Czas na sen - Paweł Leśniak - ebook

Czas na sen ebook

Paweł Leśniak

0,0
34,90 zł

Opis

Po sześciu latach od ucieczki z domu Taylor żyje spokojnie z dala od rodzinnego miasta, gdzie był nękany i wytykany palcami z powodu zaburzeń psychicznych i doświadczeń paranormalnych. Nagle otrzymuje telefon od matki, która przedstawia mu krytyczny stan zdrowia jego dwunastoletniego brata i bezsilność lekarzy, nie będących w stanie wybudzić go z głębokiej śpiączki. Taylor wraca w swoje rodzinne strony, wiedząc, że to co dzieje się z jego młodszym bratem jest skutkiem działania miejsca oraz istot, jakich lekarze nie wyobrażali sobie nawet w najgorszych koszmarach.

Wyścig o życie braciszka się rozpoczął. Przed Taylorem stoi zadanie powrotu do najczarniejszej przeszłości swego życia. Jak daleko posunie się, aby uratować brata? Szpital do którego trafił, skrywa mroczne tajemnice świata, gdzie wstęp mają tylko umarli...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 543

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Prolog

Ciemny i zimny korytarz, oświetlany pojedynczymi, żółtymi żarówkami wiszącymi na kablach, kilka centymetrów pod sufitem, w sporych odstępach. Wilgoć i zgnilizna wierciła nozdrza. Pospieszny krok eleganckich butów unosił się w rytmie stukotu drewnianych podeszw. Mijając stalowe drzwi słyszał wołanie o pomoc, krzyki pełne złości przeplatane wrzaskami rozpaczy ludzi chcących wyjść na wolność. Mężczyzna dotarł do ostatnich drzwi po prawej i wszedł do środka, gdzie czekał na niego lekarz na tle kilkunastu łóżek szpitalnych stojących starannie w rzędach, leżeli na nich pacjenci podpięci do aparatury i kroplówek. Lekarz z kozią bródką podszedł do mężczyzny w gustownym czarnym garniturze, czarnej koszuli i czarnej przepasce na lewym oku, w której wyglądał jak pirat. Rozejrzał się po pacjentach. Stare żarówki z trudem oświetlały zimne pomieszczenie.

– Przybył pan niezapowiedzianie – zaczął doktor. – Czy coś się stało?

– Chciałem osobiście dowiedzieć się jak przebiegły ostatnie próby.

– Niestety, nie mam dobrych wieści. Podwojenie dawki niczego nie zmieniło, jedynie poważnie pogorszyło stan zdrowia pacjenta.

Mężczyzna z przepaską spojrzał na telefon, który wibracjami wyrwał go z zamyślenia. Odrzucił połączenie i łypnął odkrytym okiem na lekarza.

– Zwiększ dawkę – wycedził przez zęby.

– To go zabije!

– I w czym problem? Są inni. Od sześciu lat nie zrobiliśmy progresu. Do północy chcę mieć raport o postępach.

Szykownie ubrany mężczyzna ruszył do wyjścia.

– A jak się nie uda? Co, jeżeli pacjent umrze? – spytał lekarz.

– Wiesz, co musisz wtedy zrobić...

Mężczyzna wyszedł z pomieszczenia.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Rozdział 1

Koszmar

Cisza.

Otworzył oczy i jak tylko zrozumiał, gdzie jest, poczuł zimny dreszcz na plecach. Klatka piersiowa unosiła się w przyspieszonym oddechu, a na czole pojawił się pot. Krwisto pomarańczowe słupy światła wpadające przez pozbawione szyb okna z trudem oświetlały pokój, rzucając na ściany ostre cienie, przypominające karykaturalne sylwetki. Mimo iż leżał w swoim łóżku, nie był w tym samym miejscu, co w momencie, gdy powieki zarzuciły ciężką kurtynę przysłaniającą świat. Miejsce to samo, ale jednak gdzie indziej. Zszedł z łóżka, każdy krok wydawał stłumiony dźwięk, jakby był pod wodą. Wyjrzał przez okno i zobaczył pustą ulicę przed domem – korony drzew, krzaki, piach na chodniku, wszystko swym zachowaniem przypominało starowieczne posągi. Odsunął fotel od biurka i usiadł. Czekał, nie rozumiejąc dlaczego koszmar powrócił po ponad dwóch latach. Spojrzał na puste zaścielone łóżka współlokatorów. Niepewnie wstał i zatrzymał się przed drzwiami. Dłoń drżała mu ze strachu. Pamiętał, co czai się w cieniu. Przełknął ślinę i wyszedł z pokoju. Głuchy pogłos jego kroków wypełniał przestrzeń. Pchnął napotkane po drodze uchylone drzwi; pozostałych współlokatorów również nie było. Zszedł na parter i skierował się do starszej pary mieszkającej w jednym z pokoi, lecz ukazało mu się jedynie puste łóżko z pomiętą pościelą. Spojrzał w stronę wyjścia. Przeszukiwanie reszty domu mijało się z celem. Odwrócił się.

Kołdra poruszyła się. Zamrugał raz i drugi, nie będąc pewnym czy rzeczywiście to widział. Serce dudniło jeszcze mocniej, czuł jak pocą mu się dłonie. To nie wiatr, uznał. Tu nigdy nie było przeciągu. Obserwował uważnie jeszcze przez kilka minut, ale nic się nie wydarzyło. Ruszył do wyjścia z domostwa. Pochwycił klamkę – była ciepła i tłusta – i przekręcił ją szybkim ruchem.

Wyszedł przed dom. Szyby na ganku były oblepione, brudne i zżółknięte. Schodząc po schodach dostrzegł połamaną huśtawkę. Na chwilę zawiesił na niej wzrok, po czym podszedł do bramy wjazdowej i jednym mocnym ruchem uchylił ją. Zaskrzypiała, a dźwięk ten zabrzmiał jak jęk wyjącego z bólu zwierzęcia. Atmosfera była ciężka, pełna niepokoju, a potęgował ją odór – jakby coś gnijącego zawisło nagle w powietrzu. Wychodząc na ulicę spojrzał w prawo, w kierunku centrum miasteczka. Biła stamtąd groza i czuł w kościach, że ma się tam nie zbliżać. Obrał zatem kierunek przeciwny. Ruszył wzdłuż opuszczonej ulicy, popatrując na okna domów mieszkalnych. Nie żył dobrze z sąsiadami, lecz w tej chwili nawet widok ich niechętnych mu twarzy byłby miłym doznaniem. Znalazł się na środku jezdni i podążył wzdłuż linii oddzielającej pasy. Chciał uniknąć cieni, padających od latarni. Wiedział, że cokolwiek by się nie wydarzyło, za wszelką cenę trzeba ich unikać.

Cienie – pomyślał i aż na sam dźwięk tego wyrazu w swej głowie przystanął. Napawały go niezrozumiałym lękiem, Właściwie, dlaczego? Nie potrafił sobie odpowiedzieć. Ruszył dalej, ale dojmujący strach, niczym szept z tyłu głowy, kroczył za nim.

Dotarł do skrzyżowania. Po lewej jego oczom ukazała się ulica wpływająca w ścianę mroku i gęstego dymu, na wprost ciągnęła się dalsza część uliczki, którą szedł. Nagle coś przykuło jego uwagę. Zmrużył oczy i dostrzegł gęste, poruszające się powietrze. Czuł wibracje dochodzące z tego miejsca, przerywane niezrozumiałymi szeptami. Skręcił w prawo, na most. Minął samochód wbity w barierki, którego przed upadkiem do rzeki uratowało koło zaplątane w wystające druty ze starego betonu. Niebo nad nim było ciemnogranatowe, jak tuż przed burzą.

Kątem oka zobaczył postać stojącą na skrzyżowaniu. Kobieta, o długich czarnych włosach, w bliżej nieokreślonym wieku. Rozglądała się, wyglądała na zagubioną.

Schował się za wrakiem samochodu i nie wychodził z ukrycia w obawie przed tym, co się mogło stać. Po tej stronie nie spotkał jeszcze nikogo. Niech idzie swoją drogą, pomyślał i sam oddalił się nieco od wraku samochodu, starając się pozostać niezauważonym, a następnie przyśpieszył.

A może jednak powinien do niej podejść? To była pierwsza osoba, jaką spotkał, odkąd zaczęły mu się przytrafiać te koszmary. Stopy piekły przez buty. Niedaleko starego stadionu piłkarskiego stał opuszczony kilkupiętrowy budynek. Podświadomie kierował się właśnie tutaj, czuł, że to miejsce go woła. Już takie spotykał, każdy jego mięsień, każda szara komórka, a nawet każda bakteria, jaka teraz w nim była, wszyscy krzyczeli, żeby wracał. Był już po tej stronie wystarczająco długo, aby móc wrócić i się obudzić. Jednak z nieznanego mu powodu, pomimo złego przeczucia, wciąż stał w miejscu, patrząc na budynek.

Nic się nie zmieni, dopóki czegoś nie zmienisz – pomyślał, a następnie zebrał się na odwagę i ruszył przed siebie. Wszedł na opuszczony teren. Były tam sterty piachu i kamieni, stare belki, pokruszone cegły i potargane folie, zdające się wyrastać w przeróżnych kształtach na tle przerażającego, niczym z post apokaliptycznego horroru bloku. Na domiar złego, od pierwszego postawionego tu kroku czuł się obserwowany.

Wejście było jedno, czarne i puste jak wszystko w tym miejscu. Wszedł do środka. Podłogi i ściany były nienaturalnie czyste – światło nie lubiło tego terenu, natomiast porządek tak. Kierując się wąskimi, szarymi korytarzami jego poczucie bycia obserwowanym wciąż narastało, jednak nikogo nie widział, ani nie słyszał. Ostrożnie pokonywał kolejne metry, wspinając się piętro po piętrze. Agresywny i głuchy szelest niebieskiej folii po prawej postawił go do pionu. Zasłonił usta dłonią, aby nie wydać z siebie dźwięku przy spanikowanym oddechu. Gdy się uspokoił i rozejrzał dookoła zauważył ruch po przeciwnej stronie. Jego oczom ukazał się jedynie duży półmrok padający na pusty, betonowy pokój pełen kabli. Co ja tu, do cholery, robię? – zastanawiał się.

Pokręcił głową i wbrew sobie poszedł dalej. Poczucie nieokreślonej obecności za plecami narastało, i co rusz zerkał za siebie w nasilającym stresie. Coś przebiegło z prawej, choć znów nie był pewien, czy aby znów mu się nie wydawało.

To tylko strach i napięcie, powtarzał w duchu.

Wtedy dostrzegł, że w ciemności coś zamigotało. Cień w jednym miejscu zgęstniał i przybrał antropomorficzne kształty. Chłopak wytężył wzrok stojąc w oświetlonym przez krwiste światło pomieszczeniu. W mroku zobaczył srebrne oczy, a w nich chęć mordu.

Przerażony zaczął zbiegać w dół, pokonując po kilka schodów na raz. Dwa piętra niżej dostrzegł, że na stadionie zapaliły się jupitery. Światło poraziło jego oczy.

A potem coś pociągnęło go za nogę. Sunąc korytarzem pochwycił jakąś rurkę, cisnął nią w to coś. Puściło. Przerażony, podniósł się, zerkając na cień przy drzwiach – to właśnie tam zniknęła kreatura. Widząc czarną dłoń wychodzącą z cienia, spłoszony odsunął się pod ścianę. Rzucił się ku klatce schodowej i zaczął zbiegać po betonowych stopniach. W ostatnim korytarzu zatrzymał się przed dwoma metrami pełnymi czerni, do których nie docierało żadne światło. Obrócił się, gdy usłyszał piach sypiący się z wyższych pięter. Wbiegł w ciemny zaułek. Szpony szarpały jego nogi oraz plecy, starając się złapać go w uścisku. Ostatkami sił udało mu się wyskoczyć z cienia na piach przed budynkiem. Leżąc, przekręcił się na plecy i czołgał w panicznych ruchach odpychając się nogami. Gdy trafił plecami na twardą przeszkodę usiadł i oparł o jedną z belek patrząc na cienie opuszczonego budynku. Widział czarne, wychudzone i długie ręce wychodzące z najciemniejszych ich punktów, które po niego sięgały, ale brakło im zasięgu...

– My istniejemy! – ktoś lub coś krzyknęło, a potem dodało: – To nie jest sen! Jesteśmy prawdziwi... Zerwał się do ucieczki. Biegł, ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie. Przebiegając przez most, zauważył jedną z kreatur siedzącą w samochodzie, obserwowała go srebrnymi oczami. Skręcił w lewo i odwrócił się dopiero, gdy usłyszał krzyk kobiety. Była to ta sama, którą widział wcześniej. Wbiegła w uliczkę, z której przyszła. Dom był zaledwie dwieście metrów przed nim. Widział, jak zmienia się otoczenie, drzewa, rośliny, ulica stała się śliska i mazista. Przeciskając się przez bramę kątem oka dostrzegł cienie nurkujące w czarnych punktach ulicy. Były blisko.

Wbiegł do domu, a po chwili z impetem wpadł do pokoju zatrzaskując za sobą drzwi i zanurkował pod kołdrę, zamykając oczy. Schowany pod pierzyną, trząsł się ze strachu, a jego oddech unosił się echem po głuchej przestrzeni. Wtedy poczuł przenikliwe zimno. Gardło zaczęło go palić przy wdechu.

Zdjął kołdrę z głowy i spojrzał na drzwi. Rozległ się trzask zamka i skrzypnięcie. Skrzydło uchyliło się. Czarne jak smoła dłonie otwierały je coraz szerzej. Zamknął oczy, ale nie mógł się wybudzić. Znów wyjrzał.

Kilkanaście czarnych dłoni obejmowały teraz drzwi i framugę, a kilka par srebrnych oczu przewiercało go wzrokiem przez wąską szczelinę. Chłopak zakrył się jeszcze mocniej. Leżał w bezruchu, choć w myślach miotał się jak obłąkany ze strachu.

Przełknął ślinę i zacisnął mocno powieki.

* * *

Otworzył oczy.

Zrzucił z siebie nakrycie i przyłożył dłoń do piersi. Serce waliło mu jak młotem. Omiótł spojrzeniem drzwi, od góry do dołu. Panował niemal nieprzenikniony mrok, ale kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, pojął, że za drzwiami nikogo nie było. Żadnych cieni, żadnych rąk, nic. Nieco się uspokoił. Zegarek wskazywał drugą w nocy. Wcześniej niż zwykle, pomyślał i uświadomił sobie, że jest zalany potem.

– Daj spać! – usłyszał krzyk jednego ze współlokatorów. – Jak boga kocham, od jutra śpisz przed domem!

Rozwścieczony sublokator odwrócił się na drugi bok. Tymczasem mężczyzna wstał. Fotel, na którym siedział we śnie, stał wysunięty, tak jak go zostawił po drugiej stronie. Dosunął go z powrotem. Wyszedł na balkon, gołe stopy na zimnych płytkach cuciły lepiej niż prysznic. Sięgnął po paczkę papierosów leżącą na parapecie i zapalił jednego. Porządnie się zaciągnął, spoglądając na korony drzew, targane podmuchami wiatru. Liście zdawały się ledwie trzymać na gałęziach, tak jak on trzymał się ostatkiem sił swej normalności szarpanej koszmarem przypominającym mu o przeszłości, do której obiecał sobie nigdy nie wracać. Było wczesne lato, ale noce wciąż zimne. Podparł się łokciami o barierki, poprawił długie włosy, zaczesując je za uszy. Westchnął głośno, gdy zauważył, iż brama wjazdowa jest uchylona tak jak zostawił ją po drugiej stronie. Sięgnął po telefon i wszedł na social media, gdzie z fałszywego konta śledził relacje małego chłopca, robiącego głupie miny z uszami królika.

– Nie możesz spać? – rozległ się głos za plecami. Jego rudy współlokator również wyszedł na balkon. Ręce i nogi miał chude, ale ogromny brzuch piwny kłócił się z resztą ciała. W żółtym podkoszulku i zielonych spodniach od pidżamy wyglądał jak skrzat. Chłopak schował telefon.

– Jak widzisz – odparł.

Piegowaty oparł się o barierki i stał tak bez celu, co chwila zerkając ukradkiem na rozmówcę. Niezręczna cisza zaczynała go drażnić.

– Nie dość, że jestem zmuszony spędzać z wami całe dnie, to widzę, że na balkon też nie mogę wyjść sam – Skomentował poirytowany z niesmakiem kręcąc głową.

– Nie śpię przez ciebie Taylor, jakbyś nie zauważył – odparł niby odważnie, ale wzrokiem biegał dookoła unikając kontaktu. – Stary, to nie jest normalne, a już na pewno nie śmieszne, musisz coś z tym zrobić, bo nie wiem jak długo będę w stanie przekonywać pozostałych.

– O czym ty mówisz?

– Chłopaki chcą donieść na ciebie do szefa.

– Że co!? – uniósł głos.

Rudy przyłożył palec do ust sygnalizując, by nie podnosił tonu. Po chwili zerknął przez okno upewniając się, że reszta śpi.

– Potrzebuję tej roboty – dokończył Taylor już spokojnym głosem.

– Jak my wszyscy, ale brak snu ich wykańcza.

– Pięć browarów codziennie przed snem ich wykańcza. – Rudy spojrzał na niego, ale nie skomentował. – Dobra, przeniosę się do innego domku.

– Nikt cię nie chce u siebie, a rozmawiali z każdym – szybko uciekł wzrokiem.

– Rozmawialiście z innymi o... – ugryzł się w język, zaczął się denerwować

– Ej, nie bierz tego do siebie i postaraj się nas zrozumieć.

– Ta, rozumiem. Kurwa. Zresztą to i lepiej, mam już dość tej sterty pieprzonych śmieci na balkonie. Dupy im się nawet nie chce ruszyć, żeby worek do kubła wynieść.

Współlokator zaczął się wycofywać do środka.

– Czy ty przypadkiem nie zamykałeś bramy po powrocie z roboty? Wychodził ktoś po tobie? – Taylor przerwał mu kroki.

– Wróciłem ostatni. Czemu pytasz?

– Bo jest otwarta. – Wskazał na nią papierosem.

– Znowu się sama otworzyła? W tym domu nic nie działa, nie przejmuj się tym. Zgłoszę to rano do landlorda.

– Kogo?

– Land-Lord, właściciel budynku. Dobranoc.

– Cześć.

– Ale – dodał jeszcze – nie mów chłopakom, że ci powiedziałem, okej? Nie chcę, żeby wyszło, że cię uprzedziłem. A wiesz, nie chciałem żebyś się za bardzo zestresował.

Taylor zamilkł.

– Nie bój się, nikomu nie powiem. – Odparł po chwili.

Zadowolony, wrócił do środka zostawiając go samego.

– Tak – spojrzał na uchyloną bramę. – Niby komu miałbym powiedzieć?

Stara latarnia oświetlała ulicę, mężczyzna przyglądał się bramie uważnie, następnie odwrócił papierosa do siebie i dmuchnął w niego. Gdy wrócił wzrokiem, zobaczył jak z cienia latarni wyłoniła się czarna, chuda dłoń. Mężczyzna odskoczył gwałtownie, przewracając stos worków, które rozsypując się obudziły resztę. Uciekł wzrokiem pod nogi i gdy znów spojrzał w kierunku ulicy, ręki już nie było. Sapał głośno, aż usłyszał krzyk dochodzący z pokoju.

– Kurwa, od dzisiaj śpisz przed domem!

* * *

Był wtorek. Dzień jak każdy inny – szósta rano budzik, śniadanie, bus, meldunek i praca na budowie. Do najłatwiejszych nie należała. Pracował głównie na koparce, co wiązało się z hałasem. Ale jemu to odpowiadało. Hałas był dla niego ucieczką, zagłuszał ciszę, której tak bardzo nienawidził. Do tego karczemny szef, na którym można było skupić swoją złość. Miał wszystko, czego mu było trzeba, żeby żyć normalnie. Przerwa na obiad, kanapki zrobione z samego rana i jogurt naturalny. Sam na boku, nigdy z innymi – towarzystwo niszczyło każdą chwilę. Nie lubił ludzi, zadawali zbyt dużo pytań. Ale jednak, jak na ironię, im bardziej ich omijasz, tym bardziej się tobą interesują.

Czasem się im przyglądał. Uśmiechnięci i obojętni, jakby udawali, że to wszystko dookoła ich nie dotyczy, jakby cały ziemski padół skupiał się na czubku ich nosa. Byli prości i nie winił ich za to. Nie mieli pojęcia, że nasz świat to nie wszystko, że istnieje coś więcej, coś o wiele większego, niż mogą sobie wyobrażać. Stali w pięciu, pili piwo w ukryciu przed kierownikiem. Vuko schylił się po kolejną puszkę stojącą pod słupem, zza którego w ułamku sekundy pojawiła się czarna chuda ręka i szybkim machnięciem rozorała mu twarz.

Padł na beton, a krew rozlała się w dużą kałużę. Reszta nawet nie zareagowała. Zamknął oczy, a gdy je otworzył zobaczył Vuko stojącego w grupie i śmiejącego się z kolejnego głupiego żartu. Oni nie wiedzieli, ale jest więcej takich, co wiedzą. Kobieta napotkana przed mostem, siedziała mu w głowie przez cały dzień. Kolejny podróżnik? A może on sam ma omamy? Może jego umysł ukazuje to, co chciałby zobaczyć. Czasami nie umiał już odróżnić. Jak można być pewnym czegoś, co spośród siedmiu miliardów ludzi widzisz tylko ty? Coraz bardziej zaczęła docierać do niego myśl, że jednak jest coś na rzeczy. Ze wszystkich sił starasz się nie myśleć, zapomnieć, jednak w końcu przychodzi noc i wtedy sobie uzmysławiasz, stając temu naprzeciw.

Uświadamiasz sobie, że to istnieje.

Cisza... Wiele osób wciąż nie potrafi dostrzec jej wartości. Cisza nie oznacza, że ktoś rezygnuje. Niekiedy to znak, że ta osoba nie chce tracić czasu na kogoś, kto i tak nie zrozumie jego słów. Trzeba umieć z niej korzystać. Kiedy jesteśmy w towarzystwie idiotów, często lepiej nie powiedzieć nic. Cisza skrywa siłę i daje spokój, ma w sobie ładunek intymności. Pozwala nam pobyć sam na sam z najważniejszą osobą w naszym życiu, samym sobą. Nigdy nikomu nie będzie zależało na tobie tak bardzo, jak tobie samemu. Społeczeństwo nie jest na nią gotowe, ludzie potrzebują hałasu, szukają go, tak jak odwrócenia uwagi. Byle tylko nie zostać sam ze sobą. Ponieważ podświadomie boją się tego, co zobaczą w lustrze.

Robota skończona. Dziś czwartek, a więc jedyny dzień, gdy można spotkać szefa i z nim pogadać. Po drodze przejrzał nowe relacje chłopca; jeździł właśnie ze znajomymi na hulajnogach elektrycznych. Mają ładną pogodę, skomentował w myślach. Chłopak stanął przed drzwiami i strzepnął piach z ramienia czarnej dżinsowej kurtki z dużą złotą koroną na plecach. Katana miała dla niego fundamentalne znaczenie, nigdy się z nią nie rozstawał. Gotowy na rozmowę, zapukał do kantorka i wszedł do środka. Wnętrze było dość przytulne – dwa biurka dla sekretarek, wykładzina, rośliny w doniczkach, otwarta kuchnia i duża plazma na ścianie, na której leciał serial, skupiający sto procent uwagi dwóch starszych pań w identycznych trwałych na głowie.

Gabinet szefa znajdował się po prawej. Ruszył żwawo w tamtym kierunku. Pracodawca siedział zakopany w papierach, podczas gdy sekretarki ścianę obok rozczulały się przed telewizorem. Chmura dymu z papierosów unosiła się w powietrzu, nadając miejscu klimat z lat osiemdziesiątych.

– Dobrze, że jesteś – zaczął prezes. – Chciałem z tobą pogadać, co nie.

Szef beknął właśnie i oparł się ciężko, aż cały fotel zatrzeszczał głośno. Był niemal łysy, nie licząc kilku włosów wijących się w poprzek głowy, niczym wężowe sploty. Miał krzaczaste brwi, orli nos, a kilka wysuniętych podbródków nadawało mu wygląd iście karykaturalny. Narzucona na jego ramionami kamizelka z odblaskami błagała o szybką śmierć.

– Wiesz, że cię lubię, co nie? – zaczął. – Jesteś bystry. Nie wyglądasz, ale jesteś. Więc dlaczego nikt nie chce z tobą pracować? Podobno celowo nie dajesz ludziom spać, podobno masz problemy psychiczne i jesteś niebezpieczny na budowie, co nie.

– To nie prawda...

– Masz przestać – przerwał mu. – Rozumiesz? Zmęczony pracownik to pół pracownika. Pewna mądra osoba mi to kiedyś powiedziała, co nie.

– Jestem przekonany, że żadna mądra osoba by nigdy tak nie powie...

– Poczekaj, tylko zrobię coś z tym cholernym światłem. Bije po oczach, co nie.

Nie podnosząc się z fotela, dwoma podciągnięciami za pomocą pięt zbliżył się do żaluzji i je zaciągnął. Cień przykrył biurko, a wraz z nim pojawiła się czarna postać, która skręciła mu kark. Ot, tak po prostu. W jednej chwili. Chłopak odskoczył przerażony, wpadł na półkę pod ścianą. W ostatniej chwili złapał w ręce spadającą koparkę z porcelany. Gdy spojrzał drugi raz, zobaczył tylko patrzącego na niego jak na wariata szefa, który zaczął wypisywać jakiś numer na kartce.

– Taylor, jeżeli chcesz zachować posadę, to po pierwsze, odłóż moją nagrodę na miejsce, nietkniętą. Po drugie, zadzwoń pod ten numer i umów się jak najszybciej. I lepiej żebyś wrócił z podpitym papierem, że jesteś zdolny do pracy. Inaczej będziemy się żegnać, co nie?

Szef wręczył kawałek papieru z numerem do psychologa. Chłopak wziął go i wyszedł z biura. Jeszcze tego samego dnia umówił się na wizytę. Gabinet mieścił się na przedmieściach w budynku w stylu neoklasycznym, który okres swej świetności dawno miał za sobą. Dotarł na miejsce i usiadł wygodnie w starym fotelu. Spojrzał na zegarek – dochodziła osiemnasta.

Wystrój pokoju pamiętał lata dziewięćdziesiąte, ostała się nawet typowa dla tego okresu boazeria. Wziął głęboki wdech i spojrzał na panią psycholog, która właśnie weszła do pokoju. Musiała mieć już swoje lata, gdy wystrój tego pokoju był nowością. Dodatkowej groteski nadawał jej uśmiech, sztuczny jak plastikowe drzwi do jej gabinetu. Włosy miała szare jak popiół, na spiętym koku przetykane śnieżnobiałymi pasmami, trupiobladą twarz, nienaturalnie krótki, cienki nos, na którym leżały równie cienkie, lecz równocześnie wielkie okulary. Zmarszczki od papierosów, niczym drabina, rozchodziły się wzdłuż bladych ust. Uśmiechnęła się na powitanie, eksponując jasnożółte zęby i usiadła. Ubrana była w zielony golf i spódnicę do kostek w ciemną kratę. Położyła dłonie na notesie leżącym na jej kolanach i popatrzyła na niego w milczeniu.

Będzie super, pomyślał.

– Tak, wiem – powiedział przełamując krępującą ciszę.

– Wie pan? Acha.

Pokręciła głową i zapisała coś w notatniku. Ruchy pióra były bardzo agresywne, mocno dociskała je do kartki, mógł przysiąc, że słyszał co pisze. „Kropka” była wręcz uderzeniem o papier.

– Dlaczego zawsze jest pan spóźniony? Pokonanie drogi z pracy tutaj powinno zająć panu maksymalnie dziesięć minut. Czy wydarzyło się po drodze coś, co pana zatrzymało?

Bardzo przeciągała słowa, co przypominało mu sposób, w jaki mówią nauczycielki z denerwującym poczuciem wyższości. Po każdym wypowiedzianym zdaniu zawsze zaciskała usta, czyniąc je jeszcze mniejszymi. Wyrafinowana.

– Dlaczego zakłada pani, że „zawsze” się spóźniam? Widzimy się pierwszy raz.

– I jest pan spóźniony.

– Tak, dwie minuty. To chyba nie jest...

– Czuje się pan zmuszony tu być?

Przerwała mu. Zaczynała grać mu na nerwach, jej zachowanie bardziej przypominało cwanego policjanta, który próbuje wytrącić przesłuchiwanego z równowagi, bo już dawno wydał na niego wyrok. Zmieszał się po tak agresywnie zmienionym temacie. Zaczął się coraz bardziej denerwować. Krępowało go to w jaki sposób świdrowała go wzrokiem.

– Tak – powiedział niepewnie. – Trochę tak.

Znów sięgnęła po notes i coś zapisała.

– Nie przyszło panu przez myśl, żeby zmienić nastawienie?

Cały czas pisała. Chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mu, unosząc palec. Gdy skończyła, położyła kajet na dzielący ich drewniany stolik i przesunęła w jego stronę.

– Niech pan to przeczyta.

Nachylił się i zmrużył oczy. Pismo było niewyraźne.

– No dalej!

– Więc tak... „Pozytywnie myśleć będę tylko jeżeli wszystko się zmieni”.

Oparł się o fotel.

– To nie wszystko.

Znów się nachylił.

– Teraz niech pan przeczyta to zdanie od tyłu.

– „Zmieni się wszystko jeżeli tylko będę myśleć pozytywnie”.

Zabrała notes i oparła się dumna z siebie, ale widząc obojętną reakcję pacjenta, wróciła do wrednej miny i znów coś zapisała.

– Zacietrzewienie... – wycedziła, bardziej do siebie niż do niego, co sprawiło, że irytacji nieomal w nim zawrzała. Traktowała go jak durnia, który nawet nie rozumie co się o nim mówi. Miał dość.

– Czy możemy skończyć z pozytywnymi hasłami? Miałem setki takich sesji. Te teksty nie działają. – Uśmiechnął się, zachowując maskę grzeczności. – Oboje wiemy, że jestem tutaj po pieczątkę. Właśnie po to szef mnie tu przysłał. Nie ma sensu udawać. Potrzebuję tej pracy, więc miejmy to z głowy.

– Ah tak? – Napiła się herbaty z filiżanki; nie obyło się bez wyciągniętego jak antena małego palca. – Jestem psychologiem, proszę pana i jestem tu, żeby panu pomóc, nie odbębnić.

Spojrzał na nią, a następnie uciekł wzrokiem, bezwiednie ugniatając palce z nerwów.

– Co mam zrobić, żeby mi to pani podbiła? Naprawdę potrzebuję tej pracy.

– Zrobimy tak. – Zamknęła kajet i poprawiła okulary. – Opowie mi pan, dlaczego do mnie trafił, a jeżeli będzie pan ze mną szczery, podbiję panu te dokumenty.

– Tak po prostu?

– Nie. Tylko jeżeli będzie pan ze mną szczery.

– Dlaczego?

– Mój zawód wymaga ode mnie pomagania ludziom w radzeniu sobie z ich zdrowiem psychicznym. Nie trzeba być psychologiem, by zobaczyć, iż jest pan tak zakonserwowany, że nic, co panu powiem, do pana nie trafi i jak tylko pan stąd wyjdzie, już nigdy pan do mnie nie wróci. Zatem jedyne, co nam pozostaje, to pozwolić panu przedstawić swoją wersję zdarzeń, zrzucić z pana odrobinę tego ciężaru, tak żeby było panu lżej. Ale obiecuję i ostrzegam, jak tylko wyczuję choć nutkę fałszu, otrzyma pan ode mnie wpis „niezdolny do pracy” i ta wizyta się skończy. Zgoda?

Namyślił się chwilę, wytarł spocone dłonie w spodnie, po czym przytaknął.

– Nie jest to dla mnie nowością. Każdy chciałby znać historię dziwaka, prawda?

– Co pan ma na myśli?

– Czemu tak dziwnie pachnę, dlaczego krępuję się przed każdym wypowiedzianym słowem... Dlaczego jestem antysocjalny, nie mam przyjaciół, ani nawet znajomych, do których mógłbym zadzwonić i pogadać... Pasowałoby o to spytać tych, którzy na mnie donieśli. – pociągnął nosem. – Bo to oni i im podobni są tego powodem. Niczego im nie zrobiłem, chcę tylko, aby dali mi w spokoju wykonywać moją pracę, tak jak wcześniej chciałem, aby w spokoju dali mi skończyć szkołę. Widzę, jak stoją w grupkach i się naśmiewają, „ty, zjedz coś, boś chudy jak dziewczynka”, „zetnij te włosy, pedale”, a to tylko te grzeczne, spokojne sytuacje. Potrafi być znacznie gorzej, kiedy nie kończy się tylko na słowach.

Zawahał się na chwilę.

– Proszę mówić dalej – zachęcała.

– I to nawet nie chodzi o to co robią, tylko to, że przez całe życie jestem traktowany jak dziwadło. Wolałem się odciąć, stać z boku. Niestety, to tylko pogarszało sprawę. Dlatego jak tylko skończyłem szkołę wyjechałem. Próbowałem różnych prac, ale były za ciche, za spokojne, a ja nie powinienem zostawać sam na sam ze swoimi myślami. Ten drugi ja podpowiada mi bardzo złe rzeczy, on jest gorszy od nich.

– Ma pan myśli samobójcze?

– Nie – pokręcił głową i poprawił spadający na twarz kosmyk włosów. – Nie aż tak. Było coraz gorzej, aż zacząłem pracę w tej firmie. Przez cały dzień jestem sam, jest głośno i non stop muszę być ostrożny. Dzięki temu nie mam czasu na dopuszczanie do siebie jakichkolwiek myśli. Do tego pracujemy w całych Stanach, a ciągłe zmiany otoczenia również bardzo mi pomagają.

Tutaj urwał i na krótki moment zapadła cisza.

– A co z krzykami w nocy? Jeden ze współlokatorów wspomniał, że zanim zaczął pan pracę, był pan pacjentem zakładu psychiatrycznego. Czy to prawda?

Czuł, jak przyspiesza mu tętno, wbił palce w uda.

– Tak – podjął na pozór posłusznie i pokornie.

– Opowie mi pan, dlaczego pan tam trafił?

Szczęka zaciskała się, tak mocno, że na policzkach pojawił się zarys mięśni.

– Na czym polegała pana terapia?

Prawa noga zaczęła podskakiwać nerwowo na palcach.

– Co panu dolegało, że musiał pan poddać się takiemu leczeniu?

– Dość!

Ryknął donośnie i kopnął stolik, który upadł, rozsypując słodycze i tłukąc dwie filiżanki. Dyszał jak po maratonie, kompletnie skołowany. Natychmiast pożałował swojej agresji. Nie powinien był się tak zachować, w dodatku w gabinecie u psychologa.

Tymczasem niewzruszona kobieta zaczęła notować.

– Otworzyłem się, tak jak pani prosiła – mruknął i wyciągnął do niej dłoń. – Teraz proszę dać mi podbite dokumenty.

Pani psycholog wyciągnęła kilka kartek, podbiła i podpisała. Wyrwał jej z rąk jego przepustkę do normalności i bez słowa opuścił gabinet. Godzina była jeszcze młoda, więc postanowił wrócić do pracy. Wiedział, że szef zostanie dziś do późna, żeby nadrobić zaległości. Zamkniemy temat donosów, zanim się dobrze zacznie, pomyślał.

Wyciągnął telefon i obejrzał relacje młodego chłopca. Widział, jak siedzi w towarzystwie swoich kolegów i grają w gry na konsoli. Wtedy zorientował się, że idzie po chodniku, którego spowija cień. Przerażony, odskoczył na ulicę prosto pod koła nadjeżdżającego samochodu, który z piskiem opon zatrzymał się tuż przed nim.

Chłopak odruchowo oparł ręce na masce. Wtedy do jego uszu dotarł drugi pisk. Uciekł z drogi, a sekundę później w samochód uderzył kolejny, z mniej sprawnymi hamulcami lub mniej czujnym kierowcą.

Musiał dać nogę. Wskoczył na chodnik, zerknął tylko przez ramię, aby rozeznać się w sytuacji. Wyglądało na to, że żaden z kierowców nie ucierpiał w kraksie. Szybkim tempem szedł dalej.

– Ej ty! – krzyknął do niego ten z pierwszego auta. – To twoja wina, skurwysynie!

Chłopak zaczął uciekać.

– Wracaj tu!

Spanikowany gnał wzdłuż ulicy. Nawoływania nie ustawały. Pędził co tchu, aż wreszcie wbiegł do pobliskiego hangaru i zatrzasnął za sobą drzwi. Oparł się o nie, z trudem łapiąc oddech. Następnie wyjrzał przez okienko upewniając się, że za nim nie biegną.

– Boję się spytać, co się stało, co nie?

To był szef, który pojawił się znikąd, jakby zmaterializował się tuż za nim.

– Ale mnie pan wystraszył!

– Ja ciebie? Co tu robisz o tej godzinie?

– Chciałem panu powiedzieć, że wizyta przeszła gładko i mam dokumenty, o które pan prosił. Chciałbym zamknąć sprawę tych głupich skarg, zanim...

Zorientował się, że papiery, które włożył za pas wypadły podczas wypadku, albo gdy gnał tu jak dziki.

– Nie, nie! Pan poczeka, wrócę po nie, pewnie upuściłem je po drodze.

– Poczekaj!

Szef krzyknął zatrzymując go w drzwiach.

– Patrzyłeś na nie, gdy wyszedłeś z poradni?

– Zostały przez nią podbite, sam widziałem. Szefie, wszystko ze mną okej. Niech pan do niej zadzwoni, ona panu powie.

– Nie patrzyłeś, gdy ci je podawała, co nie? A chociaż zerkałeś do nich później? – naciskał.

– Nie, ale... – zmierzył go bacznym spojrzeniem. – Skąd pan wie, że na nie patrzyłem?

– Bo do mnie dzwoniła. – Ruszyli do jego gabinetu. – To oczywiste, że nie patrzyłeś w papiery, skoro tu przylazłeś.

Szef rzucił stosem dokumentów na biurko i mozolnie usadowił się w fotelu. Chłopak stał w bezruchu.

– Jak ona mogła? Umówiliśmy się – mruknął.

– Jezu, nie mów mi, że próbowałeś się z nią ugadać. Wiesz, że to nielegalne? Mało masz problemów? Młody, lubię cię, jesteś bystrym gościem, co nie, ale nie mogę cię dłużej zatrudniać, nie z takimi papierami. Mogę mieć przez to kłopoty.

– Czy możesz to jeszcze...

– Nie. Już podjąłem decyzję. Zabierz swoje rzeczy, a rano wracaj do domu. Jeżeli uda ci się stanąć na nogi i dostanę potwierdzenie od lekarza specjalisty, że jesteś zdolny do pracy, chętnie przyjmę cię z powrotem. Dopóki to się nie wydarzy, nie mamy o czym rozmawiać, co nie.

Wychodząc, strącił porcelanową statuetkę dźwigu, która rozbiła się o podłogę.

– Ej! – krzyknął prezes. – I właśnie dlatego masz problemy młody! Ogarnij się!

– Co nie!? – odpysknął zza biura.

Wyszedł z hangaru, trzaskając drzwiami z całej siły. Widział, że lada moment słońce położy się za horyzontem. Włączyły się latarnie. Niewiele już miało znaczenia. Ta robota była najbardziej pozytywną rzeczą w jego życiu. No, prawie.

Wyciągnął telefon i wszedł na relacje chłopczyka, ale mały nie wrzucał niczego od ponad sześciu godzin. Dziwne. Wszedł na profile jego kolegów, od ponad dwóch godzin byli już w domu. Zaczął się martwić.

Jego myśli przerwał szelest dokumentów szarpanych lekkim wiatrem, zaplątanych w metalowe przęsła płotu. Czyli jednak wypadły mu w trakcie ucieczki. Podniósł je i zajrzał do środka, zobaczył wyraźny wpis: „niezdolny do pracy”.

– Suka!

Zmiął kartki i wyrzucił je za siebie. Te zatańczyły w powietrzu i opadły na chodnik. Skręcił w prawo, wprost na stłuczkę, którą spowodował. Widząc policję, straż i karetkę było za późno, by zawrócić nie zwracając na siebie uwagi, szedł więc dalej, jak gdyby nigdy nic, ale ze spuszczoną głową. Widział jak jednego z uczestników zdarzenia, wkładają na noszach do karetki. Przecież widział, jak o własnych siłach wychodził z wozu. Nie wyglądał na rannego. Może mu się przywidziało...

Ostatnio za dużo rzeczy mu się zdawało. Ratownik zamknął pierwsze drzwi, wtedy Taylor złapał kontakt wzrokowy z kierowcą, a ten rozpoznał go bez wahania. Zerwał się, ale zamknięto drugie drzwi, włączyli sygnał i odjechali.

Odetchnął z ulgą. Co za dzień, pomyślał. Wyciągnął telefon, zanim jednak zdołał odpalić aplikację rozległ się dźwięk dzwonka i ujrzał znajomy numer. To była jego mama, z którą nie rozmawiał od ponad sześciu lat. Czuł, jak stres zaciska mu gardło, wytarł spoconą dłoń w spodnie i odebrał telefon.

– Halo? – cisza w słuchawce. – Po co dzwonisz?

W końcu usłyszał zapłakany głos matki, stanął w miejscu i słuchał tego, co miała do powiedzenia. Od razu zrozumiał, dlaczego przerwała milczenie po tylu latach i był jej za to wdzięczny.

Niestety nowiny jakie miała mu do przekazania były dramatyczne.

Rozdział 2

Nie ma jak w domu

To przerażające, kiedy uświadamiasz sobie, że całe twoje życie mieści się w jednej torbie. Do zabrania zostały jeszcze tylko dwa podkoszulki, kosmetyczka i ładowarka, której nie mógł zlokalizować. Współlokatorzy, jak co wieczór, leżeli na swoich łóżkach z piwem w dłoni. Byli nadzwyczaj cicho, jak na dom pełen hałasu, karcianych rozgrywek, w których przegrywano pieniądze zarobione na budowie. Zwykle rozbrzmiewały tu śmiechy i przekleństwa do głupich filmików w Internecie oraz kłótnie po alkoholu, ale nie dziś. Dziś siedzieli w milczeniu i bacznie obserwowali, jak on nie może znaleźć kabla. – Sprawdź pod łóżkiem – odezwał się nagle rudzielec.

Taylor schylił się i sięgnął kabel, szybko jednak zauważył, że był on uszkodzony przy końcówce.

– To nie mój. Szukam swojego.

– Sądzisz, że ci go ukradłem? – warknął rudy.

– Mówię, że chcę mój kabel!

– Młody, weź ten, co masz, bo zaraz zostaniesz bez żadnego. – powiedział chrapliwym głosem najstarszy z domu, a w jego głosie czaiła się groźba. Chłopak pokręcił głową, po czym nabzdyczył się jak aktor w tragedii i rozłożył ręce. Uniósł torbę i wrzucił kabel do środka, jakby zadał cios. Zarzucił pas na ramię i ruszył ku wyjściu.

– A żebyście zdechli – dodał wychodząc.

– Jak będziesz wracał to kup masło!

Zszedł na dół, słysząc ich głupie chichotanie. Klucze do domu zostawił na desce do prasowania stojącej przy lustrze. Wyszedł przed bramę i zatrzymał się pod latarnią. Ilość czarnych jak mrok miejsc go przerażała, unikał wychodzenia z domu po zachodzie słońca. Jak każdy, kto wie, co czai się w ciemnościach, pomyślał. Zarzucił kaptur na głowę, poprawił torbę i truchtem ruszył na dworzec.

Gdy dotarł na miejsce, usiadł na ławce. Na przeciwnym stanowisku autobusowym siedziała czarnowłosa, młoda kobieta. Przypominała tę, którą spotkał po drugiej stronie. Stukała coś na telefonie. Chłopak nie spuszczał z niej wzroku. Miała na sobie białą sukienkę do kolan i czarną skórzaną kurtkę, zarzuconą na ramiona. Uniosła głowę łapiąc kontakt wzrokowy, jednak został przerwany przez wjeżdżający pomiędzy nich autokar. Drzwi się rozsunęły, ale on nie był pewien, co powinien zrobić. Zawahał się.

– Jedziesz czy nie? Jestem spóźniony! – krzyknął kierowca.

– Jadę, jadę.

Wszedł do pustego autobusu, kupił bilet i usiadł w środkowym rzędzie przy oknie. Wsunął torbę pod fotel i wyjrzał przez szybę doszukując się dziewczyny, ale przed jej przystankiem również stał już autokar i nie ujrzał jej.

Ruszyli. Poprawił kaptur, skrzyżował ręce i przytulił się do okna zamykając oczy. Liczył na odrobinę snu, był padnięty. Hałas metalicznego, klekoczącego, starego silnika wyciszał jego myśli. Zrobiło się ciemno.

Ktoś usiadł twardo w fotelu obok, wyrywając go z błogiego transu, powodując, iż odruchowo wzdrygnął się ze strachu.

– Przepraszam – powiedział z uśmiechem czarnoskóry mężczyzna w żółtej koszuli. Mierzył na oko ponad dwa metry i był potężny, łysy, z długą brodą, zasłaniającą szyję. Przez krótki moment chłopak czuł się zdezorientowany. Dlaczego ten olbrzym usiadł akurat obok niego, skoro cały autobus jest pusty? Wysunął głowę nad oparcie i zobaczył pokład pełen ludzi. Musiał być tak wyczerpany, że nie zorientował się kiedy zasnął.

– Przepuść mnie, muszę do łazienki.

Olbrzym ustąpił miejsca, a Taylor ruszył do toalety. Była zajęta. Oparł się plecami o ścianę na schodach. Czekając tak, wyciągnął telefon i spojrzał na ostatnią relację braciszka. Już jadę, trzymaj się, pomyślał. Słaby zasięg nie pozwolił mu swobodnie poruszać się po aplikacji. Wyjrzał przez okno i dostrzegł jedynie zwartą ścianę lasu, sprawiającą wrażenie jakby to nie oni, a las mknął poboczem. Jedynie na chwilę wyłaniając swe drewniane konary w świetle reflektorów autobusu, ukazujące się na zbyt krótki moment by przyjrzeć się im dokładnie, ale na tyle długi by poczuć atawistyczne uczucie lęku, jakie towarzyszy człowiekowi, gdy dotrze do granicy tego co bezpieczne i poznane. Drzwi toalety otworzyły się, a z niej wyszła starsza kobieta. Załatwił swoje i wrócił na miejsce, sprawdził, czy torba leży na swoim miejscu i ułożył się do spania.

Zamknął oczy.

* * *

Otworzył oczy.

Otaczał go mrok przecinany poświtami pomarańczowego światła. Na fotelu obok nie było nikogo. Uniósł głowę nad oparcie, autobus był pusty. Wilgoć unosiła się w powietrzu, cały podkoszulek lepił mu się do ciała. Wyjrzał za okno, jego oczom ukazał się las, którym przejeżdżali. Dostrzegł motor bez kierowcy na przeciwległym pasie. Ostre złotoczerwone światło przebijało się przez gęste, ciemne chmury wprost na niego, uniemożliwiając patrzenie w dal. Wstał, lecz gdy zrobił krok, nogi rozjechały się w szpagacie. Uderzył piszczelem o oparcie. Stłumiony jak pod wodą odgłos rozszedł się cichym echem, chłopak zasyczał z bólu i spojrzał na rozciętą nogę. Podciągnął nogawkę i ostrożnie wyszedł spomiędzy foteli. Trzymając się poręczy na suficie ruszył ku przodowi pojazdu. Drzwi były otwarte.

Co teraz? – pomyślał, gdy zeskoczył ostrożnie na jezdnię. Piszczel zapiekł mocniej. Bycie po drugiej stronie na otwartej, nieznanej mu przestrzeni budziło w nim lęk. Miejsce było niebywale ciche. Okrążył autobus, minął motocykl, po czym podszedł do skraju drogi i spojrzał w ciemny, splątany konarami las, który ciągnął się pochyle w dół. Wszystko stało w miejscu martwe, zastygło jakby ktoś zatrzymał czas.

Wrócił na drugą stronę ulicy, nie rozumiejąc, dlaczego został wciągnięty właśnie tutaj. Las był wyjątkowo nieciekawy, wręcz monotonny i nużący, gdzie nie spojrzeć widać te same meandryczne, ciemne konary i niechlujne festony. Zajrzał głębiej i nagle w ciemności coś się poruszyło. Chudy czarny cień, który przeskakiwał agresywnie pomiędzy drzewami. Taylor się nie mylił, to ten sam cień, który ściga go za każdym razem, gdy jest po tej stronie.

Bez zastanowienia pobiegł w kierunku drzwi autobusu. Cień dużymi susami pokonywał dystans, zdawał się, ani przez ułamek sekundy nie stawać w miejscu, zmieniał gwałtownie swoją pozycję za pomocą szybkich, nerwowych skoków między czarnymi punktami w lesie. Słychać było głuchy pogłos ciężkich łap uderzających o ziemię i trzask łamanych gałęzi współgrających z przeraźliwym szeptowym sykiem napierającego cienia.

Taylor wbiegł do środka autobusu i pociągnął za dźwignię zamykającą drzwi. Cień zatrzymał się z hukiem przed zamkniętym wejściem. W przypływie paniki ruchy młodego mężczyzny stały się chaotyczne, co jeszcze bardziej utrudniało mu poruszanie się po śliskiej podłodze. Padł na twarz tuż przed swoim fotelem. Podnosząc się o oparcie, dostrzegł jak cień siłą rozchyla drzwi. Chłopak wskoczył na swoje miejsce, gdy upiór wślizgnął się już do środka, a srebrne ślepia znalazły swój cel.

Zamknął oczy.

* * *

Otworzył oczy.

Dosłownie przykleił się do okna, patrząc z przerażeniem na drzwi. Obudził tym olbrzyma, który również był zaskoczony sytuacją. Taylor rozejrzał się po ciemnym autobusie, pełnym śpiących ludzi. Przetarł spocone dłonie w spodnie.

– Stary, wszystko dobrze? – spytał go sąsiad.

Chłopak zanurkował między nogi i spojrzał na suchą podłogę. Poruszył lekką stopą upewniając się, iż nie jest śliska, jakby nie dowierzał własnym oczom.

– Mam poprosić kierowcę, żeby się zatrzymał?

Czuł nadal pulsujący ból w nodze, podwinął nogawkę, nie było żadnego śladu skaleczenia czy najmniejszego siniaka, jednak kość piszczelowa bolała go, jakby drwiła sobie złośliwie z tego, co rzeczywiste.

– Ej, młody...

Czarnoskóry położył mu rękę na ramieniu, a ten odskoczył uderzając głową o szybę. Wielkolud uniósł ręce ku górze, pokazując, że nie ma złych zamiarów.

– Nie dotykaj mnie – warknął, łapiąc oddech.

– Nic ci nie zrobię, chcę tylko pomóc.

– Wszystko tam w porządku?! – krzyknął kierowca autobusu, który zauważył dziwne przepychanki. Taylor mierzył się spojrzeniem z pasażerem sapiąc spocony. Ciężko mu było złapać oddech.

– Wszystko dobrze – wymamrotał.

– Nie słyszę!

– Jest okej!

Taylor uniósł głos, budząc przy tym kilka osób w pobliżu. Rozluźnił się i opadł na fotel, kątem oka zerkając na olbrzyma.

– Dzięki – wtrącił po chwili czarnoskóry. – Nie potrzebuję teraz problemów.

– Dajcie mi już wszyscy spokój.

– Nie pisnę ani słowa.

– Oby – skomentował sucho.

Olbrzym oparł się o fotel. Chłopak sprawdził czy torba pod jego nogami nadal tam jest i położył bok głowy na szybie. Martwiła go ostatnia passa, w przeciągu doby znalazł się tam już drugi raz, w dodatku cień go ściga, biegnie za autobusem jak poszczuty. Cienie nigdy nie zachowywały się jak psy gończe, nie lubiły być nachodzone. Często odprowadzały jedynie wzrokiem, poza tym jednym z dużym garbem i krótszą lewą ręką, ten wydawał się go nie znosić. Rozległ się głośny huk, ostre hamowanie, rzuciło nimi na boki, ale kierowca opanował pojazd i gwałtownie zwolnił. Nikt już nie spał. Kilkanaście minut później zjechał na pierwszy motel przy drodze. Ludzie rozglądali się po sobie nie wiedząc co się stało. Rzucano pytania, ale nikt nie odpowiadał. Kierowca po wymianie kilku telefonów, wstał i powiedział:

– Bardzo przepraszam ale mamy usterkę i dalej nie pojedziemy. Muszę zostać na tym parkingu.

– Kiedy podjedzie zastępczy? – spytała kobieta z tłumu.

– Jest druga w nocy, autobus będzie dopiero nad ranem.

– Pan żartuje! Do miasta jest już niedaleko, zaledwie kilka godzin, nikt się nie zjawi?

– Nikt, przykro mi. Osobiście radzę rezerwować pokoje w motelu, bo nie wygląda na taki, co pomieści wszystkich, reszta będzie zmuszona spać tutaj.

O kurwa, pomyślał Taylor. Ludzie zaczęli przepychać się między sobą, kierując się ku wyjściu. Dla niego nie był to problem, nie spieszyło mu się, bo już nie miał zamiaru zasnąć tej nocy. Cień mógł być w pobliżu. Być może to on stał za usterką.

Zmęczenie jednak zaczynało dawać mu się we znaki. Gdy wszyscy opuścili autobus, chwycił swój bagaż i ruszył na przód pojazdu. Wysiadając zauważył palce cienia, trzymające górną ramę drzwi. Odskoczył do tyłu, przerażony.

Gdy zerknął jeszcze raz, niczego tam nie było.

– Co tam? – spytał kierowca czekający przed drzwiami. – Przewróciłeś się?

– Tak. – Spojrzał ostatni raz. – Nic mi nie jest.

Zarzucił torbę na ramię.

– Nie rób sobie nadziei, i tak dzisiaj śpisz w autobusie.

– Dzięki, ale motel na pewno... – zamilkł, gdy wyszedł i zobaczył parterowy budynek z kilkoma pokojami – ...coś znajdzie.

Przed budynkiem stała grupa ludzi, która nie dostała żadnego pokoju. Patrzyli w telefony, jakby to miało pomóc. Utknęli na tym zadupiu i wciąż nie chcieli tego zaakceptować. Sam wyciągnął telefon i uzmysłowił sobie, że bateria jest na wyczerpaniu.

– Autobus to nie hotel, ale przynajmniej mi na łeb nie pada i mam zamknięte drzwi – dorzucił kierowca. – Twój wybór, uprzedzam tylko, że mam ciężki sen. Jak zasnę to mogę już nie słyszeć, gdybyś pukał i chciał wejść.

– Dzięki, ale chyba zrezygnuję.

– Nie chce ci się spać? – spytał kierowca.

Nawet nie masz pojęcia, pomyślał i spojrzał na gwieździste niebo.

* * *

Siedem lat wcześniej

– Nie chce ci się spać? – spytał braciszek.

Nawet nie masz pojęcia, pomyślał i uniósł głowę w kierunku gwieździstego nieba. Zszedł z okna i wrócił na swoje łóżko.

– Nie – szeptał, żeby go nie słyszeli. – A ty czemu nie śpisz?

Max nie odpowiedział. Patrzył smutno na pluszową żyrafę, trzymając ją mocno w rękach. Starszy brat położył się w łóżku obok niego i objął go ramieniem.

– Ciebie też obudzili?

– Tak.

– Nie przejmuj się.

Pocałował go w czoło. Do ich pokoju wciąż dochodziły odgłosy kłótni i tłuczonej porcelany.

– Dlaczego oni zawsze się kłócą? – spytał.

– Bo są dorośli, oni tak często rozmawiają. – Uśmiechnęli się do siebie. – A teraz wracaj do spania, musisz się wyspać do szkoły.

– Mama mówi, że szkoła jest głupia i jak nie chcę, to nie muszę chodzić.

– Bo mama poddała cię tajnemu testowi – kłamał.

– Tak? – Jego oczy zaświeciły nadzieją.

– Tak. Musisz jej udowodnić, że jesteś mądrym chłopcem i wiesz, że szkoła jest ważna. Bo wiesz o tym, prawda?

– Tak!

Braciszek przytulił się mocniej do pluszowej żyrafy i do starszego brata.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też.

Taylor objął braciszka silniej i przyłożył delikatnie dłonie do jego uszu, chcąc zagłuszyć krzyki i wyzwiska dochodzące z piętra niżej. Po kilkunastu minutach Max już smacznie spał. Starszy wstał ostrożnie, nie chcąc go obudzić i ściągnął z krzesła czarną kurtkę dżinsową ze złotą koroną na plecach i zarzucił ją na siebie.

Usiadł na schodach i wychylił się. Zobaczył matkę wściekle obrzucającą wyzwiskami swojego nowego faceta. Po śmierci ojca nie była już taka sama, była w rozsypce i choć bardzo udawała, że tak nie jest, nie radziła sobie. Zaczęła się z kimś spotykać niedługo po śmierci męża i ten ktoś był bardzo nieodpowiednią osobą. Złą dla jej synów, niegodziwą dla niej, agresywną i niewyrozumiałą. Nie wiedział, co ona w nim widzi, codziennie dochodziło do kłótni i przepychanek, jednak tej nocy to było coś więcej. Mężczyzna zaczął kraść pieniądze z państwowej zapomogi, które były przeznaczone na leki dla Taylora. Matka nie chciała na to pozwolić, ale konkubentowi się to nie spodobało. Uderzył ją na oczach starszego syna. Ten zbiegł na dół z pięściami, ale Igor zdzielił go w twarz i chłopak padł na podłogę. Leżąca matka trzymając się za policzek, patrzyła na syna z rozmazanym makijażem.

– I co teraz? Myślisz, że te całe twoje zmyślone cienie ci pomogą? – splunął. – Bujdy! Jesteś chory psychicznie, twoje miejsce to pokój bez klamek! – A potem zwrócił się do matki: – Najwyższy czas przestać się łudzić, skończy zastrzelony przez policję, gdy odwali mu tak bardzo, że zabije kogoś, bo uzna go za jednego ze swoich zwidów! – Spojrzał wymownie na matkę i dorzucił: – Obyś to była ty.

Kobieta nie zareagowała. Podniosła się, zasłaniając dłonią czerwony policzek i poszła do kuchni. Zostawiła go samego z obcym, niebezpiecznym facetem. Mężczyzna odwrócił się machając ręką i poszedł do salonu. Taylor podniósł się wolno, rozumiejąc, że nic tu po nim. Matka go nie wspierała, zostawiła leżącego, bezbronnego na zimnych płytkach.

W głowie mu piszczało. Wracając do pokoju zobaczył Maxa siedzącego na schodach z policzkami mokrymi od łez i przerażonego całą sytuacją. Wziął go na ręce i razem wyszli na piętro. Położył go na jego łóżku i zapalił lampkę.

– Leci ci krew – powiedział młodszy.

– To nic. – Preztarł nos rękawem. – Nic mi nie jest, nie martw się.

– Boli cię?

– Nie, nie boli. Jestem twardy, przecież wiesz.

– Wyglądało strasznie. Bałem się.

– Idź spać, jest bardzo późno, jutro będziesz niewyspany.

Taylor wstał i chciał zgasić lampkę.

– Poczytasz mi bajkę? – poprosił Max.

– Jaką chcesz?

– Króla lwa.

Starszy bart sięgnął po książkę i położył się obok młodszego, po czym zaczął czytać. Król lew był jego ulubioną bajką. Kilka stron zajęło, aby braciszek zasnął, wtedy Taylor bardzo ostrożnie wstał z łóżka, tak by nie wydobyć żadnych dźwięków i stanął pod drzwiami. Delektował się chwilą, patrząc na smacznie śpiącego braciszka. Zamyślił się na dobre kilka minut. Chciał się napatrzeć i właśnie tak go zapamiętać.

Godzinę później szedł już ciemną ulicą, spakowany w torbę zarzuconą przez ramię. Kierunkiem był dworzec główny, docelowe miejsce jeszcze nie miało wtedy znaczenia. Usiadł przy stanowisku autobusowym, mając dziwne wrażenie, że ludzie na niego patrzą, jakby nie powinno go tu być, nie o tej godzinie. Był świadomy tego, że przysporzy bólu braciszkowi, ale z biegiem czasu, więcej na tym zyska. Przecież jego matka miała co wieczór kłótnie o niego, nikt inny, tylko on był tematem i powodem tych sporów. Ona nie była gotowa zostawić tego faceta, więc rozwiązanie było jedno. Zależało mu jedynie na tym, żeby Max dorastał w środowisku, gdzie nie ma kłótni i afer. Więc zabrał problem ze sobą. Podjechał autobus, a on wsiadł do środka i usiadł przy oknie. Włożył torbę pod nogi, oparł głowę o szybę. Pojazd ruszył.

Zasnął.

* * *

Sen nie wchodził w grę. Siedział pod drzewem oparty o pień, strach wbijał mu w trzewia szponiaste palce i ściskał mocno. Wycieczka podzieliła się na trzy grupy. Pierwsza spała smacznie w motelowych łóżkach, druga leżała rozłożona na kilku fotelach oraz przejściu autobusu, a trzecia siedziała na trawie i piła alkohol, opowiadając straszne historie przy ognisku. Gdyby nie był tak zdystansowany, czuł, że z nimi odnalazłby się najprędzej. Olbrzym siedział z nimi i już któryś raz machał do niego zapraszając, aby dołączył. Taylor odwrócił jednak głowę, chcąc zostać sam. Wyciągnął telefon i przeglądał profil braciszka, który wydawał się szczęśliwy, bez kłótni, bez afer, bez niego. Telefon zawibrował, przyszła wiadomość od matki. „Za ile będziesz?”. „Jestem w drodze, jeszcze kilka godzin”, odpowiedział. Pod wiadomością pojawiły się trzy ruchome kropki. Pisała coś. Czekał niecierpliwie, ale kropki zniknęły, znów się pojawiły i na dobre zniknęły.

Chciał odłożyć telefon, ale ten zawibrował ponownie. Szybko go wyciągnął, by odczytać wiadomość, ale był to tylko komunikat o niskim poziomie baterii. Odłożył go zawiedziony. W głębi rozumiał ją. Na jej miejscu też nie wiedziałby, co jeszcze napisać po tylu latach rozłąki. Oparł głowę o drzewo i rozejrzał się. Noc była przyjemna, pachniało świeżym powietrzem. Delektował się zapachem kwitnących traw i chwastów. Gdzieś w gałęziach ćwierkały ptaki, a owady śmigały dookoła pobliskiej latarni jak pociski smugowe. Spojrzał na grupkę ludzi przy ognisku; od alkoholu przygasali szybciej niż ogień, którego płomienie sypały iskrami w nocne niebo. Jeszcze ponad godzina do świtu, pomyślał i czekał.

– Wstawaj – obudził go olbrzym. – Autokar zastępczy właśnie podjechał.

Taylor nie wiedział nawet kiedy zasnął. Dziękował sile wyższej za te nieplanowane kilka godzin spokojnego wypoczynku. Sprawdził czy ma wszystkie swoje rzeczy i podniósł się otrzepując tyłek z suchej trawy i liści. Ludzie zbierali się w jednym miejscu, wychodzili z motelu jeden po drugim. Olbrzym uśmiechnął się do niego i ruszył przodem.

Kamery potrafią rozczytywać siatkę twarzy, media społecznościowe pokazują każdy nasz krok, ale żadna osoba nie pamięta twarzy innych, ponieważ nikt nie patrzy, ich wzrok skierowany jest w telefon. Zupełnie odwrotnie niż kiedyś. Rozsunął zamek bagażu i sięgnął po pomarańczową buteleczkę. Od razu coś wydało mu się nie w porządku. Otworzył wieczko, w środku było tylko pięć kapsułek. Kurwa, pomyślał. Pełne pudełko z nowej recepty musiał zostawić w ostatnim miejscu zamieszkania, ta tutaj to końcówka z ostatniego rozdania. Wziął jedną, póki jeszcze dłonie nie trzęsły się na tyle, że i to stałoby się problemem. Chowając butelkę, zauważył, że jego stopę pokrywa cień. Odskoczył na bok, zmrożony.

– Uważaj! – krzyknął przechodzący obok z dziewczyną młody facet.

Nie przeprosił. Bez słowa odwrócił się.

– Psychol – skomentowała partnerka chłopaka.

Poszli dalej, a Taylor stanął przed granicą cienia i włożył w nią stopę. Czuł jak serce wali mu mocniej. Oddech przyspieszył, krew tętniła do skroni, a ciało jakby przeszedł skurcz. Rozglądał się, wodząc wzrokiem dookoła. Coś zaszeleściło, cofnął nogę widząc poruszający się krzak, który jak się okazało był bujany przez wróbla skaczącego po gałęziach. Oparł się o kolana łapiąc oddech.

– Młody! Jedziesz!? – krzyknął kierowca.

Zabrał swoje rzeczy i ruszył do pojazdu. Po chwili wsiadł do środka. Miał wrażenie, że wszyscy gapią się na niego. Idąc między nimi słyszał te wszystkie westchnienia i głębokie oddechy, potęgujące pretensje. Zatrzymał się przy swoim miejscu, ale było zajęte przez olbrzyma.

– Mogę przy oknie? – spytał miło czarnoskóry.

– Nie.

– Naprawdę? Jechałeś tak całą drogę, a przed nami jeszcze kilka godzin, byłbym wdzięczny za...

– Powiedziałem nie. To moje miejsce i tu będę siedział.

Taylor obstawał twardo przy swoim, ale oczy zdradzały niepewność. Olbrzym westchnął, po czym pokręcił głową nie kryjąc rozczarowania. Wrócił na swoje miejsce puszczając chłopaka przed sobą.

– Już wszyscy!? – krzyknął kierowca. – Jeśli kogoś nie ma, to niech się odezwie!

Wyszczerzył zęby w pełnym uśmiechu i usiadł za kierownicą. Ha, ha, król komedii, pomyślał Taylor, po czym oparł się o szybę krzyżując ręce. Autobus ruszył. Po dwóch godzinach drogi zauważył, że las zaczął się przerzedzać. Zbliżali się do miasta. Wyciągnął telefon, ale był rozładowany, schylił się więc po ładowarkę – autobus był na tyle nowoczesny, że miał kontakt w fotelu. Podpiął wszystko i czekał na komunikat potwierdzający ładowanie baterii, ale nic się nie wyświetliło. Pokręcił uszkodzonym kabelkiem. Raz stykało, raz nie, i tak w kółko.

– Tępe chuje. – Wściekły na byłych współpracowników rzucił zepsutym przewodem pod fotel.

Olbrzym, widząc sytuację, podpiął własną ładowarkę do gniazda i podał kabel chłopakowi.

– Proszę.

Taylor zawahał się, ale po chwili przyjął kabel. Podłączył go do telefonu, który od razu wskazał wyczekiwaną ikonkę. Potrzebował kilku sekund, żeby zebrać się w sobie.

– Dziękuję.

Ledwo przeszło mu to przez gardło, czuł się głupio zmieszany.

– Nie ma sprawy. Nie było tak trudno?

– Co?

– Podziękować.

Parsknął, a kącik jego ust zadrżał, jakby nie wiedział, czy może się uśmiechnąć.

– Zawsze jesteś taki zamknięty?

– A ty taki otwarty? – Utrzymywał złowrogi ton.

– Zawsze. Odkąd pamiętam mama mówiła, że się nie zamykam. Lubię ludzi. Lubię z nimi rozmawiać, poznawać ich. Jesteśmy stadem unikalnych istot i powinniśmy nawiązywać nowe znajomości.

Taylor czuł na sobie wzrok domagający się komentarza.

– Może, nie wiem.

– Pewnie, że wiesz, każdy to wie. Przypomnij sobie jak to było zeszłej nocy, wszyscy siedzieli osobno, dopóki nie rozpaliłem ogniska i zaprosiłem ich do wspólnego spędzenia czasu. Dałem im możliwość poznania się.

Nie odpowiedział, wyjrzał przez okno.

– Jak ci na imię?

Nie odpowiedział.

– To powiedz chociaż skąd jesteś.

– Jadę tam.

– A... ja mam tu rodzinę, ale nie jesteśmy stąd, pochodzę z Nowego Jorku, tam się urodziłem. Pod Chicago mieszka rodzina mojej mamy, nie widziałem się z nimi całą zimę. Nienawidzę tak długich rozstań. Rodzina powinna trzymać się razem. Też tak masz?

– Ta...

– Dlatego wracam. Chcę nadrobić zaległości. A ty? Po co tu jedziesz, skoro tak bardzo ci to nie odpowiada?

– Tak jak i ty mam sporo do nadrobienia.

– Tak? Super! – szturchnął go. – Coś nas łączy.

– Poważnie? – uśmiechnął się pogardliwie. – Spójrz na nas, jesteśmy definicją przeciwieństwa. Jak wpiszesz w Google „przeciwieństwo” i włączysz grafikę, powinny wyskoczyć nasze zdjęcia.

– Zabawny jesteś. Ale kolor skóry nie ma tutaj...

– Nie chodzi mi o to – przerwał mu. – W ogóle o to nie chodzi. Ja jestem zamknięty, ty otwarty, ja nie chcę powrotu do rodziny, ty tak, ty chcesz uwagi, ja spokoju. Jesteśmy jak ogień i woda, gdzie ty widzisz podobieństwo? I tak, nawet taka błaha sprawa, jak kolor skóry nas różni.

– Widzę podobieństwo duszy.

Zamilkli na moment.

– Tak czy siak, dzięki za ładowarkę, moja, podobna do twojej, dusza chce teraz zostać sama i spędzić resztę podróży bez gadania.

– Rozumiem.

– Na twoim fotelu – dokończył z lekkim uśmiechem.

Olbrzym odwzajemnił miły wyraz twarzy i zamienili się miejscami. Taylor usiadł wygodnie i skrzyżował ręce. Wielkolud szturchnął go łokciem pokazując na szybę, a chłopak uniósł lekko kącik ust widząc jego radość. Dojechali do miejsca docelowego. Autobus zatrzymał się na dworcu centralnym, ludzie zaczęli wysiadać, oni byli jednymi z ostatnich.

– Twoja ładowarka – oddał mu kabel.

– Udało ci się naładować telefon?

– Prawie do pełna, dzięki.

– No proszę, zaczęło ci to przychodzić coraz łatwiej.

– Nie ma co się przyzwyczajać – spiął włosy w kucyk. – Fajnie było cię poznać, trzymaj się, duży.

– Będę – uśmiechnął się od ucha do ucha. – Ty też.

Taylor zarzucił torbę na ramię i przeszedł od razu w trucht. Nie było go tutaj kilka lat, ale miał wrażenie, jakby wcale stąd nie wyjechał. Szybko dobiegł pod ogromny biało kremowy budynek z dużym krzyżem nad wejściem, podzielony na cztery skrzydła. Ruszył od frontu mijając zaparkowaną karetkę. Drzwi się rozsunęły i poczuł znienawidzoną przez niego woń hektolitrów chemii i płynów antybakteryjnych. Cuciło go to mocniej niż ciepłe stopy na zimnym balkonie. W drugiej kolejności nos był atakowany przez zapach potu i gumy od asortymentu lekarskiego. Zgiełk tłumu ludzi w poczekalni brzmiał jak rój pszczół. Pomijając kolejkę stanął tuż przed recepcją.

– Przyszedłem zobaczyć brata. Jest w śpiączce, nazywa się Max Ewing.

– Dzień dobry, pory widzenia właśnie się skończyły, w pobliżu pacjenta może przebywać już tylko najbliższa rodzina. Proszę stanąć w kolejce, pomogę panu jak tylko przyjdzie pana kolej.

– Pani nie rozumie!

– Proszę nie podnosić głosu i zająć miejsce za ostatnią oczekującą osobą.

Wywrócił oczami i stanął piąty w kolejce. Minęło go dwóch lekarzy, którzy wbiegli do korytarza po prawej. Gdy drzwi się uchyliły jego oczom ukazał się mężczyzna w czarnym garniturze z przepaską na lewym oku. Rozmawiał z pielęgniarką patrząc w kartotekę.

Zimny podmuch grozy przeszył jego ciało. Błagam, tylko nie on, pomyślał. Drzwi się zamknęły, jednak po sekundzie ponownie zostały otwarte przez wychodzącego ochroniarza. Tym razem pielęgniarka była sama. Mężczyzna z przepaską przepadł, jakby zapadł się pod ziemię. Drzwi się zamknęły.

Przetarł pot z czoła. Nie wiedział czy to omamy, czy zwykłe przewidzenie. Od wczoraj nic nie jadł, ani nie pił, czuł się wykończony. Zamknął oczy i skoncentrował się na oddechu, chcąc uspokoić tętno.

– Halo! Proszę pana!

Otworzył oczy. To był głos recepcjonistki.

– Wszystko dobrze? Stoi tak pan od paru minut.

– Nic mi nie jest. – Podszedł, zerkając na zamknięte drzwi. – Przyszedłem do brata.

– Imię i nazwisko?

– Max Ewing.

– Tak, znajduje się u nas taki pacjent, ale nie może pan teraz do niego pójść.

– Co? Dlaczego?

– Odwiedziny dla znajomych są możliwe od dziesiątej do dwunastej i od szesnastej do osiemnastej. Poza tymi godzinami przy pacjencie może przebywać tylko najbliższa rodzina. Proszę przyjść wieczorem.

– Jestem jego bratem, musi pani to mieć tam wpisane. Proszę sprawdzić jeszcze raz. Na pewno jest tam taka informacja.

Pielęgniarka spojrzała w monitor.

– Przykro mi. Z danych, jakie zostały podane w formularzu, chłopak jest jedynakiem. Musi pan poczekać do wieczora.

– Dzwonię do matki, ona potwierdzi – zaczął wykręcać numer.

– Proszę pana, jego mama wypełniała formularz. Obawiam się...

– Moment, dobrze!? – krzyknął.

– Proszę nie podnosić głosu.

Nie odbierała telefonu, a recepcjonistka wzrokiem uprzedziła ochroniarza, że może być problem. Porządkowy wstał i wolnym krokiem zbliżał się bacznie obserwując sytuację.

Zadzwonił jeszcze raz, potem kolejny. Efekt był ten sam.

– Będę musiała pana prosić o...

– Czemu mi pani nie wierzy!? Nie kłamię! – Uderzył ręką o blat.

Ochroniarz stanął tuż obok Taylora, ten zrobił krok w bok.

– Wszystko w porządku?

– Ten pan twierdzi, że jest bratem pacjenta, ale z podanych mi informacji wynika co innego.

– Ja nie twierdzę, ja jestem...

– Dobra, proszę ze mną.

Ochroniarz wypchnął go z kolejki i wziął na bok.

– Stracę miejsce w kolejce! – wskazał na kolejną osobę, która podeszła do recepcji.

– Ej, skup się. – Ochroniarz pstryknął na palcach przed jego twarzą. – Co ty robisz? Nie możesz się tak zachowywać, to jest szpital. Posłuchaj mnie uważnie, jeżeli nie przestaniesz stwarzać problemów, będę musiał cię stąd wyrzucić, a bardzo tego nie chcę. Możesz wtedy zapomnieć o odwiedzinach swojego kolegi czy brata, bo już cię więcej tutaj nie wpuszczę. Idź do domu.

– Przejechałem z daleka, nie mam gdzie się zatrzymać.

– Pozwolę ci poczekać tutaj. Przyjdzie pora wizyt, to się zobaczycie, tylko się zachowuj. Rozumiemy się?

Szarpnął ręką wyrywając się z uścisku ochroniarza i zdenerwowany usiadł w poczekalni. Wytarł spocone dłonie w spodnie i spróbował jeszcze raz dodzwonić się do matki, ale bez skutku. Splótł ręce i czekał.

Czas się dłużył, a on dopijał kilkunasty kubek wody, przepijając kolejnego batona z maszyny. Dwóch żuli, ubranych w ortaliony w kolorach tęczy, rzucili się na siebie okładając się pięściami. Ochroniarze ruszyli na nich, natychmiast ich rozdzielając.

Spojrzał na zegarek i uświadomił sobie, że już czas. Tym razem poszło gładko, bez kolejki, bez problemu. Podał swoje dane, podpisał, gdzie trzeba. Pokój trzysta trzy znajdował się na drugim piętrze. Szedł korytarzem mijając się z lekarzami, pielęgniarkami, ratownikami medycznymi i policjantami. Szpital był oblegany, każdy się gdzieś spieszył, nikt nie zwracał na niego uwagi. Wyjechał windą na piętro, a białe światło drażniło jego oczy. Według oznaczeń na ścianie, pokój powinien być tuż za rogiem.

Szedł pewnym krokiem, aż nagle odskoczył z powrotem za winkiel. Wychylił się. Dostrzegł swoją mamę z kubkiem herbaty w dłoni. Właśnie wchodziła do pokoju. Ścięła włosy – zauważył. Czuł ogarniające go zdenerwowanie, przejmujące do szpiku kości niczym mróz. Przełknął ślinę, wytarł spocone dłonie w spodnie i ruszył w kierunku sali.

Jego oczom ukazał się najgorszy obraz, jaki mógł sobie wyobrazić. Jego braciszek na łóżku szpitalnym, podpięty do kroplówek i sprzętu podtrzymującego życie. Ścisnęło go w gardle, w klatce zapiekło, oczy zaszkliły. Stanął nad chłopcem i przytulił go, płacząc. Uklęknął na twardej podłodze i złapał za jego dłoń po czym przyłożył ją do swojego czoła.

– Co z nim? – spytał przez zaciśnięte gardło.

– Został potrącony na pasach. Po karetkę zadzwoniła przypadkowa osoba. Ma złamane żebro i podwójny wstrząs mózgu. Kierowca uciekł.

– To nie są poważne urazy, dlaczego jest w śpiączce? Dlaczego go nie wybudzą?

– Próbowali wszystkiego, leży tak już od kilku dni, nikt nie wie co się dzieje. Nikt nie... rozumie... rozkładają ręce.

Matka zalała się łzami, siedząc na fotelu w ciemnym kącie pokoju. Lekarze byli bezradni, ponieważ nie rozumieli z czym mają do czynienia. Problem nie jest natury medycznej, jaką znają. On natomiast wiedział, aż za dobrze. Wypadek musiał być bodźcem, pchnięciem na drugą stronę. Max opuścił ciało i kroczy teraz w krainie cienia nie mogąc znaleźć drogi powrotnej. Po tamtej stronie wszystko jest mniej wyraziste, głuche i mylące. Skoro braciszek stracił przytomność to ostatnie, co pamiętał, to miejsce wypadku. Teraz nagle znalazł się w miejscu, którego nie zna, a po tamtej stronie nie widać własnego ciała. Nie wie, gdzie jest i jak się stamtąd wydostać. Musi być przerażony. Taylor widział, że jego ciało żyje, co znaczyło, że nie przerwał srebrnej nici, która łączy ciało z duszą, jeżeli jednak oddali się za daleko, straci kontakt ze swoim ciałem, ono umrze, a dusza zostanie po drugiej stronie, uwięziona na zawsze.

Ścisnął dłoń braciszka mocniej. Nie dopuszczę do tego, obiecał.