Czerwone Zwoje Magii - Cassandra Clare, Wesley Chu - ebook

Czerwone Zwoje Magii ebook

Cassandra Clare, Wesley Chu

4,2

Opis

Najbardziej znane na świecie uniwersum Nocnych Łowców doczekało się porywającej serii o Magnusie i Alecu. Cassandra Clare powraca z opowieścią o parze shipowanej przez miliony czytelników! Jedyne, o czym marzył Magnus Bane, to podróż po Europie z Alekiem Lightwoodem – Nocnym Łowcą, który wbrew przeciwnościom losu w końcu został jego chłopakiem. Jednak gdy tylko para zadomawia się w Paryżu, przybywa stary przyjaciel z wiadomościami o sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Kult został lata temu założony przez Magnusa dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Magnus i Alec wyruszają w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód. Magnus i Alec będą musieli zaufać sobie bardziej niż kiedykolwiek – nawet jeśli oznacza to ujawnienie tajemnic, które chcieli zatrzymać tylko dla siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Red Scrolls of Magic

 

Copyright © 2019 by Cassandra Clare, LLC

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Michał Szalbierski, 2020

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Anna Królak, Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Cliff Nielsen

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66517-91-2

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ponieważ każdy zasługuje

na wspaniałą historię o miłości

C.C.

 

Powieść tę dedykuję miłości,

która jest największą przygodą

W.C.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Domaganie się nieśmiertelności jednostek oznacza właściwie chęć przedłużania w nieskończoność pewnego błędu”[1].

Arthur Schopenhauer

 

„Twej samotności znam teraz powody”[2].

William Shakespeare

 

 

 

 

 

[1] Arthur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, t. 2, w przekł. Jana Garewicza.

[2] William Shakespeare, Wszystko dobre, co się dobrze kończy, w przekł. Leona Ulricha.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

Miasto miłości

 

 

• • •

 

 

„W Paryżu nie da się uciec od przeszłości”.

Allen Ginsberg

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Zderzenie w Paryżu

 

 

 

 

 

 

Z tarasu na najwyższym poziomie wieży Eiffla rozciągał się wspaniały widok. Miasto leżało u stóp Magnusa Bane’a i Aleca Lightwooda niczym rozpakowany prezent. Gwiazdy mrugały, jakby wiedząc, że mają konkurencję: brukowane ulice lśniły złotem, a Sekwana wiła się jak srebrna wstążka, którą owinięto gustowną bombonierkę. Paryż, miasto bulwarów i bohemy, miłości i muzeów.

Magnusowi Paryż kojarzył się także z wieloma wyjątkowo żenującymi niepowodzeniami, nieudanymi planami i kilkoma romantycznymi katastrofami, ale to, co zaszło w przeszłości, nie miało już znaczenia.

Tym razem miał zamiar odczarować Paryż. Przez czterysta lat życia nauczył się, że niezależnie od celu podróży tym, co się podczas niej naprawdę liczyło, było towarzystwo. Spojrzał na Aleca Lightwooda, który siedział przy stoliku naprzeciwko niego i ignorując wdzięk i blask Paryża, z uśmiechem wypisywał pocztówki do rodziny.

Alec kończył wiadomość na każdej kartce słowami „Żałuję, że cię tu nie ma”. Tymczasem Magnus chwytał każdą z nich i dopisywał zamaszyście: „Tak naprawdę to wcale nie!”.

Szerokie plecy Aleca pochylały się nad stolikiem. Runy spływały po jego muskularnych ramionach. Jedna z nich gasła powoli na szyi, tuż pod mocną linią szczęki. Kosmyk nieposłusznych czarnych włosów opadał mu na oczy. Magnus poczuł nagłą chęć, by odsunąć włosy z jego czoła, ale się powstrzymał. Publiczne okazywanie uczuć zawsze krępowało Aleca. Może nie było tu żadnych Nocnych Łowców, ale zwykli ludzie również nie zawsze akceptowali takie gesty. Magnus głęboko tego żałował.

– Jakieś głębokie przemyślenia? – zapytał Alec.

– Próbuję raczej w ogóle nie myśleć – odparł Magnus.

Czerpanie radości z życia było ważną umiejętnością, ale czasem przychodziło mu z trudem. Zaplanowanie idealnej podróży do Europy okazało się niełatwe. Magnus w kilku przypadkach został zmuszony do improwizacji i wybrnął z tego olśniewająco. Wyobrażał sobie czasem, że opisuje swoje wyjątkowe wymagania przez telefon pracownicy biura podróży.

– Dokąd się pan udaje? – pytała dziewczyna w jego wizji.

– Pierwsze wakacje z nowym chłopakiem – odpowiedziałby Magnus, ponieważ dopiero od niedawna mógł publicznie mówić o swoim nowym związku, a lubił się chwalić. – Najnowszym. Sprawa jest tak świeża, że wciąż pachnie jak nowy samochód.

Ich związek trwał tak niedługo, że wciąż jeszcze uczyli się nawzajem swoich rytmów; każde spojrzenie, dotknięcie czy ruch wydawał im się piękny, a zarazem dziwny. Czasem Magnus łapał się na tym, że patrzy na Aleca – lub dostrzegał, że Alec patrzy na niego – z kompletnym osłupieniem. Wydawało im się, że odkryli coś nieoczekiwanego, ale nieskończenie pożądanego. Nie byli siebie jeszcze pewni, ale chcieli być.

A przynajmniej tego chciał Magnus.

– To klasyczna historia. Poderwałem go na imprezie, on zaprosił mnie na randkę, a potem ramię w ramię stoczyliśmy heroiczną magiczną bitwę między dobrem a złem. Teraz potrzebujemy wakacji. Problem polega jednak na tym, że on jest Nocnym Łowcą – wyjaśniałby agentce.

– Że co, proszę? – zapytałaby dziewczyna.

– Och, wie pani, jak to jest. Dawno, dawno temu demony próbowały opanować świat. Proszę sobie wyobrazić szturm na sklepy w Czarny Piątek, tylko dużo, dużo więcej krwi i dużo, dużo mniej jęków rozpaczy. Jak zdarza się w trudnych czasach, prawym i szlachetnym wojownikom – a więc nie mnie – przyszedł z pomocą Anioł. Udzielił wybranym i ich potomkom anielskich mocy, by mogli bronić ludzkości. Dał im także ich własny, sekretny kraj. Anioł Raziel był szczodrym darczyńcą. Nocni Łowcy kontynuują walkę do dziś; to niewidzialni, wierni obrońcy w lśniących zbrojach. Bez żadnej ironii, są z definicji świętsi od papieża… co wydaje mi się wyjątkowo irytujące. Są dosłownie świętsi niż większość ludzi, a na pewno dużo bardziej niż ja, ponieważ jestem prawdziwym czarcim pomiotem.

Nawet Magnus nie potrafił sobie wyobrazić, jak zareagowałaby na to dziewczyna z biura podróży. Prawdopodobnie jęknęłaby tylko z zaskoczenia.

– A co, nie wspomniałem o tym? – zdziwiłby się. – Są również istoty skrajnie odmienne od Łowców. Nazywają się Podziemnymi. Alec jest potomkiem Anioła, synem jednego z najstarszych rodów w Idris, krainie ludu Nefilim. Jestem pewien, że jego rodzice nie byliby zachwyceni, gdyby zobaczyli, że prowadza się po Nowym Jorku z faerie, wampirem czy wilkołakiem. Sądzę też, że z dwojga złego woleliby każdą z tych możliwości od czarownika. Uznają nas za najbardziej niebezpiecznych i podejrzanych spośród Podziemnych. Pochodzimy od demonów, a ja jestem nieśmiertelnym potomkiem pewnego niesławnego Wielkiego Demona… chociaż chyba zapomniałem o tym wspomnieć mojemu chłopakowi. Szanujący się Nocni Łowcy nie powinni zapraszać takich jak ja do domu, żeby ich przedstawić mamie i tacie. Mam bogatą przeszłość, i to niejedną. Poza tym faceci z rodu Łowców w ogóle nie powinni przyprowadzać do domu chłopaków.

Tymczasem nie tak dawno Alec dość jednoznacznie określił swoją orientację. Stanął w Sali Anioła, pod portretami przodków, i pocałował Magnusa prosto w usta, na oczach całej swojej nefilimskiej rodziny. Była to najbardziej zaskakująca i najmilsza niespodzianka w długim życiu czarownika.

– Walczyliśmy ostatnio w wielkiej wojnie, która zapobiegła wyginięciu ludzkości, nie żeby ludzie byli jakoś specjalnie wdzięczni… i nic dziwnego, skoro w ogóle o tym nie wiedzieli. Nie przypadła nam w udziale sława ani stosowne wynagrodzenie, za to ponieśliśmy straty, których nie jestem w stanie opisać. Alec stracił brata, ja przyjaciela, więc obu nam przydałyby się wakacje. Obawiam się, że mój chłopak nigdy nie robił nic dla przyjemności, chyba że uznać za takie przeżycie kupno nowego, lśniącego noża. Chciałbym zrobić coś miłego dla niego i z nim. Chciałbym na chwilę opuścić to chaotyczne życie i sprawdzić, czy potrafimy być razem. Może mi pani polecić jakąś romantyczną wycieczkę?

W tym momencie nawet wyimaginowana agentka biura podróży przerywała połączenie.

Dlatego musiał samodzielnie zaplanować romantyczną wycieczkę do Europy, i to w najdrobniejszych szczegółach. Ale przecież nazywał się Magnus Bane, był czarujący i tajemniczy, więc potrafił zaplanować wycieczkę i zrealizować ten plan w wielkim stylu. Wojownik wybrany przez Anioły i nienagannie ubrany potomek demonów, zakochani i gotowi na przygody w trakcie podróży po Europie. Co mogło pójść nie tak?

Rozmyślając nad kwestiami stylu, Magnus przesunął swój szkarłatny beret tak, by wyglądać bardziej zawadiacko. Alec podniósł wzrok i już go nie opuścił.

– A właśnie, może też chcesz beret? – zapytał czarownik. – Wystarczy jedno słowo. Mam przy sobie kilka w różnych odcieniach, można powiedzieć, że jestem beretowym rogiem obfitości.

– Nie, dam sobie z tym spokój – stwierdził Alec. – Ale dzięki – dodał, uśmiechając się. Może niepewnie, jednak na pewno był to uśmiech.

Magnus oparł brodę na dłoni. Chciał zachować w pamięci ten obraz: Alec, gwiazdy i Paryż w tle, żeby zatrzymać go i wracać do niego przez wiele lat. Miał nadzieję, że to wspomnienie nie okaże się w przyszłości bolesne.

– O czym myślisz? – zapytał go chłopak. – Ale serio?

– Serio? – odparł Magnus. – Myślę o tobie.

Alec wydawał się tym zdumiony, mimo że dzięki refleksowi Łowcy trudno było go zaskoczyć. Niezależnie od tego, czy coś działo się na ulicy, czy też w łóżku – gdzie na razie tylko spali, dopóki (a właściwie: jeżeli) Alec nie zażyczy sobie czegoś więcej – reagował zawsze szybciej. A jednak taka mała wzmianka potrafiła go zbić z tropu.

Teraz czarownik wiedział już, jak trudno zrobić niespodziankę Alecowi, więc przygotował się odpowiednio do tego wieczoru.

Paryż był pierwszym przystankiem na ich trasie. Być może rozpoczynanie romantycznych europejskich wakacji od Miasta Miłości było banalne, ale Magnus uważał, że klasyczne chwyty nie bez powodu otrzymały taką etykietkę. Przebywali tu niemal od tygodnia i czarownik czuł, że nadeszła pora, by podkręcić tempo.

Alec skończył wypisywać ostatnią pocztówkę, a Magnus sięgnął po nią, ale w połowie gestu zrezygnował. Przeczytał, co napisał jego chłopak, i uśmiechnął się, przyjemnie zaskoczony.

Na kartce przeznaczonej dla siostry Alec napisał: „Żałuję, że cię tu nie ma”, po czym sam dodał: „Tak naprawdę to wcale nie!”, i uśmiechnął się nieznacznie do towarzysza.

– Gotowy na następną przygodę? – spytał Magnus.

– Chodzi ci o kabaret? – Alec wydawał się zaintrygowany. – Mamy bilety na dziewiątą. Powinniśmy sprawdzić, ile czasu zajmie nam dotarcie na miejsce.

Najwyraźniej nie był nigdy dotąd na porządnych wakacjach. Wciąż próbował planować wszystko tak, jakby przygotowywali się do bitwy.

Magnus machnął leniwie dłonią, jakby odganiał muchę.

– W Moulin Rouge zawsze jest czas na jeszcze jedno przedstawienie. Odwróć się. – Wskazał na coś za plecami Łowcy. Alec się obejrzał.

Ku wieży Eiffla dryfował balon na ogrzane powietrze, pomalowany w jaskrawe błękitne i fioletowe pasy, kołysząc się w powiewach wiatru. Kosz zastąpiono drewnianą platformą, wiszącą na czterech sznurach, na której stały dwa krzesła i stół zastawiony dla dwóch osób, ze smukłym wazonem z pojedynczą różą pośrodku i trójramiennym świecznikiem. Co prawda wiatr zdmuchnął świeczki, ale zirytowany Magnus pstryknął tylko palcami i na knotach znów zatańczyły płomienie.

– Och… Potrafisz latać tym czymś? – zapytał Alec.

– Ależ oczywiście! – oświadczył czarownik. – Nie opowiadałem ci, jak ukradłem taki balon, żeby uratować królową Francji?

Alec wyszczerzył zęby, jakby usłyszał żart, a Magnus odwzajemnił uśmiech. Maria Antonina swego czasu potrafiła nieźle narozrabiać.

– Pytam tylko dlatego – zaczął Alec z namysłem – że nigdy nie widziałem, żebyś prowadził chociażby samochód.

Wstał, podziwiając balon, na który rzucono czar niewidzialności. Ludzie wokół nich – Przyziemni – byli przekonani, że Alec po prostu gapi się przed siebie.

– Potrafię prowadzić. Umiem także latać, pilotować i kierować każdym innym pojazdem, jaki wymyślisz. Nie mam zamiaru rozbić tego balonu o jakiś komin.

– A-haaa… – powiedział Łowca z zastanowieniem.

– Wygląda na to, że głęboko się zamyśliłeś – zauważył Magnus. – Czy zastanawiasz się może, jak czarujący i romantyczny jest twój chłopak?

– Zastanawiam się raczej, jak cię ochronić, jeżeli rozbijemy się o jakiś komin.

Podszedł do Magnusa i odgarnął niesforny lok z jego czoła. Jego dotyk był lekki i czuły, a zarazem swobodny, tak jakby Alec nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Czarownik nie zauważył nawet, że włosy opadają mu na oczy.

Przechylił głowę i się uśmiechnął. Sytuacja, w której ktoś o niego dbał, wydawała mu się nietypowa, ale po namyśle gotów był przyznać, że mógłby do tego przywyknąć.

Jednym magicznym ruchem odwrócił uwagę Przyziemnych, a potem użył krzesła jako stopnia, wspinając się na rozkołysaną platformę. W chwili, kiedy postawił na niej obie stopy, poczuł, jakby stał na solidnym gruncie. Wyciągnął rękę do towarzysza.

– Zaufaj mi.

Alec zawahał się, po czym chwycił dłoń Magnusa, ściskając ją mocno i uroczo się przy tym uśmiechając.

– Tak zrobię.

Po czym swobodnie przeskoczył nad poręczą. Usiedli przy stole, a balon, wznosząc się chybotliwie, niczym czółno na wzburzonym oceanie, oddalił się – niewidzialny – od wieży Eiffla. Kilka chwil później płynęli wysoko nad panoramą miasta, rozciągającego się pod nimi wzdłuż i wszerz.

Magnus patrzył, jak Alec obserwuje je z wysokości kilkuset metrów. Czarownik bywał już wcześniej zakochany i zawsze kończyło się to źle. Krzywdzono go, a on nauczył się dochodzić z powrotem do siebie. Wiele razy.

Inni kochankowie mówili Magnusowi, że nie da się go traktować serio, że jest przerażający, zbyt wymagający, nie dość wymagający… Dlatego przewidywał, że może rozczarować Aleca. Prawdopodobnie tak będzie.

W razie gdyby uczucia Łowcy nie przetrwały próby czasu, Magnus chciał, żeby chociaż ta wycieczka pozostała dobrym wspomnieniem. Miał nadzieję, że stanie się fundamentem czegoś większego, ale jeśli mieli na tym poprzestać, to zamierzał wykorzystać okazję w pełni.

Krystaliczny blask wieży Eiffla stopniowo znikał w oddali. Ludzie nie oczekiwali, że przetrwa tyle lat, a mimo to wciąż tam była, a w dodatku stała się jednym z symboli miasta.

Platforma zachwiała się w gwałtownym podmuchu wiatru, a balon raptownie opadł o kilkanaście metrów, kręcąc się wokół osi, zanim Magnus stanowczym gestem nie przywrócił mu stateczności.

Alec rozejrzał się, marszcząc nieznacznie brwi i mocno trzymając się krzesła.

– Jak kontrolujesz tę rzecz?

– Nie mam pojęcia! – zawołał Magnus triumfalnie. – Po prostu używam czarów!

Balon przeleciał nad Łukiem Triumfalnym, mijając jego szczyt o kilkanaście centymetrów, po czym skręcił ostro ku Luwrowi, unosząc się tuż nad dachami budynków.

Magnus nie czuł się tak beztrosko, jak starał się wyglądać. To był wyjątkowo wietrzny wieczór. Utrzymanie niewidzialnego balonu na stabilnym kursie i w pionie było większym wysiłkiem, niż chciałby przyznać. A przecież nawet jeszcze nie zaczęli kolacji! Do tego cały czas musiał na nowo zapalać świeczki.

Romantyzm wymagał sporego wysiłku.

Poniżej ciemne, mokre liście leżały ciężkimi stosami na ceglanych nabrzeżach Sekwany, a latarnie rzucały różowe, pomarańczowe i niebieskie światła na białe ściany budynków i wąskie, brukowane uliczki. Po drugiej stronie balonu rozciągał się ogród Tuilerii, z okrągłym stawem gapiącym się na nich jak oko i szklaną piramidą Luwru, z której wierzchołka wystrzeliwał promień czerwonego światła. Magnusowi przypomniało się nagle, jak bojownicy Komuny Paryskiej podpalili stojący w Tuileriach pałac; pamięć przywołała obraz popiołu unoszącego się w powietrzu i krwi spływającej z gilotyny. W tym mieście pełno było śladów długiej historii i starych nieszczęść. Magnus miał nadzieję, że świeże spojrzenie Aleca pozwoli mu zobaczyć Paryż w innym świetle.

Pstryknął palcami i obok stolika pojawiło się wiaderko z lodem i chłodzącą się w nim butelką.

– Szampana?

W tym momencie Alec gwałtownie wstał.

– Magnus, widzisz ten kłąb dymu tam w dole? Czy to ogień?

– Aha, więc dziękujesz za szampana?

Nocny Łowca wskazał na aleję biegnącą równolegle do Sekwany.

– Ten dym jest dziwny. Leci… pod wiatr!

Magnus zakołysał wysokim kieliszkiem.

– Paryscypompiers, strażacy, na pewno sobie z tym poradzą.

– Teraz dym przeskakuje nad dachami. Właśnie skręcił w prawo. A teraz chowa się za kominem.

Czarownik przestał bawić się szkłem.

– Słucham?

– Dobra, przeskoczył nad Rue des Pyramides – stwierdził Alec, mrużąc oczy.

– Z takiej wysokości rozpoznajesz, że to Rue des Pyramides?

Łowca spojrzał na Magnusa zaskoczony.

– Przed wyjazdem bardzo dokładnie przyjrzałem się planom miasta – oświadczył. – Żeby się przygotować.

Magnus po raz kolejny przekonał się, że Alec szykował się na urlop tak, jakby wyruszał na kolejną misję Łowców, ponieważ były to pierwsze wakacje w jego życiu. Odszukał wzrokiem gęsty, czarny dym ulatujący w wieczorne niebo, mając nadzieję, że jego towarzysz się myli i mogą wrócić do romantycznych planów. Alec niestety miał rację: chmura była zbyt czarna i zbyt zwarta; kłęby tej czerni wiły się w powietrzu niczym macki, jawnie ignorując wiatr, który powinien był je już dawno rozproszyć. Pod smugami dymu dostrzegł nagły blask.

Alec stał już na skraju platformy, wychylając się stanowczo za daleko poza jej krawędź.

– Jest tam też dwóch ludzi, którzy gonią tę chmurę… czegoś. Chyba mają serafickie ostrza. To Nocni Łowcy!

– Och. Hura. Nocni Łowcy – stwierdził z przekąsem Magnus. – Oczywiście ten sarkazm nie dotyczy pewnego Łowcy w moim najbliższym otoczeniu.

Wstał i zdecydowanym gestem obniżył lot balonu, z lekkim rozczarowaniem przyznając przed samym sobą, że musi spojrzeć na to wszystko z bliska. Jego wzrok nie był aż tak dalekosiężny jak wzmocnione runami oczy Aleca, ale tuż za dymem rozróżnił wkrótce dwa ciemne kształty, mknące po dachach Paryża w zaciekłej pogoni.

Kobieta uniosła twarz ku niebu, jasną i lśniącą jak perła. Długi warkocz powiewał za nią w biegu niczym wąż spleciony ze srebra i złota. Poruszała się szybko, podobnie jak drugi Łowca.

Dym zawirował między biurowcami, nad wąską uliczką, a potem rozlał się na dachu bloku mieszkalnego, unikając świetlików, rur i szybów wentylacyjnych. Łowcy pędzili za nim, tnąc każdą czarną mackę, która przelatywała zbyt blisko. Wewnątrz czarnego leja dymu kłębił się rój podwójnych żółtych iskier – ślepi przypominających świetliki.

– Demony Iblisa – mruknął Alec, wydobywając łuk i napinając cięciwę. Kiedy Magnus wcześniej, w hotelu, zdał sobie sprawę, że Łowca bierze ze sobą broń na romantyczną kolację, jęknął. „Jakie są szanse, że będziesz musiał do czegokolwiek strzelać z wieży Eiffla?” – zapytał wówczas, a jego towarzysz uśmiechnął się tylko, wzruszył ramionami i założył łuk na plecy.

Magnus wiedział, że lepiej nie sugerować pozostawienia tego demonicznego problemu paryskim Łowcom. Alec po prostu nie potrafił powstrzymać się od walki w słusznej sprawie, co było zresztą jedną z jego najbardziej pociągających cech.

Balon zbliżał się teraz do dachów. Platforma kołysała się niebezpiecznie, kiedy Magnus manewrował wśród kominów, przewodów i wystających klatek schodowych.

Wiatr robił się niepokojąco silny, więc czarownik miał poczucie, że walczy z całym niebem. Balon chwiał się na boki tak, że stracili wiaderko z lodem. Magnus zdołał uniknąć zderzenia z wysokim kominem, niestety przez to butelka szampana stoczyła się z platformy, po czym eksplodowała pióropuszem szkła i piany po zderzeniu z dachem poniżej.

Otworzył usta, żeby wygłosić smutny komentarz na temat marnowania dobrego wina.

– Przykro mi z powodu tego szampana – powiedział Alec. – Mam nadzieję, że to nie była jedna z twoich najcenniejszych butelek czy coś.

Magnus roześmiał się. Alec znów go uprzedził!

– Na kolację kilkaset metrów nad ziemią zabieram tylko średnio cenne butelki!

Wyrównał pod wiatr trochę za mocno i platforma zakołysała się niebezpiecznie jak wahadło, niemal wybijając dziurę w olbrzymim billboardzie. Pospiesznie wyrównał lot i sprawdził, jak wygląda sytuacja poniżej.

Rój demonów Iblisa podzielił się na dwie części i zaczął okrążać Łowców. Pechowa para znalazła się w pułapce, chociaż trzeba przyznać, że poczynała sobie dzielnie. Jasnowłosa kobieta poruszała się jak osaczona błyskawica. Pierwszy potwór, który skoczył ku nim, został przepołowiony jej serafickim ostrzem, podobnie drugi i trzeci. Jednak za nimi nadciągały następne, w zdecydowanie zbyt dużej przewadze. Magnus zobaczył, jak czwarty demon rzuca się ku Łowczyni, błyszcząc w ciemności ślepiami.

Spojrzał na Aleca, który skinął głową, a wówczas czarownik użył naprawdę silnego zaklęcia, by utrzymać balon w idealnym bezruchu chociaż przez chwilę. Wtedy Łowca wypuścił pierwszą strzałę.

Demon nie dosięgnął kobiety. Blask jego oczu zgasł, a podobne do dymu ciało rozsypało się, znikając bez śladu. Została tylko strzała, wbita głęboko w dach. Trzy kolejne demony spotkał ten sam los.

Ręce Aleca poruszały się tak szybko, że zmieniły się w rozmazaną plamę, kiedy posyłał pocisk za pociskiem w rój złych duchów. Za każdym razem, kiedy para błyszczących oczu ruszała ku dwójce Łowców poniżej, nadlatywała strzała i przeszywała demona, zanim zdążył ich dotknąć.

Magnus żałował, że musi poświęcić całą uwagę kontrolowaniu żywiołów i nie może podziwiać swojego chłopaka w akcji.

Tylna straż roju demonów zwróciła się przeciwko nowemu zagrożeniu z nieba. Trzy z nich przerwały atak na parę Łowców i wzleciały ku balonowi. Dwa zniknęły, trafione strzałami w bezpiecznej odległości od platformy, lecz Alec spóźnił się z wyciągnięciem kolejnego pocisku z kołczana. Demon Iblisa z rozwartą paszczą, odsłaniającą rzędy ostrych, czarnych zębów, rzucił się na niego.

Tymczasem młody Łowca odłożył już łuk i dobył serafickiego ostrza.

– Puriel! – powiedział, a klinga rozjarzyła się anielską mocą. Runy na jego ciele zalśniły, kiedy ciął demona, oddzielając głowę od ciała. Zły duch rozpadł się w czarny popiół.

Równie szybko Alec rozprawił się z następną grupą demonów, która dotarła do platformy. To właśnie robili Nocni Łowcy, a Alec miał naturalny talent do takiej walki. Jego zwinne, pełne gracji ciało było bronią, narzędziem wyćwiczonym do perfekcji w zabijaniu demonów i osłanianiu ukochanych osób. Obie te rzeczy wychodziły mu znakomicie.

Magnus natomiast specjalizował się w czarach i wyczuwaniu trendów mody. Schwytał jednego demona w sieć, skrzącą się wyładowaniami elektrycznymi, i przytrzymał innego w bezpiecznej odległości za pomocą bariery wiatru. Alec zastrzelił tego drugiego, a potem odwrócił się i posłał pocisk w ostatniego demona, jaki pozostał jeszcze poniżej. W tym momencie jasnowłosa Łowczyni i jej towarzysz nie mieli już nic do roboty. Stali tylko w wirze czarnego popiołu i zniszczenia, wyglądając na cokolwiek stropionych.

– Nie ma za co! – krzyknął Magnus, machając do nich przyjaźnie. – Na koszt firmy!

– Magnus – powiedział nagle Alec. – Magnus!

Ostrzegawcza nuta w jego głosie podpowiedziała czarownikowi, że wiatr wymknął mu się spod kontroli, jeszcze zanim poczuł szarpnięcie platformy pod stopami. Wykonał jeszcze jeden gorączkowy, daremny gest, zanim Alec ruszył ku niemu i oplótł go własnym ciałem.

– Trzymaj się – krzyknął mu do ucha Łowca, a balon popędził ku ziemi, konkretnie ku wielkiej reklamie teatru z tytułem CARMEN oświetlonym rzędem jasnych żarówek.

Magnus Bane przez całe życie starał się robić rzeczy spektakularnie i z przytupem.

Nie inaczej było w przypadku tego zderzenia.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Twoje imię wypisane w gwiazdach

 

 

 

 

 

 

Tuż zanim platforma wbiła się w literę „R”, Alec chwycił mocno rękaw koszuli Magnusa i skoczył wraz z nim w bok. Gwiazdy na niebie i światła miasta zamieniały się miejscami, kiedy koziołkowali w locie. Magnus stracił orientację, gdzie góra, a gdzie dół, a wreszcie uderzył ciężko w ziemię. Na chwilę ogarnęła go ciemność, a potem ocknął się na trawie, w ramionach Aleca.

Zamrugał oczami, czekając, aż znikną krążące mu wokół głowy gwiazdy. Odzyskał wzrok w samą porę, by dostrzec balon zderzający się z billboardem w imponującej eksplozji iskier i odłamków. Płomień z palnika, utrzymującego wielką kulę w powietrzu, skoczył w bok i balon nagle się spłaszczył, a po chwili zarówno jego czasza, jak i reklama zajęły się ogniem.

Gapie już zbierali się na ulicy. Syreny paryskich radiowozów wyły coraz głośniej, coraz bliżej. Nie wszystko dało się załatwić zaklęciem niewidzialności.

Silne ręce pomogły Magnusowi wstać.

– Wszystko w porządku?

To zaskakujące, ale wszystko było w jak najlepszym porządku. Najwyraźniej do arsenału umiejętności Łowców należał również bezpieczny upadek z absurdalnej wysokości. Magnus czuł się bardziej wstrząśnięty wyrazem troski w oczach Aleca niż samym zderzeniem z ziemią. Przez chwilę chciał się nawet obejrzeć, żeby sprawdzić, na kogo patrzy młody Łowca, bo nie mieściło mu się w głowie, że mógłby tak spoglądać na niego.

Czarownik unikał śmierci od wielu wieków. Nie przywykł, żeby ktoś aż tak się martwił o to, że przed chwilą minął się o włos z kostuchą.

– Nie mogę narzekać – odparł, poprawiając mankiety. – Chociaż w sumie mógłbym zacząć, ale tylko po to, żeby przyciągnąć uwagę pewnego przystojnego dżentelmena.

Na szczęście tego wieczoru nie grano Carmen, więc najwyraźniej obyło się bez ofiar. Alec i Magnus stali i patrzyli na szczątki balonu. Gęstniejący tłum nie widział ich dzięki magii, toteż już wkrótce gapie zaczęli się zastanawiać nad brakiem pasażerów. Powietrze znieruchomiało, a potem podświetlana reklama pochyliła się z głośnym zgrzytem, ponieważ ogień przegryzł jej podpory, i runęła z trzaskiem na ziemię, posyłając w powietrze nowy kłąb dymu i iskier. Kilka osób spośród tłumu cofnęło się, ale nadal robiło zdjęcia.

– Przyznaję – powiedział Magnus, wpychając na miejsce naddarty strzęp koszuli powiewający na wietrze – że wydarzenia nie przebiegają dzisiaj w pełni zgodnie z planem.

Alec wyglądał ponuro.

– Przepraszam za zrujnowanie naszego wieczoru.

– Ależ nic nie zrujnowałeś! Noc jeszcze młoda, no i wciąż mamy rezerwację – odparł Magnus. – Po tym dziwacznym wypadku teatr otrzyma od nieznanego darczyńcy większą sumę na niezbędne naprawy, a my będziemy rozkoszować się wieczornym spacerem po najbardziej romantycznym mieście na Ziemi. Zapowiada się wspaniały ciąg dalszy. A przy okazji zło znowu zostało pokonane, co również jest miłym dodatkiem.

Alec zmarszczył brwi.

– Tyle demonów Iblisa w jednym miejscu… To niespotykane.

– Musimy zostawić część demonów do zabawy tutejszemu Instytutowi. Byłoby to z naszej strony bardzo nietaktowne, gdybyśmy wytępili całe zło w Paryżu, poza tym jesteśmy na wakacjach. Carpe diem, czyli: łap dzień, nie demony!

Alec wzruszył ramionami, uśmiechnął się i zgodził z tą maksymą.

– A poza tym widzę, że jesteś świetnym łucznikiem, co wydaje mi się bardzo, bardzo pociągające – dodał Magnus. Uważał, że powinien częściej chwalić młodego Łowcę. Alec wydawał się nieco zbity z tropu, ale nie urażony. – Dobrze, teraz tak: nowe ciuchy. Jeżeli ktoś z naszego światka zobaczy mnie w Paryżu w tym stanie, moja reputacja legnie w gruzach na co najmniej sto lat.

– No nie wiem – odparł nieśmiało Alec. – Mnie się podoba, jak wyglądasz.

Magnus rozpromienił się, ale nie zmienił opinii. W katastrofie balonu jego strój został poszarpany, ale nie tak, jakby sobie życzył podczas tych wakacji. Czekała ich wędrówka na Rue Saint-Honoré i szybka wymiana garderoby.

Przebiegli przez kilka sklepów otwartych jeszcze o tej porze lub takich, których obsługę dało się przekonać, żeby otworzyła je dla cennego, stałego klienta. Magnus wybrał czerwoną, atłasową marynarkę i ceglastorudą koszulę z żabotem, jednak Alec nie dał się namówić na nic bardziej wykwintnego niż ciemna pasiasta bluza z kapturem, a na to luźna skórzana kurtka z nieco za dużą liczbą zamków błyskawicznych.

Dokonawszy zakupów, Magnus zadzwonił w kilka miejsc i z radością zakomunikował towarzyszowi, że zjedzą kolację przy stoliku dla specjalnych gości, z którego można podziwiać pracę szefa kuchni, w Klubie Nocy Letniej, najmodniejszej restauracji faerie w mieście.

Z zewnątrz klub wyglądał normalnie: urocze, ceglane ściany z otynkowaną fasadą. Wnętrze przypominało jednak grotę faerie. Podłogę pokrywał obfity kobierzec szmaragdowozielonego mchu, a ściany i sufit wyłożone nieregularnymi kamieniami naśladowały prawdziwą jaskinię. Pnącza spoczywały na konarach niczym zielone węże, zwieszając się między stolikami. Kilku klientów goniło swoje jedzenie, ponieważ ich dania próbowały wyrwać się z talerzy na wolność.

– W restauracji faerie zawsze czuję się dziwnie – stwierdził Alec, kiedy już zamówili swoje sałatki. – Chodzi mi o to, że w Nowym Jorku często jadam w takich miejscach, ale nowojorskie restauracje akurat znam. Kodeks Nocnych Łowców zabrania spożywania dań faerie niezależnie od okoliczności.

– To miejsce jest stuprocentowo bezpieczne – zapewnił go Magnus, żując jeden z liści, który próbował wypełznąć mu z ust. – Najczęściej stuprocentowo bezpieczne. Dopóki płacimy za posiłek, nie jest on uważany za ofiarę złożoną ciemnym mocom, ale za normalne danie. Transakcja pieniężna jest kluczowa. To cienka linia, ale zawsze się do niej zbliżamy, jeżeli chodzi o faerie, nieprawdaż? Ejże, nie pozwól uciec swojej sałacie!

Alec roześmiał się i nadział na widelec caprese à la faerie. „Co za refleks mają ci Łowcy!” – pomyślał znowu Magnus.

Kiedy spotykał się z Przyziemnymi, zawsze był ostrożny i starał się zminimalizować ich interakcje z Podziemnymi – przede wszystkim dla bezpieczeństwa i spokoju zwykłych ludzi. Dlatego zakładał, że Łowcy również będą chcieli mieć jak najmniej do czynienia z Podziemnym Światem. Trzymali się zawsze osobno, uznając się nie za Przyziemnych, ale również nie za Podziemnych – raczej za trzeci rodzaj, oddzielny i może nieco lepszy od pozostałych. Pobyt w tym miejscu wydawał się jednak odpowiadać Alecowi. Nie peszyło go nic, co do tej pory dostrzegł w Paryżu – ani w świecie Magnusa. Całkiem możliwe, że cieszyło go przede wszystkim towarzystwo partnera.

Magnus wziął młodego Łowcę pod rękę, kiedy wychodzili z restauracji, i oparł się o jego ramię, czując twarde mięśnie pod swoją dłonią. W razie potrzeby Alec w ułamku sekundy byłby gotów do walki, ale w tej chwili był odprężony. Czarownik przytulił się do niego.

Skręcili w Quai de Valmy i poczuli podmuch przeciwnego wiatru. Alec założył kaptur na głowę, zapiął kurtkę i pozwolił, by Magnus poprowadził go przez okolicę kanału Saint-Martin, skręcając za róg wraz z jego biegiem. Po bulwarze przechadzały się liczne pary, a na kocach rozłożonych na brzegu gawędziły grupki ludzi. Do jednej z nich dołączył młody tryton w fedorze na głowie. Magnus i Alec przeszli pod niebieską, żelazną kładką. Po drugiej stronie kanału powietrze wypełniała muzyka skrzypiec, akompaniujących perkusji. Paryscy Przyziemni słyszeli tylko bębniącego śmiertelnika, a jedynie takie istoty jak Magnus i Alec mogły podziwiać skrzypaczkę faerie, wirującą wokół perkusisty z kwiatami we włosach, lśniącymi niczym klejnoty.

Magnus powiódł teraz towarzysza z dala od gwarnych okolic kanału, przez spokojniejsze miejsca. Księżyc malował rzędy ściśniętych niczym kanapki kwadratowych, szarych domów jasnym blaskiem, który rozpadał się na srebrne kalejdoskopowe wzory w chwiejących się gałęziach drzew. Skręcali w kolejne zaułki bez celu, pozwalając, by kierował nimi los. Krew Magnusa zaczęła szybciej krążyć w żyłach – czuł się pełen energii i pobudzony. Miał nadzieję, że Alec jest równie podniecony.

Chłodny wiatr musnął jego kark, kłując skórę. Przez chwilę poczuł się dziwnie… Nagłe swędzenie, dokuczliwe uczucie, czyjaś obecność. Zatrzymał się i obejrzał za siebie.

Przez chwilę patrzył na poruszających się przechodniów. Wciąż to wyczuwał: czyjeś oczy i uszy, a może tylko skupione na nim myśli, wędrujące w powietrzu.

– Coś nie tak? – zapytał Alec.

Magnus zdał sobie sprawę, że puścił towarzysza, gotów zmierzyć się z zagrożeniem samodzielnie. Otrząsnął się z niepokoju.

– Co mogłoby być nie tak? – zapytał. – Jestem tu przecież z tobą.

Sięgnął i splótł palce z palcami Aleca, ściskając w ręku pokrytą odciskami dłoń tamtego. Łowca czuł się dużo swobodniej w nocy niż w dzień, być może dzięki temu, że wówczas był ukryty przed oczami tych, którzy dysponowali Widzeniem. Możliwe, że wszyscy Nocni Łowcy czuli się lepiej w mroku.

Zatrzymali się w bramie do Parc des Buttes-Chaumont. Łuna bijąca od miasta barwiła horyzont na brązowo, zanim połączył się z czernią nocnego nieba, zakłócaną tylko przez księżyc i gwiazdy. Magnus wskazał na gwiazdozbiór lśniący słabo po jego prawej.

– Oto Wolarz, według Greków: strażnik niedźwiedzi, a dalej Korona i Herkules.

– Dlaczego pokazywanie sobie gwiazd jest uważane za romantyczne? – zapytał Alec z przekornym uśmiechem. – Patrz, tam świeci… Dave Łowca… a dalej… Żaba… i jeszcze Helikopter. Nie znam się na konstelacjach, przykro mi.

– To romantyczne, bo dzielimy się przy tym wiedzą o świecie – wyjaśnił Magnus. – Ten z nas, który zna się na gwiazdach, uczy tego, który się na nich nie zna. To właśnie jest romantyczne.

– Chyba nie ma niczego, czego mógłbym cię nauczyć – zauważył Alec. Wciąż się uśmiechał, ale Magnus trafnie odczytał aluzję.

– Na pewno jest! – odparł. – Co tam masz na wierzchu dłoni?

Łowca uniósł rękę i obejrzał tak, jakby była dla niego nowa.

– To runa. Widziałeś je już.

– Mam na ich temat ogólne pojęcie. Rysujecie je sobie na skórze i zyskujecie rozmaite umiejętności, to wiem – przyznał Magnus – ale szczegóły nadal są dla mnie niejasne. Wytłumacz mi: ten Znak na twojej dłoni to pierwszy, który dostałeś, tak?

– Tak – odpowiedział powoli jego towarzysz. – To Widzenie. Dzieci Łowców zwykle dostają tę runę jako pierwszą, żeby sprawdzić, czy Znaki w ogóle na nie działają. Pozwala przenikać zaklęcia maskujące… co zawsze się przydaje.

Magnus popatrzył na ciemny kształt oka na bladej skórze Aleca. Zaklęcia takie chroniły Podziemnych, a Nocni Łowcy musieli widzieć ich mimo magii, ponieważ Podziemni stanowili dla nich potencjalne zagrożenie.

Czy Alec nie myślał o tym samym, oglądając Znak na swojej dłoni? Czy też był po prostu dość uprzejmy, by nie wspominać o tym na głos? Chciał chronić Magnusa, tak jak ochronił go przed skutkami upadku z balonu. „Dziwne – pomyślał czarownik – ale w sumie słodkie”.

– A to co za runa? – zapytał, wodząc palcem wskazującym po krzywiźnie bicepsa Łowcy i patrząc, jak tamten drży w reakcji na nieoczekiwanie intymny gest.

Alec spojrzał mu prosto w oczy.

– Celność – odparł.

– A więc to jej powinienem podziękować za twoją umiejętność władania łukiem? – spytał Magnus, wykorzystując fakt, że już trzyma towarzysza za ramię, i przyciągając go, tak że przylgnęli do siebie na środku uliczki, oświetlonej miękkim księżycowym blaskiem. Pochylił się, by złożyć szybki pocałunek na ramieniu Łowcy. – Dziękuję – wyszeptał. – A tamta runa?

Teraz przejechał delikatnie palcami po szyi Aleca, który odetchnął głęboko, z drżeniem, a dźwięk ten było wyraźnie słychać w wieczornej ciszy. Objął ramieniem talię Magnusa, przyciskając go do siebie, tak że tamten poczuł przez koszulę bicie serca Łowcy.

– Równowaga – tchnął bezdźwięcznie. – Pomaga mi ustać na nogach…

Magnus pochylił głowę i delikatnie dotknął wargami runy, spłowiałej tak, że wydawała się srebrnym, niemal przeźroczystym śladem na gładkiej skórze Aleca. Ten znów gwałtownie wciągnął powietrze.

Usta Magnusa ślizgały się po jego ciepłej skórze, aż dotarły do ucha. Wówczas czarownik zamruczał:

– Chyba nie działa…

– Bo akurat sobie tego nie życzę – odszepnął Alec.

Zwrócił twarz ku Magnusowi i odszukał wargami usta tamtego, a jego pocałunek był równie szczery i zaangażowany, jak wszystko inne, toteż starszy z mężczyzn poczuł, że traci zmysły. Chwycił za połę nowej kurtki Aleca i spojrzał spod rzęs na odsłonięty fragment skóry. Jeszcze jedna runa, przypominająca delikatnym kształtem nutę, widniała tuż poniżej obojczyka Łowcy.

Magnus zapytał stłumionym głosem:

– A ta tutaj?

Alec odparł:

– Wytrzymałość.

– Nie, serio?

Tamten zaczął się uśmiechać.

– Ależ tak.

– No nie, naprawdę – powiedział Magnus. – Chciałbym, żebyśmy sobie to wyjaśnili. Nie mówisz tego po to, żeby wydać mi się bardziej sexy?

– Nie – odparł Alec chrapliwie i przełknął ślinę. – Ale jeżeli tak jest, to bardzo się cieszę.

Magnus położył na runie upierścienioną dłoń i dostrzegł, jak Łowca drży pod dotykiem chłodnego metalu. Przesunął dłoń na jego kark i przyciągnął go znowu. Wyszeptał przy tym:

– Boże, uwielbiam Nocnych Łowców!

Alec powtórzył:

– Bardzo się cieszę.

Jego usta były miękkie i ciepłe, w przeciwieństwie do jego potężnych dłoni… aż straciły całą miękkość, aż pocałunek stał się wszechogarniającą przyjemnością. W końcu Magnus musiał się oderwać od Aleca, łapczywie oddychając, ponieważ jedyną alternatywą było pociągnąć Łowcę w dół, na trawę i w ciemność.

Nie mógł tego zrobić. Alec nigdy wcześniej nie przeżył czegoś takiego. Pierwszej nocy w Paryżu Magnus obudził się nad ranem i zobaczył, że jego towarzysz nie śpi, ale chodzi po pokoju. Wiedział, że nowa sytuacja czasem niepokoi młodego Łowcę, toteż decyzja o przekroczeniu kolejnego progu w ich związku mogła należeć tylko do Aleca.

Chłopak zapytał właśnie napiętym głosem:

– Czy uważasz, że możemy sobie darować kabaret?

– Jaki kabaret? – zapytał Magnus z udawanym zdziwieniem.

Wyszli z parku i ruszyli w kierunku apartamentu czarownika, zatrzymując się dwa razy, kiedy pogubili się w wąskich uliczkach Paryża, a potem również dwukrotnie w nieco gorzej oświetlonych miejscach, kiedy poczuli, że pora na kolejne pocałunki. Zgubiliby się jeszcze pewnie nie raz, gdyby nie znakomite wyczucie kierunku Aleca. Nocni Łowcy potrafili być tak użyteczni podczas podróży! Magnus przyrzekł sobie nie opuszczać odtąd domu bez jednego z nich.

W tym mieszkaniu stał się rewolucjonistą i kiepskim malarzem; to tu w osiemnastym wieku obrabowano go z oszczędności całego życia. Tutaj po raz pierwszy stał się bogaty, a potem wszystko stracił. Od tamtej pory stracił wszystko jeszcze kilka razy.

Obecnie mieszkał stale na Brooklynie, a paryski apartament stał pusty, jeżeli nie liczyć morza wspomnień. Utrzymywał go z powodów sentymentalnych, a także dlatego, że próba znalezienia miejsca w hotelu podczas Paris Fashion Week przypominała wizytę w specjalnym, dodatkowym kręgu piekła.

Nie przejmując się kluczami, Magnus puknął palcem we frontowe drzwi i wykorzystał resztkę magicznych sił do ich otwarcia. Weszli z Alekiem, złączeni w pocałunku, odbijając się od ścian i potykając na schodach. Drzwi do mieszkania otworzyły się gwałtownie, a oni wtoczyli się do wnętrza.

Atłasowa marynarka nie dotrwała do tego momentu – Alec zdarł ją z właściciela i porzucił w korytarzu zaraz za frontowymi drzwiami. Kiedy przechodzili przez próg, zabierał się już za koszulę. Spinki do mankietów i guziki zadzwoniły o deski podłogi, a Magnus zaczął gorączkowo rozpinać skórzaną kurtkę Aleca. Przycisnął go do kanapy, a potem przewrócił na miękkie poduchy. Chłopak opadł na plecy, z gracją pociągając za sobą czarownika.

Ten pocałował najpierw runę Równowagi, a potem – Wytrzymałości. Ciało Aleca wygięło się pod nim, a jego ręce znieruchomiały nagle na ramionach Magnusa.

Głos Łowcy był stłumiony, lecz naglący, kiedy powiedział:

– (Coś tam, coś tam) Magnus (coś tam, coś tam).

– Och, Alexander – wymruczał Magnus i poczuł, jak ciało tamtego w odpowiedzi sztywnieje. Alec ścisnął go za ramiona, a czarownik nagle zrozumiał, że coś jest nie tak.

Łowca z szeroko otwartymi oczami gapił się w bok.

– Tam ktoś siedzi.

Magnus podążył za jego wzrokiem i zdał sobie sprawę, że mają towarzystwo. Na fioletowej, dwuosobowej kanapie naprzeciwko nich faktycznie ktoś siedział. We wpadającym przez okno blasku miejskich latarni Magnus dostrzegł kobietę z burzą kasztanowych włosów i szarymi oczami, ze śladem znajomego cierpkiego uśmieszku na ustach.

– Tessa? – powiedział z niedowierzaniem.

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Szkarłatna Ręka

 

 

 

 

 

 

Cała trójka siedziała w salonie, pogrążona w pełnym zażenowania milczeniu. Alec rozparł się w odległym końcu kanapy, daleko od Magnusa. Tego wieczoru nic nie szło zgodnie z planem.

– Tessa! – powtórzył Magnus zdumiony. – Nie oczekiwałem cię… ani nie zapraszałem.

Tessa z olimpijskim spokojem sączyła herbatę. Należała do grona najstarszych i najbardziej ulubionych przyjaciółek Magnusa, toteż spodziewał się, że będzie miała skruszoną minę. Byłoby miło, ale nie zrobiła nic podobnego.

– Powiedziałeś kiedyś, że nie wybaczyłbyś mi, gdybym nie wpadła z wizytą, będąc w tym samym mieście co ty.

– Ależ wybaczyłbym – odparł z przekonaniem Magnus. – A nawet bym ci podziękował!

Tessa zerknęła w stronę Aleca, który się zarumienił. Kąciki jej ust wygięły się ku górze, ale z uprzejmości ukryła uśmiech za filiżanką.

– Niech będzie remis – powiedziała. – Pamiętasz, jak w górskiej fortecy zastałeś mnie w krępującej sytuacji z pewnym dżentelmenem?

Uśmiech przemknął przez jej twarz i zniknął. Jeszcze raz spojrzała na Aleca, który odziedziczył karnację po dawno zmarłych przodkach, również Nocnych Łowcach. Kiedyś Tessa uwielbiała Łowców.

– Powinnaś o tym zapomnieć – poradził jej Magnus.

Tessa należała do tego samej rodzaju, co on, i podobnie jak on przywykła do radzenia sobie ze wspomnieniami tych, których kochała i straciła. Od wielu lat oboje pocieszali się po rozstaniach, jak na przyjaciół przystało. Upiła jeszcze łyczek herbaty, a jej uśmiech powrócił, tak jakby nigdy nie znikał z twarzy.

– Oczywiście, że zapomniałam – odparła. – A teraz może przejdźmy do rzeczy.

Alec, który obserwował tę wymianę uprzejmości tak, jakby siedział na trybunie kortu tenisowego, podniósł dwa palce.

– Przepraszam, czy wy byliście kiedyś parą?

Zapadło grobowe milczenie. Oboje spojrzeli na niego z jednakowo wstrząśniętymi minami.

– Wydajesz się bardziej przerażona niż ja – odezwał się Magnus do Tessy – co mnie głęboko rani.

Uśmiechnęła się do niego kpiąco, a potem odwróciła się do Aleca.

– Magnus i ja jesteśmy przyjaciółmi od ponad stu lat.

– Dobrze – powiedział Łowca. – A więc to przyjacielska wizyta?

W jego głosie dało się usłyszeć napięcie, które sprawiło, że Magnus uniósł brew. Alec zawsze czuł się nieswojo przy nowych znajomych, więc może stąd ten ton? Czarownik poczuł wszechogarniającą czułość – czyżby jego partner był… zazdrosny?

Tessa westchnęła, a z jej szarych oczu zniknęła wesołość.

– Żałuję, ale nie – odparła cicho.

Przesunęła się nieco sztywno na kanapie. Magnus zmrużył oczy.

– Tessa, czy ktoś cię zranił? – zapytał.

– Do wesela się zagoi – odparła wymijająco.

– Masz kłopoty?

Rzuciła mu długie, nieodgadnione spojrzenie.

– Nie – odpowiedziała. – Ale ty… owszem.

– Co masz na myśli? – zapytał Alec, nagle czujny i przytomny.

Tessa przygryzła wargę.

– Magnus, możemy porozmawiać na osobności?

– Rozmawiaj z nami oboma – oświadczył gospodarz. – Ufam Alecowi.

Bardzo cicho zapytała:

– A powierzyłbyś mu życie?

W takiej sytuacji Magnus zwykle żachnąłby się, że rozmówca dramatyzuje, ale nie w przypadku Tessy. Zwykle mówiła poważnie.

– Tak, powierzyłbym – odparł.

Wielu Podziemnych nigdy nie zdradziłoby żadnej tajemnicy Nocnemu Łowcy, niezależnie od tego, co zadeklarowałby Magnus, ale Tessa była inna. Chwyciła zniszczoną skórzaną sakwę leżącą jej u stóp, wyjęła zapieczętowany zwój i rozwinęła go.

– Spiralna Rada wystosowała formalne żądanie, abyś ty, Magnus Bane, Najwyższy Czarownik Brooklynu, zlikwidował ludzki kult czcicieli demonów, znany jako Szkarłatna Ręka. Natychmiast.

– Rozumiem, że Spiralna Rada chce jak najlepiej – powiedział powściągliwie Magnus. – Nie dbam również o ton tego żądania. Słyszałem o Szkarłatnej Ręce. To śmiech na sali, banda ludzi, którzy lubią poimprezować w potwornych maskach. Bardziej interesują ich body shoty niż oddawanie czci demonom. Teraz mam wakacje, odpoczywam i nie będę sobie zaprzątał głowy tym nonsensem. Przekaż Radzie, że muszę przygotować kocią kąpiel dla Prezesa Miau.

Spiralna Rada była ciałem najbliższym temu, co czarownicy mogli uznać za rząd, ale tajny i nie do końca oficjalny. Ogólnie rzecz biorąc, czarownicy mieli problemy z podporządkowaniem się jakiejkolwiek władzy, a Magnus nie był w tej kwestii wyjątkiem.

Przez twarz Tessy przemknął cień.

– Magnus, ledwie ubłagałam Radę, żeby pozwoliła mi cię odwiedzić. Tak, Szkarłatna Ręka zawsze była pośmiewiskiem. Wygląda jednak, że teraz mają nowego lidera, który tchnął w ten kult nowe życie. Stali się potężni, bogaci i cały czas rosną w siłę. Wiemy o kilku zgonach i jeszcze większej liczbie zaginięć. W Wenecji znaleziono martwą faerie, a obok niej – pentagram namalowany jej krwią.

Magnus chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Tessa nie musiała mu tego tłumaczyć: oboje wiedzieli, że krew faerie można wykorzystać, by wezwać Wielkiego Demona, jednego z tych, które kiedyś były najwyższymi Aniołami, lecz upadły.

Tessa i Magnus nigdy nie powiedzieli sobie tego wprost, ale oboje wiedzieli, że są dziećmi różnych Wielkich Demonów. W związku z tym Magnus czuł się tak, jakby łączyło ich pokrewieństwo. Po świecie nie chodziło zbyt wielu potomków Wielkich Demonów.

Nie powiedział Alecowi, że jego ojciec był Księciem Piekieł. Takie wyznanie wywołałoby niepotrzebny zgrzyt w każdym nowym związku.

– Ach, czyżby? – zapytał, próbując zachować neutralny ton. – Jeżeli ten kult próbuje wezwać Wielkiego Demona, to faktycznie zła wiadomość. Dla kultu i wielu innych potencjalnych ofiar.

Tessa przytaknęła i nachyliła się ku niemu.

– Szkarłatna Ręka najwyraźniej chce wywołać chaos w Nocnym Świecie, więc Spiralna Rada wysłała mnie, żebym zrobiła z nimi porządek. Wcieliłam się w jednego z akolitów kultu w ich kwaterze głównej, w Wenecji, próbując dowiedzieć się, co knują i kim jest ich lider. Potem jednak, podczas jednego z rytuałów, podano mi napój, który pozbawił mnie kontroli nad umiejętnością zmieniania kształtu. Ledwo uszłam z życiem. Kiedy wróciłam tam kilka dni później, wyznawcy porzucili już to miejsce. Musisz ich znaleźć.

– Jak często mawiam – odezwał się Magnus – dlaczego właściwie ja?

Tessa już się nie uśmiechała.

– Nie uważam tego za wiarygodne informacje, ale w Podziemnym Świecie krążą plotki, że nowy lider Szkarłatnej Ręki nie jest wcale taki nowy. Mówią, że ich założyciel powrócił.

– A kim jest ten założyciel, jeśli wolno wiedzieć?

Tessa wyciągnęła zdjęcie i rzuciła je na stół. Była to fotografia dość prymitywnego obrazu wiszącego na ścianie, namalowanego przez amatora, być może nawet dziecko. Na obrazie widniało kilka wizerunków mężczyzny o ciemnych włosach, spoczywającego na tronie. Dwóch ludzi wachlowało go palmowymi liśćmi, a trzeci klęczał przed nim. Nie, nie składał mu pokłonu, tylko najwyraźniej masował stopy siedzącego.

Mimo schematycznego przedstawienia wszyscy natychmiast rozpoznali kruczoczarne włosy, wydatne kości policzkowe i żółte kocie oczy założyciela kultu.

– Nazywają go Wielkim Bejem – wyjaśniła Tessa. – Wygląda znajomo? Mówią, że to ty jesteś założycielem i nowym liderem Szkarłatnej Ręki.

Adresata tych słów przeszedł dreszcz, ale po chwili oburzenie wzięło górę.

– Tessa, z pewnością nie zakładałem żadnego kultu! – zaprotestował. – Nawet nie lubię czcicieli demonów. To nudni idioci, którzy oddają cześć jeszcze nudniejszym istotom nadprzyrodzonym – powiedział i przerwał na chwilę. – No, w sumie mógłbym sobie z tego zażartować. – Przerwał jeszcze raz. – Nie żebym miał zamiar zakładać taki kult, nawet jako żart. Nigdy bym… – i tu umilkł.

– Dla żartu założyłbyś kult czcicieli demonów? – zapytał Alec z niedowierzaniem.

Magnus bezsilnie machnął dłonią.

– Potrafię żartować na każdy temat.

Przyziemni mieli powiedzenie, kiedy coś pamiętali, ale nie do końca: „Dzwonią, ale nie wiadomo, w którym kościele”. Tak właśnie działo się teraz. Kult Szkarłatnej Ręki… Żart sprzed wielu, wielu lat. Coś dzwoniło w głowie Magnusa, niemal tak jak kościelny dzwon.

Pamiętał, jak przed wiekami opowiedział dowcip… Na pewno był przy tym Ragnor Fell. Przypominał sobie gorący dzień i bardzo długi wieczór… i nic poza tym.

Odetchnął głęboko i nakazał sobie zachować spokój. Jego stary kumpel Ragnor poległ w ostatniej wojnie. Magnus usiłował nie myśleć o tym za często. W jego wspomnieniach ziała teraz luka. Panowanie nad pamięcią obejmującą całe wieki było trudne, lecz Magnus potrafił odróżnić mgliste wspomnienie od takiego, które wycięto w całości. Rzucał już w życiu zaklęcia, by zamazać lub usunąć fragmenty czyjejś pamięci. Czarownicy wyświadczali sobie czasem takie przysługi, pomagając przyjaciołom mierzyć się z wyzwaniami nieśmiertelności.

Dlaczego jednak ktoś miałby usuwać z jego pamięci wspomnienia dotyczące kultu czcicieli demonów? I kto miałby to być? Nie śmiał spojrzeć w kierunku Aleca.

– Tessa – zapytał ostrożnie – czy jesteś pewna, że nie zmyliła cię przystojna twarz Wielkiego Beja ani jego olśniewająca aparycja?

– Tutaj na ścianie też wisi obraz – odezwał się Alec, spokojnie i rzeczowo. – Na obu masz tę samą kurtkę.

Magnus nie spojrzał na Aleca, tylko od razu na ścianę. Obraz przedstawiał jego samego w towarzystwie dwojga przyjaciół, również czarowników: Ragnora Fella i Catariny Loss. Namalował ich pewien wilkołak o artystycznym zacięciu, toteż wyglądali tak, jak w rzeczywistości, bez zaklęć maskujących. Catarina miała na sobie suknię z głębokim dekoltem, odsłaniającym spory fragment jej pięknej niebieskiej skóry, a rogi Ragnora zakrzywiały się w gęstwinę wypomadowanych loków. Jego zielona twarz kontrastowała z białym fularem niczym wiosenne liście z ostatnim śniegiem. Gorejące kocie oczy Magnusa na obrazie były nieco zmrużone, ponieważ się uśmiechał. Czarownikowi zawsze podobało się to malowidło.

Owszem, i na obrazie, i na zdjęciu miał na sobie tę samą kurtkę.

Rozważał możliwość, że Wielki Bej przypadkowo miał taki sam strój, ale natychmiast ją odrzucił. Kurtkę tę wykonał specjalnie dla niego osobisty krawiec rosyjskiego cara jako podziękowanie. Wydawało się mocno nieprawdopodobne, żeby Dmitri uszył taki sam egzemplarz dla przypadkowego lidera kultu.

– Nie pamiętam niczego na temat Szkarłatnej Ręki – przyznał Magnus. – Ale przy wspomnieniach można majstrować. I zdaje się, że ktoś właśnie to zrobił z moją pamięcią…

– Magnus – odezwała się Tessa. – Wiem doskonale, że nie jesteś liderem żadnego kultu czcicieli demonów, ale nie każdy w Spiralnym Labiryncie zna cię tak dobrze jak ja. Myślą, że to ty narozrabiałeś, i chcą z tym iść do Nocnych Łowców. Przekonałam Spiralny Labirynt, by dali ci szansę powstrzymania kultu i dowiedzenia niewinności, zanim włączą do gry któryś z Instytutów. Żałuję, ale nie mogę zrobić nic więcej.

– W porządku – uspokoił ją Magnus. Nie chciał martwić Tessy, więc przemówił z werwą, chociaż czuł raczej wzbierającą wściekłość. – Poradzę sobie z tym sam.

Od paru chwil nie patrzył na Aleca. Zastanawiał się natomiast, czy zdobędzie się jeszcze kiedykolwiek na odwagę i spojrzy na młodego Łowcę. Według wszystkich paragrafów Porozumień Nocni Łowcy powinni być natychmiast powiadamiani o wszelkich demonicznych kultach, morderstwach i podejrzanych czarownikach.

To Tessa popatrzyła na Aleca.

– Magnus tego nie zrobił – zapewniła go.

– Nie musisz mi tego mówić – odparł.

Zeszło z niej napięcie. Postawiła filiżankę na niskim stoliku, a potem wstała. Jej spojrzenie spoczęło na Alecu. Przywołała na twarz słodki, ciepły uśmiech, a wówczas Magnus zrozumiał, że dostrzegła w nim nie tylko Willa, ale także Cecily, Annę i Christophera, całe pokolenia ukochanych zmarłych.

– Przyjemnie mi było cię poznać, Alexander.

– Alec – poprawił ją. Przyjrzał jej się bacznie.

– Alec – powtórzyła Tessa. – Żałuję, że nie mogę zostać, ale muszę wracać jak najszybciej do Labiryntu. Otwierają dla mnie portal. Proszę, opiekuj się Magnusem.

– Słucham? – zapytał osłupiały czarownik.

– Oczywiście, że się zaopiekuję – zapewnił ją Alec. – Zanim jednak odejdziesz, mam pytanie. Wydajesz mi się znajoma. Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali?

Tessa stanęła, mierząc go poważnym, życzliwym wzrokiem.

– Nie – odparła zdecydowanie. – Ale mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

Odwróciła się w kierunku ściany za nimi, gdzie właśnie otwierał się portal, oświetlając meble, lampy i okna niesamowitym światłem. Przez zaokrąglony łuk wykrojonego w powietrzu przejścia Magnus dostrzegał słynne niewygodne krzesła poczekalni Spiralnego Labiryntu.

– Ktokolwiek przewodzi temu kultowi – odezwała się Tessa, stając przed portalem – uważaj. Sądzę, że to czarownik. Nie dowiedziałam się zbyt wiele, ale nawet pod maską akolity zetknęłam się z potężną magią ochronną i widziałam zaklęcia odbijane z taką łatwością, jakby nic nie znaczyły. Mają świętą księgę, którą zwą Czerwonymi Zwojami Magii. Nie znalazłam nigdzie jej egzemplarza.

– Poszukam na paryskim Nocnym Targu – zapowiedział Magnus.

– Pilnują wszelkich czarów, więc jeśli to możliwe, unikaj podróżowania za pomocą portali – dodała.

– A ty właśnie używasz portalu – wytknął jej Magnus z uśmiechem. – Zawsze taka sama. „Rób tak, jak mówię, nie tak, jak robię”, hę? Co z twoim bezpieczeństwem?

Tessa miała ponad sto lat, ale była dużo młodsza od Magnusa, a on znał ją niemal przez całe jej życie. Nigdy nie przestał czuć się jej opiekunem.

– Wracam do Spiralnego Labiryntu i tam zostanę. To bezpieczne miejsce. Ty jednak będziesz musiał udać się tam, gdzie będzie groźnie. Życzę szczęścia. A poza tym… przepraszam za zepsucie wam wakacji.

– Nie powinnaś – żachnął się Magnus.

Tessa posłała mu pocałunek i przeszła przez portal, a potem w ułamku sekundy i ona, i jasno świecące przejście zniknęły z salonu.

Przez kilka uderzeń serca Magnus i Alec nie ruszali się z miejsc. Czarownik wciąż nie mógł zdobyć się na to, by popatrzeć na Łowcę. Za bardzo obawiał się tego, co zobaczy na twarzy Aleca. Siedział teraz w swoim paryskim mieszkaniu z mężczyzną, którego kochał, i czuł się bardzo samotny.

Wiązał z tym wyjazdem wielkie nadzieje. Ich wspólne wakacje dopiero się zaczynały, a już się okazało, że Magnus wspólnie ze swoją Podziemną przyjaciółką ma straszną tajemnicę, której nie może ujawnić Nocnym Łowcom. Co gorsza, nie mógł przysiąc Alecowi, że jest całkowicie niewinny – niczego nie pamiętał.

Nie mógł również winić młodego Łowcy, gdyby ten zechciał ponownie rozważyć sens ich związku. „Bądź ze mną, Alec. Twoi rodzice mnie nienawidzą, nie pasuję do twojego świata, a ty nie pasujesz do mojego, a do tego nie będziemy mogli wyjechać na romantyczne wakacje, żeby moja mroczna przeszłość nie rzuciła cienia na naszą wspólną przyszłość”.

Magnus chciał, żeby się lepiej poznali. Miał o sobie jak najlepszą opinię, z trudem wywalczoną, a o Alecu – jeszcze lepszą. Myślał, że odkrył wszystkie ciemne tajemnice, rozprawił się ze wszystkimi demonami, zaakceptował wszystkie braki. Jeżeli miałby mieć tajemnice, których nie był świadom nawet on sam – to sytuacja była wysoce niepokojąca.

– Tessa nie musiała przepraszać – powiedział w końcu – ale ja tak. Przepraszam cię za zrujnowanie naszych wakacji.

– Ależ nic nie zrujnowałeś! – odparł Alec.

Powtórzył w ten sposób wcześniejsze słowa Magnusa, który dopiero teraz ośmielił się spojrzeć na Łowcę. Alec uśmiechał się do niego nieśmiało.

Wówczas Magnus przyznał bezradnie, tak jak się często działo w obecności Aleca:

– Nie rozumiem, co się dzieje!

– Dowiemy się.

W długim życiu Magnusa zdarzały się chwile, kiedy czuł się skonfundowany i wściekły. Może nie potrafił sobie przypomnieć Szkarłatnej Ręki, ale pamiętał pierwszego człowieka, którego zabił, kiedy był dzieckiem i mieszkał pod innym imieniem w kraju, który potem stał się Indonezją. Żałował tego, kim kiedyś był, ale nie mógł wytrzeć ze swojej przeszłości czerwonych plam.

Nie chciał, żeby Alec oglądał te krwawe ślady czy też poczuł się nimi dotknięty. Nie chciał, żeby tamten myślał o nim tak, jak inni Nocni Łowcy.

W życiu Magnusa było wiele miłosnych związków. Większość tych osób już dawno uciekłaby z krzykiem, a Alec był Nocnym Łowcą. Miał poczucie świętego obowiązku, dla Nefilim ważniejsze od miłości.

– Jeżeli uważasz, że musisz o tym donieść Clave – powiedział powoli Magnus – to całkowicie to zrozumiem.

– Żartujesz? – zapytał Alec z niedowierzaniem. – Nie mam zamiaru powtarzać żadnego z tych idiotycznych kłamstw przed Clave. Ani w ogóle przed nikim, przysięgam!

Wydawał się autentycznie oburzony. Magnusowi ulżyło, tak mocno, że sam był tym wstrząśnięty. Wiele dla niego znaczyło, że Alec nie wierzył w najgorsze wieści o nim.

– Zaręczam ci, że niczego nie pamiętam.

– Wierzę ci. Damy sobie z tym radę. Musimy tylko odnaleźć i powstrzymać tego, kto obecnie kieruje Szkarłatną Ręką – powiedział Alec. – I zacznijmy od razu!

„Czy Alec Lightwood kiedykolwiek przestanie mnie zaskakiwać?” – pomyślał Magnus. Miał nadzieję, że nie.

– Musimy także ustalić, dlaczego tego nie pamiętasz. Dowiemy się, kto i po co to zrobił. Nie przejmuj się.

Magnus jednak się przejmował. Tessa wierzyła mu, jednak była jego przyjaciółką. To zadziwiające, że Alec również mu ufał! Z ulgi kręciło mu się w głowie, lecz nie potrafił pozbyć się pełzającego uczucia niepokoju. Nic nie pamiętał, więc było możliwe – niekoniecznie prawdopodobne, ale możliwe – że zrobił kiedyś coś, czego teraz mógłby się wstydzić. Bardzo chciał udowodnić, że zasługuje na zaufanie Aleca, i żałował, że nie może mu przysiąc, iż nigdy nie popełnił żadnych niewybaczalnych grzechów.

A mimo najszczerszych chęci nie mógł tego zrobić.

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Wiele trwa

 

 

 

 

 

 

Pierwszej nocy w Paryżu Alec nie był w stanie zasnąć, toteż wstał i zaczął chodzić po pokoju. Przyglądał się przy tym Magnusowi śpiącemu w ich łóżku – w ich wspólnym łożu. Do niczego jeszcze w nim nie doszło, lecz Alec wyobrażał sobie, co się tam może wydarzyć, i czuł się rozdarty pomiędzy nadzieją a strachem. Jedwabiście czarne włosy Magnusa rozsypały się na białej poduszce, a jego ciemnobrązowa skóra kontrastowała ze śnieżnymi prześcieradłami. Jego szczupłe, mocne ramię leżało tam, gdzie przed chwilą znajdował się Alec, a na nadgarstku lśniła misterna złota bransoletka. Młody Łowca nie mógł uwierzyć, że wszystko to dzieje się naprawdę. Nie chciał tego zepsuć.