Cyfrowe dzieci - Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki - ebook

Cyfrowe dzieci ebook

Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki

0,0

Opis

Cyfrowe dzieci, to książka, dzięki której dowiesz się, jak do dzieci mówić, a także jak ich słuchać, czyli jak z dzieckiem efektywnie… rozmawiać.

Wychowanie dzieci zawsze niesie za sobą wiele wyzwań. W współczesnych przesiąkniętych technologią czasach doszło jeszcze jedno – wirtualna rzeczywistość, w której dzisiejsze dzieci i nastolatki czują się jak ryby w wodzie. Ale czeka tam też na nie mnóstwo pułapek, podobnie jak w życiu realnym. Jak uchronić przed nimi dzieci?

Dobre rozmowy mogą bowiem pomóc ustrzec dzieci przed wieloma zagrożeniami, m.in. przed uzależnieniami.

Rozmowa może być też lekarstwem. Rodzic, który umie słuchać i akceptować to, co dziecko przeżywa, może ochronić je przed rozwojem depresji, anoreksji, powstrzymać przed podejmowaniem prób samobójczych, samookaleczaniem się, a nawet zahamować rozwój zaburzeń osobowości typu borderline.

A co, jeśli nie tylko dzieci, ale i rodzice zamieszkali w cyfrowym świecie? Dopiero kiedy sami przetniemy „pępowinę” łączącą nas ze smartfonami, nasze dzieci też to zrobią. Warto dowiedzieć się, co możemy zyskać na tym, że zaczniemy częściej wyłączać telefon lub laptop. A ta książka jest próbą odpowiedzi i na to pytanie.

Beata Pawłowicz

Dziennikarka, pisarka, poetka. Autorka i współautorka książek, m.in. Dekalog szczęścia, Życie w micie, Niezwykły rodzic (Wydawnictwo Zwierciadło).

Tomasz Srebnicki

Psycholog i certyfikowany terapeuta poznawczo-behawioralny, w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej. Starszy asystent w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Trener i wykładowca w Szkole Psychoterapii Centrum CBT w Warszawie. Nauczyciel akademicki. Ekspert miesięcznika Sens. Współautor książki Niezwykły rodzic (Wydawnictwo Zwierciadło).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2021 Text © copyright by Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki 2021
Redakcja: IWONA KMITA
Korekty: Melanż
Projekt okładki: KRZYSZTOF RYCHTER
Projekt typograficzny: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®
Portrety B. Pawłowicz i dr T. Srebickiego: MAGDALENA SOBOTKA
Portrety B.-B. Kotoro, M. Augustyniak, P. Sarnowskiego: z archiwów domowych
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN: 978-83-8132-251-5
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. (22) 312 37 12
Konwersja:eLitera s.c.

Wszystkim rodzicom, i tym analogowym, i cyfrowym. Z przekonaniem, że rozmowa jest najlepszym,co możemy dać naszym dzieciom.

WSTĘP,

czyli o czym będzie rozmowa?

CISZA! Wracamy do domu zmęczeni i to nam odpowiada. Dziecko jest zajęte: gra, siedzi w sieci, sprawdza coś w telefonie. Nie zanudza nas opowieściami ze szkoły, nie opowiada o kolegach. Mamy spokój. Kiedy było małe, dawaliśmy mu telefon z bajeczkami i prostymi grami – i też mieliśmy spokój! A gdy się bawiło, a potem, gdy odrabiało lekcje, siadaliśmy przy nim ze smartfonem lub laptopem w ręce i zajmowaliśmy się swoimi sprawami. No i teraz mamy... CYFROWE DZIECKO!

Pewnego dnia, kiedy zawodzi światłowód osiedlowy, a internet w telefonie nie działa tak jak powinien, zauważamy, że dziecko jakoś niechętnie z nami rozmawia. Szczerze mówiąc, i my, rodzice, nie mamy sobie za wiele do powiedzenia.

Innym razem postanawiamy spędzić czas z dzieckiem, na przykład pojeździć wspólnie na rowerach. Ono jednak nie chce wyjść ze swojego pokoju. A kiedy mówimy, żeby wyłączyło komputer lub telefon – złości się. Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Z jakim skutkiem?! Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej, przenośnych komunikatorów. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa!

Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. Możemy wówczas je chronić i wychowywać, jednocześnie przekazując ISTOTNE WARTOŚCI, czyli te, które pomogą mu być człowiekiem w świecie technologii, sztucznej inteligencji i postrzeczywistości.

Jesteśmy dziś naszym dzieciom potrzebni może nawet bardziej niż dawniej DO ROZMOWY. Nie ma już podwórek z trzepakami, gdzie mogłyby nawiązywać relacje z rówieśnikami, bawić się, przyjaźnić czy spierać. Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami, bo pierwszy raz w historii dzieci (i dorośli) wchodzą w relacje nie tylko z innymi ludźmi, lecz także z urządzeniami. Smartfon to nie jest takie samo urządzenie, jak radio czy telewizor, twierdzi dr TOMASZ SREBNICKI, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, z którym napisaliśmy książkę Niezwykły rodzic[1] i który był jednym z bohaterów Dekalogu szczęścia[2]. Nie ma co temu zaprzeczać, warto zastanowić się, co to dla nas – rodziców znaczy, że nasze dziecko nawiązuje relację ze swoim smartfonem?

Ta książka to zbiór rozmów z ekspertami o tym, w jaki sposób... rozmawiać. Przytaczamy wiele przykładów, jak mówić i słuchać dzieci. Zarówno wtedy kiedy kilkulatek boi się potwora pod łóżkiem, jak i wtedy, kiedy ma 16 lat i potrzebuje pisemnej zgody rodzica, by mieć kolczyk w wargach sromowych. Przykłady mogą okazać się bardzo przydatne, bo dziś wszyscy mamy coraz większy problem z rozmawianiem.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że coraz mniej dostrzegamy okazji, aby wymieniać się myślami i wrażeniami z drugim człowiekiem, twarzą w twarz – face to face. Możemy więc nawet nie podejrzewać, co jest najważniejsze w rozmowie, która ma wzmocnić więź z naszym dzieckiem. Możemy nie wiedzieć, jak mówić i słuchać cyfrowego dziecka. A jak odbudować relację z dzieckiem, które zamiast mówić woli klikać? O aktywnym słuchaniu i innych zasadach dobrej rozmowy, a więc takiej, która wspiera rozwój dziecka, opowiada dr TOMASZ SREBNICKI.

Dobre rozmowy mogą pomóc ustrzec dzieci przed wieloma zagrożeniami, m.in. przed uzależnieniem.

Bo relacja z urządzeniem może uzależnić. Jak chronić dziecko przed siecioholizmem, fonoholizmem czy FOMO (ang. fear of missing out – lęk przed tym, że coś ciekawego może nas ominąć, wydarzyć się bez naszego udziału)? Jak wyznaczyć zdrowe zasady korzystania z elektroniki w domu? Kiedy dać pierwszy raz dziecku do ręki telefon? Odpowiedzi udziela specjalista od siecioholizmu, psychoterapeuta, PIOTR SARNOWSKI.

Rozmowa to też lekarstwo. Rodzic, który umie aktywnie słuchać i akceptować to, co dziecko przeżywa, może ochronić je przed rozwojem depresji, anoreksji, powstrzymać przed podejmowaniem prób samobójczych, samookaleczaniem się, a nawet zahamować rozwój zaburzeń osobowości typu borderline. O tym, jak rozmawiać z dzieckiem, które jest szczególnie wrażliwe, opowiada specjalistka psychoterapeutka MAGDA AUGUSTYNIAK.

Zarówno dziecko cyfrowe, jak i analogowe, pyta rodzica o seks, o anatomię. Żeby mu odpowiedzieć, nam samym potrzebna jest wiedza o seksualności dzieci. W pigułce poda ją BIANCA-BEATA KOTORO, psychoterapeutka i psychoseksuolożka, autorka książek dla rodziców na tzw. trudne tematy.

A co, jeśli to rodzic zamieszkał w cyfrowym świecie? Dopiero kiedy sami przetniemy „pępowinę” łączącą nas ze smartfonami, nasze dzieci też to zrobią. Warto dowiedzieć się, co możemy zyskać na tym, że zaczniemy częściej wyłączać telefon czy laptop? Ta książka jest próbą odpowiedzi i na to pytanie.

„Po co rozmawiać z dzieckiem?” – usłyszałam od pewnego ojca. „Sprawdzam, czy dzieciak ma wszystko, co trzeba, a jak ma, to gra gitara! O czym tu gadać?” Kończąc pisanie tej książki, wiedziałam, że dzieci potrzebują przede wszystkim rodzica, który je słyszy i wspiera w tym, co one przeżywają i czują. W dzieciństwie ze mną rozmawiano, ale nie były to dobre rozmowy. Wciąż więc się uczę, jak słuchać i nie zaprzeczać temu, co inni czują lub myślą. Warto, bo to słowa, mocniej niż karty kredytowe, prestiż czy sukces, budują dom bezpieczny i pełen miłości.

DWA JĘZYKI, DWA ŚWIATY

Beata Pawłowicz: Rodzice i dzieci często miewali problemy z dogadaniem się. Ale dziś „wychowany analogowo” ojciec, musi znaleźć wspólny język z synem należącym nie tylko do innego pokolenia, ale i do świata elektronicznych, mobilnych komunikatorów. Czy dziś jest trudniej być rodzicem?

Dr Tomasz Srebnicki: Ojciec taki jak ja, a dodam, że mój syn ma 10 lat, napotyka wszystkie stare problemy, jakie zawsze mieli rodzice. Ale też staje przed nowymi wyzwaniami. A te biorą się stąd, że szeroko pojęte media utwierdzające nas w przekonaniu, że są niezbędne, w sposób całkiem niekontrolowany, natarczywy, skomercjalizowany – wkraczają w świat relacji rodzica i dziecka. I to wkraczają nie tylko jako narzędzia komunikacji. Pierwszy raz w historii ludzkości mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że człowiek pozostaje w bardzo silnej relacji z narzędziem, którym się posługuje.

Jesteśmy w relacji z telefonami? Tak jakby były żywymi istotami?

Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z narzędziami uniwersalnymi, które swoimi możliwościami pokrywają w zasadzie cały obszar funkcjonowania człowieka. Kontakt z nimi dostarcza więc dziecku niezwykłej rozrywki i to w ilości nieograniczonej i dostosowanej do niego samego, do jego potrzeb. Więcej nawet – potrafią wzbudzać w dziecku kolejne potrzeby. Kontakt z tymi urządzeniami umożliwia pozostawanie w relacji z innymi dziećmi, zdobywanie informacji i doświadczanie przyjemności. To urządzenia ofiarują też dziecku niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, gdyż grę można wyłączyć, a z forum można wyjść, kiedy tylko zadzieje się coś, co się dziecku nie spodoba. Co więcej smartfony, komputery itd. bez żadnych konsekwencji pozwalają na wielokrotne powtarzanie tych samych błędów. Gry dają możliwość posiadania nieskończonej ilości „żyć”. No więc relacja ze smartfonami jest szalenie atrakcyjna i dlatego dzieci ją nawiązują.

Chciałbym to powtórzyć – w epoce cyfrowej mamy do czynienia nie tylko z relacjami między rodzicami i dziećmi, ale też między dziećmi i telefonami. Jest więc trochę tak, jakbyśmy byli rodzicami nie tylko dziecka, ale też smartfona, z którym nasze dziecko jest w relacji.

WYCHOWUJEMY DZIECKO I JEGO TELEFON

To bardzo błyskotliwe stwierdzenie, że jesteśmy rodzicami nie tylko naszych dzieci, ale też ich smartfonów?!

Dziękuję! A więc powtórzę: nasze dzieci i my sami także jesteśmy w stałej i wiernej relacji z urządzeniami elektronicznymi. Wystarczy popatrzeć na to, jak dbamy o telefony, jak zabiegamy, aby mieć stały dostęp do prądu i ładowarki, a zgodzimy się z tym, że łączy nas z nimi silna relacja.

Nazywasz relacją staranie o to, żeby moje urządzenie działało?

Relacja z telefonem nie odbywa się na poziomie: „kocham swój telefon”, ale na poziomie zaspokajania wielu twoich potrzeb, a między innymi poczucia bezpieczeństwa.

Przed chwilą mój syn zadzwonił do mnie i to kilkakrotnie, bo czuł się zaniepokojony: pierwszy raz sam wracał ze szkoły. Odważył się na to, ponieważ miał telefon.

Bo mógł do ciebie zadzwonić?!

Dzięki telefonowi mógł w każdej chwili poczuć się bezpieczny, nawiązując relację ze mną. To prawda, że dzięki telefonowi może być w każdej chwili bliżej taty. Ale tu chodzi o coś więcej! Telefon dałby Maksowi poczucie bezpieczeństwa nawet gdybym nie odebrał. W telefonie ma gry i piosenki, które pomogłyby mu się uspokoić. W telefonie ma też moje zdjęcie i zdjęcie mamy. W telefonie jest GPS, który zaprowadziłby go do domu. A więc telefon oferuje tak wiele, że między tym urządzeniem i dzieckiem powstaje relacja. Maks daje za to telefonowi prąd, swoją uwagę i przywiązanie, bo nosi go ze sobą. Zaprzeczanie temu nie ma sensu, bo to jest fakt. Lepiej przyjąć tezę o bezradności rodzica wobec naporu techniki i zaprzestać nieustającej walki o to, aby tę technikę ograniczać. Lepiej uznać, że to pokolenie i następne będą w relacji z urządzeniami. I że świat związków między ludźmi będzie światem równoległym i równorzędnym. Ani lepszym, ani gorszym.

Mamy uznać, że nasze dziecko żyje w dwóch światach: w świecie relacji na żywo, face to face oraz w świecie relacji ze swoim telefonem, komputerem?

Tak. W budowaniu relacji z dzieckiem lepiej jest uznać pewne okoliczności, choć mogą się nam nie podobać, choć możemy uznawać je za szkodliwe, za niewłaściwe w odniesieniu do naszego doświadczenia życiowego. Możemy uważać, że relacje twarzą w twarz są najważniejsze. Obawiam się jednak, że psiocząc i zwalczając to co nieuniknione tylko pogarszamy naszą komunikację z dzieckiem, bo ono po prostu należy do pokolenia cyfrowego.

Czyli „gadać” z dzieckiem przez esemesy, siedząc razem przy kolacji?

Rozumiem, że jest to pytanie o charakterze prowokacyjnym. Odpowiem: oczywiście, że nie. Ale też dodam, że ja bym zaprosił telefon mojego dziecka na tę kolację. Niech leży – wyłączony. Dziecko nie może po niego sięgać podczas posiłku. Podobnie jak rodzice też nie mogą bawić się wtedy swoimi smartfonami. Ale niech z nami przy stole będą.

Telefon ma z nami jeść?!

Może, bo za najważniejsze zadanie stojące dziś przed rodzicami jest stwarzanie dziecku warunków do budowania relacji face to face z nimi i z innymi ludźmi. A to będzie bardzo trudne, jeśli będziemy kazali dziecku wybierać, jeśli będziemy negować jego relację z telefonem.

Dlatego w naszej książce wiele miejsca poświecimy temu, jak rozmawiać, jak słuchać, jak budować zdrową relację live (na żywo) z własnym dzieckiem. A dziś jest to niezmiernie ważne, bo jeśli się nam uda, to wówczas nic, co płynie z mediów dziecku nie zagrozi.

Relację live należy, w mojej ocenie, traktować jako równorzędną do relacji dziecka z telefonem, bo też taka postawa ułatwia nam rozmowę z nim na żywo.

TERAZ RYSUJEMY

Kiedy przyjechała do nas z wizytą 10-letnia dziewczynka, powiedziałam: „Odłóżmy telefony, będziemy bawić się razem”. No i rysowałyśmy. Po jakiejś godzinie dziewczynka wzięła telefon do ręki mówiąc, że chce zadzwonić do mamy. No oczywiście, może. A potem znów: „Ciociu, chcę ci pokazać zdjęcie pieska”. „A może opowiedz mi, jak piesek wygląda, narysuj go?”

Zasady mogą być wprowadzane, nawet powinny, ale ich efekt zależy od tego, czy są oparte na zanegowaniu relacji dziecka z telefonem, czy na budowaniu relacji równoległej? Jeśli na negacji, to dziecko będzie kombinować, czyli powie, że chce zadzwonić do mamy. Albo będzie chciało pokazać zdjęcia, które ma w telefonie, albo coś tam sprawdzić. Dlaczego? Bo będzie dążyło do podtrzymania relacji z tym urządzaniem, a więc do kontaktu z nim...

Wciąż mi się w głowie nie mieści, że możemy mieć relację z urządzeniem.

Porozmawiajmy więc o japońskim fenomenie kupowania lalek, z którymi mężczyźni mieszkają. Nie są to lalki do seksu. Są to lalki, które mężczyźni ubierają, sadzają przy stole, jedzą z nimi, oglądają telewizję. Mają one kilka funkcji relacyjnych, na przykład tych mężczyzn komplementują, mówią im miłe rzeczy. No i oni są zachwyceni.

Czemu o tym mówimy?

Bo to także element nowego zjawiska – budowania relacji ludzi z urządzeniami. A wracając do rysowania. Jeśli jest ono przedstawione jako alternatywa dla telefonu, to dziecko z pewną dozą frustracji, lecz jednak będzie rysowało, i dzięki temu budowało relacje z bliskimi, którzy z nim rysują. Bo rysowanie kredkami na papierze czy opowiadanie o piesku to właśnie elementy budowania rzeczywistych relacji. Jeśli jednak dziecko dowie się, że nie wolno mu sięgnąć po telefon, to zapewne poczuje się zbyt sfrustrowane, by skupić się na rysowaniu, czyli także na relacji z tymi, którzy siedzą obok. Co więcej, świat i tak sprawi, że będzie musiało wziąć telefon do ręki, bo choćby babcia zadzwoni. A więc przez cały czas tego rysowania będzie czekać na jakiś pretekst, zamiast cieszyć się z zabawy z dorosłymi.

Może warto dodać, że telefony, komputery, e-booki itd. nie zostały stworzone przez kosmitów, lecz przez ludzi, którzy też byli dziećmi, i którzy też mają emocjonalne potrzeby. Interface tych urządzeń jest atrakcyjny, bo też ma wymiar ludzki, interakcyjny w dużej mierze.

Chcesz przez to powiedzieć, że relacja z telefonem – sama w sobie – nie przeszkadza w dobrej zabawie i rozmowie z rodzicami w pokoju po kolacji?

Właśnie.

W SAMOCHODZIE

Mój przyjaciel mówi: „Kiedy jadę gdzieś z dziećmi samochodem, nie możemy porozmawiać, bo one odpalają telefony”.

Bardzo chętnie narzekamy na to, na co wypada ponarzekać. Ale czy my chcemy wchodzić w interakcję z dzieckiem? Zwłaszcza gdy nie mamy konkretnie o czym z nim rozmawiać? Nie mamy, no i co? No właśnie i my, i dziecko unikamy sytuacji, w której moglibyśmy razem się po prostu ponudzić! A szkoda, bo wówczas byłaby też przestrzeń na budowanie między nami prawdziwej zażyłości, bliskości. Przecież gdyby dzieci nie włączyły smartfonów, mogłyby razem z tatą przez okno auta popatrzeć na świat! Wspólnie doświadczać tego, co się dzieje wokół. Pomilczeć, pobyć sobie razem, poziewać. A po chwili skomentować to, co widzą, pośmiać się z tego lub pozachwycać. Ale jeśli nigdy tego dzieciaki nie robiły, jadąc z tatą czy z mamą autem, to tego nie umieją.

Nie są w stanie zaakceptować nudy podczas jazdy z ojcem ani w żadnej innej sytuacji, bo są wyuczone, że nuda jest zła, że musi trwać jak najkrócej. Dlatego szybko włączają telefon. A telefon non stop stymuluje im mózg. No i zabija nudę.

Czemu unikamy nudy, braku stymulacji, jak to nazywasz?

Mózg ludzki nie lubi braku aktywności. Dziecko jest w stanie nudzić się 15 minut, a potem wynajduje coś, co będzie je stymulować. A więc nuda jest warunkiem pomysłowości, kreatywności, motywacją do podjęcia aktywności ruchowej i umysłowej poprzez uruchomienie wyobraźni. Jeśli jednak w kontaktach z dzieckiem doprowadzimy do tego, że urządzenie elektroniczne staje się wiecznym stymulatorem, to nuda bardzo dziecko frustruje i nie ma mowy, żeby wysiedziało te 15 minut, gapiąc się w krajobraz za szybą auta. Nawet gdybyśmy chcieli, żeby tego spróbowało, nie naciskamy, bo jeśli zechcemy odciągnąć je od telefonu, czuje się tak źle, że wybucha złością. Dajemy więc spokój, jednak to bardzo niedobrze, kiedy elektronika jest jedynym, permanentnym źródłem pobudzającym umysł dziecka. Tymczasem, kiedy ma ono telefon, nie odczuwa potrzeby poszukiwania innych bodźców, czyli używania wyobraźni czy rozwijania motoryki, tak jak myśmy to robili, kiedy byliśmy dziećmi.

O tym, jakie skutki dla mózgu ma wieczne siedzenie przed ekranami, piszemy w jednym z rozdziałów.

Za krótko moim zdaniem obserwujemy wpływ mediów na mózg, aby móc coś jednoznacznie stwierdzić. Ale jedno jest oczywiste – jeśli mózg nie jest stymulowany poprzez aktywność fizyczną, grę w piłkę, wspinanie się na drzewa czy układanie klocków, czyli kiedy dziecko nie poznaje świata wszystkimi zmysłami, to rozwija się gorzej. Jego mózg do prawidłowego rozwoju potrzebuje stymulacji wszechstronnej, związanej także z ruchem ciała, co nie znaczy, że czasem nie można się razem ponudzić i porozmawiać z dzieckiem face to face.

CYFROWY OJCIEC

Jesteś ojcem cyfrowym, bo grasz z synem, towarzyszysz mu w jego podróżach i przygodach w sieci!

To prawda, nie walczę z rzeczywistością, z elektroniką. Tak jak mówiłem, uznaję, że żyjemy w świecie, w którym człowiek, a więc i dziecko, może mieć relację także z urządzeniem. Nie chcę skazywać mojego syna na życie w rezerwacie analogowej komunikacji. Dlatego staram się nauczyć poruszania w świecie cyfrowym, w którym, czy tego chcę czy nie, mój syn będzie żył. Montuję z Maksem modyfikacje różnych gier, podążam za youtuberami, których on lubi oglądać, razem dajemy „donejty”, czyli wspieramy ich finansowo. Chodzimy razem z Maksem oglądać sprzęt komputerowy, rozbudowujemy jego sprzęt. Teraz planujemy kupić nowe monitory do jego pokoju...

Monitory?

Tak, bo youtuberzy zazwyczaj mają dwa połączone w półkolu. Na jednym wyświetlają czaty, a na drugim live, czyli transmisje z gier, w które grają na żywo, i wokół których gromadzi się całe mnóstwo dzieciaków.

Nie boisz się, że to pierwszy krok do uzależnienia?

Nie mam takich obaw. Jeśli mam mówić o swoich motywacjach, to istnienie mojego syna na ziemi traktuję jako okazję do własnego rozwoju. To jest trudna droga, łatwiej byłoby mi uznać, że portale to samo zło i opowiedzieć synowi o uzależnionych od sieci dzieciach, czy też pokazać mu filmy, takie jak Sala samobójców. Moim zdaniem jednak powodem nieszczęść, o których one mówią, nie jest sama technologia. Do tego tematu wrócę. Na razie chciałbym podkreślić, że mamy do czynienia z pewnym naporem technologii. I ja przyjmuję, że nie pokonam tego naporu oraz funkcji tej technologii, uniwersalizmu tej technologii.

Zawracanie kijem Wisły...

To mój poprzedni samochód zainspirował mnie do rozszerzenia perspektywy w patrzeniu na relacje między ludźmi i urządzeniami. On mnie nieustannie prosił o uwagę. I to nie dlatego, że się psuł. Wciąż czegoś chciał, a to ustawienia nawigacji, a to mnie informował, że zbliżamy się do innego samochodu albo że zjeżdżam z pasa. A więc mnie chronił, szanował i dbał o mnie. Ponieważ to mnie bardzo absorbowało, musiałam z nim wejść w relację. Ale to nie była dobra relacja, bo go nie lubiłem, był twardy i dużo palił. I powiem ci, że tylko te moje niespełnione techniczne oczekiwania wobec niego spowodowały, że nie zacząłem z nim gadać.

Poczułeś dzięki temu samochodowi, że relacja może połączyć cię z urządzeniem?

Ten samochód pozwolił mi dostrzec możliwości budowania relacji z urządzeniami elektronicznymi. Przedtem myślałem, że one potencjalnie uzależniają i trzeba ograniczać dostęp do nich, jak do wódki czy narkotyków. Zwłaszcza dzieciom i młodzieży. Jednak potem doszedłem do wniosku, że tak nie jest. Aby jednak w pełni ten pogląd ukształtować, a przy tym towarzyszyć mojemu synowi w świecie wirtualnym, musiałem zdobyć nowe umiejętności i wiedzę.

Nauczyłem się więc obsługi portali internetowych, poznałem sposób myślenia youtuberów, a także zasady działania nowych, nieznanych mi gier komputerowych oraz ich modyfikacji, czyli dodawania różnych elementów. Sporo nauczyłem się na temat sprzętu komputerowego. Poznałem też reguły marketingu tych urządzeń, które same w sobie prowadzą do uzależnień. Nie te urządzenia, tylko to, co człowiek z nimi robi!

A o co konkretnie ci chodzi, co w marketingu prowadzi do uzależnień?

Moja spiskowa teoria dziejów mówi, że producenci oprogramowania i sprzętu dążą właśnie do takiego konstruowania algorytmów i gier oraz samego sprzętu, żeby właśnie uzależniać od niego człowieka. Przede wszystkim ciągłym domaganiem się uwagi i wzbudzaniem lęku. Wciąż przecież dostajemy jakieś informacje, ostrzeżenia i pytania, a to o ochronę antywirusową, a to o elementy nowe w naszym oprogramowaniu. Wciąż się nam proponuje jakieś aplikacje i różne inne udogodnienia, które musimy lub możemy dokupić.

Nawet mój laptop wciąż czegoś chce, mówi mi – co mnie irytuje – że mam za dużo plików i powinnam posprzątać!

No właśnie! A więc taką pozorną dbałością o nas, a tak naprawdę dbaniem o to, aby relacja między urządzeniem a nami nie zanikła, prowadzi się nas do uzależnienia. Moim zdaniem we wzmacnianie tej relacji producenci zaangażowali nawet politykę materiałową. Mistrzostwem świata w uzależnianiu od samego dotyku urządzenia jest iPhone. Ja sam, od kiedy mam iPhone’a ze dwadzieścia razy częściej biorę go do ręki, niż brałem poprzedni telefon. Już tylko interakcja dotykowa jest elementem stymulującym i niezwykle przyjemnym. Dotyk przecież jest dla nas bardzo ważnym zmysłem, buduje intymną relacji.

Dotykamy się z iPhone’em?!

Tak i to jest kolejny dowód pozwalający mówić, że z urządzeniami łączy nas i nasze dzieci relacja. Musiałem się jednak z tym wszystkim zapoznać, musiałem uczestniczyć – razem z moim synem – w tym, co moim zdaniem jest w znacznej mierze nieuniknione.

DWA ŚWIATY RELACJI

Odpowiadając więc na twoje pytanie, czy towarzysząc synowi w świecie nowoczesnych mediów uzależniam go od nich, mówię – nie. I chciałbym ten pogląd przekazać Czytelnikom: nie mówimy o uzależnieniu od telefonów, sieci itd., mówimy o tym, że istnieje świat relacji ludzi z urządzeniami elektronicznymi. To moja diagnoza. Ten świat relacji dotyczy tak samo dorosłych, jak i dzieci. A więc świat relacji ludzi z ludźmi, relacji face to face, świat live jest wobec tamtego świata światem alternatywnym. Tak samo ważnym, tak samo istotnym. Być może nawet lepszym od świata mediów społecznościowych, zalewu elektroniki. Na pewno jednak dziś my i nasze dzieci żyjemy w dwóch światach relacji.

BEZPIECZNIEJ Z TATĄ

Wzruszyłam się, bo pomyślałam, że wyruszając z synem w podróż do świata cyfrowego, chcesz nad nim czuwać?!

Zasady bezpieczeństwa w sieci rozumiem w ten sposób, że ja jestem obok mojego syna. Maks poznaje tam przecież różne aspekty życia, także nieuczciwość czy nieakceptowalne zasady przedstawiane jako norma. W sieci na przykład za odpowiednią opłatą zaoferowano mu możliwości dołączenia do grona znajomych pewnego youtubera. W moim świecie jest to nie do pomyślenia! No bo jak można płacić za to, żeby być czyimś znajomym? Za pieniądze jest obiecywana relacja?! Zgroza! Tymczasem youtuberzy bardzo często to robią! Za pieniądze obiecują dzieciakom nie tylko to, że przyjmą je do znajomych, ale też, że z nimi porozmawiają. A nawet, że jak dostaną „donejt”, to im zaśpiewają „100 lat!” na urodziny! W sieci (zarówno w zautomatyzowanych programach, którymi posługują się dzieci, jak i w tych za pośrednictwem których kontaktują się z innymi ludźmi) są rozmaite zjawiska społeczne, podobnie jak w realnym świecie. A więc tak samo mogę syna wychowywać tam, jak i tu.

A więc co mówisz synowi o relacjach za kasę?

Pamiętasz, jak w naszej książce Niezwykły rodzic mówiłem, że rodzic musi być nieco skostniały? Więc jak stary dziad lamentuję: „za moich czasów, synku, tak nie było, żeby się komuś za bycie znajomym płaciło”. I to jest bardzo ważne, że tak mówię, bo ta wizja świata, w której się za to płaci, jest mojemu synowi dana jako oczywista. A więc będąc tam z nim, mogę ją skorygować, powiedzieć, że to nie jest jedyna możliwość. Dzięki tej mojej korekcie Maks może tę wizję świata zmienić. Może się nauczyć tego, co bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze dziś, czyli krytycyzmu.

No i w rezultacie naszych rozmów Maks zmienił: „donejt za przyjęcie do grona znajomych” na „bilety do grona znajomych”, a więc w jego umyśle było to jak opłata za bilet do kina. Niby nic, jednak słowa mają znaczenie.

Na co jeszcze rodzice, którzy towarzyszą dziecku w sieci, powinni zwrócić uwagę?

Na zmianę zakresu pojęcia „usługa”. Kiedyś usługą była naprawa telewizora przez majstra czy wymiana uszczelki przez hydraulika. Obecnie w świecie sieci usługą jest wszystko. Najtrudniejsze dla mnie, jako dla człowieka, który ma 41 lat, jest to, że w sferze usług znajdują się tam na przykład: wzajemna pomoc, wsparcie, wyrazy sympatii, czy też popularność, które kiedyś były w sferze interpersonalnej, relacyjnej! A więc były świadczone za darmo. To wszystko jest teraz traktowane jako usługa, za którą się płaci. No na przykład muszę ci dać 3 zł, żebyś mi złożyła życzenia na urodziny!

To jesteś mi winien 3 zł, bo złożyłam ci je za darmo na FB! A na poważnie: poczułam lęk przed światem, w którym trzeba płacić za życzenia...

No właśnie, dlatego żeby mój syn bezkrytycznie nie przyjmował świata tego typu wartości, i żeby się od niego nie uzależnił, postawiłem przed sobą zadanie rozwojowe: poznać świat sieci i w nim funkcjonować. I mogę dziś powiedzieć innym rodzicom, że ruszając w ten świat, warto zwrócić szczególną uwagę na to, by pokazać dzieciom różnicę między wymianą w ramach relacji a wymianą w ramach świadczenia usług. Warto przyjrzeć się „donejtom”, czyli nowej formie płacenia za różne rzeczy. Na przykład za to, że youtuber wspomni imię naszego dziecka na „streamie”, czyli podczas programu nadawanego przez niego na żywo. Albo że zrobi wówczas to, czego dziecko chce. Może bąka puści? Albo beknie? A więc za „donejta” zrobi to, co kiedyś było elementem spontanicznej zabawy dzieci, a co dziś staje się elementem płatnej wymiany usług!

WYCHOWANIE W SIECI

Dzięki temu, że jesteś w sieci, możesz kształtować postawy syna, jego system wartości, co jest bardzo ważne, bo to, co tam się dzieje, bywa przerażające!

Mogę kształtować system wartości i postawy Maksa! Ale czy dzieją się tam rzeczy przerażające? Myślę, że ludzkość i to przetrwa. Nie ma co psioczyć, że jest gorzej. Jest inaczej. Ale też kiedy rodzice skupiają się na tym, żeby filtry instalować, ograniczać dziecku czas na granie, żeby zamiast klikać malowało farbkami, nie dostrzegają sedna sprawy. A jest ono w tym, że odrzucając urządzenia, z którymi ich dziecko ma relacje oraz odrzucając świat sieci (razem z jego systemem zasad i postaw), rodzice stają się kompletnie bezradni wobec rzeczywistości. Właśnie rzeczywistości, bo rzeczywistością jest to, że zalewa nas elektronika i ten system wartości, który ze sobą niesie.

A więc mamy tego świata razem z jego wartościami nie odrzucać? Uznać, że cyfrowe dzieci mają inny system wartości niż ich ojcowie czy matki?

Zawsze tak było, że rodzice mieli inny system postaw i ocen niż dzieci. Tyle że dotąd to rodzice narzucali dzieciom swój światopogląd. Teraz dzieci żyją nie tylko w świecie rodziców, lecz także w krainie internetu. Mają jakby podwójne paszporty. A może nawet pochodzą z krainy internetu. Możemy zanegować jej istnienie, ale to nie sprawi, że ona zniknie. Dlatego sensowniej jest się pogodzić z jej istnieniem i korygować to, co proponuje naszemu dziecku. Pokazywać synowi czy córce jak było za naszych czasów, czyli rozwijać krytyczne myślenie wobec tego, co dziecko spotyka w sieci. To bardzo ważne, gdyż dzieci jak gąbki chłoną światopogląd, który jest im dany! Krytyczne myślenie rozwija się dopiero około 12. roku życia.

UWAGA, HEJT

Są rodzice, którzy nie towarzyszą dziecku w sieci, ale chcieliby wiedzieć, po czym można poznać, że dziecko pada ofiarą hejtu? Zresztą nawet kiedy rodzic jest obok, dziecko może trafić na hejt. A więc to ważne pytanie.

Symptomy są takie same, jak w wypadku każdej inne przemocy, której ofiarą pada dziecko. Jednak istnieją też pewne specyficzne przesłanki, które mogą być sygnałem, że problemem jest cyberprzemoc. Należą do niech: widoczna nerwowość w sytuacji otrzymania esemesa lub sygnału z telefonu, obsesyjne sprawdzanie kolejnych wiadomości, gorsze samopoczucie po kontakcie z telefonem lub komputerem, poszukiwanie informacji na temat cyberprzemocy (zapytania widoczne w wyszukiwarce lub historii przeglądania), nagłe porzucenie aktywności społecznościowej, niepodobna do dziecka koncentracja na grach offline czy na nauce, ograniczenie zakresu korzystania z komputera, problemy z wyjściem do szkoły. Niepokojące jest też wypowiadanie treści o charakterze samobójczym lub rezygnacyjnym, niepodobna do dziecka niechęć do opowiadania o aktywnościach on-line, a także drażliwość wobec rozmów na temat kolegów ze szkoły, na temat sieci, nawet związanych z nią problemów technologicznych. Sygnałem mogą też być kłopoty ze snem, utrata lub wzrost wagi.

Ważne jest zatem pytanie, co jest przemocą w sieci?

Ja nauczyłem mojego syna, że przemocą w internecie jest to samo, co w życiu realnym, np.: kiedy ktoś kogoś wyzywa, ktoś kogoś wyśmiewa. To jest przemoc. Powiedziałem mu też, że jeśli taka sytuacja się mu przydarzy, ma zwrócić się o pomoc do mnie i jeśli będzie trzeba, ja zainterweniuję. Przemoc, z jaką spotkaliśmy się w sieci, polegała na tym, że raz ktoś Maksa „oscamował” (oszukał), czyli w grze „zastrzelił i okradł”, zabierając jego broń. A ponieważ tego robić nie wolno, bo to jest kradzież, interweniowałem. Skontaktowałem się z tą osobą poprzez komunikator, powiedziałem, co o tym sądzę. Powiedziałem, że widziałem, co ta osoba zrobiła i że w mojej ocenie zachowała się źle i dlatego zgłaszam to administratorowi gry.

I co było dalej?

Udało nam się broń odzyskać, ale – tak samo jak w wypadku kradzieży w realu – wymagało to pewnej strategii działania. Maks miał więc okazję zobaczyć, jak w takich sytuacjach można się zachować, jak działać.

A jeśli chodzi o hejt, to mogę powiedzieć, że hejterzy są jak stado, zbierają się i wtedy napadają na zebrę. Ale jak zebra ucieknie, to się rozchodzą. Hejt ma krótkie życie. Społeczeństwo internetowe jest prymitywne, zachowuje się jak dzikus. To co robię, aby ochronić Maksa przed hejtem, to m.in. przestrzeganie etykiety postępowania w internecie. Myślę o takim zachowywaniu się w sieci, jakie ja znam ze swojego życia, czyli bycie fair, bycie pomocnym. Uczę go też asertywności i otwartości na wymianę. Czyli wartości, które moim zdaniem są uniwersalne i sprawdzają się i w życiu, i w internecie.

Maks jest już w stanie wychwytywać takie zjawiska jak nieuczciwość, postępowanie nie fair. No i rezygnuje z kontaktów z dziećmi, które tak postępują. Poszukuje za to w internecie takich nisz, takich ludzi, którzy przestrzegają zasad etykiety, zasad życia w grupie przeniesionych ze świata dorosłych.

ROZMAWIANIE I KLIKANIE

Rozmowy z dzieckiem są dziś trudniejsze niż kiedyś?

A czy kiedykolwiek rodzice rozmawiali z dziećmi? Raczej na ogół nie rozmawiali. Słowo „rozmowa” jest też pewnym wytrychem, imperatywem, hasłem w stylu „cukier krzepi”, „zbieraj złom”. Ale to nie znaczy, że mamy nie rozmawiać. Przeciwnie. Rozmowa z dzieckiem nie jest też trudna, jeśli opanuje się zasady komunikacji. A więc jeśli umiemy m.in.: aktywnie słuchać, odzwierciedlać uczucia dziecka, opisywać jego doświadczenia swoimi słowami. Potrafimy także powstrzymywać się od oceniania tego, co dziecko opowiada, od dawania mu natychmiast rozwiązań jego problemów, od stawiania siebie za wzór.

O tym, jak dobrze słuchać i mówić do dziecka, będziemy opowiadać szczegółowo w kolejnych rozdziałach naszej książki.

Powtórzę teraz tylko jeszcze raz, że próby negowania i zakazywania korzystania przez dziecko z internetu tylko blokują komunikację z nim. Gdy mu mówimy, że to, co robi w telefonie czy w komputerze, je ogłupia lub uzależnia, to lekceważymy jego relacje i utrudniamy budowanie relacji między nami. Oczywiście dziecko musi się rozwijać harmonijnie, a więc też uprawiać sport i układać klocki lego. Jednak zakaz i negowanie bycia w sieci sprawi tylko tyle, że ono mocniej w tamten świat wpadnie. A wtedy cisza na dobre zapanuje pomiędzy nami.

Kończąc lekturę tej książki, rodzice będą wiedzieć, jak rozmawiać z dzieckiem i jak postępować w kwestiach dotyczących wirtualnego świata.

Najważniejsze jest to, co już mówiłem: rodzic w komunikacji z dzieckiem powinien podkreślać wszystkie elementy, które jej służą, bo wówczas wspiera budowanie przez nie relacji w realnym życiu. Jednym z warunków dobrej komunikacji z dzieckiem jest dziś uznanie jego związku ze smartfonem czy internetem.

ROZDZIAŁ 1

Cztery baloniki,czyli jak odkleić dziecko od ekranu i z nim porozmawiać?

– W co teraz grasz, synu?

– A co cię to obchodzi?!

Jak ja doprowadziłem do tego, że dziecko tak mi odpowiada? To jedyne sensowne pytanie, jakie może sobie postawić rodzic. I poszukać odpowiedzi.

Beata Pawłowicz: Mówiłeś we wstępie, żeby nie skupiać się na odklejeniu dziecka od telefonu, lecz na zbudowaniu z nim dobrej relacji. Na opanowaniu zasad dobrej rozmowy z dzieckiem. Ale myślę, że sięgając po tę książkę, rodzice chcą znaleźć psychologiczne zaklęcie, które sprawi, że ich dzieciak odłączy się od komunikatorów, gier itd., wyjdzie z pokoju, żeby pobyć z nimi. Znasz takie zaklęcie?

Dr Tomasz Srebnicki: „Zostaw telefon, smarkaczu! Założę ci timer i będziesz mógł korzystać tylko godzinę dziennie!”. „Książkę byś poczytał, a nie tylko tak siedział jak głupek”. Te zaklęcia są powszechnie znane, stosowane i całkiem nieskuteczne. Co gorsza, żeby dziecko wyszło z pokoju, musimy zdjąć z niego te zaklęcia, które je do tego pokoju wpędziły i przykleiły do komputera. A te zaklęcia to nasze własne zamiłowanie do telefonu, komputera, gier, a także błędy w komunikacji z dzieckiem.

Jakie tam błędy?! Rodzice nie robią błędów!

Jasne! Dziecko grające albo siedzące na discordzie (aplikacja do komunikacji) może być gotowe do tego, żeby wyjść z pokoju i zjeść z nami obiad przy stole, a nawet porozmawiać o swoim świecie. Lecz jeśli tego nie chce zrobić, a na nasze pytanie: „W co teraz grasz, synu?”, odpowiada: „A co cię to obchodzi?”, to jest tylko jedno sensowne pytanie, jakie powinniśmy sobie jako rodzice wtedy zadać: „Jak ja do tego doprowadziłem, że dziecko tak mi odpowiada?”.

Ja?! Jeśli już, to ten drugi rodzic jest winny!

Właśnie. Nie bądźmy tacy skromni! To naprawdę dość proste – wystarczy, że jako rodzice nie reagowaliśmy na to, co dziecko mówiło, tylko na swoją interpretację jego słów. Na przykład dziecko powiedziało: „Chcę kanapkę”, a ojciec, który boi się, że dziecko będzie grube, bo sam ma kłopot z nadwagą, zamiast zrobić dziecku kanapkę, zaczyna zastanawiać się, co i kiedy dziecko już zjadło? Myśli: „Przecież jadł niedawno?” albo: „A może wcale nie jest głodny, tylko się nudzi? A może chce zwrócić moją uwagę?”. No i te myśli ojca powodują, że odpowiada dziecku: „Godzinę temu jadłeś obiad!”.

Jak długo po obiedzie nie można jeść?

Właśnie. Taki rodzic nie traktuje słów dziecka jako komunikatu, tylko jako informację, która ma znacznie dla przyszłości jego i dziecka. No i w rezultacie syn czy córka mają potem kłopoty z powiedzeniem, że są głodni. Przy ojcu już takich potrzeb nie ujawnią. Ale za to, kiedy ojciec wyjdzie z domu, dzieciak popędzi do lodówki i się obje.

Gdyby ojciec zrobił dzieciakowi kanapkę, to by tego problemu z objadaniem się nie było?

Tak uważam. A więc ten ojciec, obawiający się nadwagi u swojego dziecka, osiąga efekt dokładnie odwrotny, niż zamierzał. Dzieciak jest zagrożony otyłością właśnie z powodu zaburzenia komunikacji z rodzicem w sprawie jedzenia.

Kolejny przykład, dziecko wraca ze szkoły i mówi, że nie lubi kolegi Marka. A rodzic na to: „A dlaczego? Może mu czegoś zazdrościsz? A może w czymś jesteś do niego podobny?”. Rodzic, który zaczyna od razu interpretować słowa dziecka, skutecznie odzwyczaja je od zwierzania się. Podobnie, jeśli wtedy poucza, czyli wychowuje, mówiąc: „Nikogo nie wolno nie lubić!”.

W ten sposób rodzic odzwyczaja dzieciaka od rozmawiania?

Tak. Odzwyczaja, bo karze dzieci za przekazywanie najprostszych informacji – swoją podejrzliwością, pouczaniem, nieprzyjemnymi dla dzieci interpretacjami ich emocji czy słów.

CO ZROBIĆ, ŻEBY DZIECKO Z NAMI ROZMAWIAŁO?

Jak zachowuje się rodzic, z którym dziecko chce rozmawiać?

Jeśli usłyszy „chcę kanapkę”, to ją dziecku zrobi. Gdy usłyszy: „Nie lubię Marka”, zapyta: „Czy coś się stało?”, czyli zainteresuje się światem dziecka. I ono mu wtedy o tym świecie opowie. Jak to było z tym Markiem, co ono myśli itd.

A dziecko może nie lubić kolegi?

Co to za pytanie? Tak samo dziecko może kogoś nie lubić, jak ty czy ja! Wiedząc, co się stało, rodzic może dziecku pomóc poradzić sobie z sytuacją i z tymi emocjami i być może właśnie pogodzić się z Markiem. Zresztą dzieci szybko zapominają o „konfliktach” i po chwili bawią się razem jak gdyby nigdy nic. A więc ingerowanie w ich sprawy często nic dobrego nie daje.

Wróćmy do tego, jak wybić dziecku z głowy rozmowy z rodzicami.

Kolejna rzecz, która spowoduje, że dziecko na proste pytanie: „Co robisz?” powie: „Nie twoja sprawa!”, to właśnie wchodzenie ze swoimi mądrościami w słowa dziecka. No na przykład córka mówi: „Bardzo lubię instruktorkę od wspinaczki”, a mama zamiast powiedzieć: „To super”, odpowiada: „Zawsze warto mieć obok siebie ludzi, którzy cię będą wspierać”. Takimi mądrościami matka zmusza córkę do zastanowienia się nad tym, kogo warto obok siebie mieć i czy nie potrzebuje wsparcia, skoro mama tak mówi? A więc mama zmieniła całkiem sens wypowiedzi swojego dziecka, nadinterpretowała je, czyli zachowała się tak, jakby córki wcale nie słuchała. Bo córka nie o tym chciała z mamą rozmawiać, kogo warto, a kogo nie warto mieć obok! Chciała tylko podzielić się z mamą swoją radością. Przekazać jej dobrą nowinę ze swojego świata! Że lubi panią od wspinaczki, dlatego cieszy się, że ta pani będzie ją tej wspinaczki uczyć. I tyle, i już.

No to się trochę panie rozminęły!

To samo dotyczy rozmów o grach komputerowych. Syn mówi: „Tato, zobacz, jaki zrobiłem dom w Minecrafcie!”. A ojciec, zamiast powiedzieć: „Fajny dom, opowiedz, jak go zrobiłeś”, czyli zaciekawić się światem dziecka i posłuchać o tym, jak syn ten dom zrobił, mówi: „Jaka szkoda, że nie wszyscy mogą mieć takie domy!”.

Chce rozbudzić wrażliwość społeczną syna?

Tak się tego nie robi. Tak się buduje w dzieciaku poczucie winy! Niszczy komunikację z nim, bo nie odpowiada się ani na jego słowa, ani na kryjące się za nimi emocje. Ojciec „społecznik” niszczy w ten sposób poczucie własnej wartości dziecka, bo lekceważy to, co dla syna ważne! Natomiast to, co sprawiło, że chłopiec poczuł się dumny z siebie, ojciec zanegował. Jeszcze kilka takich słownych akcji i chłopiec uzna się za złego i niewartego szczęścia egoistę.

Podobnie zniechęci syna do rozmów ojciec, który na pełne dumy słowa chłopca odpowie coś w rodzaju: „A czy ty wiesz, ile to trzeba zarabiać, żeby mieć taki dom?”. Intencje ma dobre, bo chce pokazać chłopakowi różnice między życiem realnym a wirtualnym. Ale nic dobrego nie osiągnie.

Dlaczego?

Patrz wyżej! Podobnie zniszczy chęć chłopca do pogawędek tato, który rzuci: „Życzę ci, żebyś, kiedyś miał taki dom”. Bo znów – nie o to chłopcu chodziło. Syn chciał po prostu zachwytu i zaciekawienia ojca. A że go nie dostał, będzie mu trudno w dorosłym życiu mieć taki dom, bo do  tego jest potrzebne poczucie wartości. A poczucie wartości zbuduje ojciec, który dzieciaka słuchał i słyszy. No i odpowiadał na potrzeby dziecka ukryte za tymi słowami.

Dorośli, komentując słowa dzieci na swój dorosły sposób, zabierają im radość otwartej i spontanicznej rozmowy o ich świecie. Pozbawiają je prawa do kształtowania przekazu na swój sposób. Zniekształcają sam przekaz.

Chłopca nie obchodzi, ile kosztuje taki dom i czy inni go mają. On potrzebuje teraz od ojca potwierdzenia, że zrobił coś fajnego! A więc, że może coś takiego zrobić! Takie przekonanie na swój temat przyda mu się na całe życie.

Słuchajmy, co dzieci mówią, i odpowiadajmy na ich słowa, a nie na naszą interpretację tych słów?

No tak, ale rodzice wolą przejąć kontrolę nad rozmową, nad relacją, dlatego ją zakłócają swoimi mądrościami. Kolejny sposób, w jaki to robią – syn mówi: „Idę z kolegami na hulajnogę”, a rodzic: „To dobrze!”.

No i...?

No i po co ocenia to, co syn robi? Czy dziecko go zapytało, czy robi dobrze, idąc z kolegami? No nie. No więc po co? Bo ma potrzebę skontrolowania dziecka. Rodzice muszą się odzwyczaić od ustawicznego oceniania, mają po prostu przyjmować wprost to co dzieci mówią.

Wydaje się proste, kiedy się to wie!

Kolejna rzecz niezbędna do tego, aby dziecko chciało rozmawiać, jest trudniejsza. Rodzic musi wiedzieć, że dziecko często reaguje na emocje rodzica, a nie na jego słowa. Na przykład starszy brat uderzył młodszego. Mama wkurzona krzyczy: „Przeproś brata!”. A chłopiec w płacz: „On mi zabrał zabawkę!”. Mama jeszcze bardziej zła: „Przeproś brata! Nie wolno bić!”. Dzieciak w szloch: „Nieee!”. „To masz karę!”. Rodzic nie widzi, że chłopiec reaguje na jego złość, a nie na to, że ma przeprosić. Gdyby mama była spokojna, zapytała i wysłuchała syna, jak to się stało, to zapewne chłopiec przeprosiłby młodszego brata.

Kolejny przykład. Dziewczynka mówi do mamy: „Idziemy do skateparku?”, a mama, choć jest zmęczona, próbuje wstać z kanapy, bo nie umie powiedzieć, że nie ma siły. Minę ma jednak taką jak i ochotę, żeby iść. Córka to widzi i mówi: „Nie chcesz iść?!”. Dziecko reaguje na emocje rodzica, a nie na jego słowa. Matka odpowiada złością, no i koniec rozmowy.

Czyli też nie udajemy, jeśli chcemy, żeby dziecko z nami rozmawiało, a nie zbywało nas czy było niegrzeczne. A jeśli chcemy naprawić to, co napsuliśmy?

ROZMOWA. REAKTYWACJA!

Jak naprawić naszą komunikację z dzieckiem? Od czego zacząć, żeby dziecko chciało z nami rozmawiać?

Od tego, żeby dziecko poczuło się słyszane i widziane przez nas i to na najprostszym możliwym poziomie. A to stanie się wtedy, kiedy będziemy tylko opisywać to, co ono robi. Tak więc pukamy do pokoju dziecka, otwieramy drzwi i mówimy, co widzimy: „Widzę, że grasz sobie”, i wychodzimy. Podobnie, kiedy dziecko wychodzi z domu, możemy powiedzieć: „Widzę, że wychodzisz”. Proste, no nie? Trzeba poczekać, aż dziecko zauważy, że je widzimy.