Czarna Orchidea. Miecz Odważnego Rycerza. Część II - Marcysia Koćwin - ebook

Czarna Orchidea. Miecz Odważnego Rycerza. Część II ebook

Marcysia Koćwin

0,0
72,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Finał epickiej sagi, w którym niezwykłe czyny zwykłych ludzi na zawsze zmienią bieg historii.

Los okazał się bezwzględny. W brutalnej, pozbawionej krztyny litości walce o władzę cierpią najmniejsi i najbardziej niewinni. Czy ofiary znajdą w sobie siłę i odwagę, aby upomnieć się o sprawiedliwość?

Uwięziona w posępnych kopalniach Nanthis Morgiana przeżywa piekło, które doprowadza ją na skraj szaleństwa. Próbę ocalenia elfki podejmuje Edward, przezwyciężając rozpacz po stracie ukochanej Lucy. Pokonany i uwięziony w zwierzęcej postaci Steve staje się kolejnym biernym trofeum Richarda, zdanym wyłącznie na jego łaskę. Sanela wraz z resztą magów przygotowuje się do decydującego starcia, które wyłoni władców Imperium. Jednak u kresu tego, co nieuniknione, do gry powraca ktoś, kto nie powiedział jeszcze ostatniego słowa…

@book_adoo: Szukacie futurystycznego świata pełnego najnowszych technologii, w którym wciąż można odnaleźć niepokorną starożytną magię? A może tęsknicie za międzygwiezdnymi podróżami, podczas których nie może zabraknąć bohaterów równie dobrze posługujących się bronią, co ciętym językiem. Albo tęsknicie za klimatem „Gwiezdnych wojen” i „Władcy pierścieni”? Jeżeli na każde z pytań odpowiedzieliście twierdząco, to bierzcie swój miecz i razem z tą niepokonaną bandą ruszajcie na wyprawę!

Marcysia Koćwin – Urodzona w 2005 roku pisarka i poetka, autorka powieści fantastycznych. W 2023 roku zadebiutowała pierwszą częścią sagi „Czarna Orchidea”. Studentka filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prywatnie pasjonatka literatury, w szczególności gotyckich opowieści z dreszczykiem oraz muzyki klasycznej i metalowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 466

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktorka prowadząca: Vanessa Włodarczyk

Redakcja: Elwira Zapałowska

Korekta: Dorota Brzostek

Projekt okładki oraz ilustracja okładkowa: Katarzyna Plichta

Skład i łamanie wersji do druku: Maciej Torz

 

 

Copyright © by Marcelina Koćwin 2026

Copyright © by Sorus® 2026

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości

bądź fragmentów niniejszego dzieła bez pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.

 

ISBN 978-83-68466-44-7 książka

ISBN 978-83-68466-45-4 e-book

 

Wydanie I, Poznań 2026

Printed in Poland

 

 

Twoja opinia jest dla nas ważna! Zachęcamy do podzielenia się wrażeniami

po lekturze tej książki i dodania swojej oceny: www.sorus.pl/opinia

 

Masz pomysł na książkę lub gotowy tekst? Opublikuj swoje dzieło ze wsparciem

wydawnictwa i dołącz do grona naszych autorów: www.sorus.pl/dlaautorow

 

DM Sorus Sp. z o.o.

ul. Bóżnicza 15/6, 61-751 Poznań

tel. +48 61 653 01 43

email: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.sorus.pl/sklep

 

www.sorus.pl

dmsorus

wydawnictwosorus

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Drogi Czytelniku!

Cieszę się niezmiernie, że wraz ze mną dotarłeś do ostatniej części sagi o Czarnej Orchidei. Historię tę układałam i spisywałam od bardzo dawna, rozpoczęłam ją nieśmiało, mając zaledwie dwanaście lat, by później zmieniać, poprawiać i ulepszać. Włożyłam w wykreowanie tego fantastycznego świata i żyjących w nim istot ogrom pracy i jestem Ci bardzo wdzięczna za Twoją uwagę i czas poświęcone tej opowieści.

Dziękuję, że dałeś się poprowadzić do finału tej międzyplanetarnej tetralogii, i ufam, że będziesz nim w pełni usatysfakcjonowany aż do ostatniej strony. Dziękuję Ci za zaufanie i szansę, jaką odważyłeś się dać Czarnej Orchidei. Mam nadzieję, że magia tej książki pozostanie z Tobą na długo.

Część II. Kielich krwawej zemsty

Rozdział 12. Zdobędę takiego, jakiego chcesz

Zaprowadzono ją do niewielkiego pomieszczenia, znajdującego się w najodleglejszej części bloku więziennego. Za całe wyposażenie służyły tam tylko nieduży stół i dwa krzesła ustawione naprzeciwko siebie. Na blacie leżała jakaś stara książka. W takich miejscach najwidoczniej nie wolno było korzystać ze zdobyczy techniki. Poniekąd ją to cieszyło. Przynajmniej nikt nie mógł zrobić jej zdjęcia. Aż się wzdrygnęła na wspomnienie tamtej paskudnej, traumatycznej sceny w łazience. Gdyby ktoś ją wtedy nagrał i udostępnił film w sieci, elfka spaliłaby się ze wstydu i w rozpaczy nie pozostałoby jej nic innego, jak odebrać sobie życie. Wolała nawet się nad tym nie zastanawiać.

Zaniepokojona, drżąc lekko i strachliwie rozglądając się na boki, została wprowadzona do wnętrza przez Maxa, który zawołał po imieniu jednego ze współwięźniów wyższej rangi, jak zaczęła w myślach nazywać strażników. Kleant, bo to o niego chodziło, wyłonił się apatycznie z cienia z naręczem jakichś dziwnych przedmiotów, które wystraszyły elfkę. Cofnęła się lekko, ale jej dręczyciel pchnął ją i siłą posadził na krześle.

– Klientka. Gdy skończysz, to mnie zawołaj, będę w pokoju – oznajmił Max, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Kleant przyjrzał jej się. Westchnął ciężko, a w jego spojrzeniu zagościł wielki smutek. Ostrożnie postawił przyrządy na stole i zaczął je czyścić. Morgiana była coraz bardziej niespokojna, śledząc z lękiem wymalowanym na obliczu każdy ruch strażnika.

– Znasz nasz język, dziecko? – zapytał melancholijnie.

Kiwnęła głową.

– Może znienawidzisz mnie za to, co powiem, ale ja naprawdę ci współczuję. Nie wybrałem sobie tej pracy. Wyznaczono mnie do niej. Nienawidzę tego zajęcia. – Westchnął zmęczonym głosem i zaczął majstrować przy niewielkim urządzeniu z krótką, cieniutką końcówką.

Przyglądała mu się teraz z lekkim zaciekawieniem. Jej strach przybladł w obliczu łagodnego, smutnego i zrezygnowanego tonu mężczyzny, w którym nie wyczuła żadnego zagrożenia. Uspokoiła się nieco. Nie miała pojęcia, do czego to całe ustrojstwo służy, ale kiedy Kleant włączył trzymane w dłoniach urządzonko, które naraz zaczęło złowrogo bzyczeć, elfka wystraszyła się tak bardzo, że prawie spadła z krzesła. Strażnik westchnął ciężko, wyłączył urządzenie i zerknął do książki na blacie.

– Osiem, cztery, sześć, jeden, dwa, siedem… – wymruczał pod nosem, po czym spojrzał na zdumioną i zaniepokojoną elfkę. – Podaj mi rękę.

Wystraszona i skołowana, odruchowo wyciągnęła ku niemu prawą dłoń. Była przyzwyczajona do posłuszeństwa, zwłaszcza wobec takich prostych poleceń. Kleant chwycił ją delikatnie i obrócił tak, aby miał przed oczami naznaczoną błękitnymi żyłami spodnią stronę jej ręki, a następnie spryskał ją płynem dezynfekującym. Morgianie coraz mniej się to podobało. Widać było lęk rosnący w jej oczach. Zadrżała.

Gdy Kleant uniósł urządzenie, które zaczęło charakterystycznie bzyczeć, elfka nie miała już najmniejszych wątpliwości co do jego przeznaczenia. Przypomniała też sobie całą treść rozmowy z Chenem, Enlaiem i Ruim. Strażnik zamierza jej właśnie zrobić tatuaż. Przeraziła się. Oblał ją zimny pot. Bała się bólu. Pamiątka w postaci cyfr na nadgarstku, które przed chwilą wymienił strażnik, także nie wydawała jej się atrakcyjna. Odruchowo szarpnęła ręką.

– Nie! – krzyknęła jednocześnie ze łzami w oczach.

Kleant nie spodziewał się, że jej reakcja będzie aż tak gwałtowna, dlatego elfka z łatwością mu się wyrwała. Przytuliła oswobodzoną dłoń do piersi i przytrzymała lewą ręką, jakby miało to ochronić prawą przed okaleczeniem. Bezsilna i bezbronna, rozpłakała się w głos, drżąc spazmatycznie. Mężczyzna westchnął.

– Nie płacz, proszę. Daj mi rękę, to nie boli aż tak bardzo – powiedział miękko, sprawiał wrażenie, jakby wzruszył się głęboko.

Jakim cudem ktoś taki trafił do tego miejsca? – zapytała samą siebie.

– Ja nie chcę! Nie chcę! – dukała, szlochając.

– Ja też nie chcę. Ale nie my o tym decydujemy.

Morgiana płakała dalej, spuściwszy wzrok, czym nie ułatwiała mu zadania.

– Wiem, że się boisz, ale proszę, nie siłuj się ze mną. Podaj mi rękę, to szybko skończymy. Nie chcę ci zadawać więcej bólu, ale jeśli wszystko będzie nam się przeciągało, to wpadnie tutaj Maximilian albo inny sukinsyn i źle się to dla ciebie skończy, wiesz o tym – tłumaczył jej łagodnie, z żalem w głosie.

Na dźwięk imienia strażnika wzdrygnęła się i szlochając głośno oraz ocierając oczy lewą ręką, wyciągnęła ostrożnie prawą w kierunku Kleanta. Bała się okropnie, nie chciała tatuażu, na pewno nie więziennego. Jeszcze bardziej obawiała się jednak gniewu innych strażników. Wiedziała już, kim byli i do czego mogli się posunąć. Nie chciała, aby któryś z nich postanowił ukarać ją za upór. Posiniaczone uda wciąż ją piekły, nie zniesie kolejnych razów. Zlękniona i zapłakana, ale równie zrezygnowana, wyprostowała drżącą rękę i ułożyła na niej głowę. Zacisnęła oczy, aby się nie przyglądać temu, co za chwilę nastąpi.

– Zaraz będzie po wszystkim – zapewnił ją Kleant i włączył urządzenie.

Słysząc jego bzyczenie, elfka wzdrygnęła się i spięła, niemniej mężczyzna lekko przytrzymał jej dłoń w odpowiedniej pozycji i rozpoczął procedurę. Morgiana jęknęła, czując szybkie ukłucia cienkiej igiełki. Zacisnęła zęby, pod powiekami znowu paliły ją łzy. Ból nie był potworny, jednak na tyle nieznośny i nieustępliwy, że nie potrafiła powstrzymać się od jęku. Oddychała ciężko, próbując opanować drżenie ciała. Nie patrzyła w stronę Kleanta, wciąż miała zamknięte oczy, licząc na to, że wszystko się zaraz skończy. Zagryzła wargę, pociągając nosem. Łkała cicho, chcąc znów wyrwać się swojemu oprawcy. Wiedziała jednak, że może się to dla niej źle skończyć.

Wytrzymam, wytrzymam! Już niedługo, jeszcze trochę! – mówiła sobie w myślach, czując jednak, że jej siła woli słabnie, a ona jest o krok od ponownej szarpaniny ze strażnikiem. Wiedziała, że to nic nie da, że tylko pogorszy jej sytuację i może stać się preludium do większego cierpienia. Ból jednak był długi i nieznośny, a naturalną w tym wypadku reakcją jest chęć ucieczki.

– Nie wytrzymam! – załkała, zacisnąwszy drugą dłoń na krawędzi stołu.

– Jeszcze tylko trzy – powiedział łagodnie.

Zaszlochała głośno i zacisnęła zęby tak mocno, że aż zgrzytnęły. Trzęsła się, wykrzywiając palce prawej dłoni w każdą stronę. Kleant zwiększył ucisk na jej nadgarstku i pracował dalej przy wtórze jej płaczu i bezsilnych protestów. Z każdą chwilą miała coraz bardziej dosyć. Przy ostatniej cyfrze zaczęła się szarpać, więc mężczyzna musiał przytrzymać ją mocno i brutalnie, żeby mu się nie wyrwała. Uderzyła bezsilnie pięścią w stół, pragnąc tylko, aby ten nieznośny ból się skończył.

Gdy bzyczenie ustało, elfka uniosła gwałtownie zapłakaną twarz i ujrzała na swej ręce, kilka centymetrów powyżej nadgarstka od wewnętrznej strony, sześć czarnych, paskudnych, nieco rozlanych cyfr. Skóra wokół tatuażu była zaczerwieniona i bolała okropnie. Morgiana patrzyła na to z przerażeniem.

W tej chwili Kleant wziął ze stołu płyn odkażający i spryskał świeży tatuaż. Morgiana poczuła okropne pieczenie, krzyknęła, szarpnąwszy się. Zacisnęła dłonie w pięści, oddychając szybko i nerwowo. Po paru minutach palące uczucie złagodniało, więc elfka uspokoiła się nieco. Mężczyzna nasmarował jej jeszcze to miejsce jakąś przezroczystą maścią, która dawała przyjemne wrażenie chłodzenia, a następnie zawinął, by nie wdało się zakażenie.

– Już koniec – oznajmił łagodnie, ale to Morgiana zrozumiała i bez jego pomocy.

***

Zszedł do głównej sali, gdzie ojciec wraz z innymi zgromadzonymi już dostojnikami czekał na wniesienie przez służbę posiłku. Przybycie Edwarda wywołało niemałe poruszenie. Nie widziano go na dole od kilku tygodni. Wszyscy słyszeli o dramatycznej śmierci małej dziewczynki, którą niemal nieprzyzwoicie polubił, oraz o jego rozpaczy. Informacja o irracjonalnym przywiązaniu syna Imperatora do tej kruszynki miała nigdy nie wyjść na jaw, jednakże wszyscy wiemy, że utrzymanie w sekrecie morderstwa, zwłaszcza tak spektakularnego, jest niezwykle trudne. Zleceniodawca zabójstwa świadomie wybrał tę drogę, aby wstrząsnąć Twierdzą i jednocześnie wyjawić niewygodną prawdę o sympatii Edwarda w nadziei, że osłabi to pozycję następcy tronu. Obecnie jednak panicz budził wśród rezydentów Twierdzy jedynie lęk.

Edward, nawet nie rzucając okiem na zebrane towarzystwo, dumnie i dostojnie wkroczył do sali i zasiadł obok ojca na swoim miejscu. Przez długą chwilę panowała niezręczna cisza. Większość zgromadzonych bała się zareagować, łypiąc po sobie niepewnie. Tylko Richard i Izaura siedzieli pewni siebie i spod nonszalancko przymkniętych powiek lustrowali dokładnie zarówno ojca, jak i syna.

– Mam wam do przekazania coś bardzo ważnego – oznajmił spokojnie Stawius i wszystkie oczy zwróciły się natychmiast na niego. – Rada Starszych poddała planetę.

To wywołało wielkie zbiorowe westchnienie ulgi, a nawet kilka głośniejszych komentarzy. Na twarzach zebranych zagościł uśmiech zadowolenia. Po chwili głośnej ekscytacji wszyscy zamilkli, aby pozwolić przywódcy mówić dalej.

– To niezwykle ważne wydarzenie, dlatego dziś wieczorem wybieram się na Euforię wraz z Morganem Cabrasem, nowym naczelnym dowódcą na miejsce zmarłego Natana Felickiego, oraz z eskortą Rycerzy. Pod moją nieobecność przekazuję władzę nad Twierdzą mojemu synowi.

Richard otworzył usta ze zdumienia. Szybko się opanował, niemniej posmak goryczy na języku, który wywołały słowa przywódcy, nie pozwalał mu siedzieć cicho. Takie postanowienie raniło jego dumę. Edward nie był jeszcze pełnoletni, a to znaczyło, że zastępcą Stawiusa na czas jego nieobecności w Twierdzy powinien zostać czarodziej. Liczył na to, usłyszawszy od swoich szpiegów, że Euforia się poddała. Tymczasem Stawius postanowił powierzyć całą władzę temu smarkaczowi, co komplikowało realizację planów maga. Nie tak to sobie ułożył.

– Ależ mój panie, Edward jest nieletni! – zauważyła za niego jego małżonka swoim piskliwym głosem.

– Owszem, ale już niedługo skończy siedemnaście lat. To będzie dla niego dobra lekcja – odrzekł Stawius.

Chłopak przyglądał mu się z zaciekawieniem. Nie spodziewał się takiej decyzji. Gdy tylko usłyszał, że to on ma przejąć władzę na czas nieobecności ojca, miał ochotę podskoczyć na siedzeniu. Obawiał się, że pełnomocnictwo dostanie Richard, co oznaczałoby, że Edward znowu będzie musiał się z nim użerać. Teraz sprawy przybierały pomyślniejszy dla niego obrót. Domyślał się, że czarownik jest wściekły.

– Ale wciąż według prawa nie może rządzić samodzielnie! Potrzebuje regenta! – upierała się czarownica.

– Będziesz się kłócić o niepełne trzy dni? – mruknął Sorin, patrząc na kobietę z dezaprobatą.

– To nielegalne! – odburknęła mu Izaura.

– Strażniczka traktatów się znalazła, myślałby kto! – skomentował półgłosem.

– Moją wolą jest, żeby to Edward zastąpił mnie podczas mojej nieobecności! – zawołał Stawius, uciszając wszelkie głosy sprzeciwu. – To postanowienie nie podlega dyskusji!

Richard zmełł w ustach przekleństwo, a Izaura prychnęła oburzona, nie odezwali się jednak więcej na ten temat. Chwilę potem służba wniosła posiłek, dolewając przy tym zgromadzonym napojów. Edward uśmiechnął się z zadowoleniem i łypnął władczo, niemal wyzywająco w stronę czarownika, który odpowiedział mu wzrokiem chłodnym i złowróżbnym.

***

– To się w głowie nie mieści! Jak on śmiał tak mnie zlekceważyć! – mówił oburzony Richard.

– Powiesz wreszcie, o co ci chodzi, czy dzwonisz tylko po to, żeby się wyżalić? – Sanela westchnęła niechętnie.

– Nie przerywaj mi! Podobno się tam nudzisz!

– A wcale że nie! Na pewno nie aż tak bardzo, by robić coś dla ciebie! – prychnęła.

– W takim razie będziesz musiała się poświęcić i razem z Achabem, Esmeraldą, Fatimą i kilkoma innymi osobami…

– Kim dokładnie? – przerwała mu.

– Zastanowię się i wyślę im osobne zaproszenia! – warknął mag. – Nie przerywaj mi, gdy mówię! Wasza czwórka ma się teleportować na Nanthis, gdy tylko was poinformuję o tym, że Stawius odleciał.

– Po co? – zdumiała się Sanela.

– Ciebie potrzebuję, abyś pilnowała Edwarda!

– On mnie nienawidzi – przypomniała gorzko. – Ja jego też.

– Nie każę ci chodzić z nim na randki, tylko go śledzić! – zawołał zirytowany Richard.

– Brzmi dużo lepiej. A na co mam szczególnie zwrócić uwagę w jego zachowaniu? – spytała ochoczo.

– Szczegóły wyjaśnię ci później, gdy już się tutaj znajdziesz. Na chwilę obecną twoim zadaniem jest się tu teleportować.

– Ale ja tego nie potrafię! – zaprotestowała czarodziejka. – Nigdy tego nie robiłam.

– Achab ci pomoże, jest w tym mistrzem – odrzekł Richard. – Przeniesiecie się razem.

– Kiedy dokładnie?

– Mówiłem ci już, że gdy do was napiszę! – przypomniał rozeźlony.

– Ale tak mniej więcej kiedy to nastąpi? – dopytywała Sanela.

– U nas wieczorem… będzie koło czterech godzin. Przelicz to sobie.

– Dobrze, poczekam. – Westchnęła i się rozłączyła.

***

Tym razem Max pilnował jej osobiście. Niemal cały czas stał przy niej i patrzył, jak pracuje. Otępiała i przygnębiona, ocierała łzy pomiędzy kolejnymi czynnościami. Zaklejona opatrunkiem ręka wciąż ją bolała. To nieznośne uczucie pulsowania i pieczenia nie słabło ani na moment. Ciężko jej było skupić się na pracy, nawet tak bardzo mechanicznej. Była zmęczona. Przeciążone mięśnie dotkliwie ją bolały. Próbowała je rozruszać, ale szybko łapały ją skurcze. Chciałaby odpocząć, wymoczyć się w ciepłej wodzie i porządnie wyspać. Tymczasem jej sen był urywany, racje żywnościowe niewystarczające, a praca ciężka. Łkała cicho, napełniając, a później pchając ciężki pojemnik pod czujnym okiem strażnika.

W pewnej chwili bardzo zachciało jej się pić. Nie mogła jednak podejść do wnęki ze śniegiem, którą pokazał jej Chen. Suchość w ustach stała się nieznośna. Pociła się z wysiłku. Głowa zaczęła ją boleć z odwodnienia. Cierpiała coraz bardziej, przesypując kamienie na taśmę. Wreszcie, gdy już jej się wydawało, że mdleje, Max się oddalił. Prawie biegiem wpadła do wnęki i zaczęła pochłaniać łapczywie śnieg, rozpuszczając go suchym, piekącym językiem. Spędziła tam kilka minut, gasząc pragnienie. Nie mogła przy tym powstrzymać cichego szlochu. Płakała nad sobą, nad tym, jak bardzo ją upodlono.

Była brudna. Jej ciało kleiło się od potu, było zapaskudzone łojem i wydzielało bardzo nieprzyjemny zapach. Swędziało przy tym okropnie. Na niemytej regularnie twarzy zaczęły pojawiać się drobne czerwone krostki, które przyprawiały elfkę o rozpacz. Splecione w warkocz włosy były przetłuszczone i zmatowiałe. Pokrywała je warstwa kurzu i skalnego pyłu. Elfka obawiała się, że niedługo zalęgną się w nich robaki. Czuła się z tym okropnie. Miała świadomość, że śmierdzi, że jest zaniedbana, że szpetnieje z każdym dniem. Zwłaszcza przykry był dla niej zapach, który zaczął wydobywać się z jej waginy, tak obleśnie słodkawy i nieświeży. Bała się, że mogła nabawić się jakiejś infekcji. Jedynym wyjściem była porządna kąpiel, ale czuła, że nie ma w sobie na tyle siły, aby to znieść. Płakała za każdym razem, gdy swędziało ją ciało albo gdy nawet przez przypadek się wąchała czy dotykała przetłuszczonych kosmyków.

Jestem brzydka, myślała sobie wtedy. Jestem zniszczona, zużyta, jestem żałosna. Świadomość tego była dla niej potworna. Nie mogła jej znieść, pogrążała się więc coraz bardziej w melancholii. Nie chcę tak żyć, nie chcę żyć w ten sposób! Łkała w myślach, dotykając swojej lepkiej, ogorzałej z zimna twarzy. Jedynym wyjściem z tej sytuacji była hańbiąca kąpiel na oczach strażnika, a później molestowanie, które było dla niej ogromną traumą. Na samą myśl o tym dostawała spazmów. Nie chciała sobie tego wyobrażać, nie chciała sobie przypominać o tym okropieństwie. Wzdrygnęła się i wróciła do mozolnej, znienawidzonej pracy z rozpaczliwym wołaniem w głowie: chcę umrzeć!

***

Musiał udać się do Emmy osobiście. Zadzwonił tylko wcześniej do Sabiny, aby ta napisała z kolei do swojej koleżanki z pytaniem, czy dziewczyna będzie o tej porze w swoim pokoju. Gdy okazało się, że Emma czeka już na jego wizytę, nieoceniona mistrzyni monitoringu poprowadziła Edwarda bocznymi korytarzami i nieuczęszczanymi przejściami wprost do niższej części mieszkalnej, gdzie w dwóch średniej wielkości pokojach spała rodzina Ohayo.

Gdy zapukał lekko do drzwi, zaniepokojona Emma wyszła mu na spotkanie, skłoniła się i zaprosiła go do środka. Była niezwykle przejęta. Na co dzień należała do osób bardzo nieśmiałych i bojących się kontaktów międzyludzkich, pod tym względem stanowiła przeciwieństwo Sabiny. Dlatego wizyta kogoś tak wysoko postawionego jak syn Imperatora stresowała ją podwójnie. Drżąc, zaprosiła go do wnętrza, poprosiła, by usiadł, i zapytała, czego sobie życzy.

– Garść informacji – zażartował, czym zestresował ją jeszcze bardziej. Opanował się więc szybko. – Czy masz przy sobie księgi ojca?

– T-tak, tak, panie. – Skłoniła się. – Wszystko jest na miejscu, w należytym porządku.

– Na pewno żadnej nie brakuje? – zainteresował się.

– N-nie. Oryginały są tutaj, do pracy ojciec zabiera tylko kopie, które są mu akurat potrzebne – wyjaśniła Emma. Była dość krępą dziewczyną o krótkich czarnych włosach, wielkich, okrągłych okularach na małym nosie oraz bladej twarzy naznaczonej trzema czarnymi niewielkimi brodawkami. Choć nie nosiła obcisłych ubrań, doskonale było widać, że nie jest drobną osobą. Teraz stała przed Edwardem z grzecznie złożonymi razem przed sobą pulchnymi rączkami.

– Podaj mi je – nakazał. – Najlepiej tę najnowszą.

– Tak jest. – Dygnęła niezgrabnie i podbiegła do półki, na której stały wielkie, ciężkie tomy z kartoteką więzienną. Wyjęła ostrożnie jeden z nich i podała powoli Edwardowi, jakby się bała, że mógłby się nim zranić.

Przejął go od niej szybko i zaczął energicznie kartkować, patrząc na daty. Rzeczywiście, byli tu wpisani więźniowie, których zamknięto w kopalniach w ciągu tego roku. Karty opatrzone były jednak wyłącznie nazwiskami lub samymi imionami. Nie widział żadnych zdjęć, co utrudniało zadanie. Pomyślał jednak, że skoro Morgiana została tam przywieziona zaledwie kilka dni temu, będzie znajdowała się pod koniec spisu. Przerzucił kartki. Emma stała nad nim, czekając w napięciu na rezultat poszukiwań panicza.

– Edwin jest w pokoju? – spytał w międzyczasie, wertując księgę.

– T-tak, jest obok. Chyba gra. Zawołać go? – spytała gorliwie.

– Nie, nie jest mi potrzebny.

W końcu ją znalazł. Mało brakło, a krzyknąłby na głos z radości. Była zapisana jako Meinua Harain. Przyjrzał się jej karcie. Nie było na niej miejsca na zbyt wiele informacji o więźniu, za to widniał wytypowany już dla niej numer. Edwarda zmroziło od środka. Miał nadzieję, że nie zdążyli jej go jeszcze wytatuować. Dłonie mu zadrżały z emocji, opanował się jednak szybko, aby nie zdradzić przed Emmą swoich uczuć. Dziewczyna nie mogła poznać przyczyny jego zainteresowania księgą. Sama jest zbyt nieśmiała, aby pytać, więc nie musiał się obawiać nachalnych dociekań z jej strony. Niemniej inni mogli mieć mniej skrupułów, musiał więc ją ostrzec.

– Nikomu nie mów, że tu byłem i że oglądałem rejestry więźniów. To nie jest istotne, nikt nie musi o tym wiedzieć.

– Dobrze, nikomu nie powiem – obiecała Emma. Była tak przejęta, że Edward nie wątpił w szczerość jej słów. Pokiwał głową i wrócił do czytania karty.

– Blok E, cela dwieście trzy – wymamrotał pod nosem i uśmiechnął się z zadowoleniem. Tyle powinno wystarczyć.

Wstał i oddał książkę Emmie. Nie chciał sztucznie przedłużać wizyty, aby ktoś nie znalazł go w tym pokoju razem z dziewczyną. Nie chciał też narazić się na komentarze, a tym bardziej nie mógł pozwolić, żeby ktoś przejrzał jego zamysł.

– Twój ojciec uzupełnia kartoteki samodzielnie? – spytał na odchodnym.

– Tak.

– Tutaj, w pokoju?

– Tak, tutaj – przytaknęła skwapliwie, patrząc na niego maślanymi oczami.

– Musisz coś dla mnie zrobić – powiedział Edward, spoglądając na nią z przejęciem.

– Zrobię wszystko – obiecała.

Wiedział, że mówi prawdę. Już od kilku lat Emma była w nim beznadziejnie zakochana. Wiedziała doskonale, że Edward ma mnóstwo szlachetnie urodzonych kandydatek na partnerkę życiową do wyboru, i nigdy nie łudziła się, że mimo to skłoni się ku niej. Takie rzeczy zdarzały się tylko w książkach romantycznych, które ona pochłaniała namiętnie. Ubóstwiała Edwarda, każdy dzień wypełniając myślami o nim. Dlatego jego odwiedziny były dla niej bardzo ważnym wydarzeniem, które wzbudzało w niej silne emocje. Emma drżała więc, patrząc na chłopaka niczym cielę na swoją matkę.

Edward zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna byłaby w stanie oddać mu się całkowicie i popełnić dla niego najgorsze przestępstwo, gdyby miało go to zadowolić. Westchnął w myślach, czując się nieco podle ze świadomością, że tak ją wykorzystuje. Miał tylko nadzieję, że jego obecne zainteresowanie nie wzbudzi w niej płonnej nadziei na coś więcej. Bezskutecznie czekał na to, aż Emma się opamięta i tak jak Sabina poszuka sobie kogoś ze swojego świata. Nie mógł jednak nic poradzić na jej śmiałe fantazje.

– Gdy twój ojciec wróci z pracy, wypełnij za niego kartotekę. Uzupełnij ją tak, jak ci poleci – nakazał Edward.

– Oczywiście! – przytaknęła, patrząc w niego jak w święty obrazek.

– Dodatkowo napisz na karcie Meinuy Harain, że… że jest martwa – wycedził z trudem.

– Dobrze – zgodziła się, nie pytając o nic.

Skinął głową z aprobatą.

– Tylko nie zapomnij, to bardzo ważne – polecił, po czym wyszedł pospiesznie.

Całe szczęście, że to zrobił, bo chwilę później brat bliźniak Emmy, szczupły, wysoki, czarnowłosy chłopak o pociągłej twarzy, wytoczył się z drugiego pokoju i przeciągnął, aż strzyknęły mu kości. Widząc siostrę stojącą nieruchomo, rozanieloną i w największej euforii, zdumiał się niezmiernie.

– A tobie co? – mruknął Edwin, drapiąc się po głowie.

– Moje marzenie się spełniło! – szepnęła w uniesieniu, patrząc na drzwi, za którymi zniknął Edward.

– To chyba dobrze. – Wzruszył ramionami, nie dociekając szczegółów, i poszedł do schowka po puszkę z napojem.

***

Po całym dniu pracy była zmęczona, obolała, głodna i jeszcze bardziej brudna. Apatycznie odłożyła pojemnik we wskazane miejsce. Czy te kopalnie nie byłyby bardziej wydajne, gdyby zamiast rąk więźniów do pracy używano maszyn, a nas tylko do ich obsługi? – pomyślała z żalem, widząc, jak elfy kruszą drogocenny kamień prymitywnymi kilofami. Chyba że nie chodzi im o zysk, a o wyniszczenie i zamęczenie więźniów na śmierć? W takim razie było to jeszcze podlejsze, niż z początku jej się wydawało. Westchnęła ciężko i ze zwieszoną głową, pogrążona w smutku powlokła się za swoim gnębicielem. Była wyczerpana. Czuła, że znów wszystkiego jej się odechciewa. Po raz kolejny zdała sobie sprawę z tego, że choć przed paroma godzinami miała jeszcze jakąś nikłą wolę walki, teraz ciężka praca wyzuła ją z tego do cna.

Kolejną osobliwością, którą Morgiana u siebie zauważyła, było to, że coraz mniej dokuczał jej głód. Często podczas żmudnej pracy uciekała gdzieś daleko myślami, zapominając o ssaniu w żołądku, jakby naturalne odruchy i reakcje jej ciała zostały przytępione, zagłuszone, odsunięte przez jej umysł na dalszy plan jako mało ważne. Zaniepokoiło ją to bardzo. Zazwyczaj niemal rzucała się na jedzenie przyniesione jej przez Maxa i pochłaniała je łapczywie, jak zwierzę, w obawie, aby jej go nie zabrano.

Gdy teraz, siedząc już w przeszywającym chłodzie wewnątrz małego odkrytego pociągu, otrzymała od strażnika posiłek, przeżuwała go powoli i smętnie, jakby zmuszała się do jedzenia, choć powinna być przecież śmiertelnie głodna. Czemu odechciewało jej się jeść? Czemu ssanie w żołądku przestawało jej dokuczać, czasem całkiem ją opuszczając? Nie było to normalne, zwłaszcza w takich warunkach. Jej organizm potrzebował pożywienia i to rozpaczliwie, dlaczego więc tego nie sygnalizował? Czemu coś dziwnego działo się w jej wygłodzonym żołądku? Całkiem jakby był już pełny, choć przecież od wielu godzin niczego nie jadła. Morgiana miała wrażenie, że jej wnętrzności wypełnia jakaś dziwna substancja podobna do puszystej waty, zapychająca żołądek i przewód pokarmowy, utrudniając tym samym przyswojenie pokarmu.

Morgiana zastanawiała się, czy można się przyzwyczaić do głodu. Jeśli tak, to chyba jest to preludium śmierci. To odkrycie niespodziewanie ją zaniepokoiło, i to bardzo. Mimo że jeszcze przed chwilą chciała jedynie wrócić do swojego śpiwora i najlepiej nigdy już z niego nie wstawać, teraz czuła, że może jednak nie powinna jeszcze dawać za wygraną. Może nie warto jeszcze umierać? Całą wolę życia, jaka się w niej nieśmiało obudziła, włożyła w to, aby zmusić się do dokończenia posiłku. Jeśli nie zjesz, na pewno umrzesz, mówiła sobie w myślach, a podobno śmierć głodowa jest bardzo nieprzyjemna. Ty masz przecież dosyć bólu, prawda?

Tak, odpowiedziała sobie w myślach i przełknąwszy ostatni kęs, zeszła na sypki, zmrożony śnieg, w którym grzęzły jej buty. Spojrzała smętnie na zaniedbane, obskurne bloki więzienne, w których miała spędzić kolejną paskudną noc swojego żałosnego życia, a następnie przeniosła wzrok na okazały pałac, górujący wysoko ponad ten śmietnik, na którym wylądowała. Ściągnęła brwi.

– Nienawidzę cię! – syknęła z wyrzutem.

Weszła do bloku z nadzieją, że Max łaskawie zostawi ją samą, pozwoli jej się w zaciszu wypłakać, a potem wyspać i przywitać kolejny dzień jeszcze większym rozgoryczeniem, żalem, smutkiem oraz coraz mniejszą chęcią do dalszego życia.

***

Tylko nielicznym więźniom kopalń pozwalano wracać na noc do domu. Kleant był jednym z tych szczęśliwców. Pomogło mu w tym kilka rzeczy: przyznanie się do winy, posiadanie rodziny, a także osobista znajomość z kilkoma funkcjonariuszami na wysokich stanowiskach. Nie mógł się jednak uchronić przed karą. Całe dnie przesiadywał w blokach więziennych, tatuując nowo przybyłych skazańców. Nienawidził swojej pracy. Mimo że uważał elfy za istoty słabsze i mniej bystre od ludzi, nie pojmował, jak można znęcać się nad nimi w ten sposób. Było mu ich żal, zwłaszcza gdy widział tam młode elfy, które zasługiwały na długie życie w dobrych warunkach. Litował się nad nimi, ale w taki sposób, w jaki wrażliwy człowiek litowałby się nad zamkniętym w brudnej klatce zwierzątkiem.

Dziś wychodził z pracy wyjątkowo przygnębiony. Pamiętał rozpacz tamtej młodej elfki, jej łzy i strach przed okaleczeniem. Nie mógł ani na moment uwolnić się od tego wspomnienia. Obraz ten wciąż uparcie malował mu się przed oczami, nie dając spokoju. Kleant czuł się winnym jej bólu, mimo że nie robił tego z dobrej woli. Targały nim emocje tak silne i nieznośne, że kiedy przechodził przez bramę, marzył tylko o tym, aby upić się do nieprzytomności i zasnąć, zapominając o cierpieniu, jakie przynosi. Prześladowała go świadomość, że krzywdził jeńców, i na nic zdawało się usprawiedliwienie, że przecież był do tego zmuszany. Zawsze po skończonym dniu pracy miał wyrzuty sumienia, ale teraz czuł się jak barbarzyńca. Przypominając sobie tamtą biedną, przerażoną, zapłakaną elfkę, miał w sobie tyle wstydu i poczucia winy, jakby dopuścił się brutalnego ludobójstwa. Pogarszało to tylko jego nastrój.

Wszedł do swojego mieszkania ze zwieszoną głową, zgaszony i rozbity. Rozejrzał się po pustym wnętrzu i poczuł dławiącą melancholię, która zacisnęła na jego gardle swe bezlitosne szpony. Edwin pewnie siedzi teraz zamknięty w swoim pokoju i gra w grę, a Emma tonie w jakimś romansidle. Choć ich zainteresowania mogły się zmienić, nie rozmawiali o tym bowiem już od miesięcy. Żona nie wróciła jeszcze z pracy. Była technikiem w wielkiej bazie danych w Twierdzy. Mimo że byli rodziną, bardzo się od siebie oddalili od czasu jego skazania. Dzieci rzadko się do niego odzywały, małżonka wolała brać nadgodziny i przychodzić późno do pokoju, licząc na to, że jej niewydarzony mąż będzie już spał, nie zmuszając jej do jakiegokolwiek kontaktu, nawet wzrokowego. Westchnął ciężko.

Nie mógł mieć do nich o to pretensji. Przyniósł im wstyd. Przez pierwsze pół roku jego najbliżsi doświadczali kpin i prześladowania ze strony własnych znajomych czy osób ze środowisk, w jakich się obracali, właśnie z powodu głupoty Kleanta i jego brata. Być może to było jedną z przyczyn poronienia jego żony. Niedługo po wydaniu wyroku ich trzecie dziecko umarło, zanim przyszło na świat. Wszyscy bardzo to przeżyli.

Kasper poza bratem nie miał krewnych i zszargał tylko swój honor. Kleant natomiast splamił całą rodzinę. Dlatego żona wolała udawać, że nie ma już męża, a dzieci, że nie mają ojca. Zresztą co był z niego za ojciec? Wychodził do pracy, gdy wszyscy jeszcze spali, a gdy wracał późnym wieczorem nie szedł nawet przywitać się z rodziną, tylko uzupełniał kartoteki przy stole, upijał się i padał na łóżko, zasypiając niemalże w locie. Prysznic brał dopiero o świcie, po przebudzeniu. I jak tu mieć szacunek do takiego ojca czy męża? Jakim prawem on sam wciąż nazywał siebie ojcem tych dzieci i mężem tej kobiety? Jestem dla nich kimś obcym – zrozumiał już dawno. Teraz po prostu przypomniał to sobie, a świadomość ta zabolała go bardziej niż zwykle.

Z westchnieniem rezygnacji położył na stole obszerny brudnopis, chcąc zabrać się za wypełnianie kartoteki więziennej w oryginałach ksiąg. Potarł zmęczone oczy i sięgnął do szafki, aby wydobyć z niej nienapoczętą jeszcze butelkę whisky i kieliszek. Postawił je machinalnie obok książki i już miał siadać do pracy, gdy nagle głos córki wyrwał go z tej przykrej rutyny.

– Tato?

Wzdrygnął się tak mocno, jakby ktoś oblał go wrzątkiem. Spojrzał na własne dziecko szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ona sama rozpoczęła rozmowę. Stała w głównym pokoju, naprzeciwko niego, wciąż w ubraniu dziennym. Zarumieniona i zakłopotana, wstydliwie uciekając wzrokiem. Serce rozkołatało się w nim silnie z emocji.

– Tak? – szepnął, czując, że jego krtań zaciska się niemiłosiernie.

– Już wróciłeś – zauważyła nieśmiało Emma.

– Tak, wróciłem.

– Późno – stwierdziła.

– Gdybym mógł, słoneczko, w ogóle bym tam nie chodził – powiedział łagodnie, mając łzy w oczach. – Byłbym zatrudniony w normalnej firmie, szedłbym do pracy wtedy, kiedy wy na zajęcia, a wracałbym tylko trochę później i większość popołudnia mielibyśmy dla siebie. Nie pracowałbym też w weekendy. Moglibyśmy wtedy rozmawiać, grać w coś razem, obejrzeć film, pobawić się z psem… – mówiąc to, prawie się rozpłakał.

– Ale my nie mamy psa – wydukała, zdumiona wzruszeniem ojca.

– Racja… – Zmieszał się. – A chciałabyś mieć pieska, kochanie?

Emma zapowietrzyła się. Marzyła o tym, odkąd skończyła osiem lat. Już wtedy, leżąc w łóżku i czekając na sen, wyobrażała sobie, że biega po śniegu dookoła Twierdzy w dozwolonym do tego obszarze, rzucając piłeczkę malutkiemu, rudemu, wesołemu pieskowi z zakręconym ogonkiem, który wabi się Karmelek. Nie mogła wprost uwierzyć, że tym pytaniem ojciec spełnia właśnie to wieloletnie marzenie. Pragnienie, któremu jakiś czas temu dała spokój i przestała się w nie angażować emocjonalnie, rozumiejąc, że nie zostanie ono niestety zaspokojone przez milczących, oddalających się od dzieci i siebie wzajemnie rodziców. Zresztą sama także nie chciała mieć z nimi wiele wspólnego. Dosyć się już nasłuchała od rówieśników i dalszej rodziny. Teraz jednak okoliczności zmuszały ją do choć minimalnej interakcji z ojcem. Edward, nieodwzajemniona miłość jej życia, potrzebował pomocy, a Emma czuła, że jest w stanie zrobić dla niego wszystko, nawet porozmawiać z ojcem.

– Tak, bardzo – odrzekła drżącym głosem. – Chciałabym małego, rudego, puchatego pieska z zakręconym ogonkiem, który jest zawsze wesoły, szczeka i biegnie mi na spotkanie, gdy mnie widzi – wyznała z oczami gorącymi od łez.

Jej ojciec także siłą wstrzymywał płacz, bo zakrył usta dłonią i zamrugał powiekami kryjącymi przekrwione białka, przypatrując się swojemu dziecku z uwielbieniem.

– Przyniosę ci takiego – obiecał. – Zdobędę takiego, jakiego chcesz.

Emma zagryzła wargi, aby się nie rozpłakać.

– Możesz iść już spać, robi się późno. Ja mam jeszcze kartotekę do uzupełnienia, więc położę się, jak skończę pracę.

– Ja to zrobię – wydukała z olbrzymim trudem, podnosząc na niego wzrok.

– Proszę? – Nie dowierzał własnym uszom.

– Ja uzupełnię kartotekę, a ty idź się wykąpać – powiedziała już śmielej, patrząc na niego z uporem. – I schowaj to, proszę. – Wskazała palcem alkohol.

Kleant poczuł, że serce ścisnęło mu się w piersi ze wzruszenia. Natychmiast sprzątnął whisky ze stołu, obiecując sobie, że nazajutrz ją wyleje i nigdy już nie kupi kolejnej butelki. Następnie spełnił prośbę córki i niezwłocznie poszedł do łazienki przypisanej do ich piętra. Umył się dokładnie, zmienił też ubranie na świeże, a brudne włożył do maszyny czyszczącej na kilka minut. Tyle wystarczyło.

Emma w tym czasie otworzyła grubą księgę i sfałszowała kartotekę Meinuy, bo o to przecież prosił ją Edward. Ściślej rzecz biorąc, kazał jej to zrobić, niemniej dziewczyna nie uznawała za konieczne wdawać się w szczegóły. Mimo wszystko syn Imperatora wciąż w jej umyśle urastał do rangi bóstwa. Gdy ojciec wrócił, większość pracy miała już za sobą.

– Nie lubię mówić o swoim zajęciu – zaczął smętnie. – Nie ma co ukrywać, jest paskudne, ale wiesz, co się dzisiaj stało?

Emma pokręciła przecząco głową, odrywając się na chwilę od pracy.

– Przyprowadzili mi kolejną więźniarkę. Młoda elfka, w twoim wieku. – Westchnął ciężko. – Taka mała, a już skazana na śmierć.

Dziewczyna poczuła, że robi jej się przykro. Zastanawiała się, czy ojcu chodzi o właśnie tę elfkę, której zgon niedawno sfałszowała. Nie miała pojęcia, po co Edward kazał jej to zrobić, nawet nie myślała tego dociekać czy podważać słuszności jego decyzji, niemniej było jej żal nieznajomej rówieśniczki. Mimo wszystko miała dużo bardziej podmiotowy stosunek do elfów niż ojciec.

To był początek ich pierwszej od dawna, długiej i szczerej rozmowy, która zakończyła się rzewnymi łzami wzruszenia. Położyli się spać w swoich pokojach pojednani i lżejsi na duszy. Edwin przez cały ten czas grał na konsoli. Nie zauważył nawet przechodzącej za jego plecami siostry, która ułożyła się spokojnie do snu na łóżku stojącym po lewej stronie od wejścia w ich wspólnym pokoju sypialnym. Matka wciąż jeszcze przesiadywała w pracy. Nie miała pojęcia, że w tej właśnie chwili Kleant i Emma zasypiali pogodzeni. Tym sposobem Edward nieświadomie uratował relację ojca z córką przed jej całkowitym rozpadem.

***

Magowie dostali komunikat od Richarda, że Stawius opuścił Twierdzę, zostawiając ją na czas swojej nieobecności synowi. Imperator wziął ze sobą na Euforię Morgana wraz z eskortą Rycerzy. Pominięty czarownik poczuł się dotknięty do żywego. Nie uwzględniono go ani w delegacji, która miała przejmować planetę i dyktować warunki, ani nie powierzono mu władzy w samej Twierdzy, jako zastępcy Imperatora. Zaczynał się obawiać, że popada w niełaskę. Zgrzytał zębami i rwał włosy z głowy, przewidując, że nadchodzi moment, na który tak długo się przygotowywał. Niemniej świadomość ta wcale nie napawała go dumą czy pasją, lecz przeciwnie – strachem i gniewem. Czekał z niecierpliwością na przybycie reszty.

Tymczasem na Veris trwały przygotowania do teleportacji. Sanela trzęsła się jak osika, omal nie wymiotując z emocji, Esmeralda ją uspokajała, Achab zaś wykonywał ćwiczenia oddechowe. Był mistrzem tej sztuki, niemniej teleportacja z pasażerem była dużo trudniejsza i mag musiał się do tego odpowiednio przygotować.

– A co, jeśli ja od tego zwariuję? Co, jeśli mnie rozczłonkuje i wystrzeli w kawałkach? – dukała Sanela, bliska paniki.

– Wszystko będzie dobrze, my wszyscy robimy to bardzo często i nic złego nam się nigdy nie dzieje. – Esmeralda przytulała ją, głaszcząc po plecach.

– Ale wy jesteście doświadczeni!

– Nie urodziliśmy się z tą umiejętnością – przypomniała Fatima. – Każdy z nas się jej uczył, nie ty pierwsza, nie ostatnia.

– Wolę latać statkiem! – Zbierało jej się na płacz.

– Przecież na statkach też są wypadki – zauważyła chuda, czarnoskóra czarownica.

– Ale do statków się przyzwyczaiłam! – jęknęła Sanela.

– Jestem gotowy – oznajmił Achab.

Jasnowłosa dziewczyna wybuchła płaczem, obejmując kurczowo Esmeraldę. Mężczyzna w skórzanej kurtce i wysokich, ciężkich butach wywrócił pogardliwie oczami.

– Uspokój się, dziewczyno! Przestań histeryzować! – zrugał ją. – Nic ci nie będzie.

– To jej pierwszy raz! – Esmeralda stanęła w obronie Saneli, obejmując ją mocniej. – Ty także kiedyś zaczynałeś teleportację i jestem pewna, że się bałeś.

– Miałem osiem lat, kiedy pierwszy raz tego próbowałem, ale nie zachowywałem się jak ona. Uspokójże się! Niedługo skończysz osiemnaście lat, a beczysz jak sześciolatka! Przynosisz rodzinie wstyd! – prychnął Achab.

– Przestań! – zgromiła go Esmeralda.

Sanela uspokoiła się w końcu, wiedząc doskonale, że zachowuje się niegodnie i hańbi siebie oraz resztę rodziny, ale nie potrafiła się powstrzymać. Słyszała tyle okropnych historii o nieudanej teleportacji, że teraz w obliczu jej pierwszej, własnej, spanikowała zupełnie. Jej emocje nie chciały dać się okiełznać. Wreszcie opanowała płacz, lecz trzęsła się nadal. Oddychała głęboko, aby zmusić swoje ciało do posłuszeństwa, była jednak tak rozdygotana, że musieli poczekać jeszcze dobre pół godziny, zanim ochłonęła na tyle, aby móc się teleportować. Achaba trafiał szlag, ostatecznie musiał na powrót wszystkimi siłami wyciszać swój umysł i wyzbywać się silnych emocji, by skupić się na magicznych formułach.

Wreszcie wszyscy byli gotowi do drogi. Sanela podeszła do czarownika chwiejnie jak lalka, ustawiła się do niego tyłem, a on objął ją ramionami w talii, zwiesił lekko głowę, zamknął powieki i zaczął szeptać zaklęcie. Sanela również wyrównała oddech, ciągle myśląc o wielkiej czarnej pustce, o bezmiarze nicości, w który mieli się za chwilę rzucić. Jej pierś zafalowała gwałtownie, a ciało zadrżało spazmatycznie, gdy otworzył się przed nimi ciemny, wąski, owalny portal. Czując wionący z niego chłód, podeszli w jego kierunku, nie otwierając oczu. Gdy znaleźli się po drugiej stronie, ziejący pustką otwór zamknął się bezgłośnie.

Sanela poczuła przeszywające zimno. Silne podmuchy targały jej ciałem, a ona sama miała wrażenie, jakby wirowała, zamaszyście obracała się w każdym możliwym kierunku. Jej żołądek ścisnął się boleśnie, a żółć podeszła do gardła. Trzymała oczy i usta zamknięte. Silny pęd Mocy pchał ich, przytulonych do siebie, coraz dalej i dalej. Sanela starała się zachować spokój, ale jej serce biło szaleńczo. Trzymała nogi złączone, a ręce zaciskała na ramionach Achaba, aby morderczy pęd, niemalże prasujący ciało i zgniatający wnętrzności, nie oderwał jej kończyn. Próbowała głębiej oddychać przez nos, co również było utrudnione, gdyż jej nozdrza wypełniało to samo pędzące powietrze, które w rzeczywistości powietrzem nie było. Mimo że podobne w konsystencji – było strużkami Mocy, przemierzającymi pozamaterialną przestrzeń, w jakiej się teraz znaleźli. Po chwili Saneli zaczęło się kręcić w głowie. Czuła, że niedługo straci przytomność. Pęd zrobił się silniejszy, a to oznaczało, że docierają na miejsce. Nagle jednak osłabł, a później niemalże znikł całkowicie, uwalniając jej ciało od tego morderczego uścisku. Poczuła przed sobą wabiące ciepło i uśmiechnęła się błogo. To koniec. Ruszyli razem powoli do przodu i wyszli z jednakowego jak przed chwilą otworu prosto do salonu Richarda w Twierdzy.

Przybyli jako ostatni. Gdy Sanela otworzyła oczy, spostrzegła zaniepokojonych rodziców, przyglądających jej się bacznie. Za nimi stały Fatima i Esmeralda, także przejęte. Achab jakby nigdy nic przeciągnął się, otrzepał szatę, swobodnie przepłukał usta stojącą obok na stoliku wodą i spokojnie usiadł na fotelu, jakby teleportacja nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Czarodziejka jednak była blada i roztrzęsiona. Drżała, czując, że na jej ciało wstępuje gęsia skórka. Mdliło ją i kręciło jej się w głowie. Wodziła dookoła nieobecnym wzrokiem, nie mogąc się otrząsnąć po tym przeżyciu. Ojciec przeszedł do działania.

– Jak masz na imię? – spytał krótko.

– Sanela – odpowiedziała mu córka.

– Gdzie jesteś?

– W Twierdzy – wydukała słabym głosem.

– Jak się nazywa stolica Veris?

– Azat-aram…

– Gdzie się znajduje?

– W dzielnicy Kaeto… – odpowiadała Sanela coraz słabszym głosem.

– Kim jest Edward? – pytał dalej Richard.

– Synem Imperatora…

Po tych słowach poczuła silne mdłości, zatkała więc usta dłońmi i chwiejnym krokiem przebiegła przez otwarte drzwi salonu, pracownię i sypialnię wprost do łazienki, aby zwymiotować. Dorośli stali dłuższą chwilę w milczeniu.

– Bałam się, że będzie gorzej. – Izaura odetchnęła.

– Tak, nie zareagowała aż tak źle – zgodził się z nią Richard. – Najważniejsze, że z głową wszystko w porządku.

– Gdyby tylko tak nie histeryzowała. – Achab westchnął, przeciągając się.

– Ważne, że ma to już za sobą – skwitował Richard, siadając na fotelu. – Mam wam coś ważnego do powiedzenia.

– Nie czekamy na Sanelę? – spytała Esmeralda.

– Nie ma potrzeby, wie, co ma robić.

***

– Wszystko załatwiłem – powiedział Almie, gdy ta znalazła się już za zamkniętymi drzwiami jego pokoju. – Kartoteka sfałszowana, Sabina cały czas ma dostęp do kamer i cały jutrzejszy dzień nie rusza się z pokoju, a Camil wykradł mapę.

– Znalazł aktualną? – spytała zaniepokojona.

– Tak sądzi. Nie wie, jak bardzo jest aktualna, ale nie może mieć więcej niż cztery lata, sądząc po rodzaju pliku. Rzeczywiście jest na niej zaznaczony drożny tunel. Prowadzi do bloku E, w którym według kartoteki jest Morgiana.

– Która cela? – spytała elfka.

– Dwieście trzy – odrzekł chłopak. Miał świetną pamięć do liczb.

– Ciekawa jestem, kto zrobił tę mapę – zastanawiała się głośno.

– Nie była podpisana. – Uśmiechnął się lekko. – Pytanie, kiedy ruszamy. Na pewno nie o świcie.

– Nie, wtedy więźniowie idą do pracy. Najlepiej późnym wieczorem, gdy będą już w celach – doradziła. – Wtedy strażnicy pójdą do swoich pokojów, a i w Twierdzy na korytarzach będzie mniej osób. Poza tym Sabina spreparuje nagrania i poprowadzi cię tak, abyś na nikogo nie trafił.

Edward skinął głową, ale na jego obliczu malowała się troska.

– Boję się, że może być już za późno. – Westchnął. – Wolałbym uwolnić ją już teraz.

– Lepiej nie, uwierz mi. Wiem, co czujesz, ale ta misja jest bardzo ryzykowna. Imperator dopiero co wyleciał, Richard jest wściekły, ledwo zapadł wieczór, a po Twierdzy już kręcą się obcy ludzie…

– Słucham? – Uniósł gwałtownie głowę.

– Widziałam nieznajomych w Twierdzy – oznajmiła Metyska. – Wyglądali tak, jakby wyszli z baszty Richarda.

– Magowie? – zaniepokoił się.

– Być może.

– Jak oni się tutaj dostali?

– Nie mam pojęcia. Przecież sonary nie wykryły statku… – Zmarszczyła brwi. – Może czarami?

– Teleportacja – domyślił się Edward. – Niegłupie. Będę musiał się rozmówić z tym nadętym gadem.

– Porozmawiasz o nim z ojcem? – spytała ostrożnie.

– Gdy tylko wróci, powiem mu o swoich podejrzeniach i razem wymyślimy, co z tym zrobić – obiecał chłopak. – Richard to trudny przeciwnik, trzeba będzie się go umiejętnie pozbyć. I zabezpieczyć przed jego zemstą.

– Mam nadzieję, że pan Stawius nam uwierzy – jęknęła Alma.

– Uwierzy – zapewnił Edward. – On także nie pała sympatią do Richarda. Też chce się go pozbyć.

– Obyście się tylko nie spóźnili.

Przytaknął zaniepokojony.

O Autorce

Marcysia Koćwin - urodzona w 2005 roku polska pisarka i poetka, autorka powieści fantastycznych. W 2023 roku zadebiutowała pierwszą częścią sagi Czarna Orchidea. Studentka filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prywatnie pasjonatka literatury, w szczególności gotyckich opowieści z dreszczykiem, oraz muzyki klasycznej i metalowej.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Drogi Czytelniku!

Część II. Kielich krwawej zemsty

Rozdział 12. Zdobędę takiego, jakiego chcesz

O Autorce

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page