Czasomierze - David Mitchell - ebook
Opis

W pewien upalny dzień w 1984 roku piętnastoletnia Holly Sykes ucieka z domu i spotyka starszą panią, która proponuje jej kubek herbaty w zamian za „schronienie”. Minie kilkadziesiąt lat, zanim Holly zrozumie, o jakie schronienie prosiła nieznajoma…

"Czasomierze" to opowieść o meandrach losów Holly, od lat dorastania w Gravesend, na których piętno odciska rodzinna tragedia, po późną starość w Irlandii, w domu nad brzegiem oceanu, kiedy w całej Europie kończą się zasoby ropy naftowej. Życie Holly jest niby całkiem zwyczajne, a jednak naznaczone przebłyskami z przyszłości, odwiedzinami ludzi pojawiających się znikąd i chwilami, w których rozregulowują się prawa rządzące rzeczywistością. Holly Sykes - córka, siostra, matka i opiekunka - ma bowiem do odegrania rolę w wojnie toczonej na śmierć i życie za kulisami naszego świata. Być może Holly okaże się ostateczną bronią, która zadecyduje o losach tego wielkiego starcia.

Thriller metafizyczny, refleksja nad śmiertelnością i kronika naszych konsumpcjonistycznych czasów - "Czasomierze" to panoramiczna, pełna błyskotliwych pomysłów powieść autorstwa Davida Mitchella, któremu niezwykła wyobraźnia pisarska przyniosła sławę jednego z najciekawszych twórców pokolenia. Czasomierze to literatura, która Was zaczaruje i głęboko zapadnie w pamięć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1053

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:The Bone Clocks

Copyright © 2014 by David Mitchell

Copyright for the Polish translation © 2016 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt graficzny serii oraz opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Ilustracja na okładce: Irek Konior

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-690-9

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60 e-mail [email protected]

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Fala gorąca

30 czerwca

Rozsuwam zasłony w moim pokoju, widzę spragnione deszczu niebo i szeroką rzekę pełną statków i łodzi, ale ja już myślę o czekoladowych oczach Vinny’ego, o strużce szamponu, która spływa po jego plecach, o jego ramionach zroszonych kroplami potu, o jego cwaniackim śmiechu, i serce wali mi jak wściekłe. Boże, tak bym chciała budzić się teraz u niego, na Peacock Street, a nie w moim głupim pokoju. Wczoraj wieczorem jakoś tak mi się niechcący wyrwało: „Jezu, Vin, ja cię naprawdę kocham”, a Vinny wypuścił kłąb dymu i odparł, udając księcia Karola: „Nie mogę zaprzeczyć, droga Holly, że czas spędzany z tobą również należy do szalenie przyjemnych”. A ja się mało nie poszczałam ze śmiechu, chociaż, jeśli mam być szczera, trochę się wkurzyłam, że nie odpowiedział: „Ja też cię kocham”. Ale przecież w każdym kolorowym piśmie piszą, że chłopaki, żeby przemycić coś poważniejszego, zawsze robią sobie jaja. Szkoda, że nie mogę teraz do niego zadzwonić. Szkoda, że nie wynaleziono takich telefonów, żeby z każdym można było rozmawiać wszędzie i kiedy tylko się chce. Vinny pewnie właśnie jedzie na swoim nortonie do pracy, do Rochester, w skórzanej kurtce z napisem LED ZEP wybitym srebrnymi ćwiekami. We wrześniu, kiedy skończę szesnaście lat, też mnie gdzieś na swoim nortonie zabierze.

Ktoś na dole trzaska drzwiczkami szafki.

Mama. Nikt inny nie ośmieliłby się tak trzaskać.

„A jeśli odkryła?” – pyta złowieszczy głos.

Nie. Byliśmy z Vinnym bardzo ostrożni.

Matka ma menopauzę. To na pewno dlatego.

Na moim adapterze leży Fear of Music Talking Heads. Vinny kupił mi ten longplay w sobotę, przy naszym drugim spotkaniu w Magic Bus Records. Rewelacyjna płyta. Lubię Heaven i Memories Can’t Wait, ale w ogóle wszystkie kawałki są na niej super. Vinny był w Nowym Jorku i widział Talking Heads na żywo. Jego kumpel Dan był tam ochroniarzem, a po koncercie wprowadził Vinny’ego za kulisy i poszli balangować z Davidem Byrne’em i całym zespołem. Jak w przyszłym roku znowu tam pojedzie, to mnie weźmie. Ubieram się, odnajdując na moim ciele każdy zaróżowiony ślad zębów i ust Vinny’ego. Tak bardzo bym chciała dzisiaj posiedzieć u niego, ale on jedzie do Dover spotkać się z kumplami. Moja najlepsza przyjaciółka Stella pojechała do Londynu, żeby się obkupić w używane ciuchy na Camden Market. Mama mówi, że mam jeszcze za mało lat, żeby jeździć do Londynu bez dorosłych, więc Stella zamiast mnie wzięła Ali Jessop. Czyli największą atrakcją dnia będzie dziś dla mnie odkurzanie dywanów w pubie, żeby zarobić trzy funty kieszonkowego. Hurra-hurra. No i mam w przyszłym tygodniu egzaminy, do których się muszę pouczyć. Z wielką chęcią oddałabym czyste kartki i pokazała wszystkim, gdzie mogą sobie wsadzić twierdzenie Pitagorasa, Władcę much i cykl życiowy obleńców. Może i tak zrobię.

Właśnie. Może dokładnie tak zrobię.

*

W kuchni na dole panuje atmosfera lodowata, niemal arktyczna.

– Dzień dobry – mówię, ale tylko Jacko podnosi wzrok znad rysunków, zza stołu przy oknie.

Sharon ogląda w salonie kreskówki. Tata w holu na dole rozmawia z facetem od dostaw, a ciężarówka z browaru stoi z warczącym silnikiem przed pubem. Mama kroi jabłka na kompot i nie odzywa się do mnie. Mam zapytać: „Co się stało, mamo? Co takiego zrobiłam?”, ale mam to w dupie. Ewidentnie nie uszło jej uwagi, że wczoraj wieczorem późno wróciłam, ale jeśli chce porozmawiać, niech sama zacznie. Polewam mlekiem płatki w misce i zanoszę na stół. Mama z głośnym brzękiem przykrywa patelnię pokrywką i podchodzi do mnie.

– Co masz na swoje wytłumaczenie?

– I nawzajem dzień dobry, mamo. Ale dziś upał.

– Co masz na swoje wytłumaczenie, moja droga?

Jeśli nie wiadomo, jak się zachować, najlepiej udawać niewinną.

– Ale w jakiej sprawie?

Jej oczy zwężają się w żmijowe szparki.

– O której wróciłaś do domu?

– O rany, no dobrze, byłam trochę później, przepraszam.

– Dwie godziny to nie „trochę”. Gdzie byłaś?

Dokładnie rozgryzam płatki.

– U Stelli. Straciłam rachubę czasu.

– To dziwne, naprawdę bardzo dziwne. Bo o dziesiątej zadzwoniłam do mamy Stelli, żeby cię szukać, i podobno wyszłaś stamtąd przed ósmą. Więc kto tutaj kłamie? Mama Stelli czy ty?

Cholera.

– Poszłam się jeszcze przejść.

– A niby dokąd?

Wyraźnie akcentuję każde słowo.

– Poszłam się przejść nad rzekę.

– Nad rzekę w prawo czy w lewo? Ta przechadzka?

Odczekuję chwilę w milczeniu.

– A co za różnica?

W telewizyjnej kreskówce słychać głośny wybuch. Mama każe siostrze:

– Sharon, wyłącz to, wyjdź i zamknij drzwi.

– To niesprawiedliwe! Holly dostaje kazanie, nie ja.

– Już, Sharon. I ty, Jacko, też. Masz wyjść i... – Ale Jacko już zniknął. Kiedy Sharon wychodzi, mama ponownie przypuszcza atak: – Tak zupełnie sama byłaś się przejść?

Skąd to przeczucie, że mnie podpuszcza?

– Sama.

– A daleko zaszłaś? Tak zupełnie sama?

– Ale mam ci podać w milach czy w kilometrach?

– A może tak sobie spacerowałaś, aż zaszłaś na Peacock Street do pewnego mężczyzny nazwiskiem Vincent Costello? – Kuchnia nagle wiruje, a za oknem, na brzegu rzeki po stronie Essex mały ludzik z patyczków wprowadza rower na prom. – Co? Nagle zaniemówiłaś? Przypomnę ci jak było: o dziesiątej wieczorem zasłaniałaś okno u niego w salonie. Miałaś na sobie podkoszulek i niewiele więcej.

Owszem, zeszłam na dół po piwo dla Vinny’ego. Owszem, zasłoniłam okno. I tak, ktoś akurat przechodził chodnikiem.

Spokojnie, powtarzałam sobie, jakie jest prawdopodobieństwo, że akurat ten ktoś cię rozpozna? Mama myśli, że pęknę i się przyznam, ale ja odcinam się żartem:

– Marnujesz się jako barmanka, mamo. Powinnaś kierować agentami wywiadu w MI5.

Mama posyła mi jedno ze swoich piorunujących spojrzeń.

– Ile on ma lat?

Zakładam ręce na piersi.

– Nie twoja sprawa.

Z oczu mamy zostają tylko wąskie szparki.

– Podobno dwadzieścia cztery.

– Skoro wiesz, to po co mnie pytasz?

– Bo to nielegalne, żeby dwudziestoczteroletni mężczyzna zadawał się z piętnastoletnią uczennicą. Za to grozi więzienie.

– We wrześniu kończę szesnaście lat. I mam wrażenie, że policja hrabstwa Kent ma ważniejsze sprawy na głowie. Jestem wystarczająco dorosła, żeby decydować, z kim się spotykam.

Mama zapala czerwonego marlboro. Dałabym się zabić za jednego.

– Kiedy powiem ojcu, obedrze tego Costello żywcem ze skóry.

Owszem, tata musi od czasu do czasu wypraszać z pubu zalanych gości, wszyscy barmani od czasu do czasu muszą, ale nie jest typem, który obdzierałby kogokolwiek ze skóry.

– Brendan miał piętnaście lat, kiedy chodził z Mandy Fry, i jeśli myślisz, że tylko trzymali się za ręce na huśtawkach, to jesteś w błędzie. A jakoś nie przypominam sobie, żebyś prawiła mu kazania, że to grozi więzieniem.

Mama cedzi słowa, jakbym była przygłupia:

– Z chłopcami. Jest. Inaczej.

Głośno wzdycham, co ma oznaczać: „nie wierzę, że tego słucham”.

– Otóż oznajmiam ci, Holly, że już się więcej nie spotkasz z tym... sprzedawcą samochodów. Po moim trupie.

– Właśnie że będę się spotykała z kim mi się podoba!

– Od dziś obowiązują nowe zasady. – Mama gasi papierosa. – Zawożę cię do szkoły i przywożę po lekcjach. Nie wolno ci się ruszać na krok z domu, chyba że ze mną, z ojcem, z Brendanem albo z Ruth. I jeśli zobaczę, że ten pedofil się tu kręci, natychmiast zawiadamiam policję. Zrobię tak, jak Bóg mi świadkiem. I... i... zadzwonię też do jego szefa i powiem, że jego pracownik uwodzi nieletnie uczennice.

Długie sekundy sączą się powoli, zanim to wszystko w końcu we mnie wsiąka.

Oczy zaczynają mnie piec i walczę ze łzami, ale za nic w świecie nie dam Frau Hitler satysfakcji.

– To nie Arabia Saudyjska! Nie możesz mnie zamknąć!

– Dopóki mieszkasz w naszym domu, masz się stosować do naszych zasad. Kiedy ja byłam w twoim wieku...

– Tak, tak, wiem, miałaś dwudziestu braci, trzydzieści sióstr, czterdzieścioro dziadków i babć, i pięćdziesiąt akrów ziemniaków do obrobienia w wykopki, bo takie, kurwa, było życie w Irlandii. Ale tu jest Anglia, mamo, Anglia! Lata osiemdziesiąte! I jeśli życie po pachy w gnoju w West Corku było takie zajebiste, to po co, kurwa, w ogóle przyjeżdż...

Chlast! Dostaję w lewy policzek.

Patrzymy na siebie: ja dygoczę cała w szoku, mama dyszy tak rozwścieczona, że jeszcze jej nigdy nie widziałam w takim stanie i – tak sądzę – chyba uświadamia sobie, że właśnie bezpowrotnie zniszczyła coś, czego już się nigdy nie da naprawić. Wychodzę z pokoju bez słowa, jakbym to ja była górą w tej kłótni.

*

Płaczę tylko trochę, i to bardziej łzy przez zaskoczenie sytuacją niż jakieś tam wielkie szlochy. A kiedy kończę płakać, podchodzę do lustra. Oczy mam lekko opuchnięte, ale konturówka doskonale to maskuje... Jeszcze odrobina szminki, trochę różu... Gotowe. Dziewczyna w lustrze jest kobietą o krótko przyciętych, czarnych włosach, w podkoszulce z napisem Quadrophenia i w czarnych dżinsach. „Mam ci coś do zakomunikowania”, mówi. „Dziś wyprowadzasz się do Vinny’ego”. Zaczynam wyliczać powody, dla których nie mogę, ale przestaję. „Tak”, zgadzam się, jednocześnie podekscytowana i spokojna. Rzucam też szkołę. Od zaraz. Za chwilę będą wakacje i wychowawczyni nie zdąży nawet zagwizdać w tej sprawie, a we wrześniu skończę szesnaście lat i liceum Windmill Hill będzie mogło mi skoczyć. Czy rzeczywiście się na to zdobędę?

Zdobędziesz się. Pakuj się, czyli. Ale co pakuj? Wszystko, co tylko zmieści się do mojej sportowej torby. Majtki, staniki, podkoszulki, skórzaną kurtkę, kosmetyczkę, blaszane pudełko z bransoletkami i wisiorkami. Szczoteczkę do zębów, garść tamponów – okres mi się trochę spóźnia, więc pewnie dostanę go lada moment. Forsę. Przeliczam trzynaście funtów osiemdziesiąt pięć pensów odłożone w samych drobnych. Mam jeszcze osiemdziesiąt funtów na książeczce bankowej w TSB. Ale przecież Vinny nie każe mi płacić czynszu, a w przyszłym tygodniu poszukam pracy. Mogę opiekować się dziećmi, pracować w supermarkecie, być kelnerką – jest mnóstwo sposobów na zarobienie forsy. A moje płyty? Nie mogę zatargać całej kolekcji na Peacock Street, a mama jest zdolna do tego, żeby po złości rozdać je wszystkie ubogim, więc biorę tylko Fear of Music, owijam ją starannie skórzaną kurtką i wkładam ostrożnie do torby, żeby okładka się nie pozaginała. Resztę płyt chowam pod luźną deską w podłodze, tak na razie, ale kiedy z powrotem zasłaniam deski dywanem, ze strachu serce podchodzi mi do gardła: w drzwiach stoi Jacko i uważnie patrzy, co robię. Jest jeszcze w piżamie z postaciami z Thunderbirds, i w kapciach.

– Dostanę przez ciebie zawału, kolego.

– Idziesz – stwierdza Jacko jakimś nieobecnym tonem.

– Powiem ci w tajemnicy, że tak, idę. Ale niedaleko, nie martw się.

– Zrobiłem ci coś na pamiątkę.

Jacko wręcza mi tekturowe kółko z wieczka pudełka po serkach topionych, z narysowanym labiryntem. Ma świra na punkcie labiryntów – to przez te wszystkie książki Dungeons & Dragons, które czytają z Sharon. Labirynt, który dla mnie narysował, jest jak na niego banalnie prosty. Składa się z ośmiu czy dziewięciu kółek, jedno wewnątrz drugiego.

– Weź – mówi. – Jest diaboliczny.

– Wygląda całkiem, całkiem.

– „Diaboliczny” znaczy „szatański”.

– A dlaczego twój labirynt jest szatański?

– Bo wszędzie goni cię Zmierzch. Jak cię dotknie, przestajesz istnieć, więc wystarczy, że raz skręcisz w ślepy korytarz, i po tobie. Dlatego musisz się nauczyć tego labiryntu na pamięć.

Jezu, mój młodszy brat to totalny świr.

– Dobrze. Dzięki, Jacko. Posłuchaj, mam jeszcze parę spraw do...

Jacko trzyma mnie za nadgarstek.

– Naucz się tego labiryntu, Holly. Zrób to dla brata-świra. Proszę.

Zaczynam czuć się nieswojo.

– Dziwnie się zachowujesz, kolego.

– Obiecaj mi, że nauczysz się na pamięć drogi przez te meandry, tak żebyś w razie potrzeby mogła przejść je w ciemności. Proszę.

Młodsi bracia moich koleżanek mają fazę na kolejki elektryczne albo na BMX-y, albo na gry karciane – dlaczego mój musi mieć fazę na labirynty i używać słów jak „meandry” i „diaboliczny”? Bóg jeden wie, jak przetrwa w Gravesend, jeśli będzie gejem. Tarmoszę mu włosy.

– Zgoda, obiecuję, że nauczę się twojego labiryntu na pamięć. – Wtedy Jacko przytula się do mnie, co jest dziwne, bo Jacko nie należy do dzieciaków, które się przytulają. – Hej, nie odchodzę daleko... Zrozumiesz to, kiedy będziesz starszy i...

– Wyprowadzasz się do swojego chłopaka.

Teraz już nie powinno mnie to dziwić.

– Owszem.

– Uważaj na siebie, Holly.

– Vinny jest fajny. A kiedy mama już się z tym pogodzi, będziemy się widywać. Przecież nie przestaliśmy się odwiedzać z Brendanem, kiedy się ożenił z Ruth, prawda?

Ale Jacko wsuwa tylko tekturowe wieczko głęboko do mojej torby, patrzy na mnie ostatni raz i znika.

*

Mama zjawia się na schodach na piętrze z koszem podkładek z barowego kontuaru, jakby czatowała, aż wyjdę.

– Ja nie żartuję. Masz szlaban. Wracaj na górę. W przyszłym tygodniu masz egzaminy. Czas przysiąść fałdów i zabrać się za powtarzanie materiału.

Chwytam poręcz schodów.

– „Nasz dom, nasze zasady”, sama powiedziałaś. W porządku. Nie potrzebuję waszych zasad ani waszego domu i nie będziesz mnie biła, kiedy tylko puszczą ci nerwy. Ty sama byś tego nie wytrzymała. Prawda?

Przez twarz mamy przebiega krótki grymas i jeśli teraz powie to, co chcę usłyszeć, będziemy negocjować. Ale nie, patrzy tylko na moją sportową torbę i wzdycha, jakby nie mogła uwierzyć, jaka jestem głupia.

– Kiedyś potrafiłaś myśleć.

Schodzę więc dalej.

Z góry słyszę jej głos, a w nim większe napięcie:

– A co ze szkołą?

– Sama sobie chodź, jeśli szkoła jest aż tak ważna.

– Mnie nigdy nie dano takiej możliwości, Holly! Zawsze miałam na głowie pub, ciebie, Brendana, Sharon i Jacko, musiałam was nakarmić, ubrać i posłać do szkół, żebyście wy nie musieli marnować życia na myciu kibla, opróżnianiu popielniczek i harowaniu jak wół, bez cienia szansy na wcześniejsze pójście spać chociaż raz w tygodniu.

Spływa to po mnie. Schodzę dalej.

– Proszę bardzo, idź. Wyprowadzaj się. Dostań po dupie od życia. Daję ci trzy dni, zanim twój Romeo cię wyrzuci. Bo to nie ciekawa osobowość dziewczyny interesuje facetów, Holly. O nie, nigdy.

Ignoruję ją. Z holu widzę Sharon za barem przy półkach z sokami. Pomaga tacie uzupełniać towar, ale widzę, że wszystko słyszała. Macham do niej ręką na pożegnanie, a ona odpowiada mi nerwowym gestem. Przez klapę do piwnicy dobiega echem głos taty, który podśpiewuje Ferry ‘Cross The Mersey. Lepiej go w to nie mieszać. Przed mamą zawsze będzie trzymał jej stronę. Ale przed bywalcami pubu będzie żartował: „Tylko idiota wchodzi między dziobiące się kury”, a oni będą potakiwać i pomrukiwać pod nosem: „Święta racja, Dave”. Poza tym wolałabym nie być przy tym, jak tata dowiaduje się o Vinnym. Nie chodzi o to, że jest mi wstyd, ale po prostu wolałabym, żeby mnie przy tym nie było. Newky śpi w swoim koszu.

– Jesteś najbardziej śmierdzącym psem w całym Kencie – mówię mu, żeby powstrzymać się od łez – ty stary pchlarzu. – Klepię go po grzbiecie, odsuwam zasuwkę w bocznych drzwiach i wychodzę na Marlow Alley. Drzwi zamykają się za mną z trzaskiem.

*

Na West Street jest zbyt jasno i zbyt ciemno, jak w telewizorze z rozregulowanym kontrastem, więc zakładam okulary słoneczne i świat staje się bardziej jak ze snu, ale jednocześnie żywszy i bardziej prawdziwy. Boli mnie gardło i cała się trzęsę. Nikt nie wybiega za mną z pubu. To dobrze. Obok mnie przejeżdża betoniarka i spalinowy podmuch kołysze z szelestem liśćmi kasztanowca. Wdycham zapach rozgrzanego asfaltu, smażonych frytek i leżących od tygodnia śmieci, które już przesypują się z pojemników – śmieciarze znowu strajkują.

Chmary ptaszków śmigają i ich skrzydełka furkoczą jak takie blaszane gwizdki na sznurkach, jakie dzieciaki dostają na urodziny – przynajmniej kiedyś dostawały – a banda chłopaków gra w podchody w parku wokół kościoła przy Crooked Lane. „Widzę cię! Za drzewem! Wychodź!”. Gówniarze. Stella mówi, że starsi mężczyźni są lepszymi kochankami, bo u chłopaków w naszym wieku lodzik się roztapia, kiedy tylko weźmiesz go w rękę. Tylko Stella wie o Vinnym – była ze mną w tę pierwszą sobotę w Magic Bus Records – ale ona potrafi dotrzymać tajemnicy. Kiedy uczyła mnie palić, a ja za każdym zaciągnięciem się rzygałam, nie śmiała się ani nikomu nie wygadała. I powiedziała mi wszystko, co powinnam wiedzieć o chłopakach. Stella jest najfajniejszą dziewczyną ze wszystkich piątych klas w naszej szkole. Spokojnie najfajniejszą.

Crooked Lane wije się w górę od rzeki, a potem skręcam z niej w Queen Street, gdzie prawie taranuje mnie dziecięcym wózkiem Julie Walcott. Jej bachor wydziera się wniebogłosy, a ona wygląda jak śmierć. Kiedy zaszła w ciążę, odeszła ze szkoły. Z Vinnym uważamy jak nie wiem co i tylko raz kochaliśmy się bez gumki, za pierwszym razem, a to przecież naukowo udowodnione, że dziewice nie mogą zajść w ciążę. Stella mi powiedziała.

Queen Street jest przystrojona chorągiewkami, jakby z okazji Dnia Niepodległości Holly Sykes. Sprzedawczyni w sklepie z wełną, starsza Szkotka, podlewa kwiaty w wiszących doniczkach, pan Gilbert, jubiler, wykłada na wystawę aksamitne tace z pierścionkami, a rzeźnicy Mike i Todd rozładowują z furgonetki kilkanaście bezgłowych świńskich trucheł, które wiszą na hakach. Przed biblioteką grupka związkowców zbiera do kubłów pieniądze dla strajkujących górników, a Socialist Workers trzymają tablice z napisami „WĘGLA NIE ZASIŁKÓW” i „THATCHER NA WOJNIE Z ROBOTNIKAMI”. Ed Brubeck jedzie w tę stronę na rowerze. Wchodzę do Indoor Market, żeby mnie nie widział. W zeszłym roku Brubeck przeprowadził się do Gravesend z Manchesteru, gdzie jego ojciec odsiadywał wyrok za włamanie i napaść. Brubeck nie ma żadnych kolegów i nie widać po nim, żeby chciał jakichś mieć. Normalnie taki ktoś nie miałby życia w naszej szkole, ale kiedy jeden chłopak z szóstej klasy do niego wyskoczył, Brubeck rozwalił mu facjatę i od tamtej pory wszyscy zostawiają go w spokoju. Teraz przejeżdża koło mnie, ale mnie nie zauważa. Do ramy roweru ma przyczepioną wędkę. Idę dalej. Przy salonie gier uliczny muzykant gra na klarnecie jakieś smęty. Ktoś wrzuca mu drobne do futerału, a grajek natychmiast przerzuca się na temat z Dallas. Dochodzę do Magic Bus Records i zaglądam do środka. Wtedy szukałam pod „R”, jak „Ramones”. Vinny mówi, że szukał pod „H”, jak „Hacjenda”, albo „Hocki-klocki”, albo „Holly”. Wzdłuż tylnej ściany stoi kilka używanych gitar. Vin potrafi zagrać intro do Stairway to Heaven, ale nigdy nie słyszałam, jak gra dalej. Nauczę się grać na jego gitarze, kiedy on będzie w pracy. Razem moglibyśmy założyć zespół. Nic nie stoi na przeszkodzie – Tina Weymouth jest dziewczyną, a gra na basie w Talking Heads. Wyobrażam sobie minę mamy, która zarzeka się: „Nie mam już córki”, a potem ogląda mnie w Telewizyjnej Liście Przebojów. Problem mamy polega na tym, że nigdy nikogo nie kochała tak głęboko, jak my kochamy się z Vinem. Jasne, z tatą się jakoś dogaduje, chociaż cała jej rodzina z Corku nigdy za nim nie przepadała, bo nie jest ani Irlandczykiem, ani katolikiem. Moje starsze cioteczne rodzeństwo z Irlandii z upodobaniem mi opowiadało, jak to ojciec zrobił mamie Brendana jeszcze przed ślubem. Teraz są już małżeństwem dwadzieścia pięć lat, co chyba nie jest słabym wynikiem, ale i tak rodziców nie łączy taka więź, jak Vina i mnie. Stella mówi, że od razu widać, że Vin i ja jesteśmy dla siebie stworzeni jak dwie bratnie dusze.

*

Przed budynkiem NatWestu na Milton Road wpadam na Brendana. Włosy zaczesane na żel, krawat w turecki wzór, marynarka zarzucona na ramię. Można by pomyśleć, że idzie prowadzić kurs dla przystojniaków, a nie do pracy w kancelarii Stotta i Conwaya. Starsze siostry moich koleżanek kochają się w Brendanie – chyba się porzygam. Brendan ożenił się z Ruth, córką swojego szefa, pana Conwaya. Ślub odbył się w ratuszu, a wystawne przyjęcie w Chaucer Country Club. Nie byłam druhną, bo nie noszę sukienek, a już na pewno unikam takich, w których wygląda się jak figurka z kolekcji „Przeminęło z wiatrem”, więc druhnami były Sharon i siostrzenice Ruth. Przyjechała prawie cała nasza rodzina z Corku. Złoty chłopiec mamy i złota mama Brendana. Później będą roztrząsać każde słowo, które teraz powiem.

– Dzień dobry – mówię. – Co tam słychać?

– Wszystko dobrze. A w Kapitanie?

– W porządku. Mama dziś cała w skowronkach.

– Tak? – Brandon uśmiecha się zdziwiony. – A co się stało?

Wzruszam ramionami.

– Może wstała prawą nogą.

– To dobrze. – Zauważa moją sportową torbę. – Wybierasz się dokądś?

– Niezupełnie. Będziemy powtarzać francuski u Stelli Yearwood, a potem zostanę u niej na noc. W przyszłym tygodniu mamy egzaminy.

Brat jest pod wrażeniem.

– Tak trzymaj, siostra.

– Ruth już się lepiej czuje?

– Nie bardzo. Bóg wie, dlaczego nudności nazywają się „poranne”, skoro najgorzej jest w środku nocy.

– Może w ten sposób Matka Natura chce was przygotować na przyjście dziecka – zastanawiam się. – Te wszystkie nieprzespane noce, kłótnie, rzygi. To wymaga hartu.

Brendan nie łapie się na ten haczyk.

– Pewnie masz rację.

Trudno mi sobie wyobrazić Brendana w roli ojca, a jednak już na Gwiazdkę będzie tatą.

Za naszymi plecami oddział NatWestu otwiera drzwi i urzędnicy bankowi napływają sznurem do środka.

– Pan Conway na pewno nie zwolni własnego zięcia – mówię do Brendana – ale czy czasem nie zaczynasz pracy o dziewiątej?

– Prawda. Widzimy się jutro, jeśli zdążysz wrócić z tych waszych powtórek. Mama zaprosiła nas na obiad. Miłego dnia!

– Dopiero dziewiąta, ale to już najlepszy dzień w moim życiu – zapewniam mojego brata i pośrednio mamę.

Jeszcze godny Oskara błysk uśmiechu i Brendan odchodzi, dołączając do ludzi w garniturach i strojach służbowych, śpieszących do pracy w biurach, sklepach i fabrykach.

*

W poniedziałek dorobię klucz do drzwi wejściowych Vinny’ego, ale dzisiaj muszę się tam dostać naszą tajną drogą. Na ulicy, która nazywa się The Grove, tuż przed urzędem podatkowym jest mała alejka, na wpół schowana za kontenerem, z którego przelewają się worki na śmieci, śmierdzące napęczniałymi pieluchami. Brązowy szczur przygląda mi się jak jakiś jaśnie pan na gównie. Idę dalej alejką, skręcam w prawo i teraz jestem już między ścianą urzędu podatkowego a tylnymi ogródkami domów przy Peacock Street. Ten na samym końcu, ostatni przed torami kolejowymi, to dom Vinny’ego. Przeciskam się przez luźne sztachety i brnę przez zarośnięty ogródek. Trawa i chwasty sięgają mi do pasa, a śliwa jest już cała w owocach, chociaż większość z nich zeżrą osy i robaki, bo Vinny zapowiada, że na pewno nie będzie mu się chciało zbierać. Ogród wygląda jak las w Śpiącej królewnie, który obrósł zamek, kiedy wszyscy zasnęli snem stuletnim. Vinny miał zajmować się ogródkiem na prośbę ciotki, ale ona mieszka w King’s Lynn i nigdy tu nie przyjeżdża. Poza tym Vinny ma duszę motocyklisty, nie ogrodnika. Kiedy już się tutaj urządzę, opanuję tę dżunglę. Trzeba po prostu kobiecej ręki. Mogłabym zabrać się do tego już dzisiaj, po sesyjce gry na gitarze (sama pouczę się grać). W rogu ogrodu, na wpół schowana za krzakami jeżyn, stoi szopa z narzędziami i kosiarką do trawy. Zasadzę tu słoneczniki, róże, bratki, goździki, lawendę i zioła w małych doniczuszkach. Będę piekła babeczki, ciasteczka i placki ze śliwkami, a Vinny będzie tylko wzdychał: „Jezu, jak ja sobie w ogóle dawałem bez ciebie radę?”. Wszystkie kolorowe pisma zawsze każą pamiętać, że droga do serca mężczyzny prowadzi przez żołądek. Przy beczce z deszczówką rój białych motyli obsiadł krzak o fioletowych palczastych liściach. Krzak wygląda, jakby obsypało go konfetti i przykryły koronki. I cały się rusza, jakby zaraz miał odlecieć.

Tylne drzwi nigdy nie są zamknięte na klucz, bo Vinny go zgubił. Nasze pudełka po pizzy i kieliszki po winie nadal stoją na blacie od wczorajszego wieczoru, ale nigdzie nie ma śladu przygotowywanego śniadania – Vinny musiał zaspać i pewnie wyleciał pędem do pracy, jak zwykle. Trzeba tu wszędzie porządnie wysprzątać, zetrzeć kurz, odkurzyć dywany. Ale najpierw kawa i szlug, bo zdążyłam zjeść tylko połowę płatków, zanim mama zaatakowała mnie prawym sierpowym. Zapomniałam kupić fajki po drodze – wyleciało mi z głowy po spotkaniu z Brendanem – ale Vinny trzyma paczkę w szafce nocnej, więc wspinam się po schodach do jego sypialni. A właściwie – do naszej sypialni. Zasłony nadal są zaciągnięte, w pokoju jest duszno i daje starą skarpetą. Więc wpuszczam trochę światła, otwieram okno, odwracam się i niemal krzyczę z przerażenia, bo Vinny leży w łóżku i ma minę, jakby się zesrał.

– To ja, to tylko ja – jąkam się. – Przepraszam, myślałam, że... jesteś w pracy.

Vinny łapie się za serce i śmieje się jakoś tak niepewnie, jakby właśnie dostał kulkę w pierś.

– Jezu, Hol. Myślałem, że to włamywacz!

Ja też jakoś tak niepewnie się śmieję.

– Jesteś... w domu.

– Coś popieprzyli z grafikiem – ta nowa sekretarka jest beznadziejna. Kev zadzwonił, że jednak mam dzień wolny.

– Super – cieszę się. – To rewelacyjnie... bo mam dla ciebie niespodziankę.

– Super. Uwielbiam niespodzianki. Ale wstaw najpierw czajnik z wodą, dobrze? Zaraz zejdę do kuchni. A nie, kurde, skończyła się kawa. Będziesz taka kochana i wyskoczysz do Staffy po słoik gold blend? Zwrócę ci pieniądze.

Najpierw muszę jednak zakomunikować:

– Mama wie o nas, Vin.

– Wie? Aha. – Robi zamyśloną minę. – Jasne. I jak na to...?

Nagle łapie mnie strach, że Vinny nie będzie mnie chciał.

– Nie najlepiej. Wpadła w furię. Oznajmiła, że nie mogę się więcej z tobą spotykać i zagroziła, że mnie zamknie w piwnicy. Więc wyszłam z domu. I...

Vinny patrzy na mnie nerwowo, nie rozumiejąc, do czego zmierzam.

– Więc czy mogę... pomieszkać u ciebie? Przynajmniej na razie.

Vinny przełyka ślinę.

– O-keeej... Jasne. Rozumiem. Taaak. Okej.

Nie brzmi to bardzo okej.

– Czyli zgadzasz się?

– Ta-ak. Jasne. Zgadzam się. Ale teraz naprawdę muszę się napić kawy.

– Poważnie? Och, Vin! – Ulga rozchodzi się po mnie dreszczem, jak w gorącej kąpieli. Przytulam się do niego. Jest spocony. – Jesteś najwspanialszy, Vinny! Bałam się, że możesz...

– Przecież nie pozwolimy, żeby takie puchate, mruczące seks-kociątko nocowało pod mostem. Ale teraz serio, Hol, mój organizm potrzebuje kawy jak Dracula krwi, więc...

Nie kończy zdania, bo go całuję, mojego Vinny’ego, mojego chłopaka, który był w Nowym Jorku i ściskał dłoń Davida Byrne’a. Moja miłość do niego wystrzela w górę przez całe ciało jak wrząca woda w bojlerze, a ja go przyciągam i przewracamy się na górę kołdry, ale góra nagle się porusza, a moja ręka odsłania fałdy pościeli i oto widzę moją najlepszą przyjaciółkę Stellę Yearwood. Zupełnie nago. Czuję się, jak w złym śnie, ale to nie sen.

Siedzę tam i wpatruję się tępo w jej krocze, aż Stella mówi:

– Chyba nie może się aż tak bardzo różnić od twojej, prawda?

Potem patrzę na Vinny’ego, który wygląda jakby puścił bąka i tylko z głupim chichotem jąka się jak debil:

– To nie jest tak, jak myślisz.

Stella ze stoickim spokojem przykrywa się z powrotem kołdrą i mówi Vinny’emu:

– Nie bądź palantem. To jest dokładnie tak, jak myślisz, Holly. Chcieliśmy ci powiedzieć, ale najwyraźniej wydarzenia nas uprzedziły. Prawda jest taka, że zostałaś olana. Nie jest to miłe, ale zdarza się każdemu, no, większości z nas, c’est la vie. Ale nie martw się, tego kwiatu to pół światu, więc oszczędź sobie wstydu i idź już. Miej trochę godności.

* * *

Kiedy w końcu przestaję ryczeć, orientuję się, że siedzę na kamiennym schodku na jakimś placyku, który z każdej strony jest otoczony ceglanymi ścianami starych pięcio- czy sześciopiętrowych budynków z wąskimi ślepymi oknami. Chwasty wwiercają się w szczeliny między płytami chodnika, a nasiona dmuchawca unoszą się w powietrzu jak w szklanej kuli. Kiedy trzasnęłam drzwiami Vinnego, nogi zaniosły mnie tutaj, na tyły szpitala miejskiego w Gravesend, gdzie doktor Marinus uwolnił mnie od Miss Constantin, gdy miałam siedem lat. Czy chociaż przywaliłam Vinny’emu? Poruszałam się jakby w smole. Nie mogłam oddychać. Vinny złapał mnie za nadgarstek, aż zabolało – ciągle boli – a Stella warczała tylko: „Weź dorośnij i daj nam, kurde, święty spokój, Holly. To jest życie, a nie odcinek Dynastii!”. A ja wyleciałam od nich, trzaskając drzwiami i biegłam dzikim pędem, byle przed siebie, dokądkolwiek, donikąd, dokądś... Wiedziałam, że kiedy tylko się zatrzymam, totalnie się rozkleję i zamienię w jedną wielką galaretę z glutów, a wtedy szpiedzy mamy doniosą na mnie, i to będzie dla niej jak wisienka na torcie. Bo mama miała rację. Kochałam Vinny’ego, jakby był częścią mnie samej, a on mnie lubił jak gumę do żucia. A kiedy już straciłam smak, wypluł mnie, odwinął z papierka kolejną i wsadził do buzi – i to nie byle kogo, bo Stellę Yearwood. Moją najlepszą kumpelę. Jak on mógł? Jak ona mogła?

Przestań ryczeć! Pomyśl o czymś innym...

*

Holly Sykes oraz Cuda i dziwy, część I. W 1976 roku miałam siedem lat. Przez całe wakacje nie spadła ani kropla deszczu i wyschłe ogrody zrobiły się rudo-żółte. Pamiętam, że susza była aż taka, że z Brendanem i mamą stawaliśmy z wiadrami w kolejce do pompy na końcu Queen Street. Właśnie tego lata zaczęłam słyszeć głosy. Słyszałam je w swojej głowie. Nie były to głosy szaleńców ani oblechów i niespecjalnie mnie przerażały, przynajmniej na początku. Nazywałam je „Ludźmi z Radia”, bo najpierw myślałam, że to w pokoju obok gra radio. Tylko że w pokoju obok nie było radia. Najwyraźniej słyszałam je w nocy, ale za dnia, kiedy byłam w szkole, też nie przestawały mówić, jeśli wokół było cicho, na przykład na klasówce. Trzy albo cztery głosy mówiły naraz i nigdy nie mogłam zrozumieć ich słów. Pamiętałam opowieści Brendana o szpitalach dla wariatów i o ludziach w białych kitlach, więc bałam się komukolwiek powiedzieć. Mama była w ciąży z Jacko, ojciec urabiał się po łokcie w pubie, Sharon miała tylko trzy latka, a Brendan nawet wtedy już był palantem. Wiedziałam, że słyszenie głosów nie jest normalne, ale one właściwie nie robiły mi nic złego, więc może to był po prostu jeden z sekretów, jakie każdy gdzieś chowa.

Raz w nocy śnił mi się straszny sen, że do Kapitana Marlowa wleciał rój krwiożerczych pszczół i obudziłam się cała zlana zimnym potem. Nagle od strony nóg łóżka dobiegł mnie kobiecy głos, który uspokajał: „Nic się nie bój, Holly, już dobrze”, a ja wyjąkałam: „Dziękuję, mamo”, bo kto inny mógł tam być? Ale wtedy usłyszałam śmiech mamy w kuchni na końcu korytarza – to było jeszcze zanim dostałam własny pokój na strychu. Po tym zorientowałam się, że ta pani przy moim łóżku tylko mi się przyśniła, i zapaliłam światło, żeby się na własne oczy przekonać.

Oczywiście nikogo tam nie było.

„Nie chcę cię wystraszyć”, powiedział głos tej pani, „ale jestem tak samo prawdziwa, jak ty”.

Wcale nie zaczęłam krzyczeć ani nie wpadłam w histerię. Owszem, cała dygotałam, ale mimo strachu czułam, że to musi być jakaś specjalna zagadka dla mnie albo sprawdzian. W moim pokoju nikogo nie było, a jednak ktoś do mnie mówił. Więc głosem najbardziej opanowanym, na jaki tylko mogłam się zdobyć, zapytałam tę panią, czy jest duchem. „Nie jestem duchem”, odparła, „tylko odwiedzam twoje myśli. Dlatego mnie nie widzisz”. Zapytałam, jak się nazywa. Odpowiedziała: „Miss Constantin”. Dodała też, że odesłała Ludzi z Radia, bo mnie rozpraszali, ale ma nadzieję, że się nie gniewam. Odparłam, że nie. Miss Constantin powiedziała, że musi już iść, ale że z przyjemnością niedługo znowu do mnie wpadnie, bo jestem „osobliwym dzieckiem”.

I już jej nie było. Minęła cała wieczność, zanim znowu mogłam zasnąć, ale kiedy w końcu przyszedł sen, czułam, że chyba mam nową przyjaciółkę.

*

I co teraz? Wracać do domu? Prędzej pokłułabym sobie dziąsła szpilkami. Mama wepchnie mi moją porażkę do gardła aż po zwieracz żołądka, a potem będzie siedzieć i napawać się zwycięstwem. I odtąd aż po wsze czasy, jeśli choć raz nie stanę na baczność z meldunkiem „tak jest!”, będzie wyciągać sprawę z Vinnym Costello. Dobrze, nie wprowadziłam się na Peacock Street, ale to nie znaczy, że muszę mieszkać w domu, przynajmniej dopóki nie udowodnię matce, że jestem wystarczająco dorosła, żeby żyć samodzielnie, i że może przestać mnie traktować jak siedmiolatkę. Przez jakiś czas starczy mi pieniędzy na jedzenie, a wygląda na to, że upały jeszcze potrwają, więc po prostu w tym roku wakacje zaczną się dla mnie trochę wcześniej. Pieprzyć egzaminy, pieprzyć szkołę. Stella opowie wszystkim, jak to się uwiesiłam na Vinnym, jaka jestem żałosna i histeryczna, i jak nie mogę pogodzić się z tym, że chłopak się mną znudził. O dziewiątej rano w poniedziałek Holly Sykes będzie już oficjalnym pośmiewiskiem liceum Windmill Hill. Na bank.

Sygnał karetki pogotowia zbliża się i jest coraz bardziej natarczywy, odbijając się echem na całym placyku, aż w końcu milknie, jakby urwał w pół zdania... Poprawiam na ramieniu torbę i wstaję. Czyli teraz dokąd? Każda angielska nastolatka, która zwiewa z domu, jedzie prosto do Londynu i wyobraża sobie, że odkrywa ją łowca talentów albo znajduje ją dobra wróżka, ale ja ruszam w przeciwnym kierunku, wzdłuż rzeki, w stronę bagien Kentu. Jeśli ktoś dorasta w pubie, ma okazję posłuchać, kim są ci łowcy talentów i dobre wróżki z Londynu, w których ręce trafiają nastolatki na gigancie. Może znalazłabym jakąś stodołę albo pusty domek, żeby się zadekować na jakiś czas? Taki plan miałby nawet ręce i nogi. Wyruszam więc w drogę i obchodzę szpital od frontu. Parking jest pełen przednich szyb, które oślepiają mnie w jasnym słońcu. W półmroku chłodnej szpitalnej rejestracji widzę tłum ludzi palących papierosy w oczekiwaniu na wiadomości.

Śmieszne miejsca, szpitale...

*

Holly Sykes oraz Cuda i dziwy, część II. Minęło kilka tygodni i zaczęłam myśleć, że Miss Constantin po prostu mi się przyśniła. Tyle tylko że nie znałam słowa, którym mnie określiła: „osobliwa”. Sprawdziłam je w słowniku i zastanawiałam się, skąd się wzięło w mojej głowie, skoro nie umieściła go tam Miss Constantin. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Ale potem jednej nocy we wrześniu, kiedy już rozpoczął się rok szkolny i skończyłam osiem lat, obudziłam się i wiedziałam, że ona jest w moim pokoju. I bardziej się ucieszyłam, niż bałam. Podobało mi się, że byłam osobliwa. Zapytałam Miss Constantin, czy jest aniołem, ale ona tylko zaśmiała się i powiedziała, że jest człowiekiem, jak ja, ale nauczyła się, jak się wymykać z własnego ciała i odwiedzać przyjaciół. Zapytałam, czy ja też jestem jej przyjaciółką. Odparła: „A chciałabyś?”. Ja na to, że bardzo, bardzo, a ona: „Zatem będziesz”. Zapytałam też Miss Constantin, skąd pochodzi, a ona powiedziała, że ze Szwajcarii. Żeby się popisać, zapytałam, czy Szwajcaria to ten kraj, gdzie wynaleziono czekoladę, a ona odparła, że jestem jednym z największych bystrzaków, jakich zna. Od tamtej pory odwiedzała mnie co noc. Zjawiała się na kilka minut, ja opowiadałam, jak mi minął dzień, a ona mnie słuchała, rozumiała i starała się mnie pocieszyć. Zawsze trzymała moją stronę, nie tak jak mama i Brendan. Pytałam Miss Constantin o różne rzeczy. Czasem odpowiadała mi wprost. Na przykład, kiedy zapytałam, jaki ma kolor włosów, odpowiedziała: „chromowy blond”. Ale często unikała odpowiedzi, mówiąc: „Nie zdradzajmy jeszcze tajemnicy, Holly, dobrze?”.

Aż jednego dnia, po szkole, kiedy wracałam do domu, dorwała mnie Susan Hillage, która lubiła zastraszać innych i się nad nimi znęcać. Świetnie jej to wychodziło. Jej tata był najemnym żołnierzem w Belfaście, a ponieważ moja mama była Irlandką, Susan uklękła mi na głowie i nie chciała mnie puścić, aż przyznam, że trzymamy węgiel w wannie i że kochamy IRA. Nie chciałam przyznać, więc zarzuciła moją torbę na drzewo i zapowiedziała, że jeszcze zapłacę za kolegów jej taty, którzy zginęli w Belfaście, i że jeśli poskarżę się komukolwiek, pluton jej taty podpali nasz pub i cała rodzina zginie w płomieniach, i to wszystko będzie przeze mnie. Nie byłam tchórzem ani popychadłem, ale Susan Hillage doskonale wiedziała, jak mną manipulować. Nie powiedziałam nic rodzicom, tylko miałam mokro w majtkach ze strachu przed pójściem następnego dnia do szkoły, bo nie wiedziałam, co się może stać. Tamtej nocy obudziłam się pod ciepłą kołdrą i usłyszałam głos Miss Constantin – ale to już nie był tylko jej głos, zjawiła się we własnej osobie – siedziała w fotelu w nogach łóżka i szeptała: „Obudź się, śpiochu”. Była młoda, miała białozłote włosy, a jej usta, które za dnia musiały mieć kolor róż, w świetle księżyca były fioletowoczarne. Była ubrana w długą suknię. Piękna jak obrazek. W końcu, jąkając się, zdołałam ją zapytać, czy mi się tylko śni, ale ona odparła: „Jestem tutaj, bo moje mądre, osobliwe dziecko było dziś bardzo smutne i chcę wiedzieć dlaczego”. Więc opowiedziałam jej o Susan Hillage. Miss Constantin słuchała w milczeniu, aż skończyłam, a potem powiedziała, że absolutnie nie toleruje dręczycielek ani tyranek, i zapytała, czy chciałabym, żeby coś poradziła na tę sytuację? Odparłam, że tak, że bardzo bym chciała, ale zanim mogłam zapytać ją o cokolwiek, usłyszałam kroki taty w korytarzu, drzwi się otworzyły i oślepiło mnie światło z półpiętra. Jak miałam wytłumaczyć tacie, dlaczego w moim pokoju o pierwszej w nocy siedzi Miss Constantin? Ale tata zachowywał się, jakby jej tam nie było. Zapytał mnie tylko, czy wszystko w porządku, bo słyszał jakiś głos – i już byłam pewna, że Miss Constantin tam nie ma. Powiedziałam tacie, że musiało mi się coś śnić i pewnie mówiłam przez sen.

I w końcu właśnie w to zaczęłam wierzyć. Głosy to jedno, ale panie w długich sukniach w fotelu w moim pokoju? Następnego dnia rano poszłam do szkoły jak zwykle, ale nie widziałam nigdzie Susan Hillage. Nikt jej nie widział. Nasza dyrektorka przybiegła spóźniona na apel i poinformowała, że Susan Hillage miała wypadek, że jechała rowerem do szkoły, kiedy potrąciła ją ciężarówka, że jest w bardzo ciężkim stanie i musimy się modlić o jej powrót do zdrowia. Kiedy to usłyszałam, poczułam, że ciało mi drętwieje i robi mi się zimno, i tyle krwi odpłynęło mi z głowy, że szkolny korytarz jakoś tak owinął się wokół mnie, a potem nie pamiętam już nawet, jak upadłam na podłogę.

*

Tamiza jest dziś pomarszczona i mętna, a ja idę, idę i idę jak najdalej od Gravesend, w stronę bagien Kentu, i zanim się zdążyłam zorientować, robi się wpół do dwunastej, a Gravesend jest już tylko maleńką makietą, którą zostawiam za sobą. Wiatr wydobywa chmury z kominów zakładów Blue Circle, jak magik, który wyciąga z rękawa białe chusteczki. Po mojej prawej stronie nad bagnami huczy A2. Pan Sharkey, który jest już starszym człowiekiem, mówi, że autostrada biegnie po starożytnym trakcie, zbudowanym jeszcze przez Rzymian, i że nawet po tylu stuleciach właśnie tą drogą trzeba pojechać, żeby w Dover dostać się na prom do Europy, tak samo jak w czasach rzymskich. Pylony autostrady odmaszerowują w dwuszeregu. W pubie tata pewnie odkurza bar, chyba że robi to Sharon, żeby zarobić moje trzy funty. Ranek już minął, parny i dłużący się jak trzy matmy z rzędu, a od słońca bolą mnie oczy. Swoje okulary słoneczne zostawiłam w kuchni u Vinny’ego, przy zlewie. Kosztowały czternaście dziewięćdziesiąt dziewięć. Kupiłam je ze Stellą, która zarzekała się, że identyczne widziała na Carnaby Street, tyle że trzy razy droższe, więc myślałam, że trafiam okazję. Potem wyobrażam sobie, że duszę Stellę, i ręce całe napinają mi się i tężeją, jakbym ją rzeczywiście dusiła.

Chce mi się pić. Mama pewnie już powiedziała ojcu, jak to Holly wyprowadziła się z domu, bo przechodzi nastoletni okres buntu, ale założę się o milion, że wszystko przekręciła. Tata będzie pokpiwał, że „baby się pokłóciły”, a PJ, Nipper i Big Dex będą kiwać głowami i śmiać się jak debile. Bo są debilami. PJ będzie udawał, że czyta z „The Sun”: „Astronomowie z uniwersytetu w Fuckingshire odkryli nowe dowody na to, że nastolatki jednak są pępkiem świata”. Wszyscy będą się pokładać ze śmiechu, a poczciwy Dave Sykes, najfajniejszy ze wszystkich właścicieli pubów, też będzie rżał, co będzie miało znaczyć: „jak ty już powiesz dowcip, to można się polać”. Zobaczymy, czy będą się dalej śmiać w środę, kiedy mnie ciągle nie będzie.

Daleko przede mną jacyś ludzie łowią ryby.

*

Cuda i dziwy, akt ostatni. Już kiedy niesiono mnie do szkolnej pielęgniarki, słyszałam w głowie, że wrócili Ludzie z Radia. Setki Ludzi z Radia i wszyscy szeptali jeden przez drugiego. Przeraziło mnie to, ale nie aż tak bardzo, jak myśl, że zabiłam Susan Hillage. Więc powiedziałam pielęgniarce o Ludziach z Radia i o Miss Constantin. Biedna, myślała, że w najlepszym razie mam wstrząs mózgu, a w najgorszym – że zwariowałam, więc zadzwoniła do mamy, która zatelefonowała do naszego lekarza rodzinnego i jeszcze tego samego dnia zaprowadzono mnie do laryngologa w naszym miejskim szpitalu. Nie znalazł niczego niepokojącego, ale zasugerował, że byłoby dobrze, gdyby obejrzał mnie jego kolega, psychiatra dziecięcy ze szpitala przy Great Ormond Street w Londynie, który specjalizował się w takich przypadkach jak mój. Mama uniosła się: „Córka nie jest psychicznie chora!”. Ale laryngolog postraszył ją słowem „guz”. Po najgorszej nocy w moim życiu – modliłam się do Boga, żeby trzymał Miss Constantin z dala ode mnie, i leżałam z Biblią pod poduszką, ale Ludzie z Radia zadbali o to, żebym nie zmrużyła oka – zadzwonił do nas laryngolog z informacją, że jego kolega psychiatra będzie w Gravesend za godzinę, i spytał, czy mama może mnie zaraz przywieźć?

Doktor Marinus był pierwszym Chińczykiem, jakiego w życiu widziałam, oprócz tych z restauracji Thousand Autumns, dokąd chodziliśmy czasem z Brendanem po jedzenie na wynos, kiedy mama była za bardzo zmęczona, żeby gotować. Doktor Marinus mówił z nienagannym akcentem z wyższych sfer i bardzo cicho, tak że trzeba było się wsłuchiwać, żeby wszystko usłyszeć. Był niski, chudy, ale jakoś dziwnie dominował w całym gabinecie. Najpierw zapytał o szkołę, o naszą rodzinę, a potem przeszedł do głosów w mojej głowie. Mama zdenerwowała się: „Córka nie jest wariatką, jeśli to pan sugeruje. To tylko wstrząśnienie mózgu”. Doktor Marinus zgodził się z mamą, że nie jestem w najmniejszym stopniu wariatką, ale powiedział, że mózg potrafi czasem działać bardzo nielogicznie. Aby pomóc mu wykluczyć guz, mama miała mi pozwolić samej odpowiadać na jego pytania. Więc opowiedziałam mu o Ludziach z Radia, o Susan Hillage i o Miss Constantin. Mama znowu się zdenerwowała, ale doktor Marinus uspokoił ją, że halucynacje słuchowe – „głosy” – nie były wcale rzadkie u dziewczyn w moim wieku. Zapewnił mnie, że wypadek Susan Hillage był po prostu wielkim zbiegiem okoliczności, i że zbiegi okoliczności, nawet takie niezwykłe, zdarzają się codziennie ludziom na całym świecie – po prostu przyszła moja kolej i tyle. Mama zapytała, czy na te „głosy” jest jakieś lekarstwo, i pamiętam, że doktor Marinus odparł, że zanim sięgniemy po lekarstwa, chciałby spróbować prostszej metody, ze „Starego Kraju”. Kazał mamie uciskać jeden punkt na moim środkowym palcu – zaznaczył go długopisem – a potem sam dotknął palcem mojego czoła, pośrodku, jakby malarz stawiał kropkę z farby. Oczy zamknęły mi się...

...i Ludzie z Radia zniknęli. Nie tylko ucichli, ale zniknęli na dobre. Mama poznała po mojej minie, co się stało. Była cała w szoku i też bardzo jej ulżyło, tak samo jak mnie. Nie mogła się nadziwić: „I to już? Żadnych prądów, żadnych lekarstw?”. Doktor Marinus potwierdził, że to powinno wystarczyć.

Zapytałam, czy Miss Constantin też zniknęła na dobre.

Doktor odparł, że nie przewiduje, by się pojawiła.

Koniec. Wyszłyśmy, minęło kilka lat, urosłam, i ani Ludzie z Radia, ani Miss Constantin więcej już nie wrócili. Widziałam kilka filmów dokumentalnych o różnych sztuczkach umysłu i teraz już wiem, że Miss Constantin była po prostu moją wymyśloną przyjaciółką – tak jak Sharon miała króliczka Kicu-Kicu – tyle że moja wyobraźnia pojechała po bandzie. Wypadek Susan Hillage był zwyczajnie wielkim zbiegiem okoliczności, jak powiedział doktor Marinus. Susan nie umarła, ale przeniosła się do Ramsgate, chociaż niektórzy mówili, że to na jedno wychodzi. Doktor Marinus zaaplikował mi jakąś hipnozę, jak na tych kasetach, które mają pomóc w rzucaniu palenia. Od tamtej pory mama przestała mówić „Chinole” i nawet dzisiaj dostaje piany, kiedy ktoś tak mówi. „»Chińczycy«, nie »Chinole«”, poprawia wszystkich, „i to najlepsi lekarze w całej państwowej służbie zdrowia”.

* * *

Na moim zegarku jest pierwsza. Daleko w tyle ludziki z patyczków łowią ryby w płytkiej wodzie przy forcie Shornemead. Przed sobą widzę szyb żwirowni z wielkim kamiennym lejem, a pas taśmowy ładuje żwir na barkę. Widzę też fort Cliffe, z otworami okiennymi jak puste oczodoły. Pan Sharkey mówi, że w czasie wojny w forcie stacjonowały baterie dział przeciwlotniczych i kiedy mieszkańcy Gravesend słyszeli huk artylerii, wiedzieli, że mają góra minutę, żeby schować się pod schodami albo w schronie w ogródku. Szkoda, że żadna bomba nie spadnie teraz na dom przy Peacock Street. Na pewno właśnie jedzą pizzę – Vinny odżywia się tylko pizzą, bo mówi, że nie będzie sobie zawracał głowy gotowaniem. Na pewno śmieją się ze mnie. Ciekawe, czy Stella była dziś u niego przez całą noc. Ludzie zakochują się w sobie, myślę, i żadna z tego wielka filozofia. Głupia! Głupia! Kopię kamyk, ale to nie kamyk, tylko kawałek wrośniętej w ziemię skały, który masakruje mi palec u nogi. Ból strzela zygzakiem aż do mózgu. I teraz oczy zaczynają mnie piec i łzawią – kurde, skąd nagle tyle płynu? Jedyne, co dziś wypiłam, to łyk wody, kiedy myłam zęby, i mleko z płatkami. Język wysechł mi na kołek, mógłby służyć za element w ikebanach. Sportowa torba zdążyła mi już boleśnie otrzeć ramię. A moje serce jest jak mała foczka, którą ktoś okłada bejsbolem po łbie. W żołądku mam pusto, tylko że jest mi tak źle i smutno, że nawet nie czuję jeszcze ssania. Ale nie zawrócę do domu. Mowy nie ma.

*

O trzeciej sucho mam już nie tylko w ustach, ale i w całej głowie. Chyba jeszcze nigdy w życiu tak długo nie szłam. Nigdzie ani śladu sklepu, ani żadnego domu, gdzie mogłabym poprosić o szklankę wody. I wtedy zauważam drobną kobietę, która łowi ryby na końcu drewnianego pomostu. Wygląda, jakby ktoś celowo narysował ją w rogu obrazka, żeby nikt jej nie dostrzegł. Mimo że kobieta jest spory kawałek ode mnie, widzę, że nalewa sobie z termosu do kubka. Normalnie nigdy nie przyszłoby mi to do głowy, ale tak strasznie chce mi się pić, że podbiegam brzegiem i wchodzę na pomost, specjalnie głośno stawiając kroki na drewnianych deskach, żeby jej nie przestraszyć.

– Przepraszam, czy ma pani może trochę wody do picia?

Kobieta nawet się nie odwraca.

– Zimna herbata może być? – Jej zachrypnięty głos dobiega skądś, gdzie jest bardzo gorąco.

– Jak najbardziej, dziękuję. Nie jestem wybredna.

– Jeśli tak, to się częstuj.

Więc nalewam herbaty do kubka, nie myśląc o zarazkach. Co prawda, to nie jest zwykła herbata, ale i tak to najbardziej orzeźwiający płyn, jaki w życiu piłam. Pozwalam, żeby rozlał mi się po całych ustach. Dopiero teraz uważniej przyglądam się kobiecie. Ma jakieś takie słoniowe oczy w starej, pomarszczonej twarzy, krótkie siwe włosy, wymiętą koszulę safari i skórzany kapelusz z szerokim rondem, który wygląda, jakby miał sto lat.

– Smaczna?

– Bardzo – odpowiadam. – Bardzo smaczna. Smakuje jak trawa.

– Zielona herbata. Dobrze, że nie jesteś wybredna.

– Od kiedy herbata jest zielona? – pytam.

– Odkąd jej liście na krzakach mają taki kolor.

W wodzie pluska ryba. Widzę, gdzie była, ale gdzie jest – już nie wiem.

– Dużo pani dzisiaj złapała?

Chwila milczenia.

– Pięć okoni. Jednego pstrąga. Słabo dziś biorą.

Nigdzie nie widzę wiadra ani żadnej rynienki.

– A gdzie te złowione?

Na rondzie jej kapelusza przysiada pszczoła.

– Wypuszczam je.

– To po co pani je łapie?

Mija kilka sekund.

– Żeby się lepiej rozmawiało.

Rozglądam się wokół: ścieżka, cierniste pole, szczeciniasty las i zarośnięta droga. Chyba musi sobie robić jaja.

– Nikogo tu nie ma.

Pszczole dobrze tam, gdzie siedzi, nawet kiedy kobieta kołysze się rytmicznie, nawijając żyłkę na kołowrotek. Staję z boku, kiedy ona sprawdza, czy przynęta nadal trzyma się na haczyku. Krople wody spadają na spragnione wilgoci deski pomostu. Rzeka siorbie o brzeg i chlupie wokół drewnianych pali. Nie wstając z miejsca, kobieta wprawnym ruchem nadgarstka posyła ołowiany ciężarek daleko, daleko, długą pętlą. Kołowrotek furczy i ciężarek ląduje w wodzie tam, gdzie przedtem. Po powierzchni rozchodzą się koła. Zapada martwa cisza...

Wtedy ona robi coś naprawdę dziwnego. Wyjmuje z kieszeni kawałek kredy i pisze na desce koło swojego buta: MOJE. Na kolejnej desce pisze: DŁUGIE. A na następnej: IMIĘ. Potem chowa kredę do kieszeni i wraca do łowienia ryb.

Czekam, aż wyjaśni, o co z tym chodzi, ale ona się nie odzywa.

– Co to znaczy?

– Co?

– To, co pani napisała.

– To wskazówki.

– Dla kogo?

– Dla kogoś za wiele lat.

– Kredą? Zaraz się zmyją.

– Z pomostu owszem. Ale nie z twojej pamięci.

Jasne, czyli ma nierówno jak żul przedziałek. Tylko nie mówię jej tego, bo chcę jeszcze dostać zielonej herbaty.

– Dopij herbatę do końca, jak chcesz – mówi. – Pierwszy sklep znajdziesz dopiero, kiedy z chłopcem dojedziecie do Allhallows-on-Sea...

– Dziękuję. – Napełniam kubek. – Jest pani pewna? To już resztka.

– Zatem przysługa za przysługę. – Patrzy na mnie wzrokiem snajpera. – Mogę potrzebować domu.

Domu? Domu wariatów?

– Jak to?

– Azylu. Kryjówki. Jeśli Pierwsza Misja się nie powiedzie, a obawiam się, że to nieuniknione.

Z wariatami nie ma lekko.

– Mam piętnaście lat. Skąd miałabym wytrzasnąć dla pani schronienie albo kryjówkę? Przykro mi.

– Jesteś idealna. Nikt cię nie będzie podejrzewał. Herbata za kryjówkę. Stoi?

Tata powtarza, że z pijanymi najlepiej najpierw zgodzić się na wszystko, czego chcą, a potem dać nogę. I może świry są jak pijani, którzy nigdy nie trzeźwieją?

– Stoi.

Kobieta kiwa głową, a ja piję, aż słońce staje się tylko kręgiem bladej poświaty widzianym przez cienkie plastikowe denko.

Stara znowu wpatruje się gdzieś w dal.

– Dziękuję, Holly.

Też jej dziękuję i wracam po pomoście na ląd. Potem zawracam i znowu do niej podchodzę.

– Skąd pani wie, jak mam na imię?

Ona się nie odwraca.

– Jakim imieniem mnie ochrzczono?

Jakaś debilna gra.

– Esther Little.

– A skąd ty wiesz, jak ja się nazywam?

– Bo... Powiedziała mi pani. – Powiedziała? Musiała.

– Czyli wszystko jasne.

I to były ostatnie słowa Esther Little.

* * *

Około czwartej docieram do kamienistej plaży przy drewnianym falochronie, który schodzi do rzeki. Zdejmuję martensy. Na dużym palcu mam gigantyczny, podbiegły czarną krwią bąbel. Wygląda jak rozdeptana jeżyna. Smacznego. Wyjmuję z torby Fear of Music, podwijam spodnie i wchodzę do rzeki po kolana. Woda w zakolu Tamizy jest chłodna jak w kranie, a słońce nadal nieźle grzeje, ale już nie parzy tak, jak kiedy żegnałam się z tą wariatką z wędką. Posyłam płytę nad wodą jak frisbee, tak daleko, jak tylko potrafię. Nie jest specjalnie aerodynamiczna i leci w górę tylko dotąd, aż wysuwa się z niej wewnętrzna koszulka z longplayem i z pluskiem wpada do wody. Czarna okładka albumu spada jak ranny ptak i unosi się przez chwilę na falach. Łzy, mnóstwo łez płynie z moich piekących oczu i wyobrażam sobie, że brnę przez wodę do miejsca, gdzie płyta spada teraz spiralą przy ścianie koryta, że idę przez pstrągi i okonie do zardzewiałych rowerów, kości piratów-topielców, niemieckich samolotów, wyrzuconych ślubnych obrączek i Bóg wie czego jeszcze.

Ale wracam na brzeg i kładę się na rozgrzanych kamykach obok moich martensów. Tata pewnie siedzi na piętrze z nogami na kanapie. „Chyba złożę wizytę temu Costelllo, Kath”, mówi. Mama gasi papierosa w resztce zimnej kawy na dnie kubka. „Nie, Dave. Hrabiance właśnie o to chodzi. Nie zwracajmy uwagi na jej demonstracje, a sama zacznie doceniać, ile dla niej robimy”.

Ale już jutro rano mama zacznie się niepokoić o szkołę w poniedziałek, bo kiedy szkoła zapyta, gdzie jestem i dlaczego nie ma mnie na egzaminach, mama trochę spuści z tonu. Pójdzie do Vinny’ego z pianą na ustach. Obedrze go żywcem ze skóry – cudownie! – ale i tak nie dowie się, gdzie jestem. Czyli postanowione. Zadekuję się gdzieś na dwie noce, a potem zobaczymy, jak będzie. Jeśli tylko nie będę kupowała fajek, moje trzynaście funtów osiemdziesiąt pięć pensów w samych drobnych starczy na dwa dni żarcia chleba z frytkami, jabłek i herbatników. Jeżeli dotrę do Rochester, będę mogła nawet wypłacić jakieś pieniądze z TSB i przedłużyć sobie te wakacje.

Ogromny frachtowiec płynie z prądem rzeki i włącza syrenę. Na pomarańczowym kadłubie widać biały napis: „Gwiazda Rygi”. Zastanawiam się, czy Ryga to jakieś miejsce, czy coś innego. Sharon i Jacko by wiedzieli. Ziewam, że mało mi nie wyrwie szczęki, kładę się na grzechoczących kamykach i patrzę, jak ślad na wodzie za wielkim statkiem uderza o kamienisty brzeg.

Jezu, ale się nagle zrobiłam śpiąca...

*

– Sykes? Żyjesz? Hej, Sykes.

Dociera do mnie popołudnie. Gdzie ja jestem? Dlaczego jestem boso? Ej, i dlaczego Ed Brubeck dotyka mojej ręki? Cofam ją gwałtownie, zrywam się i kuśtykam kilka jardów, a z każdym krokiem po gorących kamieniach moje stopy bezgłośnie jęczą. Na koniec walę się w łeb o drewniany falochron.

Ed Brubeck nawet się nie poruszył.

– Musiało boleć.

– Kurde, wiem, że musiało boleć. To moja głowa.

– Chciałem tylko sprawdzić, czy żyjesz.

Rozcieram czoło.

– A wyglądam, jakbym umarła?

– Przed chwilą trochę tak wyglądałaś.

– Ale nie umarłam, tak? – Widzę, że rower Brubecka leży na boku, a jedno z kół ciągle się kręci. Jego wędka nadal wisi przy ramie. – Zdrzemnęłam się tylko.

– Sykes, nie chcesz mi chyba powiedzieć, że przyszłaś z Gravesend aż tutaj na piechotę?

– Nie. Przycwałowałam na gwiezdnym rumaku, ale już bryknął z powrotem.

– Ha. Nie sądziłem, że lubisz wędrówki w świecie natury.

– A ja nie miałam cię za Matkę Teresę.

– Człowiek się uczy całe życie.

Jakiś zwariowany ptak ćwierka zapętlone nuty dobrą milę nad nami. Ed Brubeck odgarnia z oczu czarne włosy. Jest taki opalony, że mógłby udawać Turka.

– A dokąd idziesz? – pyta.

– Jak najdalej od tego zasranego miasta.

– Ojoj. A co ci takiego zrobiło biedne Gravesend?

Zawiązuję sznurówki martensów. Boli mnie krwiak na palcu.

– A ty dokąd jedziesz?

– Wujek mieszka w tamtą stronę. – Ed Brubeck macha ręką w kierunku od rzeki. – Nie rusza się ostatnio z domu i już prawie nic nie widzi, więc jeżdżę trochę z nim posiedzieć. Właśnie od niego wracałem i jechałem do Allhallows, żeby trochę połowić, ale zobaczyłem ciebie i...

– I myślałeś, że umarłam. Ale żyję. I nie zatrzymuję cię dłużej.

Robi minę, która ma oznaczać „jak sobie chcesz” i wspina się na skarpę.

Wołam za nim.

– Daleko stąd do Allhallows?!

Brubeck podnosi rower.

– Jakieś pięć mil. Podwieźć cię na bagażniku?

Myślę o Vinnym i jego nortonie, i kręcę głową. Brubeck demonstracyjnie wsiada na rower i już go nie ma. Podnoszę garść kamyków i z całej siły ciskam je wściekła do wody.

*

Ed Brubeck wielkości ziarnka piasku znika w oddali za grupką szpiczastych drzew. Nie obejrzał się. Teraz żałuję, że nie skorzystałam z jego oferty. Kolana mam zesztywniałe, stopy pulsują bólem, a kostki chyba ktoś atakuje mi wiertłami. Przejście pięciu mil w takim stanie zajmie mi wieki. Ale Ed Brubeck to facet, Vinny to też facet, a wszyscy faceci to zwykłe spermoroby. W brzuchu burczy mi z głodu i skręca mnie z pragnienia. Zielona herbata jest pyszna, ale człowiek sika po niej jak krowa i teraz w wyschniętych ustach mam taki smak, jakby nasrał mi do nich zdychający szczur. Ed Brubeck to facet, owszem, ale nie jest totalnym palantem. W zeszłym tygodniu wdał się w pyskówkę z panią Binkirk, naszą nauczycielką religii, i został odesłany do pana Nixona za nazwanie jej największą dewotką w Gravesend. Takie obelgi rzucają ludzie już dorośli. W ogóle ludzie są jak góry lodowe – tylko czubek jest widoczny, a całej reszty nie widać. Usiłuję nie myśleć o Vinnym, ale jednak mi się to nie udaje. Myślę o tym, jak zaledwie dziś rano marzyłam, żeby założyć z nim zespół. W oddali zza grupki szpiczastych drzew wyłania się Ed Brubeck wielkości ziarnka piasku i pedałuje w moją stronę. Pewnie stwierdził, że już za późno na ryby, i wraca do Gravesend. Robi się coraz większy, aż w końcu jest już naturalnej wielkości i popisuje się, hamując przede mną tak, że rowerem aż zarzuca, co przypomina mi, że Brubeck jest nadal chłopcem, oprócz tego, że facetem. Białka jego oczu błyszczą w smagłej twarzy.

– Weź, wsiadaj, Sykes. – Klepie siodełko. – Do Allhallows jest stąd kawał drogi. Zanim tam dojdziesz, zrobi się ciemno.

*

Trzęsąc się i podskakując, jedziemy drogą z całkiem przyzwoitą prędkością. Za każdym razem, kiedy przejeżdżamy po jakimś wyboju, Brubeck pyta: „W porządku?”, a ja odpowiadam: „Tak”. Wiatr od morza i pęd powietrza wślizgują mi się w rękawy i macają brzuch, jak jakiś obleśny zbok. Pot przykleja podkoszulek Brubecka do jego pleców. Odmawiam wyobrażania sobie potu Vinny’ego. I Stelli... Serce znowu mi pęka i sączy się z niego maź, która piecze, jak dettol na skaleczeniu. Trzymam się bagażnika obiema rękami, ale potem droga robi się bardziej wyboista, więc przytrzymuję się, wsuwając kciuk za szlufkę dżinsów Brubecka. On pewnie ma od tego stójkę, ale to już jego problem, nie mój.

Puchate baranki skubią trawę. Owce, ich matki, obserwują nas, jakbyśmy zamierzali podać ich dzieci na stół z ziemniakami.

Wystraszamy stojące na szczudłach ptaki o łyżkowatych dziobach. Odlatują tuż nad wodą na drugi brzeg rzeki. Ich skrzydła muskają taflę i rozsyłają koła po powierzchni.

Tamiza staje się tutaj morzem, a Essex zmienia się w złoto. Ta plama to Canvey Island. A dalej – Southend.

Kanał La Manche jest granatowy jak tusz w długopisie, a niebo błękitne jak kreda do smarowania kija w snookerze. Podskakując, przejeżdżamy przez kładkę dla pieszych nad rudobrązowym zalewem, który w połowie tworzą bagna, a w połowie piaszczyste łachy, i już jesteśmy po jego drugiej stronie: ISLE OF GRAIN WITA.

Ale to przecież nie jest prawdziwa wyspa. Może kiedyś była.

Ten ćwierkający ptak od zapętlonych melodyjek przyleciał za nami. Chyba.

*

Allhallows-on-Sea to w zasadzie wielki park rekreacyjny, schodzący na nabrzeże od strony mikroskopijnej wioski. Dookoła stoją rzędy przyczep kempingowych i tych prostokątnych domków na palach albo na cegłówkach, na które Amerykanie w filmach mówią „kampery”. Wszędzie pełzają gołe brzdące, a półnagie starsze dzieciaki strzelają z pistoletów na wodę, grają w piłkę plażową i latają wkoło jak opętane. Ich mamusie, już prawie ululane, wywracają oczami na zaróżowionych od słońca tatusiów, którzy pieką kiełbaski na grillu. Usiłuję najeść się dymem.

– Nie wiem jak ty – mówi Brubeck – ale ja umieram z głodu.

Ze zbyt wielkim entuzjazmem odpowiadam: „Ja trochę też”, więc Brubeck parkuje rower przy smażalni ryb, obok wypożyczalni kijów golfowych. Zamawia dorsza z frytkami, za dwa funty, a ja zamawiam same frytki, bo kosztują tylko pięćdziesiąt pensów. Ale wtedy Brubeck mówi facetowi za ladą:

– Dwa dorsze z frytkami poproszę.

I wręcza mu pięciofuntowy banknot, a gość rzuca na mnie szybkie spojrzenie, po czym patrzy na Brubecka znacząco, „po męsku”, jakby mówił: „niezła sztuka, synu”, i strasznie mnie to wkurza, bo Brubeck i ja nie chodzimy ze sobą i, kurde, nigdy nie będziemy, choćby nie wiem ile panierowanych dorszy mi kupił.

Brubeck bierze dla nas jeszcze dwie puszki coli, po czym zauważa moją minę.

– To tylko ryba z frytkami, żadnych zobowiązań.

– Żebyś wiedział, że żadnych! – Brzmi to trochę ostrzej, niż chciałam. – Ale dzięki.

Mijamy ostatni domek i kawałek dalej dochodzimy do betonowego schronu, tuż przy wydmach. Przez szczeliny okien wali ze środka moczem, ale Brubeck wdrapuje się na niski, płaski dach.

– To bunkier – mówi. – W czasie wojny były tu stanowiska karabinów maszynowych, na wypadek niemieckiej inwazji. Nadal są tu setki takich stanowisk, tylko trzeba się dobrze rozejrzeć. Właściwie to tak właśnie wyglądają czasy pokoju: gniazda karabinów jako stoły piknikowe.

Przyglądam mu się. W szkole człowiek nigdy nie miałby odwagi czegoś takiego powiedzieć. Wdrapuję się za nim, bez pomocy, i rozglądam się wokół. Po drugiej stronie pięknej, modrej Tamizy leży Southend, a w przeciwnym kierunku widzę doki Sheerness na Isle of Sheppey. Otwieramy nasze cole. Ostrożnie i powoli odrywam metalową zawleczkę, żeby wrzucić ją później do puszki. Kiedy się je rzuca na ziemię, kaleczą psom łapy. Brubeck podnosi swoją puszkę w moją stronę, więc stukam się z nim colą jak kieliszkiem wina, ale nie patrzę mu w oczy, żeby sobie za dużo nie wyobrażał. I pijemy. Przy pierwszym łyku czuję uderzenie lodowatych, syczących bąbelków. Frytki są ciepłe i pachną octem, którym są polane, a panierka parzy nas w palce, kiedy ją odgarniamy, żeby dostać się do grubych płatów dorsza.

– Pyszne – mówię. – Dzięki.

– W Manchesterze robią lepsze frytki – odpowiada Brubeck.

Latawiec-kaskader wypisuje coś różowym ogonem na błękicie.

*

Napełniam płuca dymem z dunhilla od Brubecka. O tak, tak jest dobrze. Potem wyobrażam sobie Stellę Yearwood i Vinny’ego, jak palą w łóżku jego marlboro i nagle muszę udać, że coś wpadło mi do oka. Żeby odwrócić myśli, pytam Brubecka:

– A co robi twój wujek? Ten, od którego wracałeś?

– Wujek Norm. Brat mojej mamy. Kiedyś był operatorem dźwigu w cementowni Blue Circle, ale przestał pracować. Traci wzrok.

Głęboko zaciągam się dymem.

– Straszne. Biedny facet.

– Wujek mówi, że litość to rodzaj obelgi.

– Jest zupełnie niewidomy czy jeszcze cokolwiek widzi?

– Stracił siedemdziesiąt pięć procent wzroku w obojgu oczu i ciągle mu się pogarsza. Najbardziej dołuje go, że nie może czytać gazet. Mówi, że kiedy usiłuje czytać, to ma takie wrażenie, jakby szukał kluczy w brudnym śniegu. Więc w soboty przeważnie jeżdżę do niego rowerem i czytam mu artykuły z „Guardiana”. A on opowiada o wojnie Thatcher ze związkami zawodowymi, o tym, dlaczego Rosjanie są w Afganistanie, dlaczego CIA obala demokratyczne rządy w Ameryce Południowej...

– Coś jak w szkole – zauważam z lekką kpiną.

Brubeck kręci głową.

– Większość naszych nauczycieli chce po prostu kończyć pracę przed czwartą i w wieku sześćdziesiętu lat być już na emeryturze. A wujek uwielbia dyskutować i analizować, i chce zarażać tym innych. Ma diabelnie trzeźwy umysł. Potem ciocia robi wielki obiad, zjadamy, wujek idzie się zdrzemnąć, a ja jadę na ryby, jeśli pogoda jest ładna. Chyba że widzę, że ktoś z klasy leży trupem na plaży. – Brubeck gasi papierosa na betonie. – To co? Teraz ty mówisz, Sykes.

– Jak to ja teraz mówię?

– O ósmej czterdzieści pięć widzę cię na Queen Street, jak się chowasz przed...

– Widziałeś mnie?!

– Owszem. Chowałaś się przede mną w Indoor Market, ale siedem godzin później obiekt zaobserwowano dziesięć mil na wschód od Gravesend, nad rzeką.

– A ty co? Ed Brubeck, prywatny detektyw?

Podchodzi do nas piesek, a ponieważ nie ma ogona, macha całym zadkiem. Brubeck rzuca mu frytkę.

– Gdybym był detektywem, podejrzewałbym zawirowania miłosne.

Mój ton staje się ostry.

– Nie twoja sprawa.

– Zgadza się. Ale fiut nie jest tego wart, kimkolwiek jest.

Wkurzona, marszczę czoło i rzucam psu frytkę. Pożera ją łapczywie i zastanawiam się, czy też jest bezdomny. Jak ja.

Brubeck zwija w lejek swoją tackę po frytkach i wsypuje chrupiące okruchy do ust.

– Zamierzasz wrócić na noc do Gravesend?

Tłumię w sobie jęk. Gravesend jest dla mnie jak gradowa chmura. Są tam Vinny i Stella, i mama. Oni są Gravesend. Mój zegarek pokazuje osiemnastą dziewiętnaście, a w Kapitanie Marlow robi się teraz gwarno i głośno, w miarę jak napływają stali bywalcy. Na górze Jacko i Sharon siedzą na kanapie przed telewizorem i oglądają Drużynę A, zapychając się chrupkami serowymi i grubymi kawałami czekoladowej babki. Chciałabym tam z nimi siedzieć, ale ten policzek od mamy...?

– Nie – odpowiadam Brubeckowi. – Nie zamierzam wracać.

– Za trzy godziny będzie już ciemno. Nie masz specjalnie dużo czasu, żeby znaleźć jakiś cyrk i z nim uciec.

Trawa na wydmach faluje. Od strony Francji po niebie płyną chmury. Zarzucam kurtkę na ramiona.

– Może znajdę jakiś przytulny bunkier. Taki jeszcze nieobsikany. Albo jakąś stodołę.

Nadlatują mewy, podskakując w powietrzu na elastycznych sznurkach. One też krzyczą o frytki. Brubeck wstaje i odpędza je, młócąc rękami powietrze, jak Szalony Książę na Allhallows, tak dla zabawy.

– Może znam lepsze miejsce.

*

Znowu pedałujemy po normalnej szosie. Wokół szerokie pola na płaskim jak naleśnik zadupiu, nic nie rzuca długiego cienia. Brubeck nie chce powiedzieć, dokąd jedziemy. „Albo masz do mnie zaufanie, Sykes, albo nie”. Ale zapewnia, że jest tam ciepło, sucho i bezpiecznie i że sam zatrzymywał się tam na noc pięć czy sześć razy, kiedy jeździł łowić ryby po zmroku, więc na razie nie protestuję. Zapowiada, że on potem pojedzie do domu. Problem z chłopakami polega właśnie na tym, że przeważnie pomagają dziewczynom tylko dlatego, że one im się podobają. I nie ma jak odkryć w porę ich prawdziwych zamiarów bez urządzania żenady. Ed Brubeck wydaje się w porządku i jeździ co sobotę czytać niewidomemu wujkowi, ale przez Vinny’ego i Stellę już sama, kurde, nie wiem, czy potrafię dobrze oceniać ludzi. Zbliża się jednak noc i nie mam specjalnego wyboru. Mijamy jakieś wielkie zakłady i już mam zapytać Brubecka, co w nich produkują, kiedy mówi, że to elektrownia w Grain, która zasila całe Gravesend i pół południowo-wschodniego Londynu.

– Wiem – kłamię.

*

Kościół jest przysadzisty, a w jego wieży widać szczeliny łucznicze. W ostatnich promieniach słońca okolica lśni złotym blaskiem. Szum lasu przypomina odgłos fal uderzających bez końca o brzeg. Gawrony miotają się między drzewami jak czarne skarpetki w suszarce. Tablica oznajmia: KOŚCIÓŁ PARAFIALNY W ST MARY HOO, a na dole widnieje numer telefonu wikariusza. Wioska St Mary Hoo leży kawałek dalej, ale tak naprawdę to tylko kilka starych domów i pub przy jedynym skrzyżowaniu.

– Warunki do spania są dość spartańskie – mówi Brubeck, kiedy zsiadamy z roweru – ale ochronę organizują Ojciec, Syn i Duch Święty, a według taryfy nocleg kosztuje zero funtów, więc cena jest dość konkurencyjna.

Ma na myśli kościół?

– Żartujesz, prawda?

– Pokój trzeba zwolnić do siódmej, inaczej kierownik się wścieka.

No tak, ma na myśli kościół. Robię kwaśną minę.

Brubeck unosi brwi, co ma oznaczać „wóz albo przewóz, wybieraj”.

Wybieram wóz, czyli kościół. Bagna Kentu, niestety, nie są usiane przytulnymi stodółkami pełnymi ciepłego siana, jak w Domku na prerii. Przez całą drogę minęliśmy tylko pordzewiałą żelazną szopę kilka mil wcześniej. Pilnowały jej dwa dobermany z wścieklizną.

– Kościołów nie zamykają na klucz?

Brubeck odpowiada „Zamykają” takim tonem, jakby pytał „I co z tego?”. Rozgląda się wokół, czy nikogo nie ma, i wprowadza rower na cmentarz. Ukrywa go za rosochatymi drzewami przy murze i prowadzi mnie do kruchty. Na ziemi leżą rozwiewane wiatrem bezładne kopczyki brudnego konfetti.

– Obserwuj furtkę – rzuca.

Z kieszeni wydobywa coś w rodzaju skórzanej portmonetki, w której wisi rząd cieniutkich kluczy i metalowy pręcik w kształcie litery „L”. Ostatni rzut oka na drogę. Brubeck wsuwa klucz do zamka i zaczyna nim majstrować.

Ogarnia mnie nagły strach, że ktoś nas złapie.

– Gdzie się nauczyłeś otwierania zamków?

– Ojciec nie uczył mnie gry w piłkę ani łatania dętek.

– Możemy pójść za to siedzieć. To się nazywa...

– Włamanie. Dlatego trzeba się uważnie rozglądać.

– Możesz mi powiedzieć, co mam robić, jak ktoś przyjdzie?

– Udawaj zawstydzoną, jakby nas przyłapano na miętoleniu.

– Dziękuję, nie skorzystam.

Brubeck prycha ironicznie.

– Powiedziałem: „udawaj”. Wyluzuj, nie trafisz do pierdla, dopóki policja nie udowodni, że wyłamałaś zamek. O ile się nie przyznamy i pod warunkiem, że nie uszkodzę mechanizmu... – wsuwa w zamek klucz uniwersalny – ...możemy trzymać się wersji, że akurat przechodziliśmy, zobaczyliśmy uchylone drzwi i zajrzeliśmy do środka, bo fascynuje nas saksońska architektura kościelna. I tak właśnie będziemy zeznawać, jakby co. – Brubeck przykłada ucho do zamka, manipulując kluczem. – Ale od Wielkanocy dekowałem się tu w soboty już trzy razy i nie było żywej duszy. Poza tym przecież niczego nie wynosimy. No i jesteś dziewczyną, więc zaczniesz ryczeć i błagać: „Proszę księdza wikariusza, uciekłam z domu, bo ojczym mnie bił” i zobaczysz, że nie tylko ujdzie ci na sucho, ale jeszcze dostaniesz kubek herbaty i kawałek ciasta. – Brubeck podnosi dłoń uciszającym gestem: klik. – Jest. – Drzwi kościoła otwierają się ze skrzypieniem zawiasów godnym Transylwanii.

Kościół parafialny w St Mary Hoo pachnie w środku sklepem z używaną odzieżą, a szyby z witrażami zabarwiają panujący tu półmrok na wszystkie kolory sałatki owocowej. Mury kościoła są grube jak w schronie przeciwatomowym, a głuchy łoskot drzwi, które Brubeck zamyka za nami, odbija się echem w całym wnętrzu jak w lochu. Na sklepieniu widać rozgwiazdę belek i dźwigarów. Podchodzimy krótką nawą, mijając dziesięć albo dwanaście ławek. Ambona jest drewniana, chrzcielnica z kamienia, organy wyglądają jak wymyślne pianino z rurami wydechowymi. Złoty pulpit na ambonie musi być ze sztucznego złota, inaczej jakiś włamywacz – na przykład ojciec Brubecka – już dawno by go podprowadził. Dochodzimy do ołtarza i spoglądamy w górę na witraż przedstawiający scenę ukrzyżowania. Obie Marie, dwóch apostołów i Rzymianin u stóp krzyża wyglądają, jakby zastanawiali się wspólnie, czy zacznie padać. Brubeck pyta: