Wydawca: E-bookowo Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 536 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czarna róża - Marta A. Winiarska

Alzara Vezcoz z hrabianki staje się hrabią. W kilkanaście miesięcy musi sobie poradzić zarówno z własną, pełną pretensji siostrą, jak też spiskowcami w królewskiej radzie. Niezłomnie walczy z sektą Dominatów aby przywrócić ład w swoim zamku i ojczyźnie.



Tę powieść polecam osobom lubiącym średniowieczny nastrój, bo całość utrzymana jest w konwencji low fantasy. Są zbroje, miecze, konie, przemoc, okraszone szczyptą zmysłowości. Idealna lektura na nudny wykład, długą jazdę pociągiem lub nocną zmianę w pracy.

Marta A. Winiarska

Urodziłam się w styczniu 1984 roku w Tychach, gdzie nadal mieszkam. Okres nauki to duża różnorodność, od liceum ekonomicznego, poprzez studium detektywistyczne, po studia religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i zarządzania bezpieczeństwem publicznym na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach.



W młodości wiele marzyłam, teraz spełniam te marzenia. Wydanie „Czarnej Róży” jest kolejnym z nich, a zarazem zwieńczeniem długoletniego hobby, jakim jest pisanie powieści. Następne marzenia czekają w kolejce do realizacji i nie zamierzam z nich rezygnować.

Opinie o ebooku Czarna róża - Marta A. Winiarska

Fragment ebooka Czarna róża - Marta A. Winiarska

Czarna różna

Marta A. Winiarska

© Copyright by Marta A. Winiarska & e-bookowo

Obraz na okładce: Anndr Kusuriuri

Projekt okładki: Ewa Cetnar-Tkaczyk

Grafiki: Ewa Cetnar-Tkaczyk

Korekta: Patrycja Żurek

ISBN 978-83-7859-334-8

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Dziękuję Ewie Cetnar-Tkaczyk i Tomkowi Kałamale za wsparcie i pomoc w udoskonalaniu Czarnej Róży.

 

Postacie:

Unghar Sabve – król Adverny, pan na Chirakue

Margaritta Sabve – królowa, żona Unghara

Moriss Sabve – książę syn Unghara

Kauthon Sabve – książę brat Unghara

Gladier Michan – hrabia Ziracoth, pan na Misherton

Alzara Vezcoz – hrabia Ishbentz, pani na Raushten

Corneliu Vezcoz – hrabia Ishbentz, ojciec Alzary

Xantia Vezcoz – hrabina Ishbentz, matka Alzary

Erlina Vezcoz – siostra Alzary

Silvado Simass – wasal i krewny hrabi Vezcoz.

Waldo Livekos – hrabia Freylea, pan na Lochlake

Silvina Livekos – żona Waldo

Nathenia Livekos – młodsza córka Waldo

Dayloh Sepiro – hrabia Hedgebeach, pan na Foxbridge

Simoria Sepiro – żona Dayloh

Armarozo Sepiro – brat Dayloh, wasal hrabi Vezcoz

Meando Rakshi – hrabia Dracbush, pan na Lorview

Montelok Khane – hrabia Highiron, pan na Nerion

Ardenia Khane – żona Monteloka

Taren Locatho – hrabia Janmount, pan na Nazkardo

Ezeal Vospah – hrabia Locardion, pan na Morley

Midlas Komas – baron Wesperton, pan na Aldshore

Ilvin Hauber – baron Byiron, pan na Newedge

Arwano Hauber – młodszy syn Ilvina, narzeczony Alzary Vezcoz

Sylvius Hauber – syn Ilvina

Elea Hauber – żona Sylviusa

Demago Lavando – król Daregor

Cilathien Lavando – księżna Daregor, siostra króla Demago

Nicoray Yarvatz – przyjaciel i dowódca gwardii króla Demago

Ghinvin – zmarła żona króla Demago

Jacone VII – arcykapłan i przewodnik czcicieli Garvena

Zazd – kapłan Garvena

Dogharo – arcykapłan kultu Hydrit

Miriam – kapłanka Hydrit

Misza – Cyganka

Tavakor – kapłan Hydrit

generał Matrediu – dowódca wojsk Ishbentz

pułkownik Jarmal – oficer wojsk Ishbentz

major Ratrel – oficer wojsk Ishbentz

kapitan Doromitz – adiutant hrabi Vezcoz

Galavago – rycerz z Ishbentz

Tsunado Kali – wódz Górali

Sovite – ochmistrzyni w Raushten

Rukoh – poborca podatkowy Ishbentz

Garfani – zarządca okręgu Ishbentz

Bottaro – najemnik

 

 

Rozdział 1 – Powrót do stolicy

Siedząc w gabinecie, Alzara przeglądała raport z poboru podatków. Jako hrabia miała obowiązek wpłacić część dochodu do królewskiego skarbca w odpowiedniej proporcji. Wszystko zatem musiało się zgadzać. Dopiero wejście Arwano przerwało jej pracę.

– Powóz czeka – oznajmił, muskając Alzarę w kark.

– Zaraz kończę – odparła.

Arwano z ukosa zerknął w trzymaną przez ukochaną kartkę i lekko zmarszczył brwi.

– Mówiłem ci, że wszystko jest w porządku – rzekł.

– Tak, wiem. Ale póki co muszę to osobiście podpisywać, wolałam więc najpierw przejrzeć.

– Nie musisz się tym kłopotać. Przecież mi ufasz, prawda?

– Oczywiście, że tak. I kocham – Alzara wstała i obejmując narzeczonego pocałowała go. – Jedziemy?

Razem zeszli do holu, gdzie służąca czekała ze skórzanym płaszczem z ciepłą podpinką. W Ishbentz jesienne dni bywały wietrzne. Przy powozie stała ochmistrzyni z naręczem ciemnych róż, które podała hrabi.

– Dziękuję, Sovite – Alzara odebrała kwiaty i zajęła miejsce w powozie. Obok usiadł Arwano i dał znać woźnicy, by pogonił konie. W eskorcie dwudziestu konnych opuścili zamek.

Celem podróży były kurhany rodu Vezcoz, gdzie w jednym z nich spoczywał ojciec Alzary. Hrabia Corneliu Vezcoz zmarł przed rokiem, pozostawiając córce spore dziedzictwo. Odgarnąwszy opadłe liście z pamiątkowej tablicy, Alzara przystroiła ją różami. Odmówiwszy modlitwę, wróciła do Arwano, który objął narzeczoną.

– Nie mogę uwierzyć, że za dwa tygodnie wszystko się zmieni – przemówiła Alzara. – Na pewno nie zrozumiałby tego.

– Przecież wyraził zgodę na ślub – zauważył Arwano.

– Nie o tym mówię, ale o przejściu. Religia i tradycja były dla niego bardzo ważne.

– To, co było dobre dla niego, nie jest dobre dla ciebie, kochanie. Musisz myśleć o własnej przyszłości. Szlachta cię obserwuje.

– Na następnym Zgromadzeniu ty wystąpisz jako hrabia Ishbentz.

– Tym bardziej powinniśmy się pokazać jako jedność.

– Tak, masz rację – Alzara mocniej wtuliła się w ramiona narzeczonego.

– Wracajmy do Raushten – zaproponował Arwano.

Alzara przystała na to i chwilę później siedzieli w powozie w drodze powrotnej do zamku.

Kolację zjedli razem, omawiając szczegóły ceremonii zaślubin. Już dawno wszystko było przygotowane, lecz Alzara chciała, żeby tego dnia wszystko odbyło się bez przeszkód.

Rozstali się dopiero przed jej komnatą. Arwano wciąż zajmował inny pokój, wszak nie byli jeszcze małżeństwem. Złożywszy pocałunek na ustach narzeczonej, odszedł. Natomiast Alzara weszła do sypialni, gdzie służące pomogły jej się rozebrać i przygotować do snu. Niestety, tego wieczora nie było dane Alzarze szybko zasnąć. Przewracała się z boku na bok. Liczyła bicia zegara, odmierzającego upływający czas.

Godzina pierwsza dawno przebrzmiała, kiedy Alzara przebudziła się. Leżąc i czekając na sen, usłyszała stukanie o kamień. Podeszła do okna, zobaczyć, co to, czym spłoszyła siedzącego na parapecie kruka. Dołączył do trzech innych ptaków, krążących nad ogrodem. Kilka osobników siedziało na gzymsach. Był to dziwny widok, kruki nawet jesienią nie łączyły się w grupki.

– Bądź pozdrowiona, Pani Ciemności, która kroczysz w chwale – pomodliła się Alzara, po czym wróciła do łóżka i zasnęła.

Równo z tym, jak zegar wybił godzinę szóstą, Alzara obudziła się. Ubrawszy jedwabną koszulę i spodnie, na które zarzuciła płaszcz, wyszła z sypialni i skierowała się do pokoju znajdującego się na lewo od komnaty. Jak co rano odsunęła zasuwę i otworzyła drzwi, by w znajdującej się za nimi kaplicy się pomodlić. Lecz dzisiaj nie mogła spełnić tego religijnego obowiązku. Wewnątrz zastała przerażający widok.

Oparty o ołtarz siedział Arwano, wciąż z otwartymi oczami skierowanymi na wejście. W usta wetknięty miał kawałek materiału, by nie mógł krzyczeć, a ręce przywiązane do mosiężnych lichtarzy. Żyły na przedramionach były rozcięte wzdłuż, a gardło poderżnięte. Spływała z nich posoka, tworząc kałużę, w której siedział. Dla większego okrucieństwa rozcięto mu brzuch, odsłaniając wnętrzności. W sercu tkwił nóż, z rękojeścią ozdobioną głową kruka.

Alzara zamarła, widząc w takim stanie narzeczonego. Bezwiednie podeszła i klęknęła obok, opierając się o podłogę. Próbowała go dotknąć, lecz nie mogła się przełamać. I wtedy dostrzegła czerwień oplatającą jej palce i całe dłonie. Wydała przeraźliwy krzyk, który rozniósł się po korytarzach podwójnym echem.

Długo nie trwało, nim w kaplicy pojawili się Silvado Simass, generał Matrediu i Sovite. Zastany widok ich również przeraził. Ochmistrzyni od razu dostrzegła skuloną Alzarę, siedzącą w rogu przy ołtarzu. Jasne ubranie miała poplamione, a czarne jak onyks włosy przybrały śnieżnobiały kolor. Wpatrzona była w narzeczonego, ale nie płakała.

– Alzara – Sovite podeszła do dziewczyny i przytuliła ją.

– Zabierz ją stąd! – rozkazał Silvado.

Kobieta podniosła z ziemi hrabię i zaprowadziła do sypialni, gdzie pomogła przebrać się w czyste ubranie.

– Biedna hrabianka. To musiał być ogromy szok – rzekł Matrediu, rozcinając więzy Arwano.

– Musimy jak najszybciej znaleźć mordercę – oznajmił Silvado, okrywając ciało swoim płaszczem. – Może jeszcze znajdować się na zamku.

– Zaraz się tym zajmę – Matrediu udał się po żołnierzy, z którymi zaczął przeszukiwać zamek.

Wieść o śmierci Arwano Hauber dosyć szybko rozeszła się po Raushten. Nie trudno było dostrzec żołnierzy, przeszukujących każde pomieszczenie, pytających służbę o obcych. Niestety, nikt nic nie wiedział i niczego nie widział.

– Generale Matrediu, chyba coś mamy – zawołał kapitan Doromitz, podbiegając do przełożonego. – Drzwi do lochów były otwarte.

– Prowadź – rozkazał Matrediu i z kilkoma żołnierzami udali się na miejsce.

Drzwi prowadzące do tej części podziemi nie były ruszane od lat. Dlatego pozostały wyraźne ślady po ich otwieraniu. Z pochodniami w rękach żołnierze zeszli do lochów. W warstwie kurzu widać było, którędy poruszał się zamachowiec. Odciski stóp kierowały się do tajnego przejścia, za którym znajdował się tunel wychodzący w las.

– No to uciekł – stwierdził kapitan Doromitz. – To musiał być ktoś, kto wiedział o przejściu.

– Albo miał pomocnika na zamku – zaprzeczył Matrediu. – Komuś bardzo zależało na śmierci Arwano.

– Tylko komu?

W międzyczasie Silvado zajął się ciałem zamordowanego i nakazał posprzątanie kaplicy. Sporządził również list do ojca Arwano, barona Ilvina Hauber. Jako doradca hrabiów Vezcoz miał pewną władzę na zamku i w prowincji, jego polecenia wypełniano równie starannie. Teraz czekał we własnym gabinecie na wynik poszukiwań.

– Niestety, morderca uciekł – oznajmił Matrediu, wchodząc. – Musiał mieć pomocnika na zamku, gdyż przedostał się tajnym przejściem. Ale służba milczy, żołnierze również niczego nie wiedzą.

– Przyciśnij ich. Musimy wiedzieć, kto tu wpuścił mordercę i dlaczego – rozkazał Silvado.

– Zajmę się tym osobiście. Już zabroniłem wypuszczać z zamku kogokolwiek.

– Pójdę zobaczyć, co z hrabią – oznajmił Silvado, wstając. – Dla niej musimy to wyjaśnić.

Silvado udał się do komnaty Alzary. Leżała na łóżku, wtulona w poduszkę. Sovite próbowała ją pocieszyć, ale nie umiała dotrzeć do swojej pani.

– Jak się czuje? – zapytał Silvado, wchodząc do sypialni.

– Nie najlepiej – przyznała Sovite, podchodząc do mężczyzny. – Byłabym spokojniejsza, gdyby płakała. A tak walczy ze smutkiem wewnątrz serca.

– Daj jej czas – polecił Silvado i podszedł do łóżka. – Alzaro, niestety nie udało się pochwycić mordercy Arwano, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by to wyjaśnić.

Lecz Alzara nawet nie spojrzała na doradcę.

– Zaraz każę wysłać posłańca do barona Hauber. Powinien jak najszybciej dowiedzieć się o śmierci syna.

I tym razem nie odpowiedziała.

– Pójdę już, by nie przeszkadzać. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, wiedz, że zawsze możesz na nas polegać.

Odwróciwszy się, Silvado skierował się do drzwi.

– Sam widzisz, teraz nie da się do niej dotrzeć – rzekła Sovite.

– Pilnuj jej – polecił Silvado. – Potrzebuje teraz opieki. Nie powinna zostawać sama.

– Nie martw się, nie zostawię samej – zapewniła Sovite.

Niestety trwające kilka dni śledztwo nie przyniosło efektów. Dowódcy gwardii nie udało się ustalić, kto stoi za śmiercią Arwano Hauber.

Rozpacz po tragicznej śmierci narzeczonego, która nastąpiła tak szybko po stracie ojca, sprawiła, iż Alzara zamknęła się na wszelkie sprawy. Pogrążyła w żałobie. Od powrotu z pogrzebu praktycznie nie opuszczała zamku. W związku z tym zarządzaniem ziemiami Ishbentz zajął się Silvado Simass. Jako szlachcic i krewny hrabi Vezcoz, miał prawo reprezentowania jej nawet w Świętym Zgromadzeniu. I korzystał z tego, wierząc, że któregoś dnia hrabia otrząśnie się i odbierze władzę.

***

Przez półtorej roku hrabia Vezcoz nie odwiedzała stolicy ani żadnej innej prowincji. Nie przyjmowała również gości w Raushten. Nadszedł jednak dzień, gdy musiała udać się do Chirakue. Następne miesiące miały być decydujące. Wypadało więc pokazać się szlachcie. Towarzyszył jej Silvado Simass, który zastępował ją na dwóch poprzednich Zgromadzeniach.

– Protokół spotkań pozostał bez zmian. Każdy zaprezentuje raport z ziem, wszystko przygotowałem, zapoznaj się. Później będą dyskutowane wniesione wnioski hrabiów. Zapewne zostanie również przedstawiony raport z przygotowań do wizyty króla Demago Lavando z Daregor – wyjaśnił Silvado.

– Dziękuję, Silvado, za wszystko.

– Nie zrobiłem niczego nadzwyczajnego.

– Zostałeś i walczyłeś o prowincję. Postawiłeś mnie na nogi, pomimo mojego zachowania.

– Nigdy bym cię nie zostawił. Doskonale pamiętam, że moja babka pochodziła z rodu Vezcoz.

– Mimo wszystko dziękuję.

Powóz przestał podskakiwać na wyboistej drodze, nieodzowny znak, że zbliżają się do stolicy. Nim Alzara wyjrzała przez okno, szczelniej owinęła się płaszczem z kapturem, chroniącym przed chłodem ostatnich zimowych dni. Stąd już było widać wieże zamku Chirakue.

– Minęło tak wiele czasu, odkąd ostatni raz tutaj bawiłam – przemówiła. – Tyle się wydarzyło. Tyle zmieniło.

– Na pewno wzbudzisz zainteresowanie. Tak naprawdę nie wiedzą, czego się po tobie spodziewać. Najpierw przyjeżdżałaś z Arwano, później w ogóle cię nie było.

– Gdyby była jakakolwiek możliwość ominięcia tego.

– Nie możesz dłużej się ukrywać.

– Tak, wiem. Mimo wszystko jestem przerażona. Co, jeśli mnie nie zaakceptują?

– Nie przejmuj się tym, co mówią. Rób swoje i pokaż, że jesteś silna. Będę przy tobie.

Alzara uśmiechnęła się ciepło do mężczyzny niewiele młodszego od jej ojca. W Raushten był od zawsze, doradzał hrabiemu Corneliu. Teraz wspierał ją.

– Co tam się dzieje? – zapytała, gdy wjechali na błonie.

Silvado wyjrzał z powozu. Bez trudu rozpoznał osoby skupione w pobliżu lasu.

– To król z kilkoma szlachcicami. Mają psy tropiące, więc pewnie chcą skorzystać ze słonecznego dnia i wybierają się na polowanie. Wypada podjechać tam i przywitać się.

– Dobrze.

Woźnica skręcił, jak tylko dostał polecenie. Zatrzymał się w pewnej odległości od zebranych. Rozpoznawszy pochodzenie powozu, król Unghar Sabve ruszył w jego stronę, by przywitać przedstawiciela ziem Ishbentz. Za nim podążyli pozostali szlachcice.

– Silvado, dobrze, że już jesteś – król zwrócił się bezpośrednio do mężczyzny, nie zwracając uwagi na kobietę, której pomógł wysiąść. – Wybieramy się właśnie na polowanie na lisy. Ostatnio pełno się ich kręci w okolicy. Przyłączysz się?

– Nie wypada, by zwykły doradca towarzyszył wielmożnym panom – odmówił zawstydzony Silvado Simass, rozumiejąc, że hrabia Vezcoz nawet nie była spodziewana.

– Wasza wysokość – Alzara zdjęła kaptur płaszcza. – Witaj.

Nastała niezręczna cisza, spowodowana zarówno pojawieniem się hrabi Vezcoz, jak i jej wyglądem. Silvado wyjaśniał jej nieobecność żałobą i cierpieniem po stracie narzeczonego, nic jednak więcej nie powiedział. Tym bardziej zebrani byli zaskoczeni, gdy stanęła przed nimi, odsłaniając białe włosy przytrzymywane diademem.

– Alzara – wyszeptał stojący za królem hrabia Michan.

– Hrabia Vezcoz, witaj w Chirakue – król zreflektował się. – Przyznam, że jestem zaskoczony.

– To zrozumiałe, wasza wysokość. Jednak nie zamierzam uchylać się od obowiązków.

– Cieszy mnie to niezmiernie. W takim razie propozycja skierowana jest do ciebie.

– Nie jestem pewna, nie jestem przygotowana – zmieszana Alzara spojrzała na Silvado, szukając pomocy.

– Nie wszystkim zależy na złapaniu lisa – przemówiła królowa Margaritta. – Nam zależy na przyjemnie spędzonym czasie – oznajmiła, a towarzyszące jej kobiety przytaknęły.

– Powinnaś jechać – dodał Silvado.

– Dobrze – zgodziła się.

– W takim razie ruszamy – zadecydował król.

Możnowładcy udali się do wierzchowców, z kolei Alzara dosiadła konia jednego z żołnierzy. Jazda w siodle w długiej sukni nie należała do najprzyjemniejszych, ale poradziła sobie z tym. Dołączyła do czekającej szlachty i razem wjechali w las.

– Mam za nią jechać? – generał Matrediu nachylił się do Silvado.

– Nie, w towarzystwie dam powinna sama sobie radzić. Pilnuj hrabiego Michana.

– Tak jest – generał zasalutował i pognał w las.

– Jedziemy dalej – rozkazał Silvado, zajmując miejsce w powozie. Woźnica pogonił konie, a żołnierze podążyli za nim.

Pomimo tego, że kobiety nie brały czynnego udziału w polowaniu, nie zwalniały tępa. A gnając pomiędzy drzewami ciężko było rozmawiać. Było to Alzarze na rękę, gdyż długo nikt nie zadał jej żadnego pytania. A gdy zwolniły, pozostałe kobiety zaczęły wymieniać się poglądami na temat nowego sklepu z materiałami zza granicy. W tej kwestii Alzara mogła tylko powiedzieć, że z pewnością się do niego wybierze.

– Może mały wyścig? – zaproponowała królowa w pewnym momencie. – Skorzystajmy z ładnej pogody.

Większość dam zgodziła się na tę propozycję. Pozostałe odmówiły, twierdząc, że wmieszanie się między polujących mężczyzn nie jest dobrym pomysłem. Z nimi została Alzara, która już kilka razy zahaczyła suknią o gałęzie. Chwilę później odłączyła się, musząc udać się na stronę. Przy okazji mogła chwilę odpocząć od kobiet, chociaż rozmawiały tak głośno, że jeszcze długo je słyszała.

Upewniwszy się, że w pobliżu nikogo nie ma, Alzara zsiadła z konia przy skupisku krzaków, które dopiero co zaczęły wypuszczać pąki. Kucnęła, mając nadzieję, że nikt nie zastanie jej w tej pozycji. Lecz błękit sukni przedzierał się przez gałęzie. Przejeżdżający w pobliżu hrabia Michan od razu domyślił się, kto tam się znajduje. I ruszył w tę stronę.

Alzara zerwała się, jak tylko posłyszała zbliżającego się jeźdźca. Bez trudu poznała znienawidzonego hrabiego.

– Gladier – zdołała wypowiedzieć.

– Witaj, Alzara – przywitał ją, zsiadając. – Cieszę się, że w końcu odwiedziłaś stolicę. I jestem wdzięczny Garvenowi, że pozwolił nam się tutaj spotkać na osobności.

– Czego chcesz, Gladier?

– Od zawsze ciebie. Należysz do mnie, od ostatniego jesteś mi przeznaczoną nałożnicą – hrabia Michan chwycił Alzarę za ramiona i zaczął szarpać.

– Puść mnie, to boli – prosiła Alzara, łamiącym się głosem.

– Dzisiaj znowu będziesz moja – warknął, zmuszając Alzarę do położenia się. – I tym razem nikomu tego nie powiesz, prawda? – kontynuował Gladier, rozpinając spodnie.

Alzara próbowała się wyrwać, ale mężczyzna przycisnął ją swoim ciężarem. Chwycił również skrzyżowane nad głową ręce, by nie mogła się bronić. Aby się uspokoiła, kilkakrotnie ją spoliczkował, po czym sięgnął pod spódnicę. Był tak podniecony, że nawet nie usłyszał zbliżającego się w galopie konia. Miał już wsunąć się w Alzarę, gdy ktoś chwycił go za kołnierz i rzucił na drzewo. Chcąc się podnieść, poczuł na szyi przysunięte ostrze. Dopiero po chwili rozpoznał generała Matrediu.

– Psi synu, z mieczem na arystokratę? – syknął Gladier.

– Jeśli będzie trzeba, zabiję w obronie hrabi – odparł pewnie generał. – Wynoś się stąd natychmiast.

Patrząc na klingę przysuniętą do gardła, Gladier skapitulował. Nie miałby szans w walce z uzbrojonym oficerem. Potężnej budowy dowódca gwardii Vezcoz budził respekt w hrabim, zwłaszcza że przewyższał go niemal o głowę. Powoli wstał, dosiadł konia i odjechał. Matrediu jeszcze długo nie chował miecza, patrząc za znikającym między drzewami jeźdźcem. Upewniwszy się, że odjechał, podszedł do hrabi sprawdzić, czy nic jej nie jest.

– Krwawisz, pani – rzekł.

– Daj wody i ani słowa.

Matrediu zrozumiał, że i tym razem Alzara nie chce rozpowiadać o spotkaniu z Gladierem.

– Co właściwie tu robisz? – zapytała, obmywając rozciętą wargę.

– Pilnuję hrabiego Michana. Zawsze go ktoś pilnuje.

– Dziękuję – wyszeptała. – Chcę wrócić do Chirakue.

– Dobrze.

Matrediu pomógł Alzarze dosiąść konia, po czym skierowali się do dam, które nieśpiesznie jechały za pozostałymi. Stwierdziła, że źle się czuje i dlatego chce wrócić do zamku. A mówi o tym, by nikt nie martwił się jej nagłym zniknięciem. Pożegnawszy się, zawróciła konia, a kiedy było to możliwe, puściła go galopem, by jak najszybciej znaleźć się między murami.

***

Raushten wypełnione było gośćmi. Nie przybyli jednak, by świętować osiemnaste urodziny Alzary, które przypadały na przyszły tydzień. Byli to żałobnicy, którzy szykowali się na świętowanie urodzin, a przybyli na pogrzeb. Hrabia Corneliu Vezcoz zmarł na serce zaledwie dwadzieścia dni przed urodzinami córki.

W południe hrabia został pochowany w rodzinnym kurhanie. Popołudniu, w obecności króla, barona Midlasa Komasa – kuzyna Corneliu, hrabiego Waldo Livekos, barona Ilvina Hauber i Alzary Vezcoz, Silvado Simass, prawa ręka hrabiego Vezcoz, odczytał testament:

– Ja, hrabia Corneliu Vezcoz, pan na zamku Raushten i władca Ishbentz, członek Świętego Zgromadzenia, wierny poddany króla Unghara Sabve, zdrowy na ciele i umyśle, zapisuję mojej córce, Alzarze Vezcoz, w dziedzictwie tytuł hrabiego, ziemie Ishbentz i miejsce w Świętym Zgromadzeniu. Ale by w pełni mogła po mnie dziedziczyć, do dwudziestych pierwszych urodzin musi wyjść za mąż lub nauczyć się władać mieczem, by miała oparcie rządów. W przeciwnym razie tytuł, ziemię i miejsce przejmie mój kuzyn, Midlas Komas, baron Wesperton, pan na zamku Aldshore. Świętemu Zgromadzeniu pozostawiam uznanie, czy Alzara Vezcoz spełnia warunki testamentu.

– To było do przewidzenia. Corneliu od dawna zapowiadał, że to Alzara przejmie po nim rządy – rzekł król Unghar Sabve. – Nie sądzę, byś miała problemy z wypełnieniem warunku testamentu ojca, zwłaszcza że już jesteś zaręczona.

– Tak, panie – przytaknęła smutnie Alzara.

– Oczywiście możesz liczyć na naszą pomoc – oznajmił hrabia Livekos.

– Dziękujemy za waszą gotowość, ale poradzimy sobie – za hrabiankę odpowiedział Silvado.

– Zapewne teraz wiele zmieni się w Ishbentz – podjął Waldo.

– Raczej nie – zaprzeczył doradca. – Po złożeniu hołdu, Alzara podejmie pracę ojca.

– Każdy ma swój sposób na rządzenie, zmiany są nieuniknione – przemówił Unghar. – Ale czasem to tylko wychodzi na dobre. Nie będę teraz wymagał złożenia hołdu, Alzaro, możemy to załatwić na najbliższym Zgromadzeniu.

– Tak, panie – powtórzyła bezwiednie.

– Wyglądasz na zmęczoną, jeśli chcesz, możesz nas opuścić.

– Dziękuję, jaśnie panie – Alzara powstała, skłoniła się przed królem i opuściła gabinet ojca.

– Jej serce wciąż krwawi – zauważył baron Hauber. – Miała świętować urodziny, a opłakuje ojca.

– Może powinniśmy ściągnąć tutaj jej siostrę? – zaproponował hrabia Livekos.

– Próbujemy ją odnaleźć – rzekł Silvado.

Alzara udała się do swojej komnaty w budynku centralnym. Zajmowała jedną z sypialni na przedostatnim piętrze. Zamknąwszy drzwi, położyła się na łóżku i wtuliła w miękką poduszkę. Mimo ogromnego żalu wypełniającego serce nie płakała, ani na pogrzebie, ani w dniu śmierci ojca.

Powoli robiło się ciemno, gdy do komnaty Alzary wszedł mężczyzna. Był to hrabia Michan, niegdyś przyjaciel i towarzysz hrabiego Vezcoz. Powoli podszedł do łoża, usiadł przy Alzarze i zaczął ją głaskać po głowie.

– Słyszałem, że teraz ty jesteś panią Ishbentz – rozpoczął hrabia. – Na twoich barkach spoczywa ogromny ciężar. Potrzebujesz silnego oparcia i obrońcy. Mogę ci to dać. Wystarczy, że mi się oddasz.

Alzara spojrzała na mężczyznę. Wiedziała, że hrabia wielokrotnie prosił ojca o jej rękę. Ale była pewna, że nie odważy się jej dotknąć.

– Mam obrońcę – odparła po chwili Alzara.

– A kto cię teraz obroni?

Łagodne spojrzenie hrabiego przybrało ostrego wyrazu. Alzara przeraziła się. Nie mogła przewidzieć, co uczyni. Ale cokolwiek by to nie było, była za słaba, aby móc się obronić.

– Czego chcesz? – zapytała, podnosząc się.

– Ciebie – rzekł i chwyciwszy Alzarę za ramiona, rzucił na łoże.

Gladier szybko złamał opór dziewczyny. Nie zdołała oprzeć się dojrzałemu mężczyźnie. Zaczął całować ją w szyję i obmacywać, jedną ręką sięgając pod spódnicę. Alzara zacisnęła zęby, by nie krzyczeć i czekała, aż skończy. Zaspokoiwszy pragnienia, opuścił sypialnię Alzary jak gdyby nigdy nic.

Hrabia Michan zachowywał się spokojnie, mimo to generała Matrediu zaniepokoił fakt, że opuścił on pokój hrabianki. Natychmiast skierował się do komnaty. Nim przekroczył próg, zapukał.

– Pani, czy mogę wejść? – zapytał, lekko uchylając drzwi.

Nie usłyszawszy odpowiedzi, wszedł do komnaty. Zobaczył skuloną Alzarę, leżącą na łożu.

– Pani, widziałem hrabiego Michana opuszczającego pokój. Czy coś ci zrobił?

– Skąd takie przypuszczenie? – zapytała łamiącym się głosem.

– Znam jego zapalczywość, jeśli chodzi o ciebie. Twój ojciec wielokrotnie odmawiał mu twojej ręki.

– A kiedy go zabrakło, uznał, że może robić, co tylko zechce – rzekła Alzara.

– Pani – zdołał powiedzieć Matrediu, zrozumiawszy, co uczynił hrabia Michan.

Alzara wyciągnęła rękę, a gdy generał usiadł, z całej siły się przytuliła.

– Nikt nie może dowiedzieć się, co hrabia zrobił – przemówiła. – Nikt nie może wiedzieć, że mnie zgwałcił. Przysięgnij, że nie powiesz tego nawet Silvado.

– Przysięgam – chociaż wiedział, że jemu powiedzieć musi. – I proszę o wybaczenie. Twój ojciec, pani, polecił, bym chronił cię przed hrabim, ale nie zdołałem tego uczynić. Nie jestem godny nazywać się twoim obrońcą.

– Hrabia jest chytry, wiedział, kiedy może podejść. Wykorzystał moment, gdy byłam słaba. Nikt, nawet ty, nie mogłeś tego przewidzieć.

– Powinienem jednak…

– Przestań – poleciła Alzara. – Idź i powiedz, że źle się czuję. Przeproś wszystkich, że nie będę im towarzyszyć.

Zbliżała się pora kolacji i goście przebywający na Raushten zebrali się w jadalni, by wspólnie zjeść posiłek. Z rozpoczęciem czekano tylko na przybycie Alzary Vezcoz. Jednak zamiast niej, pojawił się generał Matrediu.

– Wybaczcie mojej pani, że nie zje z wami kolacji. Smutek przytłacza ją tak ogromnie, że nie jest w stanie nawet jeść. Prosiła, aby jej nie przeszkadzano.

– To zrozumiałe w tej sytuacji – przyznała królowa Margaritta. – Przekaż Alzarze, że nie będziemy się narzucać.

Od tego wieczoru Alzara nie pokazywała się nikomu. Dlatego postanowiono jak najszybciej opuścić Raushten. Nie należało teraz zajmować jej uwagi, gdy opłakiwała śmierć ojca, zamiast świętować osiemnaste urodziny.

– Przypuszczam, że w związku ze śmiercią hrabiego Vezcoz, ślub Alzary i Arwano zostanie przesunięty – Silvado zwrócił się do barona Hauber na dzień przed jego wyjazdem.

– Tak będzie najlepiej – przytaknął baron. – Alzara najpierw powinna pogodzić się ze śmiercią ojca.

– Jednak potrzebuje teraz wsparcia kochającej osoby – wtrącił się Matrediu. – A skoro Erlina nie mieszka na zamku, może Arwano zostałby w Raushten? I tak ma nim zarządzać. A jego obecność na pewno pomogłaby Alzarze.

– Arwano na pewno przystanie na to. Tylko czy Alzara się zgodzi? – zastanawiał się Ilvin.

– Nie sądzę, by się sprzeciwiała – przytaknął Silvado.

– W takim razie zaraz porozmawiam z synem – rzekł Ilvin i rozstał się z mężczyznami.

Od tego dnia Arwano Hauber mieszkał w Ishbentz. Jako przyszły mąż hrabi Vezcoz, zyskał wiele przywilejów. Wkrótce też zaczął sypiać z Alzarą, gdyż chciała jak najszybciej zapomnieć o tym, co uczynił Gladier. I to Arwano towarzyszył jej w trakcie spotkań Zgromadzenia, chociaż Silvado przekonywał młodą panią, że nie jest to najlepszy pomysł. Mimo to postanowiła całym sercem zaufać narzeczonemu.

***

To był dopiero pierwszy dzień wiosny i wciąż w powiewach wiatru można było poczuć zimowy chłód. Tuż przed południem zamek niemal całkowicie opustoszał. Rodzina królewska, cała szlachta, a nawet większość służby udała się do katedry Saint Bardaro. W pierwszy dzień tygodnia każdy, kto tylko może, udaje się do świątyni na nabożeństwo ku czci Garvena, boga Światła. Jest to święty obowiązek, który wszyscy surowo przestrzegają. Tylko jedna osoba nie brała udziału w tych uroczystościach.

W południe hrabia Vezcoz wyszła do ogrodu znajdującego się za zamkiem. Wszedłszy za parkan, ruszyła wyłożonymi drobnym żwirem alejkami. Przyroda dopiero budziła się po zimowym śnie, na rabatach pokazały się tylko zimowe kwiaty, ale niektóre krzaki nieśmiało zaczęły wypuszczać pąki liści. Mimo to Alzara zdecydowała się na spacer. Zza zieleniącego się ogrodzenia nie było widać kamiennych murów, okalających zamek, siedzibę króla. Było to lepsze od przemierzania pustych korytarzach. Cały czas sennie snuli się za nią gwardziści.

Hrabia Vezcoz nie uczestniczyła w świątecznych nabożeństwach, gdyż kłaniała się Hydrit, bogini Ciemności. To wyróżniało rodzinę Vezcoz od pozostałej arystokracji. W Adverni panował kult Garvena. Czciciele Hydrit byli niechętnie tolerowani. Tylko heretycy, zwłaszcza Sekta Dominatów, byli gorzej traktowani, szczególnie po ich wygnaniu.

Alzara przejęła kult Hydrit po ojcu, a on po swoim ojcu. Była pierwszą Vezcoz, która chciała to zmienić, nie dokończyła jednak przygotowań do przejścia. Wielu rzeczy nie dokończyła. I teraz, spacerując po pustym ogrodzie, rozmyślała o tym wszystkim. Kiedy obeszła cały ogród, spoczęła na ławce.

W międzyczasie szlachta zdążyła powrócić z nabożeństwa.

– Mogę się przysiąść? – król wyrwał Alzarę z zamyślenia.

– Oczywiście, panie – zgodziła się, zrywając z ławki.

– Prawdę mówiąc, to chciałbym o czymś porozmawiać – rzekł z lekkim wahaniem. – Byłem przyjacielem twojego ojca, wiesz o tym, prawda?

– Ojciec zawsze powtarzał, że nie ma większej przyjaźni jak między wami – przytaknęła.

– Nasza przyjaźń okupiona była wieloma zabawami i potyczkami. Dlatego chcę, byś wiedziała, że możesz liczyć na moją pomoc, zasługujesz na królewskie wsparcie.

– Dziękuję za te słowa, panie.

– I dzisiaj przychodzę właśnie z troski o twoje dobro. Przyznam się od razu, że gdybyś nie przyjechała, sam musiałbym fatygować się do ciebie, by odbyć tę rozmowę.

– O co chodzi, panie? – zapytała zaniepokojona Alzara.

– Silvado tego nie słyszał, ale już pół roku temu podniosły się głosy, że nie powinnaś zasiadać w Świętym Zgromadzeniu. Głównie dlatego, że pozwoliłaś się zdominować rozpaczy.

– Ledwo co skończyłam opłakiwać ojca, a już utraciłam ukochanego. Wciąż się z tym nie pogodziłam.

– Dlatego są głosy, które uważają, że to za duże brzemię dla kobiety. Jeśli kolejna strata wpędzi cię w podobną rozpacz, to może negatywnie wpłynąć na twoją pracę w Zgromadzeniu. A wiecznie z zastępstwa korzystać nie możesz. Uważają, że powinien zastąpić cię ktoś, kto lepiej będzie sobie radził z trudnościami losu.

Alzara podniosła się z ławki i ruszyła w głąb ogrodu.

– Więc czego te głosy oczekują? – zapytała przybierając stanowczy ton.

– Żebyś jeszcze przed zakończeniem tego Zgromadzenia zrezygnowała ze stanowiska, by można było od razu powołać nowego członka. Jeśli to zrobisz, mogę zagwarantować, że zostaniesz w Ishbentz. I twój ród zachowa pierwszeństwo w wypadku całkowitego opróżnienia miejsca w Świętym Zgromadzeniu.

– Tego ode mnie oczekujesz, panie?

– Nie, chcę, byś rozważyła te słowa. Przeanalizowała wszystkie za i przeciw. Zastanowiła nad tym, czy podołasz tym wszystkim zadaniom. Jeśli zdecydujesz się zostać, za kilka miesięcy możesz stracić wszystko, a jeśli zrezygnujesz, zachowasz przynajmniej ziemię.

– Czy tak myśli całe Zgromadzenie?

– Wielu podziela ten pogląd, jednak nie każdy się wypowiedział.

– Między innymi Gladier Michan?

– Dlaczego pomyślałaś o nim?

– Starał się o moją rękę. Gdybym odeszła ze Zgromadzenia, mógłby ponowić te próby.

– Z całą pewnością mogę cię zapewnić, że nie myśli o tym. Planuje ślub z kimś innym, ale jeszcze nie zdradził z kim. Z nim akurat nie rozmawiałem na ten temat. Pierwszy tę myśl wysunął Waldo Livekos.

– Zgadzasz się z nim, panie?

– Nie.

– Przecież jesteście przyjaciółmi, panie – zauważyła Alzara.

– To nie oznacza, że popieram każdy jego pomysł. Ale możesz być pewna, że poprę ciebie w każdej decyzji, jakakolwiek by nie była.

– Ojciec wierzył, że poradzę sobie zarówno rządząc Ishbentz, jak również zasiadając w Świętym Zgromadzeniu. Nie mogłabym nazwać się jego córką, gdybym nie podjęła walki o to, co zostawił.

– Nawet za cenę utraty wszystkiego?

– Tak. W najbliższych dniach przekonasz się, panie, że poradzę sobie z obowiązkami członka Świętego Zgromadzenia.

– Dobrze. Masz moje pełne poparcie. Gdyby ktoś miał o to pretensje, nie krępuj się przyjść z tym do mnie, zawsze cię wysłucham.

– Będę pamiętać.

– A teraz wybacz, mam jeszcze jedno spotkanie.

– Oczywiście, panie – Alzara skłoniła się. Po odejściu króla pozostała w ogrodzie.

Tymczasem król Sabve udał się do gabinetu, gdzie czekało dwóch hrabiów, Waldo Livekos i Gladier Michan. Obaj z powodzeniem mogli nazywać się przyjaciółmi króla, zwłaszcza że ten drugi był kuzynem królowej Margaritty. W zasadzie to władca nie miał bliższych współpracowników. Dzielił się z nimi wszelkimi spostrzeżeniami i planami. Dzisiaj zaprosił ich, aby przedstawić najnowszy.

– Cieszę się, że zgodziliście się poświęcić świąteczne popołudnie, by zająć się tą sprawą – przemówił król.

– Unieszkodliwienie Sekty Dominatów jest podstawowym zadaniem – odparł Gladier. – Udało się potwierdzić ich działalność w okolicy stolicy, ale nie mamy żadnych dowodów, że hrabia Sepiro jest heretykiem, Unghar.

– Dzisiaj zamierzam je zdobyć. Ustaliłem, gdzie się gromadzą. Wiemy już, że spotykają się co tydzień o północy w pierwszy dzień tygodnia. Kazałem przygotować się gwardzistom do zastawienia na heretyków zasadzki. Wyłapię wszystkich, którzy będą się tam znajdować. A wątpię, by Dayloh opuścił to spotkanie, będąc w Chirakue.

– To rzeczywiście byłby wielki sukces – przytaknął Waldo. – Pierwsze zwycięstwo odkąd wykryliśmy działalność heretyków. Ile to czasu minęło?

– Blisko dwa lata. Do tej pory zgrabnie się wymykali – zauważył Gladier.

– Dzisiejszej nocy wyłapiemy przywódców heretyków, to na pewno ukróci ich działalność. Jesteście ze mną?

– Oczywiście – potwierdzili obaj hrabiowie.

Ponownie spotkali się na dziedzińcu, gdy zamek spał twardym snem. Z samego rana zaczynała się pierwsza sesja Zgromadzenia, nikt więc nadmiernie nie przedłużał zabawy. W trójkę opuścili zamek i skierowali się do jednej z bram miasta. Tam czekał oficer królewskiej gwardii, który poprowadził ich pod dom jednego z trzech piekarzy.

– Od godziny schodzą się jakieś osoby, wszystkie dokładnie okryte ciemnymi płaszczami. Trudno poznać, kto to jest – wyjaśnił szlachcicom.

– Odczekamy jeszcze trochę i wchodzimy. Każ przygotować się ludziom.

Każde wyjście z budynku, drzwi, okna, a nawet przejścia podziemne zostały zawczasu obstawione. Gdy żołnierze weszli do środka, zaskoczeni heretycy nawet nie podjęli obrony. Wszyscy, którzy tam przebywali, zostali zakuci w kajdany. Niestety, wśród zatrzymanych nie było ani hrabiego Sepiro, ani żadnego innego szlachcica. To burzyło teorię króla Sabve, że heretycy wtargnęli między arystokrację. Odprowadzany złorzeczeniami i przekleństwami, powrócił do zamku.

Rozstawszy się z hrabiami, Unghar udał się do komnaty. Krzątaniną zbudził żonę. Margaritta od razu podniosła się z łoża i objęła męża.

– Jak poszło, kochanie? – zapytała pomagając mu zdjąć ubranie.

– Byłby sukces, gdybym przyłapał tego heretyka. Ale znowu się wymknął.

– Może się jednak mylisz co do Dayloh? Tamten człowiek mógł powiedzieć cokolwiek, żeby przestano go męczyć.

– Szkoda, że nie dotarł do stolicy na przesłuchanie – przyznał Unghar. – A skoro został uciszony, komuś zależało na tym, by nie mógł potwierdzić swoich słów.

– A nie wydaje ci się, że zasłyszał tylko mów heretyków i zasłonił się nimi, gdy przyłapano go na pospolitym przestępstwie?

– Spalił dość pokaźny magazyn, należący do czciciela Hydrit, z nim w środku. Podobnie jak w dwóch pozostałych przypadkach. Nie mogę tego zignorować. Historia uczy, by tłumić herezję jeszcze w zarodku. A przecież zwykli chłopi, a nawet mieszczanie nie odważyliby się praktykować rytuałów Sekty Dominatów, gdyby nie mieli przykładu z góry.

– Może szukasz nie tam, gdzie trzeba. Baronowie zawsze chętni byli do zdobycia większej władzy. Jakby dobrze poszperać, wielu miało powiązania z dawnymi heretykami.

– Nie chcę teraz o tym myśleć.

– A z Alzarą rozmawiałeś? – zapytała, masując ramiona męża. – Zrezygnuje ze Zgromadzenia?

– Nie, jest gotowa walczyć, by utrzymać całe dziedzictwo. Ma do tego prawo.

– Ale to może ją zniszczyć.

– Nie bardziej od tego, co przeżyła. Wydaje mi się, że poradzi sobie ze wszystkim.

– Nie patrzysz na nią przez pryzmat przyjaźni z Corneliu?

– Wy też się przyjaźniliście – zauważył Unghar.

– Przez wzgląd na Xantię i naszego syna. Ale spójrz prawdzie w oczy, Alzara jest nieprzewidywalna, nie wiadomo, co może zrobić.

– Jednak jej zaufam. Zastanawiam się, dlaczego rozmawiamy o tej porze o innej kobiecie?

– Wybacz, poprawię się – oznajmiła Margaritta, składając na ustach męża namiętny pocałunek.

Unghar odwzajemnił go, po czym rozwiązał tasiemki koszuli nocnej, która opadła na podłogę. Położywszy żonę na łóżko, zaczął pieścić wciąż jędrne piersi i kształtne uda. Gorącymi wargami przywarł do jasnej skóry ukochanej, całując poczynając od szyi, poprzez piersi i brzuch, gdzie wiła się wytatuowana lilia. W końcu dotarł do kępki czarnych włosów. Margaritta jęknęła, czując język wędrujący pomiędzy zakamarkami rozkoszy. Wplotła palce w długie włosy męża, bawiąc się nimi zachęcała, by nie przerywał. Gdy była dostatecznie mokra, a on twardy, podniósł się na rękach i przez chwilę wpatrywał się w brązowe oczy Margaritty, po czym wsunął się, energicznymi ruchami doprowadzając do szczytowania. Dołączyła odpowiadając okrzykiem pełnym podniecenia i zadowolenia. Sprośnymi słowami zachęcała Unghara do silniejszych ruchów, by mógł wejść głębiej. Spełnił każde życzenie kochanki, a kiedy zaspokoili się, zasnęli wtuleni w siebie.

Następnego dnia rozpoczęły się obrady Świętego Zgromadzenia. Każdy z hrabiów przedstawił raporty z podległych ziem. Na tym król zakończył spotkanie pierwszego dnia. Wiele wysiłku kosztowało go ukrycie rozgoryczenia po niepowodzeniu ostatniej nocy. I chciał jak najszybciej zostać sam. W trakcie kolejnych spotkań nie było po nim widać żadnego niepokoju i zmartwienia. Za to hrabia Vezcoz zaprezentowała się z najlepszej strony. Rzeczowo i stanowczym tonem komentowała kolejne punkty z zapisanego na początku protokołu. Co więcej wielokrotnie doprowadzało do podjęcia dyskusji i miała wiele słusznych argumentów. Nikt nie mógł powiedzieć, że przeszła jakąkolwiek traumę. Chociaż nikt tak naprawdę nie wiedział, co przeszła.

– Najlepiej będzie zaprosić króla Lavando za rok na turniej – podjął hrabia Meando Rakshi, gdy król Sabve przedstawił odpowiedź od władcy Daregor. – Zaprezentujemy nasze siły.

– Skoro zadecydowaliśmy o podpisaniu traktatu pokojowego i król Lavando na niego przystał, nie należy odkładać tego spotkana na następny rok – przemówiła Alzara. – Powinniśmy zaprosić go na jesienne Zgromadzenie.

– Akurat w tej kwestii niewiele było twojej decyzji – zauważył Gladier.

Alzara nawet nie spojrzała na niego udając, że nie słyszała słów hrabiego. Przez ostatnie dni udawało się ignorować jego obecność w pobliżu. Nie zamierzała dać się sprowokować, zwłaszcza w obliczu całego Zgromadzenia.

– Nie wiem, czy powinniśmy się z tym tak spieszyć – rzekł hrabia Montelok Khane. – Jednak czas, gdy wszyscy szlachcice szykują się do turnieju również nie jest odpowiedni na takie poważne rozmowy.

– Ale przynajmniej wszyscy będą – zauważył hrabia Taren Locatho.

– No właśnie, wszyscy. Nie potrzebujemy w trakcie wizyty króla Lavando pałętających się po stolicy baronów – zaprzeczył Montelok. – Te rozmowy powinny odbyć się w wąskim gronie.

– Co racja, to racja – przytaknął hrabia Ezeal Vospah. – Czas jesiennego Zgromadzenia wydaje się odpowiedni. Odkładając to do wiosny, możemy jedynie zniechęcić króla Lavando. Poza tym po zimie nie wszystkie trakty mogą być przejezdne. Wizyta opóźni się i ostatecznie wypadnie w połowie wiosny, kiedy każdy ma obowiązki w prowincji.

– Racja – przytaknął król Sabve. – Rozmawiamy o tym już na tyle długo, iż należy przejść do działania. Wznoszę o głosowanie. Kto jest za jesiennym Zgromadzeniem?

Z dziewięciu członków, sześciu było za zaproszeniem króla Lavando na najbliższe Zgromadzenie. Tylko hrabia Rakshi, Khane i Sepiro byli za innym terminem. Gladier i Waldo głosowali jak zawsze, tak jak król. Od razu sporządzono zaproszenie dla króla Demago Lavando i już następnego ranka posłaniec ruszył na wschód.

To był ostatni punkt, jaki członkowie Świętego Zgromadzenia mieli rozważyć. Tak więc król Unghar Sabve ogłosił prace Świętego Zgromadzenia w dziesiątym miesiącu 3373 roku za zakończone. Po zamknięciu sesji każdy był wolny. Jedni od razu opuścili stolicę, inni pozostali kilka dni. Każdy według uznania.

Jednym z pierwszych, którzy opuścili Chirakue, był hrabia Sepiro. Nim jednak to uczynił, spotkał się z królową i jej kuzynem w salonie.

– Twój mąż jest niezwykle zdeterminowany, by mnie dorwać – rzekł Dayloh, siedząc w fotelu, raczył się winem.

– Sam dałeś powód każąc podpalić tamten magazyn – zauważyła Margaritta. – A twój człowiek dał się złapać.

– I osobiście dopilnowałem, by nie mógł nic więcej powiedzieć.

– Po co właściwie upierałeś się przy zniszczeniu magazynu? – zapytał Gladier.

– Interesy.

– Nie jesteśmy po to, by załatwiać prywatne interesy – oburzyła się Margaritta.

– Pragnę jednak przypomnieć, dzięki czemu możemy działać. Bezpieczeństwo moich interesów jest w waszym interesie.

– Grunt, że jedno z dzieci ciemności przestało kalać naszą ziemię – skwitował Gladier.

– Skoro o tym mowa. Alzara wróciła. I radzi sobie całkiem nieźle – rzekł Dayloh. – Wygląda na to, że powalczy o swoje.

– Nie wiadomo tylko, czy skutecznie – odparła Margaritta. – Mamy jeszcze czas.

– Pragnę jednak przypomnieć, że jeśli nie zdobędziemy jej lub jej miejsca, żądanie abdykacji Unghara się nie uda.

– Jak powiedziałam, mamy czas. Poza tym Moriss nie jest jeszcze gotowy. Działamy zgodnie z planem – twardym poleceniem królowa ucięła dyskusję.

– Jak sobie życzysz, pani – Dayloh skłonił się.

Alzara zdecydowała się zostać w stolicy kilka dni. Po tak długiej nieobecności wypadało odnowić znajomości z innymi arystokratami. W końcu i na nią przyszła pora.

– Muszę przyznać, że zaskoczyłaś mnie pod wieloma względami – rzekł król, żegnając hrabię Vezcoz.

– Musiałam sobie poradzić, nie było innego wyjścia.

– Ojciec byłby z ciebie dumny.

– Dziękuję, panie. Do zobaczenia na turnieju.

– Przyjedziesz? – zapytał zaskoczony król.

– Z zawodnikami. I zamierzam zwyciężyć – oznajmiła.

To była kolejna zaskakująca wiadomość ze strony Alzary. Wszak od czasu śmierci ojca nie wystawiała zawodników. Z drugiej strony ziemie Ishbentz w przeszłości często wygrywały. Nic nie stało na przeszkodzie, by podobnie było w tym roku.

***

– Na początku chciałbym powitać w naszym gronie nowego członka, hrabiego Gladiera Michana, nowego pana w Misherton.

Po słowach króla Sabve zabrzmiały słowa powitania ze strony pozostałych członków Świętego Zgromadzenia.

– Nie możemy zapomnieć, że pojawienie się nowego hrabiego zawsze poprzedzone jest odejściem starego, co pogrąża nas w smutku, to jednak cieszymy się, że do naszego grona dołączyła młoda krew.

– Wciąż opłakuję śmierć ojca – podjął Gladier. – I zapewniam tu zgromadzonych, że postaram się być godnym następcą.

– Nie powinniśmy być jak ojcowie – przemówił hrabia Vezcoz. – I nie warto ich naśladować. Należy tworzyć własną przyszłość.

– Wezmę te słowa do serca i będę postępować zgodnie z nimi – zapewnił młody hrabia.

– A teraz przejdźmy do pierwszego punktu obrad – zarządził król.

Młody Gladier Michan wielokrotnie brał udział w obradach Świętego Zgromadzenia jako doradca ojca. Potrafił więc odnaleźć się w nowych warunkach.

Po zakończeniu rozmów hrabiowie skupili się w mniejsze grupki i opuścili salę. Do króla podeszli Waldo Livekos i Corneliu Vezcoz, i razem ruszyli korytarzem, pogrążeni w ożywionej rozmowie. Gladier Michan podszedł do nich i skłonił się przed monarchą.

– Dziękuję, panie, za życzliwe słowa przyjęcia.

– Każdy przez to przechodził, wiemy więc, że czasem bywa ciężko – odparł Unghar.

– Gdybyś czegoś potrzebował, zawsze możesz się do nas zwrócić – dodał Corneliu. – A teraz musimy iść.

Gladier długo patrzył za odchodzącymi. Wszyscy wiedzieli, że tę trójkę łączy przyjaźń przypieczętowana w ostatniej wojnie. Dla młodego hrabiego byłoby niezwykle korzystnie dołączyć do tej niewielkiej grupki, jednak nie wyglądali na chętnych dopuszczenia do siebie kogoś jeszcze.

Do tej pory przebywając w stolicy, Gladier zawsze towarzyszył ojcu. Teraz został zupełnie sam. Nie wiedząc, co z sobą począć, zaryzykował i udał się do jedynej dobrze mu znanej osoby. W dzieciństwie spędzali ze sobą wiele czasu, mimo to teraz zawahał się, wchodząc do komnaty królowej Margaritty.

– Jaśnie pani – skłonił się – wybacz, że śmiem przeszkadzać...

– Nie wygłupiaj się, kuzynie, usiądź – przerwała mu niewiele starsza kobieta. – Cieszę się, że mnie odwiedziłeś. Jak się trzymasz?

– Wciąż jest mi ciężko – przyznał, siadając na sofie obok królowej. – Był dla mnie wzorem. Nauczył wszystkiego, co umiem. Teraz czuję się taki zagubiony.

– Kiedy znowu poczujesz się samotny, zawsze możesz mnie odwiedzić.

– Nie wiem, czy wypada.

– Jesteśmy kuzynami, niejedno lato razem spędziliśmy nad morzem.

– Pamiętam. A później zostałaś królową i urodziłaś dziedzica.

– Tobie żona też by się przydała.

– Teraz muszę zająć się sprawami ojca.

– Teraz przyda ci się łyk wina – królowa skinęła na dwórki.

– Minęło tyle czasu – podjął Gladier. – O czym mielibyśmy mówić?

– Miałeś opowiedzieć o ruinach, do których trafiliśmy w dzieciństwie. Nie było sposobności.

– To nie jest opowieść dla każdego – odparł.

– Bez obaw, zachowam wszystko dla siebie.

Tego wieczora razem pojawili się na kolacji. Młody hrabia odprowadził królową na miejsce, po czym usiadł na swoim.

Od tego dnia widywali się każdego popołudnia po obradach Zgromadzenia. Margaritta dbała, by zostawali sami, dzięki czemu Gladier mógł opowiedzieć historię ruin kościoła w lesie na ziemiach Ziracoth. W trakcie dziecinnej zabawy trafili do niego, ale wtedy nie mógł wyjaśnić, co to za miejsce. Teraz na prośbę królowej opowiedział wszystko, co wiedział o Dominatach i ich nauce.

Pod koniec tygodnia Gladier pojawił się w komnatach królowej niezwykle wzburzony. Długo chodził niespokojnie, nim Margaritta nakłoniła go do zwierzeń.

– Nie mogę ścierpieć widoku tego sukinsyna przy królu – warknął. – Już ojca mierził ten widok, ale za bardzo bał się potęgi Vezcoz, by cokolwiek zrobić. Tak nie powinno być, to burzy prawowity porządek. Ktoś taki nie powinien w ogóle mieć prawa wstępu do Świętego Zgromadzenia.

– Corneliu jest potężny, ale nawet olbrzyma można obalić – przemówiła spokojnie Margaritta.

Zaskoczony Gladier spojrzał na nią. Skinęła, więc usiadł obok.

– Można coś z tym zrobić – wyjaśniła. – Ale to wymaga czasu i pracy.

– Wiesz, czego pragnę – rzekł, patrząc jej prosto w oczy.

Margaritta tylko się uśmiechnęła, a w głowie zaczął powstawać wielki projekt.

Rozdział 2 – Siła wiary

Do Turnieju Zwycięstwa zostało niecałe siedem tygodni. Wraz z podjęciem decyzji o wystawieniu zawodników, hrabia Vezcoz zadecydowała, że osobiście poprowadzi rydwan. Chciała w ten sposób pokazać szlachcie, iż jest dostatecznie silna, by zadbać o interesy prowincji i królestwa. Każdą wolną chwilę spędzała powożąc. Młode ogiery przyzwyczaiły się do zaprzęgu, reagowały na każdy ruch lejców. Nie straszne im były wszelkie nierówności terenu i błoto na traktach, które utrzymywało się niemal bez przerwy, ze względu na długo zalegający śnieg i często padające deszcze na wiosnę. Sprawnie mijały wszelkie przeszkody, nie zwalniając kroku.

Każdego ranka Alzara opuszczała zamek rydwanem. Trenując powożenie, miała możliwość objechania okolicy, dlatego za każdym razem wybierała inną trasę. Nieraz zapuszczała się tak daleko, że do Raushten wracała dopiero następnego dnia. Lecz pewnego razu nie zdążyła nawet zmęczyć koni. I to nie przez gęsto padający deszcz i błoto, na którym ślizgały się koła rydwanu.

Hrabia najczęściej wybierała rzadko uczęszczane i leśne drogi, by przyzwyczaić konie do trudnej trasy. Prowadziły zwykle do niewielkich wiosek i pól uprawnych. Często też znajdowały się przy nich samotnie stojące gospodarstwa. Mijając pędem jedno z takich domostw, Alzara dostrzegła kilku żołdaków na podwórzu, którzy trzymali między sobą chłopa w pozycji klęczącej. Tłumaczył coś mężczyźnie w cywilnym ubraniu.

Chcąc sprawdzić, co się dzieje, Alzara szarpnęła za lejce, osadzając konie niemal w miejscu. Żołdacy byli tak pochłonięci zadaniem, iż nie dostrzegli niczego, dopóki postać w skórzanym stroju oblepionym błotem, nie stanęła kilka kroków od nich.

– Dlaczego ten mężczyzna klęczy? – zapytała, odpinając zasłonę z twarzy.

– Nie twój interes, młokosie – warknął dowódca oddziału. – Zjeżdżaj stąd, pókim dobry.

– Radzę uprzejmiej – poleciła Alzara. – I domagam się odpowiedzi. Co się tutaj dzieje?

– Zaraz potraktuję cię uprzejmie – dowódca wyjął miecz i ruszył na Alzarę.

– Radzę schować miecz, sierżancie – polecił potężny głos.

Na podwórze wjechało pięciu jeźdźców, gwardzistów hrabi Vezcoz, którzy towarzyszyli Alzarze poza zamkiem. Każdy ubrany był w kolczugę, na której nosił miękką zbroję z herbem rodu na piersiach i czako na głowie. Przy pasie każdy miał pochwę z mieczem, a przy siodle kuszę. Rzędy ich wierzchowców były zdobione. Mimo liczebnej przewagi, najęci żołdacy ubrani jedynie w tuniki z hrabiowskimi barwami, nie mieliby szans z zawodowymi żołnierzami.

– Gwardziści z zamku – szepnął mężczyzna w długim płaszczu.

– Kapitanie Doromitz, proszę przekonać sierżanta, żeby jednak odpowiadał na pytania – poleciła Alzara.

– Według rozkazu, pani – przytaknął kapitan.

Na jego ruch pozostali gwardziści zsiedli z koni i podeszli bliżej. Położyli dłonie na rękojeściach mieczy. Widząc to żołdacy natychmiast spokornieli.

– Więc powtarzam pytanie, co się tu dzieje? – przemówiła Alzara, tym razem stanowczym tonem.

– Na rozkaz hrabi Alzary Vezcoz zbieramy podatki – wyjaśnił mężczyzna w cywilu. – Nazywam się Rukoh i jestem poborcą. Mam obowiązek odebrać podatek od chłopów. Ale tu obecny opiera się przed wypłatą należności.

Vezcoz zaskoczona wyznaniem poborcy podatkowego spojrzała na kapitana. Przecież w całym królestwie podatki zbierane są jesienią, po zbiorach.

– Od kiedy to podatki zbieracie wiosną?

– Od dwóch lat zbieramy podatki zarówno w piątym, jak i jedenastym miesiącu. Niestety tym razem mamy niemal tygodniowe opóźnienie. A dodatkowo wielu chłopów odmawia zapłaty. Dlatego musimy konfiskować wszystko, co przedstawia jakąkolwiek wartość. A to wydłuża czas.

– Błagam o litość – chłop rzucił się do nóg Alzary. – Tego roku zima była ciężka. Nie mam pieniędzy, a to co mam z ledwością wystarcza.

– Milcz, psie – sierżant chciał uciszyć mężczyznę.

– Sierżancie – kapitan Doromitz rzekł donośnym głosem, co natychmiast uspokoiło żołdaka.

– Panie Rukoh, kto wydał polecenie, by ściągać podatki wiosną? – zapytała Alzara.

– Hrabia Vezcoz – oznajmił poborca, zgodnie ze swoją wiedzą.

– Widział pan to polecenie osobiście?

– Nie. To polecenie przekazał zarządca okręgu. On też ustala wysokość podatku.

– Który wynosi…?

– Dziewięćdziesiąt srebrników od zwykłego chłopa.

– Na rok?

– Na pół roku – poprawił Rukoh.

– To jest sto osiemdziesiąt srebrników rocznie. I tę kwotę wyznaczył zarządca okręgu? Czy zdaje pan sobie sprawę, że tak wysokiego podatku nie ma nawet w dobrach królewskich?

– Mnie też to się nie podoba. Ale takie otrzymałem wytyczne. A z rozkazami hrabi nie wolno dyskutować.

– Zabawne – Alzara roześmiała się. – Skoro to moje rozkazy, czemu więc do mojego skarbca trafia rocznie zaledwie jedna trzecia tej sumy? Możesz to wyjaśnić, Rukoh?

Poborca podatkowy upuścił na ziemię papiery, które trzymał w rękach, gdy uświadomił sobie, kto przed nim stoi. Spokorniał, choć należał do bezwzględnych poborców. Ale w momencie, gdy rozkazy wydawała bezpośrednio hrabia Vezcoz, nie śmiał powiedzieć słowa więcej, niż było to konieczne. Również chłop zrozumiał, kogo ma przed sobą. Mniej pojętny był sierżant, który w dalszym ciągu nie wiedział, że chciał wyjąć miecz na swoją panią.

– Pani – rzekł Rukoh szeptem. – Nie wiedziałem.

– Daleko stąd znajduje się zarząd okręgu?

– Nie, w najbliższej dolinie – oznajmił poborca.

– Zaprowadzisz mnie tam – rozkazała Alzara.

– Tak, pani – potwierdził Rukoh. – Sierżancie, ruszamy.

– A co z nim? – żołnierz wskazał na chłopa.

– Później – oznajmił Rukoh, schylając się po opuszczone papiery, które włożył do torby przewieszonej przez ramię.

– Kapitanie, proszę kazać natychmiast sprowadzić Simassa do okręgu – poleciła Vezcoz, kierując się do rydwanu. – Muszę jak najszybciej wyjaśnić tę sprawę.

– Według rozkazu, pani – kapitan pokłonił się i wyznaczył żołnierza, który zawrócił do Raushten.

Z kolei do Alzary podszedł chłop.

– Jeśli prawdą jest, że nie wiedziałaś o wysokości podatków, ludzie mogą cię jeszcze pokochać – rzekł.

– Popełniłam wtedy wiele błędów. Ale zapewniam, że je naprawię – oznajmiła Vezcoz i pogoniła konie.

Jeźdźcy jak zwykle mieli problemy z dotrzymaniem kroku rydwanowi. Lecz trenując konie, Alzara ich nie oszczędzała. Ani siebie. Pragnęła wygrać wyścig.

Dziś punktem docelowym Alzary Vezcoz było niewielkie miasteczko, znajdujące się w dolinie otoczonej wysokimi wzgórzami. Ani wielkością, ani świetnością nie przypominało wielkich miast innych prowincji, ale w Ishbentz należało do jednych z większych. Dlatego to w nim mieszkał zarządca okręgu. Z niego też byli wysyłani poborcy podatkowi do podległych okręgowi wiosek i gospodarstw.

Alzara zwolniła dopiero na rogatkach miasteczka, pozwalając poborcy zrównać się z sobą. Poleciła zaprowadzić się do domu zarządcy okręgu. Wskazał on trzypiętrowy budynek stojący po przeciwnej stronie rynku niż się znajdowali. Wjechawszy na plac oddział, na czele którego jechał rydwan, zwrócił uwagę wszystkich obecnych tam mieszkańców.

– Sierżancie, proszę zwolnić ludzi do domu. Nie będą więcej potrzebni – poleciła Alzara.

Żołdak spojrzał na poborcę, który przytaknął rozkazowi hrabi Vezcoz. Sierżant wezwał ludzi, z którymi oddzielił się od gwardzistów.

Zarządca okręgu pełnił również funkcję notariusza. Pomagał niepiśmiennym mieszkańcom pisać listy i pisma. Dlatego w momencie, kiedy przed jego domem zatrzymał się rydwan, nie zwrócił na to uwagi, ponieważ miał klienta. Dopiero gdy drewniane drzwi raptownie się otworzyły, zauważył, że ktoś obcy pojawił się w mieście.

– Proszę zaczekać na zewnątrz. Mam klienta – polecił zarządca, nie podnosząc głowy znad biurka, by spojrzeć na przybysza.

– Na dzisiaj skończył pan przyjmować interesantów – oznajmił kapitan Doromitz, podchodząc.

Dopiero teraz zarządca podniósł oczy i spojrzał na żołnierza.

– Czym mogę służyć, kapitanie? – zapytał pokornie, rozpoznając mundur gwardii hrabi Vezcoz.

– O tym porozmawiamy na osobności – rzekł kapitan, spoglądając na klienta zarządcy. Natychmiast powstał z zajmowanego miejsca, skłonił się i nałożywszy czapkę, bez słowa opuścił gabinet. Dopiero po jego wyjściu kapitan oznajmił: – Twoja pani pragnie z tobą rozmawiać.

– Obecnie jest to niemożliwe. Mam dużo pracy i teraz nie mogę opuścić okręgu – zarządca próbował wymówić się od spotkania.

– To nie będzie potrzebne – oznajmiła Alzara, wchodząc do środka.

Zarządca od razu rozpoznał hrabię Vezcoz. Chciał nawet wstać, by się pokłonić, ale kapitan posadził go ponownie na miejscu. Wolnym krokiem przeszła przez pokój i usiadła na krześle naprzeciwko opasłego mężczyzny. Był w nią tak wpatrzony, że nie zauważył poborcy podatkowego, który zatrzymał się przy drzwiach.

– Garfani, jeśli dobrze pamiętam – rozpoczęła hrabia Vezcoz, zdejmując skórzane rękawice i rzucając na biurko.

– Tak, pani – potwierdził zarządca. – Czym mogę służyć?

– Chciałabym obejrzeć księgę wpływów z ostatnich pięciu lat.

– Znaczy się podatkową? – Garfani zająknął się. – Tak, oczywiście, już podaję.

Zarządca chciał wstać, ale kapitan ponownie posadził go na krześle.

– Jeśli pozwolisz, sama się obsłużę. Gdzie jest księga?

– Tak, oczywiście. Na samej górze, w czerwonej oprawie – wskazał Garfani.

Alzara podeszła do wskazanej szafki, gdzie na najwyższej półce znajdowała się poszukiwana księga. Wziąwszy ją, ponownie zajęła krzesło i położywszy nogi na biurku zaczęła przeglądać. Wypisane w niej były pobory podatku z ośmiu lat, kiedy rządził jeszcze Corneliu Vezcoz. Pod każdym miesiącem podatkowym wypisana była kwota zebranych pieniędzy oraz wykaz wszystkich wiosek i miast, jak również liczba rodzin je zamieszkujących wraz z wypisanymi zawodami, gdyż wysokość podatku zależała od uprawianego rzemiosła. Oprócz podatków wypisane były również wpływy z innych źródeł, licencji, zezwoleń na różne działania i tym podobne. Skrót tego wszystkiego wraz z pieniędzmi Alzara otrzymywała co roku po zebraniu podatków.

– Pięknie. Księga prowadzona jest w nienaganny sposób. Wyraźnie widać, kto ile płaci, jak liczne są wioski. Wszystko jest wypisane czytelnie i zgodne z raportami, które otrzymuję jesienią – rzekła po chwili, kartkując strony. – Szkoda tylko, że mija się to z rzeczywistością.

– Postępuję tylko według rozkazów, pani – oznajmił Garfani.

– Nie wątpię. Ale według słów pana Rukoh jest zupełnie inaczej.

Dopiero teraz zarządca dostrzegł poborcę, który uważnie mu się przyglądał. To speszyło go jeszcze bardziej. Nie miał pojęcia, ile Rukoh zdążył powiedzieć. Ale domyślił się, że spotkali się podczas zbierania podatku. Stąd wizyta hrabi Vezcoz w jego gabinecie.

– Nie wiem, co powiedział Rukoh, ale na pewno się myli – Garfani zaczął się bronić. – Wypełniam tylko polecenia z góry.

– Dlaczego więc podatki zbierane są dwa razy do roku w wysokości dziewięćdziesięciu srebrników? Na pewno nie wydałam takiego polecenia.

Zarządca zaczął denerwować się coraz bardziej. Nerwowo zaciskał palce na poręczach krzesła, cały zbladł, oblał go zimny pot. Hrabia Vezcoz zaczęła stawiać trafne pytania. A na dodatek stał za nim kapitan gwardii. Sytuacja zarządcy stawała się coraz bardziej nieprzyjemna.

– Jesteś skrupulatnym urzędnikiem? – zapytała Alzara spokojnie, aczkolwiek twardym tonem.

– Tak, pani – potwierdził Garfani.

– Zakładam zatem, że prowadzisz jeszcze jedną księgę, w której zapisujesz rzeczywiste przychody. Czy się mylę?

– Nie, pani – Garfani całkowicie stracił pewność siebie. Czuł, że tylko prawda może go ocalić.

– Gdzie jest?

Garfani powstał i podszedł do zamkniętego sekretarzyka stojącego pod schodami, prowadzącymi do prywatnego mieszkania. Tym razem kapitan go nie zatrzymywał. Zarządca zdjął z szyi klucz, którym otworzył zamek. Z wewnętrznej szuflady wyjął księgę, którą podał hrabi. Gdy stanął przy niej, poleciła:

– Możesz usiąść – co wykonał bezzwłocznie i zajął dawne miejsce.