Czarna jaskółka 2 - Liliana Więcek - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Czarna jaskółka 2 ebook i audiobook

Liliana Więcek

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

58 osób interesuje się tą książką

Opis

Bohaterowie bestsellerowej serii mafijnej powracają!

Kontynuacja historii Moniki Pociaskovej i Jacka Adamsa z powieści Czarna Jaskółka.

W wyniku strzelaniny Monika zapadła w śpiączkę. Po wybudzeniu kobieta próbuje się zorientować w nowej rzeczywistości i ocenić swoje obecne położenie. Nie znając intencji Jacka, decyduje się udawać, że cierpi na amnezję.

Mężczyzna z kolei w utracie pamięci kobiety dostrzega szansę, by góralka w końcu zaczęła do niego należeć. Wmawia jej, że od dawna są małżeństwem. Kiedy oboje próbują jak najlepiej rozegrać tę partyjkę, Jack dochodzi do wniosku, że życie z tak uległą wersją kobiety, do której wcześniej coś czuł, bardzo go nudzi. Ona natomiast planuje ucieczkę z brazylijskiej klatki i powrót w polskie góry. 

I gdy Monice na nowo udaje się pokazać Adamsowi swój charakterek, na horyzoncie pojawia się niebezpieczny wróg, a wtedy jedynym ratunkiem może okazać się połączenie sił i odsunięcie na bok osobistych porachunków.

Lecz czy to możliwe, skoro wyznają zasadę: „Nigdy nie oszukuj kogoś, kto ci zaufał i nigdy nie ufaj komuś, kto cię oszukał”?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                         Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 400

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 51 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika WrońskaTomasz Krajewski

Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
eroticbookslover

Nie oderwiesz się od lektury

Krótko nie będzie :-))) Audiobook 🥹🥹🥹🥹 sztos ❤️ „…tylko ja potrafię sprawić, żebyś nienawidziła mnie z taką samą mocą, z jaką mnie pragniesz i nigdy ci się to nie znudzi…” „Czarna jaskółka” to fenomen. Ale „Czarna jaskółka 2” to fenomen do kwadratu. Bo w tej części Jack Adams nie tylko wraca w swojej czarnej, bezwzględnej i bezlitosnej odsłonie. On obnaża się z uczuć, o które nigdy byśmy go nie podejrzewali. Nie było, nie ma i długo nie będzie drugiego takiego bohatera jak Jack Adams. Handel i produkcja narkotyków? Wybaczamy. Bezwzględność, brutalność, zdradę, czyny, których nie powinno się usprawiedliwiać? Wybaczamy. Strzał oddany do pierwszej młodzieńczej miłości? Wybaczamy. Bo Jack Adams to nie jest bohater, którego się ocenia. Jego się przeżywa. A co możemy mu wybaczyć w tej części? Paradoksalnie — tylko jedno. To, że dał się nabrać na amnezję „żony”. Moniki. Ale skoro ona jest jak Jack w spódnicy… to przecież trafił swój na swego. I właśnie dlatego w tej c...
111
chwila_z_ksiazka

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli lubicie historie pełne emocji, napięcia, niejednoznacznych bohaterów, niebezpieczeństwa i tajemnic, gdzie fabuła nie stoi w miejscu, a każda kolejna strona potrafi dorzucić coś nowego do tej układanki. Jeśli cenicie książki, które potrafią wciągnąć na tyle, że „jeszcze jeden rozdział” nagle zmienia się w pół nocy z książką w ręku, to zdecydowanie będzie tu u siebie.
91
Joannaswiss

Nie oderwiesz się od lektury

Są bohaterki, które próbują przetrwać i są takie jak Monika Pociaskova, które nawet w klatce potrafią odwrócić zasady gry. 🖤 Przedpremierowa Recenzja Patronacka 🖤 @liliana.wiecek @wydawnictwoniezwykle #współpracareklamowa Największą siłą tej części jest bez wątpienia Monika. To bohaterka, która nie potrzebuje wielkich deklaracji ani dramatycznych gestów, by pokazać swoją siłę. Jej determinacja jest cicha, ale niezwykle wyrazista. W świecie, w którym dominują kontrola, manipulacja i brutalne reguły mafii, Monika nie pozwala się złamać. Wręcz przeciwnie, potrafi wykorzystać sytuację na swoją korzyść, nawet jeśli oznacza to przyjęcie roli, która z pozoru wygląda na słabość. Jacek Adams, postać magnetyczna, niejednoznaczna i momentami wręcz irytująco pewna siebie. Adams ma w sobie coś, co przyciąga uwagę. Nie jest typowym mafioso z jednowymiarowym charakterem. Jest dominujący, bywa bezwzględny, ale jednocześnie autorka pokazuje jego wewnętrzne pęknięcia. To właśnie ta mieszanka kontr...
21



Copyright © for the text by Liliana Więcek

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Kamila Grotowska, Martyna Janc

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-655-8 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Playlista

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla Anety (prawie) Adams.Wywalczyłaś go sobie!

PROLOG

Tuż po obudzeniu nie kontrolowałam odruchów ciała. Nie miałam na nic sił, może ledwo na drgnięcie powiek. Za to pikanie szpitalnych urządzeń brzmiało w uszach jak prześmiewczy rechot samego Boga. Zamiast strącić mnie do piekła, kolejny raz złośliwie odsyłał na ziemię.

Być może właśnie na tym polegała moja kara? Powracanie do świata żywych stało się moim standardem i przekleństwem. Mogłabym napisać przewodnik po zaświatach z jasnymi przesłankami, jak tam trafić, ale bez konkretnych wskazówek, jak stamtąd powrócić.

Drugi dzień odzyskiwania świadomości okazał się podobny do pierwszego. Dotyk rąk krążących wokół mnie nieznanych mi osób odczuwałam jako wręcz bolesny. Stymulacja, masaże, igiełki, ich mowa… to wszystko zdawało się obce, a moje gardło w dalszym ciągu odmawiało posłuszeństwa. Co innego mózg, bo ten dawkował mi emocje partiami, aż wznowił pracę na najwyższych obrotach, gdy sobie przypominałam, jaka droga zaprowadziła mnie do tego miejsca. Podświadomość stopniowo zaczęła podsuwać wspomnienia, aż wyraźnie powróciły zdarzenia z ostatniej nocy, zapamiętanej ze szczegółami. Odgłos każdego wystrzału, pojedyncze spojrzenie i słowo…

– Może spotkamy się kiedyś w jakimś innym wcieleniu i może wtedy nie będę taką zimną suką.

– Dla równowagi, w razie gdybyś jednak była zimną suką, to ja nadal będę tym złym diabłem z kanistrem benzyny i zapałkami w dłoni…

Mijały kolejne dni, miałam już wystarczającą pewność, że wylądowałam w brazylijskiej klinice, gdzie zresztą ani razu nie odnotowałam obecności Adamsa. Oznaczało to, że nawet w obliczu mojego zbliżającego się końca on zwyczajnie kłamał. Ludzie pod wpływem impulsu wygadują różne rzeczy, przebaczają, obiecują, wyznają uczucia. Ale przecież to wszystko z czasem przemija, tak jak ból i żałoba. Deklaracje tracą na sile, słowa stają się nieaktualne, a czas płynie dalej. Z jakiegoś powodu Jack chciał, abym przeżyła, i płacił komuś, by pielęgnował mnie jak roślinę.

Dlaczego to robił?

Pragnął osobiście wymierzyć mi karę?

Czy naprawdę poczuł do mnie coś więcej?

Czy diabeł może w ogóle czuć?

A jeśli tak, to dlaczego nie ma go tutaj przy moim boku?

Ostatnie pytanie pragnęłam zadać lekarzowi, lecz postanowiłam tego nie robić. Wróciłam pamięcią do pewnej sytuacji i determinacji, z jaką Jack planował zemstę za napaść, której rzekomo dopuścił się względem niego Vasil.

– W jakim kierunku idą twoje sprawy?

– We właściwym. Ten słowacki cwel jest już martwy, tylko jeszcze o tym nie wie.

Okoliczności uległy zmianie. Gangster już się dowiedział, że to ja stałam za napaścią, dlatego obudziły się moje szczególne obawy co do czystości jego intencji. Nasunął mi się pewien pomysł, by je poznać, oczywiście pod warunkiem, że Adams nie zapomniał o mnie na dobre.

Gdy wczoraj medyk nawiązał ze mną kontakt, poinformował, że przeleżałam w śpiączce sześć miesięcy, i zadając proste pytania, usiłował wydusić ze mnie jakiekolwiek informacje.

„Nie pamiętam” stanowiło odpowiedź na nie wszystkie.

Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany moment, bo po kilku dniach Jack pojawił się w szpitalu. Za tę cholerną pokerową twarz powinien dostać Oscara. Pot srebrzył się na jego czole, a w czarnych tęczówkach niezmiennie pulsowały podstęp i tajemnica.

Nie spuszczał mnie z oka, gdy wszedł do szpitalnej sali i zatrzymał się tuż obok łóżka. Ku mojemu zdziwieniu gwałtownie mnie objął, dając mi iluzję, że naprawdę za mną tęsknił. Pachniał tytoniem, co sprawiło, że ocknęła się uśpiona tęsknota za papierosem. Siedziałam sztywno, nawet nie drgnęłam, pozostawałam ostrożna, bierna jak decyzja, którą zdążyłam podjąć pod jego nieobecność.

Po krótkiej chwili mężczyzna zabrał ręce, przysiadł na krawędzi łóżka i przeniósł dziwne spojrzenie na moje usta. Zbliżył się, by mnie pocałować, lecz odchyliłam się nieco, co wyraźnie wprowadziło go w pewnego rodzaju zakłopotanie.

– Trochę długo cię nie było. Czekałem – powiedział, delikatnie marszcząc brwi.

Skoro tak bardzo czekał, to dlaczego przyjechał dopiero po kilku dniach?

– Kim jesteś? – odezwałam się słabo. – Nic nie pamiętam – dodałam, trzymając się tej bezpiecznej wersji sprzedanej lekarzowi.

W tym samym momencie wyraz twarzy Adamsa stał się unikatowy, wręcz bezcenny, a zarazem piękny niczym widok szczęśliwca, który właśnie się zorientował, że trafił szóstkę w totka.

– Jestem Jack. – Nakrył moją dłoń własną. – I od zawsze jestem twoim mężem, Moniko Adams – skłamał.

Dla oczu mężczyzny utrzymywałam powagę, lecz wewnątrz wyłam ze śmiechu.

Jesteś, ale zakłamanym fiutem, Jack.

– Mężem? – powtórzyłam, zastanawiając się, co się stało z jego prawdziwą żoną, kiedyś nazwaną przy mnie towarem.

– Tak, skarbie – przytaknął bez zająknięcia. – Nawet nie wiesz, jak bardzo mi ciebie brakowało i jak bardzo cię kocham – wyznał.

Jezu. To za wiele.

Uważaj, Moniko, podpowiadała intuicja. Ten facet nie wypowiada tak górnolotnych słów. Nie on, a ja jeszcze przez jakiś czas zamierzałam uważniej się mu przyglądać.

ROZDZIAŁ 1

Monika

16 miesięcy później

Trzymając zgrzebło w dłoni, szybko przemierzyłam długość stajni. Obejrzałam się przez ramię i skręciłam do pomieszczenia służącego pielęgnacji koni. Oparłam się bokiem o ścianę, by przez chwilę przyglądać się, jak Eduardo, młody Brazylijczyk, oporządza moją klacz. Gdy mnie dostrzegł, uśmiechnął się promiennie, a brązowe oczy emanowały młodzieńczym entuzjazmem.

Słodziak.

Upewniwszy się, że jesteśmy sami, ostatni raz zerknęłam w kierunku wejścia, a następnie podeszłam do chłopaka. Stanęłam na palcach, po czym połączyłam nasze usta w głębokim, namiętnym pocałunku. Stęskniony, zatopił palce w moich włosach, a drugą ręką zaborczo powędrował mi po plecach. Zsunęłam dłoń do jego rozporka i z namaszczeniem zacisnęłam ją na przyrodzeniu. Młodzieniec twardniał w błyskawicznym tempie.

– Masz? – szepnęłam tuż przy jego wargach.

Eduardo, dysząc, wyciągnął z kieszeni spodni mały telefon komórkowy.

Wreszcie udało mi się urobić tego naiwnego kretyna. Natychmiast ukryłam urządzenie w biustonoszu.

– Pamiętaj, nigdy nie pisz do mnie pierwszy – ostrzegłam. – Musimy postępować bardzo ostrożnie i cierpliwie czekać na dobry moment.

– Kocham cię. Poczekam, ile tylko każesz – dodał cicho i odsunął się w obawie, że ktoś przyłapie nas na romansowaniu.

Wokół aż roiło się od uzbrojonych po uszy ludzi pilnujących terenu posiadłości Adamsa. Byli jak szerszenie, a ja już zdecydowanie za długo tkwiłam w centrum roju, gdzie prym wiodła nie królowa, a czarnooki król.

– Ja ciebie też – zapewniłam i uśmiechnęłam się do niego.

Rozpoczęliśmy wspólną pielęgnację mojego zwierzęcia, a co jakiś czas chłopak posyłał mi urocze uśmiechy i pełne pragnienia spojrzenia.

W pewnym momencie wyraźnie usłyszałam kroki. Nim zdążyłam się obrócić, klacz parsknęła, a ktoś zakrył mi oczy męskimi dłońmi. Nie musiałam widzieć, żeby wiedzieć, że ON właśnie, a w zasadzie wreszcie, wrócił. Pachniał korzennymi perfumami, tytoniem i huraganem, jak ekstremalnie niebezpieczna przygoda.

– Wiedziałem, że to tu zastanę swoją uroczą koniarę – oznajmił sensualnie Jack.

Obrócił mnie i nachalnie przyciągnął do swojego ciała.

– Ojej – jęknęłam, a serce zaczęło łomotać mi o żebra oraz o ukryte urządzenie dociśnięte do piersi.

– Zapomniałaś o ćwiczeniach? – dopytał, charakterystycznie unosząc brew.

O nie.Tak. Naprawdę wyleciało mi z głowy. I skoro Jack o tym wspominał, to prawdopodobnie spotkał już czekającą na mnie trenerkę personalną.

– Zapomniałam – potwierdziłam. Pilnie potrzebowałam powietrza, i to bardziej niż dystansu. – Gdzie byłeś tyle czasu? – Z pozornym luzem zmieniłam temat i odsunęłam się o krok.

Twarz mężczyzny pokrywał kilkudniowy, ciemny zarost, ale to zagadka w jego oczach, czarnych jak najmroczniejsza noc, bezustannie przeszywała mnie na wskroś, stawiając na baczność wszystkie moje zmysły. Prezentował się jak grzech i teraz też niepotrzebnie skupił tajemnicze spojrzenie na obecnym w pomieszczeniu stajennym.

– Wypierdalaj – zwrócił się do pracownika spokojnym, lecz stanowczym głosem Adams, na co ten pasywnie skinął głową i patrząc pod nogi, natychmiast wyszedł.

– To odpowiesz mi, gdzie się podziewałeś przez ostatnie dwa tygodnie? – powtórzyłam łagodnie, podeszłam do swojej klaczy i ponownie zaczęłam sunąć zgrzebłem po jej lśniącej szyi.

Jack oblizał usta i zbliżywszy się do konia, zaczął drapać go po pysku. Zamiłowanie do tych zwierząt to jedyne, czego nie potrafił udawać, bo połyskujący symbol zawarcia małżeństwa na jego palcu podkreślał najprawdziwszą ułudę i fałszywe intencje.

Mężczyzna do perfekcji opanował płynne wchodzenie w rolę zapracowanego, kochającego męża, a ja oficjalnie stałam się jego własnością. Zaobrączkowanym gołębiem bez skrzydeł, który miał już serdecznie dość tej ciepłej, dusznej klatki.

Adams wymyślił historię mojej egzystencji rodem z dramatów lub kabaretów, w zależności od humoru przyglądającej się temu postronnej osoby. Patrząc mi w oczy, wmawiał, że wychowałam się w polskim domu dziecka, stąd znajomość tego języka. Według anegdoty „męża” wylosowałam zieloną kartę i przez kilka lat mieszkałam w USA, a potem trafiłam do Brazylii, do São Louís, gdzie rozpoczęłam nielegalną pracę w zoo. Historia zakończyła się w tym miejscu w następstwie nieszczęśliwego wypadku. Zaatakowało mnie jakieś nowo przywiezione zwierzę, zadając rany na plecach. W taki oto sposób zostałam wypluta przez szarą strefę tutejszego rynku pracy, a wielkoduszny Jack Adams dostrzegł mnie na ulicy i tknięty moim nieszczęściem zatrudnił jako pomoc domową w swojej mafijnej posiadłości. Finalnie się zakochał, oddając mi całe swoje zepsute serce.

Romantyczne? Niekoniecznie.

– Jak zwykle przewalałem gówno – odpowiedział zamyślony. – Wspominałem ci już, że to, czym się zajmuję, to nic, za czym przepadają kobiety. Poza tym nigdy nie lubiłaś słuchać o moich ciemnych interesach. Nie mogę się przyzwyczaić, że to uległo zmianie. Wybacz.

– Ale zrozum, że ja niczego nie pamiętam i chciałabym dokładnie wiedzieć, gdzie mój mąż podziewał się tyle czasu – drążyłam pogubionym tonem. – Jak mam cię poznać, skoro znikasz na całe tygodnie, a jedyne, co słyszę po twoim powrocie, to zdawkowe odpowiedzi i to, że jesteś zmęczony.

– W porządku. – Uniósł dłonie w poddańczym geście, nawiązując ze mną kontakt wzrokowy.

Uwielbiałam takie momenty, bo obnażały całokształt jego popieprzonej osobowości.

– Przyjąłem dostawę broni, ogarniałem produkcję kokainy, dostawę heroiny i amfetaminy, pojawiły się drobne komplikacje w postaci nowej konkurencji, a do tego zamierzam wejść w bardzo korzystny układ z Włochem, dlatego moja nieobecność nieco się przeciągnęła – wytłumaczył.

– Zawsze wyjeżdżałeś na tak długo? – drążyłam.

Zadawałam to pytanie za każdym razem, gdy wracał, celowo, żeby utwierdzać go w przekonaniu, że nie tylko straciłam pamięć, ale też obecnie mogłam mieć z nią problem.

– Wyjeżdżałem nawet na dłużej, kotku – zapewnił pokornie.

Miau,parsknęłam nostalgicznie w myślach.

Zauważyłam, że mięśnie na jego policzkach zatańczyły pod skórą, co oznaczało, iż zaczynał mieć dość.

– W takim razie jak mogło się między nami układać, skoro nie było cię przy mnie?

– Układało się nam wybitnie, ja ciężko pracowałem, ty bałaś się o mnie i tęskniłaś, a kiedy wracałem, wynagradzałem ci wszystko z nawiązką. Najpierw w łóżku, później spędzając wspólny czas przy posiłkach. Chcieliśmy nawet mieć dziecko – wyszczególniał z powagą godną oklasków.

Moja dusza zwijała się dziko ze śmiechu w dźwiękoszczelnym pokoju ponurej świadomości.

– Chciałabym to pamiętać. – Uśmiechnęłam się smutno. – Nudzi mi się samej w tym wielkim domu. A gdybyśmy wyjechali na jakiś urlop? Na szlak wspólnych wspomnień? Lekarz sugerował, że być może to pomogłoby mi odzyskać pamięć.

– Lekarz podkreślił też, że najpierw musisz wrócić do pełni sił, a podróż za koło podbiegunowe i noclegi w igloo nie są najlepszym pomysłem.

Kit, że uwielbiałam podróże do Finlandii, plasował się w dziesiątce moich ulubionych myśli na poprawę nastroju.

– Wróciłam do sił. Bardziej męczy mnie to nicnierobienie. Wszędzie kręcą się uzbrojeni faceci, mam poczucie, jakby bezustannie groziło mi niebezpieczeństwo. Brakuje mi przestrzeni. Trzymasz mnie pod kluczem jak te zwierzęta. – Wskazałam na konia.

– Ale nam cały czas grozi niebezpieczeństwo – podchwycił. – Gdybym ci pokazał i opisał listę swoich wrogów, zrozumiałabyś, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Z czasem może to zrozumiesz. Byłaś strasznie narwanym uparciuchem i nie chcę, żebyś zrobiła sobie jeszcze większą krzywdę – wytłumaczył. – Poza tym, jak mam cię nie trzymać pod kluczem po tym, co ci się przytrafiło? Prawie cię straciłem i na chwilę obecną tylko w tym miejscu potrafię zapewnić ci bezpieczeństwo – wygłosił niczym zaprawiony w kłamstwach polityk tuż przed wyborami.

– Wiem, wiem – przytaknęłam, pozornie ustępując. – Zachciało mi się przygód. Nalegałam, abyś zabrał mnie ze sobą, by odebrać dostawę, i odebrałam… – Wspominając jego słowa, spuściłam głowę z udawanym smutkiem. – Też musisz mnie zrozumieć. Upłynął ponad rok i nadal wszystko wydaje się obce. Irytuję się, że nie pamiętam naszego ślubu, wesela, wakacji, pierwszego razu… – wymieniałam z wyraźną frustracją w głosie.

Poprzednia wersja mojej osobowości oszczędzała słowa, stroniła od emocjonalnej zażyłości i nie prosiła o uwagę. Wystarczyło przeobrazić się dokładnie w kogoś, kim nigdy nie byłam, by Jack poczuł się jak ryba w wodzie.

– Do naszego pierwszego razu doszło w twojej sypialni i może gdybyś wreszcie dopuściła mnie do siebie, przypomniałabyś sobie znacznie więcej – wytknął z sugestią w głosie, butnie się uśmiechając.

Aż mi się przypomniał góralski dowcip, który kiedyś sprzedał mi mój pasterz: „Mój sąsiad wazył przed ślubem tylko osiemdziesiąt kilo, a po ślubie sto dwadzieścia kilo i tak se myśle, ze on musioł być głodny, a nie zakochany”.

– Przepraszam, ale jeszcze nie czuję się na to gotowa – pisnęłam, uciekając od poruszonego tematu.

– A kiedy będziesz? – W pytanie wkradła się nuta jawnej irytacji.

Chociaż niejednokrotnie chodziło mi to po głowie, to zwyciężał rozsądek. Potrafiłam wyciągać wnioski z lekcji i tym razem towarzyszyło mi wyraźne przeczucie, że rozkładając nogi przed Adamsem, rozłożyłabym przed nim również swój umysł. Łatwiej niż z nim przychodziło mi rżnąć pogubioną we własnych uczuciach kobietę, niepamiętającą upojnych chwil z ukochanym. Niemniej dało się zauważyć, że wstrzemięźliwość zaczęła wytrącać z równowagi mojego „męża”.

– Przepraszam. Nie złość się na mnie – poprosiłam łagodnie. – Jeśli stanę się gotowa, to z pewnością dowiesz się o tym jako pierwszy – obiecałam, energicznie sunąc szczotką po końskim ciele.

– Za dużo rozmyślasz. Odpuść. – Zbliżył się i położył swoje palce na mojej dłoni, by przerwać mi pracę. – Idź… przygotuj się na trening, poćwicz, odpocznij i zjemy razem kolację.

– W porządku – przytaknęłam ulegle, przekazując zgrzebło mężczyźnie.

Niewidzialny dystans i kolejne odrzucenie wyraźnie go zdenerwowało. Czule pocałowałam męski policzek, po czym ruszyłam w kierunku wyjścia ze stajni.

Czas potwierdził moje przeczucia. Adams traktował mnie jak dodatek, jak zabawkę, jak towar niegodny uwagi, dokładnie jak swoją byłą żonę, z którą – de facto – nadal nie wiedziałam, co się stało. Zależało mu na posłusznej kukiełce, więc ją dostał. Zapomniał jednak, że zasady naszej gry pozostały niezmienne i niezwykle proste: nigdy nie oszukuj kogoś, kto ci zaufał, i nigdy nie ufaj komuś, kto cię oszukał.

Mogłabym w nieskończoność ciągnąć farsę z utratą pamięci, ale dostrzegałam, że zaczynała ona niezmiernie nużyć nie tylko mnie.

Tak naprawdę otrzymawszy już alternatywę w postaci skarbu ukrytego w staniku, zaczęłam czuć ostrą woń tej pieprzonej benzyny wspomnianej przez Jacka, kiedy kilkanaście miesięcy temu odpływałam w jego ramionach z raną postrzałową brzucha. Coś musiało być ze mną nie tak, bo uwielbiałam ten konkretny zapach.

Jack

Wróciłem do domu zaledwie przed kwadransem i zamierzałem przekazać żonie, że na podjeździe czekała na nią trenerka, a ona znów zapomniała o zajęciach. Mózg Czarnulki przestał spełniać swoją funkcję. Stała się niekompletna, zapominała nawet o teraźniejszości.

Utrata pamięci męczyła nie tylko Monikę. Za każdym razem kobieta wałkowała ze mną temat własnej krzywdy, nie zdając sobie sprawy, że ja nigdy nie należałem do grona osób potrafiących pocieszyć w oczekiwany przez nią sposób. Dobijanie wychodziło mi znacznie lepiej. Jej amnezja przebiła błonę dziewiczą mojej fantazji, ale kolorowanie umysłu góralki kosztowało mnie dużo uwagi i znacznie więcej energii, niż wstępnie zakładałem. Nie przewidziałem, że moja cierpliwość zostanie poddana poważnej próbie. Momentami czułem się jak opiekun do dziecka albo człowieka z Alzheimerem, który do podopiecznego w kółko musi powtarzać to samo. Coraz bardziej się tym irytowałem, a może jednak bardziej tym, że aktualna wersja Moniki nie budziła moich dawnych emocji. Kobieta stała się obła, nijaka, krucha, wrażliwa, podatna na sugestie i łagodna jak baranek, jak jedna z tych owiec posiadanych przez nią gdzieś tam kiedyś na polskim zadupiu. Tam była górą. Zwabiła mnie, uwikłała we własną zemstę i pozorując uczciwe intencje, kierowała nas nad przepaść. Jej dobra passa dobiegła końca i tym razem to nie ja dawałem robić z siebie idiotę.

Widok i zapach koni zawsze pomagały mi ochłonąć, ale nie tym razem. Zamiast się wyciszyć, jeszcze bardziej się wkurwiłem. Stałem sztywno, podczas gdy kobieta pocałowała mój policzek i pokornie wykonując prośbę, udała się do domu.

– Gdzie byłeś? – Piskliwym głosem przedrzeźniłem słowa Czarnulki, patrząc na koński łeb.

Psychicznie nie czuję się gotowa,analizowałem to ckliwe, babskie pierdolenie. Skoro moja nowa żona nie czuła się gotowa na seks, to ja stanowczo podkreślam, że celibat lub alternatywa w postaci walenia konia nie stanowiły satysfakcjonującego rozwiązania.

Nie posiadałem doktoratu, ale według mojej opinii po dobrym ruchaniu jej zdrowie psychiczne uległoby znacznej poprawie. A może nawet odzyskałaby pamięć? Bo to również należało brać pod uwagę. Lekarz uprzedził, że wspomnienia kobiety mogą wrócić w każdej chwili. Podobny scenariusz mnie nie przerażał, bo to i tak by niczego nie zmieniło. Zdecydowałem, że chcę zatrzymać sobie tę pyskatą, przebiegłą żmijkę w ramach zadośćuczynienia za to, czego względem mnie się dopuściła. A czy zrobi mi się wtedy wstyd, że częstowałem ją tymi wszystkimi kłamstwami?

Ni chuja. Na samą myśl poczułem coś niepokojąco miłego. Jeśli kiedyś nadejdzie taki dzień i Monika przypomni sobie poprzednie życie, to szybko zostanie zmuszona o nim zapomnieć, bo już nigdy nie odzyska wolności, a przypieczętowała to blizna na mojej klacie w kształcie litery „V”. Kobieta upozorowała napaść, bo postanowiła zneutralizować swojego wroga moimi rękoma, i w ten oto sposób sama zdemaskowała się przed Vasilem. Czy raczej przed Igorem, bo „Vasil” był jedynie pseudonimem stworzonym wyłącznie dla niej. Mój prawdziwy napastnik znajdował się na wyciągnięcie ręki, patrzył mi w oczy, pozwalał się bzykać na kuchennym blacie własnej kuchni, dając mi przy tym myśleć, że próbuje pomóc. I to na tym polegał misterny plan pani Pociaskovej. Czarnulka podała się jak na tacy, a przy okazji wjebała nas po uszy i omal obydwoje nie przypłaciliśmy tego życiem. Omal, bo mój wspaniałomyślny starszy brat uratował nam dupska. Chcąc nie chcąc, własną krwią pomogłem odzyskać góralce spokój ducha, a to oznaczało, że podpisała cyrograf.

Dopóki jeszcze odnajdywałem siły do zabawy i dobre chęci, to starałem się udawać przed „żoną” przyzwoitego faceta, a kiedy czułem, że zaczynam mieć z tym problem, patrzyłem w końskie oczy lub sięgałem po rodzinne albumy, by skupić się na fotografiach Michaela i Dylana. Ostatni sposób magicznie sprawiał, że mój kutas się odprężał.

No właśnie.

Co to, do kurwy nędzy, miało znaczyć?!

Ogarnięty napływającą złością wyszedłem na korytarz stajni.

– Eduardo! – zawołałem, po czym odpaliłem papierosa i głęboko się nim zaciągnąłem.

Obserwowałem, jak typ wychylił się z pierwszego boksu od strony głównego wejścia, powoli zamknął drzwi i oparł widły o ścianę. Dostał tę pracę rok temu dzięki swojemu wujowi. Jak się okazało, prócz posady mężczyzna niewiele przekazał swojemu krewniakowi.

Młodziak niepewnym krokiem zmierzał w moim kierunku. Pocieszał mnie fakt, że tym razem robił to bez widocznego wzwodu.

– Tak, panie Adams? – Stanął na baczność.

– Podnieca cię moja żona? – Ze stoickim spokojem podkreśliłem dwa ostatnie słowa, dając mu jasno do zrozumienia, że zauważyłem małe co nieco.

Zaskoczony pytaniem mężczyzna szeroko otworzył oczy. Doskonale wiedziałem, co ten młody skurwiel mógł przeżywać. Kiedyś w tej stajni przechodziłem dokładnie przez to samo i pewnie to tworzyło prozaiczne podobieństwo naszych sytuacji. Nic nie zmieniało jednak faktu, że byłem jego szefem, on zwyczajnym robolem, a Monika moją własnością.

– Skąd. W życiu nie pomyślałbym o pańskiej żonie tak, jak pan sugeruje – wytłumaczył, wyraźnie zestresowany błądząc wzrokiem po mojej twarzy.

– Więc co sprawiło, że ci stał? Podniecają cię zwierzęta? – dopytałem melancholijnie.

– N-nie – zająknął się. – Ja… ja jestem gejem – dodał cicho ze wstydem, jakby to stanowiło środek łagodzący dla całej sytuacji.

Parsknąłem rozbawiony.

– Jakoś w tym momencie patrzysz mi w oczy, ale nie masz wzwodu. To znaczy, że ja nie wydaję ci się wystarczająco atrakcyjny?

Wyciągnąłem zza paska broń i zacząłem obracać ją w dłoni.

– Przysięgam, że to nie tak – dukał. – Ja po prostu myślałem… myślałem o kimś innym i… – Rozłożył bezradnie drżące dłonie.

Bardziej od młodzieńczej brawury wkurwiało mnie szeroko rozumiane pojęcie bezczelnego ściemniania. Rzuciłem niedopałek pod nogi, przez chwilę skupiając wzrok na miażdżącym go bucie. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni, wybrałem numer i przyłożyłem urządzenie do ucha.

– Przyprowadź mi do stajni Sese – wydałem polecenie Cebuli, po czym zakończyłem połączenie i schowałem telefon.

– Przepraszam, ja serio nie…

– OKEJ! – wtrąciłem, unosząc dłoń z bronią. – Odprowadź Nukę – rozkazałem.

Jeszcze jedno słowo i moja cierpliwość rozgości się kulką w jego niedorozwiniętym mózgu.

Mężczyzna odpiął konia, którego przed chwilą tak chętnie pomagał czyścić Monice, i podążył z nim do właściwego boksu.

Odpaliłem kolejnego papierosa, a również w tej chwili do stajni wkroczyli Cebula i Sese. Ten drugi to prymityw przywodzący na myśl przerośniętego trolla. Typ miał problem z ułożeniem prostego zdania, za to specjalizował się w brudnej robocie i bez mrugnięcia okiem wykonywał każdy rozkaz. Dosłownie. Gdybym nakazał mu jeść ze smakiem końskie łajno, zrobiłby to nawet przy użyciu waribashi.

– Co słychać, Sese? – zagadnąłem swobodnie.

– Jest dobrze – odparł grubym, dumnym tonem.

– Eduardo, chodź tu – przywołałem delikwenta.

Pora na chwilę prawdy.

Chłopak zamknął boks i podszedł do nas z niemrawą miną.

– Czyli zapewniasz, że wolisz chłopców, a twój sterczący fiut nie miał absolutnie nic wspólnego z moją żoną, tak?

– Przysięgam, że nie miał. – Młody stajenny nerwowo przesunął spojrzeniem po mnie, Cebuli i Sese.

– Prawie ci wierzę – zanuciłem, klepnąwszy go w ramię. – Wiesz, Eduardo… pół świata wierzy sobie w coś tam. W elfy, czarownice, buddę, Allaha, słonie, święte krowy, magiczne źródełka, duchy, ufoludki i różne cuda na bambusowym kiju. Ja mam pewien problem, ponieważ jestem dość radykalnym realistą, poniekąd typem naukowca, bazującym na faktach, przykładach i żywych obrazach. Rozumiesz?

– Nie bardzo. – Chłopak pokręcił głową.

– Sese, przyjacielu, opuść spodnie i zaprezentuj młodszemu koledze, jak wyglądają prawdziwe jaja – poleciłem z wzorowym opanowaniem, a osiłek ze śmiałością uczynił, co kazałem.

– Imponujący widok, co nie, Eduardo?

– Tak – przytaknął pokornie.

– A więc ładnie obciągnij koledze – nakazałem stajennemu.

Cebula chrząknął, walcząc z rozbawieniem, kącik ust Sese lubieżnie się uniósł, młody zaś sztywno postawił krok do tyłu.

– Bywam rozdrażniony przed obiadem. Drugi raz nie powtórzę. – Ostrzegawczo spojrzałem na swoją spluwę i w sumie mógłbym go zajebać, tak po prostu oraz w ramach przestrogi dla aktualnych i przyszłych pracowników, ale dawanie nauczki zaczęło sprawiać mi większą frajdę niż odbieranie życia.

To chyba dojrzałość.

Dostrzegłem to swoiste wahanie, ono zawsze pojawiało się po frazie „być albo nie być”. Pragnienie życia zwyciężyło, aktywowała się walka o przetrwanie, podczas której człowiek stawał się zdolny zrobić dla siebie dużo więcej, niż tylko uciekać lub uzupełnić płyny. Stajenny z trudem przełknął ślinę i sztywno klęknął na posadzce przed Sese, jakby właśnie kładł głowę na pieńku obok stojącego nad nim kata. Z chorą satysfakcją napawałem się obrzydzeniem wymalowanym na twarzy młodego pracownika.

Ja bym tam jednak wolał kulkę w łeb.

– Śmiało, Eduardo, nie wstydź się. Nie powiemy twojemu chłopakowi – skomentowałem, a na podkręcenie dramaturgii przeładowałem broń.

Wtedy też chłopak otworzył szeroko usta, z niesmakiem przyjmując powoli twardniejącego, grubego fiuta kolegi. Zero profesjonalizmu, nawet jak na domniemanego pedała.

Kiwnąłem głową do Sese, dając mu tym sygnał, żeby eksploatował ten zakłamany jęzor w stu procentach. Wielkolud chwycił głowę stajennego i zaczął posuwać jego usta jak wyposzczony skazaniec z podwójnym dożywociem. Uciemiężone męskie jęki i torsje zupełnie do mnie nie przemawiały, za to szkolenie z pokory dla młodego – z pewnością. Patrząc na ten akt, nawet zacząłem się zastanawiać, czy nie potrącić Eduardo z wypłaty za kurs głębokiego gardła.

W pewnym momencie kolor twarzy klęczącego określiłbym jako „niezdrowy”. Chrząkając wymownie, spojrzałem na zegarek. Sese odebrał prosty sygnał, pogłębił ruchy i mruknął przeciągle, dochodząc głęboko w gardle stajennego, po czym odepchnął go od siebie. Eduardo wciągnął łapczywie powietrze, upadł na podłogę i kaszląc, soczyście zwymiotował. Przykucnąłem w szerokim rozkroku obok rzekomego geja.

– Jeśli jeszcze raz zobaczę, jak w obecności mojej żony ci stoi, to uprzedzam, że zerżnie cię cała zmiana, a na koniec osobiście wsadzę ci w gardło karabin i sprawdzimy, ile spermy zmieścił twój żołądek. Już mnie zrozumiałeś? – wyszeptałem złowieszczo. – Zrozumiałeś?! – wrzasnąłem, nie usłyszawszy odpowiedzi.

– Tak – wydusił, bezustannie kaszląc.

– No to teraz nie zesraj się ze szczęścia. – Poklepałem go po plecach i wstałem. – Sese… zademonstruj Eduardo opcję numer dwa. – Wskazałem na boks wyścielony słomą, a ja wraz z Cebulą ruszyłem do wyjścia.

Odebrało mi apetyt na żarcie, kurwa mać.

Udałem się prosto w stronę domu, gdzie przed drzwiami w dalszym ciągu sterczała uśmiechająca się do mnie trenerka Moniki. Minąłem ją bez słowa.

Uśmiechnięta. Kierowany wewnętrznym impulsem zatrzymałem się w pół kroku i obróciłem w jej kierunku.

– Prosiła o trzydzieści minut na prysznic – wyjaśniła, jakbym samym spojrzeniem domagał się ekstra usługi.

W zasadzie to dlaczego by nie. Spuściłem wzrok na podkreślone legginsami pośladki.

Psychicznie nie czuję się gotowa.Ja też nie. I pewnie dlatego przeszył mnie przyjemny dreszcz zwiastujący nadejście czegoś pierwotnego.

– Potrafisz rozmasować spięty… mięsień? – zapytałem.

– Zależy, jak bardzo jest… spięty – odpowiedziała, rozchylając usta.

Dwie minuty później w moim biurze trenerka Moniki, patrząc mi w oczy z pożądliwym uśmiechem, ochoczo zsuwała z wysportowanej dupy obcisły materiał. Jakież to urocze, dostrzegać na twarzach podobnych niewiast nieuzasadnioną nadzieję na coś bliżej nieokreślonego.

– Zachęć mnie. – Poprawiłem kutasa w spodniach, a następnie splotłem ramiona na piersi, bacznie przyglądając się poczynaniom ambitnej dziewczyny.

Najwidoczniej nie miała ochoty na ssanie jak pewien stajenny, bo naga podeszła do biurka i brzuchem położyła się na blacie. Zachęcająco ułożyła dłonie na wypiętym tyłku i bezpruderyjnie rozciągnęła pośladki, a te wypowiadały bezdźwięczne zaproszenie.

Podszedłem do kobiety, odpinając klamrę paska, i w ramach uznania wymierzyłem jej soczystego klapsa. Jego odgłos rozniósł się echem po pomieszczeniu. Dokładnie tak powinna zachowywać się Monika za każdym razem, kiedy wracałem do domu. Już zamierzałem przejść do konkretów, kiedy w kieszeni spodni zaczęła mi dzwonić komórka. Wychodząc z założenia, że najpierw praca, później przyjemności, spojrzałem na ekran i jak nigdy uderzyło we mnie dziwne przeczucie.

Kurwa.

– Wyjazd – warknąłem.

Chwyciłem trenerkę za ramię i popchnąłem ją w kierunku drzwi. Zdezorientowana gorączkowo pozbierała rozrzucone ubrania, a ja, odwróciwszy się twarzą do okna, odebrałem połączenie.

ROZDZIAŁ 2

Monika

Nadpobudliwe kutasy. Byle uśmiech, odrobina uwagi i szczypta obietnicy sprawiły, że stajennego poniosła górnolotna fantazja o romantycznej miłości rodem z ich brazylijskich telenowel. Gdyby ten młody mężczyzna znał chociaż część mojej przeszłości, bałby się nawet spojrzeć mi w oczy. Mój pierwszy podstarzały mąż ufnie wpatrywał się w ich blask, drugi nie zdążył dostrzec bijącej z nich ostrzegawczej iskry. Adams zaś zauważał wszystko, prócz swojej zgubnej pewności siebie. Stajennego owinęłam sobie wokół palca dokładnie tak, jak dawno temu Vasil zrobił to ze mną. Tyle że ja nikomu nie wbiję w pierś sztyletu. Eduardo sam popełni samobójstwo i wielce prawdopodobne, że w momencie, gdy dostrzeże to Jack. Chyba że już do tego doszło i Adams widział oznaki podniecenia pracownika. Nie zważając na przypadkowe ofiary, zachowanie ewidentnie zazdrosnego „męża” wbrew pozorom połechtało moje spragnione ego. Mógł pilnować własności, zamiast szlajać się tygodniami, nie wiadomo gdzie i z kim.

Ekspresowo wzięłam prysznic, narzuciłam szlafrok i postanowiłam się upewnić, że nikt nie przeszkodzi mi w realizacji zamiarów. W drodze na parter już na schodach dostrzegłam niedomknięte drzwi prowadzące do gabinetu Adamsa i usłyszałam słowa: „Zachęć mnie”, które poniekąd wznieciły ciekawość. Zakradłam się i wychyliwszy się nieco, ujrzałam roznegliżowaną trenerkę i dobierającego się do niej Jacka. U niego nic nie uległo zmianie. Ten typ nie posiadał żadnych sentymentów, nawet pod moim nosem. I ja też z pewnością nie zamierzam ich mieć.

Niech go diabli.

Wróciłam do sypialni z przekonaniem, że mój „mąż” jest zajęty bardziej, niżeli się tego spodziewałam.

Podeszłam wprost do otwartego okna, a wpadający przez nie gorący podmuch wiatru miotał firanką. Nienawidziłam tutejszego słońca i suchego powietrza. Dusiłam się. Tęsknota i pragnienie, żeby wciągnąć do płuc iglastą woń otaczającą mnie w tatrzańskim domu, z każdym dniem przybierały na sile. Zatrzymałam wzrok na pnączach bluszczu gęsto otulających okiennice tej rezydencji i czarnym pająku beztrosko siedzącym na liściu. Zamknęłam okno i wyciągnęłam telefon. Wystukałam na nim doskonale zapamiętany ciąg cyfr i z zapartym tchem odliczałam uciekające sygnały.

– Tak? – rozległ się znajomy męski głos.

Poczułam się pewniej, że mój wierny pracownik odebrał i co najistotniejsze – żył. Fakt był taki, że nie miałam pojęcia, co Jack pozostawił po sobie w Polsce.

– Dobrze cię słyszeć, Basil – odezwałam się cicho.

– Dobry Boże – sapnął z ulgą. – Ani na moment nie przestałem wierzyć, że żyjesz – przyznał.

– Niestety, ale Bóg mnie nie chciał, a diabeł nie wydaje się na mnie gotowy – odniosłam się do jego słów. – W domu wszystko okej?

– Tak. Trzymam rękę na pulsie. Dzwonisz z Brazylii… Masz kłopoty? – zauważył.

– Sześć miesięcy leżałam w śpiączce, kolejne dwa spędziłam w klinice i aktualnie jestem żoną Adamsa – streściłam, impulsywnie pocierając kciukiem obrączkę.

– Gratulacje? – zmieszał się.

– Jack żywi przekonanie, że straciłam pamięć – uzupełniłam.

– W takim razie kondolencje – sarknął.

– Cieszę się, że humor ci dopisuje, tylko ja już nie mam czasu ani na żarty, ani na rozmowę. Muszę pomyśleć, jak w miarę sprawnie się stąd wydostać. Uruchom kontakty, zbierz ludzi, wykorzystaj wszystkie dostępne środki i pozostań w gotowości. Muszę uważać, odezwę się niebawem.

– Jasne – przytaknął. – Cieszę się, że jesteś, Moniko. U nas nadal leży dużo śniegu – dodał z nutą rozczulenia.

Znał mnie i wiedział, że kochałam zimę w Tatrach, chociaż ta w Polsce już dobiegała końca.

– Wkrótce wszystko wróci na stare tory. W kontakcie. – Zakończyłam połączenie i z ulgą wypuściłam powietrze z płuc.

Najważniejsze, że mogłam dać pracownikowi sygnał. Ucieszyło mnie, że Basil zdał prawdziwy test lojalności. Niejeden wykorzystałby okazję i zwiał, zgarniając przy tym porzucone przez właściciela fanty.

Ukryłam telefon między ubraniami, nie mając konkretnego planu na to, co dalej. W jakiś sposób muszę wydostać się poza mury tej rezydencji.

Szykując się na zajęcia, włożyłam strój treningowy tylko po to, żeby spojrzeć tej blond wywłoce prosto w oczy, kiedy będzie mi wydawać polecenia odnośnie do ćwiczeń. Zatrzymałam oko na rzędzie kolorowych sukienek w otwartej szafie. Wśród nich nie znalazłam ani jednej czarnej. Ani jednej. Jack utwierdzał mnie w przekonaniu, że nienawidziłam tego koloru. Wmawiał mi, że wolałam wyraziste, żywe i wesołe barwy, czyli dokładnie odwrotnie niż w rzeczywistości.

Pukanie do drzwi odwróciło moją uwagę od garderoby. Zmierzając do wejścia, spodziewałam się widoku pokojówki pojawiającej się, by ponownie przypomnieć o czekającej na mnie trenerce. Zamiast obsługi ujrzałam jednego z najbliższych przydupasów Adamsa, czyli Matta. Należał do trójki mężczyzn, których niegdyś uprowadziłam w ramach prowokacji ich szefa. Ukryłam ich po słowackiej stronie Tatr, w podziemnym, wilgotnym lochu, a moi ludzie zadbali o komfort jeńców, bezustannie faszerując ich prochami.

Nabrałam pewności, że patrzący mi w oczy człowiek już wiedział, kto zasponsorował mu wspomniane wakacje, bo na odległość wyczuwałam bijącą od niego niechęć, a dystans i nieudolnie skrywana pretensja w jego tęczówkach tylko to podkreślały.

– Pani Adams… – zaczął oficjalnie, stawiając przede mną wielką walizkę podróżną – …ma pani pięć minut, aby się spakować i przygotować do wyjścia.

– Słucham? Dokąd jedziemy? – zapytałam zaskoczona.

Ledwo co ucieszyłam się z rozmowy z Basilem, a już zdążyło ogarnąć mnie złe przeczucie. Mogło mieć to związek z trenerką, którą nie nasycił się Adams. Ale jak już się przekonałam, moja obecność wcale nie przeszkadzała mu w igraszkach. Do rozmyślań wkradła się również myśl o stajennym. Jeśli Jack zdołał wyciągnąć z niego informację o przekazanym mi telefonie, zrobi się nieciekawie. Ale z kolei gdyby do tego doszło, przeszukaliby ten pokój, a wtedy nie potrzebowałabym walizki, tylko ubrań do trumny. Nawet nie posiadałam odpowiednich.

– Pani Moniko. Wykonuję rozkaz szefa. – Spojrzał na zegarek. – Zostały pani cztery minuty. Zaczekam pod drzwiami – zaznaczył i ucinając rozmowę, odwrócił się do mnie plecami.

Zamknęłam sypialnię i otworzyłam walizkę. Nie wiedziałam, dokąd wyjeżdżam i po co miałam się pakować. Co tym razem wymyślił ten dupek? Zachowując zimną krew, odsunęłam negatywne myśli i zaczęłam wrzucać do bagażu przypadkowe ubrania. Starannie ukryłam komórkę w kieszeni spakowanych spodni i wcisnęłam je na dno. Możliwe, że „mąż” rozważył moje słowa i postawił na coś w stylu spontanicznego last minute. Ostatecznie, dokądkolwiek miałam się udać, mogła nadarzyć się niepowtarzalna okazja do ucieczki. I nie z powodu, że Adams stał się dla mnie obojętny, a dlatego, że to ja stałam się obojętna dla niego. I kiedy przyjdzie na to czas, zjawię się przed nim z dumnie uniesioną głową i z dziką satysfakcją spytam, czy klęknie przede mną, by oficjalnie się oświadczyć.

Zdążyłam zmienić sportowy strój na zwiewną, żółtą sukienkę, kiedy rozległo się ponaglające pukanie.

– Moment! – rzuciłam, ale mężczyzna nie zamierzał spokojnie czekać, bo bez zaproszenia wartko wkroczył do pokoju.

Wyręczył mnie w zasuwaniu walizki i chwyciwszy za jej uchwyt, skierował się z nią do wyjścia.

– Idziemy – sapnął i przystanął tuż za drzwiami.

Zeszliśmy na parter; zerknęłam w stronę tym razem zamkniętych drzwi gabinetu Adamsa.

Ciekawe, czy skończyli się zabawiać.

Udaliśmy się wprost do czarnego vana, obok którego czekał na nas kolejny parobek Jacka zwany Budyniem. To drugi z grupki uprowadzonych niegdyś przeze mnie mężczyzn. Brakowało jedynie tego z kitką samuraja, czyli Cebuli.

Nie. Nie brakowało, sprostowałam w myślach, bo ten zajmował jedno z tylnych siedzeń pojazdu. Cóż za ironiczne zestawienie. Usiadłam obok ochroniarza, na co uśmiechnął się miło, lecz podstępnie.

– Mój mąż nie jedzie z nami? – dopytałam wsiadających do pojazdu.

– Nie – odezwał się Matt. – Musimy zawieźć panią w bezpieczne miejsce.

Ruszyliśmy z parkingu w stronę wjazdu. Z naprzeciwka, od strony bramy, właśnie nadjeżdżały trzy czarne limuzyny, ale nie mogłam rozpoznać pasażerów – przyciemniane szyby i postura mężczyzny obok skutecznie mi to uniemożliwiały.

– Skoro musicie zawieźć mnie w bezpieczne miejsce, to oznacza, że tutaj nie jest bezpiecznie? – drążyłam, zastanawiając się, co jest grane.

– Właśnie. Pojawiły się poważne problemy. Szef prosił o zachowanie spokoju – rozwinął Budyń.

Jack nie pofatygował się nawet, by cokolwiek wytłumaczyć mi osobiście, co dołożyło cegiełkę do chęci, by na swój sposób utrzeć mu tego gangsterskiego, aroganckiego nosa. Nie odezwałam się więcej, zapamiętując otoczenie i uciekające za szybą obrazy.

Jack

– Ja pierdolę – wymamrotałem pod nosem, obserwując, jak trzy limuzyny zatrzymują się jedna za drugą obok betonowej fontanny przed domem.

Instynkt mnie nie zawiódł. Niespełna pół godziny temu zadzwoniła Camilla i oznajmiła, że znajduje się w pobliżu. Ja i moi bracia wychowaliśmy się z nią pod tym dachem. Od zniknięcia jej ojca, Pedra, kobieta całkowicie odcięła się od przestępczego świata, w pełni poświęcając się pracy w zawodzie lekarza, podróżom i mężowi Alvaro. Sporadycznie dzwoniła, dając znak o swoim istnieniu. Nie mogłem zamknąć jej bramy rodzinnego domu przed nosem; była neutralnym pionkiem, kompletnie nie wiedziała, co się wydarzyło. Nie mogłem też dopuścić do spotkania Camilli z Moniką, bo tak naprawdę nie miałem ani okazji, ani ochoty, żeby wyjaśniać, dlaczego postąpiłem tak, a nie inaczej. Musiałbym zacząć opowieść od początku, wgłębić się w to, co chcę, mogę i muszę. Kobiety nie pojmują pewnych rzeczy, a pewne rzeczy nie są pojmowane przez kobiety. Niby jeden chuj, ale za to jaki.

Ozdobiłem twarz uśmiechem, dostrzegłszy wysiadającą z pierwszego auta parę: przybraną siostrę i jej męża Alvaro w rozpiętej, lnianej koszuli. Nic się nie zmieniło, w dalszym ciągu byli razem, a wypacykowany fagas nadal golił nogi i klatę. Prawdopodobnie jego siatka na motyle znajdowała się w bagażu podręcznym. U Camilli na pierwszy rzut oka dostrzegłem pewną wizualną zmianę, bo schudła, pozbywając się kobiecych krągłości. Nadal była piękną, opaloną kobietą. Skróciła charakterystyczne dla niej ciemne, długie i lśniące włosy, bo teraz sięgały jej ledwie do ramion. To dobrze, bo długie, czarne kosmyki zaszufladkowałem w głowie jako coś mocno specyficznego.

Przypomniawszy sobie o faktach, w ostatniej chwili zsunąłem obrączkę i schowałem ją do kieszeni spodni. Nie wytłumaczyłbym tego niczym.

Na co im trzy auta? Jedyne, co dziś planowałem, to zjeść kolację w irytująco spokojnym towarzystwie Moniki. Nie przygotowałem się na niespodzianki i nową ewentualność, a już na pewno nie na to, co zaczęło ukazywać się moim oczom.

Mój uśmiech stopniowo znikał, kiedy dostrzegłem kogoś jeszcze. Zacisnąłem pięści, z grobową powagą przyglądając się, jak z kolejnego auta wysiadali moi bracia: Michael i Dylan. Skupiłem się na trzeciej limuzynie, gdybając, czy z niej również nie wysiądą jacyś nieproszeni goście. Na przykład pyskata żona Michaela lub moja była żona Alexandra, którą miłością i plemnikami obdarował mój młodszy brat. Nikt jednak więcej się nie zjawił.

Jakim, kurwa, prawem bracia ponownie stawali na mojej drodze? Definitywnie zakończyliśmy naszą relację kilkanaście miesięcy temu. Od tamtej pory nie odebrałem od nich ani jednego połączenia.

– Camillo, miło cię widzieć. – Podchodząc do kobiety, rozłożyłem ręce, po czym przywitałem się z nią krótkim uściskiem. – Cześć, brachu. – Wymieniłem uścisk dłoni z jej mężem.

– Kopę lat – odparł Alvaro, klepiąc mnie w ramię.

– Przywiozłaś służbę? – Zwracając się do Camilli, obdarzyłem ponurym wzrokiem przemyconych na mój teren braci.

Dylan parsknął, a Michael westchnął, racząc mnie zmęczonym spojrzeniem. Panowie w czerni.

– Dobrze wyglądasz. – Uśmiechnęła się promiennie. – Ponoć trudno tu wjechać, a przecież wiesz, że wszystkich was kocham tak samo. – Wskazała na Adamsów. – Przysługa, sam rozumiesz… – wyjaśniła, uśmiechając się przepraszająco.

– A gdzie są różowe balony? – zapytał śmiało Dylan, rozglądając się po otoczeniu.

Wiem, do czego pił. Dwa dni temu przypadały moje urodziny. Już dawno takowych nie obchodziłem, ale miło, że jeszcze ktoś o nich pamiętał.

– Każda zabawa się kiedyś kończy – oznajmił Michael.

– W rzeczy samej. Impreza dawno temu się dla was skończyła – zauważyłem. – Przyjęcie się udało. Zostało mi jednak kilka różowych kondomów. Jeśli ładnie poprosisz, to cię nauczę, jak ich używać. – Przesunąłem językiem po górnych zębach, patrząc młodemu prosto w oczy. – Jak tam MOJA była żona? A TWOJE dzieciaki? – dorzuciłem złośliwie.

– Chłopaki, dajcie spokój. Nie odnosiliście się do siebie w ten sposób, kiedy nasz papciu tutaj mieszkał. – Kobieta upomniała ze smutkiem.

Srapciu, kurwa. Jebany stary drań zabił mi matkę i ojca jako przyjaciel rodziny, a potem wielkodusznie nas przygarnął, wywiózł z Portugalii, podarował nową tożsamość i wychowywał w zastępstwie naszych biologicznych rodziców. Szlachetność poziom ekspert. Może i grałem przez chwilę pod jego nutę, ale dla mnie okazał się zdrajcą, nie dyrygentem. I z miłą chęcią cofnąłbym się w czasie, żeby jeszcze raz wpakować kulkę w jego chory łeb.

– Nie myśl, że jechaliśmy do ciebie z uśmiechami na twarzach, Jack – podjął Michael. – Wielokrotnie próbowaliśmy się z tobą skontaktować, ale nie odbierałeś telefonów. Byliśmy dwa razy pod tą bramą… – wskazał dłonią w stronę wjazdu, jakby celowo wylewał żal w obecności Camilli – …i ani razu nas nie wpuszczono.

– Albo nie mogłem rozmawiać, albo mnie nie zastaliście, albo domofon się zjebał. Ciężko pracuję, jestem dość zabiegany – wyjaśniłem z uśmiechem na twarzy. – A co? Znudziło się wam monotonne życie i zapach pieluch? Szukacie adrenaliny czy dobrego towaru?

– Spokoju, Jack. Spokoju – podkreślił Dylan.

– Młody, kurwa, w takim razie lepiej trafić nie mogłeś. – Roześmiałem się w głos. – Czego chcecie? – Zacisnąłem zęby, poważniejąc.

– Rodzina odsunęła się od Alexandry – wysunął Dylan, wymieniając imię mojej eksżony.

– Co ty nie powiesz. – Przechyliłem głowę. – Więc uznałeś, że warto mi tym dupę zawracać, tak?

– Portugalczycy doszli do tego, że śmierć Martina na Tampie została spowodowana twoimi ostatnimi działaniami w Polsce.

Upłynęło sporo czasu i zdążyłem zapomnieć, że podczas odwiedzin na Florydzie brata Alexandry załatwił snajper Słowaka. Stało się to tuż po tym, jak zacząłem węszyć, załatwiając swoje sprawy związane z Vasilem. Igorem. Widocznie Słowak też go nie lubił. Poza tym Martin wcale mi nie pomógł, tylko omal nie wjebał do trumny, nawiązując kontakt z poszukiwanym.

– Przepraszam was, ale zdążyłam odwyknąć od stresujących tematów – wtrąciła Camilla. – Wybaczcie, chłopcy, ale to nie na moją głowę, poza tym musimy odpocząć. – Splotła palce z mężem, ewidentnie nie chcąc dłużej uczestniczyć w naszej wymianie zdań.

Pedro nigdy nie rozmawiał przy niej o interesach, problemach i gangsterskim świecie. Ona po prostu nie została stworzona do takiego życia, jak większość kobiet zresztą. Jedynym znanym mi odstępstwem od normy była Monika. Z mocnym naciskiem na czas przeszły, niestety.

– Jasne. Trafisz, prawda? Rozgośćcie się – zwróciłem się do przybyłych. Odprowadziłem parę spojrzeniem do domu, a potem znowu przeniosłem uwagę na braci. – Portugalczycy doszli… – powtórzyłem ostatnią kwestię Dylana. – Portugalczycy generalnie szybko dochodzą, co nie? – zaszydziłem, zwracając się do młodszego brata.

Sami pochodziliśmy z Portugalii, ale wywieziono nas za ocean.

– A jednak coś cię boli. Sprawy sercowe nie idą po twojej myśli? – odgryzł się, mając na myśli Monikę.

Ich wiedza skończyła się na etapie śpiączki i kliniki. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Strzegłem dostępu do swojej prywatności jak piłkarze jaj podczas rzutów wolnych. Nikomu nie opłacało się przepuszczać informacji.

– Bolą mnie… ale niezmiennie uszy od słuchania twoich żałosnych lamentów – zakpiłem.

– Zaczęli działać agresywniej i się odgrażać. Dali nam jasno do zrozumienia, że chcą ciebie – sapnął Michael.

Ojojoj. Wieczna jazda pod górkę i jakieś „ale”.

– To jaki problem? Przecież znasz mój adres, to im daj – podsunąłem spokojnie.

– Oni tutaj nie przyjadą, i dobrze o tym wiesz – odparł najstarszy z nas.

– No to tak jak wspomniałem, ktoś ma problem. I to głównie logistyczny – głośno doszedłem do wniosku.

– Jak na razie to my mamy problem.

– Na co liczycie? Że spakuję gacie na zmianę i woreczek prochów, wsadzę sobie jabłko w ryj, po czym wsiądę do limuzyny – wskazałem dłonią – i pozwolę się wywieźć na ruszt?

– Liczymy, że zaangażujesz się w temat i zamkniesz swoje – zaznaczył Michael – sprawy. Doszło do strzelaniny w BLACK. Polują na nas.

– Nie wierzę, że wjebaliście się tutaj pod kiecką Camilli, by się wypłakać, że ktoś szczypie was w dupska.

– Twoją chatę też ostrzelali – uzupełnił Dylan.

Skurwysyny.Lubiłem swoje gniazdko na Florydzie. Pomimo to postanowiłem zbagatelizować temat.

– Nadal nie rozumiem celu waszej wizyty. – Zmrużyłem oczy.

Utracony w stajni apetyt wrócił.

– Posprzątaj swój bajzel – zażądał Michael, skalpując mnie wzrokiem.

Uniosłem twarz. Widok gasnącego nieba mnie uspokajał, chociaż nie powinien, bo nigdy tam nie trafię. Skoro dorośli faceci ze starannie przystrzyżonym zarostem, w garniturach, niezmiennie zachowywali się jak dzieci, to ja zostałem zmuszony wykrzesać z siebie coś w rodzaju ojcowskiej mądrości.

– Były sobie trzy małe świnki i zły wilk. Pierdolę wstęp i szczegóły architektoniczne, bo otrzymałem okazję, by gościć w swoich skromnych, ale jakże wysokich betonowych progach dwa prosiaczki, którym drapieżnik pogrywa na ogonkach. Potraficie wyciągnąć wnioski, chłopaki? Bo ja owszem i gdybym nazywał się Grimm, zakończyłbym bajkę tak, że kseruję i daję braciom prosiaczkom projekt budowy solidniejszego domku.

– Na szczęście nazywasz się Jack Adams i tego nie zrobisz – mruknął Dylan.

– Bystrzak z ciebie. Ja dorzuciłbym jeszcze przyprawę do grilla dla wilka, a w waszej sprawie nie ruszę, kurwa, palcem z jednego powodu. – Uniosłem rzeczony. – Wiecznie doszukujecie się źródła nieszczęść w mojej okolicy. Pragnę wam przypomnieć, że kazaliście mi się trzymać od was i waszych rodzin z daleka. Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać. – Pokręciłem głową. – Poza tym ty, Dylan, masz problem z rodziną twojej obecnej żony. TWOJEJ! – podkreśliłem. – Wziąłeś ją pod skrzydła, w konsekwencji czego stała się twoim problemem, nie moim – podsumowałem, jakbym mówił do dziecka, potakując głową. – Jeśli ktokolwiek wykazuje chęci, by rozprawić się ze mną… to czekam, nigdzie nie uciekam, lecz nie zamierzam skakać po kontynentach, aby wyżalić się młodszemu – spojrzałem na Dylana – i starszemu… – przeniosłem wzrok na wściekłego Michaela – bratu. Amen. Zapraszam do mojego korytka albo wypierdalać z tej stajenki – zakończyłem wyniośle, po czym odwróciłem się na pięcie i skierowałem do domu.

– Ty jebany świrze! – rzucił za mną Dylan.

– Ogarnij to! – dodał Michael.

Ogłuchłem.Jeszcze tego mi brakowało, żeby uganiać się za nadgorliwymi zjebami. Czasy, kiedy to Jack słuchał starszego brata, bezpowrotnie minęły.

Nawiasem mówiąc, nie chciało mi się wracać do tematu Portugalczyków. Nie lubiłem ich. Łączyły nas wyłącznie interesy, a skoro nie potrafili się pogodzić z tym, że w naszej branży wypadki wyjątkowo często chodziły po ludziach, i zaczęli drążyć przyczynę śmierci jednego ze swoich nieudaczników, to już nie mój interes.