz­czy­zny do kul­tu­ry wyż­szej, do aspi­ra­cji oby­wa­tel­skich, jest wy­klu­cze­niem ta­kim, ja­kim był apar­the­id w RPA. Losy tak wie­lu Ślą­za­ków mogą być na to do­wo­dem. Tak­że w mo­jej ro­dzi­nie. Kie­dy więc dziś wi­dzę, jak w pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych na ogól­no­pol­skich ka­na­łach wy­stę­pu­ją mło­dzi świet­ni lu­dzie – ku­cha­rze, tan­ce­rze – któ­rzy do wi­dzów ino go­da­ją, my­ślę, że wy­ko­na­li­śmy ogrom­ną pra­cę, by się tu zna­leźć. By prze­stać się wsty­dzić, by za­cząć się szczy­cić.

God­ka nie­wy­god­na dla Niem­ców, nie­przy­jem­na dla Po­la­ków, a jed­nak wciąż trwa, a na­wet wy­cho­dzi z ka­ta­kumb, czy ra­czej z ko­pal­nia­nych chod­ni­ków. Dziś po­trze­bu­je wspar­cia – ofi­cja­li­za­cji, na któ­rą cze­ka­my.

Do­ma­ga­my się za­tem uzna­nia jej za ję­zyk, tak by móc wspie­rać jego trwa­nie, jego roz­wój, aby cie­szyć się tym świa­do­mym za­nu­rze­niem w na­szej kul­tu­rze, któ­ra ni­cze­go Pol­ski nie po­zba­wia, a je­dy­nie ją – znów się­gnę do ję­zy­ka pry­ma­sów – ubo­ga­ca. Pol­ska po­trze­bu­je odro­bi­ny róż­no­rod­no­ści, po­trze­bu­je spoj­rze­nia szer­sze­go, otwar­te­go, bez stra­chu przed In­nym, choć­by ten Inny był tak mało inny – taki jak ja.

STY­CZEŃ 2018

Dar­cie pie­rza

Ciot­ka już przy­je­cha­ła

„Nie wiem, czy to te­mat dla «Ty­go­dni­ka», ale tak czy siak cie­ka­we, to so­bie zo­bacz” – na­pi­sał mi ko­le­ga, wy­sy­ła­jąc link do tek­stu na stro­nie BBC o pro­ble­mie za­nie­czysz­cze­nia, jaki ge­ne­ru­ją zu­ży­te pod­pa­ski i tam­po­ny, któ­rych – jak wy­ni­ka z po­da­nych in­for­ma­cji – prze­cięt­na ko­bie­ta zu­ży­wa pod­czas swych wszyst­kich ży­cio­wych men­stru­acji oko­ło dzie­się­ciu ty­się­cy sztuk. Ka­wał za­nie­czysz­cze­nia, moż­na by rzec. Zwłasz­cza że wbrew wy­obra­że­niom tam­po­ny i pod­pa­ski to nie tyl­ko bio­de­gra­do­wal­na ba­we­łen­ka, ale rów­nież tony pla­sti­ku.

Nim przej­dę jed­nak do eko­lo­gicz­nych aspek­tów ist­nie­nia ku­becz­ków men­stru­acyj­nych jako zna­ko­mi­tej od­po­wie­dzi na pro­ble­my pla­ne­ty z nad­mia­rem pla­sti­ko­wych od­pa­dów, pra­gnę się po­chy­lić nad pierw­szą czę­ścią zda­nia wy­sła­ne­go mi w mej­lu przez ko­le­gę – czy aby co­mie­sięcz­ne krwa­wie­nie men­stru­acyj­ne może wejść na łamy pra­sy? Ka­to­lic­kiej?

Pi­szę ten tekst w na­dziei, że może – al­bo­wiem dla­cze­go nie? Prze­cież mniej wię­cej po­ło­wa ludz­ko­ści do­świad­cza tego fi­zjo­lo­gicz­ne­go pro­ce­su raz na mie­siąc, przez po­kaź­ną część swe­go ży­cia, po­win­ni­śmy za­tem jako ga­tu­nek ra­czej przy­wyk­nąć do my­śli, że to nor­mal­na spra­wa. Tak jak przy­wy­kli­śmy do tego, że się cza­sem trze­ba za­ła­twić, za­tem w to­a­le­tach pu­blicz­nych dba­my o pa­pier dla każ­de­go, o my­dło na­wet, by po­tem umyć ręce, o pa­pie­ro­we ręcz­ni­ki i o dro­gie su­szar­ki, toć to pod­sta­wo­wa ludz­ka rzecz. Ale czym w ta­kim ra­zie w tej per­spek­ty­wie był­by co­mie­sięcz­ny okres? Może rze­czą ludz­ką rów­nie pod­sta­wo­wą? Może pod­pa­ski są taką samą pierw­szą po­trze­bą hi­gie­nicz­ną jak pa­pier to­a­le­to­wy? Moż­na by rzec – noś so­bie swo­je pod­pa­ski, ko­bie­to! Ow­szem, jest w tym pew­na lo­gi­ka, ale – z dru­giej stro­ny – czy no­si­my ze sobą rol­ki pa­pie­ru na wszel­ki wy­pa­dek? Pa­mię­tam, że w la­tach osiem­dzie­sią­tych no­si­li­śmy, ale to było w XX wie­ku. Okres cza­sem zja­wia się z za­sko­cze­nia – czy upo­ko­rze­nie zwią­za­ne z bra­kiem pa­pie­ru to­a­le­to­we­go prze­wyż­sza ja­koś to zwią­za­ne z bra­kiem pod­pa­ski, gdy TO się sta­nie?

Gdy za­py­ta­łam inne ko­bie­ty o ich do­świad­cze­nia zwią­za­ne z mie­siącz­ko­wa­niem, po­sy­pa­ły się róż­ne gło­sy – wśród któ­rych prze­wa­ża­ły te mó­wią­ce o bólu, dys­kom­for­cie oraz „kło­po­tli­wej i wstręt­nej do­le­gli­wo­ści, któ­rą trze­ba ja­koś prze­żyć”. Le­kar­ka z dłuż­szym sta­żem pi­sa­ła o tym, jak w trak­cie okre­su sta­ła przy sto­le ope­ra­cyj­nym, trzy­ma­jąc haki i bę­dąc na skra­ju omdle­nia, bo za każ­dym ra­zem pod­czas mie­siącz­ki tra­ci­ła mnó­stwo krwi, lecz dla ni­ko­go ni­g­dy nie sta­no­wi­ło to po­wo­du wy­star­cza­ją­ce­go do tego, by prze­su­nąć jej dy­żur na inny dzień. Mama dzie­się­cio­lat­ki pi­sa­ła, że na za­ję­ciach z wy­cho­wa­nia do ży­cia w ro­dzi­nie dzie­ci oma­wia­ły już abor­cję, ale okre­su wciąż nie, a inna z ko­lei, że w do­bie cho­ro­bli­wej wręcz ob­se­sji na punk­cie cia­ła, gdy tre­ne­rzy fit­ness są jak bo­go­wie, roz­mo­wy o czymś tak na­tu­ral­nym jak men­stru­acja na­dal prze­kra­cza­ją moż­li­wo­ści więk­szo­ści lu­dzi. Jesz­cze inna do­rzu­ci­ła, że nie mówi się o mie­siącz­ce w na­le­ży­ty spo­sób, prę­dzej się żar­tu­je i uży­wa wul­gar­nych okre­śleń. Wspo­mi­na­ła, jak jej oj­ciec – w ma­łej miej­sco­wo­ści, gdzie miesz­ka­ła – sta­no­wił dzi­wa­dło, po­nie­waż ku­po­wał pod­pa­ski dla có­rek. A inne pa­nie, zbli­ża­ją­ce się do me­no­pau­zy, wy­zna­wa­ły z ko­lei, że każ­dą po­ja­wia­ją­cą się mie­siącz­kę wi­ta­ją z ra­do­ścią, że „to jesz­cze nie te­raz”, jak­by owo mie­siącz­ko­wa­nie sta­no­wi­ło sed­no ko­bie­co­ści, bo w dzi­siej­szej kul­tu­rze ko­bie­ta po me­no­pau­zie za­czy­na być nie­wi­dzial­na. Dziew­czy­ny i ko­bie­ty pi­sa­ły o kwia­tach, któ­re do­sta­wa­ły od oj­ców w dniu pierw­szej mie­siącz­ki, i o przy­ję­ciach, ja­kie szy­ku­ją dla swo­ich có­rek z tej oka­zji wła­śnie – o wiel­kim świę­cie no­wej ko­bie­co­ści.

Po­ja­wi­ły się jed­nak rów­nież ostre gło­sy na­wo­łu­ją­ce do tego, by prze­stać czy­nić z ko­biet ofia­ry wła­snej cie­le­sno­ści, któ­re szan­ta­żu­ją oto­cze­nie swo­im na­pię­ciem przed­mie­siącz­ko­wym, spro­wa­dza­jąc się tym sa­mym do owych la­bil­nych emo­cjo­nal­nie nie­wol­nic hor­mo­nów. Skrzyn­ka mej­lo­wa pu­chła mi od wia­do­mo­ści, tak wie­le ko­biet chcia­ło po­dzie­lić się swo­im do­świad­cze­niem, o któ­rym – jak wnio­sku­ję nie tyl­ko z tych li­stów, ale i z wła­sne­go ży­cia – mó­wi­my mało i z cią­głym za­wsty­dze­niem.

Nie tak daw­no przez sieć prze­to­czy­ła się bu­rza, gdy In­sta­gram usu­nął zdję­cie umiesz­czo­ne tam przez fo­to­graf­kę i po­et­kę Rupi Kaur, któ­re zda­niem ad­mi­ni­stra­to­rów „na­ru­sza­ło stan­dar­dy spo­łecz­no­ści”. Wi­dać na nim le­żą­cą na boku ko­bie­tę, któ­ra wła­śnie do­sta­ła okres, z nie­wiel­ką pla­mą wi­docz­ną na prze­ście­ra­dle i jej spoden­kach od pi­ża­my. Dla In­sta­gra­ma krew mie­sięcz­na – po­dob­nie jak dam­skie sut­ki (w prze­ci­wień­stwie do mę­skich) – to coś, co nie mie­ści się w stan­dar­dzie. Cał­kiem sym­bo­licz­nie, moż­na rzec.

Men­stru­acja jest tak po­tęż­nym tabu, że na­wet na spo­koj­ne roz­mo­wy o niej nie ma w kul­tu­rze miej­sca. Nic więc dziw­ne­go, że eko­lo­go­wie wal­czą­cy z za­nie­czysz­cze­niem mórz i oce­anów pla­sti­kiem bez pro­ble­mu mogą po­tę­piać uży­wa­nie fo­lio­wych to­re­bek, ale nie są w sta­nie tak ła­two prze­bić się do lu­dzi z ape­lem o pro­mo­wa­nie eko­lo­gicz­nych roz­wią­zań na czas okre­su. Naj­pierw trze­ba by­ło­by przy­znać, że mie­siącz­ka to uni­wer­sal­na ludz­ka, a nie ja­kaś tam „bab­ska” spra­wa.

MAJ 2018

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki

Wy­kaz źró­deł

Fe­lie­to­ny pu­bli­ko­wa­ne w la­tach 2017–2020 na ła­mach „Ty­go­dni­ka Po­wszech­ne­go”:

W pu­łap­ce kom­pe­ten­cji

Tyl­ko nie płacz, pro­szę

Gwałt na Twit­te­rze

Te strasz­ne dziew­czyn­ki

Co się po­wta­rza?

Do­brze zna­ne pio­sen­ki

Kwo­ty

Pyp­cie

Rze­czy

Kuna

Rzym­skie wa­ka­cje

Król He­rod w Bia­ło­gar­dzie

Same się pro­si­my

Kar­na­wał

#Co­Zo­sta­nie?

Jak być le­ni­wym

Kie­dy umrze ślon­sko god­ka?

Fak­ty i akty (i mity)

Wie­dza o spo­łe­czeń­stwie

Kon­so­la­cja i cie­lę­ci­na

Ciot­ka już przy­je­cha­ła

In­du­stria jest ko­bie­tą

Pasz­te­ty do boju

Ko­mó­recz­ki

Że­gnaj, Mi­ko­łaj­ku

Ada­gio

An­ty­ma­te­ria pa­mię­ci

Mil­cze­nie owiec

Schab ze śliw­ka­mi

Wszyst­kie do­pły­wy Nilu

Mi­ska z wodą

Źle uro­dzo­ne

Mat­ka Bo­ska Szo­pie­nic­ka

Prze­wa­ga kra­jo­wa

Sta­rość jest war­ta sta­ra­nia

Co się sta­nie z na­szą kla­są

Sa­mot­ność dwu­na­sto­lat­ka

Cu­dow­ne lata

Nie przy­pi­naj­my dzie­ciom ogo­na

Wa­ka­cje z du­cha­mi

Made in Po­land

Off-pa­trio­tyzm

Seks po pol­sku

Nie­ren­tow­ne obiet­ni­ce

Mło­ty i cza­row­ni­ce

Di­sco, di­sco po­nad wszyst­ko

Tka, tkę, tki

Kto się wsty­dzi

Gorz­kie wi­no­gro­na

Adin, dwa, tri

Nie patrz tak na mnie ba­daw­czo

Sto lat

Żar­cie

Wy­star­cza­ją­co do­brze

Szkla­na po­go­da

Łó­decz­ka

Z Reja cał­kiem Po­lak

Lu­dzie z Fa­ce­bo­oka

Mo­tyw va­ni­tas

Tek­sty, któ­re uka­za­ły się po raz pierw­szy w ty­go­dni­ku „Po­li­ty­ka”, © PO­LI­TY­KA sp. z o.o. S.K.A. 2020–2021:

Dla pięk­nych pań

Prze­ciek

Su­per­sz­turm

Skok przez ko­zła

Dro­ga krzy­żo­wa

Qło­po­ty

Mat­czy­na wol­ność

Luk­sus bra­ku opi­nii

Efekt szma­ter­lo­ka

Za­trzy­mać po­top

Ko­cham cię jak Ir­lan­dię

Bied­ni Po­la­cy pa­trzą na za­sie­ki

Zona