Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wschód Nunavatu zmaga się z postępującą welimską ofensywą, a arcymag Kamantery, Neiv Pyrriven, staje przed zadaniem przejęcia kamienia wykradzionego przez tajemniczego złodzieja. W tym celu postanawia wykorzystać unikalne umiejętności kapitana Królewskiej Straży Przybocznej. Tej elitarnej drużynie przyjdzie zmierzyć się z szeregiem wyzwań, wśród których zaszczytne miejsce zajmuje Dwayn Heorgen – najnowszy członek Straży i zarazem jej najsłabsze ogniwo.
Na przedmieściach Tollense i w zaśnieżonych, spływających krwią lasach Nunavatu wywiązuje się walka o przetrwanie i magiczną potęgę.
Czwarta księga z cyklu Czternaście. Epic fantasy, które przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom widowiskowych pojedynków oraz rozbudowanych światów.
Czternaście
Dwanaścioro czarodziejów stworzyło trzynaście kryształów o magicznych właściwościach, które miały zapewnić pokój i dobrobyt na kontynencie. Setki lat później pamięć o nich ożywa, a świat trawią wojny i konflikty.
Dagmara Lorenc – polska autorka fantasy, z wykształcenia anglistka ze znajomością języka chińskiego oraz lingwistka. Przez lata zajmowała się tłumaczeniami, by w końcu zrealizować marzenie o napisaniu własnej powieści.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 334
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dagmara Lorenc
Saga
Widzący i niewidzialni. Czternaście. Tom 2. Księga 4
Korekta: Elwira Zapałowska (www.nad-wyraz.pl)
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2025, 2026 Dagmara Lorenc i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727280776
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Jeżeli przychodzisz na świat jako dziedzic rodu, którego bogactwo i wpływy budzą u jednych szacunek na granicy strachu, a u innych strach, którego włości stanowią państwo w państwie, a którego interesów nie śmiałby pominąć w swych rozważaniach nawet najbardziej własnowolny król, i jeżeli większość życia spędzasz w olśniewających pałacach, śpiąc w przepastnych, miękkich łożach, racząc podniebienie najbardziej wyszukanymi potrawami, przywdziewając najdelikatniejsze, najmilsze ciału tkaniny, spacerując po idealnie utrzymanych ogrodach i będąc obsługiwanym przez rzesze gorliwych służących, których jedynym celem w życiu jest twoje zadowolenie, i jednocześnie od najmłodszych lat otrzymujesz najlepsze wykształcenie i staranne wychowanie, które mają cię przygotować do zarządzania ogromnym majątkiem i pomnażania go, do sprawowania władzy i umiejętnego wpływania na politykę, do decydowania o życiu, a czasem i śmierci poddanych, a przy tym masz dostęp do pokaźnych zasobów wiedzy, elitarnej kultury i wyszukanej rozrywki, masz pełne prawo uważać, że jesteś prawdziwym szczęściarzem, i podejrzewać, że twoje życie będzie usłane różami.
Jeżeli jesteś do tego pasjonatem wszelkich nauk i miłośnikiem sztuki, człowiekiem o rozległych zainteresowaniach, filozofem zgłębiającym tajniki istnienia, poetą o niespotykanej wrażliwości i niedościgłej ostrości widzenia, estetą o wyszukanym smaku, a jednocześnie ciekawym świata badaczem i odkrywcą, aktywnie kształtującym rzeczywistość za sprawą alchemii, to zawdzięczasz to przede wszystkim sobie, swemu niebywałemu intelektowi, swej dociekliwości i ambicji – lecz zarazem rozumiesz doskonale, że jakakolwiek boska moc czy kosmiczna energia nie stałaby za funkcjonowaniem wszechświata, bez skrępowania możesz zakładać jej przychylność.
Jeżeli na dodatek możesz się poszczycić wysokim wzrostem, nienaganną sylwetką i interesującą urodą – będąc mężczyzną o pociągających rysach twarzy, błyszczących, ciemnozłotych włosach i oczach, w których morskiej zieleni można przy odrobinie nieuwagi zatonąć – możesz okazjonalnie doświadczać wątpliwości natury egzystencjalnej, zadając sobie pytanie, czy istnieje obiektywna możliwość, abyś istniał naprawdę.
A jeśli przy tym wszystkim odkrywasz w sobie czarodziejską moc, nie masz już żadnych wątpliwości, że wszystkie gwiazdy i ich konstelacje, wszystkie planety i komety, bliskie i dalekie, wszyscy bogowie i boginie, twardo stąpający po ziemi i przemierzający bezkres odległych wymiarów, wszelkie wyższe rodzaje świadomości, wszelkie postaci absolutu, wszelkie siły rządzące światem widzialnym i niewidzialnym, duch i materia, byt i niebyt, światło i ciemność, dobro i zło, wszelkie niepojęte mechanizmy losu i przeznaczenia zjednoczyły się i sprzymierzyły, harmonijnie dostrajając swą wolę i intencję, aby zgodnie rozbrzmieć jednym, donośnym głosem i uczynić cię jakimś pieprzonym ewenementem na skalę wszechrzeczy.
A jeśli na dodatek odkrywasz, że do twarzy ci w seledynowym…
Rzecz jasna, bycie wybrańcem pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność, jednak Neiv radził sobie doskonale. Rachunki się zgadzały, ród Pyrrivenów niezmiennie cieszył się ugruntowaną pozycją, a on sam zapisał się na kartach historii już w wieku trzydziestu czterech lat, obejmując stanowisko arcymaga Kamantery i tym samym zdobywając sobie władzę praktycznie równą królewskiej. Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie tytułu arcyalchemika.
Tytuł ten należał mu się jak psu buda. W dziedzinie alchemii Neiv Pyrriven nie miał sobie równych, co więcej, doskonale o tym wiedział. Co prawda tego rodzaju nobilitacja nie mogła wzmocnić jego pozycji ani zwiększyć jego wpływów; jego pozycja była już zbyt mocna, a wpływy zbyt wielkie, zresztą nie o to w tym wszystkim chodziło. Byłby to raczej oficjalny wyraz uznania dla wszechstronności jego geniuszu, geniuszu, który niewątpliwie zasługiwał na wszelkie arcyprzedrostki, jakie tylko dało się powstawiać przed nazwisko. Myślami wybiegał już do następnych stuleci, do tych wszystkich kronik i dzieł historycznych, w których książę Pyrriven figuruje jako drugi arcymag Królestwa Kamantery, pierwszy – i najlepiej ostatni – który nosił zarazem tytuł arcyalchemika.
Na przeszkodzie stał jedynie obecny arcyalchemik, Lumeald, stary pierdoła. Ze względu na zaawansowany wiek zaczęto na niego naciskać w sprawie wyznaczenia następcy. Naturalnie, Neiv był przekonany, że będzie jego pierwszą myślą; być może nie pałali do siebie jakąś szczególną sympatią, ale pracowali razem od dawna, i to z doskonałymi efektami. Mimo wszystko wolał się upewnić, dlatego złożył staremu wizytę w jego osobistej pracowni. Lumeald rozlewał właśnie do fiolek świeżo uwarzony eliksir na potencję. Neiv nie mógł oderwać wzroku od roztrzęsionej chochelki zawieszonej nad równie roztrzęsionym lejkiem; dochody z tego eliksiru wystarczyłyby na utrzymanie małego księstewka, każda kropla była cenna.
– Zapomnij – skwitował sucho dziadyga, gdy tylko Neiv wyłuszczył mu swoją sprawę. – Masz już tytuł arcymaga, to cię powinno satysfakcjonować.
Neiv zmarszczył czoło, nieprzyjemnie zaskoczony.
– Nie chodzi o to, ile mam tytułów – zauważył spokojnie – tylko o to, czy wszystkie moje umiejętności zostały odpowiednio docenione. Przyznasz chyba, że na ten moment mogę odczuwać niedosyt.
Starzec bynajmniej się nie krępował, ostentacyjnie przewrócił oczami.
– Mam już innego kandydata – oznajmił, zatykając kolejną fiolkę. – Dwa razy młodszego, za to dwa razy lepszego.
Neiv o mało nie zemdlał z wrażenia, coś takiego nie mieściło mu się w głowie. Przycisnął dłoń do rozkołatanego serca.
– To niemożliwe – stwierdził z przekonaniem. – Niby kogo?!
Lumeald długo milczał.
– Ogłoszę to we właściwym czasie – powiedział wreszcie, nonszalancko zanurzając chochelkę w kociołku. – Obecnie prowadzi jeszcze ostatnie eksperymenty, ale kiedy zdecyduje się ogłosić swoje największe osiągnięcie, nikt nie będzie mieć wątpliwości, kto naprawdę zasługuje na tytuł arcyalchemika.
Neiv odwrócił się na pięcie i wyszedł bez słowa, roztrzęsiony i zagubiony. Dwa razy młodszy, za to dwa razy lepszy?! Kto to mógł być?! Natychmiast zasięgnął języka wśród zaprzyjaźnionych alchemiczek.
– Dwayn Heorgen – stwierdziły zgodnie.
– Jego pupilek, nie wiedziałeś? – dziwiła się Heva.
– Ciągle coś tam szepczą między sobą, pewnie nad czymś pracują, ale nikt nie wie, nad czym – donosiła Ammariel.
– Zawsze daje mu do uwarzenia najtrudniejsze eliksiry, można by pomyśleć, że tylko jemu ufa – mówiła z przekąsem Listenda.
– Pracuję w pałacu od ośmiu lat i nadal muszę się cisnąć po kątach, a on od razu dostał własną pracownię – żaliła się Elorgi.
Neiv nie posiadał się ze zdumienia. Heorgen?! To małe, czarne, okrągłe?! Szerszy niż wyższy, z pyzatą buźką i gładko ulizanymi, czarnymi jak smoła włosami. Sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, zawsze uprzejmy. I to on miałby zostać arcyalchemikiem?!
Neiv nie mógł na to pozwolić – i nie zamierzał. Tymczasem jednak wypłynęła ta nieszczęsna sprawa z Dgesendem, która skutecznie odciągnęła jego uwagę od kwestii prestiżowych.
Dgesend był wyjątkowy. Czarodziej, który mistrzowsko władał mieczem, a wszelkie sztuki walki cenił sobie równie wysoko jak magię. Przez lata pełnił funkcję kapitana Królewskiej Straży Przybocznej, ale tej zimy znaleziono go martwego we własnym domu.
Kto zabił i dlaczego? Tego nie wiedział nikt. Brakowało poszlak, brakowało podejrzanych. Salon jego podmiejskiego dworku wyglądał jak pole bitwy: dywan zasłany szkłem, osmolone meble, podziurawione ściany i przepołowiony fotel. Nie ulegało wątpliwości, że Dgesend stoczył przed śmiercią zażartą walkę, i to taką z wykorzystaniem magii.
Pytań było wiele, odpowiedzi żadnych. Śmierć czarodzieja wywołała w stolicy ogromne poruszenie, cały pałac pobladł ze strachu, a jednocześnie zadrżał z podekscytowania – nareszcie trafił się prawdziwie interesujący temat do rozmów. Ale mijały dni, potem tygodnie, temat zaczął się wszystkim nudzić, tymczasem Królewska Straż Przyboczna pozostawała bez kapitana. Wypadało znaleźć jakiegoś godnego następcę.
To musiał być czarodziej. Nie chodziło jedynie o bezpieczeństwo, ale także o prestiż. Obok Dgesenda do Straży należał olbrzymi półelf o podejrzanie dobrym węchu, niezbyt urodziwa łuczniczka oraz mistrz miecza o twarzy podrzędnego rzezimieszka. Wszyscy niskiego urodzenia, wszyscy spoza Kamantery, a zatem – znikąd. Tak, czarodziej był niezbędny, toteż sprawa trafiła na stół Neiva. Ów od początku rozumiał, że stoi przed niełatwym zadaniem. Potrzebował kogoś takiego jak Dgesend, czarodzieja-wojownika, w pełni oddanego sprawie, gotowego dzielić życie między ćwiczenia a chuchanie na króla, i to niezależnie od tego, czy mówił z sensem czy nie.
Kogoś godnego zaufania.
Neiv zaproponował tę posadę Tariro, ale usłyszał, że może się puknąć w czoło. Tariro nie zamierzała całymi godzinami sterczeć przy tronie albo pod drzwiami królewskiej sypialni.
Wobec tego zmuszony był ogłosić rekrutację. Kazał rozwiesić ogłoszenia po całym Aislinie, w każdym mieście, każdej większej wsi, nie zapominając o wyspach. Zainteresowani mieli dwa miesiące na podjęcie decyzji i stawienie się w Białym Mieście, na dziedzińcu cytadeli przez płot sąsiadującej z pałacem.
W umówionym terminie Neiv zasiadł na dziedzińcu za wielkim stołem, otoczony strażą i tłumkiem ciekawskich dworzan. Każdego kandydata zapraszano na rozmowę połączoną z demonstracją umiejętności. Stawił się tam cały przekrój wojowników, niestety, czarodziejów było wśród nich jak na lekarstwo. Spośród trzech kandydatów, którzy rzeczywiście spełniali ten warunek, tylko jeden wyczarował płomień, którym od biedy można by rozpalić w kominku; żaden nie potrafił utworzyć porządnej bariery, toteż wszyscy opuścili dziedziniec na noszach.
Był tam błędny rycerz z Veheben, z gadki szlachetny, ale kompletnie niemagiczny. Było bez liku zabijaków. Na tle zwalistych cielsk i brzydkich mord wyróżniał się młody wojownik o gładko ogolonej głowie, odziany w popielatą szatę; ten rzeczywiście znał się na rzeczy. Silny i gibki, wywijał włócznią na tyle dobrze, że Neiv przeżywał głębokie rozterki. Ostatecznie jednak odprawił go z kwitkiem. Młody nie był czarodziejem, a on, kurczę blade, potrzebował czarodzieja.
W tłumie chętnych znalazł się nawet brodaty karzeł w czapeczce z dzwoneczkami. Już na samym wstępie oznajmił, że nie jest czarodziejem, ba, nie jest nawet wojownikiem, a przyszedł, aby ubiegać się o stanowisko nadwornego błazna.
– Szukamy kogoś do Królewskiej Straży Przybocznej – wycedził Neiv. – Jeśli będziemy kiedyś potrzebować błazna, z pewnością ogłosimy specjalną rekrutację.
Karzeł nie dał za wygraną, wziął się pod boki i rozejrzał wyzywająco po zgromadzonych.
– Obiecanki-cacanki! – zawołał oskarżycielsko. – Na karku mam cztery krzyżyki, a za mojego życia takiej rekrutacji nigdy nie było, i pewnie nigdy nie będzie. To ja się pytam: jak człowiek z powołaniem, tyle że bez znajomości, ma się dostać do pałacu, aby objawić swój talent przed królem?! Wszak zatrzymają go jeszcze w bramie! Nikt go nie wysłucha, nikt nie wyciągnie pomocnej dłoni…
Wokół rozległy się szepty i chichoty, kilka dam opuściło wachlarze, aby posłać karłowi łaskawy uśmiech. Neiv przewiercił spojrzeniem jego rumianą gębę.
– Powtarzam – mówił spokojnie, bo nie chciał awantury – na ten moment nie szukamy błazna. Tam jest wyjście, a ty masz ostatnią szansę, żeby skorzystać z niego na własnych nogach.
Karzeł był jednak twardszy, niż można by przypuszczać.
– O! Co to to, to to na pewno nie! – zawołał, machając wyciągniętym palcem. – Nie wyjdę, dopóki nie dacie mi szansy!
– Dziękuję i żegnam.
– Ejże, no jak to tak! – wybuchnął zawiedziony brodacz. – Jeden krótki wierszyk, jedna zagadka… Towarzystwo oceni! – Rozejrzał się porozumiewawczo dokoła. – A nuż się spodoba, hę?! Chyba nie boi się książę wyzwania? – dodał przemyślnie.
„Co za błazen”, pomyślał zniecierpliwiony Neiv. Tymczasem wokół rozlegały się już okrzyki aprobaty; on sam uchwycił kilka proszących niewieścich spojrzeń i serce mu zmiękło.
– No dobrze – zgodził się łaskawie. – Jedna zagadka – zaznaczył, wyciągając ostrzegawczy palec.
Karzeł skwapliwie pokiwał głową.
– Jedna zagadka dla naszego ukochanego arcymaga, księcia Neiva Pyrrivena!
Zgiął się w głębokim ukłonie, po czym stanął wyprostowany, podniósł oczy na niebo i zadeklamował:
Co w szmaragdowej pływa głębinie,
W pieczy swej cenne klejnoty trzymie?
Wielce jest skore łapać przynęty,
Wonczas jak żagiel na maszcie wzdęty
Do niejednego portu zawinie,
O niejedną się otrze jaskinię.
Wokół zapadła cisza. Karzeł spoglądał wyczekująco na Neiva, a ten zawiercił się nerwowo na krześle. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia.
– Statek! – wypalił.
– Statek?! – Karzeł aż się żachnął. – Ejże, to nie może być statek! Ale, jak tradycja nakazuje, ma książę trzy szanse – dodał z głębokim ukłonem.
Neiv zacisnął usta, teraz już poważnie zirytowany. Po chwili zastanowienia machnął władczo ręką.
– Powiedz mi to od początku, tylko wolniej.
Karzeł grzecznie powtórzył. Przez cały ten czas Neiv przewiercał go wzrokiem, jakby mógł wyczytać odpowiedź w tej jego rumianej gębusi. Powoli zaczynał się denerwować. Ostatnie, o czym marzył, to wyjście na mało błyskotliwego w obecności tylu świadków. Wokół zapanowało nerwowe poruszenie, gapie szeptali sobie do uszu propozycje rozwiązania. Błazen spokojnie odwzajemniał spojrzenie arcymaga, cierpliwy, wyczekujący.
Neivowi zadrżały usta.
– Małże! – wypalił. – Perłopławy!
Karzeł wygiął usta w podkówkę, rozłożył przepraszająco ręce i pokręcił łepetyną, aż zabrzęczały dzwoneczki.
– Oj, to nie to! Już trochę lepiej, ale nadal nie wszystko pasuje, prawda? No, to jeszcze jedna szansa.
Neiv poczuł kroplę potu spływającą mu po czole.
– Ryba, która połknęła klejnot! – wyrzucił z rozpaczą.
– A NIE! – zaryczał ucieszony błazen, plaskając dłońmi o uda. – Żadna z tych rzeczy!
– Więc co takiego?! – warknął, rozeźlony.
– Jak to co?! – Karzeł rozejrzał się porozumiewawczo po tłumie. – GACIE ARCYMAGA!
Po chwili pełnej konsternacji ciszy zgromadzeni ryknęli śmiechem. Karzeł z dumą odbierał gratulacje od zachwyconej ciżby. Tylko Neiv siedział nieruchomo, ze zmarszczonym czołem i śmiertelną powagą na obliczu. Cierpliwie czekał, aż śmiechy przycichną.
– Ha, ha, ha! – zagrzmiał wówczas. Bez cienia rozbawienia. – Przyznaję, to było całkiem przemyślne. Pozwól, że raz jeszcze sprawdzę naszą listę wakansów. – Nachylił się nad notatkami, udał, że przerzuca w skupieniu kilka kart. – Hm, hm, hm… O, proszę, jest! – zawołał radośnie. – „Jeden martwy błazen”. Reflektujesz?
Karłowi zrzedła mina. Łypnął oczkami na boki, a widząc, że widownia taktownie umilkła, ukłonił się i pośpiesznie oddalił, wśród cichnącego brzęczenia dzwoneczków.
Ostatecznie rekrutacja zakończyła się fiaskiem. W pałacu zaczęto przebąkiwać, że trzeba by z całego tego czarodziejstwa zrezygnować, wziąć jakiegoś arystokratę z porządnym nazwiskiem, który by się dobrze prezentował i umiał władać bronią na tyle, żeby nie przeszkadzać. I wtedy Neiva olśniło. Kto, zaraz po czarodzieju, ma najwięcej do czynienia z magią? Alchemik! Dlaczego miałby nie upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu?
Zdążył zasięgnąć informacji o Heorgenie i wiedział, że jego rodzina dzierży jakąś mało istotną marchię na zachodzie. Skurczybyk był zatem rodowitym Kamanteryjczykiem, i to takim szlachetnie urodzonym.
Pozostawało rozmówić się z samym zainteresowanym. Odwiedził go w jego pracowni.
– Książę Pyrriven! – Na jego widok tłuścioszek aż się zapowietrzył, odłożył nożyk na deskę i wytarł dłonie w fartuch. – Czy mogę jakoś pomóc?
Pomieszczenie wypełniał ostry zapach przęśliczki, ale Neiv nie zmarszczył nosa. Przywołał na twarz najbardziej przyjacielski uśmiech, na jaki było go stać.
– Margrabia Heorgen. – Ukłonił się grzecznie. – Znamy się doskonale z widzenia, ale rzadko mieliśmy okazję do rozmowy. Tymczasem słyszę na pański temat same pochwały.
Alchemik spłonął rumieńcem. Neiv dyskretnie omiótł spojrzeniem całą jego sylwetkę. Młodziutki, zapewne tuż po dwudziestce, tuszą mógłby konkurować z najbardziej doświadczonymi żarłokami. Twarz miał okrągłą, dziecięcą wręcz, krótka szyja ledwo wyglądała spod drugiego podbródka. Włosy za uszy, z przedziałkiem pośrodku, zwisały smętnie po bokach głowy, czarne, proste i bez inwencji. Oczy, równie czarne, po dziecięcemu błyszczące, wędrowały od nieoczekiwanego gościa do krojonej przęśliczki, podczas gdy na wąskich wargach błądził nieśmiały uśmiech.
„Prawiczek”, pomyślał Neiv, „nie ma co do tego wątpliwości”.
– Bardzo mi miło – zamamrotał tymczasem grubasek.
– Wiesz, tak sobie ostatnio o tobie myślałem… – Ruszył spacerowym krokiem w głąb pracowni. – Słyszałeś może o Dgesendzie?
– Słyszałem, cóż za okropna sprawa…
– Istotnie, bardzo nieprzyjemna. Ale co zrobić, trzeba żyć dalej.
– Ano – bąknął alchemik.
– Zapewne słyszałeś również, że od kilku miesięcy poszukuję kogoś na jego miejsce, na razie bezskutecznie. Zorganizowana przeze mnie rekrutacja… cóż, nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.
– Ach. – Grubasek wyglądał na skonsternowanego. – A mówi mi pan o tym, bo…?
– Bo pomyślałem o tobie – dokończył, jakby to było coś oczywistego. – Rozumiesz chyba, że nadajesz się do tego idealnie. No, nie na kapitana – zastrzegł od razu. – Ale na szeregowego członka… Jak najbardziej.
W pierwszej chwili młodzieniec zdębiał, ale zaraz łypnął na niego spode łba.
– Dlaczego pan tak uważa? – burknął podejrzliwie.
– Jaki pan? Dla ciebie Neiv, zresztą wszyscy Królewscy są ze mną na ty, sam nie wiem, jak do tego doszło. – W rzeczywistości wiedział doskonale, to właśnie tamta popijawa natchnęła go do udoskonalenia alchemicznego remedium na kaca. – A dlaczego tak sądzę? – Oparł się swobodnie o blat. – Otóż wyobraź sobie, że spełniasz cały szereg kryteriów. Po pierwsze – jesteś alchemikiem. Szukałem na to stanowisko czarodzieja, ale skoro żadnego nie znalazłem, to następny w kolejce jest alchemik. Naturalnie.
– Naturalnie…?
– Po drugie, jesteś rodowitym Kamanteryjczykiem, na dodatek szlachetnie urodzonym. Ta pozostała trójka, Falco, Jeste, Lorcan… – Skrzywił się i pokręcił głową. – To są ludzie znikąd, a to nie wygląda za dobrze, jeśli wiesz, co mam na myśli. – Wymownie zawiesił głos, po czym wybuchnął: – No, bo jakie to sprawia wrażenie?! Elitarna straż, w której nie ma ani jednego Kamanteryjczyka! Od razu nasuwają się złośliwe komentarze: „a co to, nie mają u siebie w królestwie nikogo wystarczająco dobrego?”. Tutaj chodzi, widzisz, o kwestie wizerunkowe.
– Myślałem, że o bezpieczeństwo króla…
– I tutaj przechodzimy do meritum. Spójrz na siebie. – Twarz Neiva wyrażała teraz najwyższe uznanie. – Warunki fizyczne masz. – Skinął brodą na jego szerokie bary. – Widać, że jesteś silny jak byk, wystarczy cię tylko trochę ubić. A że jesteś młody, pojętny, to wszystkiego możesz się jeszcze nauczyć.
Zagubiony młodzian poczerwieniał jak dojrzała wiśnia.
– Czy to jakiś żart? – wykrztusił w końcu.
Neiv udał zaskoczenie, po czym psyknął, jakby urażony taką sugestią.
– Żart? Mówię najzupełniej poważnie! Ba, ja nalegam! – Obszedł stół, aby położyć dłoń na jego ramieniu. – Przyznam, że zależy mi przede wszystkim na zapełnieniu tego pustego stanowiska – dodał, niby to porozumiewawczo. – Król od tygodni zmywa mi głowę za opieszałość, tymczasem ja utknąłem w miejscu i nic nie mogę na to poradzić. Ale to byłaby szansa również dla ciebie. – Jedną ręką objął zaskoczonego młodzieńca, a drugą z rozmachem wycelował w okno. – Sam powiedz, czy nie marzysz czasem o czymś więcej?
– Czymś więcej…?
– No proszę, nawet nie wiedziałeś, że jest coś więcej! Tymczasem jesteś młody, silny, przystojny… Czy naprawdę chcesz zmarnować najlepsze lata w pracowni, podczas gdy obok toczy się prawdziwe życie?
– No… pracuję nad eliksirami…
– A właśnie! Sam powiedz, kiedy wyrwałeś się ostatnio z tego pokoju? Z tego pałacu? Pewnie już nie pamiętasz, jak to jest poczuć wiatr na twarzy…
– Wietrzę tu regularnie…
– …słowem, zamknąłeś się we własnym więzieniu. A ja… – Neiv wygiął usta w szelmowskim uśmiechu. – Ja wręczam ci klucz. Klucz do nowej przygody, być może równie fascynującej, jeśli nie bardziej. Nie zrozum mnie źle – zastrzegł od razu. – Ja również kocham alchemię, sądzę, że pod tym względem nie różnimy się wcale. Ale trochę smutno jest patrzeć, jak młody człowiek zatraca samego siebie, pozwala, aby pochłonęła go jedna dziedzina.
– No… eee… może trochę…
– Mógłbyś spróbować czegoś nowego, stać się kimś zupełnie innym. Zawsze o krok od spraw najwyższej wagi, w jednym szeregu z najwybitniejszymi wojownikami, piękny i dumny, groźny i zachwycający zarazem… – Westchnął marzycielsko i poklepał alchemika po plecach. – Zostawię cię teraz z tą myślą sam na sam, ale wrócę jutro… i mam nadzieję, że usłyszę pozytywną odpowiedź! – Wyminął go i ruszył do drzwi. – Pamiętaj, liczę na ciebie! – zawołał z ręką na klamce. – Nie odpuszczę! – zapewnił jeszcze z figlarnym uśmiechem, znikając na korytarzu.
Po jego wyjściu Dwayn złapał się pod brodę i głęboko zamyślił.
– Hm.
Następnego ranka odwiedził Lumealda w jego pracowni.
– Nie zgadniesz, kto złożył mi wczoraj wizytę – zagadał, nachylając się nad stojącym na piecyku kociołkiem. Jedno pociągnięcie nosem wystarczyło, aby rozpoznał bazę pod eliksir wzmacniający.
– No, kto?
– Arcymag. Jakaś blada ta baza, dodałbym kilka listków żywokrewu – rzucił, niby to mimochodem, żeby się trochę ze staruszkiem podroczyć. – Złożył mi bardzo ciekawą propozycję.
Lumeald nabrał chochelkę mikstury i długo oceniał jej barwę. Potem ze złością plasnął dłonią o blat.
– Nie ucz ojca dzieci robić! – zawarczał, po czym sięgnął po słoik z żywokrewem. – Jaką propozycję?!
– Jak wiesz, Królewska Straż Przyboczna stała się ostatnio uboższa o jednego członka. Arcymag zaproponował, abym tę lukę wypełnił.
Staruszek łypnął na niego z ukosa, żachnął się, a kiedy Dwayn nie pośpieszył zapewniać, że to tylko żart – nieśmiało zachichotał. Chwilę później rechotał już na całego, trzymając się za brzuch i ocierając łzy rozbawienia.
– A niech mnie, czego ta łajza nie wymyśli!
Dwayn jakby tego wybuchu nie dostrzegł, przyglądał się w zamyśleniu wędrującej po blacie mrówce.
– Postanowiłem przyjąć jego ofertę – oznajmił spokojnie.
Lumeald momentalnie przestał chichotać.
– To jest tak głupie, że nawet nie wiem, co powiedzieć.
– Przemyślałem jego argumenty i doszedłem do wniosku, że ma rację. Coś takiego dobrze mi zrobi.
– „Coś takiego”? Czyli, przepraszam, co? Łażenie po pałacu z ręką na mieczu?
– To moja szansa, żeby spróbować czegoś nowego. Zażyć ruchu, wyjść do ludzi…
Starzec wybałuszył na niego blade oczka.
– Ale wiesz, że zaproponował ci to tylko dlatego, że chce cię odciągnąć od alchemii? Pewnie już wie, że zamierzam cię wskazać jako swojego następcę, a teraz próbuje do tego nie dopuścić.
Dwayn powoli skinął głową.
– Jestem tego w pełni świadomy… a jednak postanowiłem z tej szansy skorzystać.
– Szansy? Jakiej szansy?! A co z twoimi badaniami?!
– No właśnie, badania. – Dwayn westchnął ciężko. – Czuję, że się wypaliłem. Od kiedy pamiętam, całe życie spędzam zamknięty w jednym pokoju. To prawda, najpierw to było w domu, później w Ehwylder, a teraz tutaj… Ale mimo wszystko to zawsze jest jeden pokój.
Stary alchemik wziął się pod boki.
– Chcesz drugą pracownię? Dostaniesz!
Dwayn miną dał mu do zrozumienia, że to nie pora na żarty. Oparł się o stół i skrzyżował ręce na ramionach.
– To, co powiedział, dało mi do myślenia – wyznał nieśmiało. – Może to rzeczywiście nie jest najlepszy sposób na przepędzenie całego życia. Co będę wspominał na starość, o czym będę opowiadał wnukom? – Zgarbił ramiona, przymrużył oczy i zachrypiał: – „I właśnie wtedy, w kluczowym momencie, skończyła nam się szałwia!” „O, pamiętam, że pewnej deszczowej jesieni dostaliśmy zgniłe korzonki wczornika…”.
– Dwayn, o czym ty w ogóle mówisz?! – Lumeald podszedł bliżej, ścisnął go za ramiona i spojrzał mu głęboko w oczy. – Jesteś geniuszem, rozumiesz?! Geniuszem! Będziesz opowiadać o swoich odkryciach, o zaszczytach, jakie ci przyniosły! Co z twoim antidotum? Przecież jest już na ukończeniu!
– No właśnie.
– A twój ogień? To dopiero będą fajerwerki!
– Sam już nie wiem. – Dwayn odsunął ręce starca i podszedł do okna. – Czuję, że utknąłem w martwym punkcie. Po raz pierwszy natrafiłem na przeszkodę, której być może nie potrafię pokonać. Każde rozwiązanie rodzi tylko kolejne problemy. I wiesz co? Mam już tego dosyć. – Tupnął nogą. – Mam dosyć tych żmudnych eksperymentów, tego ślęczenia nad kociołkiem, obliczania proporcji, odmierzania na wadze… No ile można?!
Za jego plecami Lumeald prychnął kpiąco.
– Dwayn, jesteś alchemikiem. Alchemikiem – powtórzył z naciskiem – a nie zabijaką. Czy ty widziałeś kiedyś tę całą Straż? Widziałeś, jak im patrzy z oczu? Przecież to są zwykli mordercy! Będziesz przy nich wyglądał jak jagniątko wśród wilków.
– Wiesz, że lubię wyzwania. Wszystkiego się nauczę.
– Dwayn, to jest… zupełnie inna kategoria. I to pod więcej niż jednym względem. Wybacz, ale z której strony na ciebie nie patrzę, nie dostrzegam choćby najmniejszego zadatku na mistrza miecza.
– Kto powiedział, że muszę być mistrzem?
– To się rozumie samo przez się! Wszak chodzi tutaj o samego króla, o jego zdrowie i życie!
– Straż Królewska pełni głównie funkcję reprezentacyjną.
– A jakże, dopóki nie przyjdzie co do czego! Ciebie tu jeszcze nie było, ale ja doskonale pamiętam, jak skończyli strażnicy, którzy zagapili się na tyle, że dopuścili do Merlestera zamachowca. A teraz zgadnij, czy w kamieniołomie dostaniesz własną pracownię!
– Wszystko można wyćwiczyć – upierał się Dwayn. – A mnie przyda się trochę ruchu. Popatrz na mnie, jaki jestem blady, męczy mnie nawet wchodzenie po schodach…
– O tym właśnie mówię!
– …a teraz poczułem, że najwyższy czas to zmienić. W końcu, jak mawiał Fingylf z Miranagis: „Ciało, umysł i duch – biada temu, kto zaniedba choć jedno”.
Lumeald wykrzywił pomarszczoną facjatę.
– „O, nieba!” – zaintonował. – „Ileż bym dał za krztynkę tej słodkiej głupoty, co to młodego popycha do życia, do śmierci!” Żeby nie było, tak pisał Tworhea z Ostrunu. Ja osobiście za wszelką głupotę dziękuję.
Dwayn zadarł wyzywająco brodę.
– A jednak spróbuję.
Starzec uśmiechnął się z politowaniem i machnął na niego ręką.
– A idź, idź. Nie będę cię zatrzymywał, bo i tak zaraz wrócisz.
– Jeszcze zobaczymy – odparł hardo. – I nie martw się na zapas, to nie tak, że rzucam alchemię na dobre. Kilka godzin dziennie w pracowni, to będzie mój warunek.
Lumeald prychnął kpiąco i nachylił się nad kociołkiem.
– Cóż to za farsa!
Dwayn szukał przez chwilę odpowiedniej riposty, ale że żadnej nie znalazł, to odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Następnego dnia udał się na plac za cytadelą, gdzie arcymag oficjalnie przedstawił go Królewskim.
– Dwayn Heorgen, margrabia Rostremeldu – zaanonsował, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Doskonały alchemik, a teraz również nowy członek Królewskiej Straży Przybocznej.
– Czy to jakiś żart? – zapytał chłodno Falco.
Mały, lecz bezpieczny u boku arcymaga, Dwayn dyskretnie lustrował wzrokiem całą trójkę. Najbliżej stał Falco, zdecydowanie najmłodszy – biorąc poprawkę na domieszkę elfickiej krwi, która płynęła w jego żyłach, mógł mieć nie więcej jak dwadzieścia siedem, osiem lat. Jego białe włosy wyglądały dość niezwykle w połączeniu z piwnymi oczami, niewątpliwie odziedziczonymi po ludzkim rodzicu, podobnie jak krzaczaste brwi i wydatny, kanciasty nos. Na jego twarzy, całkiem przystojnej, malowały się powaga i skupienie. Obok stała Jeste, kobieta niepierwszej już młodości, przeciętnego wzrostu, o niekobieco szerokich barkach. Włosy, proste i nijakie w kolorze, zbierała zawsze w kucyk na tyle głowy. Jej szczupła twarz, nie za ładna, miała w sobie coś końskiego, i tylko oczy – duże, brązowe – nadawały jej jakiś łagodniejszy rys. Linię zamykał Lorcan, zdecydowanie najstarszy, na pewno po czterdziestce, może nawet bliżej pięćdziesiątki. Wysoki i szczupły, na pierwszy rzut oka nie wzbudzał respektu, ale po jego ruchach znać było siłę. Gębę miał wyjątkowo paskudną, wręcz szczurzą, dobrą dla ulicznego rzezimieszka. W cienkich, prostych włosach, ni to słomianych, ni to rudawych, połyskiwały nitki siwizny; nos, ostry i krzywy, z pewnością miał za sobą bogatą historię złamań. Usta mężczyzny, wąskie i blade, zaciskały się brzydko, kiedy spoglądał na nowego członka drużyny; brudnozielone oczy pozostawały brzydko zmrużone.
– Nie zwykłem żartować w takich sprawach – odparł równie chłodno Pyrriven. – Po fiasku, jakim zakończyła się nasza rekrutacja, postanowiłem nieco obniżyć wymagania. Margrabia Heorgen…
– Nieco?! – podchwycił Falco, zaznaczając dłonią wysokość, na jakiej znajdował się czubek głowy Dwayna.
– Widuję go czasem na korytarzach – wtrącił Lorcan – i zawsze się zastanawiam, dlaczego idzie, skoro mógłby się toczyć.
– Margrabia Heorgen – arcymag podniósł głos – jest rodowitym Kamanteryjczykiem, którego rodzina od pokoleń strzeże zachodnich rubieży naszego królestwa. Na dodatek jest alchemikiem, czyli takim prawie czarodziejem…
– „Prawie czarodziejem”? – upewnił się Falco.
– Dokładnie. Aż trudno uwierzyć, że pomyślałem o tym dopiero teraz, wszak jego umiejętności są dla was na wagę złota! Jako alchemik ma w sobie wiele z lekarza, więc w razie potrzeby będzie w stanie udzielić pierwszej pomocy. Poza tym uzgodniliśmy już, że opracuje jakieś cudeńko, które przyda wam się w pracy…
– A czy nie mógłby tego cudeńka opracowywać z daleka?
Pyrriven zmarszczył groźnie czoło.
– Margrabia Heorgen jest młodym, ambitnym człowiekiem, niebojącym się wyzwań i ciężkiej pracy. Wystarczy kilka miesięcy szkolenia, aby osiągnął zadowalający poziom umiejętności. Świadczę za niego własnym nazwiskiem.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ogromny biały elf i mniejszy, acz ważniejszy arcymag.
– Co tu jest grane? – wycedził zimno ten pierwszy, na co ten drugi żachnął się z oburzeniem.
– Nic nie jest grane! Ma was być czwórka, a to jest ten czwarty. Musi jeszcze domknąć kilka spraw, dlatego umówiliśmy się, że zaczniecie za tydzień. Bo to wy – powiódł po całej trójce wyciągniętym palcem – jesteście odpowiedzialni za jego szkolenie. Obiecałem królowi, że za pół roku będzie prezentował odpowiedni poziom. Do tego momentu jego funkcje będzie pełnić straż pałacowa.
– Nie ma mowy – oświadczył Falco. – On się nie nadaje, w najmniejszym stopniu.
– Odnoszę wrażenie, że nieco się zapominasz. – Książę Pyrriven postąpił krok do przodu. – Jeszcze nie słyszałem, żeby jakiś strażnik ośmielał się kwestionować decyzję arcymaga.
Białowłosy twardo stał w miejscu, a wzroku nie spuścił.
– Chodzi tutaj o samego króla. Nie wiem, jakie masz motywy, ale nie pozwolę, abyś narażał dla nich jego osobę.
– Moje motywy są czyste jak łza – wycedził czarodziej – a król zaakceptował mój wybór. – Jakże się narobił, zanim go urobił! – Zresztą Straż Przyboczna pełni głównie funkcję reprezentacyjną, by nie rzec: odstraszającą.
– Ach, więc to tak? Ależ ja się wygłupiałem z tymi oczami dookoła głowy.
– Dyskusję, od początku bezcelową, uważam za skończoną – oznajmił wyniośle Pyrriven. – A teraz zostawię was samych, żebyście mogli się trochę poznać oraz omówić szczegóły szkolenia. Proponuję, żeby zaczął od miecza.
Rzucił Królewskim ostatnie ostrzegawcze spojrzenie, po czym zniknął. Nad dziedzińcem zaległa grobowa cisza. Spłoszony Dwayn rozejrzał się po tych groźnych twarzach, po tych płonących żądzą mordu oczach, i odruchowo wciągnął głowę w ramiona.
– Cześć – zagadał, unosząc rękę w przyjaznym geście.
Jak na komendę, cała trójka odwróciła się i odeszła.
Dwayna to nie zniechęciło, raczej zagrzało do walki. Przez te ostatnie dni przed rewolucją bynajmniej nie próżnował. W pracowni uwijał się, jak mógł, a popołudniami chodził na długie spacery. Przemierzał cały pałac, wchodząc i schodząc po schodach. Poza tym gimnastykował się w swoim pokoju: podskoki, skłony, wiatraki, a na koniec obowiązkowe dziesięć przysiadów.
Pierwszego dnia Falco zabrał go za miasto. Wprowadził go w jakiś lasek, a tam bez ostrzeżenia przeszedł do truchtu. Dwayn prędko go dogonił, a choć tyle wystarczyło, aby nabawił się zadyszki, to zacisnął zęby i wytrwale przebierał nogami.
Zatrzymał się po jakichś stu jardach.
– Możemy trochę zwolnić?! A najlepiej odpocząć?!
Falco nieśpiesznie wyhamował, po czym odwrócił się przez ramię i posłał mu wiele mówiące spojrzenie.
– Dalej pójdziemy – oznajmił sucho.
Maszerowali przez jakąś milę, aż skończyły się drzewa i wyszli na zieleniejącą łąkę. Tam białowłosy zwrócił ku niemu poważne oblicze.
– Wszelkie szkolenie jest na ten moment pozbawione sensu – stwierdził okrutnie, a Dwayn niechętnie przyznał mu rację. – Przyjdź do mnie, kiedy będziesz potrafił bez zmęczenia pokonać odcinek od bramy do tego miejsca. Wystarczy szybki trucht.
Dwayn zgłosił się do niego jakieś trzy tygodnie później. Falco nie omieszkał sprawdzić jego postępów; łaskawie przymknął oko na rzężenie. Kiedy dotarli na łąkę, poinformował, że całe szkolenie będzie się odbywać właśnie tam.
– Nie mogę pozwolić, żeby ktoś to zobaczył – wyjaśnił. – Tak będzie lepiej również dla ciebie, bo oszczędzisz sobie wstydu.
– Nawet nie wiesz, co potrafię! – zawołał hardo Dwayn.
Jak każdy dobrze urodzony mężczyzna, trzymał kiedyś w ręku miecz. Prawda, że to było dawno, we wczesnym dzieciństwie, bo potem pochłonęła go alchemia; pomimo tego nie życzył sobie, aby traktowano go jak żółtodzioba. Zwłaszcza, że cały wczorajszy wieczór spędził w bibliotece, przeglądając traktaty szermiercze.
– Mam złe przeczucia – odparł białowłosy i pochylił się nad pakunkiem, który przytargał ze sobą na plecach. Dwayn zdążył już odgadnąć, co jest w środku, a to za sprawą charakterystycznego stukania. Teraz założył ręce na piersi i przybrał wielce sceptyczny wyraz twarzy.
– Drewniane miecze? – prychnął. – Sądzisz, że nie jestem gotów na stal?
Falco podniósł głowę i przewiercił go spojrzeniem.
– Był u mnie arcyalchemik – wyjaśnił chłodno. – Błagał mnie, żebyśmy cię za bardzo nie poharatali. Obiecałem, stąd to drewno.
Dwayn momentalnie oblał się pąsem.
– No nie! Co za impertynencja! Nikt go o to nie prosił, a już na pewno nie ja!
– On jeden ma trochę oleju w głowie.
Chwycili miecze w dłonie i stanęli naprzeciw siebie. Klingi, nie dość, że drewniane, to jeszcze miały zaokrąglony sztych.
– Zacznijmy od podstaw – westchnął olbrzym. – To jest miecz. Miecz dzieli się na klingę i rękojeść. Rękojeść składa się z głowicy, trzonu i jelca…
– To są same oczywistości!
– Klinga, inaczej głownia, dzieli się na słabość i siłę, mniej więcej tutaj, w połowie długości. Siła – to ta część bliżej rękojeści, tutaj możesz skutecznie przyłożyć nacisk. Słabość – to ta część ze sztychem. Łatwo ustępuje pod naciskiem, ale można nią szybko manewrować.
– Tak jakbym tego nie wiedział!
– Miecz długi to miecz dwuręczny. Możesz go trzymać tak – wyciągnął drewnianą imitację daleko przed siebie, mierząc sztychem w jego twarz – ale możesz go też skrócić, przechodząc do półmiecza. – Prawą dłoń pozostawił na rękojeści, a lewą zacisnął na klindze, w połowie jej długości. – Dzięki temu możesz zadawać ciosy jelcem i głowicą, możesz też celniej operować sztychem, co jest szczególnie przydatne przeciwko pancerzowi. Zwróć uwagę, że jeśli robisz to na prawdziwym ostrzu, warto mieć dobre rękawice.
– Bardzo śmieszne.
– Wielu początkujących popełnia ten błąd, że widząc miecz, uderza prosto w niego, jakby to on był przeciwnikiem. Tymczasem wrogi miecz należy obejść, a nie spuścić mu lanie. W tym celu uważnie obserwujemy poczynania przeciwnika i wyglądamy otwarcia, to znaczy miejsca, gdzie tamten akurat się odsłonił. Ciało możemy podzielić na cztery podstawowe otwarcia, dwa górne i dwa dolne. Pierwsza linia przebiega pionowo przez środek ciała – przeciągnął dłonią w powietrzu – a druga poziomo, na wysokości pępka. Najlepiej celować w otwarcia górne, bo łatwiej ich dosięgnąć, choć zazwyczaj będą też lepiej strzeżone.
– Wiadomo.
– No dobrze, spróbujmy. – Z piersi olbrzyma wyrwało się głębokie westchnięcie. – Na razie obie dłonie na rękojeści. Klinga na prawe ramię, lewa stopa do przodu… – Mówiąc, demonstrował właściwe posunięcia. – O, tak. To jest „dach”, podstawowa garda, najbardziej instynktowna. A teraz opuść miecz na wysokość bioder, a sztych wyceluj w moją pierś… Tak, to jest „pług”, wyjściowa postawa do pchnięć. A teraz zawiń do góry, łokieć nad głowę… Sztych w przeciwnika! No, niech będzie. To jest „wół”, zapamiętaj sobie te nazwy, bo nie zamierzam się powtarzać. A teraz wracamy do dachu… Dobrze. Zrób krok do przodu i spróbuj trafić mnie w głowę.
Ćwiczyli codziennie po kilka godzin. Falco starał się sprawić, aby Dwayn wykształcił w sobie pewne niezbędne odruchy, aby instynktownie reagował na zmiany nacisku, przewidywał i uprzedzał działania przeciwnika. Okazał się dobrym nauczycielem, może dlatego, że miał już pewne doświadczenie – wszak uczył szermierki synów Merlestera.
– A teraz trawers! Nie uciekaj tak daleko, jak chcesz mnie stamtąd dosięgnąć?! Jeszcze raz, bardziej po skosie!
– Wróć! Co to było, chciałeś to sparować sztychem?! Od czego masz silną część miecza?!
– Nie walczysz rękoma, tylko całym ciałem! No dalej, skręć trochę to cielsko!
– OTWARCIE, szukaj otwarcia! No, gdzie się odsłoniłem?! Genialnie. To teraz zawiń do góry i spróbuj mnie pchnąć.
– Nie trafisz mnie, jeśli nie odsuniesz mojego ostrza!
– Szybciej, to ma być nieuchwytne okiem!
– Z WYCZUCIEM! Musisz wyczuć nacisk, od niego uzależniasz odpowiedź!
– Przecież widzisz, że jestem silniejszy, dlaczego próbujesz się ze mną siłować?! Na siłę odpowiadasz słabością! Od początku, ale tym razem szybko wycofaj i znowu pchnij.
Po dwóch tygodniach do szkolenia włączył się Lorcan, który miał uczyć Dwayna krótkiego miecza i walki wręcz.
– No dobra – westchnął ciężko brzydal, kiedy już zmierzył go wzrokiem z góry na dół. – Pokaż, co potrafisz. Ja będę stał, a ty mnie bij.
Dwayn wygiął sceptycznie brew.
– Jesteś tego pewien?
Cios. Szybki, bez ostrzeżenia. Dwayn wrzasnął i zatoczył się na bok, przyciskając dłoń do policzka.
– AŁA, AŁA! Nie tak się umawialiśmy!
– Po pierwsze – odrzekł beznamiętnie mężczyzna – nigdy nie ufaj przeciwnikowi. Nie pozwól, żeby cię zagadał, a już tym bardziej, żeby cię zaskoczył. To jak, wystarczy? Poddajesz się?
– Nigdy! To nie w moim stylu.
– No to dawaj.
Ledwo zacisnął pięści, kiedy bardzo podobny cios wylądował dokładnie na jego nosie.
– AU! No co ty robisz, miałeś mnie uczyć, a nie katować!
– Kiedy ja uczę, zgodnie z zamówieniem. Tak wygląda prawdziwe życie.
– Chyba trzeba od czegoś zacząć?! Mam paść trupem, zanim opanuję podstawy?!
– Bywa i tak. Bardzo często.
Tym razem Dwayn nieco się odsunął, zanim naprostował plecy.
– Skoro tak, to dobrze – zasapał, wyciągając przed siebie ostrzegawczy palec. – Pojąłem już zasady twej gry. Nie łudź się, że znów dam się podejść.
