Daleko od raju. Dom wyjątkowy, tom 3 - Katarzyna Majewska-Ziemba - ebook

Daleko od raju. Dom wyjątkowy, tom 3 ebook

Katarzyna Majewska-Ziemba

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wyjątkowi ludzie tworzą wyjątkowe miejsca

W Warszawie wciąż toczy się wojna, po obu stronach muru każdy dzień może być tym ostatnim. Michalina pracuje w szpitalu Bersohnów i musi dokonywać dramatycznych wyborów między dobrem a złem, życiem a śmiercią. Kiedy dostaje zadanie wyprowadzenia z getta dwóch dziewczynek, wie, że to jedyna szansa dla nich na wydostanie się z piekła.

Po aryjskiej stronie Dom Wyjątkowy staje się przejściowym azylem dla potrzebujących, a każdy z mieszkańców ma swoje tajemnice. Jurek i Rączka działają w konspiracji, Benedykta pomaga żydowskim dzieciom, Efrema współpracuje z opiekunkami prawosławnego sierocińca na Woli.

W mieście nasila się terror, nikt z mieszkańców nie jest pewien tego, czy dane mu będzie przeżyć kolejny dzień. Wszyscy zaczynają stawiać sobie pytania, ile jeszcze mogą poświęcić i jak wiele zaryzykować?

Coraz częściej powtarzane są pogłoski o wielkim zrywie, jedni wierzą i chcą być gotowi do walki, inni mają wiele wątpliwości. Zakonnice postanawiają zrobić wszystko, żeby ocalić dzieci, łudzą się, że wystarczy zamknąć drzwi klasztoru.

Warszawiacy wierzą, że lada chwila nadejdzie upragniona wolność. Wybucha Powstanie Warszawskie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 378

Data ważności licencji: 8/17/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Copyright © Katarzyna Majewska-Ziemba

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Magdalena Kawka

 

Korekta

Paulina Kawka

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Składi łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68923-45-2

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci Ilony Pasiok

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

Kolejny dzień zaczął się bardzo skromnym śniadaniem. Wojna trwała już tak długo, że nikt nie wybrzydzałi zmiatali z talerzy wszystko, co dostali. Na śniadanie Marianna przygotowała „chlebową zupę”, czyli krojone resztki suchych skibek, zalane gorącą wodą. Mleko było niedostępnei nawet cudotwórca Gałan nie potrafił go zdobyć. Zakonnice jadły w pośpiechu swoje skromne porcje, gotowe od razu ruszyć do codziennych obowiązków, a siedzący przy stoliku Rączka westchnął:

– Ech, zjadłoby się świeżą białą bułkę albo kawałek drożdżowego z kruszonką… Wodzianką to sobie człowiek tylko gul rozbuja, żadne to jedzenie.

Siedzący obok niego chłopiec zapytał cicho:

– A co to drożdżowe? To się je? – Jego głos wyrażał całkowite zdziwienie.

Maluchy nie pamiętały innego jedzenia niż to skromne, wojenne. Latem udawało się zdobyć trochę owoców albo świeże warzywa, ale zimą posiłki były bardzo monotonne.

Wszyscy pomagali siostrom, jak umieli. Mariannai Jurek dokładali do skromnego budżetu sporą część swoich zarobków, żeby jakoś przeżyć. Rączka zdawał sobie sprawę, że jego rekonwalescencja po postrzale była nie tylko niebezpieczeństwem, ale też obciążeniem dla sióstr. Zaraz jak tylko poczuł się lepiej, wrócił do pracy.

Imał się różnych zajęć, trochę handlował, trochę jeździł zrobioną przez siebie rikszą a czasem razem z Gałanem pomagali przy przeprowadzkach. Wciąż miał wyrzuty sumieniai musiał przyznać rację Jurkowi, że niepotrzebnie poszedł na tę akcję. Chciał pomścić Inezę, ale zginęła Zośka, a przecież nie tak miało być. W dodatku po wszystkim Niemcy rozstrzelali wziętych z łapanki zakładników. Dowiedział się o tym dużo późnieji gryzło go sumienie. Na szczęście przynajmniej Jurek nie miał kłopotów, nikt go o nic nie pytał, a on sam wolał nie chwalić się swoją brawurą.

Kiedy po strzelaninie przywieźli Romka do Domu Wyjątkowego, Benedykta opatrzyła mu ranęi zaraz posłała Gałana po doktora. Ten dokonał rzeczy niemożliwych, pozszywał chłopaka, jak umiał najlepiej,i miał nadzieję, że Rączka jeszcze stanie na nogi.

– Cudem z tego wyszedł żywy – mówił półgłosem, myśląc, że pacjent jest ciągle nieprzytomny. Jednak on wszystko słyszał. – Ma siostra znajomości w niebie.

– Głupi gówniarz! – wybuchnęła zakonnica. – Nieodpowiedzialny, niedojrzałyi głupi! Dziecko ma, powinien dorosnąć, a on się bawi w wymierzanie sprawiedliwości.

– Taki czas… – Doktor westchnął ciężko.

– Pan go broni? Naprawdę? Ma pan dzieci?

– Nie bronię, próbuję zrozumieć! – odpowiedział krótko.

– Doktorze, tu nie ma miejsca na wyrozumiałość. Odpowiedzialność to nie jest bieganie z bronią, odpowiedzialność to wychowanie dziecka, to bycie wzorem wszelkich cnóti zasad! On nie miał prawa tego robić, nawet nie jest żołnierzem!

Zdenerwowana Benedykta zaczęła chlipać, a Rączka to wszystko słyszał, pogrążony jeszcze w półśnie. Był wdzięczny lekarzowi, że ten zdobył chloroform, bo dzięki temu przespał zabiegi dopiero teraz zaczynał się wybudzać.

– Powinnyśmy go ukarać! Tak, żeby popamiętał. – Zakonnica była stanowcza.

– Utnijmy mu nogę, wtedy zatrzymamy go w domu. Bez nogi już w nic się nie wplącze – zaproponował medyk.

Rączka nie wiedział, czy wciąż działają jakieś lekii ma omamy, czy to może żart?

Kiedy doszedł do siebie, odruchowo sprawdził swoje kończyny, na szczęście miał obie. Chciało mu się pići nie wiadomo dlaczego przypomniał sobie teraz opowieści o Madagaskarze. Wtedy byli dziećmi, minęło tyle czasui tak wiele się zmieniło. Nie było tej, dla której mógłby wszystko wytrzymać, nawet gdyby ucięli mu nogę. Ba, dla niej pozwoliłby sobie tę nogę odrąbać, ale nie miał już żony. W dodatku nie żyła również Zosia.

– Jak się czujesz? – spytała Benedykta. Widząc, że otworzył oczy, wstała z drewnianego klęcznika. Przyniosła go do niewielkiej infirmeriii spędzała tu sporo czasu, czuwając przy rannym.

– Pić – wyszeptał.

Zwilżyła mu twarzi usta wilgotną ściereczką, ale to nie przyniosło ulgi.

– Wody – poprosił raz jeszcze.

– Po operacji nie możesz pić.

Pomyślał, że pewnie miała ochotę dodać, że dobrze mu tak, ale nie miał siły o to spytać, a zakonnica milczała.

– Przepraszam… – wyszeptał ciężko.

– Rączka… modliłam się za ciebie! – Benedykta mówiła bardzo, cicho a w jej głosie słychać było troskę. – Nawet nie wiesz, co przeżyłyśmy, kiedy cię tu przywieźli! My…

Nie zdążyła dokończyć, bo do sali weszła Konstancja z dzieckiem na rękach. Agnieszka patrzyła na niego uważnie, a potem wyciągnęła małą rączkęi zawołała:

– O!

Przyglądał się córce wzruszony, furtianka podeszła bliżej a on pogłaskał nóżkę swojego dziecka.

– O! O! – zawołała dziewczynkai zaśmiała się rozbawiona.

Dotarło do niego, jak wiele mógł stracić, oczy zaszły mu łzami, ale starał się trzymać fason. Przypomniał sobie oczy Inezy, którą widział chwilę potem, jak został postrzelony. Żona była przy nim, wyciągnęła dłońi patrzyła na niego z miłością, a on czuł wielką tęsknotę. Nie bał się nic a nic, Inka wyglądał na tak szczęśliwą, że miał ochotę podać jej rękęi pójść razem z nią, wszystko jedno dokąd.

– Ineczko, zaczekaj! – zawołał, kiedy uśmiech żony zaczął się zacieraći rozmywać.

– Nie, Romuś, wracaj! Nie mogę na ciebie zaczekać – mówiła coraz ciszej.

– Dlaczego? Pójdę z tobą!

– Agniesia cię potrzebuje, wracaj, Romuś!

Chciał jej powiedzieć, że się nie zgadza, ale rozpłynęła się jak mgła. Wtedy zobaczył nad sobą twarz Jurkai zdał sobie sprawę, że znowu będzie samotny. Na szczęście miał córkę, w duchu przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, żeby dla niej przeżyć. Jego dziecko musiało mieć ojca, przecież o to prosiła Ineza.

 

Jurek także dał się namówić na zamieszkanie w Domu Wyjątkowym. Stwierdził, że woli zasilić zakonne fundusze, niż wynajmować pokój na mieście. Tu mógł się opiekować przyjacielemi nie czuł się aż taki samotny. Stracił już nadzieję, że Michasia da się namówić na wyjście z getta. Spotykali się coraz rzadziej, bo o przepustkę było coraz trudniej. Zdawał sobie sprawę, że ich uczucie powoli umiera, zabijane przez codzienność. Kiedy się ostatnio spotkali, nawet nie mieli okazji porozmawiać, przekazał jej tylko paczuszki z jedzeniem, a ona podziękowałai zaraz wróciła do swoich małych pacjentów. Był tak rozżalony, że poskarżył się Gałanowi.

– Panie Gałan, czy to już koniec? Jak pan myśli? Chyba nie umiem się już z Michasią dogadać.

– O, chłopie, pod zły adres trafiłeś z tym miłosnym zapytaniem. W kwestii kobiet to pan Gałan się mało rozeznaje, chyba lepiej się z moją Pralinką dogadujęi do niej mi serducho rezonuje. A z kobitkami to ja zieleniak jestem, nie to, że żadnej nie było, ale wszystkie jakieś trefne… – podsumował zafrasowany. – A ta, co mi do niej jakoś bliżej, to chyba nie mnie pisana.

– Ale czemu ona tak? Robiłem, co mogłem, żeby stamtąd wyszła, ale nawet nie chciała o tym słyszeć.

– Myślę ja sobie, że my ich nie rozumiemy… tych zza muru. – Handlarz westchnął ciężko. – Ale jak tak patrzę na tych biedaków, to się zastanawiam, skąd w nich taka wola życia. I nie dziwię się nic a nic, że twoja Michasia tak się zmieniła, bo sam bym zdziadziałi skapcaniał. A ona się trzyma,i jeszcze pomaga innym, silna jest! Nie mam żadnej rady, Juruś. Czasem to pan Gałan głupi jest jak paczka gwoździ z Kercelakai żadnych rad nie udostępnia. Przeczekaj, jak jest wam pisane, toi razem będziecie, tylu przechodzi na naszą stronę, że możei ona w końcu się pojawi?

Niby miał rację, ale Jurek łapał się na tym, że tęskni coraz mniej.

Pierwsze niepokojące wiadomości przyniósł Bodzio. Kręcił się po mieściei przechwalał wszystkim w Domu, że sprzedaje gazety. A teraz, tuż przed Wielkanocą, handlował też baziamii zieleniącymi się gałązkami. Benedykta przymykała oko na ten interes, dobrze wiedząc, że siłą chłopaka nie zatrzyma. Miała tylko nadzieję, że pouczany przez niąi Jurka, nie będzie się niepotrzebnie narażał.

Bodzio wpadł na obiad, bardzo zaaferowany, z naręczem niesprzedanych gazet,i krzyknął od progu:

– Siostro, coś się dzieje za murem!

Byli przyzwyczajeni do tego, że za murem ciągle coś się działo, właściwie nigdy nie było tam spokojnie. Benedykta wolałaby, żeby chłopiec nie przerywał jej lekcjii zaczekał z wiadomościami, ale on nie mógł wytrzymaći od razu zaczął zdawać relację:

– Siostro, tam strzelają, za murem znaczy! I dym widać, to pewnie się pali! I to taki, że aż szaroi dusi – opowiadał poruszony.

Głośna rozmowa przywołała Jurka, stanął w progui słuchał zaniepokojony.

– Mów wszystko, co wiesz, Bodziu! – zachęcił, a tego chłopakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać.

– Gazety żem sprzedawał niedaleko…

– Sprzedawałem – poprawiła Benedykta odruchowo.

– No tak, mówię przecież, w końcu za gazeciarza robię. A tu nagle ktoś krzyknął, że się w getcie pali, to poszłem tam, w sumie nie wiem czemu, ale jak wszyscy toi ja. Ja wiem, że siostra mówi, żeby unikać niebezpieczeństwai bez potrzeby nie kukać na cudze nieszczęście… – tłumaczył się.

– Do rzeczy! – upomniał go Jurek.

– Tam się chyba paliło, bo dymu było dużo. I słychać było wrzaski, taki jakby płacz, krzykii strzały z maszynówy.

– A skąd wiesz, z czego strzelali? Takiś fachura? – dopytał, mając nadzieję, że chłopak zmyśla.

– Się interesuję, toi wiem, a takie ta ta ta ta, ta ta ta ta to tylko maszynówa wydaje – stwierdził ze znawstwem.

– A ludzie coś mówili?

– Mówili, że się Żydki zbuntowały. – Zawahał sięi widząc karcący wzrok Benedykty, zaraz się poprawił. – Mieszkańcy getta znaczy, podobno zaczęli walczyć. W sumie to nie wiem po co, bo przecież szkopy ich zaduszą jak pisklaki.

– Niby skąd u ciebie taka wiedza, młody?

– Bo takie są szwaby, nie odpuszczą nikomu. A przecież Żydków… to znaczy mojżeszowych, to nie lubią szczególnie! A tam, za murem…

– Pójdę tam. – Jurek przerwał chłopcu opowieść o getcie.

– Dokąd? – Zakonnicai Bodzio spytali równocześnie.

– Pod mur, spróbuję poszukać Miecia, tego pomocnika od Sławka Gałana, jak coś się dzieje, to on zawsze wie o wszystkim,i to nawet prędzej niż Dalmacja.

Bodzio już otwierał usta, żeby dopytać, co to za jedna, ale Benedykta była szybsza.

– Bodzio, do książek, a ty idź z Bogiemi uważaj na siebie. – Poklepała Jurka po ramieniui odruchowo sięgnęła po różaniec.

– Może pójdziemy razem? Jakby co, to pomogę, ma się znajomości – zadeklarował się chłopiec.

– Ani się waż! – Zakonnica złapała go za rękaw. – Mało kłopotów? Za czytanie się weź, a resztę zostaw dorosłym.

– E tam, nudy! – Nadąsał się, ale posłusznie usiadł za stołem.

– Uda mi się ją stamtąd wyprowadzić? – Jurek bardzo chciał usłyszeć od zakonnicy słowa otuchy.

– Nie wiem – powiedziała mu prawdę. Kiedy był na to czas, Michalina nie chciała słyszeć o zamieszkaniu po aryjskiej stronie. – Ale jeśli tak, to znajdziemy dobrą kryjówkę, przyprowadź ją tutaj.

Przez ostatnie miesiące przez Dom Wyjątkowy przewinęło się kilkoro żydowskich dzieci, którym udzielali schronienia, zanim Irenai Celina znalazły im docelowe miejsce.

– Bóg zapłać! – Miał ochotę pocałować rękę Benedykty, ale ta szybko ją cofnęła. W tej kwestii nic się nie zmieniło, dalej tego nie lubiła.

 

Pod mur getta Jurek poszedł z duszą na ramieniu, cały czas intensywnie rozmyślał o Michalinie. Miał nadzieję, że już wszystko się uspokoiłoi nie dzieje się tam nic niepokojącego, jednak im był bliżej, tym wyraźniej słyszał to, o czym mówił mu Bodzio. Rzeczywiście coś było inaczej niż zwykle, zza muru dobiegały głośne strzałyi wrzaski, w dodatku nad gettem unosił się słup czarnego dymu.

Spojrzał na swoje ubraniei odkrył z zaskoczeniem, że gdzieś ubrudził płaszcz, całe rękawy pokrywał siwy nalot, a on nie pamiętał, gdzie mógł się tak wypaprać. Próbował strzepnąć, ale było go za dużo, podobny pył zauważył na rękawach innych. Przyjrzał się uważniei odkrył, że to popiół, ubrania przechodniów w krótkim czasie pokryły się szarą warstwą.

– Chyba ich wykończą – zauważył ktoś ponuro. – Palą ich czy co?

– Toż to ludzie byli, panie… – Jakaś kobieta się przeżegnałai wyszeptała: – Daj im Boże lekką śmierć!

– Zasłużyli! – Grubszy jegomość wytrzepał czapkę z popiołui wzruszył ramionami. – Przed wojną to za nasze żyli, dusigrosze! Wasze kamienice, nasze ulice… toi się doigrali.

– Daj pan spokój, dzieci tam giną! – Ktoś zwrócił mu uwagę płaczliwym głosem.

– Proszę mnie nie pouczać!

– Takich jak pan, to gębą w dół chowają! Sumienia pan nie masz! – Mężczyzna stojący obok Jurka zwrócił grubasowi uwagę, a ten raz jeszcze poprawił czapkęi mrucząc coś pod nosem, szybko odszedł.

Jurek doskonale wiedział, o czym mowa, chyba każdy Warszawiak zdawał sobie sprawę z tego, co grozi szmalcownikom. Za taką działalność była tylko jedna kara, czyli kulka w łeb, a po egzekucji pochówek twarzą w dół, dokładnie tak, jak powiedział nieznajomy. Czasem bywało, że duchowni się burzyli, rozstrzelanie było wystarczającą karą, ale pod wpływem sugestii dowódców podziemiai ich nieznacznej perswazji, w końcu godzili się na to.

Przyglądał się jeszcze chwilęi już miał odejść, kiedy nagle podbiegł do nich gazeciarz z wiadomościami.

– W getcie się biją! Naaajnowsze wiadomości! Bronią sięi walczą! – wykrzykiwał na całe gardło.

Posypały się pytania:

– Skąd wiesz?

– Jak to się bronią?

– Czym?

Jurek chwycił chłopca za ramięi cicho poprosił:

– Mów, co wiesz!

– Zaczęli walczyć! Mają mało broni, ale rzucają w szkopów butelkami z benzyną. Podobno wywiesili dwie flagi, nasząi ichnią.

– Ale po co? – spytał ktoś z tłumu.

– Bo to Polacy! – padła krótka odpowiedź.

– I szwabskie czołgi wjechały do środka – relacjonował dalej rozemocjonowany gazeciarz. – Takie wielkie, pierwszy raz widziałem.

– Będą strzelać z czołgów do tych biedaków? To już po nich. Wieczny odpoczynek… – Kobiecina w chuście zaczęła odmawiać modlitwę, a reszta stojących na chodniku opuściła głowy. Mężczyźni zdjęli czapkii szeptali pod nosem słowa modlitwy, a zza muru dobiegały odgłosy wystrzałów.

Postali chwilęi zauważyli na końcu ulicy niemieckie ciężarówki, wiedzieli, że to znak, najwyższa pora się rozejść.

Jurek od razu zadecydował, że musi pójść do Gałana, tylko on mógł załatwić przepustkę do getta, w dodatku dla dwóch osób, dla niegoi Michaliny. Potem z tym papierkiem wejdzie za mur, jakoś odnajdzie dziewczynęi przekona ją do przejścia na aryjską stronę.

Jednak słysząc jego pomysł, Gałan popukał się w głowę.

– Juruś, a tobie baśka wysiadła, że taki farmazon zasuwasz? Barłożysz jak potłuczony. Jakie pójść? Niby dokąd? Za mur? Widziałeś, co się dzieje.

– Muszę ją jakoś wyciągnąć. Mieciu, pomożesz? Przecież tam chodziłeś, znasz getto, no kto jak nie ty?

Pomocnik Gałana zapalił papierosai spojrzał uważnie na Jurka.

– W życiu pięknym, nie wyprawię cię na tamten świat jak mi Bóg miły, teraz to nikt tam nie wejdzie. A jak cudem wejdzie, to już tam zostanie. Jeszcze niedawno można było za odpowiednią flotę kogoś wyciągnąć, ale teraz to pewna śmierć. Człowieku, jak się wtranżolisz w środek piekła, to dziewczynie nie pomożeszi sobie zaszkodzisz.

– Co tam się stało, że tak nagle zaczęli walczyć? Skąd mają broń?

– Nie nagle, nie nagle, szykowali się od jakiegoś czasu. Kupowali giwery, wiem, bo sam pośredniczyłemi pomagałem przemycać za mur.

– Mieciu, a ten twój znajomy, Gabriel mu chyba było, może coś wie? – zainteresował się Gałan. – On chyba wyprowadził żonę z getta, pamiętam, żeś jej szukał kryjówki. To może by tak tę żonę podpytać o Michaśkę? Trza pomóc Jurusiowi, bo się nam chłopak zamartwia. Leźć to tam nie ma po co, ale wywiedzieć się trzeba, żeby nie było, żeśmy kumpla zostawili bez wsparcia.

– Ta żona się ukrywa po naszej stronie, za odpowiednią opłatą to się pokój znalazł, możemy tam pójśći wypytać. U takich jednych znajomych mieszka, tyle że odwiedzin nie lubią. Nawet jak ten jej mąż przychodził, to kręcili nosem, chociaż zawsze coś na życie zostawiał.

– Niby jak przychodził? – zaciekawił się Jurek.

– A przez mur, miał tam jakieś swoje tajemne przejścia. Podobno nawet z okna, gdzie pracował, to widział jej okno, taka to historia. Nocą się przekradał, żeby jedną chwilę z nią być, a teraz ona widzi ten dymi pewnie wie, że ten Gabryś już stamtąd nie wróci.

– Aleś chłopaka pocieszył – zauważył Gałan z przekąsem.

– A co mu będę bajerę wstawiał? Przecież ma oczy!

– Michalina już tyle przeżyła, to możei tym razem jej się uda? Pracowała w szpitalu Baumanów, może szkopy oszczędziły personel? Tam były same dzieciaki, a ona opiekowała się nimi przez cały ten czas – tłumaczył Jurek drżącym głosem.

– Zaraz, zaraz. – Miecio spojrzał uważniej. – A ty, Juruś, jesteś pewien, że to tam za medyczną robiła?

– Całkowicie pewien.

Mietek zaciągnął się papierosem, a potem rzucił go na podłogę barakui przydepnął.

– Te, bo mi budę sfajczyszi zarobku nie będzie! – zwrócił mu uwagę Gałani chlupnął przezornie na podłogę odrobinę wody ze stojącego przed nimi wazonu.

– Chabaź zwiędnie! – Mietek chwycił wazoni chciał od razu pójść po wodę, ale Jurek go zatrzymał.

– Dalmacja bywa tu coraz rzadzieji nie ma potrzeby stawiać wiązanek, to nie kościół. Mów, co wiesz!

– A bo ten szpital zlikwidowali, Juruś, nie ma go! Wiem to od Gabrysia, tyle że nie chciałem ci gadać, zresztą nie byłem pewien, gdzie ta twoja Michasia pracuje.

– Przenieśli – poprawił go odruchowo.

– Nie przenieśli, tylko całkiem zlikwidowali. Pod chajrem![1] Wiem, co gadam.

– A dzieci? – Jurek przełknął nerwowo ślinęi pomyślał, że najchętniej wypiłby resztkę wody z wazonu, który przed nim postawił Gałan.

– Dzieciom podali truciznę, nie chcieli, żeby zginęły w komorze gazowej. Był taki jeden co uciekł z Treblinkii opowiadał, że tak właśnie się to kończy. Nie ma innej drogi. – Mietek spuścił wzrok, nie chciał teraz patrzeć Jurkowi w oczy.

– Ktoś ocalał?

– Jedna Doktórkai ktoś jeszcze z personelu.

Do Jurka nagle dotarło, że osobiście zaniósł truciznę do szpitala, dostał ją od Celiny, on był tylko kurieremi nawet nie bardzo wiedział, co jest w środku. Wtedy też miał nadzieję, że Michasia opuści z nim getto, niestety nawet nie spotkał się z nią. Oddał paczkę nieznajomej lekarce, na którą natknął się w opustoszałym szpitalu.

Mietek powiedział, że podali truciznę dzieciom, ale o dziwo Jurek nie miał wyrzutów sumienia. Przez wojenne lata zdążył przywyknąć, że nie można oceniać motywów działaniai podejmowanych decyzji. Widocznie przyszła pora, użycie leków było zbytecznei trutka przydała im się bardziej.

Rozpaczliwie chwycił się jednej myśli; skoro ocalała jakaś lekarkai ktoś jeszcze, to wciąż była szansa, że tym kimś była jego Michasia.

 

 

 

[1] Daję słowo! (jid.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozmyślania Benedykty

 

Getto zaczęło walczyć. Na to się zanosiło, Sendlerowa wspominała mi kilka razy, że Żydzi się szykują, ale wtedy walka wydawała się wręcz niemożliwa. Musieliby mieć broń, ludzi, zapasy, jakiś plan… a przecież tego wszystkiego za murem brakowało.

Irena z Celiną współpracowały z jakimś Żegotąi na jego prośbę podobno dostarczały do getta lekarstwai jedzenie. Opowiadały mi o tym, kiedyś Celina szepnęła w tajemnicy, żei broń się zdarza.

– Przychodzi do mnie taka młoda dziewczynai odbiera pistolety a potem przenosi za mur. Wyobraża sobie siostra, jaka to odwaga? Nerwy musi mieć ze stali – wyznała szeptem.

– A ty skąd masz tę broń? – spytałam zaskoczona. Cała historia wydawała mi się mało prawdopodobna, ale przecież Celina nie mogła kłamać.

– Przecież nie jest moja, ktoś mi daje na przechowanie, trzymam ją w piwnicy pod ziemniakami, a potem przychodzi ta dziewczyna z gettai zabiera. Podziwiam ją! Nie boi się ani odrobinę. Kiedyś ją nawet spytałam jak to możliwe, odpowiedziała, że przecież za tyle rzeczy grozi kara śmierci, że w końcu człowiek przestaje się bać. W sumie racja.

– I tak spokojnie wkłada pistolet do kieszenii wychodzi? – Nie mogłam się nadziwić.

– Do wiadra. Ma takie wiadro z podwójnym dnem, mówiła, że jej narzeczony zrobił – tłumaczyła mi Celina. – Wkłada, co tam ma do przeniesienia, a na wierzchu układa zdechłe ryby. Zostawia je zawsze przy wejściu do piwnicy. Przy pierwszej wizycie nakrzyczałam na stróżai prosiłam, żeby regularnie wynosił śmieci. Byłam pewna, że nie dopilnował, coś się zepsułoi stąd ten zapaszek. Dopiero ona mi powiedziała, że to te ryby.

– Sprytnie to wymyśliła, żaden Niemiec nie wsadzi tam ręki.

– Już kilka razy przekazywałam jej te przesyłki, mówiła, że chodzi też w inne miejsca. Stąd wiem, że za murem mają broń, ale na pewno nie tyle, co Niemcy.

Przypomniałam sobie tę opowieść Celinki, kiedy tylko dowiedziałam się o powstaniu w getcie. Może rzeczywiście mieli jakąś szansę?

Irena Sendlerowa na którymś spotkaniu przepowiedziała proroczo, że oni się w końcu zbuntują, podniosą głowę, żeby iść na śmierć z godnością. Wtedy nikt jej nie wierzył, wszystkim nam wydawało się to zupełnie niemożliwe. Teraz zaczęłam wierzyć, że coś mogą zrobić. Może nie wywalczą wolności, ale lepsze traktowanie lub dodatkowe porcje chleba to już coś.

Pierwszy raz Żydzi ostrzelali Niemców w styczniu. Podobno wtedy szła długa kolumna mieszkańców getta na Umschlaplatz, a z okien domów ktoś nagle zaczął strzelać do pilnujących ich Niemców. Nie było wiadomo kto, przeznaczeni do wywózki ludzie skorzystali z okazjii rozpierzchli się na wszystkie strony. Zaskoczeni strażnicy za nikim nie gonili, opuścili gettoi dali mieszkańcom spokój, przynajmniej na jakiś czas. Pilnowali, owszem, ale odrobinę spuścili z tonu. Aż do teraz.

Nie wiem, co było tą ostateczną iskrą, która sprawiła, że zaczęły się walki, nie wiem, czy kiedykolwiek się tego dowiemy. Irena twierdziła, żei tak długo zwlekali…

Pamiętam, jak ich zapewniano, że zostaną przesiedleni na Ukrainęi będą mogli żyć spokojnie. Chyba nawet pani Stefa powtórzyła mi kiedyś te wiadomości z nadzieją w głosie, pewnie bardzo chciała w nie wierzyć. Dopiero potem dowiedzieli się, że to nie żadna Ukraina, tylko Treblinka, obóz śmierci. O tym także opowiedziała mi poruszona Celina.

– Oni wcale nie jadą do pracy, ich wywożą do obozów śmierci. Ktoś stamtąd uciekłi wszystkich ostrzegł, zresztą Irena potwierdziła. Tam podobno tych wywiezionych Żydów mordują, siostra myśli, że to możliwe? Chyba nie, no bo jak tak można wymordować tylu osób? Przecież się nie da.

Wtedy mnie też to wydało się niemożliwe, ale coraz więcej opowieści o obozach śmierci krążyło po mieściei nikt już nie podawał ich w wątpliwość. Kiedy wywieziono panią Stefęi Doktora razem z dziećmi, Irena od razu wróciła do tematu. My bardzo chciałyśmy wierzyć w to, że gdzieś żyją, ale brutalna prawda już była powszechnie znana. Nazwa Treblinka brzmiała złowieszczoi odbierała resztki nadziei.

Potem Jurek przyniósł wiadomości, że szpitala, w którym pracowała Michasia, też już nie ma. Przenieśli go w inne miejsce, a ona nie dała już potem żadnego znaku.

Zamartwiał się, a ja nie mogłam mu wyznać, że jesienią dostałam od niej list. Prosiła w nim dyskrecję, muszę więc uszanować jej wolęi milczeć.

 

Droga siostro.

Doszłam do kresu. Wydaje mi się, że dalej nie ma już niczego. Nie wierzę w niebo ani w piekło, jednak bliżej mi do tego drugiego. Patrząc przez okno, widzę, że w nim jestem.

Kilka dni temu musiałam podać morfinę moim podopiecznym. Dzieciom, do których wstawałam w nocy, którymi się opiekowałam… Ja, pielęgniarka, zabiłam moich pacjentów. Podałam im taką dawkę, żeby już się nie obudzili.

Niemcy podjęli decyzję o deportacji szpitala a my, razem z doktor Adiną, wyciągnęłyśmy nasze zapasy leków, przygotowane właśnie na taką okoliczność. Ja się wahałam, ale Adina kazała mi to zrobić. Podałyśmy dzieciom duże dawki. Nie wszystkim, bo aż tyle nie miałyśmy, dostały tylko te najbardziej chore. Patrzyłam, jak odchodzą bez bólu, z uśmiechem na ustachi żałowałam, że nie mamy więcej. Wtedy już żadne z nich nie musiałoby się bać.

Nam się udało, wyszłyśmy z tego cało, bo podobno mamy jeszcze trochę do zrobienia. Mam taką nadzieję, że ma to jakiś sens. Jedno wiem, ja już niczego się nie bojęi chyba na niczym mi nie zależy, czuję się tylko zmęczona.

Jak tylko zaczęły się deportacje, prawie nie ruszałam się ze szpitala. Patrzyłam przez okno, jak prowadzą znajomych, przyjaciół, moje szkolny koleżanki a potem rodzinę. Tak, Symchę też zabrali, widziałam go. Machałam mu przez okno, ale on nie mógł mnie zobaczyć. Dobrze, że mama tego nie dożyła! Gerek powiedział mi, że najpierw kilka godzin trzymali go na placu, a potem wsadzili do pociągu. Przyrzekał, że dał mu odrobinę wodyi mam nadzieję, że nie kłamał. Może ruszyło go sumienie?

Wiem, że mój brat nie pojechał na Ukrainę. Pewnie trafił tam, skąd się nie wraca… Żal mi tylko tego, że w tę ostatnią podróż ruszył sam. Nie było z nim nikogo, kto dodałby mu otuchy, potrzymałby go za rękę…

Proszę o niczym nie mówić Jurkowi. Błagam! Ani o Symku, ani o szpitalu. On będzie chciał tu przyjść, a absolutnie nie powinien. Wolę myśleć, że przynajmniej on jest bezpieczny. Tak jest lepiej, naprawdę. I proszę się za nas modlić. Przyda mi się opieka aniołów, chociaż w Boga już nie wierzę. Żyję w pieklei Boga nie ma tu na pewno. Niech siostra opiekuje się Jurkiem. Wiem, że jest dorosły, ale on tak bardzo potrzebuje uwagi, której tak niewiele ode mnie dostał.

Michasia

 

Serce mi się ściska, jak sobie o tym wszystkim myślę. Jeszcze tak niedawno to były beztroskie dzieciaki, które łowiły ryby w stawie, a teraz…

Nie powiedziałam Jurkowi ani słowa. Skoro taka była wola Michasi, to niech tak będzie. Kiedy tylko zaczyna o niej mówić, zmieniam temat. A że kłopotów u nas nie brakuje, to zawsze są inne sprawy, o których rozmawiamy. Na przykład o tym, że nasz Bodzio został gazeciarzem. Wolałabym, żeby się uczył, ale siłą go przy książkach nie utrzymam. A on ciągle gdzieś lata, przynosi z tego handlu trochę pieniędzyi dużo wiadomości z miasta. W dodatku ostatnio wraca z dłońmi uwalanymi czarną farbą.

Te ślady zobaczyłam dopiero przy obiedziei dało mi to do myślenia, ścisnęłam tę jego brudną rękęi spytałam:

– Co się stało? Chyba komina nie czyściłeś?

Zaczerwienił się, chrząkałi oglądał swoją dłoń, jakby nie była jego, w końcu odpowiedział zmieszany:

– To chyba jakaś farba, sam nie wiem… – Próbował naplući wytrzeć, ale czarnych plam nie dało się usunąć.

– Nie wiesz? To ja ci powiem. – Starałam się zachować spokój, ale chyba pierwszy raz miałam chęć uderzyć go po tych brudnych łapach. – Jeśli zatrudniłeś się w drukarnii sam drukujesz te gazety, co to nimi handlujesz, to jest to na pewno farba drukarska. Jednak zakładam, że tego nie robisz, a to znaczy, że malujesz po murach, na to się nie zgadzam! Mów mi prawdę, ale już!

Od Rączki słyszałam o tym malowaniu, zresztą sama widziałam różne szubienicei kotwice wysmarowane na fasadach kamienic. Romek zaśmiewał się z pomysłowości Warszawiaków, a ja zdawałam sobie sprawę, co za to grozii nie było mi do śmiechu.

– Jak Boga kocham… – próbował się tłumaczyć.

– Bodziu! – Przywołałam go do porządku. – Mów prawdęi nie wzywaj bożego imienia.

– No maluję! – W końcu się przyznał. – I nie przestanę.

– Prosiłam tyle razy, wojna nie jest dla dzieci! Mam cię zamknąć? Ukarać? – Czułam się bezradnai miałam do niego żal, że tego nie rozumie.

– Wojna jest dla każdego, siostro! – odpowiedział tonem dorosłego.

– Zastanów się – tłumaczyłam cierpliwie. – Czy dla jakiegoś głupiego obrazka warto ginąć?

– Dla obrazka nie warto! – dodał ugodowo. – Ale dla Polski warto!

– Dziecko, wy będziecie kiedyś ten kraj odbudowywać, kto to zrobi, jak was zabiją?

– Proszę siostry, jak tak sobie myślę, że jak wszyscy uskutecznią sprzeciw, to mamy jakąś szansę, ma to sens. A jak będziemy siedzieć przestraszeni, to nie będzie czego odbudowywać, francowate szkopy zostaną tu na zawsze. A my tylko spiknęliśmy się z gazeciarzamii malujemy obrazki, nic wielkiego. A nasza Warszawa wie, że Polska nie zginęła! – Wypiął dumnie pierśi szeroki uśmiech pojawił mu się na twarzy.

– Co takiego malujecie? Co niby ma nam dawać nadzieję?

– A rożnie, żółwie na ten przykład, żeby powoli pracować, kotwice, a czasem to napisy. Pięć razy „P” na przykład, to lubię najbardziej, bo szybko się maluje.

– A co to znaczy? Pięć razy Polska?

– Nie całkiem. To znaczy: „Polaku, polski pracowniku, pracuj powoli”. I jeszcze „tylko świnie siedzą w kinie”, bo tam same szkopskie szmiry dająi żaden porządny Polak tego nie ogląda. A jak jest napisane „jedźcie z nami do Niemiec”, to im przerabiamy „n” na „s”, że niby wie siostra, jedźcie sami do Niemiec.

– I co ja mam na to wszystko odpowiedzieć, Bodziu? – Załamałam ręce, bo nie bardzo wiedziałam, jak wytłumaczyć młodemu chłopcu, że nie powinien się narażać.

– Pozwolić mi?

– Jesteś jeszcze dzieckiem, powinnam cię chronić. – Czułam głęboki smutek, właśnie po to byłam w tym miejscu, a żadną mocą nie mogłam zagwarantować im bezpieczeństwa.

– Będę na siebie uważał, obiecuję! – Bodzio widział moją minęi próbował pocieszać. – Już raz nas taki jeden zdybał. Malowaliśmy z Kapustą kotwicę, łapy całe w farbie, czarne takie, a tu szkop wylazł zza winkla. Miał mundur, brońi widać było, że ważniak. Chciałem wiać, ale nie mogłem zostawić Kapusty, a ta oferma… znaczy Tomek, bo tak Kapuście dali na chrzcie, zamiast uciekać, to stałi patrzył, chyba cykora złapałi go wmurowało. A wtedy ten szkop spojrzał na nas ze złością, tylko krzyknął weg!i zasunął Kapuście kopniaka. Daliśmy w długą, aż się kurzyło, ale on nie strzelał. Jakiś szkopski porządny chłop, tak że widzi siostra, nie ma się co martwić. – Zaśmiał się na koniec opowieści, dumny z siebiei z kolegi.

Ale mnie nie ta historia zupełnie nie bawiła. Wręcz przeciwnie, wzmocniła moje lęki, następny szkop, który się napatoczy, może nie być taki wyrozumiały.

Jedyne, co mogłam zrobić, to poprosić, żeby nie wciągał w nic młodszych kolegów.

– A jeśli chłopcy z innej grupy też będą chcieli malować na murach? Albo zrywać flagi? Dobrze wiesz, że jesteście dla nich wzoremi we wszystkim was naśladują. – Starałam się zachować spokój.

– Dzieciaki to niech siedzą na… niech się nie szwendają! – podsumował tonem dorosłego.

Opowiedziałam o tym Gałanowi, kiedy przyszedł w odwiedziny do Marianny. Niby przyniósł nam trochę warzyw, ale przecież wiem, że to pretekst. Przy każdej wizycie spędza z nią dużo czasu, niby słucha skupiony jej opowieści, ale oczy robią mu się wtedy całkiem maślane. Nawet ja to widzę, chociaż nie jestem zbyt spostrzegawcza. Na przykład zauroczenie Romkai Inezy odkryłam, kiedy sami mi o tym powiedzieli, a tu od razu czuję, co się święci.

– Panie Gałan, da się powstrzymać dzieciaki przed zrobieniem czegoś głupiego? Jak pan myśli? – W sumie nie wiem, dlaczego go spytałam, przecież o wychowaniu dzieci nie miał pojęcia.

– Pan Gałan tak sobie myśli, że się nie da. A jak siostra im zakaże, to jeszcze bardziej będą się pchali, tak to już jest. Człowiek pamięta, jak młody byłi głupi, na szczęście czas był spokojniejszy. Chociaż nie powiem, ulotki polityczne się roznosiło. Ale tatuś Gałan, świętej pamięci, nie raz portki przetrzepałi na dupie, z przeproszeniem, kazał siedzieć.

– Jak pan gdzieś zobaczy naszych chłopców, to proszę ich odsyłać do domu. Marianna im przetrzepie portki.

– To może nie być proste – podsumował, a tyle to sama wiedziałam.

Kręci się ten Gałan koło naszej Mani, chyba coś ich do siebie ciągnie, ale ona jeszcze się nie zadeklarowała. Pytała mnie, co o tym myślę, jednak w tej kwestii wolę być ostrożna. Sama musi sobie odpowiedzieć, czy jeszcze coś czuje do Gereka, czy już nie.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej