Czarownica - Sylwia Chołota - ebook
Opis

Nad Mrumią zbierają się czarne chmury. Mieszkańcy kraju Mrgas, sąsiad z łatwością pokonany przez Mrumian wiele lat temu, zbiera siły i rozpoczyna regularne napady na przygraniczne wioski, a potem posuwa się coraz dalej w głąb kraju. Z wiosek docierają niepokojące sygnały, że naciera na nie jedynie dwóch magów dysponujących niezwykłą siłą.

Tymczasem Natalina, młoda Czarownica mieszkająca z ubogą ciotką w głębokim lesie, osiąga pełnoletność. Z tej okazji ciotka przekazuje jej tajemny list pozostawiony jej przed śmiercią przez matkę. Dziewczyna dowiaduje się z niego, kto jest jej ojcem, i postanawia go odnaleźć, chcąc także lepiej poznać tajemnice swej matki. Wraz ze swoim kuzynem Tarlenem i przyjacielem Kiruą wyrusza do stolicy, gdzie ma nadzieję odmienić swoje dotychczasowe życie.

Czyta się lekko, przyjemnie i błyskawicznie. Polecam.

Izabela Starosta
www.kolejnyrozdzial.pl

Czarownica’’ jest powiewem świeżości w polskiej fantastyce. To nie jest pani Sapkowska i... i świetnie. Myślę, że tylko kobiety potrafią opisać coś na pozór zwykłego, ale podszytego całą gamą uczuć. Sylwia Chołota z pewnością to robi.

Agata Nalborska
skazani-na-ksiazki.blogspot.com

Wyprawa do Mrumii okazała się świetnym pomysłem. Już nie mogę się doczekać kolejnych powieści autorki! A nuż poznamy bliżej Kwietli?

Katarzyna Żmuda
cos-o-ksiazkach.blogspot.com

Co spotka Was w tej książce? Magia, uniesienia i wielka przygoda. Jesteście gotowi rzucić się w jej wir?

Beata Moskwa
http://thievingbooks.blogspot.com

Sylwia Chołota mieszka w Gdańsku, na co dzień głowę nosi w chmurach, kocha zwierzęta i najbardziej ceni sobie rodzinę. Swoją przygodę z pisaniem zaczęła, mając piętnaście lat, a swój debiut napisała w technikum.

W przyszłości chciałaby oddać się pomocy zwierzętom i światu, a wolny czas poświęcić na wymyślanie nowych fantastycznych historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 552

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

Na twardym, ubitym piasku stukot końskich kopyt był doskonale słyszalny, ponieważ koryto, którym niegdyś płynęła rzeka, było teraz zupełnie wysuszone. Po obu jego stronach rozpościerał się ogromny, gęsty las. Ludzie niechętnie wybierali się do niego ze względu na wilki oraz pogłoski, iż są tam obecne jakieś złe moce. Niektórzy w to wierzyli, ale nie Natalina. Ona wchodziła do tego lasu bez żadnych skrupułów. Czuła się tam bezpieczna, ponieważ wiedziała, że jej potencjalni wrogowie nigdy nie odważą się tam zapuścić. Pomimo swojego piękna las rzeczywiście krył w sobie wiele niebezpieczeństw, jednak z pewnością nie działały w nim żadne złe moce. Historyjkę o nich wymyślili starzy ludzie chcący nastraszyć dzieci, i – jak to legendy – opowieści te chodziły od kołyski do kołyski. Łatwo jest manipulować ludźmi, a zwłaszcza takimi jak tu, na wsi. W wiosce, nazywanej często Czarną z powodu czarnej magii, mieszkało tylko około pięciuset mieszkańców.

Poszarpane długie czarne paski sukni wiły się pod wpływem silnego wiatru. Natalina była w swoim żywiole. Gnała przed siebie na Koce, swojej klaczy. Młoda dziewczyna obejrzała się za siebie i upewniła, czy wciąż gonią ją trzej rycerze. Byli coraz bliżej, choć ciągle jeszcze nie umieli zrównać się z czarnym koniem.

– Dogońcie ją! – krzyknął jeden z nich. Dogońcie ją wreszcie! Ta dziewczyna nie może nam znowu uciec!

– Przeklęta czarownica! – krzyknął drugi.

Natalina przeklęła pod nosem. Czemu oni tak się mnie czepiają? Ścigają mnie już chyba setny raz. Poza tym mogliby się postarać o szybsze konie – pomyślała. Natalina miała już dość bycia w centrum zainteresowania żołnierzy. Gonili ją tylko za to, że ukradła bochenek chleba i jakieś owoce. Była głodna, a gdy człowiek jest głodny, to liczy się dla niego wyłącznie zdobycie jedzenia. Poza tym nie wzięła znowu aż tak wiele, żeby musieć teraz uciekać, jak nie wiadomo jaki przestępca. Dobrze, że rycerzy w wiosce było tylko trzech.

Wyciągnęła w ich stronę wolną rękę, bo drugą trzymała skradzione jedzenie, i machnęła nią, a niewidzialna siła zdmuchnęła jednego z nich z konia niczym piórko. Drugi, tak samo jak trzeci również w niedługim czasie znaleźli się na ziemi. Dziewczyna wreszcie odnalazła spokój. Miała już dość ludzi, którzy żałują odrobiny jedzenia dla biednej dziewczyny. Była zmuszona do kradzieży. Nie miała pieniędzy. Za to odkąd pamiętała, posiadała niezwykłe moce. Podobno jest dużo ludzi takich jak ona. Ale w tym małym miasteczku jest uważana za karę zesłaną przez bogów. Czarownice rodziły się tylko w rodzinach magicznych, jej matka była normalną osobą. A o ojcu nigdy nie usłyszała ani słowa.

Jej koń wciąż pędził szybkim galopem, dopóki nie wbiegł do lasu. Dopiero tam, z powodu bardzo gęsto rosnących drzew, musiała zmusić go do przejścia w niezbyt szybki kłus. Zmierzała właśnie do chatki w głębi lasu, gdzie opiekowała się nią ciotka. To właśnie ona, gdy zauważyła u młodej krewniaczki dziwne zdolności związane z magią, wywiozła ją do tego niewielkiego skromnego domu. Nie utrzymałaby jej długo w wiosce, kazaliby ją albo zabić, albo oddać do jakiegoś domu dziecka, znajdującego się w którymś z dużych miast. A sierocińce były okropne – żadne dziecko nie chciałoby się tam udać. Wciąż unosił się nad nimi zapach odchodów, czasami można też było natknąć się na ciała zmarłych z głodu dzieci. To miejsce było gorsze niż więzienie w stolicy Labus.

Oczom dziewczyny ukazały się białe ściany budyneczku z zamocowanymi na nich ciemnymi deskami skrzyżowanymi ze sobą tak, by powstało duże X. Chatka przypominała nieco karczmę. Dziewczyna podjechała powoli pod same drzwi, zsiadła z konia i weszła do domu. Po prawej stronie była kuchnia, przed nią – pokój. Na jego samym środku stał duży stół z ciemnego drewna oraz cztery krzesła, które były już bardzo zniszczone. Jedno z nich próbowała kiedyś naprawić magią, ale wyszło trochę koślawo. W kącie stała poszarpana kanapa, przy której znajdowała się komoda, a na niej książki, które Natalina przez te wszystkie lata przeczytała po kilka razy. Niektóre nawet jej się podobały, zwłaszcza opowiadania przygodowe i książki naukowe o stolicy kraju. Po lewej stronie było troje drzwi. Mieli to szczęście, że posiadali przynajmniej trzy malutkie osobiste pokoiki, bo w innym wypadku nie wiadomo, jakby się w tej chatce pomieścili.

Natalina rozejrzała się przy wejściu. Nikogo nie ma? Zapewne ciotka poszła zbierać grzyby albo jeżyny – pomyślała z ulgą. Może zrobię jej niespodziankę i przygotuję coś z tego, co udało mi się ukraść… A może lepiej nie, bo znów dostanę kazanie na temat złego zachowania.

Nagle ktoś pospiesznie otworzył drzwi i wyszedł z jednego z trzech pokoi. Była to ubrana w wiejski strój chuda, niska postać. Ciotka Ila. Jej wzrok natychmiast spoczął na tym, co Natalina miała w rękach, a jej mina nie zwiastowała niczego dobrego.

– Nati! Ile razy ci już mówiłam?! – Spojrzała na nią wilkiem. – Nie wolno ci kraść! Znajdziemy w końcu jakiś inny sposób na zdobycie pieniędzy.

– Ciekawe jaki? Pieniądze nie leżą na ulicy. A wątpię, żeby ktoś dał mi pracę. Poza tym, co to jest trochę owoców i chleba? – Zrobiła maślane oczy.

Ciotce zawsze na ten widok krajało się serce i wybaczała dziewczynie wszystko. Podeszła do niej szybkim krokiem i spojrzała na to, co ta przez cały czas trzymała w rękach. Oceniła i zmarszczyła brwi.

– Skąd wzięłaś owoce justy[1]? – spytała i spojrzała jej w oczy.

Natalina szybko odwróciła wzrok. Ukradła te owoce z jakiegoś powozu, który zapewne jechał do miasta, zazwyczaj owoce justy były bardzo drogie i jedli je tylko najbogatsi.

– No… jakoś tak… brałam to, co wpadło mi w ręce. – Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się nieśmiało.

– Tylko raz miałam okazję spróbować tego owocu, a teraz mam go za darmo. Cudowne uczucie – powiedziała ciotka i zaczęła wyciągać wszystko na blat. – Ale i tak wciąż uważam, że nie powinnaś tego robić. To jest niebezpieczne!

– Przecież i tak nie mogą mnie złapać, mam coś, czego oni nie mają. – Natalina podniosła podbródek. – Magie.

Ila westchnęła.

– I co z tego? Gdybyś trafiła w ich ręce, mogłaby ci grozić nawet śmierć.

– Wiem, ale jakoś nigdy nie byli nawet bliscy schwytania mnie…

– Twoja matka błagała mnie, bym trzymała cię z dala od złych pomysłów, ale jak widzę, to mi w ogóle nie wychodzi – przerwała jej Ila. – Co jeszcze może siedzieć w twojej małej główce? – Poklepała ją leciutko w bok głowy.

– Nie jestem głupia i nie jestem już dzieckiem! – powiedziała srogo, ale od razu pożałowała swojego tonu.

– Wiem, wiem, ale uważaj na to, co robisz. – Ciotka przepchnęła ją, by zabrać się za owoce i pokroić chleb w cienkie plasterki.

Natalina nie była zadowolona ani z siebie, ani z przebiegu tej rozmowy. Czy ciotka będzie teraz na nią zła? Zastanawiała się nad różnymi metodami ukarania siebie, ale nic nie przychodziło jej do głowy.

Dziewczyna wciąż stała za ciotką. Ta rzuciła jej szybkie spojrzenie spod zmrużonych powiek i brała się dalej do roboty. Trwało to tylko sekundę, ale Natalinie i tak po plecach przebiegły dreszcze.

Niedobrze, jest wściekła, jak nie wiem co, lepiej będzie, jeśli wyjdę – pomyślała. Ruszyła w stronę drewnianych drzwi, które zaskrzypiały, gdy po chwili Natalina nacisnęła klamkę.

– Gdzie idziesz? – usłyszała za sobą.

– Nie bój się, nie będę bardzo grzeszyć – rzuciła tylko i wyszła, trzaskając drzwiami.

Odetchnęła z ulgą. Już dawno tak mocno nie pokłóciła się z ciotką. Chociaż właściwie… czy to, co zrobiła, można było w ogóle nazwać kłótnią? Zazwyczaj były to tylko drobne spory, ale obie z ciotką od razu sobie przebaczały i nie było już więcej żadnych nieporozumień. Jednak dziś, w ten sposób wychodząc, dziewczyna przeszła samą siebie – zazwyczaj była miła i nie robiła nikomu na złość ani umyślnie krzywdy. No, chyba że Tarlenowi, synowi ciotki, który był zaledwie dwa lata starszy od niej, czyli miał dwadzieścia lat. Chłopak nie okazywał żadnych objawów posiadania magii. Natalina zawsze zastanawiała się nad tym, dlaczego w rodzinie tylko ona posiada moce. Na razie nie była to zresztą potężna siła. Bała się bowiem zagłębiać w swoją moc. Mimo to już teraz, gdyby tylko zapragnęła, byłaby w stanie zabić nią człowieka. Bardziej jednak prawdopodobne byłoby, że zrobiła to nieumyślnie.

Tarlenowi robiła zazwyczaj tylko typowe psikusy. On, jako że był „normalny”, chodził do miasta, gdzie próbował poderwać okoliczne piękne dziewczyny, ale Natalina zawsze znalazła sposób, by je odgonić. Pomimo tego, że kuzynka działała mu na nerwy, chłopak nigdy nie powiedziałby na nią złego słowa.

Dziś jeszcze go nie widziała. Czyżby coś się stało? Czy może raczej chodzi gdzieś po lesie, tak jak ona?

Nie zastanawiając się wiele, Natalina wsiadła na swojego wierzchowca i pogalopowała na nim w czerniejący już las. Nie bała się ciemności, choć czasami widziała tajemnicze cienie i słyszała odgłosy wydawane przez wygłodniałe wilki, które czyhały na nią ukryte w miejscach niedostępnych dla jej oczu.

Nie jechała długo. Gdy jej oczom ukazał się wyższy od niej o metr czerwony mur, zmusiła konia do kłusowania i jechała wzdłuż muru do momentu, w którym zobaczyła wystające cegły. Zatrzymała się. To było jej miejsce. Sama wyciągnęła cegły, by łatwiej jej było przechodzić na drugą stronę muru. Tam zaś znajdywały się księgi. Cała rezydencja należała do człowieka o imieniu Kirua, który opiekował się tą wioską. Zazwyczaj podróżował i zostawiał bez opieki cały swój dobytek. Natalina weszła tu pierwszy raz rok temu, w swoje siedemnaste urodziny. Była ciekawa, co może się kryć w opuszczonej tymczasowo rezydencji. Gdy jednak odkryła ogromny zbiór ksiąg, od naukowych po rozrywkowe i wiersze, przychodziła tu coraz częściej.

Zaczęła gramolić się na mur, na szczęście nie miała z tym żadnych problemów. Buty miały tylko niewielki obcas, a suknia była tak porozcinana, że nie krępowała ruchów nóg. Na pewno nigdy nie założę eleganckiej sukni. Jak te kobiety mogą w tym chodzić?! Zaśmiała się sama z siebie. Wskoczyła za mur, wywołując niewielki odgłos szeleszczących liści. Rozejrzała się we wszystkich kierunkach i ruszyła naprzód. Wiedziała, że włamywanie się do cudzych włości jest karane i to surowo, ale nigdy jeszcze nikt jej na tym nie przyłapał.

Weszła bez problemu przez okno w kuchni, które zawsze stało otworem. Wewnątrz było jeszcze ciemniej niż na zewnątrz, ponieważ prawie nie docierało tu światło księżyca. Nie ryzykowała jednak zapalenia świec – ktoś mógłby zobaczyć, że jest w domu. Kiruy oczywiście nie było. W dni wolne często wyjeżdżał do miasta. Natalina drogę do biblioteki znała już na pamięć. Nawet w ciemnościach nie miała problemu z jej znalezieniem. Wkrótce dotarła do wejścia, a drzwi, pod wpływem niewielkiego nacisku jej dłoni, uchyliły się. Za pomocą magii zapaliła świece znajdujące się w pomieszczeniu. Od razu lepiej – odetchnęła z ulgą. Ostatnio skończyła na wierszach swojego ulubionego pisarza, poszła więc w znany już sobie zakątek.

*

Herconi oddychał nierównomiernie, a jego serce podeszło mu do gardła? Ze swojej skrytki widział tylko stopy przechodzące przez ulice. Stopy zwykłych ludzi, którzy zazwyczaj o tej porze wyruszali na bazar, by zakupić jedzenie lub wodę, lub – co dotyczyło bogatszych – materiały i biżuterię.

Po około pięciu minutach jego oddech znów wrócił do swojego zwykłego rytmu. Znów uciekł żołnierzom, którzy szukają go już od jakichś dwóch tygodni. Przez cały ten czas ukrywał się, noce spędzał najczęściej w ściekach lub pod mostem. Wiedział, że nienaturalnie śmierdzi. Jednak nie wyróżniał się tym aż tak bardzo. Zgromadzeni na skąpych bazarach wieśniacy często pachnieli gorzej od niego. W tej chwili przebywał w małym pomieszczeniu pod jakimś budynkiem. Przed sobą miał kratkę, którą wyjął, by wejść do środka, a którą następnie zamknął za sobą wejście. Nikt nie mógł go tu namierzyć, dlatego od dwóch dni była to jego główna kryjówka.

Chłopak czekał na odpowiedni moment by z niej wyjść. Jego oczy latały w tę i z powrotem, nagle usłyszał głuchy brzęk zbroi – niestety zbroje nie były na tyle ciężkie, by szybko uciec ich właścicielom. Teraz Herconi był bardzo zmęczony, a od biegania zrobiły mu się już pęcherze na stopach, które zaczynały coraz mocniej boleć. Szelest zbroi ucichł, chłopak jeszcze chwilę odczekał, po czym odsunął kratę i wypełzł. Był brudny i mokry, było mu zimno, co odczuwał nawet w kościach. Rozejrzał się – ani jednego żołnierza. Zaczął iść w prawą stronę. Szedł powoli skulony, ręce miał skrzyżowane na piersi a dłonie schowane pod pachy.

Dwa tygodnie temu Herconi uciekł z więzienia. Został skazany niesłusznie. Powtarzał to tysiąc razy, ale nikt nie uwierzy komuś, kto przez większość swojego życia mieszka na ulicy. Biedacy stanowili większość ludu w Labus. Jedni byli zatrudniani na kilka dni w sklepach, dzięki czemu mogli kupić sobie coś do jedzenia lub picia, inni żyli z kradzieży, a jeszcze inni – którzy nie umieli sobie poradzić – umierali na środku ulicy.

Stolica była okropnym miejscem – przyjezdni, nie umieli pogodzić się z tym, co tu widzieli. W zaułkach leżały wychudzone trupy, na których skóra opinała się jedynie na kościach; zwłoki w nocy były zbierane i spalane za miastem. Za to w dzień po zatłoczonych ulicach jeździły piękne karoce otoczone strażami. Jedynie ludzie, którzy byli zamożni, mieli szanse dożyć sędziwego wieku. Los niewolników także był lepszy niż biedoty, bo ci pierwsi mieli przynajmniej dach nad głową, choć wiele zależało także od tego, na jakiego pana trafią.

Herconi zaliczał się niestety do tej najgorszej grupy – osób, które spały pod mostem i umierały w zaułkach. Chłopak choć do perfekcji opanował sztukę kradzieży, nie przepadał za tym. Jedynie gdy natknął się na wyjątkowo nieprzyjemnego i bogatego osobnika, chętnie skubał go z kilkudziesięciu pu.

Zamyślony, złapał się na tym, że idzie szybciej od innych. Zmusił się więc do wolniejszego marszu, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Rozejrzał się uważnie. Za rogiem stali dwaj żołnierze. Właśnie o czymś dyskutowali, Herconi spojrzał w ich stronę, ale od razu tego pożałował. Odwrócił szybko wzrok i zaczął iść szybszym krokiem. Jeden z żołnierzy o czarnych włosach puknął drugiego w ramię, by się obejrzał.

– Co? – spytał tamten zaskoczony. Zaczął się przyglądać Herconiemu.

– To chyba on, prawda? – spytał ten o czarnych włosach.

– Rysopis się zgadza – odpowiedział drugi i zaczął iść powoli za chłopakiem. – Ej, ty, stój!

Herconi poczuł przypływ gorąca i serce zaczęło bić mu mocniej. Zatrzymać się czy nie? Może mnie nie rozpoznają? – myślał.

– Stój, mówię! – krzyknął drugi. Zaczęli iść szybciej.

Herconi automatycznie zaczął biec, nie oglądając się za siebie. Słyszał wyraźny łomot skąpej zbroi. Wiedział, że jest od nich szybszy. Wkrótce hałas zaczął powoli zanikać.

– Łapać go! – krzyknął jeden z nich.

Ludzie jednak patrzyli tylko na niego ze zmarszczonymi brwiami lub z przerażeniem odsuwali się, ułatwiając tym samym ucieczkę Herconiemu.

Chłopak zobaczył przed sobą bardziej zatłoczone miejsce, co miało swoje zalety, ale z drugiej strony musiał się przez nie przedrzeć. Stopy zaczęły go już boleć, ale wiedział, że są gorsze rzeczy od takiego bólu, i biegł dalej. Zmusił się do obejrzenia się za siebie – żołnierze byli dość daleko, krzyczeli coś, ale Herconi nie zwracał na to uwagi. Nagle poczuł na swojej piersi opór. Zorientował się, że przewraca kogoś swoim ciężarem. Była to starsza kobieta. Upadła rękami i kolanami w błoto. Herconi przeklął pod nosem, nie zatrzymując się. Bał się, że żołnierze znów się zbliżają. Odwrócił się jeszcze raz. Byli jednak dalej, a jeden z nich pomagał właśnie kobiecie. Herconi odwrócił głowę i nagle poczuł ból nosa, a zaraz pleców, gdy upadał na nie z całą siłą w błoto, opryskując nim innych ludzi. Usłyszał, że przybiegł jeden z żołnierzy. Widział niewyraźnie, ale był to ten z czarnymi włosami.

– No wreszcie, od dwóch tygodni go szukamy – powiedział do kogoś.

– My także go szukaliśmy, tym razem nie ujdzie mu to na sucho. Jak sądzisz, co z nim zrobią? – spytał bardziej gardłowy głos.

– Myślę, że skażą go na powieszenie. W końcu uciekł z więzienia – odpowiedział mu jeszcze inny głos.

– Ja dałbym mu jeszcze gorszą karę.

– Jaką? – spytał ktoś.

– Niewolnictwo. To gorsze niż śmierć. Ulicę już poznał, może pora na pokazanie mu, jak się żyje, usługując komuś.

– Sam bym go wziął, ale nie chcę złapać od niego jakiegoś choróbska.

Wszyscy się zaśmiali.

Jeden z nich przykucną koło niego. Herconi wciąż widział jak przez mgłę, z powodu mocnego uderzenia pięścią.

– I co, ścierwo, trzeba było siedzieć w swojej celi. – Żołnierz plunął mu w twarz.

Herconi odruchowo odchylił się w drugą stronę.

Ciekawe, co teraz ze mną zrobią? – zastanawiał się. Albo skażą mnie na śmierć, albo na niewolnictwo. Zdecydowanie wybrałbym śmierć, nie chcę służyć u kogoś i klęczeć przed nim pół dnia, pytając, czy czegoś nie potrzebuje, choć inni mówili, że niewolnictwo nie jest aż tak złe. A może będę miał szczęście i trafię na kogoś godnego podziwu… Choć to mało prawdopodobne.

Żołnierze podnieśli go z ziemi i popchnęli do przodu. Jego wzrok poprawił się na tyle, że widział wszystko normalnie, choć bolała go trochę głowa i czuł, jakby za chwilę miał się przewrócić.

Szli dość długo, ale Herconi wiedział dokładnie, gdzie zmierzają. Do pudła, z którego uciekł. Znajdowało się ono przy granicy miasta, ogrodzone fosą. Gdy przechodzili przez drewniany most zawieszony na dwóch grubych łańcuchach, chłopak dziwił się, jak udało mu się z tego wywinąć.

Żołnierz popchnął go do jednej z klatek zrobionych z grubych rurek. Siedział w niej młody chłopak, młodszy od niego. Herconi miał już swoje lata. W Mrumii[2] ludzie zakładali swoje rodziny już w wieku siedemnastu lat, a on miał dwadzieścia jeden. Choć trzeba przyznać, że w mieście nie przestrzegano tego aż tak surowo – ludzie czasami w ogóle nie zakładali rodzin, przy czym pozwalali sobie na to tylko mężczyźni. Kobiety nie posiadały takiego przywileju; ich obowiązkiem było wyjść za mąż i rodzić dzieci. Właściwie to Herconi uznawał te wszystkie reguły za głupoty… Spojrzał na chłopaka – był przerażony. Ciekawe, za co tu trafił? – pomyślał Herconi.

– Witaj – powiedział do niego, dopiero teraz patrząc mu w oczy. Były czerwone, zapewne ze zmęczenia. – Nazywam się Herconi.

Usiadł koło niego i westchnął głośno. Właściwie to w tych kratach czuł się jak u siebie, często tu trafiał, ale jedno go drażniło: Mieli niewygodne podłogi.

– Jak się nazywasz? – spytał.

– Rister – odpowiedział drżącym głosem chłopak.

– Długo tu jesteś?

– Chyba ze dwa dni. Nie wiem, co się dzieje.

Herconi zauważył, że chłopakowi trzęsą się ręce.

– Za co tu trafiłeś?

– Za nic! – uniósł trochę głos i odwrócił głowę.

– Ja też podobno za nic, choć teraz to już zawiniłem.

– Co zrobiłeś? – Rister spojrzał na niego. – Zabiłeś kogoś?

Herconi roześmiał się.

– Nie – powiedział, jeszcze się śmiejąc. – Dwa tygodnie temu uciekłem właśnie z tego więzienia. Jestem sprytny, ale głupi. Właśnie godzinę temu wyszedłem z kryjówki i złapali mnie żołnierze. A tak się cieszyłem, że odzyskałem wolność. Teraz zastanawiają się pewnie, czy wziąć mnie na pętlę, czy na niewolnika.

– Ja bym wybrał niewolnictwo – powiedział od razu chłopak.

Herconi zauważył, że zaczął się uspokajać. Chyba potrzebna mu była ta rozmowa.

– Oj, nie chciałbyś, widziałem różne typy niewolnictwa, ale wszystkie są okropne. Choć możesz natrafić na bardziej wyrozumiałego pana, który traktuje cię jak człowieka, a nie jak szmacianą lalkę, która nie musi jeść, pić, spać i nie ma jakichkolwiek uczuć.

– Surowo to wszystko oceniasz, ale chyba lepsze to niż śmierć.

– Ja wolałbym śmierć.

Nastała chwila ciszy.

– A ty jak się tu dostałeś? – odezwał się po jakimś czasie Herconi.

– Właściwie to nie wiem, obudziłem się już tutaj. Przyjechałem tu tylko na kilka dni, a te kilka dni przerodziły się w koszmar. Uważają, że ukradłem dwa konie. To nie jest prawdą! Mam nadzieje, że mnie wypuszczą, przecież jestem niewinny. Czemu zawsze ja?!

– A co, aż takiego masz pecha?

– No, zawsze wpadnę w jakieś kłopoty. Nienawidzę tego miasta!

– A co cię tu sprowadza?

– Jestem wędrowcem, pochodzę z malutkiego miasta na północy. Odszedłem z domu, kiedy miałem piętnaście lat. Zabrałem prawie wszystkie pieniądze, myknąłem i już mnie nie było. Nawet dobrze mi się wiodło, ale pieniądze wkrótce zaczęły się kończyć i zaczęło mi brakować towarzystwa. Mimo wszystko utrzymywałem się na dobrym poziomie, a teraz to. Chciałem tu znaleźć jakąś pracę na parę tygodni, potem znów wyruszyć. Nie lubię zagrzewać nigdzie miejsca na więcej niż sześć miesięcy.

– To zwiedziłeś zapewne kupę miejsc, co? Na pewno całą Mrumię. – Herconiego zainteresował rozpoczęty wątek. Sam nigdy nie wyszedł z tego okropnego, brudnego miasta dalej niż na najbliższe pole.

– Prawie całą. Teraz chciałem udać się do sąsiednich krajów, do Kwietli[3] i Nornii[4] oraz do Mrgas[5].

– Co?! – Herconi nie wierzył własnym uszom. – Wiesz, jacy są Mrgasowie?! Zabiliby cię przy pierwszej okazji! Łatwo nas rozpoznać po niebieskich oczach i jasnej cerze.

– No co ty, nie byłoby tak źle! Oczywiście nie chcę zapuszczać się do większych miast, bo rzeczywiście byłoby to bardzo niebezpieczne…

– Ja myślę… bardziej radziłbym ci odwiedzić Kwietlę. Jest spokojna i kwiecista. – Herconi uśmiechnął się sam do siebie.

– Byłeś tam?

– No co ty, nigdy nie opuściłem tego miasta ze względu na moje… na moją pozycję w społeczeństwie. Mieszkam na ulicy.

Rister skrzywił się na tę odpowiedź.

Ich rozmowa trwała w nieskończoność. Rister opowiadał dużo o tym, gdzie był i co widział. Mówił, że w małych wioskach bardzo przestrzega się tradycji i nie lubią tam odmieńców takich jak czarownice i czarodzieje. W dużych miastach natomiast ich obecność była czymś normalnym i byli oni bardzo szanowani za swoje niezwykłe talenty. Herconi przypomniał sobie dzień, w którym przechodził przez ulicę, przy której znajdowała się szkoła dla czarownic i czarowników. Uczyli się tam magii używanej ręcznie, a także nazw ziół, leków, warzenia lekarstw i innych substancji. Adepci tej szkoły potrafili zrobić truciznę tak mocną, że do zabicia nią wystarczyłaby jedna kropelka. Jednak w takich szkołach uczniów było niewielu. Ci, którzy urodzili się z magią, umieli się nią posługiwać już od początku. Potrzebne do codziennego użytku zaklęcia można było wyczytać z książek lub spytać się o nie rodziców. Taką szkołę musieli mieć ukończoną jedynie ci, którzy chcieliby pomagać innym lub na przykład pracować jako wynalazcy.

Gdybym ja miał taką moc, umiałbym się stąd teraz wydostać. – Herconi westchnął z tęsknoty za wolnością.

*

Tarlen przyjechał do domu bardzo zmęczony. Wracał z innej wioski, położonej na zachodzie. Załatwił w niej parę spraw i spotkał się z przyjaciółmi, których znał z czasów młodzieńczych. Niestety nie zdołał nic zarobić. Pragnął wreszcie dać swojej matce coś, czego brakowało jej najbardziej – pieniądze. Niestety z powodu tego, że Natalina była czarownicą, nie dawano mu nigdzie szansy. Szukał pracy w swojej wiosce, ale wszyscy wiedzieli, z kim mieszka, dlatego nie chcieli go ani w pracy, ani w samej wiosce. Dobrze, że chociaż nie wiedzą, gdzie mieszkamy – pomyślał. Dopiero by się zaczęła wycieczka.

Wszedł do domku i od razu zobaczył siedzącą matkę. Była uśmiechnięta i już chciała wstać, ale tylko machnęła ręką i usiadła.

– Co się stało? – Tarlen zmarszczył brwi. Odwiesił niewielką torbę na wieszak koło drzwi, potem zdjął pelerynę, z którą zrobił to samo.

– Czekam na naszą złodziejkę.

– Znów coś ukradła? – Pokręcił głową i westchnął. – Potrzebuje męża.

Matka zaśmiała się krótko. Usiadł naprzeciwko niej.

– A kto ci się ożeni z czarownicą? Może w wielkim mieście, ale na pewno nigdzie w wiosce.

– No racja, a po co na nią czekasz?

– Kończy dziś osiemnaście lat! – Ila wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Muszę jej coś dać. – Kobieta wyciągnęła z kieszeni fartucha brązową już kopertę i złoty łańcuszek z czymś świecącym. Na łańcuszku wisiał klejnocik wielkości paznokcia małego palca. Tarlen wytrzeszczył oczy. – To list od jej matki dla niej i naszyjnik. Przyjechała z nim osiemnaście lat temu.

– Przecież mogliśmy go sprzedać! – krzyknął. – Wiesz, jak nam ciężko! Ciesz się w ogóle, że ona kradnie, przynajmniej mamy co jeść!

– Nie mów do mnie tym tonem! – matka podniosła głos. – To nie nasze, moja siostra błagała, bym jej to dała, gdy skończy osiemnaście lat. A wiesz, że ja dotrzymuję obietnic.

Chłopak pokiwał głową z westchnieniem.

– Jak myślisz, co jest w tym liście? – spytał po chwili.

– Nie mam pojęcia, zapewne wszystko wyjaśnia.

– A ty przypadkiem nie znasz prawdy? Musiała ci coś powiedzieć przed śmiercią.

Matka potrząsnęła głową, ale nagle Tarlen zobaczył na jej twarzy uśmiech. Przekręcił głowę, także nieznacznie się uśmiechając.

– Wiedziałem. Dlaczego ty jej tego nie powiedziałaś?

– Bo nie wiem wszystkiego, nie znam na przykład imienia jej ojca.

Tarlen wziął do ręki klejnocik, który matka położyła na środku stołu. Przysunął go bliżej świecy, która stała koło niego. Musiał przyznać, że jest piękny. Zastanawiał się, skąd Rlina wzięła na to pieniądze – przecież to musiało kosztować. Ciekawe, może ktoś jej to kupił?

Nagle usłyszał w oddali stukot końskich kopyt.

– To pewnie Natalina. – Ila wstała i podeszła bliżej drzwi.

Tarlen także wstał z wysiłkiem; siedział w siodle całą noc i dzień, by dojechać na wieczór do domu. Natalina weszła powoli do domu ze spuszczoną głową, jednak nieznacznie podniosła ją do góry i uśmiechnęła się lekko.

– O, witaj w domu, Tarlenie – powiedziała. – Myślałam, że już wszyscy śpicie, ale chyba matka chciała cię jeszcze zobaczyć.

– To raczej nie o mnie chodzi – odpowiedział.

– Kochanie, wiesz, jaki mamy dzisiaj dzień? – spytała Ila, przytulając ją.

Natalina zmarszczyła brwi, a jej twarz wyglądała na zamyśloną. Pewno udaje – pomyślał chłopak.

– Co? – ponowiła pytanie kobieta. – Jaki?

A może jednak nie – Tarlen zaśmiał się. Natalina spojrzała na niego wilkiem, a on od razu stłumił jakiekolwiek dźwięki, które mogłyby wydobyć się z jego ust.

– Dziś są twoje urodziny, kończysz osiemnaście lat! – radowała się ciotka.

– Tak? Zapomniałam, byłam taka pochłonięta pra… – Ila złapała ją za rękę i pociągnęła w stronę stołu, na którym leżała koperta i naszyjnik.

List? Nie spodziewała się listu, choć bardziej ciekawiło ją, kto go napisał. Znów zmarszczyła brwi, gdy ciotka wcisnęła jej to w ręce.

– Co to jest? – spytała.

– To jest od twojej matki – powiedziała ze smutkiem Ila. – Ten list zapewne wyjaśni ci wszystko, a to… nie wiem, skąd to miała, przyjechała kilka miesięcy przed twoimi narodzinami i pozostawiła po sobie tylko to – wskazała na wisiorek.

W oczach Nataliny pojawiły się łzy, które nagle pociekły po jej bladej skórze. Uśmiechnęła się jednak skromnie i przytuliła ciotkę. Jej wzrok ani na chwilę nie spoczął na postaci stojącej ciągle przy stole.

W ciele Tarlena buzował gniew. Czemu ją ściska, a mnie nie, przecież jestem dla niej, jak starszy brat. To co, że czasem się kłócili – powinna była okazać mu trochę szacunku.

– Dziękuję, ciociu.

Natalina odwróciła się, jej suknia zafalowała lekko i dziewczyna podążyła do pokoju. Matka spojrzała na syna i uśmiechnęła się.

– Myślisz, że dobrze to przyjmie?

– Mam nadzieję. Nie wiem, co tam jest napisane.

– Oby tylko nie wpadła w jakieś dziewczęce… jak to się nazywa? – Tarlen zamyślił się, siadając.

Matka westchnęła ciężko.

– Depresja, ale przez list w nią nie wpadnie – zapewniła i zaśmiała się.

Mam nadzieję, że masz rację – pomyślał chłopak. Co się stanie, jeśli ona będzie chciała odnaleźć swego ojca, jeśli w ogóle żyje. Przecież jest możliwość, że to tylko ubogi mężczyzna.

*

Natalina leżała na łóżku i wpatrywała się w koślawe litery pisane przez kogoś będącego na skraju śmierci. Świeca, która oświetlała tej nocy jej niewielki pokoik, dopalała się. Choć słońce wyrwało się już zza horyzontu, wszystko wokół i tak pochłaniał mrok. Las bowiem tworzył mur, przez który światło nie mogło się przedrzeć. Dziewczyna była załamana tym, co przeczytała. Płakała, gdy czytała list pierwszy raz. Płakała za matką, która napisała go, wiedząc, że niedługo umrze. Łóżko lekko zaskrzypiało, gdy Natalina przekręcała się na bok. Przycisnęła kartkę do piersi. Spojrzała w górę na niewielki stoliczek, na którym leżał ten piękny, niezwykły klejnocik. Nigdy nie widziała żadnej biżuterii; no, może czasami na szyjach zamożnych pań, ale nigdy u siebie w domu. Nigdy nic takiego nie założyła z powodu swojej biedy. Teraz także nie odważyła się go założyć – za bardzo przypominał jej matkę, której przecież nie pamiętała. Rlina zmarła dzień po jej urodzeniu. Na wsiach higiena nie była przestrzegana tak jak w miastach, dlatego większość kobiet umierało, jeśli nie przy pierwszym, to przy drugim dziecku. Choć zdarzały się także przypadki, że niewiasty rodziły pięcioro lub sześcioro dzieci i dożywały starości.

Natalina znów spojrzała na zniszczony brązowawy papier i westchnęła. Czyli mam ojca. Zapewne jeszcze żyje i opływa w luksusy. Czy on w ogóle wie, że mnie ma? Ale przynajmniej teraz ja wiem, skąd mam talent do magii. Wiem, kto mnie skazał na męczarnie w tej wiosce, męczarnie bycia czarownicą. Może powinnam go odnaleźć? –zastanawiała się. Jej ojciec był czarodziejem, mieszkał w mieście Labus. Matka nie napisała jej dokładnie, gdzie mieszka, ale podobno gdy komuś w Labus powie się jego imię i tytuł, to ten ktoś będzie wiedzieć, gdzie go znaleźć. Matka chciała, by Natalina go odnalazła. A jeśli ja nie chcę go poznać!? Przez cały ten stres dziewczyna nie spała całą noc, ale i teraz nie czuła się zmęczona. Walczyły w niej uczucia: z jednej strony pragnęłaby poznać swego ojca, z drugiej nie chciała go znać.

Wstała i rozciągnęła mięśnie, ziewając, następnie podeszła do krzesła, na którym leżała jej suknia. Przebrała się w nią z nocnej koszuli i podeszła do okna. Nie chciała budzić innych domowników, było bardzo wcześnie; Tarlen często robił jej wyrzuty, że budzi go tak wcześnie. Otworzyła więc okno i zgrabnym ruchem wyślizgnęła się na świeży, mroźny wiaterek poranka. Nad drzwiami rozpościerała się już powoli łuna z pomarańczowego światła. Podeszła po cichu do swojego rumaka. Wsiadła na niego i zmusiła go do galopu, wjeżdżając w głąb lasu.

Znów chciała odwiedzić dom Kiruy i miała nadzieje, że go w nim nie zastanie. Po wspięciu się na mur zobaczyła, że nie pali się tam żadne światło. Zadowolona szybko podbiegła do domu. Teraz dopiero zaczął ją zadziwiać. Był piękny. Nigdy nie widziała go w dzień – zazwyczaj chodziła tu tylko po zmierzchu lub w nocy. Weszła przez to samo okno co zawsze. Nagle wyczuła pod butem coś śliskiego. Zanim zorientowała się w sytuacji, upadła z trzaskiem na ziemię. Zaklęła pod nosem i uniosła się na łokciach. Była to otwarta księga. Jaki dureń ją tu zostawił?! – pomyślała z wyrzutem. Nagle uświadomiła sobie, że ktoś może tu przecież być, ale po chwili nasłuchiwania panująca cisza utwierdziła ją w przekonaniu, że dom jest pusty. Jej uszu nie doszedł żaden szmer. Wstała i podniosła książkę, ustawiając ją w takiej pozycji, w jakiej – jak przypuszczała – leżała wcześniej. Cichutkim krokiem ruszyła w kierunku biblioteki. Nie było już tak ciemno, by istniała konieczność korzystania z mapki ułożonej w umyśle. Miała nadzieję, że znajdzie coś o swoim ojcu. Nie miała pojęcia, czy jest jakimś potężnym czarownikiem, ale stwierdziła, że warto sprawdzić. Wiedziała za to, że ma na imię Fenbor. A jeżeli miejsce w księgach zależy od pochodzenia?To szukanie zajmie mi prawdopodobnie kilka tygodni, jeżeli w ogóle jest o nim jakaś wzmianka w zapiskach – myślała.

Wyciągnęła pierwszą lepszą książkę spod litery „F”, ale w tej były starożytnie baśnie. Następna była o jakiejś magii, trzecia o jakimś królu.

Gdzie ja mam szukać?! – krzyknęła sama do siebie w myślach.

Zaczęła kartkować następną księgę, gdy nagle usłyszała za sobą dziwny dźwięk. Brzmiał on tak, jakby ktoś wciągnął energicznie powietrze przez zęby. Dziewczyna, przerażona obecnością za plecami potencjalnego napastnika, odwróciła się energicznie i chciała odepchnąć go magią, ale tamten był szybszy. Coś owinęło się wokół jej szyi i talii, przyciskając jej do ciała także ręce; jedynie nogi nie były skrępowane, ale nie czuła pod nimi gruntu. Otworzyła oczy i zrozumiała, że wisi na ścianie niczym wielki portret. Napastnik stał w cieniu, ale gdy po chwili wkroczył w plamę światła, jej oczom ukazała się twarz mężczyzny. Na oko miał z trzydzieści lat. Jego twarz była smukła i chuda. Patrzył na nią, marszcząc brwi.

– Czego tu szukasz?! – spytał groźnie.

– Ja nie chciałam, przepraszam… Wiem, że nie powinnam się tu zakradać, ale naprawdę nie chciałam zrobić nic złego. Byłam ciekawa… tu jest tyle książek… – mówiła szybko i niewyraźnie.

Czyżby był to Kirua? – zastanawiała się. Myślałam, że jest starszy.

– Pytam się raz jeszcze: Co tu robisz?! – powtórzył ze zniecierpliwieniem. – I kim w ogóle jesteś?

– Nie chciałam nic ukraść, przysięgam.

Podszedł do niej bliżej. Zobaczyła jeszcze dokładniej jego twarz. Oczy miał ciemnoniebieskie jak morze Sur[6]. Wciąż miał podniesioną rękę, którą podtrzymywał ją przy ścianie.

– Przyszłam tu tylko po książki – mówiła wciąż oszołomiona.

Opuścił ją i przysunął do siebie.

– Ja cię skądś znam? – Zamyślił się. – Czy to nie ty kradniesz jedzenie z wioski?

Zamrugała ze zdziwienia. Nie powinna być podejrzliwa? Teraz, gdy ją rozpoznał? A jeżeli wyda mnie żołnierzom? Po tym wszystkim na pewno ucieszą się na mój widok.

– Ale chyba mnie nie wydasz? – Patrzyła na niego błagalnym wzrokiem. – Proszę, ja tu tylko czegoś szukałam.

Niewidzialna moc puściła ją i dziewczyna upadła na kolana. Z ulgą wzięła głębszy oddech, teraz nie miała już z tym problemów, i podniosła głowę. Mężczyzna odwrócił się, jego eleganckie szaty zalśniły i zaszeleściły. Usiadł kilka kroków przed nią, tam, gdzie dziewczyna siedziała wcześniej. Podniosła się i wbiła wzrok w podłogę.

– Może usiądziesz? – spytał, wskazując na inne krzesło.

Natalina spojrzała na krzesło obok siebie. Czuła się niezręcznie, zaczęła rozmyślać. Czy on przypadkiem nie powinien nie mieć mocy? Przecież w tej wiosce nie uznają czarownic ani czarodziejów. Po chwili namysłu usiadła, wciąż jednak wpatrywała się w podłogę.

– Czyli nie pierwszy raz tu przychodzisz? – spytał z łobuzerskim uśmiechem.

– Nie – odpowiedziała cicho.

– Mogłem się domyślić, już kilka razy zwróciłem uwagę, że niektóre książki są nie na swoim miejscu. Dlaczego dzisiaj tu przyszłaś? Czego potrzebujesz tym razem?

Dziewczyna, choć nie powinna się już bać, czuła, jakby serce miało zaraz wyskoczyć jej z piersi. Przecież to zwykły czarownik, nie zrobi jej krzywdy. Przynajmniej taką ma nadzieję.

– Imienia.

– Imienia?

– Tak, szukam imienia Fenbor, proszę pana – ostatnie słowa powiedziała tak, jakby nie była co do nich przekonana.

– Proszę, nie mów do mnie „pan”. Czuję się staro.

Natalina dopiero teraz podniosła na niego wzrok. Wpatrywał się w nią z niekłamaną fascynacją.

– Czyli interesuje cię imię Fenbor. Obiło mi się kiedyś o uszy. – Spojrzał na regały książek, wstał i podszedł do jednej z półek. – A dlaczego interesuje cię akurat to imię?

Natalina zamyśliła się. Zastanawiała się, czy powiedzieć mu prawdę. Stwierdziła, że na pewno nie umie czytać w myślach, więc chyba nic jej nie zrobi.

– Po prostu słyszałam, jak o nim mówiono, i chciałam sprawdzić, kim on jest.

– Rozumiem. – Zaczął jeździć palcem po tomach, po chwili znikł między dalszymi regałami.

Natalina zastanawiała się, czy nie uciec, ale powstrzymała się i czekała na księgę. Była bardzo ciekawa wyników.

– O, jest – usłyszała, i chwilę potem dostrzegła idącego w jej stronę Kiruę, który trzymał w ręku niewielką książkę. – To chyba tu coś o nim czytałem.

Przewracał energicznie kartki, otworzył na jakiejś stronie i podał dziewczynie. Wzięła od niego księgę, a on w tym czasie usiadł na swoim miejscu. O ile się nie myliła, była to książka imion. Kurczę, nie o to mi chodziło – myślała. Może uda mi się wyciągnąć z niego coś więcej?

– A czy jest ktoś znany pod tym imieniem? – Spojrzała na mężczyznę. – Może robi coś ważnego w stolicy?

– Nie wiem, musiałbym poszukać. Jak chcesz, możesz mi pomóc, już i tak dawno chciałem tu posprzątać, a jak widzę, interesujesz się księgami.

– Tak trochę… lubię czytać.

– Cieszy mnie to. Kto cię nauczył czytać? Zazwyczaj ludzie z wiosek tego nie potrafią.

– Ciotka mnie nauczyła, jest wykształcona, więc uczyła mnie i swojego syna. – Natalina zmarszczyła brwi. – Przepraszam, że pytam. – Kirua podniósł pytająco brwi znad książek. – Czy nie powinien być p…

– Mów mi Kirua. – Natalina w odpowiedzi kiwnęła głową.

– Czy nie powinieneś być… normalny?

Mężczyzna zaśmiał się gardłowo.

– Chodzi ci o magię?

Dziewczyna spojrzała na niego pytająco. Kirua nie mógł powstrzymać uśmiechu, który wciąż malował się na jego twarzy. Przemieścił się na fotelu i westchnął.

– Ukrywam to, by nie mieć problemów.

– Jak? – spytała. – Ja nie umiałam tego ukryć z powodu… z powodu biedy. Ale jak dorobiłeś się takiego majątku nie wzbudzając żadnych podejrzeń?

– Ludzie w wiosce uważają mnie za zamożnego przybysza, więc udało mi się, także dzięki temu, zdobyć dobrą posadę.

– Dlaczego więc nie zmieniłeś prawa? Mogłabym żyć w spokoju.

– A właściwie skąd wzięła się tu taka dziewczyna jak ty? Przecież się tu nie urodziłaś, prawda? I kto z twojej rodziny miał talent, który przekazał tobie?

Natalina zaniemówiła, nie chciała doprowadzić do tak niezręcznej sytuacji, nie chciała myśleć teraz ani o matce, ani o liście, który ta dla niej napisała.

– Nie wiem – rzuciła, wzruszając ramionami. – Matka zmarła, gdy mnie rodziła, a ojca nigdy nie poznałam.

– A więc mamy zagadkę. Zapewne nie za dużo nauczyłaś się z tych ksiąg, prawda?

Natalina po raz któryś już zmarszczyła brwi w zamyśleniu, nie wiedząc, jak ma mu odpowiedzieć. Pokręciła więc tylko głową.

Właściwie inaczej wyobrażała sobie Kiruę. Po pierwsze nie sądziła, że jest aż tak młody. Był chyba czystym Mrumianinem[7]: ciemnobrązowe włosy, niebieskie oczy i jasna skóra. Może jednak nie powinna opierać się, tylko mu zaufać – przecież jest z tego samego ludu.

– Tak myślałem. Ludzie skarżyli mi się, że kradniesz jedzenie i używasz przeciw nim magii.

– Tylko odpychających uderzeń… tylko to umiem kontrolować.

Podniósł rękę, a ona od razu umilkła.

– Widzę, że manier także ci nie brakuje – powiedział z przekąsem.

– Przepraszam.

– Nie szkodzi, widziałem dziewczyny zachowujące się gorzej od ciebie. Wiesz, myślałem, że jesteś tylko zwykłą czarownicą, która ukrywa się w tym lesie i kradnie, ale widzę, że się myliłem. Może chciałabyś towarzyszyć mi w poszukiwaniu tej księgi? – Uśmiechnął się do niej.

– Oczywiście, że chcę. – Podskoczyła z radości na krześle.

– Ale musisz mi coś obiecać. – Spojrzał jej prosto w oczy. – Musisz przestać kraść.

– Ale wtedy…

– Spokojnie, pomogę ci, ale proszę cię tylko o to jedno. Jeśli będziesz dalej kraść, przez twoje postępowanie ludzie w końcu przestaną bać się lasu i przyjdą do twojego domu.

Pokiwała szybko głową na znak, że się zgadza. Nie chciała dłużej nadużywać jego gościnności, więc podniosła się z uśmiechem i ruszyła do wyjścia.

– Tylko tym razem wyjdź głównymi drzwiami – usłyszała, gdy była już przy wyjściu z biblioteki.

Pierwszy raz skierowała tam swe kroki. Musiała przejść przez duży hol, którego ściany były wyłożone drogą jasną tapetą. Nie było innych słów, które mogłyby go określić jak tylko to jedno: był „piękny”. Z podziwem wyszła na podwórze i gwizdnęła. Po chwili za bramą stanął jej czarny najlepszy przyjaciel.

Może wykorzystam tę znajomość do podszkolenia się w magii, – pomyślała z uśmiechem.

*

Czy kupowanie niewolników było aż tak potrzebne?Podobno zamożni bez niewolników byli traktowani tak samo jak sami niewolnicy. Byli obrzucani złośliwymi spojrzeniami, traktowani z pogardą i za plecami obgadywani. Nienawidzę chodzić na targi niewolników! – myślał Fenbor. Czemu akurat ja? Nie może tego zrobić moja żona? To ona mnie tam wysyła. Czemu sama się tu nie pofatyguje? Gdyby wiedziała, co to znaczy kupować niewolnika, na pewno by tak szybko się nimi nie nudziła.

Żona Fenbora była bardzo stanowcza, jeżeli chodzi o niewolników. Dwóch ostatnich wywaliła z domu dlatego, że nie podali jej świeżego śniadania, choć sam czarodziej nie wyczuł w nim nic podejrzanego. A dziś Estera wysyła go po dwóch nowych, w dodatku z zastrzeżeniem, aby tym razem wybierał z głową. Fenbor nienawidził niewolnictwa i najczęściej traktował podwładnych jak równych sobie. Jego żona pod tym względem różniła się jednak od niego znacznie. Dla niej niewolnik był tylko maszyną, której zadaniem jest zaspokajanie jej potrzeb. Wykorzystywała ich i pogardzała nimi. Fenbor starał się, by ich dzieci przyjęły jego sposób myślenia, ale zostały one niejako po środku sporu.

Ubrał się w eleganckie szaty typowe dla czarownika, ponieważ musieli oni podkreślać swój status, a najwłaściwiej robiło się to właśnie poprzez odpowiednie ubranie. Spojrzał w lustro i zastanowił się nad sobą. Czy tego właśnie chciał? Żyć tak jak teraz?

– Jesteś gotowy? – Głos wyrwał go z namysłu. W lustrze zobaczył swoją żonę, która właśnie weszła do pokoju. – Nie za mało szykownie?

– Dla mnie może być, nie lubię się stroić.

– A kto każe ci się stroić? Po prostu nie masz gustu i nie umiesz ubrać się odpowiednio do zajmowanej przez siebie w społeczeństwie pozycji.

– Nie przeszkadza mi to. – Zauważył w lustrze, że kobieta podchodzi do niego i kładzie rękę na jego ramieniu.

– Co cię dziś ugryzło? Jesteś jakiś podenerwowany.

– Bo muszę iść na ten cholerny targ niewolników! – Strzepnął jej rękę i odsunął się.

– Chętnie bym cię wyręczyła, ale wiesz, kim jestem. – Rozłożyła ręce w geście bezsilności. – Kobietą.

– Nieważne. Im szybciej to zrobię, tym lepiej.

– To idź! Powóz już czeka.

Skierował się w stronę wyjścia.

– Tylko uważaj na siebie. – Usłyszał jeszcze ostatnie słowa żony.

Był bardzo wzburzony całą tą sytuacją i jak zawsze, gdy był w takim nastroju, prowokował kłótnię z żoną. Nie uważał, że jest ona złą osobą. Kochał ją, jednak nie potrafił pogodzić się z jej stosunkiem do niektórych spraw, w tym do kwestii niewolników. Nie traktowała ich jak ludzi, którymi przecież byli. Tak naprawdę nie różnili się oni prawie wcale od nich. Co do pozytywnych cech żony, była bardzo ładna, mądra, sprytna i nigdy nie dała się zwieść.

– Ojcze! – usłyszał, gdy szedł holem.

– Tak, Kirarze? – Odwrócił się z westchnieniem.

Korytarzem szedł jego syn.

– Mogę iść z tobą?

– Nie, wykluczone!

– I tak kiedyś będę musiał tam pójść, prawda? Proszę, chcę tylko popatrzeć.

Fenbor zamyślił się. Rzeczywiście, chłopak miał rację. Niedługo sam będzie musiał wybierać niewolników, stawał się coraz starszy i niedługo pewnie wyfrunie z gniazda rodzinnego. Może jednak pomoże swemu ojcu w wyborze? Zachęcił go machnięciem ręki, by z nim poszedł, a chłopak z uśmiechem podbiegł do niego i utrzymał jego szybkie tempo. Zaraz przestanie się tak cieszyć – pomyślał Fenbor.

Wsiedli do powozu. Jechali jedną z głównych ulic. Dzisiejszy targ niewolników miał się odbyć w bardziej ustronnym miejscu niż główny rynek. Choć zaledwie kilka ulic dalej. Gdy skręcili, smród w mniejszych uliczkach zaczął być jak zawsze nie do zniesienia. Na szczęście po chwili byli na miejscu. Obaj wysiedli na skraju rynku; Fenbor kazał czekać woźnicy w mniej zatłoczonej części placu. Skierował wzrok na syna, który był jak widać zadowolony z tego, że się tu znalazł. Na środku placu zostały już zbudowane niewielkie klatki, w których niewolnicy siedzieli parami lub trójkami. Wszędzie chodzili prawie sami zamożni ludzie – większość miała status czarownika. Rzeczywiście wszyscy byli ubrani w bardziej szykowne stroje niż on. Fenbor spojrzał jeszcze raz na syna – nawet on był lepiej ubrany. Jednak czarownikowi to nie przeszkadzało.

– Witaj, Fenborze! – krzyknął ktoś za jego plecami. Gdy się odwrócił zobaczył swojego starego przyjaciela Lizurę, z którym chodził do szkoły. – Od dawna cię tu nie widziałem – dodał mężczyzna.

– Żona mnie tu przysłała.

– Aha, rozumiem – powiedział znajomy i spojrzał na niego porozumiewawczo.

– I przyprowadziłem także syna, bardzo chciał zobaczyć, jak to jest być na targu niewolników.

– O, miło, wreszcie wyszedłeś z ukrycia. – Lizura uśmiechnął się. – Jesteś podobny do ojca.

– Miło mi to słyszeć. Jest dla mnie przykładem.

– Przesadzasz, przykładem jest dla ciebie raczej twoja matka.

Fenbor odwrócił się i zaczął iść w stronę klatek, by jak najszybciej się stąd wynieść.

– Uuu, aż tak bardzo źle? – Lizura zrównał z nim krok.

Syn pozostał w tyle, rozglądając się bacznie dokoła.

– Nawet mi nie przypominaj. Jakby nie mogła zostawić tych służących, co już byli. Chciałem ją samą posłać, ale wykręcała się, że jest kobietą i jej nie wypada. Jeżeli jest tak delikatna, to niedługo się zbuntuję.

– No, widzę, że ostro poszło. – Zaśmiał się. – Ale nie przejmuj się, tym razem po prostu nie pozwól jej, by któregoś wywaliła.

Może kupię jakichś przystojnych, poleci na ich urodę – pomyślał, ale od razu poczuł wyrzuty sumienia. Nie powinien tak myśleć o własnej żonie. To, że mają problemy, nie znaczy, że musi być dla niej od razu taki oschły.

– Byłeś ostatnio u króla? – spytał Lizura.

– Nie, a coś się stało?

– No właśnie nie wiadomo. Podobno strażnicy na granicy z Mrgas zostali dwa dni temu zaatakowani. Wszyscy zastanawiają się, czy nie jest to jawny atak ze strony ich kraju.

– Tak, też od jakiegoś czasu słyszę tu i ówdzie informacje o tego typu atakach. Powinniśmy się bać?

– Możliwe. Radzę ci iść do króla.

– Ale to jest nielogiczne, przecież Mrgasowie wiedzą, że jesteśmy do nich silniejsi. Dlaczego mieliby nas atakować?

– Może wynaleźli nowe sposoby na posługiwanie się magią lepsze od naszych.

– To jest mało prawdopodobne, ale możliwe. Miejmy nadzieję, że nic takiego się nie stanie. Nie chcę wojny, bo to postawiłoby nas w złej sytuacji. Już mamy problemy na przykład z dostawą jedzenia z północnego brzegu. Co by się stało, gdyby wybuchła wojna?

– Głodowalibyśmy – odpowiedział syn, który niepostrzeżenie znowu zbliżył się do nich i szedł wspólnie z nimi.

Ojciec spiorunował go wzrokiem.

– Masz rację, miejmy nadzieję, że nic takiego się nie stanie. A teraz chodź, idziemy po tych niewolników, bo nam wszystkich wykupią.

Fenbor był wstrząśnięty informacjami, które właśnie usłyszał. Ostatni taki atak miał miejsce niedaleko granicy z Mrgas. Zostały tam zaatakowane powozy z rzadkim drewnem – wszystko znikło. Jedyne, co znaleziono, to trupy ludzi, którzy kierowali powozem. Zmroziło go, gdy pomyślał, co by się stało, gdyby napastnicy tu weszli. Mrgasowie nigdy nie lubili Mrumian. Od niepamiętnych czasów starali się prowokować walkę z nimi, ale zazwyczaj przegrywali z powodu przewagi przeciwnika i gorszego wyszkolenia. Czy teraz miało być inaczej? Czy rzeczywiście mieli coś w zanadrzu? Fenbor wolał o tym nie myśleć. Teraz miał się zająć niewolnikami, a nie sprawami ziemi, na której stał – na to miał przyjść jeszcze czas.

Syn wciąż ciągnął się za nim. Niektórzy mijani przez nich ludzie znali już czarownika i witali się najpierw z nim, a potem z jego potomkiem. Dziś zaczepiało ich wyjątkowo dużo osób. Czyżby wszyscy w tym samym czasie potrzebowali nabyć niewolników? Doszli wreszcie do klatek. Fenbor przechodził koło nich powoli, oglądając wszystkich po kolei. Najczęściej w klatkach siedziały po dwie osoby; byli to zazwyczaj mężczyźni, ale można było spotkać także kobiety. Syn wskazywał na niektórych, ale ten odrzucał jego propozycje. W końcu musiał wytłumaczyć mu, kogo szukają i na co należy zwracać uwagę przy wyborze.

Przede wszystkim niewolnik musiał wyglądać na zdrowego i silnego, żeby przeżył i mógł wykonywać polecenia; musiał także wyglądać na dość rozgarniętego, aby rozumiał, czego się od niego w danym momencie żąda. W trakcie gdy tłumaczył to wszystko synowi, zatrzymał się nagle przy jednej z klatek. Siedziało w niej dwóch młodych mężczyzn. Różnica wieku między nimi nie wynosiła pewnie więcej niż trzy lata. Jeden miał podniesioną głowę i patrzył w bezchmurne niebo. Sprawiał wrażenie, jakby było mu obojętne, że się tu znalazł. Drugi za to bawił się nerwowo nitką od spodni.

– Co myślisz? – spytał syna Fenbor.

Kirar podszedł, przechylił głowę i zrobił kwaśną minę.

– Poważnie? Nie wyglądają na posłusznych.

– Widać, że się nie znasz.

Fenbor oceniał ich i przyglądał się im.

– Jak masz na imię? – spytał.

Młodszy nie podniósł głowy, ale ten, który patrzył w niebo, najpierw utkwił w nim spojrzenie, a następnie, podjąwszy najwyraźniej jakąś decyzję, odwrócił się do niego. Minę miał nieprzyjemną.

– Jestem Herconi a to Rister – odezwał się wreszcie.

Fenbor schylił lekko głowę na powitanie. Herconi na ten gest zmarszczył brwi – widać było, że pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji i do końca nie wiedział, jak ma zareagować. Fenbor, nie zastanawiając się długo, wziął ich. Nie zapłacił za nich dużo, co musiało oznaczać, że albo są naprawdę kiepscy, albo zostali wzięci z więzienia. Jechali, trzymając się z tyłu powozu i o czymś rozmawiając, ale Fenbor nie mógł niczego zrozumieć. Miał tylko nadzieję, że wybrał właściwie i żona będzie zadowolona.

*

Trzymanie się za uchwyt przy powozie nie sprawiało dużego problemu Herconiemu, który miał tak wyćwiczone mięśnie rąk, że mógłby trzymać się tak godzinami. Jednak po minie Ristera widać było, że nie dorównuje mu wytrzymałością.

– Boję się, że nie przeżyjesz tam długo – powiedział kpiąco Herconi.

– Co? Gdzie?

– W niewolnictwie oczywiście. To ciężka praca, a ty jesteś początkującym.

– Dam sobie radę, nie w takich tarapatach bywałem.

– No tak, wiem, ale to nie rzeka, która cię rwie, ani przepaść, przez którą musisz przejść, tylko dom, w którym będziesz musiał usługiwać tym ludziom. Jestem ciekawy, jak dużą ma rodzinę.

– Kim jest ten chłopak co z nim przyszedł?

– Zapewne jego syn. Mam nadzieję, że to ludzie, którzy nie gardzą niewolnikami.

– Wiesz, przyznam się, że trochę się boję.

– Ja też, choć już byłem w niewoli. Ale tylko krótki czas, nie zdołałem się nawet przyzwyczaić do domu i już mnie w nim nie było. Najlepsze życie miałem na ulicy.

– Pomożesz mi, prawda? – spytał Rister z błaganiem w oczach.

Herconi spojrzał na niego i uśmiechnął się w odpowiedzi. Na pewno mu pomoże, nie zostawi go przecież na lodzie. Wie, jacy są ludzie i czasami udaje mu się uciec od kary. Spróbuje nauczyć Ristera wszystkiego, co umie, by nie skończył zbyt szybko na ulicy.

Po skręceniu za jakiś róg powóz zatrzymał się. Niewolnicy zsiedli, a ten, który ich kupił, wysiadł z powozu. Młody chłopak wciąż patrzył na nich podejrzliwie, jakby nie był do nich do końca przekonany lub o coś ich oskarżał. Starszy uśmiechnął się do nich delikatnie i wszedł do budynku. Herconi i Rister ruszyli za nim. Jeszcze przed zamknięciem dużych drzwi można było usłyszeć odjeżdżający powóz. Herconi rozglądał się po dużej sali – była wyłożona drogą tapetą w dziwne wzorki, a pod ścianą stało kilka mebli.

– Kirar, idź do matki i powiedz, że niewolnicy już są – wydał polecenie ich pan, a jego syn szybkim krokiem podszedł do jednych z wielu drzwi.

Czyli na pewno to jego syn –pomyślał Herconi. Ciekawe, co zamierza z nami teraz zrobić? Herconi w ogóle się go nie bał, teraz wiedział już, że trafił do domu, z którego może w każdej chwili uciec. Już zaczął snuć w tym kierunku plany, gdy nagle mężczyzna odwrócił się do nich i podszedł niepewnie bliżej.

– Mam na imię Fenbor. Jak zauważyliście, jestem czarownikiem. W tym domu mieszkają oprócz mnie trzy osoby. Mój syn, którego tu widzieliście, i dwie kobiety: moja żona i córka. Już teraz wam mówię, że nie cieszy mnie kupowanie niewolników i rozkazywanie im, uważajcie jedynie na moją żonę. To ona będzie tu wami najbardziej rządziła.

– Nie rozumiem – powiedział Rister.

– Czy któryś z was był już w niewolnictwie?

– Ja byłem – odezwał się Herconi. – Przez krótki czas.

– To wtajemnicz go, o co tu chodzi. A teraz zaprowadzę was do łazienki. Umyjcie się i przebierzcie w to, co dla was przygotowano.

Fenbor odwrócił się i szybkim krokiem poprowadził ich w kierunku drzwi, które znajdowały się po lewej stronie. Kierowały do jakiegoś małego labiryntu. Ściany były ciemnego koloru, przez co człowiek czuł się przytłoczony i ograniczony. Herconi nigdy nie skarżył się na chorobę objawiającą się w małych pomieszczeniach, ale teraz trochę ją odczuł.

– W tym domu służą jeszcze trzy osoby – powiedział nagle Fenbor. – Dwie kobiety i jeszcze jeden chłopak, chyba jeszcze młodszy od Ristera.

O, zapamiętał nasze imiona. To dobry znak –pomyślał Herconi.

– Jedna z kobiet gotuje, ale lepiej mieć ją na oku. Ostatnio podała mojej żonie nieświeże jedzenie i przez to dwóch niewolników, którzy jej to przynieśli, zostało wyrzuconych. Jak już mówiłem, nie uznaję niewolnictwa, więc kiedy jestem sam, nie musicie się trzymać reguł. Co nie znaczy, że nie musimy okazywać sobie szacunku. – Zaśmiał się. – Tu możecie się przebrać. A tam – pokazał inne drzwi – znajdziecie kuchnię, w której powinna być teraz cała służba.

Jeszcze raz uśmiechnął się i wyminął ich w pośpiechu. W ciemnym korytarzu było słychać tylko szelest jego szat, a potem trzaśnięcie drzwiami. Herconi i Rister spojrzeli po sobie zaskoczeni.

– Dziwny jest – skomentował młody chłopak.

– Spodziewałem się, że będzie gorzej.

– Czyli mamy się cieszyć? – spytał zirytowany młodzieniec.

– Nie jest to może powód do radości, ale mieliśmy naprawdę dużo szczęścia. Ten facet jest w porządku, będzie nas traktował o wiele lepiej niż jego żona. Jedno ci powiem: lepiej nie wchodzić jej w drogę. Jeżeli popełnisz nawet najmniejszy błąd, wyrzuci cię bez skrupułów.

Weszli do niewielkiej komnaty, w której znajdowały się dwie misy z wodą i nowe ubrania. Wreszcie się umyję –pomyślał z ulgą Herconi. Już dawno nie miał ku temu okazji, a wiedział, że jego wygląd i zapach pozostawiają wiele do życzenia. Choć wychował się na ulicy, umiał zachować trochę przyzwoitości i godności, potrafiąc zadbać o higienę nawet w najgorszych warunkach.

– Nie pamiętam, kiedy ostatnio się myłem. Ciekawe, czy tyle wody wystarczy – zaśmiał się Rister.

Herconi przyłączył się do niego. Dawno nie widział siebie czystego i w niepodartym ubraniu. Patrzył w lustro i nie wierzył własnym oczom. Jego brązowe włosy kontrastowały z jasną cerą; były już dość długie, więc związał je na karku. Uważał się za przystojnego, choć nigdy wśród pań nie mógł tego sprawdzić w praktyce. Spojrzał na swojego przyjaciela, który także przyglądał się sobie w lustrze. Jednak nagle Rister zmarszczył nos i brwi.

– O co chodzi? – spytał Herconi.

– O nic, po prostu nie sądziłem, że w podróży spotka mnie taka zmiana.

– To dopiero początek. – Herconi zaśmiał się, gdy Rister się skrzywił.

Starszy z niewolników wyszedł z pokoju i spojrzał w lewo i w prawo. Drzwi, ku którym mieli iść, znajdowały się po prawicy. Rister pogładził piękną tapetę i podbiegł do Herconiego. Gdy ten tylko otworzył drzwi, do jego nozdrzy wdarła się ostra woń przypraw, gotowanych ziemniaków i chyba mięsa byhy[8]. Jeśli ktoś był zamożny, mógł kupić skórę tego zwierzęcia na ścianę lub po to, by wykorzystać ją jako dywan, żeby chwalić się gościom. Weszli do środka. Przy garach stała średniego wzrostu dziewczyna, która gdy tylko wyczuła ich obecność, odwróciła się i zmierzyła ich wzrokiem. Potem spojrzała w lewo i skinęła głową. Zza rogu wyszedł młody chłopak; mógł mieć z siedemnaście lat, miał kruczoczarne włosy i śniadą cerę, jednak nie wyglądał na Mragsa. Uśmiechnął się do nich.

– To wy musicie być tymi nowymi. Chodźcie, usiądziecie z nami, właśnie mamy przerwę. – Zaprosił ich gestem za róg.

Był tam niewielki stolik, akurat w sam raz, by wszyscy się przy nim zmieścili. Siedziała przy nim jeszcze jedna kobieta, w średnim wieku, która także się do nich uśmiechnęła.

– Witajcie, usiądźcie – zachęciła.

Obaj ruszyli do stołu i usiedli przy czystych nakryciach.

– Mamy niewiele czasu, więc jak chcecie jeszcze coś przekąsić, to ostatnia chwila – powiedziała i wsunęła do ust łyżkę z zupą.

– Do czego zostaliście przypięci, jak ja to mówię? – zapytał chłopak, siadając.

– Co? – spytał kpiąco Rister.

– Tak nazywam ustaloną funkcję w domu – odpowiedział.

– Jeszcze nie wiemy, a wy czym się zajmujecie? – spytał Herconi.

– Ja brudną robotą. Naprawiam i czasami ulepszam jakieś urządzenia i pracuję w niewielkiej stajni.

– Ja sprzątam, a Chira zajmuje się gotowaniem. – Starsza wskazała ruchem głowy na dziewczynę. – A tak w ogóle to mam na imię Linner, a to Anchah.

– Możecie mi mówić An, bo całe imię trochę trudno wymówić – wtrącił chłopak.

– Dla obcokrajowca owszem, skąd w ogóle pochodzisz? – spytał bez entuzjazmu Rister.

– Z sąsiedztwa, z pustyni Karaka, moja matka mnie stamtąd zabrała jak byłem niemowlęciem.

– A jak wy się nazywacie? – spytała dziewczyna przy naczyniach.

– Ja Herconi – pokazał ręką na siebie. – A to Rister – wskazał na przyjaciela.

– Mam nadzieję, że długo wytrzymacie, ja się trzymam od pięciu miesięcy – zaśmiała się Linner.

Też mam taką nadzieję – pomyślał Herconi.

*

Prawie całe poprzednie dwa dni spędziła poza domem i ciotka dopytywała się już, co robi i czy ma to związek z kradzieżami. Oczywiście Natalina wszystkiemu zaprzeczała. Nie chciała też jednak wyjawić prawdziwych powodów nieobecności. Przez te dwa dni szukała księgi, która mogłaby kryć informacje o jej ojcu. Nie musiało ich być dużo, ale chciałaby chociaż wiedzieć, czym się zajmuje. Jeżeli jest czarodziejem, na pewno robi coś porządnego. Dziewczyna nigdy nie była w mieście, nie słyszała też o nim zbyt wiele, a to tylko jeszcze bardziej podsycało jej ciekawość. Wiedziała jedynie, że Kirua był w nim kilka razy, ale nie odważyła się go o to zapytać. W ogóle unikała wszelkich rozmów z nim. Nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że był od niej o prawie dziesięć lat starszy, a może dlatego, że jak na człowieka w swoim wieku ciągle był przystojny. Powinien mieć już gromadkę dzieci… i żonę, ale o to także nie chciała pytać. To były dla niej zbyt prywatne sprawy. A jeżeli by go uraziła? Może nie mógł mieć żony przez jakieś komplikacje? A może po prostu… Nie chciała nawet o tym myśleć.

Dziś, tak jak każdego poranka, przyjechała do niego, ale czuła się inaczej. Jak zawsze ostatnio wchodziła głównym wejściem, odsyłając swego konia w las, by ktoś nie pomyślał czegoś niestosownego; potem wystarczyło, że tylko gwizdnęła, a koń pojawiał się jakby znikąd. Brama, przez którą przeszła, zaskrzypiała trochę. Zamknęła ją prędko za sobą i szybkim krokiem poszła przez niewielki ogród do domu, do którego prowadziła szeroka żwirowa ścieżka. Czuła, jak malutkie kamyki przesypują się pod jej stopami, gdy naciska na nie ciężarem swego ciała. Otworzyła drzwi. Nic nie słyszała; w domu panował jeszcze półmrok, bo słońce dopiero wychodziło zza drzew. Oczywiście nie miała problemów ze wstawaniem tak wcześnie. Wczoraj i przedwczoraj, gdy tylko przychodziła do domu, padała na łóżko i wstawała dopiero przed wschodem. To ciągłe szukanie w książkach jakichkolwiek informacji bardzo ją męczyło.

– Kirua? Jesteś w domu? Mogę wejść? – powiedziała trochę głośniej.

Nikt się nie odezwał. Weszła do środka i cicho zamknęła drzwi. W średniej wielkości salonie po obu stronach rozpościerały się schody. Z zewnątrz dom wydawał się mały, jednak gdy Natalina wchodziła do środka, czuła się tak, jak gdyby weszła do pałacu. Dom różnił się od małej chatki jej ciotki.

Chciałabym mieszkać w czymś takim, mogłabym obchodzić dom kilka razy dziennie i nadal by mi się nie znudził. Właściwie to jeszcze go nie zwiedziłam – myślała. Podeszła do schodów po prawej stronie. A może nie powinnam? A jeśli się obrazi i już nigdy mnie nie zaprosi?… Nie, to niemożliwe. Poszła powoli na górę. Jeszcze nigdy tam nie była.

Dom był duży i pełno w nim było drzwi, z których wiele strzegło tajemnice, które z chęcią by odkryła. Uwielbiała tajemnicze miejsca, a ten dom właśnie taki był. Gdyby mieszkała w dużym mieście i umiała korzystać z magii, zarobiłaby trochę pu[9] i kupiłaby dom, który sama by urządziła. Mogłaby ugościć w nim także ciotkę i kuzyna. Na pewno chętnie by z nią zamieszkali.

Przestała myśleć o niewiarygodnej przyszłości i otworzyła pierwsze drzwi; była za nimi jakaś sypialnia. Na pewno nie Kiruy. Jest jak na niego za mało szykowna –myślała. Zamknęła drzwi i poszła dalej korytarzem. Zza następnych drzwi dostrzegalna była łuna palącego się światła. Natalina zastanawiała się, czy ktoś może tam być. Otworzyła bezszelestnie drzwi i zajrzała do środka. Na ścianach i przy łóżku paliły się świece. Nikogo nie było, postanowiła więc wykorzystać tę szansę i wejść do środka. Pokój, który ujrzała, także był wyłożony piękną ciemnowiśniową tapetą. Szykowne łoże było pokryte odrobinami złota; naprzeciw posłania znajdowała się szafa i wielkie lustro, pod którym na ciemnym drewnianym stołeczku stała misa z wodą. Dziewczyna zaczęła się niepewnie rozglądać, spojrzała na sufit, który, był bogato rzeźbiony i pomalowany na biało.

– Co tu robisz? – usłyszała głos.

Spojrzała szybko w dół i zobaczyła Kiruę. Od razu odwróciła się speszona i skierowała do wyjścia.

– Nie, zostań. Ja też miałem zaraz wychodzić. Pójdziemy od razu do biblioteki.

Stanęła i odwróciła się. Mężczyzna miał na sobie jedynie spodnie i buty. W ręku trzymał koszulę. Powinien ją mieć na ciele –pomyślała z wściekłością Natalina. Była na siebie wściekła, że w ogóle tu weszła. Spuściła wzrok i wodziła nim po podłodze. Kątem oka widziała tylko ruch Kiruy, który szedł w kierunku misy z wodą. Gdy poczuła, że już na nią nie patrzy, podniosła wzrok. Obmył twarz i wytarł ją ręcznikiem. Czuła się niezręcznie w jednym pokoju z półnagim mężczyzną. Zauważyła, że miał ładnie wyrzeźbione ciało. Przez to, że był blady, wyglądał wręcz jak uformowany z marmuru. Podchodząc do niej, nałożył luźną koszulę. Dziewczyna czuła, że robi się czerwona. Kirua zaśmiał się.

– Co, nigdy nie widziałaś mężczyzny? – Przeszedł koło niej i zaprosił gestem, by poszła razem z nim.

– To znaczy… no nie. – Wciąż czuła się bardzo niezręcznie. – A ty nie jesteś speszony, gdy kobieta widzi cię… półnagiego?

– Nie, jakoś nie. – Zmarszczył brwi. – Ile już razy moja służąca widziała mnie, gdy nie byłem kompletnie ubrany.

– I nie próbowała cię… uwieść? – wymsknęło jej się i od razu tego pożałowała.

Kirua znów zaczął się śmiać.

– Nie ukrywam, byłoby to trochę dziwne i pewnie niezręczne. Ona ma pięćdziesiąt lat.

Natalinę zamurowało; nigdy nie widziała jego służącej. Poczuła, że znów się rumieni.

– Nie mogłaś się powstrzymać, co? – spytał nagle.

– Co? – Nie wiedziała, o co chodzi, miała tylko nadzieję, że nie o to wejście do sypialni.

– Nie mogłaś się już powstrzymać przed wejściem do moich komnat, mm…

– Nie… to znaczy… Widziałam tylko bibliotekę. Nie miałam nigdy okazji znaleźć się w takim domu, więc byłam ciekawa…

– Rozumiem cię, ja też kiedyś tak reagowałem na takie duże budynki, ale teraz jest to dla mnie normalne. A chciałabyś obejrzeć inne komnaty? Mogę ci je pokazać.

Natalina nie zdołała wykrztusić z siebie już ani słowa, postarała się więc przynajmniej o szczery uśmiech. Kirua odpowiedział jej tym samym.

Szli przez chwilę w milczeniu, dopiero przed samą biblioteką mężczyzna odezwał się:

– Wiesz, pomyślałem, że może powinniśmy poszukać pod konkretnym hasłem. Wtedy szukanie byłoby efektywniejsze. Nie obraź się, ale w takim tempie w życiu nic nie znajdziesz.

– Możemy spróbować – odpowiedziała z optymizmem.

– Jak uważasz, czym może zajmować się Fenbor?

– Myślę, że jest magiem. Jest też całkiem prawdopodobne, że pełni jakąś ważną funkcję.

– Poszukaj w dziale królestwa, a ja przeszukam uczelnie, co ty na to?

Pokiwała głową na znak, że się zgadza.

Weszli do biblioteki, w której sterty przeszukanych przez nich książek znacznie utrudniały przemieszczanie się. Na stoliczku między książkami leżał już dzban z wodą, dwa kielichy i kilka suchych bułek. Natalina nigdy nie widziała niewolnicy Kiruy, ale wiedziała na pewno, że ten traktuje ją z szacunkiem. Może kiedyś wreszcie uda jej się ją spotkać.

Zabrała się za przeszukiwanie regału wskazanego przez Kiruę. Były tu książki przedstawiające dzieje królestwa. Przeszła prawie na sam tył, by znaleźć coś o współczesnym królestwie. Wciąż nie powiedziała gospodarzowi, dlaczego szuka tego imienia. Nie sprawiał on jednak wrażenia tym zainteresowanego i – oprócz pierwszego spotkania – nigdy o to nie pytał. Czasami Natalina myślała, że szukanie i przewracanie kartek było dla niego przyjemnością. Zawsze był przy tym uśmiechnięty i z każdą książką obchodził się z szacunkiem. Nie dziwiła mu się – książki były bardzo drogie, dlatego ona także je szanowała i każdą kartę przewracała powoli i ostrożnie. Wyciągnęła właśnie książkę zatytułowaną Ręce króla i otworzyła ją. Była dość gruba. Natalina zauważyła, że są w niej zawarte wiadomości na temat pracowników, którzy byli wynajęci na potrzeby króla. Był tu spis posłańców, sędziów, ludzi wymyślających nowe czary, a także wielu innych. Ludzie byli podawani według imion i pochodzenia. Nagle Natalina zobaczyła imię: Fenbor z Juydey. Usiadła na ziemi i zaczęła czytać. Pochodzenie się zgadzało, przynajmniej w tym sensie, że mieszkał w stolicy. Natalina czytała z niekłamaną fascynacją. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy zaczęła myśleć o matce. Fenbor był doradcą w sprawach wojennych i specjalistą od ziół. Czy to możliwe, że ten mężczyzna jest moim ojcem? – pomyślała. Jedna łza spłynęła jej po policzku. Przewróciła kartki i sprawdziła, kiedy została wydana książka. Została wykonana rok temu, czyli on wciąż żyje! Napisane jest, że miał wtedy trzydzieści sześć lat, więc teraz powinien mieć trzydzieści siedem. Czyli nie jest jeszcze taki stary, jeżeli Kirua ma trzydzieści –Natalina zaczęła go sobie wyobrażać, z całej siły ściskając książkę. Chciała się z nim spotkać.

– Płaczesz? – usłyszała i od razu wytarła ręką łzy.

– Nie, po prostu oczy mnie bolą. Ostatnio prawie wcale nie śpię – poskarżyła się.

Jednak Kirua nie dał się zwieść.

– Co się stało? – Ukucnął koło niej. – Znalazłaś to, czego szukałaś?

– Prawie.

– Coś mi się wydaje, że pod tym imieniem kryje się coś jeszcze, mam rację?

Natalina westchnęła. Wiedziała, że musi mu powiedzieć.

– Jak już mówiłam, moja matka zmarła, gdy się urodziłam. Dwa dni temu, kiedy skończyłam osiemnaście lat, ciocia dała mi jej wisiorek z brylancikiem i list. W liście matka podała imię mojego ojca. Podejrzewam, że to od niego przejęłam talent magiczny i dlatego go szukam.

– Pokaż. – Kirua przejął od niej książkę i usiadł obok niej. Pokazała mu, gdzie to znalazła. Kirua zagłębił się w lekturze. – Myślisz, że to może być twój ojciec?

– Nie wiem, chciałabym się dowiedzieć.

– To