Czarne słońce - Rebecca Roanhorse - ebook + książka
NOWOŚĆ

Czarne słońce ebook

Roanhorse Rebecca

4,3

45 osób interesuje się tą książką

Opis

Bóg powróci

Gdy ziemia i niebo spotkają się

Pod czarnym słońcem

W świętym mieście Tova zimowe przesilenie jest zwykle czasem świętowania i odnowy, lecz w tym roku zbiega się ono z zaćmieniem słońca, rzadkim zjawiskiem, które zdaniem Kapłanki Słońca zaburza równowagę świata.

Tymczasem z odległego miasta wypływa statek, który ma zawinąć do Tovy w przeddzień zaćmienia. Jego kapitan, Xiala, jest zhańbioną Teekijką, której pieśń ma moc uspokajania morza i wypaczania ludzkich umysłów. Ma ona dostarczyć do Tovy pasażera. Jest nim niegroźny, młody mężczyzna imieniem Serapio, z opaską na oczach, ciałem poznaczonym bliznami i przeznaczeniem, które musi wypełnić. Xiala wie jednak, że ludzie, o których mówi się, że są „niegroźni”, zwykle okazują się potworami.

W swej powieści pełnej niezapomnianych postaci Rebecca Roanhorse stworzyła „doskonały świat, który otwiera przed czytelnikiem cały wachlarz ludzkich cnót i występków” (Ken Liu, autor nagradzanego cyklu Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu).

Ta epicka przygoda to opowieść o upadku władzy i walce jednostek z własną, bolesną przeszłością. To „absolutnie fantastyczny” (S.A. Chakraborty, autorka bestsellera Miasto mosiądzu) początek jednego z najbardziej oryginalnych cyklów dekady.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 459

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0
Sortuj według:
Ollia

Nie oderwiesz się od lektury

Książka jest GENIALNA!!! Nie mogłam się od niej oderwać💖 Gorąco polecam💗💗💗
20

Popularność




Ludy Meridianu

LUDY MERI­DIANU

Góry Obregi

Sera­pio – Odro­dzony Wroni Bóg

Saaya – matka Sera­pia

Mar­cal – ojciec Sera­pia

Paadeh – pierw­szy nauczy­ciel Sera­pia

Eedi – druga nauczy­cielka Sera­pia, Włócz­niczka

Powa­geh – trze­ciu nauczy­cielu Sera­pia, Nóż

Cuecola

Xiala – kapi­tan, żeglarka, z pocho­dze­nia Teekijka

Callo – pierw­szy ofi­cer, żeglarz

Patu – kucharz, żeglarz

Loob – żeglarz

Baat – żeglarz

Poloc – żeglarz

Atan – żeglarz

Balam – kupiecki lord

Pech – kupiecki lord

Tova Straż­nicy

Naranpa – Kapłanka Słońca, Zakon Wyroczni (hawaa)

Iktan – Kapłanu Noży, Zakon Noży (tsiyo)

Abah – Kapłanka Wspo­mo­że­nia, Zakon Uzdro­wi­cieli (seegi)

Haisan – Kapłan Archi­wów, Zakon Histo­ry­ków (ta dissa)

Kiu­tue – były Kapłan Słońca (nie­ży­jący)

Eche – oddany, Zakon Wyroczni

Kwaya – oddane, Zakon Uzdro­wi­cieli

Deeya – słu­żąca

Leaya – słu­żący

Klany Nie­bo­uczy­nio­nych

Yatliza – matrona, Czar­now­ron

Okoa – syn Yatlizy, Czar­now­ron

Esa – córka Yatlizy, Czar­now­ron

Cha­iya – kapi­tan Tar­czy, Czar­now­ron

Maaka – przy­wódca Odo­haa, Czar­now­ron

Ashk – sta­jenny, Czar­now­ron

Feyou – uzdro­wi­cielka, Czar­now­ron

Kuts­sah – wielka wrona

Benun­dah – wielka wrona

Paida – wielka wrona

Iey­oue – matrona, Nar­t­nik

Aishe – Nar­t­nik

Zash – Nar­t­nik

Tyode – Nar­t­nik

Paipai – wielki nar­t­nik

Nuuma – matrona, Złoty Orzeł

Pey­ana – matrona, Skrzy­dlaty Wąż

Sucha Zie­mia (bez­kla­nowi)

Dena­ochi – brat Naranpy

Akel – brat Naranpy

Jeyma – ojciec Naranpy

Zataya – wiedźma

Jesteś sub­sty­tu­tem, namiastką Tlo­que Nahu­aque, pana tego, co bli­skie i dale­kie.

Jesteś sie­dzi­skiem [tro­nem, z któ­rego włada], jego fle­tem [ustami, któ­rymi prze­ma­wia],

prze­ma­wia przez cie­bie,

czyni cię swymi ustami, szczę­kami, uszami…

Czyni cię także swo­imi kłami i szpo­nami,

albo­wiem jesteś naj­dzik­szą z jego bestii, poże­ra­czem jego ludzi, jego sędzią.

Kodeks Flo­ren­tino, Księga VI, 42R

Rozdział 1

ROZ­DZIAŁ 1

Góry Obregi 315 Rok Słońca (10 lat przed Kon­wer­gen­cją)

O słońce! Rzu­casz okrutny cień

Obra­casz ciała w węgiel, bar­wisz pióra czer­nią

Czyż­byś porzu­ciło litość?

Zebrane Lamen­ta­cje z Nocy Noży

Dzi­siaj sta­nie się bogiem. Tak powie­działa mu matka.

– Wypij to – rze­kła, poda­jąc mu kubek. Był wysoki i wąski, pełen jasno­kre­mo­wego naparu.

Kiedy go pową­chał, poczuł woń poma­rań­czo­wych kwia­tów, które wijąc się, rosły za oknem jego pokoju, tych ze środ­kami barwy miodu. Ale poczuł też zie­mi­stą sło­dycz dzwon­ków, które matka pie­lę­gno­wała na podwó­rzu, w ogro­dzie, w któ­rym nie wolno było mu się bawić. Wie­dział, że w napa­rze są rze­czy, któ­rych nie jest w sta­nie wyczuć, sekretne skład­niki z sakiewki noszo­nej przez matkę na szyi, które pobie­lały czubki jej pal­ców i jego wła­sny język.

– Teraz, Sera­pio – dodała i na chwilę dotknęła dło­nią jego policzka. – Zimne jest lep­sze. Tym razem zro­bi­łam słod­sze, żebyś nie zwy­mio­to­wał.

Zaru­mie­nił się zawsty­dzony wzmianką o tym, co się wyda­rzyło. Ostrze­gała go, żeby poranną dawkę wypił szybko, on jed­nak sączył ją powoli i zwró­cił część męt­nej, mlecz­nej brei. Tym razem udo­wodni, że jest godzien, że jest kimś wię­cej niż tylko nie­śmia­łym chłop­cem.

Chwy­cił kubek obiema drżą­cymi rękami i pod czuj­nym spoj­rze­niem matki pod­niósł do ust. Napój był przej­mu­jąco zimny i, tak jak obie­cy­wała matka, znacz­nie słod­szy od poran­nej por­cji.

– Wszystko – zbesz­tała go, gdy gar­dło odmó­wiło mu posłu­szeń­stwa i zaczął opusz­czać kubek. – Ina­czej nie uśmie­rzy bólu.

Zmu­sił się do prze­łknię­cia i odchy­lił głowę, żeby opróż­nić naczy­nie. Żołą­dek pod­szedł mu do gar­dła, ale nie zwró­cił naparu. Minęło dzie­sięć sekund i kolejne dzie­sięć. Sera­pio z wyra­zem triumfu malu­ją­cym się na twa­rzy oddał matce pusty kubek.

– Mój dzielny, mały bożek – rze­kła, a jej usta uło­żyły się w uśmiech, od któ­rego zro­biło mu się cie­pło na sercu.

Posta­wiła kubek na stole obok kupki baweł­nia­nych sznur­ków, któ­rymi zamie­rzała go póź­niej zwią­zać. Chło­piec zer­k­nął na sznurki i leżące przy nich kościaną igłę i nić z jelit. Ich też matka użyje.

Choć w izbie pano­wał chłód, czoło Sera­pia było wil­gotne od potu, a ciemne kędziory lepiły mu się do głowy. Był tak dzielny, jak tylko może być dwu­na­sto­la­tek, lecz patrząc na igłę, marzył o tym, by tru­ci­zna uśmie­rza­jąca ból zaczęła dzia­łać jak naj­szyb­ciej.

Matka naj­wy­raź­niej wyczuła jego nie­po­kój, bo pokrze­pia­jąco pokle­pała go po ramie­niu.

– Spra­wiasz, że twoi przod­ko­wie są dumni, mój synu. A teraz… uśmiech­nij się do mnie.

Zro­bił, co mu kazała, i obna­żył zęby. Matka się­gnęła po małą, gli­nianą miseczkę i zanu­rzyła w niej palec. Jego czu­bek zabar­wił się na czer­wono. Ski­nie­niem dłoni poka­zała mu, żeby nachy­lił się w jej stronę, a gdy to uczy­nił, roz­sma­ro­wała barw­nik na jego zębach. Farba nie miała smaku, ale część umy­słu Sera­pia nie mogła prze­stać myśleć o owa­dach, które matka roz­gnia­tała w mleku mig­da­ło­wym, żeby stwo­rzyć barw­nik. Poje­dyn­cza kro­pla, czer­wona niczym krew, spa­dła na jej kolano. Matka ścią­gnęła brwi i starła ją wewnętrzną stroną dłoni.

Miała na sobie pro­stą, czarną tunikę, która odsła­niała jej silne, brą­zowe ramiona, tak długą, że zamia­tała nią kamienną pod­łogę pod ich sto­pami. Się­ga­jące pasa czarne włosy opa­dały luźno na jej plecy. Na szyi nosiła naszyj­nik z czar­nych jak noc wro­nich piór, któ­rych koń­cówki zabar­wiono czer­wie­nią, taką jak ta na zębach Sera­pia.

– Twój ojciec myślał, że może zabro­nić mi to nosić – powie­działa cicho, lecz chło­piec wyczuł w jej gło­sie ból spo­wo­do­wany smut­kiem i nie­do­stat­kiem. – Nie rozu­mie, że tak czy­nili moi przod­ko­wie, a przed nimi ich przod­ko­wie. Nie może zabro­nić kobie­cie z Czar­now­ro­nów przy­wdzie­wać stroju, który ma uho­no­ro­wać wro­niego boga, zwłasz­cza w tak świę­tym dniu jak ten.

– On się boi – ode­zwał się chło­piec, nim zdą­żył pomy­śleć. Naj­wy­raź­niej tru­ci­zna roz­wią­zała mu język, ina­czej ni­gdy nie ośmie­liłby się prze­ma­wiać w ten spo­sób.

Matka zamru­gała, wyraź­nie zasko­czona tą uwagą, a zaraz potem wzru­szyła ramio­nami.

– Może – zgo­dziła się. – Obre­gij­czycy boją się wielu rze­czy, któ­rych nie rozu­mieją. A teraz nie ruszaj się, dopóki nie skoń­czę.

Pra­co­wała w pośpie­chu, bar­wiąc jego zęby głę­bo­kim kar­mi­nem, aż wyglą­dały, jakby miał usta pełne krwi. Uśmiech­nęła się. Jej zęby pre­zen­to­wały się tak samo. Ojciec słusz­nie się jej oba­wia, pomy­ślał chło­piec. Wygląda groź­nie, wład­czo. Słu­żeb­nica boga.

– Jak twoje plecy? – spy­tała i odsta­wiła miseczkę z barw­ni­kiem z powro­tem na stół.

– Dobrze – skła­mał.

O świ­cie tego samego dnia wycięła mu na ple­cach haahan. Obu­dziła go, podała mu pierw­szy kubek tru­ci­zny uśmie­rza­ją­cej ból i oznaj­miła, że nad­szedł czas. Usły­szaw­szy to, Sera­pio posłusz­nie obró­cił się na brzuch, a ona przy­stą­piła do pracy.

Uży­wała spe­cjal­nego ostrza, któ­rego ni­gdy dotąd nie widział – cien­kiego, deli­kat­nego i nie­zwy­kle ostrego. Pra­cu­jąc, prze­ma­wiała do niego. Opo­wia­dała, że gdyby był ze swym kla­nem, uko­chany wuj albo kuzyn mie­sią­cami, a nawet latami wyci­nałby na jego skó­rze haahan. Nie było na to jed­nak czasu i dziś musiała to być ona. Wyci­na­jąc kręte linie – odpo­wied­nik wro­nich skrzy­deł – na jego ramio­nach i mię­śniach bocz­nych, opo­wia­dała mu o wiel­kim wro­nim bogu. Ból był taki, jakby Sera­pio wło­żył rękę do ognia, może dla­tego, że nie wypił całego naparu. Zniósł go jed­nak, poję­ku­jąc tylko od czasu do czasu. Następ­nie kazała mu usiąść i wycięła wro­nią czaszkę u pod­stawy jego szyi. Ptasi dziób zacho­dził mu na pierś, przez co wyglą­dał jak wyryty w skó­rze wisio­rek. Ból był dzie­sięć razy gor­szy, niż kiedy wyci­nała skrzy­dła, i Sera­pio nie krzy­czał tylko dla­tego, że bał się, iż jeśli poru­szy się gwał­tow­nie, matka przy­pad­kiem pode­rżnie mu gar­dło. Wie­dział, że ludzie z jej klanu rzeź­bili w swo­ich cia­łach na znak żałoby po tym, co zostało utra­cone, i był dumny, że nosi na skó­rze haahan, ale łzy i tak spły­wały mu po policz­kach.

Kiedy skoń­czyła, kry­tycz­nym okiem przyj­rzała się swemu dziełu.

– Teraz, kiedy wró­cisz do domu, roz­po­znają cię, nawet jeśli za bar­dzo przy­po­mi­nasz Obre­gij­czyka.

Zabo­lały go te słowa, zwłasz­cza że wypo­wie­działa je, patrząc na niego. A prze­cież zdą­żył się przy­zwy­czaić do ludz­kich spoj­rzeń i do zło­śli­wo­ści dzieci, które wyty­kały mu, że za mało lub za bar­dzo przy­po­mina tego czy owego.

– Obre­gij­czycy są źli? – odwa­żył się zapy­tać. Widać tru­ci­zna wciąż doda­wała mu śmia­ło­ści. Góry Obregi były jedy­nym domem, jaki znał w całym swoim życiu. Rozu­miał, że matka jest tu obca; pocho­dziła z mia­sta o nazwie Tova, dale­kiego i zamiesz­ki­wa­nego przez ludzi, któ­rzy nazy­wali sie­bie Czar­now­ro­nami. Lecz jego ojciec był Obre­gij­czy­kiem, a do tego lor­dem. Miesz­kali w domu jego przod­ków, a robot­nicy upra­wiali zie­mię nale­żącą do jego rodziny. Chło­piec otrzy­mał jedno z imion, jakie nada­wali swym dzie­ciom miesz­kańcy gór Obregi. Odzie­dzi­czył też krę­cone włosy i nieco bled­szą twarz krew­nych ojca, choć wąskie oczy, sze­ro­kie usta i policzki miał po matce.

– Nie, synu – zbesz­tała go. – To życie, to miej­sce… – zato­czyła ręką łuk, mając na myśli zimne, kamienne ściany, wiszące na nich bogato zdo­bione kilimy, widoczne za oknem ośnie­żone góry i cały lud Obregi – miało chro­nić cię do czasu, aż będziesz mógł wró­cić do Tovy.

Chro­nić? Przed czym? Chciał ją o to zapy­tać, ale zamiast tego powie­dział tylko:

– A kiedy to będzie?

Wes­tchnęła i przy­ci­snęła dło­nie do ud.

– Nie jestem Straż­niczką w nie­biań­skiej wieży – odrze­kła, krę­cąc głową. – Ale myślę, że już nie­długo.

– Za mie­siąc? Rok? – dopy­ty­wał. Nie­długo mogło zna­czyć wszystko.

– Nie zosta­li­śmy zapo­mniani – zapew­niła go, a jej twarz zła­god­niała. Odgar­nęła mu z czoła nie­sforny kosmyk. Jej ciemne oczy pełne były miło­ści, która roz­grze­wała go od stóp do głów. Kiedy tak wyglą­dała, może wzbu­dzała w ojcu lęk, ale dla niego była piękna.

Cie­nie prze­su­nęły się na pod­ło­dze i matka obej­rzała się przez ramię na dziwne, popo­łu­dniowe świa­tło.

– Już czas. – Wstała z twa­rzą zaró­żo­wioną z pod­eks­cy­to­wa­nia i wycią­gnęła rękę. – Gotowy?

Był za duży, żeby wziąć ją za rękę niczym dziecko, ale tak bar­dzo oba­wiał się tego, co miało nastą­pić, że uści­snął jej dłoń, jakby szu­kał w niej pocie­sze­nia. Popro­wa­dziła go na zewnątrz, na kamienny taras, gdzie mroźny wiatr owiał jego nagą skórę.

Widok, który się stam­tąd roz­ta­czał, był praw­dziwą ucztą dla oka. Dolina wciąż jesz­cze mie­niła się zło­tem i szkar­ła­tem końca jesieni. Nieco dalej wzno­siły się wyso­kie, poszar­pane góry, gdzie lód ni­gdy nie top­niał. Sera­pio spę­dził tu wiele popo­łu­dni, obser­wu­jąc jastrzę­bie kołu­jące nad osadą przy­cup­niętą na skraju doliny albo ciska­jąc kamyki za kra­wędź urwi­ska i patrząc, jak w chmu­rach pyłu spa­dają na widoczne w dole ska­li­ste klify. Było to miej­sce miłych wspo­mnień i dobrych myśli.

– Tak pochmurno – rze­kła z prze­ję­ciem matka, na­dal trzy­ma­jąc go za rękę. – Ale spójrz, nawet w tej chwili wszystko się zmie­nia. – Roz­pro­mie­niła się, obna­ża­jąc krwi­sto­czer­wone zęby.

Miała rację. Patrzył, jak niebo się prze­ciera, a zza chmur wyła­nia się zawie­szona nad górami, roz­myta, przy­ćmiona kula słońca. Obok niej czaił się mrok.

Zanie­po­ko­jony chło­piec otwo­rzył sze­roko oczy. Matka mówiła mu, że tego dnia przy­bę­dzie wroni bóg, nie sądził jed­nak, że jego obli­cze będzie aż tak upiorne.

– Patrz na słońce, Sera­pio – upo­mniała go, oddy­cha­jąc z tru­dem. – Musisz patrzeć na słońce.

Zro­bił, co mu kazała, i z rosną­cym prze­ra­że­niem patrzył, jak zaczyna ono zni­kać.

– Matko? – spy­tał, zatrwo­żony. Nie podo­bał mu się wła­sny piskliwy, prze­ra­żony głos.

– Nie odwra­caj wzroku! – ostrze­gła go.

Nie miał takiego zamiaru. Prze­żył jej nóż i tru­ci­znę, a wkrótce prze­żyje także igłę. Widok słońca też znie­sie.

Ale oczy zaczęły mu łza­wić i piec.

– Spo­koj­nie – mruk­nęła, ści­ska­jąc go za rękę.

Oczy go bolały, ale matka roz­warła pal­cami deli­katną skórę jego powiek. Krzyk­nął, kiedy dra­snęła paznok­ciem gałkę oczną, i szarp­nął się odru­chowo. Przy­cią­gnęła go do sie­bie. Ramiona miała silne jak ima­dło, jej palce trzy­mały jego szczękę w żela­znym uści­sku.

– Musisz patrzeć! – krzyk­nęła.

Tak więc patrzył, jak wroni bóg pożera słońce.

Dopiero gdy ze słońca został jedy­nie oka­la­jący ciem­ność pier­ścień drżą­cego poma­rań­czo­wego ognia, puściła go.

Sera­pio potarł pie­kące oczy, ale matka ude­rzyła go po rękach.

– Byłeś taki dzielny – powie­działa. – Nie możesz się teraz bać.

Na myśl o tym, co miało się wyda­rzyć, poczuł lodo­waty strach peł­znący mu po ple­cach. Jego matka naj­wy­raź­niej niczego nie zauwa­żyła.

– Pośpiesz się – pona­gliła go, pro­wa­dząc z powro­tem do środka. – Póki wroni bóg spra­wuje wła­dzę nad świa­tem.

Posa­dziła go na krze­śle z wyso­kim opar­ciem. Od wypi­tego naparu ręce i nogi miał ocię­żałe, głowę zaś dziw­nie lekką. Ogar­nia­jąca go panika przy­ga­sła, a z ust dobył się cichy, prze­ra­żony jęk.

Matka przy­wią­zała mu stopy do nóg krze­sła i okrę­ciła jego ciało sznur­kami, tak że nie mógł się ruszać. Lina bole­śnie werż­nęła się w miej­sce, gdzie skóra po wycię­ciu haahan wciąż jesz­cze była obrzmiała i roz­ogniona.

– Zamknij oczy – upo­mniała go.

Zro­bił to i po chwili coś zim­nego i wil­got­nego dotknęło jego rzęs, coś, co spra­wiło, że prze­stał czuć skórę wokół oczu. Powieki miał tak cięż­kie, że zdało mu się, że ni­gdy wię­cej nie zdoła ich pod­nieść.

– Posłu­chaj mnie – ode­zwała się matka. – Ludz­kie oczy kła­mią. Musisz nauczyć się patrzeć na świat czymś wię­cej niż ten nie­do­sko­nały organ.

– Ale jak?

– Nauczysz się, a to ci pomoże. – Poczuł, że wsu­nęła mu coś do kie­szeni. Była to sakiewka, taka sama jak ta, którą nosiła zawie­szoną na szyi. Gdyby poru­szył pla­cami, mógłby jej dotknąć, a wów­czas poczułby zamknięty w środku deli­katny pro­szek. – Ukryj ją i uży­waj tylko wtedy, kiedy będziesz potrze­bo­wał.

– Skąd będę wie­dział, że jest mi potrzebna? – zapy­tał zmar­twiony. Nie chciał zawieść matki.

– Po pro­stu będziesz wie­dział – uspo­ko­iła go. Głos miała łagodny, lecz sta­now­czy. – Wów­czas powró­cisz do domu, do Tovy. Tam znowu otwo­rzysz oczy i sta­niesz się bogiem. Rozu­miesz?

Nie rozu­miał, nie­zu­peł­nie, ale i tak poki­wał głową.

– Pój­dziesz ze mną? – spy­tał.

Gwał­tow­nie zaczerp­nęła powie­trza i dźwięk ten prze­ra­ził go bar­dziej niż wszystko inne, co zro­biła tego dnia.

– Mamo?

– Ciii, Sera­pio. Zada­jesz za dużo pytań. Od teraz cisza będzie twoim naj­więk­szym sprzy­mie­rzeń­cem.

Igła prze­biła jego powiekę, ale był tego pra­wie nie­świa­domy. Czuł szarp­nię­cia nici, kiedy prze­cho­dząc przez skórę, zaszy­wała ją. Panika, która przy­ga­sła chwilę temu, wez­brała nową falą, spra­wia­jąc, że szarp­nął się na krze­śle, przez co rany na ple­cach roz­go­rzały ogniem bólu. Ale sznury trzy­mały mocno, a mię­śnie chłopca były wiot­kie od wypi­tego naparu.

Nagłe wale­nie do drzwi spra­wiło, że oboje się wzdry­gnęli.

– Otwie­raj! – ryk­nął głos tak silny, że zda­wał się wstrzą­sać ścia­nami. – Jeśli dotknę­łaś chłopca, przy­się­gam, że cię zabiję!

To był jego ojciec. Sera­pio chciał krzyk­nąć, dać znać, że nic mu nie jest. Że wola wro­niego boga musi się wypeł­nić, że chciał tego i że matka ni­gdy by go nie skrzyw­dziła.

Ona tym­cza­sem wró­ciła do pracy, igno­ru­jąc wrza­ski ojca i jego groźby.

– Już pra­wie skoń­czy­łam.

– Saaya, pro­szę! – bła­gał ojciec łamią­cym się gło­sem.

– Czy on pła­cze? – spy­tał zanie­po­ko­jony chło­piec.

– Ciii… – Kącik jego lewego oka ogar­nęła ciem­ność, kiedy zawią­zała ostatni supeł.

Musnęła war­gami jego czoło i czule zmierz­wiła ręką jego włosy.

– Dziecko obcego czło­wieka w obcym miej­scu – mruk­nęła i Sera­pio wie­dział, że mówiła do sie­bie. – Zro­bi­łam wszystko, co trzeba. Nawet to.

Wie­dział, że mówiąc „nawet to”, miała na myśli rze­czy, które dziś wycier­piał, i na dźwięk tych słów pierw­szy raz poczuł wąt­pli­wo­ści, które niczym korzeń się­gały coraz głę­biej do jego żołądka.

– Kto mamo? Kto cię o to pro­sił?

Było tak wiele rze­czy, któ­rych wciąż nie rozu­miał; rze­czy, któ­rych mu nie mówiła.

Odchrząk­nęła i Sera­pio poczuł ruch powie­trza, kiedy się pod­nio­sła.

– Muszę teraz iść, Sera­pio. Ty musisz żyć dalej, ale dla mnie przy­szedł czas, by dołą­czyć do przod­ków.

– Nie zosta­wiaj mnie!

Pochy­liła głowę i szep­nęła mu do ucha. Sekretne imię. Jego praw­dziwe imię. Usły­szaw­szy je, zadrżał.

Chwilę póź­niej poczęła się odda­lać, lek­kim kro­kiem zmie­rza­jąc w stronę otwar­tego tarasu. Ucie­kała. Ale dokąd? Tam, dokąd bie­gła, był tylko taras, na któ­rego końcu cze­kało otwarte niebo.

Wie­dział, że ucieka po to, by móc pofru­nąć.

– Mamo! – wrza­snął. – Nie!

Pró­bo­wał otwo­rzyć oczy, ale szwy trzy­mały mocno i powieki pozo­stały zamknięte. Chciał dra­pać twarz paznok­ciami, lecz sznury krę­po­wały jego ruchy, a wypity napar spra­wił, że czuł się dziw­nie.

– Synu! – krzyk­nął jego ojciec.

Coś wiel­kiego rąb­nęło w drzwi i drewno poczęło pękać. Jesz­cze chwila i drzwi staną otwo­rem.

– Mamo! – pisnął Sera­pio. – Wróć!

Ale jego bła­ga­nia pozo­stały bez odpo­wie­dzi. Matka ode­szła.

Rozdział 2

Roz­dział 2

Cuecola 325 Rok Słońca (20 dni przed Kon­wer­gen­cją)

Wyjęta z wody Teekijka pływa w winie.

Teekij­skie powie­dze­nie

Sprze­dawcy owo­ców, roz­po­czy­na­jący pracę wcze­snym świ­tem, krą­żyli po uli­cach Cuecoli, nawo­łu­jąc miesz­kań­ców do kupna napa­rów. Ich głosy nio­sły się zarówno wąskimi ulicz­kami, jak i sze­ro­kimi ale­jami, obok owal­nych, kry­tych strze­chą domostw zwy­kłych ludzi i bar­dziej wystaw­nych, wie­lo­po­zio­mo­wych kamien­nych posia­dło­ści kupiec­kich lor­dów. Owi­nęły się wokół stel z gło­wami jagu­arów sto­ją­cych na straży wiel­kich czwo­ro­bocz­nych pira­mid i popły­nęły ku wysłu­żo­nemu kró­lew­skiemu boisku do gry w piłkę, które w ciem­no­ściach przed­świtu świe­ciło pust­kami. Mię­dzy gro­bow­cami, tar­go­wi­skami, miej­scami cere­mo­nii i dalej, za mury mia­sta, wypeł­nia­jąc sobą poranne powie­trze. Aż dotarły do uszu Xiali, która jesz­cze chwilę temu była cudow­nie nie­przy­tomna.

– Bła­gam, niech ktoś ich uci­szy – mruk­nęła, przy­ci­ska­jąc poli­czek do zim­nego kle­pi­ska, na któ­rym spę­dziła noc. – Przy­pra­wiają mnie o ból głowy. – Cze­kała, a gdy nikt nie zare­ago­wał, popro­siła znowu, tym razem nieco gło­śniej.

W odpo­wie­dzi ktoś kop­nął ją w żebra. Nie mocno, ale to wystar­czyło, żeby jęk­nęła i otwo­rzyła oko, chcąc zoba­czyć, co to za jeden.

– Sama się ucisz – rzu­ciła wino­waj­czyni. Była nią wychu­dła kobieta, dwu­krot­nie od niej star­sza, z wykrzy­wioną lewą połową twa­rzy i prze­ci­na­jącą szyję paskudną bli­zną. – Robisz wię­cej hałasu od nich.

– …sale nie – burk­nęła Xiala i posłała nie­zna­jo­mej naj­bar­dziej wredne ze swo­ich spoj­rzeń. Pia­sek przy­kleił się jej do warg. Otarła usta dło­nią, żeby się go pozbyć, a zaraz potem rozej­rzała się po pomiesz­cze­niu, zatrzy­mu­jąc wzrok na ciem­nych, wil­got­nych ścia­nach i zbi­tych z desek drzwiach w miej­scu, w któ­rym powinno znaj­do­wać się otwarte wyj­ście. Na pod­ło­dze leżało zbyt wiele kobiet cuch­ną­cych potem i sfer­men­to­wa­nym piwem z kak­tusa. Nie­liczne, któ­rym się poszczę­ściło, kuliły się z zimna pod wytar­tymi baweł­nia­nymi kocami. Ktoś popła­ki­wał cicho w kącie. – Niech to szlag – jęk­nęła. – Znowu jestem w pier­dlu.

Chuda kobieta, która kop­nęła ją w żebra, zare­cho­tała paskud­nie. Bra­ko­wało jej zębów. Dwóch gór­nych jedy­nek i jed­nej dol­nej. Xiala zasta­na­wiała się, czy zgniły i wypa­dły, czy może je sprze­dała. Wyglą­dała na taką, co to jest w sta­nie sprze­dać zęby.

– Jedno jest pewne – odparła stara z uśmie­chem. – Nie jest to dom kupiec­kiego lorda.

– Przy­naj­mniej za to dzięki pomniej­szym bogom – odparła Xiala i rze­czy­wi­ście tak myślała. Nie prze­pa­dała za kupiec­kimi lor­dami. Można by rzec, że to wła­śnie praca dla jed­nego z nich zapro­wa­dziła ją w to par­szywe miej­sce. Gdyby lord Pech nie pró­bo­wał wysta­wić jej do wia­tru, nie musia­łaby wrzu­cać go do oce­anu. Nie cze­kała, żeby zoba­czyć, czy został ura­to­wany, czy też nie, i zamiast tego udała się do poło­żo­nej na kli­fie karczmy, zbyt obskur­nej dla kogoś takiego jak lord Pech. Zła na to, że pró­bo­wano ją oszu­kać i na prze­śla­du­jący ją nie­fart, posta­no­wiła się upić. Tak czy ina­czej posta­no­wiłaby się upić, ale zawsze lepiej było mieć dobrą wymówkę.

Zmę­czona pod­nio­sła się do pozy­cji sie­dzą­cej. Za szybko. W gło­wie się jej zakrę­ciło – oto, ile kosz­tują dobre wymówki. Ści­snęła obu­rącz głowę, pro­sząc w duchu świat, żeby prze­stał wiro­wać. Skóra na kłyk­ciach zapie­kła ją bole­śnie i gdy Xiala spoj­rzała na prawą rękę, odkryła, że są opuch­nięte i zaczer­wie­nione. Musiała kogoś ude­rzyć, ale na całe kakao Cuecoli, nie mogła sobie przy­po­mnieć, kto to był. Bez­zębna kobieta roze­śmiała się nieco gło­śniej.

Xiala potrzą­snęła obo­lałą ręką i osten­ta­cyj­nie igno­ru­jąc roz­ba­wioną współ­więź­niarkę, dźwi­gnęła się z pod­łogi. Prze­bie­gła pal­cami po ciele, spraw­dza­jąc, czego bra­kuje. Jej szty­let znik­nął, co jed­nak wcale jej nie zdzi­wiło, tak jak nie zdzi­wił jej brak sakiewki. Wciąż jed­nak miała ubra­nia na grzbie­cie i san­dały na nogach, za co była wdzięczna losowi. Zda­rzało się, że po noc­nym pijań­stwie jej doby­tek był jesz­cze skrom­niej­szy.

Prze­stą­piła nad śpią­cymi posta­ciami, nie kło­po­cząc się, żeby prze­pro­sić, gdy przy­pad­kiem nastą­piła na czy­jąś rękę czy kop­nęła kogoś w plecy. Zresztą więk­szość kobiet nie zwra­cała na nią uwagi, bo wciąż jesz­cze spały albo były pijane do nie­przy­tom­no­ści. Xiala obli­zała spierzch­nięte usta. Sama chęt­nie by się teraz napiła. Nie, powie­działa sobie. Chyba wła­śnie usta­li­ły­śmy, że tra­fi­łaś tu przez pijań­stwo. Koniec z tym. I koniec z kupiec­kimi lor­dami.

To ostat­nie dorzu­ciła na dokładkę, wie­działa jed­nak, że nie wytrwa długo w żad­nym z tych posta­no­wień. Była żeglarką, a prze­trwa­nie żegla­rzy zale­żało od kupiec­kich lor­dów i alko­holu.

Dotarła do drew­nia­nych drzwi i ostroż­nie zba­dała, czy przy­pad­kiem się nie otwo­rzą. Nie otwo­rzyły się, więc przy­ci­snęła twarz do szcze­lin mię­dzy deskami i spoj­rzała w poprze­dza­jącą nadej­ście poranka ciem­ność. Miała przed sobą dzie­dzi­niec. Panu­jący na zewnątrz mrok nie pozwa­lał dostrzec szcze­gó­łów i zmie­niał budy­nek naprze­ciwko w pro­sto­kątny kamienny blok, zaś prze­strzeń pomię­dzy w pustą dziurę. Na lewo i prawo cią­gnęły się cele, lecz Xiala nie potra­fiła powie­dzieć, czy są zajęte, czy też nie. Tak czy ina­czej, ona jedna chyba nie spała. No i bez­zębna, która ją wyśmiała.

Na­dal sły­szała sprze­daw­ców owo­ców, lecz ich głosy zdą­żyły już przy­cich­nąć. Zamiast tego jej uszy wypeł­nił szum wia­tru w liściach palm i zna­jome pokrzy­ki­wa­nia orta­li­sów budzą­cych się w gniaz­dach. Powie­trze prze­sy­cał zapach świeżo roz­cie­ra­nych papai, kak­tu­sów kwit­ną­cych nocą, a przede wszyst­kim słona woń mor­skiego powie­trza.

Morze.

Sama ta myśl była krze­piąca. To wła­śnie tam, na morzu Xiala była naj­szczę­śliw­sza. Tam nie ist­niały pro­blemy, z któ­rymi czło­wiek zma­gał się na lądzie; nie było wię­zień ani kupiec­kich lor­dów. Gdyby tak po pro­stu mogła wró­cić na sta­tek, wszystko byłoby dobrze.

Naj­pierw jed­nak musiała się stąd wydo­stać.

– Straż! – zawo­łała, mru­żąc oczy i wpa­tru­jąc się w mrok.

Nikogo nie widziała, ale prze­cież musieli tu być jacyś straż­nicy. Otwartą dło­nią zało­mo­tała w deski, te jed­nak nawet nie drgnęły. Znowu krzyk­nęła, ale odpo­wie­działy jej jedy­nie ptaki i wiatr. Potrze­bo­wała cze­goś, co narobi hałasu i ścią­gnie uwagę straż­ni­ków. Nie miała nic poza ubra­niami – czar­nymi spodniami roz­sze­rza­ją­cymi się ku dołowi, przez co przy­po­mi­nały spód­nicę, bar­dziej odpo­wied­nich dla kobiet z Cuecoli, i tkaną pasia­stą tuniką, zwią­zaną w pasie szarfą z frędz­lami, któ­rej końce opa­dały na jedno bio­dro. Ani jedno, ani dru­gie nie nada­wało się do robie­nia hałasu.

Przez chwilę przy­tu­py­wała nogą w zamy­śle­niu, a zaraz potem prze­wró­ciła oczami, gdy przy­szło jej do głowy naj­prost­sze roz­wią­za­nie. Wysu­nęła stopę z san­dała i chwy­ciła go w dłoń. Skó­rzaną pode­szwą ude­rzyła o deski, które wydały przy­jemny dla ucha kle­ko­czący dźwięk.

– Straż! – zawo­łała, tłu­kąc pode­szwą w drzwi celi.

Za jej ple­cami roz­le­gły się pełne nie­za­do­wo­le­nia głosy, ona jed­nak ani myślała prze­sta­wać.

W końcu od ściany dwie cele dalej ode­rwał się cień i kobieta w stroju straż­nika nie­śpiesz­nie ruszyła w jej stronę. Xiala z całej siły wyrżnęła pode­szwą w deski, jakby w ten spo­sób chciała zmu­sić straż­niczkę, żeby się pośpie­szyła. Zaraz potem w sła­bym świe­tle ujrzała jej twarz. Była wyraź­nie roz­draż­niona, przez co jej oczy zda­wały się małe, a usta jesz­cze mniej­sze. Kiedy była wystar­cza­jąco bli­sko, cap­nęła but Xiali z szyb­ko­ścią ata­ku­ją­cego węża i wark­nęła roze­źlona:

– Co ty wypra­wiasz?

– Pró­buję zwró­cić na sie­bie twoją uwagę – odparła Xiala, uno­sząc brodę. – Jestem gotowa wyjść.

– Ni­gdzie nie wyj­dziesz – wark­nęła straż­niczka.

Xiala zmarsz­czyła brwi.

– Jak to? Prze­cież wytrzeź­wia­łam. Nie będę spra­wiać pro­ble­mów. Może­cie mnie wypu­ścić.

Straż­niczka roz­cią­gnęła usta w paskud­nym uśmie­chu.

– Zosta­niesz tu, dopóki nie zde­cy­dują, co z tobą zro­bić.

– Co ze mną zro­bić? – Nie­po­kój niczym zimna woda spły­nął po ple­cach Xiali. Pamię­tała wyda­rze­nia ubie­głej nocy jak przez mgłę. Zakła­dała, że zgar­nięto ją z ulicy i zamknięto tu, żeby ode­spała pijań­stwo. Nie była z tego dumna, ale nie był to pierw­szy raz i z pew­no­ścią nie ostatni. Jed­nak sądząc po tym, co mówiła straż­niczka, nie cho­dziło wyłącz­nie o to, że się upiła i wdała w bójkę. Może Pech doniósł na nią. Stłu­miła nara­sta­jący strach. – Musi­cie mnie wypu­ścić – oświad­czyła z uda­waną zuchwa­ło­ścią. – Czeka na mnie sta­tek.

Straż­niczka par­sk­nęła śmie­chem.

– Sta­tek, powia­dasz? A zatem jesteś żeglarką, tak? Nie, nie, kapi­ta­nem. Zacze­kaj, a może kupiec­kim lor­dem? Jed­nym z Domu Sied­miu. – Śmiała się do roz­puku.

Xiala oblała się rumień­cem. Wie­działa, że to, co mówi, brzmi nie­do­rzecz­nie, ale prawda czę­sto bywała nie­do­rzeczna.

– Kapi­ta­nem – odparła, sta­ra­jąc się, żeby zabrzmiało to wład­czo. – I jeśli nie poja­wię się w por­cie, mój lord się zde­ner­wuje. A ty poża­łu­jesz!

– W takim razie mogę już zacząć żało­wać. A tym­cza­sem… – Straż­niczka wło­żyła pod pachę buta Xiali i odwró­ciła się, żeby odejść.

– Hej! – ryk­nęła Xiala. – Odda­waj mojego san­dała!

– Dosta­niesz but, kiedy przyj­dzie zarządca – rzu­ciła przez ramię straż­niczka. – I siedź cicho albo każę cię obić!

Xiala patrzyła za nią do chwili, aż kobieta na powrót wto­piła się w cie­nie. Zadrżała, jakby dopiero teraz zauwa­żyła panu­jący w celi chłód. Sku­liła się, szu­ka­jąc odro­biny cie­pła, ale go nie zna­la­zła. W końcu dała za wygraną i powłó­cząc nogami, odziana w jeden tylko but, zaczęła klu­czyć w labi­ryn­cie śpią­cych na pod­ło­dze kobiet. Zna­la­zł­szy pod ścianą puste miej­sce, przy­kuc­nęła i obej­mu­jąc kolana ramio­nami, spu­ściła głowę. Mogła tylko cze­kać.

* * *

Nie cze­kała długo.

Nie­spełna godzinę póź­niej jej uszu dobiegł jakiś hałas i ruch. Xiala pod­nio­sła głowę, żeby mieć lep­szy widok. Kilka kobiet zdą­żyło się już obu­dzić i zacie­ka­wione pode­szły teraz do drzwi. Cokol­wiek tam zoba­czyły, spra­wiło, że pośpiesz­nie wró­ciły na pod­łogę i poczęły uda­wać, że śpią. Nie­zra­żona ich zacho­wa­niem Xiala wycią­gnęła szyję. Bała się tylko tego, że może nie wró­cić na sta­tek.

Chwilę póź­niej zoba­czyła męż­czy­znę. Był w śred­nim wieku, niski i krępy, z wło­sami, które niczym czarna aure­ola oka­lały twarz o obwi­słych policz­kach i zim­nych oczach. Nosił szarfę zarządcy wię­zie­nia. Xiala poczuła, że żołą­dek pod­cho­dzi jej do gar­dła. Nie wyglą­dał na czło­wieka lito­ści­wego.

Zaraz potem poja­wił się drugi czło­wiek. Przy­stojny męż­czy­zna, wysoki i dobrze zbu­do­wany, ani nie za chudy, jak bez­zębna kobieta, ani nie tak gruby jak zarządca. Pasma sre­bra prze­świe­cały tu i ówdzie w jego dłu­gich, czar­nych wło­sach, które zwią­zał i upiął w wysoki kok, jak mieli w zwy­czaju szla­chet­nie uro­dzeni. Był odziany w białą, długą do kolan prze­pa­skę na bio­dra i zarzu­coną na jedno ramię pele­rynę, odsła­nia­jącą zadbane, umię­śnione ciało. Wbrew panu­ją­cym tren­dom prze­pa­ska była pro­sta, bez żad­nych haftów czy ozdób. Świad­czyła o skrom­no­ści i odda­niu, czemu z kolei zada­wał kłam jade­itowy naszyj­nik na szyi męż­czy­zny oraz liczne klej­noty zdo­biące uszy i nad­garstki nie­zna­jo­mego. Nawet w tak par­szy­wym miej­scu jak to zda­wał się ema­no­wać bla­skiem i roz­ta­czał wokół sie­bie aurę wdzięku i pew­no­ści sie­bie. A przede wszyst­kim bogac­twa.

Jak nic był kupiec­kim lor­dem, synem szla­chet­nie uro­dzo­nych i zapewne jed­nym z Domu Sied­miu.

Xiala z miej­sca go znie­na­wi­dziła.

Męż­czy­zna chyba wyczuł jej nie­chęć i obrzy­dze­nie, bo nagle prze­rwał pro­wa­dzoną szep­tem roz­mowę z zarządcą wię­zie­nia, spoj­rzał jej w oczy i uśmiech­nął się. Był to uśmiech węża, przy­jemny jedy­nie dla kogoś, kto nie ma poję­cia o kłach i jadzie.

– To ona – rzekł kupiecki lord i wska­zał ją nie­znacz­nym ski­nie­niem głowy.

Część Xiali chciała sku­lić się i ukryć przed wzro­kiem tego czło­wieka, ale druga część pra­gnęła się stąd wydo­stać, a nie­zna­jomy wyglą­dał jak drzwi do wol­no­ści. Wypro­sto­wała się, otrze­pała ubra­nie i zro­biła wszystko, by wyglą­dać jak ktoś, kto nie powi­nien był się tu zna­leźć.

Zarządca ścią­gnął brwi i spoj­rzał na Xialę, a zaraz potem na męż­czy­znę.

– Zarzuty są poważne, lor­dzie Bala­mie – prze­mó­wił ner­wowo, ści­szo­nym gło­sem. – Nie mogę przy­mknąć oka. Jeste­śmy wszak spo­łe­czeń­stwem, w któ­rym te same prawa obo­wią­zują wszyst­kich, tak pospól­stwo, jak i szla­chet­nie uro­dzo­nych.

– Ależ oczy­wi­ście – odparł lord Balam. – A ty wyko­nu­jesz tylko swoją pracę. Może jed­nak potra­fię cię prze­ko­nać. – Mówiąc to, wsu­nął w dłoń zarządcy coś, czego Xiala nie była w sta­nie zoba­czyć.

Zarządca zaci­snął palce na przed­mio­cie.

Wyraź­nie zado­wo­lony Balam spoj­rzał na swego roz­mówcę.

– Rozu­miem twój nie­po­kój – rzekł i ujął w dło­nie rękę zarządcy. – I dopil­nuję, żeby spo­tkała ją kara. Ale skoro ta kobieta służy u mnie, nie może zostać sprze­dana w nie­wolę.

– Za jej prze­winy i tak nie tra­fi­łaby do nie­woli, panie – wykrztu­sił zarządca. – To prze­stęp­stwa karane śmier­cią.

Xiala omal się nie zakrztu­siła. Matko wodo. Nie zamie­rzała zabić Pecha, kiedy wrzu­cała go do morza. Nie jej wina, że nie umiał pły­wać.

– Pijań­stwo – cią­gnął zarządca – obraza moral­no­ści publicz­nej, wtar­gnię­cie. Cudzo­łó­stwo z kobie…

Och. A zatem wcale nie cho­dziło o Pecha.

Nagle wspo­mnie­nia wró­ciły i przy­po­mniała sobie, jak weszła do zatło­czo­nej, hała­śli­wej obe­rży. Pamię­tała nawet, jak wypiła pierw­szą kolejkę. I drugą. Posmak anyżu na języku. Była tam kobieta z kwia­tami w dłu­gich wło­sach, w tunice, która odkry­wała jej nagie ramiona. Śmiały się i tań­czyły, i… do sied­miu pie­kieł. Teraz sobie przy­po­mniała. Poszły do domu kobiety i wszystko było dobrze, dopóki nie wró­cił jej mąż. Xiala jak przez mgłę pamię­tała, jak wal­nęła go w twarz – stąd obo­lała ręka – ale zro­biła to tylko dla­tego, że blo­ko­wał drzwi i wrzesz­czał na nią. Reszta była tylko nie­wy­raźną plamą. To on kazał ją aresz­to­wać. A teraz sie­działa tu. Cze­ka­jąc na karę śmierci.

Powinna oba­wiać się zarządcy, jego praw i nie­spra­wie­dli­wego trak­to­wa­nia, ale się nie bała. Wie­działa, jak to jest w Cuecoli. Zain­te­re­so­wał się nią lord, a to zna­czyło, że była potrzebna. Tylko do czego? Boga­cze nie zwra­cali uwagi na takich jak ona, chyba że cze­goś od nich chcieli.

Męż­czyźni dobili targu, a zaraz potem straż­niczka otwo­rzyła drzwi i wypu­ściła Xialę.

Xiala zaczęła coś mówić, lecz jej wybawca, lord Balam, uci­szył ją spoj­rze­niem. Patrzył na nią przez chwilę sze­roko otwar­tymi oczami. Ona rów­nież mu się przy­glą­dała, wyzy­wa­jąco zadzie­ra­jąc brodę. Nagle spoj­rzał na jej stopy.

– Gdzie drugi but? – spy­tał.

Straż­niczka pode­szła do nich z san­da­łem w dłoni, mru­cząc pod nosem jakieś wyja­śnie­nia. Xiala musiała się powstrzy­my­wać, żeby nie roze­śmiać jej się w twarz.

Wkrótce wyszli na dzie­dzi­niec, wokół któ­rego mie­ściły się wię­zienne cele, i Xiala ode­tchnęła z ulgą. Była wolna.

Zasta­na­wiała się, czy nie uciec od razu, ale nie miała poję­cia, gdzie byli. Oko­lica wyglą­dała obco, choć przy­po­mi­nała typowy wiej­ski kra­jo­braz. W powie­trzu uno­sił się zapach jajecz­nicy i plac­ków kuku­ry­dzia­nych i Xiala mogłaby przy­siąc, że wciąż czuje woń cytru­sów sprze­da­wa­nych przez ulicz­nych han­dla­rzy, ale ni­gdzie nie widziała żad­nego z nich. W brzu­chu jej bur­czało. Nie pamię­tała, kiedy ostat­nio jadła, i była głodna jak wilk. Posta­no­wiła o tym nie myśleć. Gdyby chciała coś zjeść, musia­łaby popro­sić Balama o pie­nią­dze, a nie chciała tego robić. Przy­naj­mniej do czasu, aż dowie się, czego od niej chce.

– Kim…? – zaczęła.

– Przez cie­bie musia­łem przy­je­chać do Kuha­ran – prze­rwał jej. Miał miły, melo­dyjny głos i mówił tak, jakby dro­czył się z przy­ja­cie­lem. – Nie lubię Kuha­ran.

– Kim jesteś? I czym, do wszyst­kich pie­kieł, jest Kuha­ran?

Zato­czył ręką łuk.

– Oto Kuha­ran. Jeste­śmy za mia­stem, w małej rol­ni­czej osa­dzie. Nie pamię­tasz, jak tu tra­fi­łaś? – Jego spoj­rze­nie, które mówiło, że dobrze wie, iż odpo­wiedź brzmi „nie”, spra­wiło, że się zaczer­wie­niła. – Ale dobrze się stało – dodał. – Nie wiem, czy urzęd­nik w mie­ście dałby się prze­ku­pić tak łatwo jak ten tu. – Kąciki jego ust unio­sły się nie­znacz­nie. – Musiała być bar­dzo piękna.

Xiala poczuła, że rumieni się jesz­cze bar­dziej.

– Była – przy­znała wyzy­wa­jąco.

– Ach, te wszyst­kie rze­czy, które robimy dla pięk­nych kobiet. – Wes­tchnął ze zro­zu­mie­niem.

Xiala chciała rzu­cić jakąś kąśliwą uwagę, ale ugry­zła się w język. Nawet przez chwilę nie wie­rzyła, że sto­jący obok niej czło­wiek kie­dy­kol­wiek zro­bił coś głu­piego lub sza­lo­nego dla pięk­nej kobiety. Albo męż­czy­zny. Lord Balam wyglą­dał na zbyt opa­no­wa­nego, by ulec cze­muś tak przy­ziem­nemu jak cie­le­sne ucie­chy.

– Być może nie wie­dzia­łaś, że taka miłość jest tutaj zaka­zana? – spy­tał gładko.

Xiala splu­nęła.

– Można by pomy­śleć, że w tak wiel­kim mie­ście rzadko kto stoi na straży moral­no­ści.

– Ależ my nie jeste­śmy w mie­ście. – Balam wes­tchnął, jak gdyby coś cią­żyło mu na sercu. – Zresztą nawet w mie­ście… – Nie dokoń­czył, lecz Xiala znała odpo­wiedź. – Tam, skąd pocho­dzisz, jest ina­czej? – zapy­tał nie­win­nym gło­sem. – Wśród Teeki­jek?

– Gdzie twoi ludzie? – odpo­wie­działa pyta­niem na pyta­nie, chcąc zmie­nić temat. Nie jego sprawa, skąd pocho­dziła i kogo kochała.

– Ludzie? – Prze­chy­lił głowę.

– Słu­żący. Palan­kin. Myśla­łam, że pano­wie tacy jak ty nie mają stóp.

Roze­śmiał się.

– Wolę cho­dzić, a Kuha­ran ide­al­nie nadaje się na poranny spa­cer.

Było to kłam­stwo. Xiala podej­rze­wała, że przy­szedł sam, bo nie chciał, żeby kto­kol­wiek wie­dział, że tu był. Tylko dla­czego? Wciąż nie wie­działa, po co po nią przy­szedł ani nawet, jak ją zna­lazł.

– Na­dal nie powie­dzia­łeś mi, kim jesteś.

– Jestem Balam. Lord Balam z Domu Sied­miu, kupiecki lord z Cuecoli, Patron Pół­księ­ży­co­wego Morza, z uro­dze­nia Biały Jaguar.

Wszy­scy oni nosili takie tytuły, a te, które wymie­nił, zna­czyły rów­nie nie­wiele, jak te, które sły­szała wcze­śniej.

– Powinno mnie to obcho­dzić?

– Cóż, mia­łem nadzieję, że ci zaim­po­nuję – odparł oschle. – To zaosz­czę­dzi­łoby nam tro­chę czasu. – Znowu uśmiech­nął się tym uśmie­chem, choć może w ogóle nie prze­stał się uśmie­chać. – W końcu wiem, kim jesteś. – Urwał i wymow­nie spoj­rzał jej w oczy. – Czym jesteś.

Oczy­wi­ście, że wie­dział. Prze­szedł taki kawał do miej­sca, któ­rego nie­na­wi­dził, żeby wycią­gnąć ją z wię­zie­nia. Musiał wie­dzieć, kim była.

– Czego ode mnie chcesz, lor­dzie… czego to mówi­łeś? Kotów? – spy­tała. – Bogaci ludzie nie roz­ma­wiają ze mną, chyba że cze­goś chcą. A już na pewno nie prze­ku­pują zarząd­ców wię­zie­nia.

– Mogli­by­śmy zacząć od odro­biny wza­jem­nego sza­cunku – powie­dział łagod­nie. – Ale to chyba mało praw­do­po­dobne.

– Powie­dzia­ła­bym nawet, że wysoce nie­praw­do­po­dobne. – Xiala posta­no­wiła posta­wić sprawę jasno. – Od razu uprze­dzam, że nie sprze­daję swo­ich kości.

– Kości? – spy­tał wyraź­nie zasko­czony.

Pró­bo­wała usta­lić, czy było to szczere zasko­cze­nie, czy tylko uda­wał. Powie­dział, że wie, kim jest, a to zna­czyło, że wie, iż jest Teekijką. Nie­któ­rzy ludzie robili z kości Teeki­jek amu­lety. Kość palca mogła zapew­nić dobrą pogodę albo silny wiatr. „Schwy­taj Teekijkę”, mówili „i wytnij jej kość z gar­dła, a ta zapewni ci pomyślne połowy na głę­bo­kich wodach”. Dotknęła kciu­kiem bra­ku­ją­cego czubka małego palca lewej ręki. Sam była sobie winna, że go stra­ciła. Wypiła za dużo i zaufała nie­wła­ści­wemu męż­czyź­nie. Przy­stoj­nemu, o oczach jak wil­gotna zie­mia po wio­sen­nym desz­czu, i dło­niach, które wsu­nęły się mię­dzy jej uda i spra­wiły, że… cóż, nie­ważne. Od tego czasu nosiła u pasa szty­let, który sku­tecz­nie odstra­szał poszu­ki­wa­czy skar­bów. Szty­let, który stra­ciła ubie­głej nocy, bo albo go gdzieś zapo­działa, albo ode­brano go jej w wię­zie­niu. Może to i lepiej, bo Xiala nie prze­pa­dała za szty­letami. Ten nosiła głów­nie na pokaz, bowiem gdyby znowu miała utra­cić jakąś część ciała, Śpie­wem wybrnę­łaby z kło­po­tów. Zakła­da­jąc, rzecz jasna, że byłaby na tyle trzeźwa, żeby zro­bić uży­tek z wła­snego głosu. Widok szty­letu znie­chę­cał ludzi, ale kiedy myśleli, że pró­bu­jesz zacza­ro­wać ich swoją Pie­śnią, wpa­dali w mor­der­czy szał.

– A więc cho­dzi o oczy? – spy­tała wyzy­wa­jąco. – Widzia­łam, jak się gapisz.

Nie­które Teekijki miały nie­bie­skie oczy koloru naj­czyst­szych wód, inne szare jak burzowe chmury, jed­nak naj­rza­dziej spo­ty­kane były oczy, któ­rych kolor zmie­niał się jak w kalej­do­sko­pie, migo­tliwe niczym sło­neczne refleksy tań­czące w płyt­kiej wodzie. Wła­śnie takie oczy miała Xiala. Męż­czy­zna w por­cie, nie pamię­tała już w jakim, powie­dział jej kie­dyś, że możni z Tovy kolek­cjo­nują takie wła­śnie oczy i noszą je na pal­cach jak klej­noty. Bez waha­nia uśpiła dra­nia swoją Pie­śnią. Nie stała mu się żadna krzywda, poza tym, że naza­jutrz nie poja­wił się w doku, a co za tym szło, nie sta­wił się w pracy i nie zaro­bił. Nic wiel­kiego. Ale zasłu­żył sobie.

– Żad­nych kości ani oczu – zapew­nił Balam z teatral­nym wzru­sze­niem ramion. – Mam dla cie­bie pracę, kapi­ta­nie. Doszły mnie słu­chy, że może ci być potrzebna.

– Lord Pech. To tak mnie zna­la­złeś?

Poki­wał głową.

Oczy­wi­ście, że wszy­scy lor­do­wie gadali. A to zna­czyło, że z każdą sekundą jej szanse na zna­le­zie­nie pracy malały. Odtąd nie tylko będzie nie­bez­pieczną Teekijką, ale i Teekijką, która łatwo wpada w złość.

– Co mia­ła­bym prze­wo­zić?

– Ludzi.

– Nie­wol­ni­ków? – Pokrę­ciła głową. Była zde­spe­ro­wana, ale nie aż tak. – Nie prze­wożę ludzi.

– Nie nie­wol­ni­ków. – Skrzy­wił się, jakby sama myśl wydała mu się nie­smaczna, to jed­nak nie prze­ko­nało Xiali. Lor­do­wie Cuecoli nie cofali się przed han­dlem ludźmi.

– A więc kogo?

Balam poki­wał pal­cem.

– Pyta­nie brzmi: dokąd.

Uni­kał odpo­wie­dzi, posta­no­wiła więc chwilę zacze­kać.

– A więc, dokąd? – spy­tała.

– Do Tovy.

Ni­gdy tam nie była, ale sły­szała o Tovie. Wszy­scy o niej sły­szeli. Nazy­wano ją Klej­no­tem Kon­ty­nentu, Świę­tym Mia­stem i Mia­stem Nie­bo­uczy­nio­nych. Było to pobu­do­wane na kli­fach pośród chmur legen­darne miej­sce naro­dzin kla­nów Nie­bo­uczy­nio­nych, a także dom Kapłana Słońca i Straż­ni­ków, któ­rych zada­niem było pro­wa­dzić kalen­darz i tkać porzą­dek z cha­osu. Tova była reli­gij­nym ser­cem kon­ty­nentu Meri­dian, tak jak Cuecola była sto­licą han­dlu, a Hokaia cen­trum woj­sko­wym.

Oczyma wyobraźni zoba­czyła mapę kon­ty­nentu. Był to pas lądu, któ­rego miesz­kańcy sku­piali się wokół linii brze­go­wej w kształ­cie pół­księ­życa, przy czym Cuecola znaj­do­wała się w dol­nym koniuszku C, ujście rzeki Tova­sheh, wej­ście do Tovy, w zakolu pół­księ­życa, a Hokaia na dale­kim, prze­ciw­le­głym krańcu C, w rów­no­le­głej linii na pół­nocny-zachód od Cuecoli. Na kon­ty­nen­cie były też inne mia­sta i osady, lecz żadne nie dorów­ny­wało potę­dze trzem ośrod­kom roz­miesz­czo­nym w trzech punk­tach pół­księ­życa.

– To daleka droga – zauwa­żyła. – I nie­bez­pieczna o tej porze roku. Późną jesie­nią na Morzu Pół­księ­ży­co­wym sza­leją sztormy. Mówią o nich „zabójcy stat­ków”. Fale dorów­nu­jące wyso­ko­ścią trzem doro­słym męż­czy­znom. Silne wia­try. I desz­cze. Ulewne desz­cze.

Do Tovy można było dotrzeć lądem, lecz naj­krót­sza droga pro­wa­dziła stat­kiem przez Morze Pół­księ­ży­cowe i dalej pie­szo albo barką w górę rzeki. Więk­szość stat­ków zawi­nęła już na dobre do portu albo odby­wała krót­kie podróże wzdłuż wybrzeża. Jej kata­stro­falna wyprawa z lor­dem Pechem miała być ostat­nią w tym roku.

– Musisz tam dotrzeć w ciągu dwu­dzie­stu dni.

– Dwu­dzie­stu dni? Nie. O tej porze roku to nie­moż­liwe. Raczej trzy­dzie­ści, bio­rąc pod uwagę pecha i złą pogodę, i zakła­da­jąc, że znaj­dziesz kapi­tana na tyle głu­piego, że podej­mie się tego zada­nia.

– Ale da się to zro­bić?

– Wła­śnie powie­dzia­łam, że to nie­moż­liwe.

– Gdyby jed­nak wody były spo­kojne, pogoda sprzy­jała, a mój głupi kapi­tan byłby na tyle odważny, żeby wypły­nąć na otwarte morze, zamiast trzy­mać się linii brze­go­wej?

Kości i ładne oczy to jedno, ale wła­śnie na tym pole­gała jej praw­dziwa wła­dza. Teraz rozu­miała już, dla­czego po nią przy­szedł.

– Moja Pieśń tak nie działa. Nie potra­fię kształ­to­wać pogody.

– Ale potra­fisz uspo­koić morze i mówi się, że twoi ludzie nie boją się otwar­tych wód.

– Moi ludzie? – Wypo­wie­działa te słowa z należną im pogardą, lecz Balam pozo­stał nie­wzru­szony.

– Teekijki, rzecz jasna.

Sły­sząc to, prze­wró­ciła oczami. Po co edu­ko­wać tych, któ­rzy nie chcą się uczyć?

– Musisz tam dotrzeć w ciągu dwu­dzie­stu dni – obsta­wał przy swoim. – Ina­czej umowa jest nie­ważna.

Minęli mury mia­sta i weszli do Cuecoli. Ta oko­lica wyda­wała się jej bar­dziej zna­joma. Szli sze­roką aleją, o któ­rej Xiala wie­działa, że bie­gnie mię­dzy zabu­do­wa­niami Domu Sied­miu i koń­czy się śle­pym zauł­kiem w dokach.

– A cóż to za umowę pro­po­nu­jesz?

– Sta­tek z peł­nym ładun­kiem i załogą – odparł. – Pod warun­kiem, że będziesz dla mnie pra­co­wać. Dosta­niesz dzie­sięć pro­cent zysków ze sprze­daży, a do tego pie­nią­dze na utrzy­ma­nie i pokój w jed­nym z moich domów za każ­dym razem, gdy zawi­niesz do portu w Cuecoli. Jeśli jed­nak posta­no­wisz odejść przed upły­wem ter­minu, sta­tek wróci do mnie, a ty stra­cisz wszystko, co zaro­bi­łaś.

– Ile ma trwać ta umowa?

– Dwa­na­ście lat.

Dwa­na­ście lat. Dwa­na­ście lat to długo, nie­za­leż­nie od tego, komu się służy. Mimo wszystko w tym cza­sie mogła uzbie­rać sporą sumkę, zwłasz­cza jeśli sta­tek i ładu­nek okażą się tak dobre, jak myślała. W wieku trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu lat byłaby bogata i mogłaby przejść na eme­ry­turę. Podo­bała jej się myśl, że nie musia­łaby wię­cej wal­czyć o pracę, płasz­czyć się przed kolej­nym panem czy prze­ko­ny­wać załogi, że jest warta wię­cej niż tylko oczy i kości małych pal­ców.

– Skąd mam wie­dzieć, że nie jesteś łaj­da­kiem pokroju Pecha?

Uśmiech­nął się.

– Ależ jestem łaj­da­kiem, ale uczci­wym. Zoba­czysz, nie poża­łu­jesz.

– Czyli mam dla cie­bie pra­co­wać, a za dwa­na­ście lat dasz mi for­tunę.

– Na którą sama zapra­cu­jesz – przy­znał.

– A jeśli odejdę przed upły­wem dwu­na­stu lat?

– Nie dosta­niesz nic.

Przy­gry­zła spierzch­nięte wargi.

– Możesz mnie zwol­nić?

– Tylko za naru­sze­nie zasad moral­nych.

Roze­śmiała się szcze­kli­wie, a kąciki jego ust unio­sły się w bla­dym, szcze­rym uśmie­chu.

– Dwa­dzie­ścia pro­cent – rzu­ciła.

Zatrzy­mał się, a ona razem z nim. Na ulicy pano­wał tłok i prze­chod­nie omi­jali ich, tak jak woda opływa wyspę, jed­nak nikt nie śmiał zwró­cić uwagi lor­dowi z Domu Sied­miu. Jeśli życzył sobie stać na środku ulicy i roz­ma­wiać z kobietą w spodniach, która cuch­nęła alko­ho­lem i szczy­nami, miał do tego prawo.

– Myślę, kapi­ta­nie – rzekł obo­jęt­nie – że przyj­miesz teraz każde zle­ce­nie, dzięki któ­remu będziesz mogła na jakiś czas opu­ścić mia­sto. Może pod twoją nie­obec­ność pewien zarządca wię­zie­nia zapo­mni o popeł­nio­nych przez cie­bie prze­stęp­stwach, za które karą jest śmierć. Po tym, co zro­bi­łaś Pechowi, nie sądzę, żebyś ot tak zna­la­zła zatrud­nie­nie na innym statku. Był siny z wście­kło­ści. Już za samo to tra­fi­ła­byś do wię­zie­nia, nie mówiąc o całej resz­cie.

– Pięt­na­ście.

– Dwa­na­ście, ale jeśli nie prze­sta­niesz się tar­go­wać, skoń­czy się na ośmiu.

Cze­kał na jej odpo­wiedź, a gdy ta nie nade­szła, stwier­dził:

– A zatem umowa stoi.

– Jesz­cze jedno.

Widząc, że zaci­snął wargi, Xiala dodała pośpiesz­nie:

– Kąpiel. Strasz­nie cuchnę.

Odprę­żył się.

– Nie­opo­dal doków jest łaź­nia. Możesz się tam udać, ale musisz się pośpie­szyć.

Kąpiel nie musiała być długa, byle w ogóle była.

– I świeże ubra­nia.

– Czy ja wyglą­dam na praczkę, pani kapi­tan?

Xiala rozej­rzała się po ota­cza­ją­cych ich stra­ga­nach. Więk­szość ubrań była szyta na zamó­wie­nie i trzeba było na nie cze­kać tygo­dniami.

– W takim razie sama upiorę swoje ubra­nia w łaźni – stwier­dziła. Wie­działa, że nie wyschną, ale życie na stat­kach przy­zwy­cza­iło ją do tego, że przez więk­szość czasu w naj­lep­szym wypadku jej ubra­nia były wil­gotne.

– A teraz powiedz, kogo mam zabrać do Tovy – zwró­ciła się do Balama.

– Obre­gij­czyka – odparł bez­tro­sko. – Ośle­pio­nego. Pozna­czo­nego bli­znami. Jeśli dobrze rozu­miem, cho­dzi o kwe­stie reli­gijne. Jest nie­groźny. – Ostat­nie zda­nie wypo­wie­dział nieco za szybko, jak gdyby pró­bo­wał coś ukryć.

– Zwy­kle, jeśli mówią o kimś, że jest nie­groźny, oka­zuje się, że to jakiś łaj­dak – odparła ostroż­nie Xiala.

Balam spoj­rzał na nią, a na widok jego ciem­nych oczu oddech uwiązł jej w gar­dle. Odru­chowo się­gnęła do Pie­śni, tak jak inna kobieta chwy­ci­łaby za broń. Nie miała u pasa szty­letu, lecz nawet gdyby tam był, w pierw­szej kolej­no­ści ucie­kłaby się do Pie­śni.

Balam zmru­żył oczy i przyj­rzał się jej z uwagą. Jak gdyby wie­dział, że wła­śnie się uzbro­iła, i pochwa­lał to. Chwilę póź­niej odwró­cił się i ruszył w stronę doków.

– Miejmy nadzieję, że się mylisz, kapi­ta­nie – rzu­cił przez ramię. – Tak będzie lepiej dla nas obojga.

Rozdział 3

Roz­dział 3

Tova (Pasz­cza Kojota) 325 Rok Słońca (dzień Kon­wer­gen­cji)

Zgod­nie z dekla­ra­cją, każdy z wiel­kich ludów, które zawarły poro­zu­mie­nie, winien raz do roku wysy­łać czworo dzieci w wieku dwu­na­stu lat, by słu­żyły pod Kapła­nem Słońca w mie­ście Tova i miesz­kały w nie­biań­skiej wieży przez okres nie krót­szy niż szes­na­ście lat. Po upły­wie tego czasu będą mogły zde­cy­do­wać, czy chcą powró­cić do domu. Wyją­tek sta­nowi sytu­acja, gdy dziecko zosta­nie wyzna­czone przez wodza do pozo­sta­nia na służ­bie przez kolejne szes­na­ście lat; bądź też zosta­nie mia­no­wane następ­nym Kapła­nem Słońca, w któ­rym to wypadku słu­żyć będzie do śmierci.

O uzu­peł­nia­niu Straż­ni­ków z Trak­tatu zawar­tego w Hokai i inwe­sty­tury Kapłana Słońca, 1 Rok Słońca

Naranpa nie umarła, choć tak wła­śnie myślała wiedźma Zataya. Nie mogła poru­szać koń­czy­nami ani otwo­rzyć oczu, a jej oddech był tak słaby, że pra­wie nie­wy­czu­walny, ale sły­szała, a przede wszyst­kim czuła wszystko, co się z nią dzieje.

Czuła dło­nie uczen­nic, dwóch dziew­cząt, które dysząc ciężko, wlo­kły ją znad rzeki. Sły­szała, jak Zataya przy­ka­zała im, żeby roz­pa­liły ogień, i ode­tchnęła dymem, który wiedźma nawie­wała w jej stronę. Krzyk­nęła bez­gło­śnie, gdy gęsta, gorąca krew spły­nęła na jej nagą pierś, i gdy Zataya roz­ka­zała uczen­nicom, by roz­sma­ro­wały krew po bez­wład­nym ciele Naranpy. A gdy wiedźma nakryła ją kocem, przy­sta­jąc na chwilę, by roz­chy­lić jej usta i wło­żyć pod język grudkę soli, Naranpa zapła­kała nie­wi­dzial­nymi łzami.

Naranpa była nie­gdyś dziec­kiem. Na długo przed tym, nim stała się kapłanką, zanim nauczyła się odczy­ty­wać wędrówki słońca i roz­ka­zy­wać kró­lo­wym Nie­bo­uczy­nio­nych, była żebraczką w dziel­nicy bie­doty zwa­nej Pasz­czą Kojota. Kiedy na uli­cach pano­wał względny spo­kój – zanim wie­czo­rami wyle­gały na nie tłumy hazar­dzi­stów, tury­stów i ludzi, któ­rzy w Pasz­czy szu­kali przy­jem­no­ści – Naranpa sia­dy­wała na wysu­nię­tej naj­da­lej na zachód półce na samym szczy­cie dziel­nicy. Patrzyła na osza­ła­mia­jącą prze­paść, która dzie­liła jej dom od zamoż­niej­szych dziel­nic. Spo­glą­dała na mia­sto i marzyła. O tym, że prze­cho­dzi przez mosty wiszące, które koły­sały się niczym paję­czyny na deli­kat­nym wie­trze, pro­wa­dząc do wszyst­kich dziel­nic z wyjąt­kiem Pasz­czy Kojota. Że spa­ce­ruje sze­ro­kimi uli­cami i podzi­wia oka­załe domy z cegły suszo­nej na słońcu – nie­które wyso­kie na cztery alb nawet pięć pię­ter – nie jako słu­żąca, jak jej matka, ale ktoś, kto pasuje do tego miej­sca. A przede wszyst­kim marzyła o tym, że jest uczoną w nie­biań­skiej wieży, w dziel­nicy Otsa.

Miała wtedy zale­d­wie dzie­sięć lat i nie znała jesz­cze swo­jego prze­zna­cze­nia. Nie wie­działa, że jest biedna i że tacy ludzie tra­fiają do nie­biań­skiej wieży tylko jako słu­żący, ani że kiedy raz byłeś biedny, ludzie będą cię za to nie­na­wi­dzić, nawet jeśli się wzbo­ga­cisz.

Pamię­tała pewną let­nią noc, kiedy sie­działa z rodziną wokół pale­ni­ska, które dzie­lili z sąsia­dami, i opo­wia­dała o tym, jak chcia­łaby uczyć się o gwiaz­dach. W dziel­ni­cach Nie­bo­uczy­nio­nych potom­ko­wie jadali na wiel­kich, wspól­nych tara­sach, na któ­rych pod­ku­chenne przy­go­to­wy­wały jedze­nie dla setek ludzi, lecz w Pasz­czy Kojota ludzie roz­pa­lali na uli­cach małe ogni­ska, na któ­rych pie­kli placki z mąki kuku­ry­dzia­nej albo zagrze­by­wali kolby w gorą­cym popiele, żeby upie­kły się przez noc.

Sły­sząc jej słowa, matka posłała ojcu tajem­ni­cze spoj­rze­nie, na co ten ski­nął głową.

– Dobrze, że aku­rat dziś o tym mówisz, Nara – powie­działa matka gło­sem piskli­wym z prze­ję­cia. – Roz­ma­wia­łam z matroną, któ­rej służę. Pamię­tała cię, to, jaka jesteś bystra i jak dobrze się uczysz, i zgo­dziła się opła­cić twój pobyt w nie­biań­skiej wieży.

Naran­pie zakrę­ciło się w gło­wie.

– Będę uczoną? Kapłanką?

Wie­działa, że jest wiele rze­czy, któ­rych można było uczyć się w wieży – sztuki uzdra­wia­nia, pisa­nia i histo­rii, a nawet sztuki śmierci – ona jed­nak pra­gnęła tylko zgłę­biać taj­niki słońca, księ­życa i ruchów gwiazd.

Jej ojciec się roze­śmiał.

– Ależ nie, maleńka. Nie idziesz tam po to, by się uczyć. Ni­gdy ci na to nie pozwolą. Będziesz pra­co­wać. Słu­żyć kapła­nom. Goto­wać im, prać ich szaty, myć pod­łogi.

Roz­cza­ro­wa­nie miało gorzki smak i było cięż­kie jak głaz.

– Ale… – Matka posłała ojcu prze­cią­głe spoj­rze­nie. – Może nauczysz się cze­goś, jeśli będziesz uważ­nie słu­chać. Bystra, cicha słu­żąca może nauczyć się wiele z obser­wa­cji.

– W takim razie będę cicha – przy­się­gła uro­czy­ście Naranpa. – I wszyst­kiego się nauczę.

– To nie w porządku – obu­rzył się jej młod­szy brat, Dena­ochi. – Dla­czego ona może iść do wieży, a ja nie?

– Kto chciałby być kapła­nem, kiedy można być jed­nym z potom­ków Nie­bo­uczy­nio­nych? – zapy­tał jej drugi brat, Akel.

Naranpa przy­gry­zła wargi. Bycie Nie­bo­uczy­nio­nym było eks­cy­tu­jące. Naj­bar­dziej lubiła klan Nar­t­nika. To jego matro­nie słu­żyła matka Naranpy. Wła­dali dziel­nicą Titidi, naj­bli­żej Pasz­czy Kojota. Patrząc ponad dzie­lą­cym ich kanio­nem, Naranpa widziała zaokrą­glone kra­wę­dzie kli­fów i wiel­kie nie­bie­skie pro­porce opa­da­jące ze ścian budyn­ków z cegły suszo­nej na słońcu pomię­dzy zie­lo­nymi pną­czami i kolo­ro­wymi wąsami szczę­ślinu. Widziała tam nawet drzewa. Drzewa! W Pasz­czy nie było drzew. Titidi była ogro­dem, nie­zwy­kle zie­lo­nym i buj­nym, z wodo­spa­dem, który pły­nął przez nią niczym ruchoma ulica, po czym wpa­dał do rzeki dzie­lą­cej Tovę na pół. Słu­cha­jąc opo­wie­ści matki, Naranpa wyobra­żała sobie, że Titidi to miej­sce rodem z baśni, któ­rego ni­gdy nie dotknie. A teraz…

– Do jakiego klanu chcesz dołą­czyć, Akelu? – zapy­tała.

– Chyba każdy chciałby nale­żeć do Zło­tego Orła – prze­rwał Dena­ochi. – Wszy­scy wie­dzą, że to naj­po­tęż­niej­szy z czte­rech kla­nów.

– Nie, jeśli ruszymy na wojnę! – odciął się Akel.

– Idąc na wojnę, chciał­byś dosia­dać wod­nego owada? – Dena­ochi zadarł spi­cza­stą brodę. – Ja będę sie­dział na grzbie­cie orła i nasram ci na głowę!

– Nie mówię o Nar­t­niku, tylko o Skrzy­dla­tym Wężu!

– Co za róż­nica?

Akel rzu­cił się na młod­szego brata, lecz Dena­ochi bez trudu uchy­lił się przed wypro­wa­dzo­nym nie­dbale cio­sem.

– Po co mówić o woj­nie? – ode­zwał się ojciec. W jego gło­sie pobrzmie­wała nie­udol­nie masko­wana złość. – Tova nie pro­wa­dzi żad­nej wojny. Od trzy­stu lat żyjemy w pokoju, odkąd kapłani nas zjed­no­czyli.

– To Akel chce się bić. Ja chcę rzą­dzić! – Dena­ochi był tak zado­wo­lony z sie­bie, że Naranpa par­sk­nęła śmie­chem.

– W Tovie nie rzą­dzą chłopcy – przy­po­mniał mu Akel. – Poza tym mógł­byś rzą­dzić jedy­nie ście­kami. Ty i twoje sra­jące ptaki. Ja pójdę do Szkoły Rze­mio­sła Wojen­nego w Hokai i razem z potom­kami będę uczył się wal­czyć.

– Dość! – wark­nął ojciec. – Nie macie poję­cia, o czym mówi­cie. Czyżby moi syno­wie byli głup­cami? Marzy im się bycie panami i wojow­ni­kami? Będzie­cie mieli szczę­ście, jeśli znaj­dzie­cie pracę w kopal­niach albo na polach na wscho­dzie. – Prych­nął obu­rzony. – Szkoła rze­mio­sła wojen­nego nie jest dla takich jak ty, Akelu. Jeśli nad­cią­gnie wojna, pój­dziesz na pewną śmierć albo, co gor­sza, zosta­niesz poświę­cony na obcym ołta­rzu, w miej­scu, do któ­rego nie dotarły nauki Kapłana Słońca. A jeśli cho­dzi o cie­bie, Ochi… – Spoj­rzał na młod­szego chłopca. – Akel ma rację. Możesz rzą­dzić jedy­nie tu, w Pasz­czy. Ster­tami śmieci, bo poza nimi nie ma tu nic do rzą­dze­nia.

– Jeyma – upo­mniała go matka. – To tylko dzieci.

– Są za duzi na takie bzdury. – Jedno po dru­gim spio­ru­no­wał wzro­kiem swe potom­stwo. – Zapa­mię­taj­cie sobie. Nie jeste­ście potom­kami Nie­bo­uczy­nio­nych i ni­gdy nie będzie­cie. Prze­stań­cie o tym myśleć, ina­czej do końca życia będzie­cie nie­szczę­śliwi.

Po repry­men­dzie ojca zapa­dła cisza. Matka nie rze­kła ani słowa, lecz jej spoj­rze­nie i nieco wysu­nięta szczęka świad­czyły o tym, że jest zła.

– Kiedy już będę w nie­biań­skiej wieży w Otsa, przyj­dzie­cie mnie odwie­dzić – ode­zwała się Naranpa, pró­bu­jąc uspo­koić nastroje. – Będziesz mógł dosiąść orła, Ochi. A ty, Akelu, skrzy­dla­tego węża. Tak dla zabawy!

– Powie­dzia­łem, dość tych bzdur – wark­nął ojciec, bar­dziej zmę­czony niż zły. – Cie­bie to też doty­czy, Nara. Koniec z tym.

Oczy­wi­ście obiet­nica, którą zło­żyła bra­ciom, nie docze­kała się speł­nie­nia. Nie tylko dla­tego, że jeźdźcy wiel­kich kla­nów Nie­bo­uczy­nio­nych byli wybrań­cami nawet wśród potom­ków, i szko­lili się latami, zanim w końcu pozwo­lono im dosia­dać wierz­chow­ców, ale rów­nież dla­tego, że zanim Naranpa opu­ściła dom i zamiesz­kała w Otsa, by zostać nie tylko słu­żącą – choć i nią była – i nie tylko poświę­coną – choć i nią się stała – ale naj­wyż­szą Kapłanką Słońca… do tego czasu jej star­szy brat nie żył, a młod­szy przy­po­mi­nał mar­twą w środku, pustą sko­rupę. Nie wie­działa, jaki los spo­tkał jej rodzi­ców, ale zakła­dała, że oni także nie żyli. Ni­gdy nie wró­ciła, żeby dowie­dzieć się prawdy.

Albo­wiem ojciec Naranpy miał rację. Prawda była taka, że cho­ciaż ona kochała mia­sto, ono nie odwza­jem­niało jej uczu­cia. Nie miało pożytku z małej żebraczki z Pasz­czy Kojota; nie­wiele pożytku z bystrej słu­żą­cej, która zwró­ciła uwagę sta­rze­ją­cego się, eks­cen­trycz­nego Kapłana Słońca; nieco wię­cej pożytku z nie­zwy­kłej odda­nej, która miała prze­dziwny dar czy­ta­nia gwiazd i przy­ćmie­wa­nia swo­ich kole­ża­nek; i mnó­stwo pożytku z ide­ali­stycz­nej mło­dej Kapłanki Słońca, która myślała, że zdoła odmie­nić swe uko­chane mia­sto, a zamiast tego naro­biła sobie wro­gów.

Raz za razem Tova zmu­szała Naranpę, by zapra­co­wy­wała na sza­cu­nek mia­sta, i za każ­dym razem Naranpa to robiła. Pocie­szała się myślą, że czy­niąc to, nie kie­ruje się żądzą chwały czy wła­dzy, lecz naj­gor­szą z moż­li­wych pobu­dek.

Wiarą. Wiarą w miej­sce, które nazy­wała domem.

Ale, pomy­ślała, leżąc pod kocem, któ­rym nakryła ją wiedźma, nękana wspo­mnie­niami z dzie­ciń­stwa i nie­mą­drymi fan­ta­zjami, z krwią krzep­nącą na skó­rze i solą pie­kącą ją w usta, wiara mnie teraz nie ocali.

Rozdział 4

Roz­dział 4

Tova 325 Rok Słońca (20 dni przed Kon­wer­gen­cją)

Mówi się, że wszyst­kie drogi, te na Ziemi i Nie­bie, zbie­gają się w Nie­biań­skiej Wieży w Tovie. Mówi się, że świę­tym obo­wiąz­kiem Straż­ni­ków Wieży jest utrzy­my­wa­nie Rów­no­wagi mię­dzy tym, co nad nami, i tym, co pod nami. To oni winni stu­dio­wać ścieżki Słońca i Księ­życa, i na ich pod­sta­wie pro­ro­ko­wać. Oni winni dbać o to, by padał Deszcz i rosła Kuku­ry­dza. Oni winni krze­wić Mądrość i Naukę i dokła­dać wszel­kich sta­rań, by oba­lić żąd­nych krwi sta­rych bogów. Jeśli zawiodą, wszy­scy wie­dzą, że może nadejść Wojna, a wraz z nią cier­pie­nie. Jed­nak ze wszyst­kich ludzi to Straż­nicy będą cier­pieć naj­bar­dziej, albo­wiem to oni Umrą pierwsi.

O odpo­wie­dzial­no­ści Straż­ni­ków Z Trak­tatu zawar­tego w Hokai i inwe­sty­tury Kapłana Słońca, 1 Rok Słońca

Naranpa zmu­siła kapła­nów, by o wscho­dzie słońca zebrali się u pod­nóża mostu do Odo, z czego nikt nie był zado­wo­lony. Sły­szała uty­ski­wa­nia i prze­kleń­stwa nie­przy­sta­jące takiemu zgro­ma­dze­niu. Ktoś skar­żył się, że nie było gorą­cego śnia­da­nia i niby jak mają przejść przez całe mia­sto, nie posi­liw­szy się czymś gorą­cym? Miała ochotę ich spo­licz­ko­wać. Albo przy­naj­mniej nakrzy­czeć na nich, żeby wzięli się w garść. Zamknię­cie miało roz­po­cząć się jutro – dwa­dzie­ścia dni postu i pokuty, by przy­go­to­wać drogę na powrót słońca po zimo­wym prze­si­le­niu. Niby jak oddani prze­trwają Zamknię­cie, skoro już teraz maru­dzili, że nie dostali śnia­da­nia?

– Sta­nie się cud, jeśli słońce zechce wró­cić po tym, jak usły­szy to bia­do­le­nie – mruk­nęła pod nosem na tyle gło­śno, żeby usły­szeli ją ci sto­jący naj­bli­żej i nikt poza nimi.

Pora­nek nastał tego dnia mroźny, jesz­cze dobit­niej przy­po­mi­na­jąc, że tylko kilka dni dzieli ich od zimo­wego prze­si­le­nia. Kapłani i oddani oprócz swych zwy­cza­jo­wych szat przy­wdziali futrzane pele­ryny i weł­niane noga­wice. Zmie­nili nawet san­dały na buty z utwar­dza­nej skóry. Mimo to Naranpa nie miała wąt­pli­wo­ści, że pod koniec dnia będą rów­nie zmar­z­nięci jak sople zwie­sza­jące się ze szczytu nie­biań­skiej wieży.

Wciąż jed­nak nie był to powód do narze­kań. W cier­pie­niu była szla­chet­ność. Budo­wało cha­rak­ter. Albo taką przy­naj­mniej miała nadzieję. Podej­rze­wała, że wkrótce wszy­scy się o tym prze­ko­nają.

– Ta pro­ce­sja to dobry pomysł, Naranpo – rzekł pogod­nie Haisan, który sta­nął obok niej na czele zgro­ma­dze­nia. – Miejmy nadzieję, że Nie­bo­uczy­nieni dobrze się zapre­zen­tują w przed­dzień Zamknię­cia.

– Twoja maska, Haisa­nie. – Naranpa upo­mniała sta­rego kapłana. Przy­naj­mniej się sta­rał. Był ta dissa – głową Zakonu Histo­ry­ków – czło­wie­kiem świa­tłym i sza­no­wa­nym, cza­sami jed­nak zapo­mi­nał o bar­dziej prak­tycz­nych rze­czach.

– Och! – Haisan z coraz więk­szym przy­gnę­bie­niem pokle­py­wał kie­sze­nie swo­jej szaty, aż w końcu się­gnął w fałdy cięż­kiej niedź­wie­dziej skóry, skąd wycią­gnął czarną maskę z roz­sia­nymi na czole i policz­kach błysz­czą­cymi punk­ci­kami sym­bo­li­zu­ją­cymi gwiazdy. Uśmiech­nął się zawsty­dzony i zało­żył ją na twarz.

Naranpa zer­k­nęła na towa­rzy­szą­cych jej pozo­sta­łych dwóch kapła­nów. Abah, która była seegi i głową Zakonu Uzdro­wi­cieli, oraz Iktanu, któru byłu tsiyo, Nożum, i prze­wo­dziłu temu zako­nowi. Twa­rze ukryli pod maskami i cze­kali – Abah w bia­łej sukni i rów­nie bia­łej futrza­nej opoń­czy, Iktan w czer­wo­nej masce i dłu­giej spód­nicy koloru zacho­dzą­cego słońca i świeżo uto­czo­nej krwi.

Naranpa była hawaa, głową Zakonu Wyroczni. Jej maska przy­wo­dziła na myśl słońce i była rów­nie żółta, jak spięta pasami suk­nia, którą wło­żyła pod pod­bitą futrem pele­rynę. Maska była mozaiką zro­bioną z dłu­gich, cien­kich dru­ci­ków ze złota i kutego metalu, które roz­cho­dziły się pro­mie­ni­ście od ramie­nia do ramie­nia. Zawsze nosiła ją z god­no­ścią, lecz dziś rów­nież ze stra­chem.

– Wciąż nie rozu­miem, czemu musimy to robić – szep­nęła Abah, nachy­la­jąc się ku Iktanu, ale Naranpa i tak ją usły­szała. Abah była młoda, naj­młod­sza z ich czwórki. Została głową zakonu, gdy jej men­torka zmarła nie­spo­dzie­wa­nie wio­sną. Naranpa objęła sta­no­wi­sko kilka mie­sięcy póź­niej w podob­nych oko­licz­no­ściach, ale była od niej co naj­mniej pięt­na­ście lat star­sza. A to zna­czyło, że miała co naj­mniej dwa­na­ście lat wię­cej doświad­cze­nia, nawet jeśli Abah szyb­ciej zyskała swą pozy­cję.

– Robimy to, żeby poka­zać mia­stu, że kapłani wciąż tu są – odrze­kła Naranpa z twa­rzą zwró­coną przed sie­bie. Nie odwró­ciła się i z powodu maski nie mogła mieć pew­no­ści, ale coś jej mówiło, że Abah wbi­jała jej w plecy mor­der­cze spoj­rze­nie.

– Wie­dzą, że tu jeste­śmy, Nara – odparła młod­sza kobieta z nutą poiry­to­wa­nia w gło­sie. – Prze­cież płacą dzie­się­cinę, prawda? W święte dni skła­dają ofiary. Posy­łają swoje dzieci na drugi koniec kon­ty­nentu, żeby szko­liły się na kapła­nów.

– I nie­na­wi­dzą tego. – Teraz Naranpa odwró­ciła się, żeby spoj­rzeć na swoją towa­rzyszkę. – Chcę im poka­zać, że nie jeste­śmy wysu­szo­nymi pokut­ni­kami w wieży, ale żywą, oddy­cha­jącą czę­ścią tego mia­sta. Że jeste­śmy przy­stępni. I dbamy o nich.

– Och – mruk­nął zanie­po­ko­jony Haisan. – Czy to roz­sądne? Cho­dzi o to, że to bar­dzo rady­kalne, Naranpo. Kapłani ni­gdy nie para­do­wali w ten spo­sób po mie­ście. To ludzie przy­cho­dzą do nas, nie my do nich. Jeśli mam być szczery, wszystko powinno zostać tak, jak jest.

– Chwilę temu twier­dzi­łeś, że to dobry pomysł, Haisa­nie – przy­po­mniała deli­kat­nie Naranpa.

– No tak. Mia­łem na myśli poranny spa­cer. Co do reszty, nie jestem tego taki pewien.

– A ja jestem – odparła Abah, szczę­ka­jąc zębami. – I powta­rzam: po co zmie­niać coś, co działa jak należy?

Ale nie działa! Naranpa miała ochotę wybuch­nąć. Jak ina­czej wytłu­ma­czyć to, że z roku na rok coraz mniej odda­nych przy­bywa do wieży, pomimo tego, co zapi­sano w Trak­ta­cie? Dla­czego z roku na rok jest coraz mniej­sze zapo­trze­bo­wa­nie na gwiezdne mapy doty­czące naro­dzin, śmierci i ślu­bów? Skąd plotki o nie­usank­cjo­no­wa­nej magii w bied­niej­szych czę­ściach mia­sta? I rosnąca liczba wyznaw­ców sta­rych bogów, któ­rych tak naprawdę ni­gdy nie udało się wyple­nić? Dla­czego zda­wało się, że już tylko elity Nie­bo­uczy­nio­nych powa­żają kapła­nów, choć nawet ich sza­cu­nek był spo­ra­dyczny i wyra­cho­wany?

– Gło­so­wa­li­śmy, Abah – przy­po­mniała jej Naranpa. – I zgo­dzi­łaś się.

Młod­sza kobieta prych­nęła.

– To było kilka tygo­dni temu. Nie mia­łam poję­cia, że będzie tak zimno. – Prze­chy­liła głowę w stronę Naranpy. Choć twarz skry­wała za maską, w samym tym ruchu było coś prze­bie­głego. – Prawdę powie­dziaw­szy, zgo­dzi­łam się pod wpły­wem kaprysu. Może nawet sła­bo­ści; przez wzgląd na cie­bie, Nara. Od początku byłam zda­nia, że ta pro­ce­sja to kiep­ski pomysł.

– Wiem o tym – odparła gładko Naranpa, nie dając się wcią­gnąć w dys­ku­sję. – Ale teraz jest za późno, żeby się wyco­fać. Spójrz, oto bęben i dym.

Abah burk­nęła coś nie­mi­łego, czego Naranpa nie była w sta­nie usły­szeć. Odpu­ściła. Zwy­cię­żyła, bez względu na to, co Abah miała teraz do powie­dze­nia, i przez chwilę roz­ko­szo­wała się tym drob­nym zwy­cię­stwem. Nie­ła­two było zgro­ma­dzić kapła­nów wszyst­kich zako­nów, by wspól­nie prze­szli przez mia­sto. Zamie­rzała cie­szyć się tym, póki mogła.

Bęb­niarka, kobieta odziana w jasny błę­kit pierw­szego świa­tła, wystą­piła naprzód, by nadać rytm. Sto­jący obok niej męż­czy­zna, rów­nież w błę­kitnej sza­cie, pod­pa­lił cedrowe polano i wywi­jał nim tak, by zaczęło dymić. Naranpa ode­tchnęła z ulgą, kiedy ruszyli.

Czwórka kapła­nów szła jeden obok dru­giego za bęb­nem i dymem, zaś za ich ple­cami niczym ogony spa­da­ją­cych gwiazd podą­żali ich oddani w rów­nych czter­dzie­sto­ośmio­oso­bo­wych rzę­dach.

Prze­cho­dząc mostem do Odo, Naranpa podzi­wiała widok, jaki roz­ta­czało przed nią jej uko­chane mia­sto. O świ­cie Tova zawsze pre­zen­to­wała się spek­ta­ku­lar­nie. Klify tonęły we mgle, osła­wione mosty wiszące sre­brzyły się od szronu, a świa­tło poranka spra­wiało, że wszystko lśniło, zda­wało się ete­ryczne i nie­rze­czy­wi­ste. Wie­działa, że za jej ple­cami niczym straż­nik wznosi się nie­biań­ska wieża, któ­rej sześć kon­dy­gna­cji wyra­sta z samot­nego pła­sko­wzgó­rza, oddzie­lone od reszty mia­sta mostami. To w niej miesz­kali kapłani, oddani i nie­wielka grupa słu­żą­cych. Tam też mie­ściła się biblio­teka pełna map i zwo­jów, taras, na któ­rym jedli wspólne posiłki, a na szczy­cie dachu duże, okrą­głe obser­wa­to­rium otwarte na nocne niebo.

Dom, pomy­ślała Naranpa. Dom, który kochała, cho­ciaż nie zawsze czuła się tu jak u sie­bie. W takich chwi­lach prze­ma­wiała przez nią Pasz­cza, spra­wia­jąc, że czuła się nie­godna. Głos w jej gło­wie, który przy­po­mi­nał jej, że jest jedyną Kapłanką Słońca w histo­rii, która nie pocho­dzi z Nie­bo­uczy­nio­nych. Bo choć każde dziecko Trak­tatu było mile widziane w wieży, tra­dy­cja naka­zy­wała, by głowy zako­nów wybie­rano spo­śród Nie­bo­uczy­nio­nych kla­nów Tovy. Jej men­tor, Kiu­tue, wycho­wał ją na swoją następ­czy­nię. Nie było to zaka­zane, a jedy­nie nie­zgodne z tra­dy­cją, a co za tym szło – dopusz­czalne, choć nie­po­chwa­lane.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki