Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Dwunastoletnia Lena postanawia na zakończenie roku szkolnego sprawić innym uczniom psikusa. Pech chce, że ofiarą żartu pada dyrektor. Rodzice Leny decydują, że musi ponieść konsekwencje i wysyłają ją na całe wakacje na wieś, do ciotki Zuzy. Dla dziewczynki spędzającej czas w Internecie, na plotkowaniu z koleżankami i graniu w gry, wiejski świat bez W-Fi to istne piekło. Tym bardziej, że ciotka oczekuje od niej pomocy, m.in. w opiece nad koniem Hectorem.
Początkowo wrogie nastawienie i bunt zmieniają się jednak z wolna w zainteresowanie, zaangażowanie, a w końcu przyjaźń. Tym bardziej, że wakacje z Hectorem pozwolą Lenie przeżyć prawdziwe przygody, nie tylko te wygenerowane przez komputer.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 151
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mąka i Pan Dyrektor
Ciotka Zuzanna
Józek, który powinien skończyć w rosole
Kupa, czyli końskie jabłka
Gunda, która chodziła bokiem
Spacer, który poszedł trochę nie tak
I co teraz?
Jak to wytłumaczyć?
No skoro lubisz sprzątać…
„Ty coś wyczułeś…”
Istne szaleństwo
Misja, na którą Hector się zgodził
Kolorowy jesienny liść
Bażant Klusek
Gdzieś ty tu wlazł?
Pod gruszą czeka niespodzianka
Okładka
Tytuł: Lena i Hector. Czy konie da się lubić?
Autor: Natasza Socha
Ilustracje: Justyna Hołubowska-Chrząszczak
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redakcja: Paulina Zaborek
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
© Copyright for the text by Natasza Socha, 2026
Copyright © by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedrukowywanie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji bez pisemnej zgody wydawcy zabronione.
Wykorzystywanie treści niniejszego utworu lub jego części do celów eksploracji tekstów i danych (TDM), w szczególności na użytek uczenia maszynowego związanego z procesem szkolenia sztucznej inteligencji, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02-230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
Lena była drobna jak patyczek do lodów i równie chuda, co przydawało się głównie wtedy, gdy trzeba było wcisnąć się między ławkę a kaloryfer, żeby podłączyć ładowarkę do telefonu. Miała jasne włosy, które żyły własnym życiem, jakby każdy kosmyk miał osobowość i nie interesowało go nic innego. Dlatego niektóre z nich sterczały, inne dziwnie się kręciły albo uciekały spod gumki, gdy Lena próbowała je związać. Na nosie dziewczynki królowały piegi, które zdawały się rozsypane jak cynamon na szarlotce, a w jej zielonych oczach tliło się coś, co można znaleźć w spojrzeniu kota – błysk, który mówił: „Zaraz coś wymyślę”.
Lena miała dwanaście lat i była w wieku, w którym człowiek wie już, że bajki nie są prawdziwe, ale i tak wciąż liczy, że może coś niezwykłego wydarzy się w jego życiu. Tylko że dziś nie miała nastroju na niezwykłość. Dziś była w nastroju na złość.
Nie, nie taką dużą, raczej codzienną, niewielką, która kipi w środku, gdy mama znowu mówi:
„Odłóż ten telefon, Lena, chcesz stracić wzrok?”
Albo gdy tata, siedząc z poważną miną nad rachunkami, pyta:
„A może byś wreszcie wyszła na świeże powietrze?”.
Jasne! Jakby na ich osiedlu było coś ciekawego poza ławkami, na których zawsze tkwiły starsze panie karmiące gołębie i plotkujące o sąsiadach.
Lena wolała świat, który mieścił się w malutkim ekranie – tam przynajmniej działo się coś naprawdę. To znaczy prawie „naprawdę”. Uwielbiała gry, w których można było budować własne miasta, tworzyć bohaterów i ratować świat przed potworami. Zbierała też komiksy – półki w jej pokoju uginały się od historii o superbohaterkach, które posiadały moce ciskania piorunami, niewidzialności albo błyskotliwych ripost. A Lena? Ona miała tylko swoje pomysły – i to takie, które najczęściej kończyły się słowami: „Dziecko, co ty znowu wymyśliłaś?!”.
Dzisiejszego ranka była właśnie w takim stanie ducha: trochę gniewna, trochę znudzona, a najbardziej – gotowa na jakiś psikus. Bo koniec roku szkolnego nadawał się do tego idealnie.
Tego dnia nauczyciele uśmiechali się jak bohaterowie z reklam pasty do zębów, a większość uczniów myślami była już na wakacjach. Było głośno, wesoło i swobodnie. Lena wpatrywała się w swoje świadectwo, jakby miało ją ono za chwilę ugryźć. Trójki i czwórki tańczyły na papierze niczym niezbyt udane nuty, a na końcu stała samotna piątka z plastyki – jedyny dowód na to, że dziewczynka posiadała choć odrobinę talentu. Reszta? Cóż, Lena nie miała w sobie ani cierpliwości do nudnych tematów, ani zainteresowania nimi. Matematyka? Liczby i znaki, które tylko przeszkadzają w rysowaniu. Historia? Za dużo dat, za mało superbohaterów. Przynajmniej na razie.
Nie chodziło o to, że była leniwa, po prostu jej głowa nie lubiła trzymać się z góry ustalonych zasad i zawsze coś wymyślała. Gdy nauczyciel tłumaczył równania, Lena kombinowała, jak by to wyglądało, gdyby X i Y byli superbohaterami tajnej misji. A kiedy omawiali „Akademię Pana Kleksa”, zastanawiała się, czy Pan Kleks grałby dziś w gry komputerowe i miał konto na YouTubie.
– No i jak ci poszło? – zapytała Inga, najlepsza uczennica w klasie i jednocześnie przyjaciółka Leny. Jej pismo było tak idealne, że Lena czasem zastanawiała się, czy jest prawdziwe.
– Świetnie – mruknęła teraz, chowając świadectwo do plecaka.– Jedna piątka więcej niż w zeszłym roku.
– Z plastyki?
– Wiadomo.
Inga tylko się uśmiechnęła, a Lena przewróciła oczami. Lubiła Ingę, naprawdę, choć czasem miała ochotę wstrząsnąć nią jak butelką oranżady, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie wyleci z niej trochę tej perfekcyjności i nie znajdzie się miejsce na chaos.
Kiedyś myślała, że może uda jej się „zarazić” od Ingi dobrymi ocenami – jakby to było coś, co można złapać od przyjaciółki przez siedzenie w jednej ławce. Niestety szkolne wirusy działały odwrotnie: Lena zawsze kończyła z niższymi ocenami, a Inga jak zwykle celująco.
– Ty coś kombinujesz. – Inga nagle zmrużyła oczy.
– Nic podobnego! – obruszyła się Lena, za żadne skarby świata nie chcąc przyznać, że przyjaciółka ma rację. Bo Lena od rana czuła, że to będzie nietypowy dzień. Coś pomiędzy końcem świata a początkiem wielkiej przygody. Z jednej strony była zła na siebie (to świadectwo raczej nie spodoba się rodzicom), z drugiej – podekscytowana, że to już koniec. Wakacje! Żegnajcie zadania, kartkówki i komentarze nauczycielki od polskiego, która zawsze mówiła: „Lena, ty masz głowę pełną pomysłów, tylko szkoda, że nie tych szkolnych”.
No cóż, dziś też miała pewien pomysł. I to jaki!
Wystarczyło tylko kilka balonów, odrobina mąki i szczypta wyobraźni.
I właśnie w tej chwili Lena poczuła, że to może być najzabawniejszy koniec roku w historii szkoły numer 24.
*
Oficjalne zakończenie odbywało się jak zwykle w auli. Krzesła stały w równych rzędach, jak w teatrze, tyle że zamiast aktorów główne role odgrywały dzieci w nieco już zmiętych strojach i potarganych fryzurach. Na ścianie wisiał transparent: „Witajcie, wakacje!”, a pośrodku sceny stał mikrofon, który trzeszczał przy każdym oddechu.
Pan Dyrektor, człowiek o krągłym brzuchu i cienkich jak spaghetti włosach, stanął właśnie na podeście, poprawił krawat i uniósł rękę, jakby miał zaraz rozpocząć coś naprawdę doniosłego, choć wszyscy wiedzieli, że wygłosi to samo przemówienie, które wygłaszał co roku.
– Kochani uczniowie… – zaczął, a mikrofon zaskrzypiał, jakby sam jęknął z nudów. – To był rok pełen wyzwań i sukcesów…
W tłumie ktoś westchnął. Ktoś inny chrupał ukradkiem chipsy. A jeszcze ktoś inny przewrócił oczami tak intensywnie, że niemal dało się to usłyszeć.
W pierwszym rzędzie siedziała Inga, wyprostowana i dumna, pełna gotowości do odebrania dyplomu za najlepsze oceny. Oraz za zwycięstwo w konkursie polonistycznym. Lena patrzyła na nią i myślała, że to niesamowite, jak niektórzy potrafią być szczęśliwi z powodu idealnego świadectwa. Ona tak nie umiała. O wiele lepiej być szczęśliwym z powodu zjedzenia lodów cytrynowych. Oczywiście jedno nie wykluczało drugiego, ale tę myśl odgoniła.
Ziewnęła dyskretnie i poczuła, że dopada ją przeraźliwa nuda. A gdy Lena się nudziła, świat musiał zadrżeć.
Tak naprawdę wszystko miało swój początek dzień wcześniej, po ostatniej lekcji, gdy Lena wpadła na pomysł, który wydał jej się po prostu genialny. Wystarczyło kilka kolorowych balonów, trochę mąki, sznurek i dobra drabina. Pomysł narodził się, gdy podczas lekcji matematyki spojrzała w górę na sufit w klasie i pomyślała, że wygląda wyjątkowo smętnie z jedną brzydką lampą pośrodku.
– Dekoracja! – szepnęła wtedy sama do siebie. – Będzie pięknie. I… biało. Trochę mało tematycznie, ostatecznie zbliżały się wakacje letnie, ale co tam.
Zaraz po lekcjach wymknęła się do auli. Szybko i niemal bezszelestnie, niczym w filmie szpiegowskim, wdrapała się na drabinę, która na szczęście wciąż tam stała, i doczepiła kilka „swoich” balonów do tych, które już wcześniej przywieszono. W każdym z nich znajdowała się mąka. A nawet całkiem dużo mąki. Może trochę za dużo?
– Kiedy pękną, zrobi się śnieżyca! – zachichotała. Planowała je zrzucić zaraz po apelu, gdy nauczyciele znikną z auli i będzie można się jeszcze trochę powygłupiać.
Nie miała pojęcia, że sznurek, do którego przywiązała balony, był zbyt słabo umocowany, a mówiąc dokładnie – ledwo się trzymał. Nie przewidziała również, że podczas uroczystości zakończenia roku dokładnie w tym miejscu stanie Pan Dyrektor.
Teraz, gdy przemówienie trwało już dziesiątą minutę, a słońce prażyło przez ogromne okna, Lena zerkała na sufit i czekała, aż całość dobiegnie końca. Oznajmiła też paru koleżankom, że ma dla nich odjechaną niespodziankę. Taki mały efekt specjalny, zaraz po zakończeniu akademii.
– I dlatego z dumą wręczamy nagrody naszym najlepszym uczniom! – grzmiał ze sceny Pan Dyrektor, a nauczycielka polskiego wręczyła mu listę. – Na początek zapraszam do mnie Ingę Nowicką, za wzorowe zachowanie i najlepsze wyniki w nauce, a także pierwsze miejsce w konkursie polonistycznym!
Oklaski. Inga wstała, dygnęła, odebrała dyplom i nagrody książkowe, a Lena pomachała w jej stronę. Była szczerze dumna z przyjaciółki.
I wtedy to się stało.
Najpierw rozległ się cichy szelest, jakby ktoś rozwiązał sznurek. Potem delikatny szum, który przeszedł w donośne bum, i nagle nad głową dyrektora coś eksplodowało białym pyłem.
Mąka spadła niczym śnieżyca w grudniu. Pan Dyrektor, biały od czubka głowy po koniuszki butów, zamarł w połowie zdania, a potem zaczął kasłać i prychać niczym wściekły tygrys. Dzieci z początku tylko szeroko otworzyły oczy, ale już po chwili rozległy się nieśmiałe chichoty, które błyskawicznie przemieniły się w huragan śmiechu.
Ktoś krzyknął donośnym głosem:
– Pan Dyrektor wygląda jak duch szkoły!
Nauczycielka polskiego próbowała uciszyć uczniów, ale sama kaszlała od mąki i przecierała zdumione oczy, a w powietrzu tymczasem nadal unosiła się biała mgła.
I tylko Lena siedziała sztywno, z szeroko otwartymi oczami, sercem bijącym jak młot i myślą, która powtarzała się w jej głowie jak refren:
„To się miało wydarzyć później… dużo później. I to bez dorosłych”.
Dyrektor przetarł okulary, otrzepał się jak pies po kąpieli, popatrzył na uczniów, a potem na sufit, i zapytał spokojnym, bardzo niebezpiecznie spokojnym tonem:
– Kto to zrobił?
W sali zapadła cisza. Tylko mąka sypała się jeszcze z sufitu niczym śnieg z uszkodzonej chmury, bowiem jeden balon zaczepił się o rusztowanie i wypluwał z siebie resztki białego pyłu.
A Lena po raz pierwszy w życiu nie znalazła ani jednego błyskotliwego komentarza.
*
W domu panowała cisza tak gęsta, że nawet lodówka w kuchni przestała buczeć, jakby i ona wstrzymała oddech. Lena siedziała na kanapie skulona, z rękami na kolanach, a naprzeciw niej stali rodzice, wyglądający jak dwa posągi z minami pełnymi niedowierzania.
Mama przyjechała prosto z pracy na „posiedzenie kryzysowe”, a tata miał minę człowieka, który od trzydziestu minut próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to się w ogóle mogło wydarzyć.
– A zatem… – zaczęła mama, marszcząc brwi tak bardzo, że stały się jedną kreską. – Podsumujmy raz jeszcze to wszystko, czego dowiedzieliśmy się w gabinecie dyrektora. To ty powiesiłaś w auli balony z mąką?
– Tak. – Lena kiwnęła głową.
– I te balony… spadły…
– Tak.
– Na dyrektora.
– Niestety – potwierdziła z westchnieniem. – Ale to nie tak miało być.
Tata parsknął śmiechem, ale od razu się opanował i odchrząknął, jakby to był tylko kaszel.
– Przepraszam – mruknął, udając, że nie widzi groźnego spojrzenia mamy. – Po prostu… wizualizuję to.
– Michał, uspokój się! – syknęła mama. – To nie jest śmieszne!
– Nie, oczywiście – odpowiedział szybko. – Absolutnie nie. To… bardzo poważne. – Po czym znów zakasłał.
Lena wpatrywała się w dywan, czując, jak jej policzki płoną ze wstydu. Najgorszy był moment, kiedy musiała się publicznie przyznać, że to był jej pomysł, co nie spotkało się ze zrozumieniem kadry nauczycielskiej. Oczywiście od razu wezwali rodziców, zupełnie jakby Lena celowo to zrobiła. I na nic zdały się wyjaśnienia, że to był po prostu wypadek.
Mama wzięła głęboki oddech, ten sam, który zwykle brała przed borowaniem zęba wyjątkowo trudnemu pacjentowi. Mama Leny była bowiem dentystką, i to bardzo dobrą.
– Nie wiem, co powiedzieć – odezwała się po chwili.
– Możesz nic nie mówić – zaproponowała szybko Lena. – Naprawdę. Cisza to też forma komunikacji.
Tata zakrztusił się nieco, ale natychmiast spoważniał. Dotarło do niego, skąd córka wzięła te słowa. Przecież sam tak mówił na zajęciach swoim studentom – tata Leny bowiem wykładał dziennikarstwo i komunikację społeczną.
– Lena. – Mama odezwała się z charakterystyczną spokojną nutą, która oznaczała, że właśnie przestała być spokojna. – Dyrektor powiedział, że szkoła nigdy czegoś takiego nie widziała.
– No to chyba fajnie, że zapamiętają to zakończenie? – wymknęło się Lenie, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Mama zmrużyła oczy, a tata odwrócił wzrok w stronę okna, jakby rozważał ucieczkę. W końcu cicho westchnął.
– Leno, mama i ja… doszliśmy do wniosku, że w związku z tym, co się wydarzyło, musisz… hmm… odpocząć od miasta.
– Odpocząć? – powtórzyła podejrzliwie Lena.
– Tak. Od dziwnych pomysłów, ciągłego przesiadywania w komórce, leniuchowania i balonów z mąką – wyliczał tata, jakby odczytywał listę zakupów. – Potrzebujesz świeżego powietrza, spokoju i natury.
– No mamy przecież jechać do Hiszpanii – wtrąciła szybko.
– Plany uległy zmianie – ucięła mama.
Lena przełknęła głośno ślinę.
– Jak to?
– Okazało się, że tata dostał propozycję poprowadzenia letniego kursu akademickiego w ramach International Summer School przy Uniwersytecie w Kolonii, w Niemczech. Taka okazja nie zdarza się zbyt często, więc szkoda byłoby nie skorzystać.
– Niemcy? Tego w ogóle nie da się porównać z Hiszpanią. Ja nie chcę jechać! – zaprotestowała Lena.
– I nie pojedziesz, bo tam faktycznie niewiele miałabyś do roboty. Dlatego tylko ja wybieram się z tatą. I tak mam sporo zaległego urlopu – odparła spokojnie mama.
– A ja? Co ze mną? Zostawicie dziecko samo w domu? Żeby umarło z głodu? – krzyknęła Lena rozpaczliwym głosem.
– Nigdy w życiu. Ty spędzisz te wakacje gdzie indziej… – Mama zawiesiła głos.
– Nie! – Lena zasłoniła usta dłonią, bo już wiedziała, co nastąpi dalej.
– Tak. – Mama skinęła głową z satysfakcją.– Pojedziesz na wieś do ciotki Zuzanny.
Lena jęknęła.
– Przecież tam nie ma nawet internetu!
– Tym lepiej – odparła mama, z wyraźną ulgą w głosie. – To tylko dobrze ci zrobi.
Lena schowała twarz w dłoniach i mruknęła:
– Umrę tam albo z nudów, albo od końskiego smrodu.
Mama poklepała ją po ramieniu z tą typową troską, którą rezerwowała dla trudnych pacjentów.
– Nie przesadzaj, kochanie. To tylko dwa miesiące.
– Dwa miesiące?– Lena opadła na poduszki. – To nie wakacje. To wyrok!
W kuchni cicho zabrzęczała lodówka, jakby doszła do wniosku, że wolno już jej się włączyć.
A Lena pomyślała, że jeśli istnieje coś gorszego od skąpanego wmące wkurzonego Pana Dyrektora, to tylko wakacje wśród… kopyt.
To nie miało prawa się udać.
Lena siedziała na tylnym siedzeniu samochodu mocno przekonana, że jedzie na egzekucję, a nie na wakacje. Miała skrzyżowane ramiona, zaciśnięte usta i wyraz twarzy kogoś, kto za chwilę miał zjeść rozgotowany szpinak zmieszany ze zgniłym jabłkiem.
Telefon trzymała w ręce, chociaż wiedziała, że za chwilę i tak straci zasięg. Na ekranie widniała malutka ikonka sygnału, która gasła z każdym kolejnym kilometrem.
– Jeszcze… jeszcze trzy kreski – szeptała, jakby próbowała je zaczarować.
– Nie patrz na to tak dramatycznie – mruknął tata. – Zobaczysz, będzie ci tam dobrze.
– Jak na wyprawie do epoki kamienia łupanego – skomentowała ponuro Lena.
– To była bardzo interesująca epoka – dorzuciła mama. – Bez telefonów.
– No właśnie – jęknęła Lena.
Droga wiła się wśród pól niczym zielony wąż. Im dalej jechali, tym mniej było budynków, a więcej przestrzeni. Domy znikały, w ich miejsce pojawiały się stodoły, a nawet wiatraki. Znikały centra handlowe, pojawiały się za to łąki. Aż w końcu zniknęło wszystko, co Lena znała i lubiła.
I wtedy ujrzała krowy.
Wydało jej się, że patrzą wprost na mijający je samochód swoimi wielkimi oczami, jakby oceniały, kto w nim siedzi i co sobą reprezentuje.
– O nie – wyszeptała Lena, z lekkim przerażeniem. – One mnie obserwują.
Mama zaśmiała się cicho.
– Nie sądzę. Poza tym krowy są łagodne.
– Dopóki im się nie znudzi! – Lena przycisnęła nos do szyby.– Ta po prawej wygląda, jakby chciała mnie zjeść.
– Krowy nie jedzą ludzi – wtrącił tata.
– Ta wygląda, jakby mogła zrobić wyjątek.
Zaraz po krowach pojawiły się… konie. Wybiegły na skraj pastwiska, potrząsając bujnymi grzywamii rżąc radośnie.
– O nie, kopyta… – mruknęła Lena, przykładając dłoń do serca. – Już czuję ten smród.
– Przecież okna są zamknięte – słusznie zauważył tata.
– Ale wspomnienie zapachu zostaje na całe życie.
A potem, jakby nagle świat postanowił zaserwować Lenie wszystkie wiejskie atrakcje naraz, zza zakrętu dobiegło donośne:
Kukurykuuuu!
Lena aż podskoczyła.
– CO TO BYŁO?!
– Kogut – wyjaśniła mama spokojnie.
– No domyśliłam się, ale on tak codziennie?
– Owszem. A zaczyna zwykle o świcie.
– To niemożliwe. – Lena pokręciła głową. – Ja przecież śpię w wakacje do dziesiątej.
– To się może nie udać – obwieścił tata.
Lena zakryła twarz rękami. Czuła, że to dopiero początek jej cierpienia.
Kiedy skręcili wwąską, szutrową drogę, telefon Leny ostatecznie się poddał. Jedna kreska… pół… brak sygnału.
– Już po wszystkim. – Lena westchnęła dramatycznie. – Przepadłam.
– To nazywa się „cisza” – powiedziała mama. – Kiedyś była dla ludzi czymś zupełnie naturalnym.
– Ja nie jestem „ludzie”. Ja jestem „dziecko dwudziestego pierwszego wieku”. Cisza mnie niepokoi – wyznała Lena.
– To jednak dobrze się stało, że spędzisz trochę czasu w tym swoim dwudziestym pierwszym wieku, ale bez internetu.– Tata pstryknął palcami.
Lena oparła głowę o szybę. Po obu stronach drogi falowały wysokie trawy, przypominające ogromne zielone morze. Gdzieniegdzie widać było maki i chabry, wyglądające jak punkciki namalowane kredkami. W powietrzu unosił się dziwny aromat…
– Co tak pachnie? – zapytała Lena podejrzliwie.
– Natura. – Mama puściła do niej oko. – Może uda ci się ją polubić.
Lena parsknęła.
Samochód wreszcie zatrzymał się przy bramie prowadzącej do małego gospodarstwa. Brama była zrobiona z prostych, starych desek. Jedne były bardziej wyblakłe, inne lekko spękane, każda w odcieniach szarości i brązu. Przy otwieraniu wszystko zaskrzypiało nisko i przeciągle, jakby ostrzegało przed wejściem w zupełnie inny świat.
I coś w tym było.
Po lewej stronie zaczynał się sad. Na jabłoniach wisiały maleńkie, zielone zawiązki owoców – twarde, gładkie ibłyszczące w słońcu. Liście drżały delikatnie na wietrze, a powietrze pachniało świeżością i początkiem lata. Między drzewami rosły kępy traw i polnych kwiatów: biały rumianek, żółte jaskry, a także pojedyncze maki. Pszczoły pracowały w nich donośnie i systematycznie, jak niewidzialna orkiestra dopasowana do rytmu dnia.
Po prawej stronie stała stodoła – duża, z ciemnego drewna, które latami hartowało się wsłońcu i deszczu. Dach z czerwonej blachy odcinał się mocnym kolorem od zieleni wokół. Drzwi były lekko uchylone
