Wydawca: HarperCollins Polska sp z o.o Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 157 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czysta przyjemność - Michelle Celmer

Terri i Nick, wieloletni przyjaciele, postanawiają sobie pomóc. Ona marzy o dziecku, on potrzebuje syna – swego spadkobiercy. Ze względów praktycznych biorą ślub, a rozwód mają wziąć dopiero po narodzinach dziecka. Nawet nie podejrzewają, że seks, choćby w celu prokreacji, sprawi im aż tyle przyjemności...

Opinie o ebooku Czysta przyjemność - Michelle Celmer

Fragment ebooka Czysta przyjemność - Michelle Celmer

Michelle Celmer

Czysta przyjemność

Tłumaczenie:

PROLOG

– Giuseppe, jako twój przyjaciel i prawnik uważam, że to zły pomysł – oznajmił Marcus Russo.

Giuseppe Caroselli siedział w wygodnym skórzanym fotelu, który żona – świeć Panie nad jej duszą – podarowała mu na osiemdziesiąte piąte urodziny. Wiedział, że Marcus ma rację. Ale cóż, był starym człowiekiem, a czas uciekał. Pewnie mógłby nic nie robić, biernie czekać, lecz wolał nie ryzykować.

– Nie ma wyjścia – rzekł stanowczym tonem. – Moja cierpliwość się skończyła.

– Nie wiem, co będzie gorsze. – Marcus podszedł do okna, z którego rozciągał się widok na jesienny park. – Jeżeli ci odmówią czy jeżeli się zgodzą.

– Nie zostawili mi wyboru. Robię to dla dobra rodziny.

Dziedzictwo Carosellich zawsze było dla Giuseppego najważniejsze. Dlatego podczas drugiej wojny światowej uciekł do Stanów, z paroma dolarami w kieszeni i wyrytym w pamięci przepisem babci na pralinki. Nie znał słowa po angielsku, ale wiedział, że nazwisko Carosellich musi przetrwać.

Harował od świtu do nocy, aż uzbierał dość pieniędzy, by w centrum Chicago otworzyć swój pierwszy zakład cukierniczy: Caroselli Chocolate. Od tej pory minęło sześćdziesiąt lat, nazwisko Carosellich stało się znane na całym świecie, lecz wszystko wskazywało na to, że nie przetrwa. Wprawdzie każdy z jego trzech synów spłodził syna, jednak żaden z wnuków nie przejawiał chęci do ożenku.

Tak więc Giuseppe postanowił przejąć sprawy w swoje ręce i złożyć wnukom propozycję nie do odrzucenia.

Rozległo się pukanie, po chwili w drzwiach pojawił się wysoki chudy lokaj, niemal tak stary jak jego pan.

– Przyszli.

Giuseppe uśmiechnął się. Punktualni jak zawsze. Byli też bardzo ambitni, dlatego miał nadzieję, że wszystko pójdzie po jego myśli.

– Dziękuję, Williamie. Poproś ich.

Parę sekund później weszli do gabinetu: najpierw czarujący charyzmatyczny Nicolas, za nim poważny skupiony Robert, na końcu najstarszy, niezawodny Antonio junior.

Pokonując ból w stawach, Giuseppe wstał.

– Dziękuję, chłopcy, że przyszliście. – Wskazał na kanapę. – Usiądźcie, proszę. Na pewno jesteście ciekawi, dlaczego was wezwałem.

– I dlaczego to spotkanie mamy zachować w tajemnicy – rzekł z zatroskaniem Nick. – Co tu robi Marcus?

– Czy coś się stało? – spytał Tony. – Jesteś chory?

– Nie, czuję się świetnie – odparł Giuseppe, dodając w myślach: jak na dziewięćdziesięciodwuletniego starca z artretyzmem. Zajął ponownie miejsce w fotelu. – Chcę z wami o czymś pomówić.

– Firma ma kłopoty? – zaniepokoił się Rob, który rodzinny biznes stawiał na pierwszym miejscu. Gdyby nie był tak zaaferowany pracą, pewnie miałby już rodzinę.

– Nie chodzi o firmę, chodzi o nazwisko. Jeśli nie ożenicie się i nie spłodzicie synów, ród Carosellich skończy się na was.

Wszyscy trzej wznieśli oczy do nieba.

– Nonno, już o tym rozmawialiśmy – odrzekł Nick. – Nie dojrzałem do założenia rodziny. Moi kuzyni też nie. Kolejny twój wykład tego nie zmieni.

– Wiem. Dlatego mam coś na zachętę.

– Co? – spytał podejrzliwym tonem Tony.

– W specjalnym funduszu umieściłem trzydzieści milionów dolarów. Dostaniecie po dziesięć, kiedy ożenicie się i urodzi się wam syn.

Wnukowie oniemieli. Pierwszy otrząsnął się Nick.

– Mówisz poważnie? Chcesz każdemu z nas dać dziesięć milionów, żebyśmy się chajtnęli?

– I spłodzili syna. Ale parę innych warunków też musi być spełnionych.

– Nie interesuje mnie aranżowane małżeństwo z jakąś miłą włoską dziewczyną – stwierdził Rob.

– Nie mam zamiaru niczego aranżować. Możecie poślubić, kogo chcecie.

– Więc gdzie tkwi haczyk?

– Po pierwsze, nikomu nie możecie o tym powiedzieć, ani rodzicom, ani rodzeństwu, ani nawet swoim wybrankom. Jeżeli któryś złamie warunki, jego udział przypadnie pozostałym dwóm.

– Po drugie…?

– Po drugie, jeśli umrę w ciągu dwóch lat, a żadnemu z was w tym czasie nie urodzi się syn, fundusz będzie rozwiązany, a pieniądze wrócą do wspólnej puli.

– Czyli zegar tyka – mruknął Nick.

– Niekoniecznie, bo mogę dożyć setki. Cieszę się znakomitym zdrowiem, ale ryzyko istnieje.

– A co z Jessicą? – spytał Nick. – Ma czwórkę dzieci…

– Kocham twoją siostrę, Nick. Kocham wszystkie moje wnuczki, ale ich potomstwo nie nosi nazwiska Caroselli, a ja bym chciał, żeby nasz ród przetrwał. Jestem to winien rodzicom, dziadkom i pradziadkom. Nie chcę jednak, żeby wasze siostry przeze mnie cierpiały, dlatego proszę was o dyskrecję.

– Mamy coś podpisać? – Tony zwrócił się do Marcusa.

– Uważam, że powinniście, ale Giuseppe się sprzeciwia.

– Nie będzie podpisów, musicie mi wierzyć na słowo.

– Oczywiście, że wierzymy, nonno. – Nick posłał kuzynom ostrzegawcze spojrzenie. – Nigdy nas nie okłamałeś.

– Wy mnie też. Dlatego wystarczy ustne porozumienie.

Tony zmarszczył czoło.

– A jeśli umrzesz? Wtedy rodzina się o wszystkim dowie.

– Nie dowie się. Pieniądze znajdują się w specjalnym funduszu, nie wchodzą w skład masy spadkowej. Tylko Marcus, jako mój prawnik i wykonawca testamentu, będzie miał do nich dostęp.

– A jeśli nie jestem gotów założyć rodziny? – spytał Rob.

Giuseppe wzruszył ramionami.

– Wtedy dziesięć milionów przechodzi ci koło nosa, a Tony z Nickiem dostają po piętnaście.

Mężczyźni popatrzyli po sobie.

– Teraz mamy dać ci odpowiedź?

– Nie, ale byłoby mi miło, gdybyście obiecali, że się nad tym poważnie zastanowicie.

Mężczyźni skinęli głową.

– Oczywiście, nonno.

Starzec odetchnął z ulgą. Miał uczucie, jakby z jego ramion zdjęto wielki ciężar. Wprawdzie chłopcy niczego mu nie przyrzekli, ale i nie odrzucili jego propozycji.

Po kilku minutach Nick, Rob i Tony wyszli.

– Ciekawe, jak zareagują – mruknął Marcus – kiedy dowiedzą się, że fundusz z trzydziestoma milionami nie istnieje.

– Będą wdzięczni, że ich zmobilizowałem. Zakochany człowiek nie myśli o pieniądzach.

– Ale ty masz te miliony. Nie kusi cię, aby ich wynagrodzić, jeśli wywiążą się z obietnicy?

– To byłoby nie fair wobec ich sióstr – oburzył się starzec. – Za kogo ty mnie masz?

Marcus pokręcił głową.

– A jeśli się mylisz? Jeśli będą źli, że ich oszukałeś?

– Nie będą – oznajmił Giuseppe. Zresztą dla dobra sprawy gotów był narazić się na gniew wnuków.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Znów się spóźnił. Terri Phillips patrzyła z mieszaniną irytacji i rozbawienia, jak jej najlepszy przyjaciel Nick Caroselli idzie do stolika, przy którym spotykali się w każdy czwartek na kolację.

Nick, przystojny, świetnie zbudowany, kruczoczarne włosy, lśniące piwne oczy i oliwkowa cera. Przykuwał uwagę, lecz chyba nie był tego świadomy.

– Przepraszam – powiedział z łobuzerskim uśmiechem. Jego wełniany płaszcz oraz czuprynę znaczyły wielkie płatki śniegu, a policzki miał zaczerwienione z zimna, czyli dwie przecznice dzielące restaurację od firmy pokonał na piechotę. – Miałem w pracy urwanie głowy.

– Nie czekam długo – odrzekła Terri. Właściwie czekała od dwudziestu minut. Zdążyła wypić dwa kieliszki szampana.

Nick cmoknął ją w policzek. Poczuła zapach drzewa sandałowego oraz słodkawą woń czekolady, którą przesiąkał, ilekroć spędzał czas w firmowej kuchni.

– Wciąż pada?

– Mamy śnieżycę. – Powiesił płaszcz na wieszaku, szalik i rękawice wsunął do rękawa. – Może wreszcie będzie biało na święta.

– Byłoby super. – Terri, która urodziła się w Nowym Meksyku, po raz pierwszy zobaczyła śnieg po przeprowadzce do Chicago. – Zamówiłam to, co zwykle.

Nick wsunął się na siedzenie, rozluźnił krawat, po czym wskazał na butelkę.

– Świętujemy?

– Owszem.

– Co? – Rozłożył na kolanach serwetkę.

– Pewnie się ucieszysz… Zerwałam z Blakiem.

Uśmiechnął się szeroko.

– Brawo.

Nie przepadał za tym facetem. Uważał, że nigdy nie będzie z Blakiem szczęśliwa. Szkoda, że uświadomienie sobie tego faktu zajęło jej cztery miesiące.

W zeszłym tygodniu Blake wspomniał mimochodem, że wkrótce wygasa umowa na jego mieszkanie i bez sensu, by ją przedłużał, skoro większość czasu spędzają razem. Próbując wyobrazić go sobie w roli męża, Terri, która od dawna marzyła o tym, by założyć rodzinę, poczuła… właściwie nic nie poczuła. I to ją wystraszyło.

Nick nalał szampana do pustego kieliszka.

– Jak zareagował?

– Powiedział, że nigdy nie znajdę kogoś takiego jak on.

– Takiego nudziarza? To chyba dobrze?

Nie da się ukryć, Blake był… nijaki. Najchętniej spędzał wieczory przed komputerem, grając w warcrafta, podczas gdy ona oglądała telewizję albo czytała. Pewnie bardziej niż jej będzie mu brakowało jej laptopa.

– Nie przesadzaj. To całkiem sympatyczny gość. Któregoś dnia spotka taką jak on fanatyczkę gier, zakocha się i odlecą razem w cyberprzestrzeń.

Kelnerka przyniosła dużą pizzę z pepperoni.

– On gdzieś tam jest – powiedział Nick. – Ten twój jedyny. Znajdziesz go.

Kiedyś Terri też tak myślała. Sądziła, że zanim skończy trzydzieści lat, będzie miała męża i dwójkę dzieci. Ale trzydziestka zbliżała się wielkimi krokami, a jej plany wciąż pozostawały w sferze marzeń. Dlatego postanowiła przystąpić do działania.

– Jeszcze jedną rzecz dziś świętujemy. Będę miała dziecko.

– Z Blakiem? – Nick wyprostował się gwałtownie.

– Chryste, nie! – Dzieciak pewnie by się urodził z joystickiem zamiast ręki.

– Kimkolwiek jest tatuś, mam nadzieję, że się z tobą ożeni.

Wzruszyła się. Często kierowała się impulsem, pochopnie podejmowała decyzje, a Nick zawsze przemawiał jej do rozsądku. Lecz tym razem było inaczej.

– Nie ma tatusia – oznajmiła, kładąc na talerzach po kawałku pizzy. – Jeszcze nie jestem w ciąży.

Nick ściągnął brwi.

– To dlaczego powiedziałaś, że…

– Bo zamierzam zajść w ciążę w ciągu najbliższego roku. Będę samotnie wychowywała dziecko.

– A… kto będzie ojcem?

– Skorzystam z dawcy nasienia.

– Nie mówisz poważnie!

Starała się nie okazać rozczarowania. Liczyła na to, że Nick ją zrozumie, że podzieli jej radość.

– Jak najpoważniej. Mam stabilną sytuację finansową, pracuję w domu, nie muszę oddawać dziecka do żłobka…

– Nie byłoby lepiej, gdybyś była w związku?

– Nie trafiłam dotąd na tego jedynego, a zawsze chciałam urodzić dziecko przed trzydziestką. Odkąd umarła moja ciotka, jestem sama jak palec.

– Masz mnie.

Uśmiechnęła się. Tak, miała jego oraz jego szaloną rodzinę, ale to nie to samo.

– Wiem, i pewnie będę cię potrzebowała bardziej niż dotychczas. Zostaniesz ukochanym wujkiem Nickiem.

Nick odsunął talerz, jakby stracił apetyt.

– Zasługujesz na lepszy los. Dawca spermy cię nie przytuli, nie pocieszy…

– Sam wiesz, że nie mam szczęścia do mężczyzn.

– A co z dzieckiem? – Głos Nicka stawał się bardziej napięty. – Czy nie powinno mieć obojga rodziców?

– Dwoje rodziców niekoniecznie oznacza szczęśliwe dzieciństwo.

Wiedział, że Terri ma rację.

– Miałam nadzieję, że mnie zrozumiesz – dodała cicho. Z jakiegoś powodu była bliska łez, a przecież prawie nigdy nie płakała, przynajmniej nie przy ludziach. Parę razy rozpłakała się przy ciotce, która zamiast ją pocieszyć, ostrym tonem kazała jej wziąć się w garść.

– Rozumiem. – Nick ścisnął jej dłoń. – Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa.

– Z dzieckiem będę.

– W porządku, to najważniejsze – odrzekł.

Wydawał się jednak rozkojarzony, nieobecny. Przyszło jej do głowy, że może nie należało mu mówić o swoich planach, z drugiej strony dlaczego miałaby to ukrywać?

– Przyjechałaś samochodem czy autobusem? – spytał, kiedy opuszczali restaurację.

– Autobusem. – Wiedząc, że pewnie do kolacji zamówi kieliszek alkoholu, zostawiła samochód pod domem. Gdyby drań, który staranował auto jej ojca, przestrzegał tych samych zasad, może nie byłaby sierotą.

– Jak pójdziesz ze mną do biura, to cię odwiozę.

– Okej.

Śnieg przestał padać, ale wiał lodowaty wiatr. Nick szedł zamyślony, prawie się nie odzywając.

Budynek mieszczący Caroselli Chocolate był zamknięty. Nick użył klucza. Większość parteru zajmował sklep firmowy, zatem nic dziwnego, że w holu unosił się zapach czekolady.

– Psiakość… – Nick zaklął pod nosem. – Zostawiłem kluczyki w gabinecie.

– Poczekać tu? – spytała Terri.

– Możesz wjechać ze mną na górę. – Uśmiechnął się szeroko. – Chyba że jesteś szpiegiem przemysłowym, który chce wykraść nasz sekretny przepis.

– Jasne. Oboje wiemy, jaka ze mnie kucharka. – Zwykle zamawiała chińszczyznę przez telefon albo podgrzewała gotowe dania w mikrofalówce.

Minęli recepcję, po czym Nick aktywował kartą windę. Tylko autoryzowany personel miał prawo poruszać się po budynku. Natomiast do kuchni doświadczalnej wstęp mieli wyłącznie członkowie rodziny oraz pracownicy ze specjalną przepustką.

Wjechali w ciszy na czwarte piętro i ruszyli do gabinetu. Po chwili Nick zapalił światło. Na widok zawalonego papierami biurka Terri uśmiechnęła się. Przeniosła spojrzenie na Nicka: coś go wyraźnie dręczy.

– Co się dzieje, Nick? Tylko nie mów, że nic.

– Myślę.

– O tym, co powiedziałam w restauracji?

– Tak, musimy porozmawiać. – Unikał jej wzroku.

Chyba nastawiał się na długą rozmowę, bo zdjął płaszcz i rzucił go na krzesło. Terri również zdjęła wierzchnie okrycie, po czym przesunęła na bok plik papierów i przysiadła na brzegu biurka.

Przez kilka sekund milczał, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał, po czym popatrzył jej w oczy.

– Naprawdę chcesz zajść w ciążę?

– Tak.

– A gdybym miał lepszy pomysł?

– Lepszy?

– Z korzyścią dla nas obojga.

– O czym mówisz?

– Wiem, kto byłby idealnym ojcem dla twojego dziecka. Kto by się nim opiekował i troszczył o jego potrzeby finansowe.

– Kto?

– Ja. – Przyjrzał się jej z powagą.

Przez moment nie była w stanie wydobyć głosu. Nick chce mieć z nią dziecko?

– Ale mówiłeś, że nie interesuje cię rodzicielstwo.

– Wierz mi, to będzie układ korzystny dla obojga.

– W jakim sensie?

– Powiem ci coś, ale zachowaj to dla siebie.

– Dobrze.

– Obiecaj.

– Obiecuję. – Przewróciła oczami.

– W zeszłym tygodniu dziadek wezwał do siebie mnie, Roba i Tony’ego. Zaoferował nam po dziesięć milionów, jeżeli spłodzimy potomka płci męskiej, dzięki któremu przetrwa nazwisko Carosellich.

– Rany boskie!

– No właśnie. Taka była moja pierwsza reakcja: staruszek zwariował. Nie byłem pewien, czy przyjąć jego propozycję, bo wcale nie chcę się ustatkować, ale kiedy wspomniałaś o swoich planach… – Wzruszył ramionami. – To świetne rozwiązanie, nie sądzisz? Miałabyś dziecko, a ja forsę.

To nawet brzmi logicznie, ale hm… ona i Nick?

– Oczywiście musielibyśmy się pobrać – dodał.

– Co? – zawołała Terri. – Chyba z tysiąc razy słyszałam, że nigdy się nie ożenisz.

– Sama wiesz, jak konserwatywne poglądy ma nonno. Dziecko z nieprawego łoża nie wchodzi w grę. Jak tylko pieniądze wpłyną na moje konto, możemy wystąpić o rozwód. Podpiszemy intercyzę.

– To wszystko wydaje się zbyt proste.

– Musimy jedynie wypaść przekonująco.

– Czyli?

– Zamieszkać razem.

– To nie najlepszy pomysł.

– Mam ogromne mieszkanie. Możesz zająć pokój gościnny, a gabinet urządzić sobie w bibliotece.

Ilość pokoi nie miała znaczenia, chodziło o coś innego. Tuż po studiach wynajmowali razem mieszkanie. Do Nicka o różnych porach dnia i nocy przychodziły dziewczyny, ale to jej nie przeszkadzało. Przeszkadzał natomiast bałagan, zlew zawalony brudnymi naczyniami. Po dwóch miesiącach wyprowadziła się. Gdyby została dzień dłużej, ich przyjaźń by nie przetrwała.

– Nick, wiesz, że cię ubóstwiam, ale już raz byliśmy współlokatorami i to nie zdało egzaminu.

– Minęło osiem lat. Jesteśmy starsi.

– Również schludniejsi? Bo zwariuję, jeśli przez dziewięć miesięcy będę musiała po tobie sprzątać.

– Trzy razy w tygodniu przychodzi pani do sprzątania. Swoją drogą ja też zwariuję, jeśli przez dziewięć miesięcy będziesz zrzędzić.

– Nie zrzędzę – obruszyła się. – No dobra, może czasami. Wtedy, jak mnie wyprowadzasz z równowagi.

– Postarajmy się więc nie być egoistami. Obiecuję, że nie będę bałaganił, jeśli ty obiecasz, że nie będziesz zrzędzić.

Gdyby to wszystko było tak proste…

– Pomyśl o dziecku – kontynuował Nick. – Większość rozwiedzionych rodziców się nienawidzi. Moi od lat drą koty. A my pozostaniemy przyjaciółmi.

– Czyli zamierzasz uczestniczyć w życiu dziecka?

– Oczywiście. Dzieciak będzie miał mnóstwo ciotek, wujków, kuzynów.

Zamyśliła się. Tak, lepszy ojciec rozwiedziony z matką niż anonimowy dawca spermy. Wiedziała, że Nick otoczy ją i dziecko opieką. Oczywiście sama też dałaby sobie radę. Miała spadek po ciotce i nieźle zarabiała, projektując strony internetowe, ale…

– Jeszcze jedno. Gdybyś skorzystała z dawcy i gdyby, odpukać, coś ci się stało… Co wtedy z dzieckiem?

Miała kilka lat, kiedy straciła rodziców. Ciotka zmarła przed paroma laty. Zresztą wolałaby, by dziecko trafiło do rodziny zastępczej niż do kogoś takiego jak jej ciotka.

– Jeśli zgodzisz się na mnie, dziecko będzie otoczone miłością.

Pomysł był szalony, ale…

– Kurczę, to nawet może się udać – powiedziała.

Nick sprawiał wrażenie podnieconego: w niedalekiej przyszłości czeka go wspaniały prezent. Był milionerem, ale skoro może zostać multimilionerem…

– Czyli zgadzasz się, czy chcesz pomyśleć? – spytał.

Chociaż często miała do siebie pretensje, że zbyt spontanicznie podejmuje decyzje, teraz wcale nie chciała nic analizować. A może bała się, że stchórzy?

– Mam jedno pytanie. O kobiety.

– O jakie kobiety?

– Będziesz ciągle jakieś przyprowadzał? A ja będę słuchała dochodzących zza ściany jęków? I rano patrzyła, jak panienka krząta się po kuchni ubrana w twoją koszulę?

– Nie żartuj. W trakcie małżeństwa z nikim nie będę się spotykać.

– Nick, mówimy o co najmniej dziewięciu miesiącach. Wytrzymasz tyle bez randkowania?

– Przez randki masz na myśli seks?

– Tak.

– A ty wytrzymasz?

Żeby mieć dziecko, gotowa była żyć cnotliwie.

– Może nie musimy rezygnować z seksu – dodał nagle.

– Mielibyśmy się zdradzać? – spytała Terri. Nie byliby prawdziwym małżeństwem, ale… Oczywiście Nick bez problemu znalazłby sobie kochankę, lecz ona? Jaki facet chciałby zaciągnąć do łóżka kobietę z brzuchem?

– Zakładam, że nastawiasz się na inseminację?

Dziwnie się czuła, omawiając z Nickiem tak intymne szczegóły, ale skoro korzystałaby z jego nasienia…

– W grę wchodzi inseminacja lub zapłodnienie in vitro. Druga metoda jest skuteczniejsza i sporo droższa. Przy obu na rezultat zwykle trzeba długo czekać.

– Moglibyśmy nic nie płacić. – Widząc wyraz zmieszania na twarzy Terri, wybuchnął śmiechem. – Nie wiesz, o czym mówię? – Poruszył znacząco brwiami.

Zaraz, chyba nie miał na myśli…

– Po co płacić lekarzowi, żeby umieścił w tobie moje plemniki, skoro możemy to zrobić w sposób tradycyjny?

Tytuł oryginału: Caroselli’s Christmas Baby

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2012

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2012 by Michelle Celmer

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2494-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.