Czarny Lampart, Czerwony Wilk - Marlon James - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Czarny Lampart, Czerwony Wilk ebook i audiobook

James Marlon

3,4

59 osób interesuje się tą książką

Opis

Dziecko nie żyje. Nie ma potrzeby wiedzieć nic więcej.

Tropiciel jest myśliwym, znanym w trzynastu królestwach jako ten, który ma nos. I choć zawsze pracuje sam, ten jeden jedyny raz musi zrobić wyjątek. By odnaleźć zaginione dziecko, sprzymierza się z grupą podobnych sobie najemników. A są tam wszyscy: od wiedźmy, przez smutnego olbrzyma, aż do zmiennokształtnego Lamparta. Każde z nich jest śmiertelnie niebezpieczne. Każde z nich pilnie strzeże swoich tajemnic.

Podążając za zapachem dziecka, grupa przejdzie przez potężne miasta, groźne rzeki i zaklęte puszcze, na każdym kroku tropiona przez istoty, które pragną ich śmierci. Wątpliwości nie opuszczają Tropiciela ani przez chwilę. Kim jest tajemniczy chłopiec, którego muszą odnaleźć? Dlaczego tak wiele osób chce przerwać ich poszukiwania? I przede wszystkim – kto kłamie, a kto mówi prawdę?

Czerpiąc garściami z afrykańskiej historii i mitologii oraz własnej wyobraźni, Marlon James opowiada historię o niesamowitym rozmachu, której akcja dzieje się w starożytnym świecie, dziwnie przypominającym współczesny. Czarny Lampart, Czerwony Wilk to opowieść niezwykle brutalna, osadzona w fantastycznej scenerii, a jednocześnie poruszająca.

  • Finalista National Book Award 2019
  • Bestseller „New York Timesa”
  • Książka roku 2019 według „The Wall Street Journal”, „TIME”, „Vogue”, „The Washington Post”
  • Jedna ze 100 najlepszych powieści fantasy wszech czasów magazynu „TIME”

Czarny Lampart, Czerwony Wilk to powieść, z której braku nie zdawałem sobie sprawy – dopóki jej nie przeczytałem. Niebezpieczna i fantasmagoryczna starożytna Afryka staje się światem dorównującym skomplikowaniem wszystkiemu, co kiedykolwiek wyszło spod pióra Tolkiena. Nie mogę się doczekać następnej części.

Neil Gaiman

Pierwszy tom zapowiedzianej trylogii (…), w którym słychać echa Tolkiena, George’a R.R. Martina i Czarnej Pantery, a jednocześnie wciąż niezwykle oryginalny, pisany językiem pełnym mocy, wszechogarniającą wyobraźnią (…). Marlon to pisarz, którego trzeba czytać.

Salman Rushdie, „TIME”

Porywająca, napakowana akcją (…). Literacki odpowiednik kinowego uniwersum Marvela.

Michiko Kakutani, „The New York Times”

Kiedy James ogłosił, że będzie pisał trylogię fantasy, wydawało mi się, że po osiągnięciu wszystkiego w oczach krytyków i zdobyciu Bookera idzie w stronę typowego bestsellera. Nic bardziej mylnego. Nie tylko napisał afrykańską powieść fantasy – to afrykańska powieść fantasy literacka i złożona do wręcz niemożliwego stopnia.

„The New Yorker”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 898

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 25 godz. 40 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
3,4 (16 ocen)
5
5
2
0
4
Sortuj według:
motodo

Nie polecam

Nie da się tego czytać. Sorry.
00

Popularność




POSTA­CIE WYSTĘ­PU­JĄCE W TEJ OPO­WIE­ŚCI

W Dżu­bie, U KU I GAN­GA­TOM

KUASZ DARA – syn Kuasz Netu, król Pół­noc­nego Kró­le­stwa, ina­czej Król Pająk

TRO­PI­CIEL – myśliwy znany tylko pod tym prze­zwi­skiem

JEGO OJCIEC

JEGO MATKA

JEGO UKO­CHANY WUJ – wielki wódz ludu Ku

KU – ple­mię i jego nad­rzeczne tery­to­rium

GAN­GA­TOM – ple­mię i jego nad­rzeczne tery­to­rium, wro­go­wie Ku

LUALA LUALA – ple­mię i jego nad­rzeczne tery­to­rium na pół­noc od Ku

ABOY­AMI – ojciec

AYODELE – jego syn

CZA­ROW­NIK – nekro­manta z ludu Ku

ITAKI – wiedźma żyjąca nad rzeką

KAVA/ASANI – mło­dzie­niec z ludu Ku

LAM­PART – zmien­no­kształtny myśliwy, znany jesz­cze pod kil­koma innymi imio­nami

YUM­BOE – leśne skrzaty i opie­ku­no­wie dzieci

SAN­GOMA – anty­wiedźma

MINGI, a więc:

Żyra­fik

Dymka

Albi­no­sek

Kulek

Złą­czone Bliź­nięta

ASAN­BO­SAM – mię­so­żerny potwór

WÓDZ PLE­MIE­NIA GAN­GA­TOM

W MALA­KALU

AESI – kanc­lerz Kuasz Dary

BUN­SZI/POPELE – liengu, zmien­no­kształtna syrena

SOGO­LON – Wiedźma Księ­życa

SADOGO – ogo, jeden z moca­rzy, któ­rzy nie są olbrzy­mami

AMADU KASAU­URA – pan nie­wol­ni­ków

BIBI – jego sługa

NSAKA NE VAMPI – najem­nica

NYKA – najem­nik

FUMELI – łucz­nik Lam­parta

BELE­KUN WIELKI – czło­nek star­szy­zny

ADA­GA­DŻI MĄDRY – czło­nek star­szy­zny

AMAKI WYKRĘTNY – czło­nek star­szy­zny, któ­rego nikt nie zna

NUYA – kobieta opę­tana przez ptaka-bły­ska­wicę

BUL­TUN­DŻI – mści­cielki

ZOG­BANU – trolle, pier­wot­nie z Krwa­wych Bagien

VENIN – dziew­czyna cho­wana po to, aby być poży­wie­niem dla zog­banu

CZIP­FA­LAM­BULA – wielka ryba

GOMIDY – nie­kiedy miłe stwory leśne

EUELE – zły gomid

EGBERE – jego krew­niak, zły, kiedy głodny

ANDŻONU – duch Mrocz­nych Ziem, który czyta w ser­cach

SZA­LONY MAŁ­PI­SZON – obłą­kany mał­po­lud

W Kon­go­rze

BASU FUMAN­GURU – czło­nek star­szy­zny Pół­noc­nego Kró­le­stwa, zgła­dzony

JEGO ŻONA – zgła­dzona

JEGO SYNO­WIE – zgła­dzeni

SIE­DEM SKRZY­DEŁ – najem­nicy

KAFUTA – pan domo­stwa

PANI UADADA – wła­ści­cielka bur­delu

EKO­IYE – dziwka, który uwiel­bia cywet

BAWÓŁ – bar­dzo zmyślny bawół

ARMIA WODZA KON­GORU – miej­scowi kon­sta­ble

MOSSI Z AZARU – trzeci pre­fekt armii wodza Kon­goru

MAZAM­BEZI – pre­fekt

CZER­WONY OGO – kolejny ogo

NIE­BIE­SKI OGO – kolejny ogo

MISTRZ UCIECH – orga­ni­za­tor walk

LALA – jego nie­wol­nica

WIEDŹMY MAU­ANA – syreny ziemne, ina­czej liengu błotne

TOKO­LO­SZE – mały cho­chlik, który staje się nie­wi­dzialny

W Dolingo i Mueru

STA­RZEC – pan domu i griot z Połu­dnia

KRÓ­LOWA DOLINGO – jak stoi napi­sane

JEJ KANC­LERZ

MAŁY NIE­WOL­NIK

BIALI UCZENI – namrocz­niejsi nekro­manci i alche­micy

ZŁY IBE­DŻI – nie­wy­da­rzony bliź­niak

DŻA­KUU – biały straż­nik króla Batuty

IPUN­DULU – wam­pir, ptak-bły­ska­wica

SASA­BON­SAM – skrzy­dlaty brat Asan­bo­sama

ADZE – wam­pir i rój robac­twa

ELOKO – tra­wia­sty troll i ludo­jad

LIS­SI­SOLO Z AKU­MÓW – sio­stra Kuasz Dary, mniszka boskiego sto­wa­rzy­sze­nia sióstr

SKRZY­DŁO­CIE­NIE – nocne demony, które służą Aesiemu

W Mitu

IKEDE – griot z Połu­dnia

KAMANGU – syn

NIGULI – syn

KOSU – syn

LOEMBE – syn

NKANGA – syn

CHAM­SIN – córka

W Malan­gice i Połu­dnio­wym Kró­le­stwie

MŁODA WIEDŹMA

KUPIEC

JEGO ŻONA

ICH SYN

KAMI­KU­AYO – biały uczony prze­mie­niony w potwora

PIES, KOT, WILK I LIS

1

Dziecko nie żyje. Nie ma potrzeby wie­dzieć nic wię­cej.

Mówią, że na połu­dniu jest kró­lowa, która zabija posłańca przy­no­szą­cego złe wie­ści. Czy pod­pi­suję więc wyrok na sie­bie, gdy gło­szę nowinę o śmierci chłopca? Prawda pożera kłam­stwo, jak kro­ko­dyl pożera księ­życ, a moje świa­dec­two będzie dziś takie samo jak jutro. Nie, nie ja go zabi­łem. Choć życzył­bym mu śmierci. Pra­gną­łem jej jak żar­łok koź­liny. Och, napiąć łuk i strze­lić wprost w jego czarne serce, zoba­czyć, jak try­ska czarną krwią, zoba­czyć, jak prze­staje mru­gać oczami i patrzy, ale już nie widzi, słu­chać, jak char­ko­cze, sły­szeć, jak w piersi mu rzęzi ago­nia i jak mówi, patrz­cie, mój nie­szczę­sny duch opusz­cza to naj­bar­dziej nie­szczę­sne ciało, uśmiech­nąć się na taką nowinę, zatań­czyć z rado­ści nad taką stratą. Och, jakże pła­wię się w tej pysze. Ale nie, nie ja go zabi­łem.

Bi odżu ri enu a pamo.

Nie o wszyst­kim, co widzi oko, winny opo­wie­dzieć usta.

Ta cela jest więk­sza od poprzed­niej. Czuję woń zakrze­płej krwi zgła­dzo­nych ludzi; sły­szę krzyki ich duchów. W waszym chle­bie miesz­kają chrząsz­cze, w waszej wodzie miesz­kają szczyny dzie­się­ciu i dwóch straż­ni­ków i kozy, którą ruchają oni dla ucie­chy. Opo­wie­dzieć ci histo­rię?

Jestem czło­wie­kiem przez nie­któ­rych zwa­nym wil­kiem. Dziecko nie żyje. Wiem, że sta­ru­cha przy­nio­sła ci inne wie­ści. Okrzyk­nij­cie go mor­dercą, mówi. Choć mój jedyny smu­tek to tylko, że jej nie zabi­łem. Rudo­włosa powie­działa, że głowę dziecka nawie­dzały dia­bły. Jeśli wie­rzysz w dia­bły. Ja wie­rzę w złą krew. Wyglą­dasz na czło­wieka, który ni­gdy nie prze­lał niczy­jej krwi. A jed­nak krew klei ci palce. Chło­piec, któ­re­goś obrze­zał, dziew­czynka za mała dla two­jego wiel­kiego… Popatrz, jak drżysz z ucie­chy. Spójrz na sie­bie.

Opo­wiem ci histo­rię.

Zaczyna się od Lam­parta.

I wiedźmy.

Wielki inkwi­zy­to­rze.

Kapła­nie fety­szowy.

Nie, nie wezwiesz straż­ni­ków.

Być może moje usta powie­dzą za dużo, zanim tamci zawrą mi je pał­kami.

Przyj­rzyj się sobie. Czło­wiek z dwu­stoma kro­wami, co roz­ko­szuje się skraw­kiem chło­pię­cej skórki i pipką dziew­czynki, która nie powinna być kobietą żad­nego męż­czy­zny. Bo tego wła­śnie pra­gniesz, czy nie tak? Małej mrocz­nej rze­czy, któ­rej nie znaj­dziesz w trzy­dzie­stu wor­kach złota ani u dwu­stu krów, ani dwu­stu żon. Pra­gniesz tego, co utra­ci­łeś – nie, co ci ode­brano. Tego świa­tła, widzisz i pra­gniesz – świa­tła nie od słońca ani od boga gro­mów na noc­nym nie­bie, lecz świa­tła bez skazy, świa­tła w chłopcu, który nie zaznał kobiety, w dziew­czynce, którą kupi­łeś z myślą o ożenku, ale nie dla­tego, że potrze­bu­jesz żony, bo prze­cież masz dwie­ście krów, ale po to, żeby mieć żonę, którą możesz roz­po­ło­wić, bo tego świa­tła szu­kasz w dziu­rach, czar­nych, mokrych, nie­wy­ro­śnię­tych, świa­tła, za któ­rym uga­niają się wam­piry, i będziesz je miał, wystro­jone w rytuał, obrze­za­nie dla chłopca, kon­su­ma­cja dla dziew­czynki, a gdy uto­czysz z nich krew, ślinę, spermę i szczyny, ponie­siesz to na swo­jej skó­rze, żeby pójść do drzewa iroko i wyko­rzy­stać byle dziurę, co tam znaj­dziesz.

Dziecko nie żyje i tak samo wszy­scy inni.

Wędro­wa­łem długo pośród trzę­sa­wisk much na Krwa­wych Bagnach i skał o ostrych kra­wę­dziach na sol­ni­skach, dniem i nocą. Dotar­łem na połu­dnie aż do Omo­roro, nic nie wie­dzia­łem, nie dba­łem o nic. Ludzie wię­zili mnie jako żebraka, brali za zło­dzieja, tor­tu­ro­wali jako zdrajcę, a gdy wieść o śmierci dziecka dosię­gła two­jego kró­le­stwa, aresz­to­wali jako zabójcę. Wiesz, że w mojej celi sie­działo pię­ciu innych? Cztery dni temu. Chu­sta na mojej szyi nale­żała do tego, który jako jedyny opu­ścił celę o wła­snych siłach. Być może pew­nego dnia znów doj­rzy świat pra­wym okiem.

A pozo­stali? Zako­no­tuj sobie, co mówię.

Sta­rzy ludzie powia­dają, że noc jest głup­cem. Nie osą­dza, ale też nie ostrzeże, kiedy coś nad­cho­dzi. Pierw­szy zakradł się do mojego posła­nia. Obu­dziło mnie wła­sne przed­śmiertne rzę­że­nie, bo ten tam dła­wił mi gar­dło. Niż­szy niż ogo, ale wyż­szy od konia. Śmier­dział, jakby zaszlach­to­wał kozę. Chwy­cił mnie za szyję i pod­niósł do góry, a pozo­stali mil­czeli. Chcia­łem ode­rwać jego palce, ale demona miał w uści­sku. Kopa­łem go w pierś i czu­łem, że kopię w głaz. Trzy­mał mnie w powie­trzu, jakby podzi­wiał dro­go­cenny klej­not. Ude­rzy­łem go kola­nem w szczękę tak mocno, że zęby roz­pła­tały mu język. Puścił mnie, zaszar­żo­wa­łem jak byk, ata­ku­jąc jądra. Upadł, zła­pa­łem jego nóż, ostry jak brzy­twa, i pode­rżną­łem mu gar­dło. Drugi chwy­cił mnie za ramiona, ale byłem nagi i śli­ski. Nóż – mój nóż – wbi­łem mu mię­dzy żebra i usły­sza­łem syk serca. Trzeci wywi­jał pię­ściami i sto­pami, jak nocna mucha, świsz­czał jak moskit. Pięść zaci­sną­łem, a potem wysta­wi­łem dwa palce jak kró­li­cze uszy. Dźgną­łem go szybko w lewe oko i wydłu­ba­łem wszystko na wierzch. Wrza­snął. Patrząc, jak z krzy­kiem szuka oka na pod­ło­dze, zapo­mnia­łem o pozo­sta­łych dwóch. Ten gru­bas z tyłu wziął zamach, ja zro­bi­łem unik, potknął się, upadł, sko­czy­łem, chwy­ciłem kamień słu­żący mi za poduszkę i grzmo­ci­łem go w głowę tak długo, aż twarz zaśmier­działa mu mię­sem.

Ostatni był chłop­cem. Roz­pła­kał się. Był nazbyt roz­dy­go­tany, żeby bła­gać o litość. Powie­dzia­łem mu, żeby w przy­szłym życiu był męż­czy­zną, bo w tym jest wart mniej niż robak, i wbi­łem mu nóż w szyję. Krew szyb­ciej niż kolana dotknęła pod­łogi. Pół­śle­pemu daro­wa­łem życie, bo potrze­bu­jemy opo­wie­ści, żeby żyć, czy nie tak, kapła­nie? Inkwi­zy­to­rze. Nie wiem, jak cię zwać.

Ale to nie byli twoi ludzie. Dobrze. Nie masz pie­śni śmierci do zaśpie­wa­nia wdo­wom po tych czte­rech.

Przy­sze­dłeś po opo­wieść, a mnie nagli do opo­wia­da­nia, więc bogo­wie uśmiech­nęli się do nas obu.

Był pewien kupiec w Pur­pu­ro­wym Mie­ście, który mówił, że stra­cił żonę. Zagi­nęła z pię­cioma zło­tymi pier­ście­niami, dzie­się­cioma i dwiema parami kol­czy­ków, dwu­dzie­stoma i dwiema bran­so­let­kami i dwu­dzie­stoma bez jed­nej obrę­czami na kostki. Mówią, że masz nos do odnaj­dy­wa­nia tego, co ina­czej pozo­sta­łoby zagi­nione, powie­dział. W latach zbli­ża­łem się do dwu­dziestki, od dawna wygnany z ojcow­skiego domu. Tam­ten myślał, że ze mnie jakiś ogar, odpar­łem jed­nak, że tak, mówią o mnie, że mam nos. Rzu­cił mi bie­li­znę żony. Woń była tak słaba, że pra­wie wywie­trzała. Może kobieta prze­czuła, że pew­nego dnia ludzie będą ją tro­pić, bo miała chatę w trzech wio­skach i nikt nie wie­dział, w któ­rej mieszka. W każ­dej cha­cie była dziew­czyna, która wyglą­dała tak samo jak ona, a nawet odpo­wia­dała na jej imię. Dziew­czyna w trze­cim domu zapro­siła mnie do środka i wska­zała sto­łek, bym usiadł. Spy­tała, czy chcę pić, i się­gnęła po dzban z piwem z masuku, jesz­cze zanim przy­tak­ną­łem. Przy­po­mnę ci, że oczy u mnie zwy­kłe, tylko nos mam inny, tak mówią. Kiedy więc przy­nio­sła kubek z piwem, wyczu­łem tru­ci­znę, którą wlała, tru­ci­znę żon zwaną śliną kobry, co traci smak, gdy roz­pu­ścić ją w wodzie. Dała mi kubek, a jak go wzią­łem, chwy­ci­łem ją za rękę i wykrę­ci­łem do tyłu. Przy­sta­wi­łem jej kubek do ust i wci­sną­łem na siłę kra­wędź mię­dzy zęby. Łzy spły­nęły jej po policz­kach, a ja odsu­ną­łem dłoń.

Zabrała mnie do swo­jej pani, która miesz­kała w cha­cie nad rzeką. Mąż bił mnie tak mocno, że dzie­ciątko ze mnie wypa­dło, powie­działa kobieta. Mam pięć zło­tych pier­ścieni, dzie­sięć i dwie pary kol­czy­ków, dwa­dzie­ścia i dwie bran­so­lety i dwa­dzie­ścia bez jed­nej obrę­cze na kostki, które ci dam, wraz z jedną nocą w moim łożu. Wzią­łem cztery obrę­cze i zabra­łem ją do męża, bo bar­dziej pra­gną­łem jego pie­nią­dza niż jej bły­sko­tek. A potem powie­dzia­łem jej, żeby kazała dziew­czy­nie w trze­ciej cha­cie uwa­rzyć mu piwa z masuku.

Druga opo­wieść.

Pew­nego wie­czoru mój ojciec wró­cił do domu, pach­nąc rybaczką. Miał na sobie jej woń, tak samo drew­nianą plan­szę bao na ramie­niu. I krew obcego męż­czy­zny. Sta­nął prze­ciw binga, mistrzowi bao, i prze­grał. Binga zażą­dał jego wygra­nych, a ojciec chwy­cił plan­szę i roz­trza­skał mu ją na czole. Powie­dział, że był w gospo­dzie daleko stąd, żeby pić, pod­szczy­py­wać kobiety i grać w bao. Mój ojciec walił i walił, aż tam­ten prze­stał się ruszać, potem wyszedł z gospody. Ale nie miał na sobie odoru potu, kurzu ani woni piwa w chu­chu, nic. Nie był w gospo­dzie, tylko w norze mni­cha opiu­mi­sty.

Wró­cił więc ojciec i zawo­łał mnie ze spi­chle­rza, w któ­rym miesz­ka­łem, bo wtedy już prze­pę­dził mnie z domu.

– Chodź, synu mój – powie­dział. – Zagraj ze mną w bao.

Plan­sza leżała na pod­ło­dze. Bra­ko­wało wielu kulek. Za mało na dobrą par­tię. Ale ojciec nie chciał grać, tylko wygrać.

Z pew­no­ścią znasz bao, kapła­nie, a skoro nie, to muszę ci wyja­śnić. Cztery rzędy po osiem otwo­rów, każdy gracz ma dwa rzędy. Trzy­dzie­ści dwa ziarna dla każ­dego gra­cza, ale było mniej, nie pamię­tam ile. Każdy wkłada sześć zia­ren w otwór nyumba, ale ojciec zagrał ośmioma. Spy­tał­bym, ojcze, czy grasz sty­lem połu­dnio­wym, osiem zamiast sze­ściu? Ale kiedy ojciec może ude­rzyć pię­ścią, wtedy nie odpo­wiada, a bił mnie za mniej niż to. Za każ­dym razem, gdy wkła­da­łem ziarno, mówił „prze­chwyt” i mi je zabie­rał. Lecz był spra­gniony napitku i zawo­łał o wino pal­mowe. Moja matka przy­nio­sła mu wodę, a on pocią­gnął ją za włosy, ude­rzył dwa razy w twarz i powie­dział: do zachodu słońca twoja skóra wyzbę­dzie się tych śla­dów. Matka odmó­wiła mu rado­ści z jej łez, wyszła tylko i wró­ciła z winem. Wącha­łem w poszu­ki­wa­niu tru­ci­zny i nie dał­bym po sobie poznać, gdyby była. Ale kiedy ojciec bił matkę za to, że używa cza­rów, by opóź­nić swoje sta­rze­nie albo przy­śpie­szyć jego, wtedy prze­ga­pił grę. Roz­sia­łem swoje ziarna, dwa w otwór na samym końcu plan­szy, i prze­ją­łem jego kulki. To mu się nie spodo­bało.

– Prze­nio­słeś grę na etap mta­dżi – powie­dział.

– Nie, dopiero zaczę­li­śmy – odpar­łem.

– Jak śmiesz odzy­wać się do mnie bez sza­cunku? Mów „ojcze”, gdy się do mnie zwra­casz.

Nie odpo­wie­dzia­łem, tylko zablo­ko­wa­łem go na plan­szy.

W środ­ko­wym rzę­dzie nie zostało mu żadne ziarno i nie mógł już wyko­nać ruchu.

– Oszu­ki­wa­łeś – rzekł. – Po two­jej stro­nie jest wię­cej niż trzy­dzie­ści dwie kulki.

– Albo ośle­płeś od wina, albo nie umiesz liczyć – odrze­kłem. – Rzu­ca­łeś ziarna, a ja je prze­chwy­ci­łem. Ja roz­sia­łem ziarna po całym swoim rzę­dzie i zbu­do­wa­łem mur, któ­rego nie prze­ła­miesz, bo nic ci nie zostało.

Ude­rzył mnie pię­ścią w usta, zanim zdą­ży­łem powie­dzieć choćby słowo wię­cej. Spa­dłem ze stołka, a ojciec chwy­cił plan­szę, żeby mnie nią grzmot­nąć, jak grzmot­nął tam­tego binga. Lecz był pijany i powolny, a ja pod­glą­da­łem mistrzów ngolo przy prak­ty­ko­wa­niu rze­mio­sła wojen­nego nad rzeką. Zamach­nął się plan­szą, roz­sy­pu­jąc ziarna po nie­bie. Zro­bi­łem trzy­krot­nie wywrotkę do tyłu na podo­bień­stwo tam­tych i przy­kuc­ną­łem niby przy­cza­jony gepard. Ojciec roz­glą­dał się za mną, jak­bym znik­nął.

– Wyłaź, tchó­rzu – powie­dział. – Tchórz jesteś jak twoja matka. Dla­tego wła­śnie radość mi spra­wia, gdy ją upa­dlam. Naj­pierw zbiję cie­bie, potem zbiję ją za to, że cię wycho­wała, i zosta­wię ślad, żeby­ście oboje pamię­tali, że wycho­wała syna na kochankę męż­czyzn.

Wście­kłość jest chmurą, która opróż­nia mi umysł i czerni serce. Ska­ka­łem, wywi­ja­jąc nogami w powie­trzu, za każ­dym razem wyżej.

– A teraz fika jak byle małpa – rzekł.

Zaata­ko­wał mnie, ale już wyro­słem z chło­pięc­twa. Natar­łem w małym domu, zanur­ko­wa­łem, stopy zamie­ni­łem na ręce, pod­rzu­ci­łem ciało, zawi­ro­wa­łem jak koło, z nogami w powie­trzu, obró­ci­łem się w jego kie­runku i zamkną­łem w uchwy­cie łydki na jego szyi, oba­la­jąc go gwał­tow­nie na zie­mię. Wyrżnął głową tak mocno, że matka na dwo­rze usły­szała huk. Z wrza­skiem wpa­dła do środka.

– Odstąp od niego, dziecko – powie­działa. – Ścią­gną­łeś zgubę na nas oboje.

Spoj­rza­łem na nią i splu­ną­łem. Potem odsze­dłem.

Histo­ria ta ma dwa zakoń­cze­nia. W pierw­szym prze­wra­cam ojca, nogi zaci­śnięte na szyi łamią mu kark. Kona na miej­scu, a matka daje mi pięć kauri i sorgo zawi­nięte w liść pal­mowy i odsyła z domu. Mówię jej, że odejdę bez niczego, co było wła­sno­ścią ojca, nawet bez odzie­nia.

W dru­gim zakoń­cze­niu nie łamię mu karku, ale pada­jąc, i tak roz­bija sobie głowę o zie­mię i krwawi. Budzi się jako imbe­cyl. Matka daje mi pięć kauri i sorgo zawi­nięte w liść bana­nowca i mówi: opuść ten dom, wszy­scy twoi wujo­wie są gorsi od niego.

Moje imię było wła­sno­ścią ojca, więc porzu­ci­łem je w progu domo­stwa. Ubie­rał się w ładne szaty, jedwa­bie z krain, któ­rych ni­gdy nie widział, nosił san­dały od ludzi, któ­rzy winni mu byli pie­niądz, wszystko, byle zapo­mnieć, że pocho­dził z ple­mie­nia w doli­nie rzeki. Opu­ści­łem dom ojca mego, nie chcąc mieć nic, co by mi go przy­po­mi­nało. Stary oby­czaj mnie wzy­wał, zanim jesz­cze odsze­dłem, chcia­łem pozbyć się wszyst­kich ele­men­tów stroju. Chcia­łem cuch­nąć jak męż­czy­zna, roz­ta­czać smród i odór, a nie woń pach­ni­deł miesz­czek i eunu­chów. Ludzie patrzyli na mnie z pogardą zastrze­żoną dla miesz­kań­ców bagnisk. Wcho­dzi­łem do mia­sta albo alkie­rza, z głową wysu­niętą do przodu jak dumny zwierz. Lew nie potrze­buje szat, tak samo kobra. Wędro­wa­łem do Ku, skąd pocho­dził mój ojciec, cho­ciaż nie zna­łem drogi.

Tro­pi­ciel moim imie­niem. W prze­szło­ści mia­łem inne, ale dawno je zapo­mnia­łem.

Trze­cia opo­wieść.

Kró­lowa wła­da­jąca na zacho­dzie powie­działa, że sowi­cie mnie wyna­gro­dzi, jeśli odnajdę jej króla. Dwo­rza­nie myśleli, że postra­dała zmy­sły, bo król nie żył, uto­nął przed pię­cioma laty, ale ja bez trudu odnaj­duję umar­łych. Wzią­łem zapłatę z góry i wyru­szy­łem tam, gdzie żyją topielcy.

Sze­dłem i sze­dłem, aż napo­tka­łem sta­ru­chę nad rzeką, sie­działa z dłu­gim kijem na brzegu. Włosy na skro­niach posi­wiałe, głowa u góry łysa. W twa­rzy bruzdy jak ścieżki wydep­tane w lesie, żółte zęby zwia­sto­wały cuch­nący oddech. Legenda głosi, że wstaje co rano młoda i piękna, w połu­dnie roz­kwita w pełni dorodna, z zapad­nię­ciem zmierz­chu zmie­nia się w zgrzy­białą sta­ru­chę i umiera o pół­nocy, żeby naro­dzić się na powrót w nowej godzi­nie. Garb z ple­ców wyra­stał nad głowę, ale w oczach miała iskierki, więc umysł bystry. Ryby pod­pły­wały do samego końca kija, ale nie bli­żej.

– Po coś tu przy­szedł? – spy­tała.

– Bo to droga do Monono – odpar­łem.

– Po coś tu przy­szedł? Ty, żywy czło­wiek.

– Życie to miłość, a miło­ści we mnie nie zostało. Miłość ze mnie wycie­kła, popły­nęła do rzeki takiej jak ta.

– Nie miłość stra­ci­łeś, ale ród swój. Pozwolę ci przejść. Lecz gdy legnę z męż­czy­zną, żyję bez umie­ra­nia przez sie­dem­dzie­siąt księ­ży­ców.

Tak oto wyru­cha­łem sta­ru­chę. Leżała na wznak obok rzeki, ze sto­pami w wodzie, sama skóra i kości, ale byłem prężny i pełen wigoru. Coś pły­wało mię­dzy moimi nogami, czu­łem jakby ryby. Dotknęła dło­nią mojej piersi i białe paski nary­so­wane gliną prze­mie­niły się w fale wokół serca. Wbi­łem się w nią, roz­stro­jony jej mil­cze­niem. W mroku czu­łem, że młod­nieje, cho­ciaż się sta­rzała. Pło­mień roz­go­rzał we mnie, się­gnął koniusz­ków pal­ców i koniuszka tkwią­cego w jej środku. Powie­trze gro­ma­dziło się dokoła wody, woda gro­ma­dziła się dokoła powie­trza, a ja wrza­sną­łem i wysu­ną­łem się i try­sną­łem desz­czem na jej brzuch, ramiona i piersi. Dygot tar­gnął mną pięć razy. Na­dal była sta­ru­chą, ale nie czu­łem gniewu. Zgar­nęła mój deszcz z sie­bie i strzą­snęła go do rzeki. Ryby natych­miast wysko­czyły z wody i dały nura, znów wysko­czyły. Była to noc, kiedy ciem­ność pożarła księ­życ, ale ryby miały w sobie świa­tło. Miały kobiece głowy, ręce i piersi.

– Podą­żaj ich śla­dem – powie­działa sta­ru­cha.

Podą­ża­łem więc, dzień, noc, kolejny dzień. Nie­kiedy woda była nisko do kostek. Kiedy indziej wysoko po szyję. Obmyła mnie z całej bieli, oszczę­dza­jąc tylko twarz. Kobiety-ryby, ryby-kobiety wio­dły mnie rzeką przez dłu­gie dni, aż dotar­li­śmy do miej­sca, któ­rego opi­sać nie umiem. Była to albo ściana wody, która stała twardo, choć mogłem prze­pchnąć rękę na wylot, albo rzeka wygięła się i mogłem dalej iść, doty­ka­jąc sto­pami ziemi, ciało wypro­sto­wane, bez upadku.

Cza­sem jedyna droga naprzód pro­wa­dzi na drugą stronę. Więc prze­sze­dłem. Nie bałem się.

Nie potra­fię powie­dzieć, czy prze­sta­łem oddy­chać, czy oddy­cha­łem pod wodą. Wędro­wa­łem dalej. Oto­czyły mnie ryby rzeczne, jakby chciały pytać, co mam za sprawę. Sze­dłem, woda dokoła roz­plą­ty­wała mi włosy, obmy­wała ręce od dołu. A potem natkną­łem się na coś, czego nie widzia­łem w żad­nym kró­le­stwie. Zamek na pustym polu trawy, posta­wiony z kamie­nia, wysoki na dwie, trzy, cztery, pięć, sześć kon­dy­gna­cji. Na każ­dym rogu wieża przy­kryta kopułą, też kamienna. Na każ­dym pozio­mie okna wykute w kamie­niu, a pod nimi pod­łoga ze zło­tymi porę­czami zwana tara­sem. Z zamku cią­gnął się kory­tarz łączący go z inną budowlą i kolejny kory­tarz łączący ją z inną budowlą, stały więc cztery zamki spięte w kwa­drat.

Żaden z zam­ków nie był tak ogromny jak pierw­szy, a ostatni popadł w ruinę. Woda zni­kła, pozo­sta­wia­jąc kamie­nie, trawę i niebo, aż nie da się opo­wie­dzieć. Jak okiem się­gnąć cią­gnęły się drzewa w jed­nej linii, ogrody na pla­nie kwa­dratu, kwiaty w krę­gach. Nawet bogo­wie nie mają takich ogro­dów. Minęło połu­dnie i w kró­le­stwie było pusto. Wie­czo­rem, który nad­szedł rychło, wiatr się zerwał i podmu­chy trą­cały mnie bru­tal­nie jak gru­basy w pośpie­chu. O zacho­dzie słońca na widoku poja­wili się męż­czyźni, kobiety i zwie­rzęta, uka­zu­jąc się w cie­niu, prze­pa­da­jąc w ostat­nich pro­mie­niach świa­tła, znowu uka­zu­jąc. Usia­dłem na stop­niach przed naj­więk­szym zam­kiem i patrzy­łem na to, gdy słońce umy­kało przed mro­kiem. Męż­czyźni, idący obok kobiet, i dzieci, które wyglą­dały jak męż­czyźni, i kobiety, które wyglą­dały jak dzieci. I męż­czyźni nie­bie­scy, i kobiety zie­lone, i dzieci żółte, z czer­wo­nymi oczami i skrze­lami w szy­jach. I stwory o wło­sach z trawy, i konie o sze­ściu nogach, i stada jed­no­roż­ców o zebrzych kopy­tach, oślim grzbie­cie i z rogiem noso­rożca na czole, bie­gnące z kolej­nymi dziećmi.

Żółte dzie­cię pode­szło do mnie i spy­tało:

– Jak się tu zna­la­złeś?

– Prze­sze­dłem przez rzekę.

– Itaki ci pozwo­liła?

– Nie znam żad­nej Itaki, tylko starą kobietę, która pach­nie mchem.

Żółte dziecko zmie­niło się w czer­wone, a jego oczy zbie­lały. Przy­szli rodzice i zabrali malca. Wsta­łem i wsze­dłem po scho­dach na dwa­dzie­ścia kro­ków w głąb zamku, gdzie śmiało się i roz­ma­wiało, i plot­ko­wało jesz­cze wię­cej męż­czyzn, kobiet, dzieci i zwie­rząt. Na końcu sieni była ściana kase­to­nów z woj­nami i wojow­ni­kami odla­nymi w brą­zie i roz­po­zna­łem jedną jako bitwę o środ­kowy kraj, w któ­rej pole­gło cztery tysiące ludzi, i inną jako bitwę pół­śle­pego księ­cia, który popro­wa­dził całą swoją armię w prze­paść z urwi­ska postrze­ga­nego jako wzgó­rze. Pod ścianą stał tron z brązu, który spra­wiał, że sie­dzący na nim męż­czyzna wyglą­dał jak małe dziecko.

– To nie są oczy bogo­boj­nego czło­wieka – rzekł.

Wie­dzia­łem, że jest to król, bo któż inny mógł to być?

– Przy­sze­dłem, żeby zabrać cię z powro­tem do żywych – odpar­łem.

– Sły­szano o tobie nawet na zie­miach umar­łych, Tro­pi­cielu. Ale na próżno poświę­ci­łeś czas i ryzy­ko­wa­łeś życie. Nie ma powodu, aby wra­cać, nie ma powodu dla mnie, nie ma powodu dla cie­bie.

– U mnie nie ma powodu do niczego. Odnaj­duję to, co ludzie stra­cili, a twoja kró­lowa stra­ciła cie­bie.

Król się roze­śmiał.

– Tutaj jeste­śmy w Monono, ty jedyna żywa dusza, a jed­nak naj­bar­dziej mar­twa na całym moim dwo­rze.

Inkwi­zy­to­rze, pra­gnę, aby ludzie pojęli, że nie mam czasu na takie roz­prawy. O nic nie wal­czę, o nic się nie spie­ram, nie należy więc mar­no­wać mojego czasu na takie zwady. Zacznij wywi­jać pię­ścią, to ci ją wyrwę z prze­gubu. Zacznij wywi­jać jęzo­rem, to ci go wytnę z ust.

Król nie miał straży w sali tro­no­wej, ruszy­łem więc ku niemu, patrząc na tłum na mnie patrzący. Nie był poru­szony ani zlęk­niony, miał puste obli­cze, które mówiło: wła­śnie tak musi się stać. Cztery stop­nie pro­wa­dziły na pod­wyż­sze­nie, na któ­rym stał tron. U stóp króla dwa lwy, tak nie­po­ru­szone, że wciąż nie wie­dzia­łem, czy to krew i kości, duch czy kamień. Miał okrą­głą twarz z pod­bród­kiem wyglą­da­ją­cym spod pod­bródka, duże czarne oczy, pła­ski nos z dwoma pier­ście­niami i wąskie wargi, jakby wschod­nia krew pły­nęła w jego żyłach. Nosił złotą koronę na bia­łej chu­ście, pod którą ukrył włosy, biały płaszcz ze srebr­nymi pta­kami i pur­pu­rowy śli­niak nad szatą, obla­mo­wany złotą nicią. Zgar­nął­bym tego króla jed­nym pal­cem.

Pod­sze­dłem wprost do tronu. Lwy nie drgnęły. Dotkną­łem mosięż­nego pod­ło­kiet­nika, wyrzeź­bio­nego jak lwia łapa, a wtedy nade mną prze­to­czył się grzmot, ciężki, powolny, czarne brzmie­nie, które pozo­sta­wiło swąd zgni­li­zny na wie­trze. Ale u sufitu nic. Wciąż patrzy­łem do góry, gdy król wbił mi szty­let w dłoń tak mocno, że ostrze wdarło się w pod­ło­kiet­nik, przy­gważ­dża­jąc rękę.

Wrza­sną­łem. Zaśmiał się i roz­siadł wygod­nie.

– Może ci się zdaje, że zaświaty dotrzy­mują obiet­nicy bycia kra­iną wolną od bólu i cier­pie­nia, ale to obiet­nica zło­żona wyłącz­nie umar­łym – powie­dział.

Nikt inny nie zawtó­ro­wał śmie­chem kró­lowi, ale patrzyli.

Przy­glą­dał mi się podejrz­li­wie, gła­dząc się po pod­bródku, a ja chwy­ci­łem za szty­let i wycią­gną­łem, sły­sząc wła­sne wycie. Król pod­sko­czył, gdy go chwy­ci­łem, ale tylko wbi­łem ostrze w połę płasz­cza i odcią­łem kawa­łek. Śmiał się, kiedy opa­trzy­łem sobie dłoń. Ude­rzy­łem go pię­ścią pro­sto w twarz i dopiero wtedy przez tłum prze­biegł pomruk. Usły­sza­łem zbli­ża­jące się śmier­cio­no­śne kroki i się odwró­ci­łem. Tłum przy­sta­nął. Nie, został powstrzy­many. Puste twa­rze, ani gniew na nich, ani strach. A potem wszy­scy odsko­czyli jak jedna istota, patrząc na króla za moimi ple­cami, który wstał, w ręku ści­ska­jąc zakrwa­wioną lwią łapę. Rzu­cił nią do góry, pod sam sufit, a tłum wes­tchnął. Łapa nie spa­dła. Nie­któ­rzy z tyłu zaczęli ucie­kać. Inni krzy­czeli, inni wyli. Męż­czy­zna tra­to­wał kobietę tra­tu­jącą dziecko. Król wciąż się śmiał. Potem zaskrzy­piało, zachro­bo­tało, zgrzyt­nęło, jakby bogo­wie nieba roz­łu­py­wali dach. Omo­luzu, powie­dział ktoś.

– Posma­ko­wali two­jej krwi, Tro­pi­cielu. Omo­luzu już na zawsze będą podą­żać twoim śla­dem.

Chwy­ci­łem króla za rękę i ją roz­pła­ta­łem. Buczał jak dziew­czę znad rzeki, ale wtedy sufit zaczął się poru­szać, wyda­jąc odgłosy, jakby pękał, kru­szył się i syczał, a prze­cież pozo­stał w cało­ści. Dłoń króla trzy­ma­łem nad swoją, zbie­ra­jąc w niej jego krew, a on pró­bo­wał bić i bok­so­wać jak mały chło­piec, szar­pał się. Gdy rzu­ci­łem kró­lew­ską krew w powie­trze, z sufitu wyło­niła się pierw­sza postać.

– Los nas obu teraz połą­czony – powie­dzia­łem.

Uśmiech spły­nął z jego twa­rzy, szczęka opa­dła, oczy wyla­zły na wierzch. Ścią­gną­łem króla po stop­niach, a sufit dud­nił i trzesz­czał. Wypeł­zali z niego ludzie czarni na ciele, czarni na twa­rzach, czarni tam, gdzie oczy być powinny, jak ludzie wypeł­za­jący z nor. Gdy się pro­sto­wali, stali na sufi­cie, jak my sta­li­śmy na pod­ło­dze. Z omo­luzu try­skały klingi świa­tła, ostre jak mie­cze i kop­cące jak węgiel tra­wiony pło­mie­niami. Król uciekł z wrza­skiem, pozo­sta­wiw­szy swój miecz.

Natarli. Pobie­głem, sły­sząc, jak zeska­kują z sufitu. Jeden hyc­nął, ale nie spadł na pod­łogę, tylko wylą­do­wał z powro­tem na sufi­cie, jak­bym to ja stał do góry nogami. Bie­głem na zewnętrzny dzie­dzi­niec, lecz dwaj mnie wyprze­dzili. Zesko­czyli i zamach­nęli się mie­czami. Moja włócz­nia powstrzy­mała oba ciosy, ale ich siła zbiła mnie z nóg. Jeden natarł z wprawą fech­mi­strza. Zro­bi­łem unik w lewo, ucie­ka­jąc przed ostrzem, i wbi­łem mu włócz­nię pro­sto w pierś. Grot zagłę­bił się powoli jak w gęstą smołę. Tam­ten odsko­czył, zabie­ra­jąc ze sobą mój oręż. Chwy­ci­łem kró­lew­ski miecz. Dwaj z tyłu zła­pali mnie za kostki i unie­śli pod sufit, gdzie czerń kotło­wała się jak morze nocą. Cią­łem mie­czem ciem­ność, odrą­by­wa­łem koń­czyny, spa­dłem w końcu na pod­łogę jak kot. Inny chciał mnie zła­pać za rękę, ale to ja go chwy­ci­łem i pocią­gną­łem na zie­mię, gdzie znik­nął jak dym. Drugi zaata­ko­wał z boku, uchy­li­łem się, lecz ostrzem dosię­gnął mi ucha i zapie­kło. Odwró­ci­łem się, skrzy­żo­wa­li­śmy mie­cze, iskry try­snęły w mroku. Wzdry­gnął się. Rękoma i nogami poru­sza­łem jak mistrz ngolo. Tur­la­łem się i toczy­łem, dło­nie nad sto­pami nad dłońmi, aż odna­la­złem swoją włócz­nię, w pobliżu zewnętrz­nego kręgu kom­nat. Paliło się wiele pochodni. Dobie­głem do pierw­szej i umo­czy­łem włócz­nię w oli­wie i ogniu. Dwaj omo­luzu znaj­do­wali się w górze nade mną. Usły­sza­łem, jak szy­kują mie­cze, żeby mnie roz­pła­tać na pół. Sko­czy­łem z pło­nącą włócz­nią i prze­bi­łem ich obu. Jeden i drugi buch­nęli ogniem, który roz­lał się po sufi­cie. Omo­luzu poszli w roz­sypkę.

Pobie­głem przez zewnętrzną kom­natę, kory­ta­rzem, przez drzwi. Na dwo­rze księ­życ roz­sie­wał słaby blask, świa­tło zza zamglo­nego szkła. Mały, gruby król nawet nie ucie­kał.

– Omo­luzu poja­wiają się tam, gdzie jest dach – powie­dział. – Nie potra­fią cho­dzić po otwar­tym nie­bie.

– Twoja żona roz­mi­łuje się w tej opo­wie­ści.

– Co ty możesz wie­dzieć o miło­ści kogoś do kogo­kol­wiek?

– Idźmy.

Pocią­gną­łem go za sobą, ale był jesz­cze jeden kory­tarz, długi na może pięć­dzie­siąt kro­ków. Zro­bi­li­śmy pięć i dach znów się roz­stą­pił. Po dzie­się­ciu naszych kro­kach już bie­gli u góry tak samo szybko jak my po pod­ło­dze, a mały, gruby król zosta­wał w tyle. Kolejne dzie­sięć i pięć kro­ków i uchy­li­łem się przed mie­czem wznie­sio­nym nad moją głową, który strą­cił kró­lowi koronę. Po tych dzie­się­ciu i pię­ciu stra­ci­łem rachubę. W poło­wie kory­tarza chwy­ci­łem pochod­nię i rzu­ci­łem ją w sufit. Jeden z omo­luzu buch­nął pło­mie­niem i runął, ale zanim spadł na pod­łogę, roz­pły­nął się w dymie. Znowu wypa­dli­śmy na dwór. W oddali była brama, z kamien­nym łukiem chyba nie na tyle sze­ro­kim, aby wypeł­zli z niego omo­luzu. A jed­nak gdy prze­bie­ga­li­śmy pod spodem, dwaj wysko­czyli z sufitu i jeden z nich ciach­nął mnie w plecy. Gdzieś pomię­dzy bie­giem nad rzekę a przej­ściem przez ścianę wody stra­ci­łem obie rany i pamięć o ich miej­scu na ciele. Szu­ka­łem, lecz na skó­rze nie było śladu.

Zwróć uwagę: wędrówka do kró­le­stwa była o wiele dłuż­sza niż wędrówka do kra­iny umar­łych. Minęły całe dnie, zanim dotar­li­śmy do Itaki nad rzeką, nie była już jed­nak sta­ru­chą, tylko małą dziew­czynką, która bry­kała w wodzie i zer­kała na mnie prze­bie­gle na podo­bień­stwo kobiet star­szych od niej czte­ry­kroć. Kiedy kró­lowa spo­tkała się z kró­lem, zło­rze­czyła, klęła i zbiła go tak mocno, aż domy­śli­łem się, że sprawą paru dni jest tylko, gdy on znów się utopi.

Wiem, jaka myśl wła­śnie prze­szła ci przez głowę. Wszyst­kie opo­wie­ści są prawdą.

Sufit mamy nad głową.

2

Gdy odsze­dłem z domu ojca, głos jakiś, może dia­bła, pod­szep­nął mi, aby ucie­kać. Za domy, gospody, zajazdy dla utru­dzo­nych wędrow­ców, za mury z błota i kamie­nia wyso­kie na trzech chłopa. Ulica pro­wa­dziła do zaułka, zaułek pro­wa­dził do muzyki, picia i bija­tyk, co pro­wa­dziły do muzyki, picia i bija­tyk. Han­dlarki zamy­kały skle­piki i pako­wały stra­gany. Męż­czyźni prze­cho­dzili obok w obję­ciach męż­czyzn, kobiety prze­cho­dziły z koszami na gło­wach, sta­rzy ludzie sie­dzieli na pro­gach domów, próż­nia­cząc wie­czór, jak to mówili. Wpa­dłem wprost na innego męż­czyznę, lecz on nie zaklął, tylko uka­zał złote zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. Ładny jesteś jak dziew­czynka, powie­dział. Ucie­kłem przy akwe­duk­cie, szu­ka­jąc wschod­niej bramy, drogi do lasu.

Dzienni jeźdźcy z włócz­niami, w roz­wia­nych czer­wo­nych sza­tach, czar­nej zbroi i zło­tych koro­nach zwień­czo­nych pió­rami, wierz­chowce odziane w taką samą czer­wień. U bramy sied­miu ich nad­je­chało, a wiatr był wyją­cym wil­kiem. Ale dość zwad jak na jeden dzień, prze­ga­lo­po­wali obok mnie, zosta­wia­jąc po sobie tuman kurzu. A potem war­tow­nicy zaczęli zamy­kać bramę, więc wybie­głem, w kie­runku Mostu, Co Jego Nazwy Nawet Naj­starsi Nie Pamię­tają. Nikt nie zwró­cił uwagi.

Sze­dłem przez otwarte tereny, które cią­gnęły się jak piasz­czy­ste morze. Tej nocy dotar­łem do wymar­łego mia­sta o walą­cych się murach. Sień, w któ­rej spa­łem, była bez drzwi i z jed­nym oknem. Dalej zoba­czy­łem wzgó­rze z usy­pa­nych gru­zów wielu domostw. Nie zna­la­złem poży­wie­nia, a woda w dzba­nach miała zjeł­czały smak. Sen zmo­rzył mnie na pod­ło­dze przy hur­ko­cie ścian z gliny walą­cych się w całym mie­ście.

A moje oko? Co z nim?

Och, ale rzecz w ustach i opo­wie­ściach, które z nich popłyną, inkwi­zy­to­rze. Twoje wargi się roz­warły, gdy tylko zoba­czy­łeś, że mru­gną­łem powieką. Spi­suj, co widzisz, obo­jętne, czy to czar­no­księ­stwo, czy biała nauka, moje oko jest tym, czym myślisz, że jest. Nie mam maski. Nie mam obli­cza. Ma twarz to sze­ro­kie i krą­głe czoło, jak reszta głowy. Brwi tak zwie­szone nad oczami, że rzu­cają cień. Nos stromy jak gór­skie zbo­cze. Wargi, co zdają się grube jak palec, gdy wcie­ram w nie czer­wony lub żółty pył. Jedno oko, co jest moje, i dru­gie, co moje nie jest. Sam prze­kłu­łem sobie uszy, myśląc o tym, że ojciec nosi tur­ban, aby zasło­nić wła­sne. Ale nie mam obli­cza. To wła­śnie widzą ludzie.

Dzie­sięć dni po opusz­cze­niu domu ojca mego dotar­łem do doliny, wciąż mokrej od desz­czu, który spadł jeden księ­życ wcze­śniej. Drzewa tam rosły o liściach ciem­niej­szych od mojej skóry. Zie­mia utrzy­my­wała czło­wieka na dzie­sięć kro­ków, a przy kolej­nym wsy­sała. Nory peł­za­czy, kobry i żmii. Byłem głup­cem. Myśla­łem, że sta­rego oby­czaju nauczę się, zapo­mi­na­jąc o nowym. W trak­cie wędrówki po buszu powta­rza­łem sobie, że choć każdy dźwięk jest nowy, żaden mnie nie prze­raża. Że drzewo mnie nie zdra­dzi, gdy się za nim skryję. Gorąco pod szyją nie miało trwać wiecz­nie. Pną­cza nie chcą dopaść mojej krtani i wydu­sić ze mnie życia. Głód i to, co ucho­dziło za głód. Ból od wewnątrz napie­ra­jący na brzuch, aż sprzy­krzyło mu się napie­rać. Szu­ka­łem jagód, szu­ka­łem kory mło­dych drzew, szu­ka­łem małp, szu­ka­łem tego, co małpy jedzą. Wię­cej obłędu. Pró­bo­wa­łem jeść zie­mię. Pró­bo­wa­łem podą­żać za wężami podą­ża­ją­cymi za szczu­rami w gęstwi­nie. Czu­łem, że coś dużego nad­ciąga moim śla­dem. Wspią­łem się na skałę i mokre liście chla­snęły mnie w twarz.

Obudzi­łem się w cha­cie, w chło­dzie jak nad rzeką. W środku pło­nął ogień, ale gorąco tkwiło we mnie.

– W wodzie hipo­po­tam jest nie­wi­dzialny – ode­zwał się głos.

W cha­cie było ciemno albo ośle­płem. Nie wie­dzia­łem które.

– Ye uaren uupsi yeng we. Dla­czego nie baczy­łeś na ostrze­że­nie?

Cią­gle maja­czyła ciem­ność, ale moje oko dostrze­gło coś wię­cej.

– Żmija z nikim się nie wadzi, nawet z głu­pim chło­pacz­kiem. Naj­nie­bez­piecz­niej­szy jest Oba Olu­szere, zimny, deli­katny wąż.

Nos zawiódł mnie do pusz­czy. Nie widzia­łem żad­nej żmii. Dwa dni wcze­śniej, gdy czło­wiek ten zna­lazł mnie roz­dy­go­ta­nego pod pła­czą­cym drze­wem, był prze­ko­nany, że jestem jedną nogą w zaświa­tach, więc wyko­pał dół w ziemi. Ale potem przez całą noc wyka­sły­wa­łem zie­lony sok. No i teraz leża­łem na macie w sza­ła­sie, w któ­rym pach­niało fio­le­to­wym mar­twym lasem i pło­ną­cym łaj­nem.

– Odpo­wiedz z głębi serca. Co robisz w środku pusz­czy?

Pra­gną­łem wyja­śnić, że przy­sze­dłem odna­leźć sie­bie, ale prze­cież byłyby to słowa skoń­czo­nego głupca. Albo odrzec coś takiego, co rzekłby mój ojciec, lecz w tam­tych cza­sach wciąż jesz­cze myśla­łem, że czło­wiek ma toż­sa­mość, którą może utra­cić, nie wie­dzia­łem bowiem, że nikt toż­sa­mo­ści nie posiada. Lecz już o tym wspo­mnia­łem. Mil­cza­łem więc wtedy, w nadziei, że moje oczy prze­mó­wią. Mimo ciem­no­ści widzia­łem, że na mnie patrzy. Ja i moje sza­lone wyobra­że­nia o lesie, gdzie ludzie bie­gają razem z lwami, żywią się darami ziemi, srają przy drze­wie, dzi­kość jest wśród nich. Wyszedł z ciem­nego kąta i mnie spo­licz­ko­wał.

– Jedyny spo­sób, by zaj­rzeć ci do głowy, to ją roz­łu­pać i zoba­czyć, chyba że prze­mó­wisz.

– Myśla­łem…

– Myślisz, że ludzie z lasów i znad rzek char­czą i szcze­kają jak psy. Że nie wycie­ramy dupy po sra­niu. Że może sma­ru­jemy tym w skórę. Mówię do cie­bie jak do męż­czy­zny.

Inkwi­zy­to­rze, jesteś czło­wie­kiem, który gro­ma­dzi słowa. Zbie­raj więc moje. Masz strofę na chłodny pora­nek, masz strofę na połu­dnie umar­łych, strofę na wojnę. Ale zacho­dzące słońce nie potrze­buje two­ich słów, tak jak nie potrze­buje mknący gepard.

Ten mędrzec nie miesz­kał w wio­sce, tylko nie­da­leko rzeki. Włosy miał białe od popiołu i śmie­tany z mleka. Jedyny raz, kiedy widzia­łem roz­bie­ra­ją­cego się ojca, zoba­czy­łem na jego ple­cach koli­ste bli­zny jak gwiazdy w kręgu. Ten czło­wiek nosił krąg gwiazd na piersi. Miesz­kał sam w sza­ła­sie zro­bio­nym z gałęzi dzi­kiego drzewa, z któ­rych uplótł ściany, i krza­ków, z któ­rych uplótł dach. W ściany wcie­rał pył z czar­nego kamie­nia, aż się świe­ciły, a potem wyko­ny­wał wzory i malunki, jeden przed­sta­wiał białą istotę z rękami i nogami wyso­kimi jak drzewo. Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem.

– I dobrze, że tak myślisz, bo nie będziesz już żył, żeby móc mi o tym powie­dzieć – rzekł.

Zasną­łem, obu­dzi­łem się, zasną­łem, obu­dzi­łem i zoba­czy­łem wiel­kiego bia­łego pytona owi­ja­ją­cego się wokół pnia, obu­dzi­łem się i zoba­czy­łem węża nik­ną­cego na tle ściany. Wpa­dło świa­tło sło­neczne, roz­ja­śniło ściany i zoba­czy­łem, że znaj­du­jemy się w pie­cza­rze. Ściany ule­pione jak wosk topiący się na wosku. W pół­mroku tu i tam wyglą­dały one jak roz­wrzesz­czane twa­rze, jak nogi sło­nia, jak szparka mło­dej dziew­czyny.

Gdy potar­łem jedną, poczu­łem ją niby łupinę ignamu. Obok otworu była miękka od krza­ków ster­czą­cych jak luźne włosy. Wsta­łem i tym razem nie upa­dłem. Zachwiać – to się zachwia­łem, jak czło­wiek napeł­niony winem pal­mo­wym, wysze­dłem jed­nak na dwór. Sła­nia­łem się, więc przy­lgną­łem do skały, żeby zacho­wać rów­no­wagę, ale to nie była skała. Zupeł­nie nie­po­dobne do skały. Kora. Lecz za sze­ro­kie, za duże. Popa­trzy­łem w górę naj­wy­żej, jak mogłem spoj­rzeć, i powlo­kłem się naj­da­lej, jak mogłem się powlec. Nie dość, że słońce wciąż świe­ciło za gałę­ziami i liśćmi, to na doda­tek pień ten nie miał końca. Zanim go obsze­dłem, zapo­mnia­łem już, skąd wyru­szy­łem. Konary były tylko u samej góry, pękate jak dzie­cięce palce, ster­czały z gęstwin gałęzi i liści. Małe liście, grube jak skóra, i owoce wiel­kie jak twoja głowa. Usły­sza­łem wspi­naczkę drob­nych stóp, to pawia­nica z dziec­kiem.

– Drzewo mał­piego chleba było naj­na­dob­niej­sze na całej sawan­nie – powie­dział cza­row­nik za moimi ple­cami. – To się działo przed dru­gim nasta­niem bogów. Co za histo­ria, drzewo to wie­działo, że jest piękne. Zażą­dało, aby wszy­scy pie­śnia­rze śpie­wali o jego pięk­nie. Ono i jego brat pięk­niejsi od bogów, pięk­niejsi nawet od Bikili-Lilis, któ­rej włosy stały się setką wia­trów. I oto co się potem wyda­rzyło. Bogo­wie wydali wście­kłość na świat. Sfru­nęli z nieba i wyrwali wszyst­kie baobaby do ostat­niego i wci­snęli z powro­tem w zie­mię korze­niami do góry. Pięć­set wie­ków upły­nęło, zanim korze­nie wypu­ściły listo­wie, i kolejne pięć­set, nim wyro­sły z nich owoce i kwie­cie.

Jed­nego księ­życa wszy­scy miesz­kańcy wio­ski przy­szli do drzewa. Widzia­łem, jak patrzą na cza­row­nika, kry­jąc się wśród gałęzi i liści. Pew­nego razu zja­wiło się trzech wio­sko­wych siła­czy. Wszy­scy byli wysocy, bar­czy­ści, masywni tam, gdzie gru­bas ma brzuch, nogi mocne jak u byka. Pierw­szy odziany był w popiół od stóp do głów, biały jak księ­życ. Drugi pory­so­wał ciało bia­łymi prę­gami jak zebra. Trzeci nie miał barw, tylko ciemną, czer­stwą skórę. Nosili naszyj­niki i łań­cu­chy na bio­drach, które nie potrze­bo­wały żad­nych innych ozdób. Nie wie­dzia­łem, po co przy­szli, wie­dzia­łem jed­nak, że im to dam.

– Wiele razy pod­pa­try­wa­li­śmy cię w lesie – powie­dział prę­go­wany. – Wspi­nasz się na drzewa i polu­jesz. Nie ma u cie­bie zręcz­no­ści, kunsztu nie ma, ale może bogo­wie cię pchają. Ile liczysz księ­ży­ców?

– Mój ojciec ni­gdy nie liczył lat w księ­ży­cach.

– To drzewo pożarło sześć dzie­wic. Połknęło w cało­ści. Nocą sły­chać ich wrza­ski, ale brzmią jak szepty. Ludzie myślą, że to wiatr.

Patrzył na mnie przez chwilę. Potem się roze­śmieli.

– Pój­dziesz z nami na obrzęd męsko­ści zareba – powie­dział prę­go­wany.

Wska­zał tego w poświa­cie.

– Wąż zabił jego towa­rzy­sza tuż przed nadej­ściem desz­czów. Pój­dziesz z nim.

Nie wyja­wi­łem, że ura­to­wano mnie od uką­sze­nia.

– Spo­tkamy się pod następ­nym słoń­cem. Powi­nie­neś poznać ścieżkę wojow­ni­ków, a nie bab – powie­dział ten w poświa­cie.

Kiw­ną­łem głową pota­ku­jąco. Patrzył na mnie dłu­żej od pozo­sta­łych. Ktoś wyciął mu gwiazdę na piersi. Miał pier­ście­nie w uszach, które na pewno sam prze­kłuł. Góro­wał nad resztą przy­naj­mniej o głowę, dopiero teraz zauwa­ży­łem. W Dżu­bie ci trzej prze­sta­liby już być chłop­cami.

Usły­sza­łem, jak mówi, choć nie usły­sza­łem, jak mówi:

– Pój­dziesz ze mną.

W obrzę­dzie zareba nie ma kobiet. Ale należy znać ich uży­tecz­ność dla męż­czyzn. Zareba znaj­duje się w twoim umy­śle; zareba jest w buszu wędrówką od brza­sku po połu­dniową porę. Przy­by­wasz do sali boha­te­rów, o ścia­nach z gliny i dachu kry­tym strze­chą. Kije i prze­strze­nie do walki. Wcho­dzą chłopcy, aby uczyć się od naj­sil­niej­szych wojow­ni­ków ze wszyst­kich wsi i wszyst­kich gór. Okry­wasz się popio­łem, żebyś nocą wyglą­dał jak przy­bysz z Księ­życa. Jesz kleik z durry. Zabi­jasz chłopca, któ­rym jesteś, żeby stać się męż­czyzną, któ­rym jesteś, lecz wszystko musi być wyuczone. Spy­ta­łem chłopca w poświa­cie, jak się dowie­dzieć o kobie­tach, gdy nie ma kobiet, od któ­rych można się dowie­dzieć.

Chcesz usły­szeć wię­cej, inkwi­zy­to­rze?

Pew­nego ranka wychwy­ci­łem woń mego rodu podą­ża­jącą za mną nad rzekę. Był to chło­piec, który uwa­żał mnie za syna jego wuja. Łowi­łem ryby. Przy­szedł na brzeg i przy­wi­tał się, jakby mnie znał, aż nagle zoba­czył, że mnie nie zna. Nie odpo­wie­dzia­łem. Matka mówiła mu zapewne o abarra, demo­nie, który nawie­dza ludzi jako zna­jo­mek, z mową tylko inną. Nie uciekł, odda­lił się powoli od rzeki i usiadł na kamie­niu. Patrzył na mnie. Nie mógł mieć wię­cej niż osiem, dzie­więć lat, ze smugą bia­łej gliny nary­so­waną od ucha do ucha przez nos i bia­łymi cęt­kami na całej klatce pier­sio­wej jak u lam­parta. Byłem chłop­cem z mia­sta, w łowie­niu ryb szczę­ście mi nie dopi­sy­wało. Zanu­rzy­łem dło­nie w wodzie i cze­ka­łem. Ryby wpły­wały mi w ręce, ale wyśli­zgi­wały się, gdy tylko pró­bo­wa­łem je pochwy­cić. Cze­ka­łem, on patrzył. Zło­wi­łem wielki okaz, lecz wymsknęła się, prze­stra­szyła mnie nawet, potkną­łem się i wpa­dłem do rzeki. Mały chło­piec się roze­śmiał. Spoj­rza­łem na niego i też się roze­śmiałem, ale potem woń roz­nio­sła się po lesie, zbli­żała coraz szyb­ciej. Poczu­łem – ochra, masło karite, smród spod pach, mleko z mat­czy­nej piersi – on też poczuł. Obaj wie­dzie­li­śmy, że wiatr kogoś nie­sie, on wie­dział kogo.

Wyszła spo­śród drzew, jakby z drzew wysko­czyła. Kobieta wyż­sza, star­sza, twarz już ostro ocio­sana i sroga, prawa pierś jesz­cze nie sfla­czała. Lewą zakryła tka­niną prze­rzu­coną przez ramię. Na gło­wie opa­ska, czer­wona, zie­lona i żółta. Naszyj­niki w każ­dym kolo­rze prócz błę­kitu usy­pane jeden na dru­gim jak góra się­gały płat­ków uszu. Spód­nica z kozło­wej skóry z kauri na brzu­chu wzdę­tym dzie­ciąt­kiem. Popa­trzyła na chłopca i wska­zała pal­cem za sie­bie. Potem spoj­rzała na mnie i wska­zała w tym samym kie­runku.

Pew­nego ranka pod leni­wym słoń­cem cza­row­nik obu­dził mnie ude­rze­niem w twarz, potem w mil­cze­niu wyszedł z sza­łasu. Obok poło­żył włócz­nię, san­dały i tka­ninę, bym nią owi­nął bio­dra. Wsta­łem szybko i podą­ży­łem za nim. Nad rzeką wieś otwie­rała swe ramiona z domami roz­pro­szo­nymi na polu. Naj­pierw minę­li­śmy pagórki suchej trawy z wierz­choł­kami jak sutek. Potem minę­li­śmy okrą­głe chaty z gliny i ziemi, rdzawe i brą­zowe, pokryte strze­chą i gałę­ziami. W środku osady domy były więk­sze. Owalne, posta­wione w sku­pi­skach po pięć lub sześć, aż wyglą­dały jak zamki, z połą­czo­nymi ścia­nami, które świad­czyły, że to wszystko jest dla jed­nego czło­wieka. Im więk­sze domy, tym poły­skliw­sze ściany, nale­żące do tych, któ­rzy mogli sobie pozwo­lić na wcie­ra­nie onyksu. Więk­szość chat nie była duża. Jedy­nie czło­wiek z wie­loma kro­wami mógł mieć osobną chatę do skła­do­wa­nia ziarna i osobną do jego goto­wa­nia.

Wła­ści­ciel naj­więk­szych domostw miał sześć żon i dwa­dzie­ścia dzieci, wśród nich ani jed­nego chłopca. Szu­kał siód­mej, żeby wresz­cie uro­dziła mu syna. Był wśród tych kilku, któ­rzy wyszli z chat, żeby mnie zoba­czyć. Dwóch chłop­ców i dziew­czynka, nadzy bez farby, cią­gnęli za cza­row­ni­kiem i mną, aż któ­raś z kobiet krzyk­nęła coś ostrym tonem i wtedy ucie­kli do domu na tyłach. Znaj­do­wa­li­śmy się teraz w środku wsi, przed domo­stwami boga­cza. Na ścianę spi­chle­rza dwie kobiety nakła­dały świeżą war­stwę gliny. Trzej chłopcy w moim mniej wię­cej wieku wró­cili z łowów z mar­twym buszbo­kiem. Nie zoba­czy­łem wśród nich tego w poświa­cie.

Nadej­ście myśli­wych roz­bu­dziło wieś. Męż­czy­zna, kobieta, chło­piec, dziew­czynka, wszy­scy wyszli, żeby zoba­czyć owoce polo­wa­nia, ale zasty­gali na mój widok. Cza­row­nik wypo­wie­dział imię, któ­rego nie zna­łem. Poja­wił się męż­czy­zna mający sześć żon, pod­szedł do mnie. Wysoki, z dużym brzu­chem. Kok z gliny na tyle głowy w sza­rym i żół­tym kolo­rze, zwień­czony pię­cioma stru­simi pió­rami. Ten kok, bo był męż­czy­zną, każde pióro zna­kiem waż­nego wyczynu. Kości policz­kowe zna­czyła żółta glina, zwy­cię­skie bli­zny pokry­wały pierś i ramiona. Czło­wiek ten zabił wielu ludzi i lwy, i jed­nego sło­nia. Może nawet hipo­po­tama. Poja­wiły się dwie jego żony, jedną była kobieta znad rzeki.

Cza­row­nik zwró­cił się do niego:

– Wysłu­chaj mnie, ojcze, który mówisz z kro­ko­dy­lem, żeby nas nie pożarł w porze desz­czo­wej.

Potem dopo­wie­dział coś, czego nie zro­zu­mia­łem.

Męż­czy­zna zmie­rzył mnie wzro­kiem od dołu do góry, od góry do dołu. Pod­szedł bli­żej i rzekł:

– Synu Aboy­amiego, bra­cie Ayode­lego, ta ścieżka jest twoją ścieżką, te drzewa two­imi drze­wami, ten dom twoim domem, a ja jestem twoim uko­cha­nym wujem.

Nie zna­łem tych imion. Może to były imiona tych, któ­rzy nie mieli ze mną nic wspól­nego. W buszu rodzina nie zawsze rodziną, a przy­ja­ciel nie zawsze przy­ja­cielem. Nawet żona nie zawsze żoną.

Popro­wa­dził mnie przez wej­ście na podwó­rze, gdzie dzieci uga­niały się za kurami. Pach­niały gliną, pył­kiem kwia­to­wym i kurzym gów­nem dep­ta­nym sto­pami. Dom miał sześć kom­nat. W oknie dwie żony mie­liły mąkę. Obok spi­chle­rza kuch­nia wypusz­czała na świat naj­słod­szą woń kle­iku, a przy kuchni kolejna żona myła się w stru­gach wody pły­ną­cej z otworu w ścia­nie. Dalej inna ściana, długa i ciemna, naje­żona sut­kami z gliny. Za nią otwarta prze­strzeń pod strze­chą, ze stoł­kami i dywa­nami, w tyle naj­dłuż­szy mur. Sypial­nia mojego wuja, z wiel­kim moty­lem nad dywa­nami do spa­nia. Zoba­czył, że się przy­glą­dam, i powie­dział, że kręgi pośrodku to kałuże falu­ją­cej wody, co ozna­cza odnowę każ­dej pory desz­czo­wej lub każdy raz, kiedy moczy się w wil­got­no­ści siuś­ków nowej żony. Za jego kom­natą było pomiesz­cze­nie, które słu­żyło za skład i w któ­rym spały dzieci.

– Ten dom jest twoim domem, dywany two­imi dywa­nami. Ale kobiety są moje – dodał i zachi­cho­tał.

Uśmiech­ną­łem się.

Zaję­li­śmy miej­sca w obrę­bie otwar­tej prze­strzeni, ja na dywa­nie, on na krze­śle z tak głę­boko cof­nię­tym opar­ciem, że leżał, nie sie­dział. Krze­śle z wklę­słym sie­dzi­skiem, żeby wpa­so­wał pośladki, usztyw­nio­nym z tyłu trzema deskami wyrzeź­bio­nymi w trzy rzędy jaj. Pamię­tam, jak ojciec wzdy­chał, gdy ocie­rał się ple­cami o takie samo. Zagłó­wek żło­biony jak ogromna korona z rogów. Duże opar­cie i pękate nogi wyglą­dały jak u bawołu leśnego. Leżący wuj prze­obra­ził się w potęż­nego zwie­rza.

– Krze­sło – ode­zwa­łem się. – Widzia­łem podobne, uko­chany wuju.

Wypro­sto­wał się. Wyda­wał się poru­szony, że są dwa takie.

– To tutej­sza robota? – spy­ta­łem.

– Lobi, mistrzo­wie sto­lar­scy z mia­sta, twier­dzili, że wyko­nali tylko jedno. Ale miesz­czu­chy kła­mią, taka ich natura.

– Znasz miej­skie ulice?

– Sze­dłem nie­jedną.

– Dla­czego wró­ci­łeś?

– A skąd wiesz, że wieś porzu­ci­łem dla mia­sta, a nie mia­sto dla wsi?

Nie potra­fi­łem odpo­wie­dzieć.

– Gdzieś widział to krze­sło? – spy­tał.

– W moim domu.

Ski­nął głową i się roze­śmiał.

– Krew postę­puje jak krew, nawet jeśli roz­dzieli ją pia­sek – rzekł i klep­nął mnie po ramie­niu. – Przy­nieś mi moje przy­pra­wione krwią wino pal­mowe i tytoń! – krzyk­nął do jed­nej z żon.

Ku, tak ten lud zwał sie­bie i swoją wieś. Daw­niej pano­wali na obu brze­gach rzeki. Potem ich wro­go­wie, Gan­ga­tom, uro­śli w liczbę i siłę i wielu innych do nich dołą­czyło i wygnali Ku na stronę zacho­dzą­cego słońca. Męż­czyźni Ku byli bie­gli w łucz­nic­twie, pro­wa­dzili bydło na świeże pola, pili mleko i spali. Kobiety były bie­głe w zbie­ra­niu trawy na strze­chę, tyn­ko­wa­niu ścian gliną i kro­wim łaj­nem, sta­wia­niu pło­tów, żeby powścią­gnąć kozy i dzieci bie­ga­jące za nimi, przy­no­sze­niu wody, zgar­nia­niu kożu­cha z mleka, doje­niu bydła, kar­mie­niu dzieci, goto­wa­niu zupy, myciu kala­bas, ubi­ja­niu masła. Męż­czyźni cho­dzili na pobli­skie pola, żeby siać i zbie­rać plony. Kopali stud­nie. Omal nie wpa­dłem do dziury wydrą­żo­nej tak głę­boko, że sły­chać było stare dia­bły, wiel­kie jak drzewa, sze­lesz­czące we śnie na samym dnie. Chło­piec w poświa­cie powie­dział mi, że nie­długo będzie pora zbio­rów durry i kobiety wyjdą z koszami na pola.

Pewnego dnia zoba­czy­łem dzie­wię­ciu męż­czyzn wra­ca­ją­cych do wio­ski, na nie­któ­rych nowa farba, na innych czer­wona ochra i masło karite, a wyglą­dali, jakby się uro­dzili wojow­ni­kami.

Nocną porą śpie­wali, tań­czyli i wal­czyli i znowu śpie­wali, wło­żyli maski ludu Hemba wyglą­da­jące jak twa­rze szym­pan­sów, ale Kava powie­dział, że to na podo­bień­stwo star­szy­zny, która dawno ode­szła, po to, żeby roz­ma­wiać z nią pośród drzew-duchów. Śpie­wali w tych maskach, aby prze­ła­mać klą­twę wielu księ­ży­ców nie­uda­nych łowów. Bęben wybi­jał kekeke. Bam­bam­bam, laka­la­ka­la­ka­laka pod­szyte wia­trem.

Wieś obu­dziła świeża woń, a była wszę­dzie. Nowi męż­czyźni i nowe kobiety doj­rzałe jak owoce. Patrzy­łem na nich z domu czło­wieka, który miał być moim wujem, a on patrzył na swoje żony, dra­piąc się po brzu­chu.

– Jeden chło­piec powie­dział, że zabie­rze mnie na obrzęd męsko­ści – ode­zwa­łem się.

– Chło­piec obie­cał ci zareba? Na czyj roz­kaz?

– Na wła­sną rękę – odpar­łem.

– Tak ci mówił? – spy­tał.

– Tak, będę jego nowym towa­rzy­szem, bo poprzedni umarł od uką­sze­nia węża. Mówię teraz w waszym języku. Znam wasz oby­czaj, uko­chany wuju. Jestem krew z two­jej krwi. Jestem gotów.

– Czyj ten chło­piec?

Gdzie mieszka chło­piec, tego nie wie­dzia­łem. Wuj potarł pod­bró­dek i popa­trzył na mnie.

– Naro­dzi­łeś się wtedy, kiedy cię zna­le­ziono, nie upły­nął nawet jeden księ­życ. Nie śpiesz się umrzeć za wcze­śnie.

Nie powie­dzia­łem mu, że jestem już męż­czy­zną.

– Widzia­łeś ich. Chłop­ców bie­ga­ją­cych dokoła, mniej­szych niż męż­czyźni, któ­rzy powró­cili.

– Jakich chłop­ców?

– Chłop­ców z czer­wo­nymi koniusz­kami, co kobiety odci­nają męż­czy­znom.

Nie wie­dzia­łem, o czym mówi, więc zapro­wa­dził mnie na dwór. Niebo było szare i wzdęte od nad­cho­dzą­cego desz­czu. Obok prze­bie­gło dwóch chłop­ców i wuj przy­wo­łał wyż­szego, o twa­rzy czer­wo­nej, bia­łej i żół­tej, żółta kre­ska pośrodku głowy cią­gnęła się do samego dołu. Pamię­taj, że wuj mój to bar­dzo ważna osoba, ma wię­cej krów niż wódz, a nawet tro­chę złota. Chło­piec pod­szedł, błysz­czący od potu.

– Goni­łem lisa – rzekł.

Wuj przy­wo­łał go bli­żej ruchem ręki. Roze­śmiał się i powie­dział, że chło­piec ma znak gło­szący koniec dzie­ciń­stwa i chce, by wieś o tym wie­działa. Chło­piec skrzy­wił się, gdy wuj chwy­cił go za jądra i kutasa, jakby chciał zwa­żyć w dłoni ich cię­żar. Popatrz, rzekł. Farba pra­wie masko­wała to, że skórka zni­kła, odcięta, odsła­nia­jąc mężny kwietny koniec. Na początku wszy­scy rodzimy się parzy­ści. Jesteś męż­czy­zną i jesteś kobietą, tak jak dziew­czynka jest kobietą i jest męż­czy­zną. Ten chło­piec będzie męż­czy­zną, bo kapłan fety­szowy odciął mu kobietę, dodał.

Zesztyw­niał nie­bo­rak, choć pró­bo­wał stać dum­nie wypro­sto­wany. Wuj mówił dalej:

– A dziew­czynka musi mieć wycię­tego męż­czy­znę z głębi jej neha, żeby mogła być kobietą. Tak jak pierw­sze istoty były parzy­ste.

Pogła­skał chłopca po gło­wie, odpra­wił go i wszedł do środka.

Z boku na skale gro­ma­dzili się męż­czyźni. Wysocy, silni, czarni, bły­ska­jący dzi­dami. Patrzy­łem, jak stoją nie­ru­chomo, aż zacho­dzące słońce prze­mie­niło ich w cie­nie. Wuj odwró­cił się do mnie i prze­mó­wił pra­wie szep­tem, jakby prze­ka­zy­wał straszne nowiny o obcych ludziach:

– Co sześć­dzie­siąt razy jak Zie­mia lata dokoła Słońca, my świę­tu­jemy śmierć i odro­dze­nie. Naj­wcze­śniejsi pier­wo­rodni byli bliź­nia­kami, ale dopiero gdy boska męskość wypu­ściła nasie­nie w zie­mię, nastało życie. Dla­tego wła­śnie męż­czy­zna, który jest także kobietą, i kobieta, która jest także męż­czy­zną, to nie­bez­pie­czeń­stwo. Za późno dla cie­bie. Za dużo masz lat i będziesz jed­na­kowo męż­czy­zną i kobietą.

Patrzył na mnie, póki jego słowa nie prze­mó­wiły do mojej głowy.

– To ni­gdy nie będę męż­czy­zną?

– Będziesz męż­czy­zną. Ale to inne też jest w tobie i cię odmieni. Jak ci męż­czyźni, co gra­sują po naszych zie­miach i prze­ka­zują naszym kobie­tom kobiece sekrety. Będziesz wie­dział tyle co oni. Na bogów, będziesz spół­ko­wał, jak oni spół­kują.

– Uko­chany wuju, ścią­gasz na mnie wielki smu­tek.

Nie powie­dzia­łem mu, że kobieta już sza­leje w moim wnę­trzu, że dyszę jej pra­gnie­niami, ale poza tym nie czu­łem się kobietą, bo chcia­łem polo­wać na jele­nie, bie­gać, grać.

– Trzeba więc szybko mnie ciąć – powie­dzia­łem.

– Ojciec powi­nien był cię ciąć. Teraz za późno. Za późno. Już zawsze będziesz na gra­nicy mię­dzy dwoma. Zawsze będziesz szedł jed­no­cze­śnie obiema dro­gami. Zawsze będziesz czuł siłę jed­nego i ból dru­giego.

Tej nocy księ­życ nie wze­szedł, ale chło­piec wciąż jaśniał poświatą, gdy poja­wił się w progu chaty.

– Przyjdź popa­trzeć, co robią nowi męż­czyźni i kobiety – rzekł.

– Musisz mi wyja­wić swoje imię.

Nie odpo­wie­dział.

Ruszy­li­śmy przez busz do miej­sca, gdzie bęb­nia­rze prze­ka­zy­wali prze­sła­nie bogom na nie­bie i przod­kom w ziemi. Chło­piec w poświa­cie szedł szybko, nie cze­kał. Wciąż bałem się, że nadepnę na żmiję. Znik­nął w ścia­nie z gęstych liści, a ja przy­sta­ną­łem, bo nie wie­dzia­łem, dokąd iść, lecz wtedy biała ręka prze­pchnęła się przez gąszcz, chwy­ciła mnie za ramię i wcią­gnęła do środka.

Dotar­li­śmy na polanę, na któ­rej bęb­nia­rze bęb­nili, inni bili kijami, jesz­cze inni gwiz­dali. Dwaj męż­czyźni pode­szli, aby roz­po­cząć cere­mo­nię, a myśmy ukryli się w buszu.

– Bum­bangi, ofi­cjał i dawca żyw­no­ści – powie­dział Kava. – A także zło­dziej. Przy­patrz mu się w masce mueelu ze ster­czą­cymi pió­rami i ogrom­nym dzio­bem dzio­bo­rożca. Spójrz, obok niego to makala, mistrz cza­rów i zaklęć.

Nowi męż­czyźni sta­nęli w sze­regu ramię przy ramie­niu. Wszy­scy mieli spód­niczki z wybor­nej tka­niny, jaką widzia­łem tylko na moim wuju, i wszy­scy nosili teraz kok z gliny ze stru­simi pió­rami i kwie­ciem. Potem zaczęli ska­kać, w górę, w dół, coraz wyżej i wyżej, tak wysoko, że zawi­sali w powie­trzu, zanim opa­dli. Przy­tu­py­wali tak mocno, że zie­mia drżała. I tak ska­kali do rytmu bodom-bodom-bodom. Dzieci nie było. Może jak chło­piec w poświa­cie i ja cho­wały się w buszu. Potem na polanę wystą­piły nowe kobiety. Dwie pode­szły wprost do męż­czyzn i zaczęły ska­kać razem z nimi, bodom-bodom-bodom. Kobieta i męż­czyzna, ska­czący coraz bli­żej sie­bie, przy­su­wali się, aż skóra dotknęła skóry, pierś piersi, nos dotknął nosa. Chło­piec w poświa­cie wciąż trzy­mał mnie za rękę. Pozwo­li­łem mu na to. Dołą­czyli ludzie i polana była teraz tuma­nem kurzu od ska­ka­nia i tupa­nia, a star­sze kobiety ruszyły w pląsy pośród tłumu, opę­tane boskim dymem.

Bum­bangi śpie­wał raz po raz:

Męż­czy­zna z człon­kiem

Kobieta z pochwą

Nie zna­cie sie­bie

Nie buduj­cie jesz­cze domu.

Chło­piec wcią­gnął mnie w gęst­szy, zimny busz. Wyczu­łem ich woń w chwili, gdy on ich usły­szał. Odór potu nie­siony i roz­sie­wany wia­trem. Kobieta ukuc­nęła na męż­czyź­nie, a potem ruszyła do góry, do dołu, do góry. Mru­ga­łem tak długo, aż dosta­łem noc­nych oczu. Potrzą­sała pier­siami. Oboje wyda­wali dźwięki. W swo­jej sypialni tylko mój ojciec wyda­wał dźwięki. Męż­czy­zna się nie poru­szał. W swo­jej sypialni tylko mój ojciec się poru­szał. Widzia­łem, że kobieta robi dzie­sięć za jedno, co robi męż­czy­zna. Kobieta pod­ska­ki­wała, trzę­sła się, szep­tała, dyszała, buczała, wrzesz­czała, ści­skała się za piersi, otwie­rała się i zamy­kała. Chło­piec w poświa­cie wsu­nął mi rękę mię­dzy uda, szar­pał mi skórkę wte i wewte, żeby dostroić się do ruchów kobiety. Duch mnie dopadł, kazał try­snąć, kazał krzyk­nąć. Kobieta wrza­snęła, a męż­czy­zna zerwał się i ją ode­pchnął. Ucie­kli­śmy.

Mój ojciec mawiał, że opu­ścił miej­sce swo­jego uro­dze­nia, bo pewien mędrzec poka­zał mu, że wycho­wał się wśród zaco­fa­nego ludu, który ni­gdy niczego nie stwo­rzył, nie wie­dział, jak prze­lać słowa na papier, a ruchał się tylko po to, aby się mno­żyć. Ale uko­chany wuj powie­dział mi co innego. Posłu­chaj drzewa tu, gdzie teraz żyjesz, bo tu ród twój. Słu­cha­łem więc gałęzi na gałęzi, liścia na liściu, ale nie usły­sza­łem niczego od naszych przod­ków. Noc póź­niej usły­sza­łem na dwo­rze głos dziadka, który wziął mnie za swo­jego syna. Wysze­dłem i popa­trzy­łem w konary, jed­nak zoba­czy­łem tylko ciem­ność.

– Kiedy zemścisz się na zabójcy ojca swego? Włada mną nie­spo­kojny sen, czeka na spra­wie­dli­wość – powie­dział. Powie­dział też: – Po zgła­dze­niu Ayode­lego jesteś naj­star­szy syn i brat. To bruka plan bogów i musi zostać pomsz­czone. Mój żar nie wystygł, słaby synu.

– Nie jestem twoim synem – odpar­łem.

– Twój brat Ayodele, co naj­star­szy, jest tutaj ze mną, też w burz­li­wym śnie. Cze­kamy na słodką woń prze­la­nej krwi nie­przy­ja­ciela – powie­dział dzia­dek, cią­gle bio­rąc mnie za innego.

– Ja nie twój syn.

Wyglą­da­łem aż tak bar­dzo jak mój ojciec? Zanim mia­łem włosy, on już posi­wiał, a sam ni­gdy sie­bie w nim nie dostrze­ga­łem. Z wyjąt­kiem uporu.

– Zwada na­dal świeża.

– Nie mam zwady z kro­ko­dy­lem, nie mam zwady z hipo­po­ta­mem, nie mam zwady z czło­wie­kiem.

– Ten, który zabił two­jego brata, zabił i jego kozy – powie­dział dzia­dek.

– Mój ojciec odszedł, bo zabi­ja­nie było sta­rym oby­cza­jem, oby­cza­jem małych ludzi od małych bogów.

– Wciąż żyje ten, który zabił two­jego brata. Och, jaka wielka hańba, kiedy ten czło­wiek w twoim domu odszedł z wio­ski. Nie wypo­wiem jego imie­nia. Och, co za haniebne postę­po­wa­nie, słab­sze od ptaka, tchórz­liw­sze niż u sury­katki. Pierw­sze powie­działy mi krowy. Tam­tego dnia, gdy zoba­czył, że nie zaznam spo­koju, póki nie dokona zemsty, zosta­wił krowy w buszu i umknął. Krowy odna­la­zły drogę do chaty. Wyrzekł się swego imie­nia, wyrzekł się swego życia, swego ludu, polu­ją­cego łukiem i strzałą, strze­gą­cego pól sorga przed ptac­twem, trosz­czą­cego się o stada, trzy­ma­ją­cego się z dala od błota nanie­sio­nego przez powódź, bo w nim wła­śnie śpi kro­ko­dyl dla ochłody. I ty. Czy będziesz jedy­nym chłop­cem w ciągu stu księ­ży­ców, któ­rego nie­na­wi­dzi kro­ko­dyl?

– Nie jestem twoim synem – odpo­wie­dzia­łem.

– Kiedy pomścisz brata? – spy­tał.

Ruszy­łem na tył i zasta­łem tam wuja pocią­ga­ją­cego tabakę z rogu anty­lopy, jak mia­stowy bogacz. Chcia­łem wie­dzieć, dla­czego ruszył do mia­sta, tak samo jak mój ojciec, i dla­czego powró­cił, ina­czej niż mój ojciec. Przy­szedł wła­śnie po spo­tka­niu z kapła­nem fety­szo­wym, który przy­szedł wła­śnie po czy­ta­niu przy­szło­ści nad ujściem rzeki. Nie potra­fi­łem odgad­nąć z jego twa­rzy, czy kapłan prze­po­wie­dział mu wię­cej krów, nową żonę, a może głód i cho­robę zesłane przez mało­dusz­nego boga. Poczu­łem od niego daggę, którą żuł, żeby mieć jasno­wi­dze­nie, co ozna­czało, że nie ufał wie­ściom kapłana i chciał się upew­nić. Wyglą­dało, że tak jest w natu­rze wuja. Mój ojciec był inte­li­gent­nym czło­wie­kiem, ale nie tak bystrym jak on. Wuj wska­zał białą kre­skę na swoim czole.

– Pro­szek z lwiego serca. Kapłan mie­sza go z krwią mie­sięczną kobiety i korą maho­niowca, a potem żuje, żeby prze­po­wie­dzieć przy­szłość.

– I ty to nosisz?

– A co byś wybrał, zjeść serce lwa czy je nosić?

Nie odpo­wie­dzia­łem.

– Duch dziadka to widmo sza­lone – rze­kłem. – Pyta cią­gle, kiedy zabiję zabójcę mojego brata. A ja nie mam brata. Myśli też, że jestem moim ojcem.

Wuj się roze­śmiał.

– Twój ojciec nie jest twoim ojcem – odparł.

– Jak to?

– Jesteś synem męż­nego czło­wieka, ale wnu­kiem tchó­rza.

– Mój ojciec był leciwy i słaby jak star­szy­zna.

– Twój dzia­dek jest twoim ojcem.

Nawet nie widział, jak mną wstrzą­snął. Cisza stała się tak głę­boka, że usły­sza­łem, jak wiatr poru­sza liśćmi.

– Gdy mia­łeś kilka lat, choć my w latach nie liczymy, ple­mię Gan­ga­tom zza rzeki zabiło two­jego brata. Zaraz po tym, jak wró­cił z obrzędu zareba. Na polo­wa­niu na wol­nych zie­miach, co nie są pod wła­dzą żad­nego ple­mie­nia, natknął się na oddział Gan­ga­tom. Pano­wała powszechna zgoda, że na wol­nych zie­miach się nie zabija, ale zarą­bali go na śmierć ostrym topo­rem i sie­kierą. Twój praw­dziwy ojciec, mój brat, był naj­bie­glej­szym łucz­ni­kiem i strzel­cem w całej wsi. Czło­wiek musi znać imię czło­wieka, na któ­rym się mści, ina­czej ryzy­kuje, że napad­nie boga. Twój ojciec nie słu­chał nikogo, nawet swo­jego ojca. Powie­dział, że krew, która w nim pły­nie, krew lwa, pocho­dzi naj­pew­niej od jego matki, która zawsze pła­kała za zemstą. Ten płacz za zemstą wygnał ją z domu męża. Prze­stała malo­wać twarz i już ni­gdy nie uszczot­ko­wała wło­sów. Są tacy, co głu­potą zwą msz­cze­nie się za zabi­cie jed­nego syna zabi­ciem dru­giego, ale były to czasy głu­poty. Pomścił śmierć, lecz jego też zabito. Twój ojciec wziął więc swój łuk i sześć strzał. Obrał cel za rzeką i poprzy­siągł, że zabije pierw­szych sześć żywych dusz, które zoba­czy. Jesz­cze przed nasta­niem połu­dnia zabił dwie kobiety, trzech męż­czyzn i jedno dziecko, każ­dego z innej rodziny. Teraz sześć rodzin wystą­piło prze­ciw nam. Sześć nowych rodzin pra­gnęło naszej śmierci. Zabili two­jego ojca na wol­nych zie­miach, kiedy czło­wiek tam miesz­ka­jący powie­dział, że skóry kupione od niego zła­chały się po dwóch księ­ży­cach. Twój ojciec udał się do niego, żeby roz­pa­trzyć skargę i bro­nić swo­jego dobrego imie­nia. Ale dwa księ­życe wcze­śniej tam­ten wydał go zdra­dziecko trzem wojow­ni­kom Gan­ga­tom. Chło­piec wyce­lo­wał z łuku i tra­fił go w plecy, pro­sto w serce. Histo­ria o złych skó­rach pocho­dziła od Gan­ga­tom, bo tam­ten nie miał w sobie dość rozumu, aby wymy­ślić takie oszu­stwo. Tyle mi wyznał, nim pode­rżną­łem mu gar­dło.

I jesz­cze to wuj mi powie­dział. Mój dzia­dek miał dość zabi­ja­nia i zabrał mnie i moją matkę z wio­ski. To on zosta­wił krowy. Dla­tego wła­śnie od kiedy byłem mały, mój ojciec był już stary, stary jak człon­ko­wie tutej­szej star­szy­zny, z gar­bami na ple­cach. Ucieczka zro­biła z niego chu­dzielca, sama skóra i kości. Zawsze wyglą­dał na goto­wego do ucieczki. Teraz ja chcia­łem uciec od wuja do ojca. Do dziadka. W tam­tej chwili zie­mia nie była zie­mią, niebo nie­bem nie było, kłam­stwo było prawdą, a prawda była nie­stała i wykrętna. Od prawdy zro­biło mi się nie­do­brze.

Wie­dzia­łem, że wuj ma mi wię­cej słów do prze­ka­za­nia; słów, które wbiją mi rozum do głowy, bo wybrała głu­potę i nie mogłem zawie­rzyć wła­snym przod­kom. A może wie­rzę we wszystko. Wie­rzę w sta­rego czło­wieka, który nie był moim ojcem, i młodą kobietę, która była moją matką. Może nie była moją matką. Spali w tej samej kom­na­cie, w tym samym łożu, on poło­żył się na niej, jak to czyni mąż; widzia­łem na wła­sne oczy. Może mój dom nie był moim domem, może mój świat nie był moim świa­tem.

Duchem prze­ma­wia­ją­cym do mnie z gór­nych gałęzi drzewa był mój ojciec. Naka­zu­ją­cym, abym zabił za brata. We wsi wie­dzieli. Przy­szli do domu wuja mego, żeby spy­tać. Stare kobiety przy­słały słowo przez dzieci: kiedy pomścisz brata? Inni chłopcy, jak uczyli mnie łowić ryby, pytali: kiedy pomścisz brata? Za każ­dym razem, gdy ktoś pytał, pyta­nie nabie­rało nowego życia. Po latach, kiedy nie chcia­łem być nijak podobny do ojca, teraz chcia­łem być nim. Tylko że był moim dziad­kiem; chcia­łem być jak mój dzia­dek. Bab­cia postra­dała zmy­sły od pra­gnie­nia pomsty.

– Gdzie ona mieszka?

– W domu zbu­do­wa­nym i potem opusz­czo­nym przez wiel­kie ptaki – odparł wuj. – Pół dnia wędrówki od wio­ski, jak będziesz się trzy­mać brzegu rzeki.

Usia­dłem za spi­chle­rzem.

Pozo­sta­łem tam przez całe dnie.

Nie mówi­łem z nikim.

Wuj wie­dział, że naj­mą­drzej dać mi spo­kój. Roz­my­śla­łem o dziadku i wuju, pró­bo­wa­łem uło­żyć sobie w gło­wie, jak wyglą­dał ojciec. Ale to zawsze ula­ty­wało i zosta­wa­łem z dziad­kiem i matką, oboje nadzy, ale się nie doty­kali. Co tra­garz ma zro­bić z tym, czego unieść nie może, zrzu­cić? Czy dać się przy­gnieść? Byłem głup­cem, bo oni wszy­scy wie­dzieli. Byłem zwie­rzę­ciem, które zabije pierw­szą osobę roz­pra­wia­jącą o ojcach i dzia­dach. Ojca nie­na­wi­dzi­łem jesz­cze moc­niej. Dziadka. Przez tyle księ­ży­ców powta­rza­łem sobie, że nie potrze­buję ojca. Doszło mię­dzy nami do kuk­sań­ców i cio­sów, mię­dzy ojcem a mną. A teraz, gdy nie mia­łem nikogo, pra­gną­łem go. Teraz, gdy już wie­działem, że z sio­stry zro­biłby ciotkę, pra­gną­łem go zabić. I matkę. Wście­kłość, może wście­kłość postawi mnie na nogi, wypro­stuje, pogna, ale wciąż tam sie­dzia­łem, obok spi­chle­rza. Bez ruchu. Łzy polały się i wyschły bez mojej wie­dzy, a gdy się poła­pa­łem, nie chcia­łem dać temu wiary.

– Pier­do­lić bogów, bo teraz czuję, że mogę ska­kać po nie­bie – powie­dzia­łem gło­śno. Krew z krwi była ogra­ni­cze­niem, ród wię­zami. Jestem wolny, powta­rza­łem sobie. Tak mówi­łem dzień i noc przez trzy dni.

Ni­gdy nie wyru­szy­łem na poszu­ki­wa­nia babci. Bo co by zro­biła poza tym, że powie­dzia­łaby mi wię­cej, czego nie chcia­łem usły­szeć? Tego, co wyja­śni­łoby mi prze­szłość, ale przy­nio­słoby wię­cej łez i smutku? A od smutku zbie­rało mi się na rzy­ga­nie. Posze­dłem do czło­wieka, który sta­wiał ogni­sko przed swoją chatą. Dla­czego jego chaty, jego spi­chle­rza, jego ognisk nie doglą­dała kobieta, o to nie spy­ta­łem. Jak na chłopca, który nie był jesz­cze męż­czy­zną, piął się wysoko.

– Wezmę cię na zareba i zyskasz męskość – powie­dział. – Ale musisz zabić nie­przy­ja­ciela przed następ­nym księ­ży­cem, ina­czej ja zabiję cie­bie.

– W swo­jej gło­wie nazy­wam cię chłop­cem w poświa­cie – odpo­wie­dzia­łem.

– Dla­czego?

– Bo skórę mia­łeś ciem­no­białą jak księ­życ, kiedy cię pierw­szy raz zoba­czy­łem.

– Matka woła na mnie Kava.

– Gdzie ona? Gdzie twój ojciec, sio­stra, bra­cia?

– Cho­roba nocna, wszy­scy pomarli. Moja sio­stra ostat­nia.

– Kiedy?

– Od tego czasu słońce cztery razy okrą­żyło świat.

– Nie­do­brze mi się robi od mówie­nia o ojcach. I dziad­kach. O rodach.

– Ostudź gniew, jak ja zro­bi­łem.

– Chciał­bym, aby krew mogła się wypa­lić.

– Ostudź gniew.

– Mia­łem ich i ich stra­ci­łem i teraz zostało mi kłam­stwo, ale prawda jest jesz­cze gor­sza. Głowa mi przez nich pło­nie.

– Pój­dziesz ze mną na zareba.

– Wuj mój mówi, że ja nie­zdatny na zareba.

– A więc cią­gle słu­chasz swo­jego rodu.

– Wuj mówi, że nie jestem męż­czy­zną. Że kobieta na koniuszku nie została odcięta.

– To odcią­gnij skórkę.

Na tyłach jego domu było już nie­da­leko do rzeki. Poszli­śmy na brzeg. Niósł tykwę. Zgar­nął wodę na dłoń, wlał ją do tykwy i przy­wo­łał mnie ski­nie­niem ręki. Sta­ną­łem w bez­ru­chu, a on wziął tro­chę mokrej bia­łej gliny i poma­lo­wał mi twarz. Nazna­czył szyję, pierś, nogi, łydki, pośladki też. Potem zanu­rzył dłoń w wodzie i pory­so­wał moją skórę jak wąż, co łasko­cze. Zaśmia­łem się, ale on był jak kamień. Naniósł linie na moich ple­cach, aż po nogi. Chwy­cił mój naple­tek, pocią­gnął mocno i spy­tał, co ma zro­bić z tym pomarsz­czo­nym korzon­kiem. Słowa padały wśród drzew, ale nie zwró­ci­łem na to uwagi. Kava powie­dział:

– Pra­gnął­bym mieć nie­przy­ja­ciela, na któ­rym pomścił­bym matkę i ojca. Ale czy kie­dy­kol­wiek był czło­wiek, co zabił powie­trze?

3

Oto co widzia­łem.

Trzy dni i cztery noce w cha­cie Kavy. Wuj nie wyra­żał sprze­ciwu. Był głową domu i pod słoń­cem, i pod księ­ży­cem, i uwa­żał, że patrzę na jego żony z taką samą roz­dzia­wioną gębą i wywie­szo­nym języ­kiem jak one na mnie. Prawda, domo­stwo wujowe było tak duże, że mogli­śmy cho­dzić od nowiu do pierw­szej kwa­dry i ani razu się nie zetknąć. Ale potra­fi­łem wywą­chać, co on chowa przed swo­imi kobie­tami – kosz­towne dywany z mia­sta pod tanimi, dro­gie skóry zdjęte z wiel­kich kotów pod tanimi szcze­ci­nami zdję­tymi z zebry, złote monety i fety­sze w sakiew­kach cuch­ną­cych zwie­rzę­ciem, z któ­rego skóry je uszyto. Chci­wość przy­mu­szała go do ukry­wa­nia wszyst­kiego, przez co nawet sam wyglą­dał na mniej­szego z tym swoim dużym brzu­chem.

Chata Kavy.

Na ziemi trzy­mał tka­niny i skóry, które sta­wały się odzie­niem, gdy je pod­no­si­łem. Czarny pył w tykwie do pole­ro­wa­nia ścian na nowo. Dzbany z wodą, dzbany do ubi­ja­nia masła, tykwa i nóż do uta­cza­nia krwi z krów. Był to dom wciąż pro­wa­dzony przez matkę. Ni­gdy nie spy­ta­łem, czy jego rodzice zostali pogrze­bani tuż pod spodem, czy też ojciec zosta­wił go z matką, żeby się wyuczył kobie­cej roboty, bo nie cho­dził na polo­wa­nia.

Nie chcia­łem wra­cać do wuja i nie zamie­rza­łem mówić z gło­sami w drze­wach, bo ni­gdy nie dały mi niczego, a teraz cze­goś ode mnie żądały. Zosta­łem w cha­cie Kavy.

– Czemu żyjesz sam?

– Pytaj o to, o co chcesz spy­tać, chłop­cze.

– Pier­do­lić bogów, powiedz mi więc, co chcę wie­dzieć.

– Chcesz wie­dzieć, jakim cudem żyje mi się tak dobrze bez matki i ojca. Dla­czego bogo­wie obda­rzają moją chatę uśmie­chem.

– Nie.

– To samo tchnie­nie nie­sie wieść o twoim ojcu i mówi ci, że umarł. Nie mogę…

– No to nie – odpar­łem.

– A dzia­dek twój to ojciec kłam­stwa.

– Skoro tak.

– Jak każdy ojciec – dopo­wie­dział i się roze­śmiał. I rzekł jesz­cze: – Ta star­szy­zna, mówią i śpie­wają wstręt­nymi ustami, że męż­czy­zna to nic, tylko krew rodowa. Ta star­szy­zna to głupcy, a ich wie­rze­nia stare. Wypró­buj nowego wie­rze­nia. Ja pró­buję co dzień.

– Jak to?

– Zostań przy rodzi­nie, a krew cię zdra­dzi. Mnie żadni Gan­ga­tom nie szu­kają. Ale ci zazdrosz­czę.

– Pier­do­lić bogów, czego tu zazdro­ścić?

– Lepiej poznać swój ród, gdy już ode­szli, niż patrzeć, jak odcho­dzą.

Odwró­cił się do ciem­nego kąta w cha­cie.

– Jak się wywie­dzia­łeś o oby­cza­jach kobiety i męż­czy­zny? – spy­ta­łem.

Roze­śmiał się.

– Pod­glą­da­łem nowe kobiety i nowych męż­czyzn w lesie. U Luala Luala, ludu żyją­cego nad Gan­ga­tom, tam męż­czyzna żyje z męż­czyzną jak z żoną i kobieta z kobietą jak z mężem, męż­czyzna i kobieta bez męż­czyzny i kobiety, żyją wedle swo­ich pra­gnień, a w tym wszyst­kim nie ma nic dziw­nego.